Pod właściwym sercem - Anna Sakowicz - ebook + audiobook + książka

Pod właściwym sercem ebook i audiobook

Anna Sakowicz

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Patrycja i Marcel od dawna wiedzą, że chcą być rodzicami. Oboje marzą o domu, w którym rozbrzmiewa śmiech dziecka. Jednak tragiczny w skutkach wypadek przekreśli ich plany na zawsze. Tymczasem w innym zakątku świata Eka zdążyła się już przekonać, że życie nie zawsze daje wybór, a lekkomyślny mąż nie potrafi być dla niej oparciem w wychowaniu dwójki dzieci. Drogi bohaterów przecinają się tam, gdzie nadzieja staje się kontraktem, a miłość przechodzi trudną próbę.

To historia o czworgu bohaterach: o kobiecie, która nosi w sobie cudze marzenie, o parze, która uczy się, że rodzicielstwo zaczyna się nie od krwi, lecz od czułości, oraz o dziecku, które przychodzi na świat pod właściwym sercem, nawet jeśli nie jest to serce, które miało je kochać.

Pod właściwym sercem to opowieść o nadziei, determinacji i miłości, które nie znają granic.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 333

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 0 min

Lektor: Hanna Chojnacka

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Historia inspirowana prawdziwymi zdarzeniami

Prolog

Saraj, żona Abrama, nie uro­dziła mu […] potomka. Miała zaś nie­wol­nicę Egip­cjankę, imie­niem Hagar. Rze­kła więc Saraj do Abrama: „Ponie­waż Pan zamknął mi łono, abym nie rodziła, zbliż się do mojej nie­wol­nicy; może z niej będę miała dzieci”. Abram usłu­chał rady Saraj. Saraj, żona Abrama, wzięła zatem nie­wol­nicę Hagar, Egip­cjankę, i dała ją za żonę mężowi swemu Abra­mowi, gdy już minęło dzie­sięć lat, odkąd Abram osie­dlił się w Kana­anie. Abram zbli­żył się do Hagar i ta stała się brze­mienną […]. Hagar uro­dziła Abra­mowi syna. I Abram nazwał zro­dzo­nego mu przez Hagar syna imie­niem Izmael.

Abram miał lat osiem­dzie­siąt sześć, gdy mu Hagar uro­dziła Izma­ela1.

Część pierwsza. Decyzja

Część pierw­sza

Decy­zja

1

Patry­cja sie­działa na ławce ukry­tej w cie­niu drzewa i choć na kola­nach trzy­mała książkę, nie potra­fiła się sku­pić na czy­ta­niu. Nie wyła­wiała też z oto­cze­nia śpiewu pta­ków, szumu liści w koro­nach drzew czy chrzę­stu kamieni pod butami ludzi spa­ce­ru­ją­cych alej­kami. Do jej uszu docho­dziły jedy­nie śmie­chy i krzyki dzieci. Plac zabaw wypeł­niony był kil­ku­let­nimi odkryw­cami i odkryw­czy­niami świata, któ­rzy odcią­gali jej uwagę od lek­tury. Wła­śnie przy­glą­dała się trzy­lat­kowi, który ucie­kał przed opie­kunką. Spra­wiało mu to naj­wy­raź­niej ogromną radość, jakby znał skutki takiej goni­twy. Matka dopa­dła do synka, chwy­ciła go w ramiona, zakrę­ciła wkoło i wyca­ło­wała po policz­kach. Per­li­sty śmiech chłopca wybrzmie­wał w powie­trzu, a Patry­cja czuła, jakby ktoś wbi­jał jej w brzuch szpilki. Dosta­wała odłam­kami ich miło­ści, więc kuliła się, pró­bo­wała uspo­koić oddech, choć na skó­rze pie­kły wszyst­kie bli­zny. Łapała się na tym, że nie­świa­do­mie szu­kała wzro­kiem dzieci, które mogły mieć trzy, cztery latka.

– Dzień dobry, wolne? – usły­szała nad sobą głos. Drgnęła, wyrwana z zamy­śle­nia, ale natych­miast ski­nęła głową.

– Bar­dzo pro­szę – odparła, prze­su­wa­jąc się na skraj ławki, cho­ciaż miej­sca było wystar­cza­jąco dużo.

Bli­sko niej usia­dła młoda kobieta, ubrana w dżinsy i luźną jasną koszulkę. Obok swo­ich stóp, obu­tych w czarne sne­akersy, posta­wiła wia­derko z łopatką. Patry­cja powę­dro­wała wzro­kiem za spoj­rze­niem nie­zna­jo­mej. Kobieta przy­glą­dała się dziew­czynce z war­ko­czem. Mała nie mogła mieć wię­cej niż pięć lat. Wspi­nała się wła­śnie po niskiej dra­bince.

– Które jest pani? – zagad­nęła ją nie­ocze­ki­wa­nie matka dziecka.

Patry­cja się wypro­sto­wała, wzięła książkę do ręki i w pierw­szej chwili chciała wska­zać na chłopca w zie­lo­nych spoden­kach, ale chrząk­nęła i wyja­śniła:

– Jestem sama, przy­szłam poczy­tać.

– No tak, dzi­siaj piękna pogoda, więc żal sie­dzieć w domu. Moja córka uwiel­bia ten plac zabaw. To ta w różo­wym swe­terku.

– Prze­pra­szam, ale mój wolny czas się skoń­czył, muszę wra­cać. Życzę pani miłego dnia – powie­działa, żeby jak naj­szyb­ciej zakoń­czyć wymianę zdań. Nie chciała roz­ma­wiać o dzie­ciach, wystar­czyło, że na nie patrzyła.

Chwy­ciła książkę, popra­wiła torebkę na ramie­niu i ener­gicz­nym kro­kiem weszła w par­kową alejkę. Uspo­ka­jała oddech. Cza­sami na placu zabaw dopa­dała ją panika, znaj­do­wała ją nawet w naj­bar­dziej ukry­tym zakątku pod roz­ło­ży­stymi lipami lub dębami i dusiła, koła­tała jej ser­cem, a Patry­cja była prze­ko­nana, że wła­śnie umiera, choć w umie­ra­niu nie była per­fek­cyjna. Za każ­dym razem oka­zy­wało się, że nawet tego nie potra­fiła zro­bić dobrze, bo do tej pory zawsze się budziła, a naprze­ciwko sie­bie miała twarz leka­rza. Mimo wszystko przy­cho­dziła na plac zabaw, patrzyła na huś­tawki, zjeż­dżal­nie, dra­binki i pia­skow­nicę, jakby chciała sama sobie zada­wać rany tym wido­kiem.

– Wdech… wydech… – szep­nęła. – Wdech… wydech…

* * *

Gdy Mar­cel prze­kra­czał próg miesz­ka­nia, wciąż mie­lił w gło­wie wia­do­mość, którą dostał kilka dni temu. Nie był przy­go­to­wany na to, by cze­kać na adop­cję latami, ponie­waż Patry­cja wciąż nie była gotowa i oboje nie mieli pew­no­ści, czy kie­dy­kol­wiek będzie zdolna do pod­ję­cia decy­zji o rodzi­ciel­stwie zastęp­czym. Pró­bo­wał prze­stać o tym myśleć, więc szu­kał coraz to nowych zajęć w pracy. Dzi­siaj był na spo­tka­niu autor­skim dla dzieci w swo­jej biblio­tece, a potem, jako dyrek­tor pla­cówki, na obie­dzie z pisa­rzem Grze­go­rzem Łasiem oraz przed­sta­wi­cie­lem jego wydaw­nic­twa. Z pew­no­ścią nie poru­szał z nimi pry­wat­nych tema­tów, ale gdy tylko prze­kro­czył próg domu, powró­ciły wciąż te same od kilku lat lęki i ocze­ki­wa­nia.

Wszedł do przed­po­koju i wrzu­cił klu­cze do usta­wio­nej na komo­dzie drew­nia­nej skrzy­neczki z kaszub­skim wzo­rem. Wsu­nął na stopy kap­cie, a buty uło­żył sta­ran­nie w szafce. Lubił, gdy stały równo.

– Jesteś? – usły­szał z głębi miesz­ka­nia głos Patry­cji.

Po chwili zoba­czył żonę sie­dzącą na hoke­rze przy wyspie kuchen­nej i pochy­la­jącą się nad lap­to­pem. Marsz­czyła czoło i z uwagą się cze­muś przy­glą­dała, cza­sami popra­wiała zsu­wa­jące się jej z nosa oku­lary.

– Jestem, jestem… Już koń­czę, ukła­dam wła­śnie plan zajęć, bo od jutra zaczy­namy – powie­działa, przyj­mu­jąc całus w poli­czek. – Zaraz to zamknę… nie chcę, by mi ucie­kło.

– Dobrze. – Mar­cel wes­tchnął i prze­szedł na drugą stronę wyspy. – Jak ci minął dzień?

– Pra­co­wi­cie – odparła.

Patry­cja nie wspo­mi­nała mężowi o swo­ich wizy­tach na placu zabaw. Wie­działa, że będzie się mar­twił, znów wysy­łał ją na tera­pię, a ona czuła się tym wszyst­kim już bar­dzo zmę­czona, choć na­dal nie umiała prze­stać pod­sy­cać w sobie tęsk­noty za macie­rzyń­stwem.

Mar­cel zaj­rzał do garnka sto­ją­cego na kuchence.

