Podniebna krucjata - Poul Anderson - ebook + audiobook

Podniebna krucjata ebook i audiobook

Poul Anderson

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Naprawdę dobra zabawa! Krótka, dowcipna, inteligentna, trudno się od niej oderwać. - Jo Walton, reactormag.com.

Powieść nominowana do Nagrody Hugo.

Gdy w 1345 roku sir Roger de Tourneville zbiera rycerstwo, aby wesprzeć króla Edwarda III w wojnie z Francuzami, niespodziewanie w jego włościach ląduje statek obcych. Wersgorowie upatrzyli sobie Ziemię i Ansby w Lincolnshire jako kolejne miejsce do skolonizowania. Zaskoczeni, lecz nieustraszeni rycerze barona, wspierani duchowo przez brata Parvusa, niweczą te plany. Kiedy na pokładzie ostaje się jeden żywy Wersgor, w głowie sir Rogera rodzi się śmiały plan: przejąć statek, polecieć do Francji, a potem do samej Ziemi Świętej, by rozgromić niewiernych. Na pokład Krzyżowca wsiada całe Ansby i nawet zdrada Wersgora nie potrafi złamać męstwa, sprytu i humoru Anglików, którzy nie mają zwyczaju ulegać żadnym przeciwnościom. I tak z serii niewiarygodnych zdarzeń rodzi się zuchwała krucjata sir Rogera i kwiatu angielskiego rycerstwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 191

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 29 min

Lektor: Marcin Stec

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Dla Jensa Chri­stiana i Nancy Hostrup oraz Pera i Janne — z wdzięcz­no­ścią i nadzieją

Prolog

Kiedy kapi­tan uniósł głowę, osło­nięta lampa biur­kowa rzu­ciła mu na twarz pasy świa­tła i cie­nia. Przez otwarte okno wpa­dało let­nie powie­trze obcej pla­nety.

— No i…? — spy­tał.

— Prze­tłu­ma­czy­łem to — odpo­wie­dział socjo­tech­nik. — Musia­łem zga­dy­wać i się domy­ślać, wycho­dząc od współ­cze­snych języ­ków, i to zabrało mi tyle czasu, ale dowie­dzia­łem się dość, by móc roz­ma­wiać z tymi… stwo­rze­niami.

— Dobrze — mruk­nął kapi­tan. — Może teraz zro­zu­miemy, o co tu cho­dzi. Niech to pio­run strzeli! Spo­dzie­wa­łem się nie­jed­nego, ale to…

— Wiem, co pan czuje: pomimo nama­cal­nych dowo­dów trudno jest mi uwie­rzyć w ten ory­gi­nalny zapis.

— Bar­dzo dobrze, prze­czy­tam to natych­miast. Nie ma zmi­łuj. — Ski­nął głową i socjo­tech­nik opu­ścił pomiesz­cze­nie.

Przez chwilę kapi­tan sie­dział bez ruchu, patrząc na doku­ment nie­wi­dzą­cym wzro­kiem. Sama księga była nie­zwy­kle wie­kowa — uncjała na per­ga­mi­nie w masyw­nej opra­wie. Tłu­ma­cze­nie otrzy­mał w zwy­kłym maszy­no­pi­sie, lecz lękał się dotknąć kar­tek w oba­wie przed tym, co może na nich zna­leźć. Ponad tysiąc lat temu nastą­piła tu jakaś nie­sa­mo­wita kata­strofa, a jej skutki na­dal dawały o sobie znać. Poczuł się mały i samotny — dom był tak daleko.

Jed­nakże…

Zaczął czy­tać.

Rozdział 1

Arcy­bi­skup Wil­liam, naj­bar­dziej uczony i naj­święt­szy mię­dzy pra­ła­tami, naka­zał mi spi­sać w mowie angiel­skiej owe wiel­kie wyda­rze­nia, któ­rych pokor­nym świad­kiem byłem. Się­gam zatem po pióro w imię Pana i mego świę­tego patrona, ufa­jąc, iż ich przy­chyl­ność będzie mi towa­rzy­szyła i wes­prze mój skromny talent dzie­jo­pisa przez wzgląd na przy­szłe poko­le­nia, któ­rym stu­dio­wa­nie histo­rii pod­bo­jów sir Rogera de Tour­ne­ville może przy­nieść korzyść i naukę taką, by czcili wiel­kiego Boga, gdyż to za Jego sprawą wszystko się doko­nuje.