– Mniam… – Uśmiech­nął się pod nosem, bo danie pach­niało wyśmie­ni­cie. Uwiel­biał przy­go­to­wy­wane przez żonę leczo. Zawsze zawie­rało mnó­stwo warzyw, ale przede wszyst­kim świeże pomi­dory i cuki­nię.

– Możesz nakła­dać na tale­rze… Okej, skoń­czy­łam. – Patry­cja zamknęła lap­top i odsu­nęła go na bok. Dopiero teraz mogła się dokład­nie przyj­rzeć mężowi. Wyglą­dał na zmę­czo­nego.

Kiedy wresz­cie usie­dli przy wyspie kuchen­nej, przez kilka minut mil­czeli. Łamali chleb i zanu­rzali go w warzywno-mię­snym sosie, roz­ko­szo­wali się sma­kiem nie­wy­szu­ka­nej potrawy. Wresz­cie Mar­cel po raz kolejny stre­ścił jej roz­mowę z pra­cow­nicą ośrodka adop­cyj­nego. Patry­cja mu nie prze­szka­dzała, nie zada­wała żad­nych pytań. Myślała o tym, co wcze­śniej prze­czy­tała w inter­ne­cie, teraz pozwa­lała się mężowi wyga­dać. Mar­cel z pew­no­ścią tego potrze­bo­wał, bo nie potra­fił mil­czeć i „tra­wić” swo­ich emo­cji w ciszy, jakby to, co nie zostało wypo­wie­dziane, natych­miast zamie­niało się w ołów i zale­gało w ciele, pochy­la­jąc syl­wetkę ku ziemi.

Patry­cja przy­glą­dała mu się z uwagą, bo pro­mie­nie słońca wpa­da­jące przez okno two­rzyły wokół męż­czy­zny bladą poświatę.

– Ni­gdy nie będziemy mieć dziecka – rzu­ciła wresz­cie. Nie uśmiech­nęła się, jak miała w zwy­czaju, a na jej czole poja­wiła się poprzeczna zmarszczka. W jej sło­wach wybrzmiała gorycz pomie­szana z roz­cza­ro­wa­niem. Z tru­dem też pano­wała nad tym, by się nie roz­pła­kać. Pra­gnęła dziecka, syna, córki, obo­jęt­nie, marzyła, żeby sły­szeć w domu tupot małych stó­pek, śmiech, płacz, by stwo­rzyć pełną rodzinę, jakiej zawsze pra­gnęli. – Czas się z tym pogo­dzić. Nie jestem w sta­nie roz­po­cząć pro­cesu adop­cyj­nego. Boję się, że skrzyw­dzi­ła­bym i dziecko, i nas. Po pro­stu nie dam rady.

Mar­cel pod­niósł wzrok i przyj­rzał się Patry­cji. Kochał ją całym ser­cem.

* * *

Pamię­tał ich pierw­sze spo­tka­nie. Dostał wtedy posadę dyrek­tora w miej­skiej biblio­tece, tro­chę się bał tej pracy. Per­so­nel może nie był liczny, ale zarzą­dza­nie dwiema filiami wyda­wało się wyzwa­niem. Głowę miał jed­nak pełną pomy­słów, wcze­śniej przez pięć lat pra­co­wał w małej wiej­skiej biblio­tece pod Gdań­skiem, zdo­był doświad­cze­nie. Szybko się oka­zało, że był bie­gły w pozy­ski­wa­niu fun­du­szy unij­nych, pisał naj­róż­niej­sze pro­jekty, dzięki czemu zasoby nie­wiel­kiej wypo­ży­czalni z roku na rok rosły, a czy­tel­ni­ków przy­by­wało. Mar­cel potra­fił szu­kać spon­so­rów, roz­ma­wiać z pisa­rzami i pisar­kami, orga­ni­zo­wać warsz­taty i spo­tka­nia, a przede wszyst­kim pro­mo­wać czy­tel­nic­two. Wzię­cie udziału w kon­kur­sie na dyrek­tora więk­szej pla­cówki było czymś natu­ral­nym, chciał się roz­wi­jać.

Pierw­szego dnia w nowym miej­scu, kiedy wszy­scy pra­cow­nicy już wyszli, usiadł w fotelu jed­nej z biblio­te­ka­rek i dopi­jał kawę. Roz­glą­dał się z dumą po pomiesz­cze­niu, ukła­dał w gło­wie plany, jak zmieni wypo­ży­czal­nię, jakie remonty prze­pro­wa­dzi, gdzie prze­stawi półki, w jaki spo­sób zdo­bę­dzie fun­du­sze, gdy nagle ktoś szarp­nął drzwi i do środka wpa­dła wysoka bru­netka. Nie wyglą­dała na wię­cej niż dwa­dzie­ścia lat. Mar­cel wziął ją za stu­dentkę. Była szczu­pła, miała paty­ko­wate nogi, które pod­kre­ślały wąskie nogawki spodni, a jej fry­zura zdała się biblio­te­ka­rzowi nieco potar­gana, jakby dziew­czyna zapo­mniała się ucze­sać albo nie potra­fiła okieł­znać nie­sfor­nych kosmy­ków. Co chwilę popra­wiała zsu­wa­jące się jej z nosa oku­lary.

– Prze­pra­szam, mogę jesz­cze coś wypo­ży­czyć? – wysa­pała. – Bałam się, że już zamknięte.

– Bo zamknięte – odparł biblio­te­karz. Wstał zza biurka i chciał wypro­sić spóź­nial­ską czy­tel­niczkę, ale było w niej coś takiego, co nie pozwo­liło mu tego zro­bić. Stał więc i cze­kał na roz­wój wyda­rzeń.

– Oj, prze­pra­szam… Pan pew­nie jest nowym dyrek­to­rem?

– Tak. Mar­cel Bed­nar­czyk – odparł i wycią­gnął rękę do sym­pa­tycz­nej dziew­czyny.

– Patry­cja Zabor­ska. Jestem nauczy­cielką w pobli­skiej pod­sta­wówce – dodała, a zasko­czony Mar­cel uniósł brwi, choć sta­rał się ukryć zdzi­wie­nie.

– Niech zgadnę, język pol­ski albo angiel­ski?

– To dru­gie, ale pry­wat­nie uczę też japoń­skiego.

– Myśla­łem, że jest pani stu­dentką, o ile nie lice­alistką, a tu dwa fakul­tety. – Mar­cel się zaśmiał. Dokład­nie przyj­rzał się kobie­cie w mod­nych oku­la­rach, z pie­przy­kiem koło nosa i lekko odsta­ją­cymi uszami, które z pew­no­ścią doda­wały jej uroku. Wyglą­dała jak łobu­ziara. Tak o niej wtedy pomy­ślał, choć póź­niej się oka­zało, że to raczej nad­wraż­liwa dusza, skry­wa­jąca swoją deli­kat­ność pod grubą war­stwą racjo­na­li­zmu.

– Dzię­kuję za kom­ple­ment. Nie mam zbyt dużego stażu. Od zeszłego wrze­śnia jestem nauczy­cielką, zaraz po stu­diach pra­co­wa­łam przez rok w Japo­nii, a po powro­cie szu­ka­łam przez jakiś czas swo­jego miej­sca na ziemi i oto jestem tutaj.

– I wró­ciła pani?

– Tak… długa histo­ria. Jakoś tak wyszło, że posta­no­wi­łam zostać w Pol­sce, tam nic mnie nie trzy­mało, poza zain­te­re­so­wa­niami kul­turą i języ­kiem. Tęsk­ni­łam do kraju. To był czas poszu­ki­wań i wery­fi­ka­cji pla­nów życio­wych. – Uśmiech­nęła się. – A pan?

Mar­cel odru­chowo spoj­rzał na dłoń Patry­cji, nie zauwa­żył obrączki, ale pomy­ślał, że taka zja­wi­skowa dziew­czyna na pewno jest w związku.

– Ja mia­łem mniej eks­cy­tu­jące życie, bo po stu­diach był staż w jed­nej biblio­tece, praca w dru­giej, a teraz jestem tutaj – stre­ścił krótko swoją karierę zawo­dową. W myślach pró­bo­wał też oce­nić, o ile lat mógł być star­szy od anglistki. Obsta­wił, że około sied­miu, ośmiu. Jak się póź­niej oka­zało, nie­wiele się pomy­lił. – No dobrze, to co chcia­łaby pani wypo­ży­czyć?

– Naj­pierw chcia­ła­bym oddać to… – Się­gnęła do torby prze­wie­szo­nej przez ramię i wyło­żyła na biurko dwie książki Yasu­nari Kawa­baty: Kra­inę śniegu i Tysiąc żurawi. – Lubię do nich wra­cać. Moje egzem­pla­rze komuś poży­czy­łam i ni­gdy już ich nie odzy­ska­łam.

Mar­cel przyj­rzał się pod­nisz­czo­nym okład­kom. Czarno-biała z górną czę­ścią twa­rzy kobiety o wyraź­nie sko­śnych oczach przy­cią­gnęła jego uwagę.

– Pew­nie dobre?

– Bar­dzo. Uwiel­biam liryczny styl autora. Pole­cam. Nie­przy­pad­kowo dostał Nobla.

– Teraz czuję się zawsty­dzony, bo nobli­stę powi­nie­nem koja­rzyć.

– Nie da się wszyst­kiego pamię­tać i prze­czy­tać, nie­stety.