Będę pisał o owych wyda­rze­niach na tyle dokład­nie, na ile je pamię­tam, odrzu­ca­jąc pochleb­stwa i obawy, gdyż więk­szość tych, któ­rzy mieli w nich swój udział, już nie żyje. Ja sam nie jestem nikim waż­nym, lecz jako że dobrze jest przed­sta­wić osobę kro­ni­ka­rza, by inni mogli oce­nić jego wia­ry­god­ność, niech zatem wolno mi będzie naj­pierw rzec parę słów o sobie.

Uro­dzi­łem się lat około czter­dzie­stu przed roz­po­czę­ciem tej opo­wie­ści jako młod­szy syn Wata Browna, kowala w mia­steczku Ansby leżą­cym w pół­nocno-wschod­nim Lin­coln­shire. Zie­mie te były len­nem barona de Tour­ne­ville’a, któ­rego zamek stał na wzgó­rzu tuż nad mia­stem. Było tam także nie­wiel­kie opac­two fran­cisz­kań­skie, do któ­rego wstą­pi­łem, będąc małym chłop­cem. Dzięki temu, że posia­dłem nie­jaką umie­jęt­ność (jedyną, jak się oba­wiam) czy­ta­nia i pisa­nia, czę­sto kazano mi uczyć owych sztuk nowi­cju­szy i dzieci ludzi świec­kich. Moje prze­zwi­sko z lat dzie­cię­cych prze­ło­ży­łem na łacinę i utwo­rzy­łem z niego imię zakonne: przez pokorę zosta­łem bra­tem Parvu­sem, jestem bowiem niskiego wzro­stu i pośled­niej urody, mam jed­nak szczę­ście zyski­wać zaufa­nie dzieci.

W roku Pań­skim 1345 baron Roger zbie­rał armię ochot­ni­ków, by dołą­czyć do naszego wiel­kiego króla Edwarda III i jego syna na woj­nie fran­cu­skiej. Miej­scem zbiórki było Ansby i do maja zebrało się tam całe woj­sko. Obo­zo­wi­sko stało na bło­niach, lecz sama jego obec­ność zmie­niła nasze ciche mia­steczko w jeden zamtuz. Łucz­nicy, kusz­nicy, piki­nie­rzy i jeźdźcy tło­czyli się na błot­ni­stych uli­cach, pijąc, gra­jąc, szu­ka­jąc towa­rzy­stwa ladacz­nic, kro­to­chwi­ląc i wykłó­ca­jąc się, takoż wysta­wia­jąc swoje dusze i nasze domo­stwa na nie­bez­pie­czeń­stwa. W rze­czy samej stra­ci­li­śmy w ogniu dwa kryte strze­chą domy. Jed­nakże żoł­nie­rze przy­nie­śli ze sobą nie­zwy­kły zapał i pra­gnie­nie sławy takie, że nawet chłopi myśleli z tęsk­notą o pój­ściu z nimi, gdyby to tylko było moż­liwe. I ja igra­łem z takimi myślami. W mym przy­padku wszakże mogło się to łatwo ziścić, jako że naucza­łem syna sir Rogera i pozo­sta­wa­łem także w jego służ­bie. Baron mówił o uczy­nie­niu mnie swym sekre­ta­rzem, mój opat miał jed­nak co do tego wąt­pli­wo­ści.

Tak się rze­czy miały, kiedy przy­był sta­tek wer­s­gor­ski.

Dobrze pamię­tam ów dzień. Wysze­dłem zała­twić parę spraw. Pogoda zmie­niła się po desz­czu na sło­neczną, lecz na uli­cach było błota po kostki. Prze­dzie­ra­łem się mię­dzy żoł­nie­rzami wałę­sa­ją­cymi się bez celu i kła­nia­łem tym, któ­rych zna­łem. Naraz pod­niósł się wielki krzyk. Jak inni unio­słem głowę.

Boże! To było jak cud! Z nieba spły­wał sta­tek cały z metalu, zda­jąc się puch­nąć w miarę pręd­kiego opa­da­nia. Nie widzia­łem dokład­nie jego kształtu, tak ośle­piał mnie blask słońca odbi­ja­jący się od jego wypo­le­ro­wa­nych burt. Był to ogromny walec, długi — jak sądzi­łem — na jakieś dwa tysiące stóp. Poza szu­mem wia­tru nie było sły­chać żad­nego dźwięku.

Ktoś krzyk­nął, jakaś nie­wia­sta uklę­kła w kałuży i jęła kle­pać modli­twy. Ktoś inny zawo­łał, że poj­muje swoje grze­chy, i przy­łą­czył się do niej. Choć było to postę­po­wa­nie godne pochwały, wie­dzia­łem, że gdy wybuch­nie panika, taka ciżba zadep­cze się i stra­tuje na śmierć. Jeśli to Bóg zesłał tego gościa, z pew­no­ścią nie leżało to w Jego inten­cjach.

Led­wie wie­dząc, co czy­nię, wsko­czy­łem na wielką żela­zną bom­bardę, któ­rej pod­stawa tonęła w bło­cie po koła.

— Uspo­kój­cie się! — krzyk­ną­łem. — Nie lękaj­cie się! Trwaj­cie w wie­rze i bądź­cie spo­kojni.

Moje słabe popi­ski­wa­nie nie zostało posły­szane, lecz wów­czas Czer­wony John Hame­ward, kapi­tan łucz­ni­ków, wsko­czył obok mnie. Ów wesoły olbrzym z czu­pryną jak miedź i roz­iskrzo­nymi nie­bie­skimi oczami był mi przy­ja­cie­lem, odkąd przy­był.

— Nie wiem, co to jest! — wrza­snął, prze­krzy­ku­jąc ogólne zamie­sza­nie. — Może to jakaś fran­cu­ska sztuczka, może też coś przy­ja­znego, a wtedy nasz strach wypadłby głu­pio. Chodź­cie ze mną, żoł­nie­rze. Spo­tkamy się z tym, gdy wylą­duje!

— Czary! — krzyk­nął jakiś sta­rzec. — To czary, jeste­śmy zgu­bieni!

— Wcale nie — odpo­wie­dzia­łem mu. — Czary nie mogą uczy­nić nic złego dobrym chrze­ści­ja­nom.

— Ale ja jestem nędz­nym grzesz­ni­kiem!

— W imię Świę­tego Jerzego i króla Edwarda! — zawo­łał Czer­wony John, zesko­czył i pognał ulicą.

Pod­ka­sa­łem habit i pobie­głem za nim co tchu, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć for­muły egzor­cy­zmów.

Obej­rzaw­szy się przez ramię, zauwa­ży­łem ze zdzi­wie­niem, że więk­szość towa­rzy­stwa podąża za nami. Nie tyle wzięli sobie do serca przy­kład łucz­nika, ile oba­wiali się pozo­stać bez przy­wódcy. Pobie­gli­śmy naj­pierw do obozu po broń, a potem ruszy­li­śmy na bło­nia. Dostrze­głem wypa­da­jący z zamku oddział jazdy. Pro­wa­dził go sir Roger de Tour­ne­ville, bez zbroi, lecz z mie­czem u boku. Pospołu z Czer­wo­nym Joh­nem zmu­sili hała­strę do sta­nię­cia w jako takim szyku. Led­wie im się to udało, wielki okręt wylą­do­wał.

Wbił się głę­boko w grunt pastwi­ska; musiał być nad­zwy­czaj ciężki, tym bar­dziej więc nie poj­mo­wa­łem, jak z taką lek­ko­ścią utrzy­my­wał się w powie­trzu. Spo­strze­głem, że jest to gładka sko­rupa bez rufy czy for­kasz­telu. Nie ocze­ki­wa­łem, że zoba­czę wio­sła, ale zasta­na­wiał mnie (przy­pra­wia­jąc o bicie serca) brak żagli. Dostrze­głem jed­nakże wie­życzki, z któ­rych wyglą­dały lufy podobne do bom­bard.

Zapa­dła bojaź­liwa cisza. Sir Roger pod­je­chał do miej­sca, gdzie sta­łem, szczę­ka­jąc zębami.

— Jesteś uczo­nym kle­ry­kiem, bra­cie Parvu­sie — rzekł spo­koj­nie, choć jego noz­drza były blade, a włosy zle­piał mu pot. — Co o tym sądzisz?