Roz­ma­wiali przez kil­ka­na­ście minut, ale już wtedy nawią­zała się mię­dzy nimi nić poro­zu­mie­nia. Jakby nie­wi­dzialny pająk utkał sieć, z któ­rej już nie mogli się wydo­stać. Osta­tecz­nie Patry­cja niczego nie wypo­ży­czyła, ale zapo­wie­działa, że wróci następ­nego dnia o odpo­wied­niej porze. Mar­cel za to nie chciał tego wie­czoru spę­dzać samot­nie, zapy­tał więc, czy Patry­cja nie napi­łaby się z nim piwa z oka­zji jego pierw­szego dnia w nowej pracy. Tak więc wie­czór spę­dzili na roz­mo­wie w pobli­skim pubie, szybko prze­szli na „ty”. Oka­zało się, że wiele ich łączy, a tematy nie koń­czyły się do póź­nych godzin noc­nych. Trzy mie­siące póź­niej zostali parą, po pół­tora roku zamiesz­kali razem, a po czte­rech latach od pierw­szego spo­tka­nia byli już mał­żeń­stwem.

Mar­cel z sen­ty­mentu pró­bo­wał czy­tać ulu­bio­nego pisa­rza żony, ale Yasu­nari Kawa­bata wyda­wał mu się zbyt trudny i nie­zro­zu­miały, ni­gdy się z japoń­skim nobli­stą nie polu­bili, choć w ich domu stały jego książki po pol­sku i w ory­gi­nale, kupione z cza­sem w anty­kwa­ria­cie na pamiątkę ich spo­tka­nia.

* * *

Mar­cel odgo­nił wspo­mnie­nie i przez chwilę wpa­try­wał się w twarz żony. W gło­wie wyświe­tlały mu się naj­róż­niej­sze obrazy z prze­szło­ści. Znów poja­wiło się to, co zale­gło mię­dzy nimi jakiś czas temu, co gnio­tło, uwie­rało i nie dawało o sobie zapo­mnieć, ponie­waż nie zawsze wie­dzieli, jak o tym roz­ma­wiać.

– Pyszne – powie­dział, choć nie zamie­rzał mówić o jedze­niu. Na moment się zawa­hał, ale wresz­cie bar­dzo powoli się ode­zwał: – Pati, wiem… choć od wielu mie­sięcy uni­kamy tego tematu. Może czas o tym poroz­ma­wiać? Oboje chcemy dziecka…

Patry­cja gwał­tow­nie odło­żyła sztućce. Nie pod­nio­sła głowy, by spoj­rzeć na męża. Męczyło ją poczu­cie winy, bo to przez nią to wszystko, ta cisza, to omi­ja­nie waż­nych dla nich spraw, pla­nów na przy­szłość… Ni­gdy tego nie powie­dział, ale ona wie­działa, czuła to niczym drza­zgę pod skórą. Każ­dego dnia, a może nawet z godziny na godzinę rana pod­cho­dziła ropą.

– Mar­cel… – zaczęła. Pró­bo­wała upo­rząd­ko­wać myśli. Nie umiała mu powie­dzieć tego, co cisnęło się jej na usta. Bała się, że jej posłu­cha i zrobi coś, co jesz­cze bar­dziej pootwiera jej rany. – Mar­cel… ja zro­zu­miem, jeżeli będziesz chciał… – zająk­nęła się – chciał… odejść… Naprawdę… ty możesz być ojcem… nie chcę ci tego za…

– Boże, Pati! Jak możesz w ogóle tak myśleć? – Pod­niósł głos, nie pozwa­la­jąc jej skoń­czyć. Kie­dyś już pró­bo­wała mówić to samo, ale nie chciał, żeby te słowa wybrzmie­wały w powie­trzu. – Pro­szę cię! Są inne spo­soby!

– Inne? – zakpiła, choć nie chciała drą­żyć tematu. – Liczysz na bociana?

– Nie na bociana, ale… szpe­ra­łem w necie i mam pomysł.

Patry­cja powoli pod­nio­sła głowę i wbiła smutne spoj­rze­nie w męża. Zaraz jej powie, że odcho­dzi, że zna­lazł inną, że składa rekla­ma­cję, bo nie tak się uma­wiali na początku tej rela­cji.

Teraz jed­nak patrzyła w jego oczy w kształ­cie mig­da­łów.

– I? – spy­tała wresz­cie, choć bała się odpo­wie­dzi.

– Suro­gatka – powie­dział krótko.

Przez kilka minut mil­czeli, wpa­tru­jąc się w sie­bie. Mar­cel trzy­mał w dłoni wide­lec, ale powoli odło­żył go na talerz. Stuk­nię­cie prze­rwało ciszę, dopiero wtedy Patry­cja się ode­zwała.

– Roz­ma­wia­li­śmy o tym. Jak to sobie wyobra­żasz? Będziemy szu­kać ogło­szeń w inter­ne­cie?

– Nie o tym myśla­łem. Mówię o zawo­do­wych suro­gat­kach.

– Zawo­do­wych? Zwa­rio­wa­łeś?

– Nie! Tak zwa­nych zawo­do­wych. Posłu­chaj cier­pli­wie – dodał i zaczął wyja­śniać: – Zna­la­złem w inter­ne­cie mię­dzy­na­ro­dowe kli­niki, które poma­gają parom mieć dziecko. Szu­kają suro­ga­tek, zapłod­nie­nie odbywa się in vitro, prze­cież możesz wyho­do­wać jajeczko. Masz jaj­niki.

– Tak – prych­nęła. – Los nie był aż tak okrutny i zosta­wił mi namiastkę, żebym nie zapo­mniała, kim byłam i co stra­ci­łam.

– Kim byłaś? – ziry­to­wał się, bo cią­gle krę­cili się wkoło.

– Kobietą.

– Boże, Pati, prze­cież na­dal nią jesteś.

– Podobno ktoś, tylko nie pamię­tam kto, powie­dział, że kobieta to osoba z macicą, więc sam widzisz… defi­ni­cja jest jed­no­znaczna.

– Czy ty możesz mnie cho­ciaż wysłu­chać? – spy­tał, powoli tra­cąc cier­pli­wość.

– Pro­szę bar­dzo. Co z tą suro­gatką? Dałeś już ogło­sze­nie?

– Nie dałem – odparł zmę­czo­nym gło­sem. – Ale sprawa wydaje się pro­sta, przy­naj­mniej w teo­rii. Jakaś biedna dziew­czyna ma za to kasę, my dziecko bio­lo­giczne i wszy­scy są zado­wo­leni.

– Czyli będziemy wyko­rzy­sty­wać jej biedę… – zakpiła, a on gwał­tow­nie wstał, szybko jed­nak z powro­tem usiadł i spró­bo­wał się uspo­koić.

– Nie mów tak. To coś porów­ny­wal­nego do prze­szczepu – ode­zwał się. – Jakby ktoś wypo­ży­czał ci macicę… Nie wiem, jak to ina­czej wyja­śnić, bo ty wszystko negu­jesz.

– Nie neguję, jestem realistką.

– A możesz cho­ciaż przez moment roz­wa­żyć suro­ga­cję?

– W Pol­sce? – prych­nęła, choć kie­dyś zna­la­zła na forum inter­ne­to­wym mnó­stwo ogło­szeń dziew­czyn goto­wych wyna­jąć swój brzuch. Każda z nich zapew­niała dys­kre­cję, w dodatku ofe­ro­wała pro­mo­cyjną cenę. – Nie zgo­dzę się na nic nie­le­gal­nego – dodała dla pew­no­ści. W pamięci odtwo­rzyła wszyst­kie filmy o suro­ga­cji, jakie w życiu oglą­dała. Zazwy­czaj wszystko koń­czyło się tra­gicz­nie. Mąż powoli zako­chi­wał się w kobie­cie noszą­cej jego dziecko, mał­żeń­stwo tak czy ina­czej się roz­pa­dało, suro­ga­cja była więc według niej naj­szyb­szą drogą do kata­strofy, a nie szczę­śli­wego macie­rzyń­stwa.

– Wiem, dla­tego mówię, że to kli­niki mię­dzy­na­ro­dowe. Są kraje, gdzie to jest praw­nie ure­gu­lo­wane.

– Jakie kraje? Chyba nie Rosja? – zakpiła.

– Masz do wyboru: Ukra­ina, Cypr, Gru­zja, USA, Cze­chy, Kanada…

– USA? – zdzi­wiła się.

– Myślę, że aku­rat USA może być poza naszym zasię­giem finan­so­wym. – Mar­cel się uśmiech­nął, choć przy­szło mu to z tru­dem. – Ale Ukra­ina, Cypr czy Gru­zja już tak. Cze­chy chyba bym sobie daro­wał, bo mam wra­że­nie, że tam sytu­acja nie do końca jest jasna.

Patry­cja wciąż przy­glą­dała się Mar­ce­lowi. Trudno jej było poskła­dać w całość to, co mówił. Bała się kolej­nego roz­cza­ro­wa­nia. Już dwa razy w swoim życiu nasta­wiała się na to, że zosta­nie matką. Może o dwa za dużo, pomy­ślała z iro­nią.

Zanim więc odpo­wie­działa mężowi, wymow­nie wes­tchnęła, a wtedy on znów zaczął mówić:

– Nie odpo­wia­daj. Prze­czy­ta­łem w necie o parze chło­pa­ków mają­cych dziecko z suro­ga­cji. Prze­ślę ci wywiad z nimi. Przy­stą­pili do pro­gramu w Kana­dzie, bar­dzo szcze­gó­łowo opo­wia­dają o całej pro­ce­du­rze.

– Co?

– Cztery lata temu suro­gatka uro­dziła im dziecko.

– Ona była daw­czy­nią jajeczka? – spy­tała.

– Nie, wzięli je od daw­czyni. Prze­czy­taj sama.

Mar­cel ponow­nie pró­bo­wał się uśmiech­nąć, po czym wstał, pod­szedł do sto­lika, na któ­rym leżały jakieś kartki, i po chwili poło­żył przed Patry­cją wydruki.

– Jest tu też histo­ria pary, która czeka na bliź­niaki. Przy­stą­pili do pro­gramu w Tbi­lisi, a tu wywiad z rodzi­cami rocz­nej dziew­czynki uro­dzo­nej przez Ukra­inkę w Kijo­wie. Prze­czy­taj to wszystko, a póź­niej podej­miemy decy­zję. Jeżeli chcesz, skon­tak­tu­jemy się z praw­ni­kiem.

– Znasz kogoś, kto się na tym zna?

Mar­cel kiw­nął głową, a potem wymie­nił nazwę kan­ce­la­rii praw­nej i dodał, że już umó­wił ich na kon­sul­ta­cję za tydzień w czwar­tek o dzie­więt­na­stej, oczy­wi­ście online.

– Nawet nie zapy­ta­łeś mnie o zgodę, tylko nas umó­wi­łeś?

– Chcesz, to odwo­łam, ale posłu­chaj, ty jesteś w sta­nie wypro­du­ko­wać jajeczko, ja nasie­nie, nie mamy tylko do dys­po­zy­cji brzu­cha z macicą, tak? Ale możemy go wypo­ży­czyć.

– Dla cie­bie to takie pro­ste? – Patry­cja pod­nio­sła głos. Odsu­nęła od sie­bie talerz z zimną już potrawą.

– Nic nie jest pro­ste! – wark­nął. – Ale nie mogę patrzeć, jak cier­pisz, rozu­miesz? Widzę, jak się snu­jesz po kątach, sły­szę, jak pła­czesz po nocach. Wiem, że cho­dzisz na plac zabaw i sie­dzisz tam godzi­nami! Nie chcesz adop­cji ani bycia rodziną zastęp­czą, więc to jest ostat­nie wyj­ście. Innego nie ma – rzu­cił. Chciał jesz­cze dodać, że oboje sły­szą tyka­nie zegara, że za chwilę się okaże, że jej „fabryczka” sta­nęła i nie wypro­du­kuje już żad­nego jajeczka, a wtedy usły­szą gło­śny komu­ni­kat: Game over.

Patry­cja się nie ode­zwała. Zda­wała się odrę­twiała, jakby wszyst­kie wia­do­mo­ści, które przed minutą przy­swo­iła, wgnio­tły ją w krze­sło. Ni­gdy wcze­śniej nie roz­wa­żała zawo­do­wej suro­gatki. Ow­szem, raz pomy­ślała o tym, czy nie zapła­cić jakiejś dziew­czy­nie, żeby uro­dziła im dziecko, ale bała się, że to przy­nio­słoby wię­cej pro­ble­mów i im, i dziecku. Kobieta mogłaby ich szan­ta­żo­wać, chcieć ode­brać prawa rodzi­ciel­skie, zako­chać się w jej mężu, a tego by nie prze­żyła. Nie miała siły na walkę, wyczer­pała już wszyst­kie siły.

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – spy­tała.

– Nie wiem, rzu­cam pro­po­zy­cję. Poczy­taj, poroz­ma­wiamy z praw­ni­kiem, oce­nimy, czy nas na to stać, i zde­cy­du­jemy. Razem – pod­kre­ślił ostat­nie słowo.

– A ile to kosz­tuje? – spy­tała cicho.

– Dużo. – Wes­tchnął. – Naj­pierw jed­nak musimy się zde­cy­do­wać, prze­my­śleć, czy jeste­śmy gotowi na suro­ga­cję. Nie możemy pozwo­lić sobie na błąd. Żadne z nas tego nie prze­trzyma.

– Ty możesz mieć dzieci – dodała. – To ja nie mam macicy.

Patry­cja dokład­nie pamię­tała dzień, kiedy obu­dziła się ze śpiączki i dowie­działa się, że leka­rze, żeby rato­wać jej życie, musieli usu­nąć macicę. Uszko­dze­nia była zbyt roz­le­głe, do tego wdał się stan zapalny, a orga­nizm nie reago­wał na anty­bio­tyki. Takie uparte, zło­śliwe ciało, które wszystko robiło na prze­kór. Dwu­krot­nie wyda­liło z sie­bie płody, a teraz dla pew­no­ści nie­po­wta­rza­nia pro­ce­deru roz­mna­ża­nia pozba­wiło się macicy. Jedy­nym pocie­sze­niem miało być zacho­wa­nie jaj­ni­ków. Pamiątka po płod­no­ści.

Kiedy Patry­cja była wresz­cie w sta­nie pod­nieść się ze szpi­tal­nego łóżka i za pomocą cho­dzika dojść do łazienki, sta­nęła przed lustrem, żeby sobie popa­trzeć w oczy. Mil­czała, lecz nie odry­wała wzroku od swo­jego odbi­cia, choć w pierw­szym odru­chu chciała na sie­bie splu­nąć.

– Nie mam macicy – ode­zwała się chra­pli­wym gło­sem. W ustach czuła pia­sek, nie mogła prze­łknąć śliny. – Nie mam macicy. Nie mam macicy. Nie mam macicy. Nie mam macicy! Nie mam macicy!! Nie mam macicy!!! – krzyk­nęła, spro­wa­dza­jąc do łazienki pie­lę­gniarkę. Kobieta w bia­łym far­tu­chu sta­nęła w progu niczym zjawa.

– Co się stało? – spy­tała, widząc, że pacjentka wciąż stoi o wła­snych siłach, nie padła na pod­łogę z wrza­skiem, lecz wpa­truje się w lustro. – Pomóc pani wró­cić do łóżka?

– Nie mam macicy… stra­ci­łam dziecko… – szep­nęła i nagle jej ciało zgięło się wpół, jakby się zła­mało pod cię­ża­rem słów, cho­ciaż ręce wciąż wspie­rały się na uchwy­tach cho­dzika. Kobietą wstrzą­snęły spa­zmy pła­czu.

Pie­lę­gniarka zro­biła krok naprzód, potem drugi, poło­żyła dłoń na ple­cach Patry­cji. Pod pal­cami czuła każde drże­nie jej ciała, jed­nak nie potra­fiła prze­rwać fali jej roz­pa­czy. Cze­kała cier­pli­wie, by kil­ka­na­ście minut póź­niej odpro­wa­dzić pacjentkę do łóżka. Pomo­gła się jej poło­żyć, a potem nachy­liła się nad nią, bo usły­szała nie­wy­raźny szept:

– Nie… mam… dziecka i nie mam macicy…

– Ale ma pani dłu­gie życie przed sobą.

– Wysoka cena za lata samot­no­ści…

* * *

Dwa tygo­dnie póź­nej wie­czo­rem na biurku Patry­cji pię­trzył się jesz­cze więk­szy stos wydru­ków oraz ksią­żek o Ukra­inie, Gru­zji i Cyprze. W miesz­ka­niu pach­niało cyna­mo­nem, bo na para­pe­cie paliła się świeca sojowa o tym zapa­chu, a w tle leciała muzyka wydo­by­wa­jąca się z krę­cą­cej się na gra­mo­fo­nie płyty The Cure, przy­po­mi­na­jąca Mar­ce­lowi nasto­let­nie czasy. Album Blo­od­flo­wers był relik­tem prze­szło­ści, pamiątką pięk­nej i chmur­nej mło­do­ści. To był ostatni pre­zent, jaki dostał od ojca, bo pół roku póź­niej sie­dem­na­sto­letni wów­czas chło­pak pła­kał na jego pogrze­bie. Od tam­tego czasu płytę kładł pod igłą gra­mo­fonu tylko w waż­nych momen­tach swo­jego życia, a taki wła­śnie nastą­pił dzi­siaj. Czarny krą­żek nieco trzesz­czał, cza­sami się zaci­nał, ale dźwięki, które zostały na nim zapi­sane, dawały Mar­ce­lowi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i spo­koju, jakby potra­fiły przy­cią­gnąć ducha jego ojca.

Mar­cel otwie­rał butelkę wina i co chwilę zer­kał w stronę Patry­cji, która wciąż wyda­wała się scep­tyczna, ale miał nadzieję, że osta­tecz­nie uda mu się zna­leźć coś, co prze­waży szalę. Prze­ga­dali kilka ostat­nich nocy, roz­wa­żyli wszyst­kie za i prze­ciw przy­stą­pie­nia do pro­gramu suro­ga­cyj­nego, poli­czyli też oszczęd­no­ści, wystar­czyło pod­jąć decy­zję.

– Nie kupi­łeś mojego ulu­bio­nego sera? – Patry­cja wpa­try­wała się we wnę­trze lodówki.

– Jest w dol­nej szu­fla­dzie.

– Masz szczę­ście… – Uśmiech­nęła się pod nosem. Zda­wała się w dobrym humo­rze. Dzi­siaj miała otwar­cie swo­jej nie­wiel­kiej szkoły języ­ko­wej miesz­czą­cej się w budynku po biu­rze rachun­ko­wym o obie­cu­ją­cej nazwie „Pro­fit”. Znaj­do­wały się tam trzy pomiesz­cze­nia. Dwa posta­no­wiła prze­zna­czyć na sale lek­cyjne, w holu zmie­ściła się nie­wielka recep­cja albo biuro, wciąż nie mogła się zde­cy­do­wać, jak je nazy­wać. Zatrud­niła młodą dziew­czynę z sąsied­niej wsi. Miała robić zapisy dzieci i doro­słych, pil­no­wać planu, kie­ro­wać ruchem, pobie­rać opłaty, czyli prze­jąć wszyst­kie naj­mniej lubiane czyn­no­ści. Patry­cji udało się też namó­wić na pracę u sie­bie świetną ger­ma­nistkę, miała więc w ofer­cie aż trzy języki: angiel­ski, japoń­ski i nie­miecki, a w przy­szło­ści chciała zdać egza­min pań­stwowy z hisz­pań­skiego. Na nie­wielką miej­sco­wość powinno wystar­czyć, tym bar­dziej że nie tylko ona uczyła tu języ­ków obcych. Cie­szyła się jed­nak, że w każ­dej gru­pie zebrała się odpo­wied­nia liczba chęt­nych, a dodat­kowo dzi­siaj zgło­siła się do niej logo­pedka, która chciała wyna­jąć trze­cie pomiesz­cze­nie w budynku. Koszty utrzy­ma­nia się więc roz­łożą, nie będzie trzeba ogrze­wać pustego pokoju.

– No dobra, idziemy na kanapę – zde­cy­do­wał Mar­cel, po czym prze­niósł kie­liszki i butelkę z winem.

Patry­cja posta­wiła talerz z prze­ką­skami i poszła po książki. Poło­żyła je na sto­liku.

– Jesteś pewny, że chcemy to zro­bić? – spy­tała, ale w jej gło­sie brzmiała nie­pew­ność. Co prawda po lek­tu­rze wszyst­kich mate­ria­łów ujrzała w swoim ciem­nym tunelu, po któ­rym krą­żyła od kilku lat, świa­tełko, ale wciąż nie potra­fiła powie­dzieć „tak”. Jakby te trzy gło­ski grzę­zły jej w gar­dle niczym kamie­nie. Prze­czy­tała oferty kilku mię­dzy­na­ro­do­wych kli­nik, uwie­rzyła, że takie rze­czy dzieją się naprawdę, że można mieć dziecko uro­dzone przez obcą kobietę za gra­ni­cami kraju, a wszystko dys­kret­nie i w ciszy. Odna­la­zła w tym szansę dla sie­bie, ale oczami wyobraźni widziała porażkę, czuła dobrze oswo­jony strach, że od nowa zacznie się wszystko to, z czego przez kilka lat zwie­rzała się u psy­cho­te­ra­peutki.

– Jestem pewny – odparł Mar­cel. – Jeżeli nie spró­bu­jemy teraz, będziemy tylko żało­wać. Czas nie działa na naszą korzyść, nie muszę ci przy­po­mi­nać, że mam czter­dzie­ści trzy lata. Ty jesteś młod­sza, ale…

– …ale się boję.

– Też się boję. – Mar­cel przy­tu­lił żonę. Czule gła­skał ją po ple­cach, a potem po pro­stu spy­tał: – No to który kraj?

Patry­cja roz­ło­żyła książki na sofie, jedną obok dru­giej, i przez moment się im przy­glą­dała.

– Obsta­wia­ła­bym Gru­zję, gdy­bym miała pod­jąć decy­zję teraz – powie­działa wresz­cie, zosta­wia­jąc otwartą furtkę dla swo­jego stra­chu. Tryb przy­pusz­cza­jący ni­gdy nie był osta­teczny, dawał moż­li­wość zawró­ce­nia na każ­dym eta­pie drogi. – Podoba mi się, że pod­pi­suje się akt nota­rialny, że suro­gatka nie może być bio­lo­giczną matką, że jest przy­stęp­nie finan­sowo i dość łatwo dole­cieć, ponadto Gru­zja jest pięk­nym kra­jem. I jesz­cze jedno mi się podoba. – Na chwilę zawie­siła głos. – Że nie pozna­li­by­śmy tej dziew­czyny. Nie chcę, żeby była czę­ścią naszego życia. Nie znio­sła­bym widoku jej brzu­cha. Wolę, żeby była daleko, nie­wi­dzialna, wyłącz­nie wyobra­żona.

– Rozu­miem – odparł. Dotknął policzka żony i dodał: – Też bym wybrał Gru­zję. Cypr odrzu­cam, bo zbyt wiele złych rze­czy prze­czytałem o tam­tej­szej suro­ga­cji. Ukra­ina jest bli­sko, ale trwa w niej wojna, w związku z tym róż­nie może być. Stać nas jedy­nie na Gru­zję…

– Czyli Gru­zja? Naprawdę to zro­bimy?

* * *

Patry­cja wró­ciła wspo­mnie­niem do dnia, kiedy po raz pierw­szy robiła test cią­żowy. To było dwa lata po ślu­bie, pew­nego kwiet­nio­wego poranka.

Sie­działa na muszli klo­ze­to­wej i wpa­try­wała się w dwie kre­ski, które nie­ocze­ki­wa­nie miały wywró­cić jej świat do góry nogami. Nie pla­no­wała dzieci. Nie że w ogóle, po pro­stu teraz nie była na to gotowa. Od razu w myślach zaczęła prze­ta­so­wy­wać swoje życie zawo­dowe, ale też pry­watne. Według niej zbyt krótko byli z Mar­ce­lem po ślu­bie. Roz­ma­wiali o dzie­ciach, ale zawsze w kon­tek­ście dale­kiej przy­szło­ści, na pewno nie w tej chwili. Wła­śnie kupili dom, który będzie wyma­gał dłu­giego remontu. We wrze­śniu dostała wycho­waw­stwo w czwar­tej kla­sie, nie mogła teraz iść na zwol­nie­nie i urlop macie­rzyń­ski. Z prze­ra­że­niem patrzyła na dwie czer­wone kre­ski, jak na pro­sty zapis rów­na­nia: chło­pak plus dziew­czyna, plus seks równa się dziecko.

– I jak? – usły­szała zza drzwi Mar­cela. Zapu­kał, po chwili wszedł do środka. Zoba­czył żonę sie­dzącą na toa­le­cie bez wyraź­nej emo­cji na twa­rzy. Nie wie­dział, czy się cie­szy, czy roz­pa­cza, czy zło­ści. Zbli­żył się i wziął od niej test. – Dwie kre­ski. To zna­czy?

– Dobrze podej­rze­wa­łam. Okres mi się ni­gdy nie spóź­niał – odparła, a jej głos zabrzmiał płacz­li­wie, choć z całej siły pró­bo­wała opa­no­wać emo­cje.

– Czyli będę tatą? – ucie­szył się. Mar­cel zawsze pra­gnął mieć dużą rodzinę. Kiedy poznał Patry­cję, roz­ma­wiali o tym, chcieli mieć dwoje, a może i troje dzieci. Na tyle zga­dzała się ona, bo on chęt­nie przy­tu­liłby do serca i czwórkę.

– Chyba tak… Boże… Mar­cel, ja chyba nie jestem jesz­cze gotowa. To za wcze­śnie…

– Co ty mówisz? – Uklęk­nął przy niej, poło­żył dło­nie na jej kola­nach. – Nie zabez­pie­cza­li­śmy się, więc praw­do­po­do­bień­stwo było, myśla­łem, że się z tym liczysz.

– Było, ale prze­cież tyle razy się uda­wało… Co ja teraz zro­bię?

– Jak to co? Uro­dzimy, wycho­wamy i będziemy kochać.

– A dom? A remont?

– Ogar­niemy. Jak nie my, to kto?

Patry­cja dosko­nale pamię­tała tamte uczu­cia. Strach pomie­szał się z nadzieją i cie­ka­wo­ścią, bo w ich życie miał wła­śnie wkro­czyć mały czło­wiek. Z tru­dem zaak­cep­to­wała decy­zję losu, który pod­su­nął jej te dwie kre­ski na pla­sti­ko­wej płytce i powie­dział, że jej życie równa się życie Mar­cela i tego maleń­stwa, które miało się w niej roz­wi­jać.

– Damy sobie radę? – zaszlo­chała, a on ją tulił, cało­wał po policz­kach, ocie­rał łzy i gła­skał po ple­cach.

– Będziemy naj­lep­szymi rodzi­cami pod słoń­cem.

Nie byli.

* * *

Patry­cja odgo­niła wspo­mnie­nie. Wró­ciła myślami do tu i teraz. Patrzyła na Mar­cela, który wła­śnie krzyk­nął:

– Pocze­kaj! Mam coś na zachętę! Żeby łatwiej było zde­cy­do­wać. – Sko­czył na równe nogi i pognał do kuchni. Otwo­rzył szafkę z suchymi pro­duk­tami i zaczął cze­goś w niej szu­kać. Wresz­cie wycią­gnął papie­rową torebkę. – Spe­cjal­nie poje­cha­łem do gru­ziń­skiej pie­karni i ukry­łem to przed tobą. Nie­stety zimne, ale myślę, że to nie­istotne.

– A ja się zasta­na­wia­łam, co to za dziwny zapach! – Uśmiech­nęła się, kiedy na tale­rzu przed nią zna­la­zło się cha­cza­puri w kształ­cie otwar­tej łódeczki z jaj­kiem pośrodku, chyba naj­bar­dziej znany wypiek kuchni gru­ziń­skiej. – Nie mów tylko, że jecha­łeś po nie trzy­dzie­ści kilo­me­trów?

– Jecha­łem, ale warto było.

– A gdy­bym pomy­ślała o Ukra­inie?

– Kupi­łem też mro­żonkę z barsz­czem po ukra­iń­sku. – Zaśmiał się. Pod­skór­nie czuł jed­nak, że Patry­cję bar­dziej zain­te­re­suje Gru­zja.

– Czyli co? – spy­tała reto­rycz­nie. – Jesteś pewien, że chcemy przy­stą­pić do pro­gramu? Że damy radę? Że tym razem nie sta­nie się nic złego? A jeżeli wisi nad nami jakieś fatum?

– Dużo pytań, ale jestem prze­ko­nany, że to nasza jedyna opcja i nie ma na co cze­kać – odparł. – Z tego, co mówił praw­nik, powinno się udać. Pod­po­wie, jak zała­twić wszyst­kie doku­menty.

– To będzie trwało wieki… – jęk­nęła.

– Wcale nie.

Patry­cja przez moment mil­czała, ale Mar­cel zauwa­żył, jak nagle zmie­nił się wyraz jej twa­rzy. Kobieta zro­biła się blada, zadrżały jej kąciki warg, a na czole pogłę­biła się poprzeczna zmarszczka.

– Nie… prze­stań! – krzyk­nęła nie­ocze­ki­wa­nie. – Nie chcę tego. Nie wyobra­żam sobie, żeby obca kobieta nosiła moje dziecko – rzu­ciła, pod­ry­wa­jąc się z miej­sca. Wciąż miała wra­że­nie, że utknęła w jakiejś pętli, była niczym cho­mik bie­gnący przed sie­bie w koło­wrotku, pró­bu­jący roz­pacz­li­wie dogo­nić metę, która po pro­stu nie ist­niała. – Prze­pra­szam, ale nie mogę. Nie mogę, rozu­miesz?

– Ale prze­cież przed chwilą roz­wa­ża­łaś… że…

– Wiem – weszła mu w słowo. – Nie dam jed­nak rady, nie chcę. Zapo­mnijmy o tym. Zapo­mnijmy wresz­cie, do cho­lery, o dziecku. Nie będzie go i czas się z tym pogo­dzić!

* * *

Mar­cel stał pod prysz­ni­cem i pozwa­lał wodzie obmy­wać ciało. Był zmę­czony. Pod­czas roz­mowy z Patry­cją robił dobrą minę, żeby jej nie mar­twić, żeby rzu­cić żonie koło ratun­kowe, które ona osta­tecz­nie ode­pchnęła. A prze­cież widział, jak każ­dego dnia bez­rad­nie machała rękoma, nie mogąc zła­pać powie­trza. Od ope­ra­cji minęły już trzy lata, a ona na­dal nie doszła do sie­bie. Wście­kał się na los, ale przede wszyst­kim na sie­bie, że nie jest dla niej wystar­cza­ją­cym wspar­ciem. Wku­rzało go, że jego życie było sekwen­cją sytu­acji, z któ­rych musiał szu­kać wyj­ścia, jakby ktoś zapro­gra­mo­wał go tak, żeby się sku­piał na zagad­kach i łami­głów­kach, a los nie­stru­dze­nie pod­rzu­cał mu coraz to nowe trud­no­ści. Nie­długo będzie mógł ogło­sić się spe­cja­li­stą od roz­wią­zy­wa­nia skraj­nie zamo­ta­nych zadań. Oparł ręce o ściankę kabiny i pozwo­lił, by woda spły­wała mu na kark. Nie potra­fił uspo­koić myśli. Ktoś obser­wu­jący z boku ich życie mógłby wycią­gnąć wnio­sek, że nie­po­trzeb­nie się upie­rali, że mogliby wresz­cie nauczyć się odpusz­czać. Skoro życie mówiło „nie”, to trzeba to zaak­cep­to­wać. Nie leżało to jed­nak w natu­rze Mar­cela. Może brak ojca i nad­mierna tro­ska matki spo­wo­do­wały, że nie przyj­mo­wał odmowy? Upie­rał się, reali­zo­wał kolejne punkty planu, oka­zu­jąc zawsze entu­zjazm i opty­mizm, choć wewnątrz pani­ko­wał, a bywało, że i pła­kał. Patry­cja była bar­dzo do niego podobna, choć zda­wała mu się jesz­cze deli­kat­niej­sza, bar­dziej kru­cha.

Męż­czy­zna zakrę­cił wodę i się­gnął wresz­cie po ręcz­nik. Długo pocie­rał szorstką tka­niną głowę, jakby pró­bo­wał oczy­ścić ją z natręt­nych myśli. Potem sta­nął przed lustrem, kilka razy pod­niósł kąciki ust, prze­cze­sał włosy. Był gotowy do udziału w kolej­nych życio­wych zapa­sach, nawet gdyby miały się odby­wać bez dziecka.

2

Eka Dza­wansz­wili szła do domu w towa­rzy­stwie teścio­wej i nasto­let­niej szwa­gierki, a obok kobiet drep­tało dwoje małych dzieci: Maia i Rezo. Wła­śnie wyszli z cer­kwi, gdzie młoda matka zapa­liła świece przed wize­run­kiem Świę­tego Jerzego, patrona męsko­ści, i zwró­ciła się do niego z prośbą o pomoc w poszu­ki­wa­niu pracy dla jej męża Gurama, który ostat­nio nie miał szczę­ścia na polu zawo­do­wym. Już po raz trzeci w tym roku został zwol­niony. Ni­gdzie nie mógł zagrzać miej­sca dłu­żej niż kilka lub kil­ka­na­ście mie­sięcy, bo nie potra­fił mieć nad sobą sze­fów, zawsze mu coś nie paso­wało i wcze­śniej lub póź­niej koń­czyło się kłót­nią. Nie umiał trzy­mać języka za zębami, pysko­wał i wymą­drzał się nawet przed klien­tami. Żaden pra­co­dawca nie chciał mieć kogoś takiego u sie­bie, ludzie się skar­żyli, stra­szyli, że zmie­nią warsz­tat. Łatwiej więc było pozbyć się Gurama, który twier­dził, że za tak marne pie­nią­dze nie opła­cało się pra­co­wać, niż pró­bo­wać go zmie­niać.

Kobiety wspi­nały się dość stromą ulicą, wzdłuż któ­rej cią­gnęły się stare budynki, nie­które nazna­czone nie­dbale skle­co­nymi dobu­dów­kami zaprze­cza­ją­cymi wszel­kim pra­wom kon­struk­cyj­nym, inne obro­śnięte zdrew­niałą wino­ro­ślą albo blusz­czem, tu i ówdzie poma­lo­wane prze­bar­wio­nym liściem. Gru­zinki ciężko sta­wiały kroki, bo tego dnia pano­wał nie­mi­ło­sierny upał, a słońce wciąż było wysoko. Kobiety powoli podą­żały w kie­runku wie­lo­ro­dzin­nego budynku, w któ­rym znaj­do­wało się cia­sne trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie nale­żące do teściów Eki. Z oddali widać było nie­bie­skie bal­kony, na jed­nym z nich sąsiadka wywie­szała wła­śnie przez barierkę dywan, obok na sznur­kach leni­wie poru­szały się ręcz­niki i męskie koszule. Wśród gwaru ulicy brzmiały gło­śne roz­mowy dobie­ga­jące nie tylko z otwar­tych okien czy drzwi, lecz także od strony sie­dzą­cych tu i ówdzie męż­czyzn gra­ją­cych w karty lub popi­ja­ją­cych piwo. Gdzie­nie­gdzie wałę­sały się bez­domne psy, które pod­cho­dziły do ludzi, pró­bu­jąc wyże­brać jedze­nie.

– Mamo, mamo, bolą mnie nogi… – jęczała młod­sza Maia i wycią­gnęła ręce do matki, by ją pod­nio­sła.

Eka schy­liła się do córki i z tru­dem ją dźwi­gnęła.

– Jesteś już bar­dzo ciężka – powie­działa. Eka była drob­nej budowy, nie nale­żała do wyso­kich i sil­nych, więc nie­sie­nie trzy­latki pod górkę było spo­rym wyzwa­niem.

– Duże jeste­ście! Na nóż­kach trzeba iść. – Nino sta­nęła w obro­nie syno­wej. Chu­chro z niej prze­cież było, sama skóra i kości. To po uro­dze­niu córki ubyło jej kilo­gra­mów, bo gdy szła za Gurama, to i sie­dzieć miała na czym, i oddy­chać czym. Spoj­rzała na nią z poli­to­wa­niem, a potem naka­zała posta­wić dziew­czynkę. – Kiedy moje dzieci były w wieku Mai to same tu bie­gały, góra–dół, góra–dół, a teraz to takie deli­katne wszystko się zro­biło.

Kiedy wresz­cie dotarły do domu, w progu powi­tali ich nie­za­do­wo­leni ojciec z synem, któ­rzy doma­gali się posiłku. Z pokoju wyszła także naj­star­sza człon­kini rodu Gelasz­wi­li­czów, bab­cia Rima. Kobieta była nieco przy­gar­biona, ale ciemne oczy skry­wały jesz­cze mnó­stwo życio­wej ener­gii. Oparła ręce na bio­drach, na któ­rych miała prze­wią­zany far­tuch kuchenny.

– A wy gdzie tak długo się pałę­ta­cie?! – krzyk­nęła i zago­niła wszyst­kich do kuchni, gdzie na stole stała już torebka z mąką, a obok, w miseczce, znaj­do­wało się poszat­ko­wane mięso na farsz.

Kobiety nie­mal natych­miast umyły ręce i zabrały się do pracy, choć cały czas mię­dzy nogami plą­tały się dzieci. Co rusz któ­reś pła­kało, chciało pić, siku, jeść.

– Guram! – krzyk­nęła Eka, gdy już stra­ciła cier­pli­wość. – Zabierz je z kuchni!

– A co ja jestem, niańka? Prze­cież nie będę się nimi zaj­mo­wać, mam co innego na gło­wie! – odpo­wie­dział Guram, a ona wresz­cie nie wytrzy­mała, chwy­ciła malu­chy i zapro­wa­dziła je do pokoju, gdzie jej mąż z teściem oglą­dali tele­wi­zję. Posa­dziła dzie­ciaki na dywa­nie i wysy­pała przed nimi drew­niane klocki. – Baw­cie się grzecz­nie, bo nie będzie dziś obiadu!

– Jaka naro­wi­sta ta twoja żonka. – Otar się zaśmiał.

Eka puściła tę uwagę mimo uszu i wró­ciła do kuchni. Zde­cy­do­wa­nie wolała towa­rzy­stwo kobiet. Zgod­nie zabrały się za przy­go­to­wa­nie chin­kali, bo w domu Gelasz­wi­li­czów zawsze kró­lo­wały tra­dy­cyjne potrawy. Na straży daw­nego porządku stała Rima, która powta­rzała, że dopiero po jej śmierci mogą sobie wpro­wa­dzać nowe zwy­czaje. Kiedy raz Eka gło­śno wypo­wie­działa swoje marze­nie o posia­da­niu zmy­warki do naczyń, została zru­gana przez seniorkę i na wszelki wypa­dek ni­gdy już póź­niej nie mówiła gło­śno o swo­ich pra­gnie­niach. Posłusz­nie sta­wała przy zle­wo­zmy­waku i nie narze­kała. Pod dachem teściów miesz­kała już sześć lat, znała swoje miej­sce, choć nie tak wyobra­żała sobie życie, gdy szła za mąż. Wyda­wało się jej wtedy, że przez cały czas będzie ado­ro­wana, noszona na rękach, kochana…

* * *

Gurama pierw­szy raz spo­tkała w pie­karni, w któ­rej zatrud­niła się krótko po szkole, by zaro­bić na stu­dia. Jej pen­sja nie była wysoka, ale każ­dego mie­siąca z dumą odbie­rała swoje trzy­sta lari. Rodzi­com odda­wała pięć­dzie­siąt, a resztę oszczę­dzała, by za rok roz­po­cząć naukę na wyma­rzo­nym kie­runku, pra­gnęła bowiem zostać archi­tektką. Od dziecka uwiel­biała ryso­wać i wycho­dziło jej to ponoć cał­kiem nie­źle. Nauczy­ciele ją chwa­lili, powta­rzali, że ma talent, i żeby go nie zmar­no­wała. A że Eka upodo­bała sobie ryso­wa­nie budyn­ków, natu­ral­nie skie­ro­wała swoje myśli ku archi­tek­tu­rze, tym bar­dziej że rów­nie mocno lubiła mate­ma­tykę i fizykę. Co prawda matka z ojcem pukali się w czoło, bo ich zda­niem to nie był zawód odpo­wiedni dla dziew­czyny, ale ona się uparła, nie chciała sły­szeć o niczym innym. Dla­tego też potrze­bo­wała pie­nię­dzy, rodzice nie byli w sta­nie sfi­nan­so­wać jej nauki.

Zatrud­niła się więc w małej rodzin­nej pie­ka­rence pro­wa­dzo­nej przez Tigrana Aba­siego, z któ­rym jej ojciec czę­sto gry­wał w sza­chy. Spe­cjal­no­ścią tego miej­sca były bubliki – żona wła­ści­ciela, z pocho­dze­nia Ukra­inka, umie­jęt­nie łączyła prze­pisy kuchni gru­ziń­skiej z ukra­iń­ską, ormiań­ską i rosyj­ską. Eka uwiel­biała pszenno-droż­dżowe krążki z seza­mem, choć te z makiem też jej sma­ko­wały. Bubliki upodo­bał sobie rów­nież młody Guram, ale chyba bar­dziej spodo­bała mu się sprze­daw­czyni, bo stał się czę­stym klien­tem pie­karni, cho­ciaż musiał przejść połowę mia­sta, by tu tra­fić. Zaga­dy­wał, pra­wił kom­ple­menty, kupo­wał bułeczki i czę­stował nimi piękną dziew­czynę, która wciąż nie dawała się zapro­sić na randkę, miała bowiem bar­dzo pre­cy­zyjny pomysł na swoje życie. Nie zakła­dała szyb­kiego zamąż­pój­ścia, odsu­wała randki na póź­niej. Naj­pierw stu­dia, praca i dopiero wtedy może pomy­śli o amo­rach. Eka pra­gnęła żyć jak kobiety na zacho­dzie Europy, choć cza­sem bra­ko­wało jej deter­mi­na­cji. Łapała się na tym, że spoj­rze­nie mło­dego męż­czy­zny dzia­łało na nią w jakiś nie­znany do tej pory spo­sób i gdy wie­czo­rem leżała w łóżku, zamiast o archi­tek­tu­rze roz­my­ślała o przy­stoj­nym chło­paku. A wtedy zawsze oble­wała ją fala gorąca, ści­skało w brzu­chu, serce zaczy­nało łomo­tać jak po biegu. Za to Guram od dziecka kar­miony był opo­wie­ściami o szczę­śli­wej miło­ści swo­ich rodzi­ców, o gru­ziń­skich tra­dy­cjach, o rodzin­nych zwy­cza­jach, o przod­kach wal­czą­cych w obro­nie wol­nej Gru­zji, miał więc zupeł­nie inny plan na życie niż młoda sprze­daw­czyni.

Po kilku mie­sią­cach wizyt w pie­karni i darem­nego zapra­sza­nia dziew­czyny na spa­cer posta­no­wił pod­jąć bar­dziej zde­cy­do­wane dzia­ła­nia. Pew­nego dnia poja­wił się ele­gancko ubrany, jakby wła­śnie wra­cał z cer­kwi. Miał na sobie białą koszulę i ciemne spodnie, a przez ramię non­sza­lancko prze­rzu­coną czarną skó­rzaną ramo­ne­skę. Eka jed­nak od razu zauwa­żyła, że musiał tego popo­łu­dnia wypić wię­cej cza­czy2 niż zwy­kle. Chło­pak był bar­dzo pobu­dzony, jakby się czymś dener­wo­wał. Kupił bubliki z makiem, z seza­mem i bez dodat­ków, po dzie­sięć sztuk każ­dego rodzaju. Wziął rów­nież kilka puri i dwa rodzaje bułek, jakby szy­ko­wał wystawną suprę3.

– Pomo­żesz mi to zanieść do samo­chodu? – spy­tał, dziw­nie wesół. Uśmie­chał się od ucha do ucha. Miał rumiane policzki, zwi­chrzone włosy. Eka przy­znała w myślach, że męż­czy­zna był przy­stojny. Podo­bały się jej jego zawa­diacki uśmiech, czarne niczym węgle oczy, oliw­kowa skóra. Lubiła, gdy przy­cho­dził do skle­piku, bo zawsze miał dla niej miłe słowo. Potra­fił ją roz­ba­wić, ale też poru­szyć w niej jakąś nie­wi­dzialną siłę, która potem nie dawała zasnąć. Kiedy tylko Eka zamy­kała powieki, zawsze widziała przed sobą roze­śmiane oczy Gurama. Nie chciała jed­nak dopu­ścić do sie­bie myśli, że się w nim zadu­rzyła. Upar­cie odma­wiała mu zapro­sze­nia na spa­cer czy kawę, choć czuła, że za każ­dym razem robiła to mniej sta­now­czo. I gdy pew­nego tygo­dnia ani razu nie popro­sił o spo­tka­nie, była ogrom­nie roz­cza­ro­wana, wystra­szyła się nawet, że może jutro go nie zoba­czy. Kiedy wyznała swoje uczu­cia sio­strze, ta zaśmiała się, po czym stuk­nęła Ekę w czoło.

– Głu­pia! Ty się zako­cha­łaś – oznaj­miła jej Tamari, ale ona krę­ciła głową, pró­bu­jąc odgo­nić od sie­bie tę myśl. Prze­cież tego nie było w jej pla­nach!

– Nie… – zaprze­czyła, choć nie­zbyt zde­cy­do­wa­nie.

Ece prze­cież podo­bało się w Gura­mie wszystko, nawet ten pocią­ga­jący mrok, jaki nosił w sobie, a któ­rego nie potra­fiła nazwać, miała jed­nak wra­że­nie, że krył się w ciem­nych oczach, w spoj­rze­niu, w ruchu rąk, a nawet w uśmie­chu. Czaił się za rogiem, trzy­many w tajem­nicy niczym pies na krót­kiej smy­czy. Lubiła spon­ta­nicz­ność męż­czy­zny i jego poczu­cie humoru. Łapała się na tym, że jeżeli nie poja­wił się do połu­dnia w środę, to spo­glą­dała w okno, wypa­tru­jąc jego syl­wetki. Naprze­ciwko pie­karni stał dom o drew­nia­nej kon­struk­cji, nieco rachi­tycz­nej, nie­trzy­ma­ją­cej już pionu, poma­lo­wany w cza­sach świet­no­ści na bla­do­żółto, gdzie­nie­gdzie łusz­czyła się jesz­cze farba. Przed nim znaj­do­wała się ławeczka, na któ­rej chło­pak cza­sami przy­sia­dał z przy­ja­cie­lem. Spę­dzali tak godzinę lub dwie, obser­wu­jąc krzą­ta­jącą się za ladą Ekę. Począt­kowo ją to krę­po­wało, czuła się nie­swojo, wciąż pod­glą­dana, ale kiedy ławka przez cały dzień stała pusta lub sia­dali na niej sta­rzy męż­czyźni z sąsiedz­twa, nie­ocze­ki­wa­nie zale­wała ją fala smutku. Ganiła się potem za ten sen­ty­men­ta­lizm i uda­wała, że nic a nic nie obcho­dzi ją bez­czelny mło­dzik.

– Nie dasz sobie rady z zaku­pami? – spy­tała, bo za Gura­mem do sklepu pie­karni weszło kilku innych klien­tów.

– Nie, bar­dzo cię pro­szę. Ni­gdy wcze­śniej cię o to nie pro­si­łem, raz możesz coś dla mnie zro­bić.

Spoj­rzał jej głę­boko w oczy, aż ją prze­szły dresz­cze.

Z zaple­cza wyszedł Tigran. Szpa­ko­waty męż­czy­zna uśmiech­nął się do dziew­czyny i zachę­cił ją ruchem ręki, by pomo­gła chło­pa­kowi, a sam zaczął roz­mowę z klien­tami. Eka wzru­szyła ramio­nami, chwy­ciła papie­rową torbę z puri, drugą z buł­kami i wyszła na zewnątrz, gdzie zauwa­żyła czarne BMW. Nic szcze­gól­nego nie przy­kuło jej uwagi, na uli­cach mia­sta jeź­dziło mnó­stwo takich aut. BMW było uko­chaną marką Gru­zi­nów i koniecz­nie musiało być czarne, jakby dopa­so­wy­wali je do koloru oczu.

Nagle jed­nak drzwi auta się otwo­rzyły, a z wnę­trza wysko­czyło dwóch mło­dzień­ców. Bez ostrze­że­nia chwy­cili dziew­czynę pod ręce i siłą wcią­gnęli do środka.

– Nie! Nie! – krzy­czała, pró­bu­jąc się bro­nić, ale silne ramiona męż­czyzn nie pozwa­lały jej wysko­czyć z roz­pę­dza­ją­cego się wła­śnie samo­chodu. – Pro­szę, nie! – Eka się roz­pła­kała, bo wła­śnie zro­zu­miała sza­tań­ski pomysł Gurama i wpa­dła w panikę, nie tak miało wyglą­dać jej życie. Serce waliło jej jak osza­lałe, a cia­łem wstrzą­sały dresz­cze. Roz­pacz­li­wie szu­kała po kie­sze­niach tele­fonu, ale zosta­wiła go pod ladą. Nie miała jak wezwać braci na pomoc. – Wypuść mnie… – szep­tała, ale Guram, sie­dzący w fotelu obok kie­rowcy, spo­glą­dał na nią z sze­ro­kim uśmie­chem. Tra­dy­cji stało się zadość. Za radą ojca wybrał sobie żonę ide­alną. Eka Dza­wansz­wili pocho­dziła z dobrego, choć bar­dzo skrom­nego gru­ziń­skiego domu, była piękna, mądra i młoda, a taka miała być matka jego przy­szłych dzieci. Szcze­rzył się więc do niej, wyobra­ża­jąc sobie ich wspólne szczę­ście, choć dziew­czyna go wyzy­wała: – Głupi jesteś! Bajek się naczy­ta­łeś! Wypuść mnie natych­miast, bo jak tylko wysiądę z tego auta, to przy­rze­kam, że cię zdzielę w pysk! Guram! To nie śre­dnio­wie­cze! Zatrzy­maj­cie samo­chód!

Wszy­scy męż­czyźni w aucie par­sk­nęli śmie­chem. Byli pewni, że dziew­czyna się prze­ko­ma­rza. A Eką fak­tycz­nie tar­gały sprzeczne emo­cje, co jesz­cze bar­dziej ją roz­wście­czało. Wola­łaby mieć jasność, że nie chce Gurama, ale jej serce jak na złość szep­tało zupeł­nie coś innego. Chciała go i nie chciała, bo nie tak zapla­no­wała swoje życie.

Po pół­go­dzi­nie dotarli w oko­lice naj­star­szej czę­ści mia­sta, gdzie w jed­nym z miesz­kań dwu­kon­dy­gna­cyj­nego, poma­lo­wa­nego na nie­bie­sko domu, cze­kała repre­zen­ta­cja rodu Gelasz­wi­li­czów w towa­rzy­stwie sąsia­dów. Nie było szans, by Eka ucie­kła, zresztą nawet nie pró­bo­wała, po pro­stu pod­dała się prze­sta­rza­łej tra­dy­cji. Wpro­wa­dzono ją do środka wśród okrzy­ków rado­ści. Dziew­czyna nie mogła się jesz­cze zde­cy­do­wać, co czuła, bo wystar­czało, że spo­glą­dała na roz­anie­loną twarz Gurama, a serce jej mię­kło i nie­znane jej cie­pło roz­le­wało się po ciele. Rima zła­pała ją za rękę, kazała wszyst­kim iść do pokoju, a pannę wpro­wa­dziła do kuchni.

– Sia­daj i nie becz – powie­działa ostro, ale szybko dodała już zupeł­nie łagod­nie: – Zro­bię ci kawę, bar­dzo słodką, bo cukier dobry na smutki. Od razu ci się humor poprawi. Nie ma co lać łez.

– Muszę wra­cać do domu, nie mogę tu zostać – jęk­nęła Eka, ocie­ra­jąc twarz chu­s­teczką.

– Prze­cież wró­cisz, włos z głowy ci tu nie spad­nie, widzisz, że jestem przy tobie, skrzyw­dzić cię nie dam – odparła star­sza kobieta i posta­wiła przed dziew­czyną nie­wielki kubek z ciem­nym napo­jem. Potem usia­dła obok niej. – Naj­pierw się napij.

– Dzię­kuję – szep­nęła. Chwy­ciła naczy­nie i pró­bo­wała upić łyk, by zro­bić Rimie przy­jem­ność, ale kawa była zbyt gorąca, nie­mal gęsta od cukru. Spoj­rzała sta­ruszce w oczy, widziała w nich zde­cy­do­wa­nie i har­dość, ale też jakąś łagod­ność i dobroć. Rozej­rzała się po nie­wiel­kiej kuchni. Poczuła przy­jemne dla nosa zapa­chy, jakby nagle zna­la­zła się w domu swo­jej babci.

– Wszystko się ułoży, zoba­czysz. Guram wybrał cię na żonę, to dobry chło­pak, trzeba, żeby się ustat­ko­wał, zało­żył rodzinę.

– To jakieś wariac­two z tym porwa­niem, prze­cież nikt już tak nie robi – jęk­nęła. Może gdzieś na wsi ktoś jesz­cze kul­ty­wo­wał dawne tra­dy­cje, ale prze­cież nie w sto­licy!

– Oj, tam! – Rima mach­nęła ręką. – Dobrze wam razem będzie, zamiesz­ka­cie z nami. On po szkole samo­cho­do­wej, zarobi na was i na dzieci.

– Ja nie chcę jesz­cze dzieci, chcia­łam iść na stu­dia…

– Po co ci stu­dia? Do rodze­nia i wycho­wy­wa­nia dzie­cia­ków nie­po­trzebne. A my jeste­śmy dobrą rodziną, z tra­dy­cjami.

– Widzę wła­śnie te tra­dy­cje…

– Nie narze­kaj, mogłaś tra­fić gorzej. Pij, pij kawę, dobrze ci to zrobi. A jak już bar­dzo chcesz się uczyć, to poro­dzisz dzieci i może nada­rzy się oka­zja, to jesz­cze na stu­dia pój­dziesz. Znam jedną taką, któ­rej się udało. Tobie też może. Widzę, że uparta jesteś, może jesz­cze bar­dzo młoda, nie­świa­doma swo­jej mocy, ale uwierz mi, nabie­rzesz odwagi, żeby sta­wiać na swoim. Zhar­dzie­jesz, ja to wiem – dodała, wbi­ja­jąc spoj­rze­nie w młódkę. – Widzę to w two­ich oczach, a ja rzadko kiedy się mylę.

Eka pocią­gnęła kilka razy nosem, ponow­nie prze­tarła twarz.

– Myśli­cie, że Guram by pozwo­lił?

– A co ma nie pozwo­lić? Doga­da­cie się jakoś. Porwał cię zgod­nie ze starą tra­dy­cją, on ma dobre serce. Ja nie jestem głu­pia, widzę, że czasy się zmie­niają, dla kobiet rów­nież, ale życie jest życie, ktoś musi dawać mu począ­tek. Podoba ci się mój wnuk?

Eka się zaru­mie­niła, bo ni­gdy nie wypo­wie­działa tego gło­śno nawet sama przed sobą.

– Tak… podoba… lubię go…

– No i sama widzisz. Po co więc cze­kać?

Sta­ruszka nagle wstała z krze­sła i krzyk­nęła na Gurama. Poja­wił się w kuchni bar­dzo szybko, jakby cze­kał na znak od babki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Rdz 16,1–4.15–16, Biblia Tysiąc­le­cia, Wydaw­nic­two Pal­lo­ti­num, Poznań 2023 (wszyst­kie cytaty z Biblii pocho­dzą z tego wyda­nia. Wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od autorki). [wróć]

2. Gru­ziń­ski samo­gon. [wróć]

3. Gru­ziń­ska bie­siada. [wróć]