— Prawdę mówiąc, nic, panie — wyją­ka­łem. — Sta­ro­żytne opo­wie­ści mówią o cza­row­ni­kach, takich jak Mer­lin, któ­rzy mogli latać…

— Czy to może pocho­dzić z nie­bios? — spy­tał i prze­że­gnał się.

— Nie mnie o tym orze­kać. — Spoj­rza­łem trwoż­nie w niebo. — Jed­nak nie widzę chó­rów aniel­skich.

Ze statku dobiegł przy­tłu­miony szczęk, który zato­nął w jed­nym jęku trwogi, kiedy okrą­głe drzwi zaczęły się otwie­rać. Ale wszy­scy wytrwali na swo­ich miej­scach, jak przy­stało na Angli­ków; chyba że po pro­stu byli zbyt prze­ra­żeni, by ucie­kać.

Doj­rza­łem, że drzwi są podwójne, z komorą pomię­dzy. Z nich na podo­bień­stwo języka wysu­nął się na trzy jardy meta­lowy pomost i dotknął ziemi. Pod­nio­słem kru­cy­fiks, sie­jąc na prawo i lewo gra­dem zdro­wa­siek.

Na zewnątrz wyszedł jeden z załogi. Wielki Boże, jak mam opi­sać grozę tego pierw­szego widoku? To nie­chyb­nie demon z naj­niż­szych krę­gów pie­kieł!, wrza­snął mój umysł.

Wzro­stu miał jakie pięć stóp, był bar­dzo sze­roki i mocarny, odziany w tunikę o srebr­nym poły­sku. Jego skóra była bez­włosa, koloru ciem­nego błę­kitu. Miał krótki, gruby ogon oraz dłu­gie i spi­cza­ste uszy po bokach okrą­głej głowy. Znad zakoń­czo­nego tępo pyska wyzie­rały wąskie bursz­ty­nowe oczy o wysoko unie­sio­nych brwiach.

Ktoś zaczął krzy­czeć. Czer­wony John ujął wymow­nie łuk.

— Cicho tam! — ryk­nął. — Ustrzelę pierw­szego, który się ruszy.

Nie sądzi­łem, aby był to dobry czas na groźby. Pod­no­sząc wyżej kru­cy­fiks, zmu­si­łem mięk­kie nogi, by ponio­sły mnie parę kro­ków dalej, drżą­cym gło­sem zaś odma­wia­łem jed­no­cze­śnie egzor­cy­zmy. Byłem pewien, że to i tak nie pomoże — oto nad­szedł koniec świata.

Gdyby demon po pro­stu tam stał, szybko byśmy się zała­mali i ucie­kli. On jed­nakże pod­niósł tubę trzy­maną w dłoni i wystrze­lił bia­łym ośle­pia­ją­cym pło­mie­niem. Usły­sza­łem trzask i zoba­czy­łem, jak razi on sto­ją­cego opo­dal łucz­nika. Ogar­nął go ogień i męż­czy­zna padł mar­twy ze zwę­gloną pier­sią.

Wyło­niły się trzy kolejne demony.

Żoł­nie­rzy nauczono dzia­łać, a nie dumać, gdy dzieją się takie rze­czy. Łuk Czer­wo­nego Johna zaśpie­wał i naj­bliż­szy demon zawisł na pomo­ście prze­szyty długą na łokieć strzałą. Widzia­łem, jak kaszle krwią i umiera. Nagle pociem­niało od poci­sków, jakby ten jeden strzał wyzwo­lił setkę innych. Trzy pozo­stałe demony padły naszpi­ko­wane strza­łami tak gęsto, jakby słu­żyły za tar­cze strzel­ni­cze na tur­nieju.

— Da się ich zabić! — krzyk­nął sir Roger. — Za Świę­tego Jerzego i miłą Anglię! — dodał i spiął konia ostro­gami, rusza­jąc pro­sto w stronę pomo­stu.

Mówi się, że strach rodzi nie­zwy­kłą odwagę. Z sza­leń­czym okrzy­kiem cała armia pognała za nim. Muszę wyznać, że i ja wyda­łem okrzyk i wbie­głem do wnę­trza statku.

Z walki, która roz­sza­lała się po wszyst­kich kory­ta­rzach i pomiesz­cze­niach, pamię­tam nie­wiele. Gdzieś od kogoś dosta­łem topór; pozo­stało we mnie nie­ja­sne wra­że­nie cio­sów zada­wa­nych w złe nie­bie­skie twa­rze, które wyra­stały i war­czały na mnie; śli­zga­nia się na spły­wa­ją­cych krwią pod­ło­gach i pod­no­sze­nia do nowych ata­ków. Sir Roger nie miał jak dowo­dzić bitwą — jego ludzie po pro­stu osza­leli. Widząc, że demony można zabić, pra­gnęli to uczy­nić z wszyst­kimi.

Załoga statku liczyła około setki, jed­nak nie­wielu miało broń. Póź­niej odkry­li­śmy ich zbro­jow­nię, lecz najeźdźcy liczyli bar­dziej na wywo­ła­nie paniki. Nie zna­jąc Angli­ków, nie spo­dzie­wali się kło­po­tów. Ich działa były gotowe do uży­cia, ale wewnątrz statku stały się bez­u­ży­teczne.

W nie­całą godzinę dopa­dli­śmy ich wszyst­kich.

Prze­ci­snąw­szy się przez pobo­jo­wi­sko, załka­łem z rado­ści na widok bło­go­sła­wio­nego bla­sku sło­necz­nego. Sir Roger z dowód­cami spraw­dzali nasze straty, które wynio­sły jedy­nie pięt­na­stu zabi­tych. Kiedy tam sta­łem, trzę­sąc się z wyczer­pa­nia, wynu­rzył się Czer­wony John Hame­ward z prze­wie­szo­nym przez ramię demo­nem. Rzu­cił stwo­rze­nie do stóp sir Rogera.

— Tego ogłu­szy­łem pię­ścią, panie. Pomy­śla­łem, że może jed­nego zechcesz wziąć żyw­cem, żeby go wypy­tać. A może nie ryzy­ko­wać i uciąć mu od razu ten wstrętny łeb?

Sir Roger zasta­no­wił się. Spły­nął na niego spo­kój i jako pierw­szy z nas pojął całą nad­zwy­czaj­ność tego wyda­rze­nia. Ponury uśmiech wykrzy­wił mu usta. Odparł po angiel­sku tak samo płyn­nie jak fran­cusz­czy­zną, któ­rej zwy­kle uży­wał:

— Jeśli to demony, to do lichej rasy należą, skoro tak łatwo je zabić. Łatwiej niż ludzi. Nie wię­cej wie­dzieli o obro­nie niż moja córeczka; mniej nawet, bo ona dała mi moc bole­snych prztycz­ków w nos. Sądzę, że łań­cu­chy utrzy­mają to stwo­rze­nie, czyż nie, bra­cie Parvu­sie?

— Tak, mój panie — wyra­zi­łem opi­nię. — Choć lepiej byłoby umie­ścić w jego pobliżu parę reli­kwii i hostię.

— Zatem zabierz go do opac­twa i sprawdź, co uda się z niego wycią­gnąć. Poślę z tobą straż. I przyjdź dziś na wie­cze­rzę.

— Panie, trzeba wam wziąć udział w wiel­kiej mszy dzięk­czyn­nej, nim uczy­nisz cokol­wiek innego — zgro­mi­łem go.

— Tak, tak — rzekł nie­cier­pli­wie. — Poroz­ma­wiaj o tym z opa­tem i zrób­cie, co uzna­cie za naj­lep­sze. Ale na wie­cze­rzę przyjdź, opo­wiesz mi, czego się dowie­dzia­łeś.

Sir Roger skie­ro­wał wzrok na meta­lowy okręt i pogrą­żył się w zadu­mie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: The High Cru­sade

Copy­ri­ght © 1960 by The Tri­go­nier Trust

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­cja serii

Sła­wo­mir Folk­man

Andrzej Hudo­wicz

Redak­tor tego wyda­nia: Agnieszka Horzow­ska

Pro­jekt i opra­co­wa­nie gra­ficzne serii i okładki: Sła­wo­mir Folk­man / www.kala­dan.pl

Ilu­stra­cja na okładce: Igor Mor­ski

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Pod­niebna kru­cjata, wyd. III popra­wione, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-638-6

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer