Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Patrycja i Marcel od dawna wiedzą, że chcą być rodzicami. Oboje marzą o domu, w którym rozbrzmiewa śmiech dziecka. Jednak tragiczny w skutkach wypadek przekreśli ich plany na zawsze. Tymczasem w innym zakątku świata Eka zdążyła się już przekonać, że życie nie zawsze daje wybór, a lekkomyślny mąż nie potrafi być dla niej oparciem w wychowaniu dwójki dzieci. Drogi bohaterów przecinają się tam, gdzie nadzieja staje się kontraktem, a miłość przechodzi trudną próbę.
To historia o czworgu bohaterach: o kobiecie, która nosi w sobie cudze marzenie, o parze, która uczy się, że rodzicielstwo zaczyna się nie od krwi, lecz od czułości, oraz o dziecku, które przychodzi na świat pod właściwym sercem, nawet jeśli nie jest to serce, które miało je kochać.
Pod właściwym sercem to opowieść o nadziei, determinacji i miłości, które nie znają granic.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 333
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 9 godz. 0 min
Lektor: Hanna Chojnacka
Saraj, żona Abrama, nie urodziła mu […] potomka. Miała zaś niewolnicę Egipcjankę, imieniem Hagar. Rzekła więc Saraj do Abrama: „Ponieważ Pan zamknął mi łono, abym nie rodziła, zbliż się do mojej niewolnicy; może z niej będę miała dzieci”. Abram usłuchał rady Saraj. Saraj, żona Abrama, wzięła zatem niewolnicę Hagar, Egipcjankę, i dała ją za żonę mężowi swemu Abramowi, gdy już minęło dziesięć lat, odkąd Abram osiedlił się w Kanaanie. Abram zbliżył się do Hagar i ta stała się brzemienną […]. Hagar urodziła Abramowi syna. I Abram nazwał zrodzonego mu przez Hagar syna imieniem Izmael.
Abram miał lat osiemdziesiąt sześć, gdy mu Hagar urodziła Izmaela1.
Część pierwsza
Decyzja
Patrycja siedziała na ławce ukrytej w cieniu drzewa i choć na kolanach trzymała książkę, nie potrafiła się skupić na czytaniu. Nie wyławiała też z otoczenia śpiewu ptaków, szumu liści w koronach drzew czy chrzęstu kamieni pod butami ludzi spacerujących alejkami. Do jej uszu dochodziły jedynie śmiechy i krzyki dzieci. Plac zabaw wypełniony był kilkuletnimi odkrywcami i odkrywczyniami świata, którzy odciągali jej uwagę od lektury. Właśnie przyglądała się trzylatkowi, który uciekał przed opiekunką. Sprawiało mu to najwyraźniej ogromną radość, jakby znał skutki takiej gonitwy. Matka dopadła do synka, chwyciła go w ramiona, zakręciła wkoło i wycałowała po policzkach. Perlisty śmiech chłopca wybrzmiewał w powietrzu, a Patrycja czuła, jakby ktoś wbijał jej w brzuch szpilki. Dostawała odłamkami ich miłości, więc kuliła się, próbowała uspokoić oddech, choć na skórze piekły wszystkie blizny. Łapała się na tym, że nieświadomie szukała wzrokiem dzieci, które mogły mieć trzy, cztery latka.
– Dzień dobry, wolne? – usłyszała nad sobą głos. Drgnęła, wyrwana z zamyślenia, ale natychmiast skinęła głową.
– Bardzo proszę – odparła, przesuwając się na skraj ławki, chociaż miejsca było wystarczająco dużo.
Blisko niej usiadła młoda kobieta, ubrana w dżinsy i luźną jasną koszulkę. Obok swoich stóp, obutych w czarne sneakersy, postawiła wiaderko z łopatką. Patrycja powędrowała wzrokiem za spojrzeniem nieznajomej. Kobieta przyglądała się dziewczynce z warkoczem. Mała nie mogła mieć więcej niż pięć lat. Wspinała się właśnie po niskiej drabince.
– Które jest pani? – zagadnęła ją nieoczekiwanie matka dziecka.
Patrycja się wyprostowała, wzięła książkę do ręki i w pierwszej chwili chciała wskazać na chłopca w zielonych spodenkach, ale chrząknęła i wyjaśniła:
– Jestem sama, przyszłam poczytać.
– No tak, dzisiaj piękna pogoda, więc żal siedzieć w domu. Moja córka uwielbia ten plac zabaw. To ta w różowym sweterku.
– Przepraszam, ale mój wolny czas się skończył, muszę wracać. Życzę pani miłego dnia – powiedziała, żeby jak najszybciej zakończyć wymianę zdań. Nie chciała rozmawiać o dzieciach, wystarczyło, że na nie patrzyła.
Chwyciła książkę, poprawiła torebkę na ramieniu i energicznym krokiem weszła w parkową alejkę. Uspokajała oddech. Czasami na placu zabaw dopadała ją panika, znajdowała ją nawet w najbardziej ukrytym zakątku pod rozłożystymi lipami lub dębami i dusiła, kołatała jej sercem, a Patrycja była przekonana, że właśnie umiera, choć w umieraniu nie była perfekcyjna. Za każdym razem okazywało się, że nawet tego nie potrafiła zrobić dobrze, bo do tej pory zawsze się budziła, a naprzeciwko siebie miała twarz lekarza. Mimo wszystko przychodziła na plac zabaw, patrzyła na huśtawki, zjeżdżalnie, drabinki i piaskownicę, jakby chciała sama sobie zadawać rany tym widokiem.
– Wdech… wydech… – szepnęła. – Wdech… wydech…
Gdy Marcel przekraczał próg mieszkania, wciąż mielił w głowie wiadomość, którą dostał kilka dni temu. Nie był przygotowany na to, by czekać na adopcję latami, ponieważ Patrycja wciąż nie była gotowa i oboje nie mieli pewności, czy kiedykolwiek będzie zdolna do podjęcia decyzji o rodzicielstwie zastępczym. Próbował przestać o tym myśleć, więc szukał coraz to nowych zajęć w pracy. Dzisiaj był na spotkaniu autorskim dla dzieci w swojej bibliotece, a potem, jako dyrektor placówki, na obiedzie z pisarzem Grzegorzem Łasiem oraz przedstawicielem jego wydawnictwa. Z pewnością nie poruszał z nimi prywatnych tematów, ale gdy tylko przekroczył próg domu, powróciły wciąż te same od kilku lat lęki i oczekiwania.
Wszedł do przedpokoju i wrzucił klucze do ustawionej na komodzie drewnianej skrzyneczki z kaszubskim wzorem. Wsunął na stopy kapcie, a buty ułożył starannie w szafce. Lubił, gdy stały równo.
– Jesteś? – usłyszał z głębi mieszkania głos Patrycji.
Po chwili zobaczył żonę siedzącą na hokerze przy wyspie kuchennej i pochylającą się nad laptopem. Marszczyła czoło i z uwagą się czemuś przyglądała, czasami poprawiała zsuwające się jej z nosa okulary.
– Jestem, jestem… Już kończę, układam właśnie plan zajęć, bo od jutra zaczynamy – powiedziała, przyjmując całus w policzek. – Zaraz to zamknę… nie chcę, by mi uciekło.
– Dobrze. – Marcel westchnął i przeszedł na drugą stronę wyspy. – Jak ci minął dzień?
– Pracowicie – odparła.
Patrycja nie wspominała mężowi o swoich wizytach na placu zabaw. Wiedziała, że będzie się martwił, znów wysyłał ją na terapię, a ona czuła się tym wszystkim już bardzo zmęczona, choć nadal nie umiała przestać podsycać w sobie tęsknoty za macierzyństwem.
Marcel zajrzał do garnka stojącego na kuchence.
– Mniam… – Uśmiechnął się pod nosem, bo danie pachniało wyśmienicie. Uwielbiał przygotowywane przez żonę leczo. Zawsze zawierało mnóstwo warzyw, ale przede wszystkim świeże pomidory i cukinię.
– Możesz nakładać na talerze… Okej, skończyłam. – Patrycja zamknęła laptop i odsunęła go na bok. Dopiero teraz mogła się dokładnie przyjrzeć mężowi. Wyglądał na zmęczonego.
Kiedy wreszcie usiedli przy wyspie kuchennej, przez kilka minut milczeli. Łamali chleb i zanurzali go w warzywno-mięsnym sosie, rozkoszowali się smakiem niewyszukanej potrawy. Wreszcie Marcel po raz kolejny streścił jej rozmowę z pracownicą ośrodka adopcyjnego. Patrycja mu nie przeszkadzała, nie zadawała żadnych pytań. Myślała o tym, co wcześniej przeczytała w internecie, teraz pozwalała się mężowi wygadać. Marcel z pewnością tego potrzebował, bo nie potrafił milczeć i „trawić” swoich emocji w ciszy, jakby to, co nie zostało wypowiedziane, natychmiast zamieniało się w ołów i zalegało w ciele, pochylając sylwetkę ku ziemi.
Patrycja przyglądała mu się z uwagą, bo promienie słońca wpadające przez okno tworzyły wokół mężczyzny bladą poświatę.
– Nigdy nie będziemy mieć dziecka – rzuciła wreszcie. Nie uśmiechnęła się, jak miała w zwyczaju, a na jej czole pojawiła się poprzeczna zmarszczka. W jej słowach wybrzmiała gorycz pomieszana z rozczarowaniem. Z trudem też panowała nad tym, by się nie rozpłakać. Pragnęła dziecka, syna, córki, obojętnie, marzyła, żeby słyszeć w domu tupot małych stópek, śmiech, płacz, by stworzyć pełną rodzinę, jakiej zawsze pragnęli. – Czas się z tym pogodzić. Nie jestem w stanie rozpocząć procesu adopcyjnego. Boję się, że skrzywdziłabym i dziecko, i nas. Po prostu nie dam rady.
Marcel podniósł wzrok i przyjrzał się Patrycji. Kochał ją całym sercem.
Pamiętał ich pierwsze spotkanie. Dostał wtedy posadę dyrektora w miejskiej bibliotece, trochę się bał tej pracy. Personel może nie był liczny, ale zarządzanie dwiema filiami wydawało się wyzwaniem. Głowę miał jednak pełną pomysłów, wcześniej przez pięć lat pracował w małej wiejskiej bibliotece pod Gdańskiem, zdobył doświadczenie. Szybko się okazało, że był biegły w pozyskiwaniu funduszy unijnych, pisał najróżniejsze projekty, dzięki czemu zasoby niewielkiej wypożyczalni z roku na rok rosły, a czytelników przybywało. Marcel potrafił szukać sponsorów, rozmawiać z pisarzami i pisarkami, organizować warsztaty i spotkania, a przede wszystkim promować czytelnictwo. Wzięcie udziału w konkursie na dyrektora większej placówki było czymś naturalnym, chciał się rozwijać.
Pierwszego dnia w nowym miejscu, kiedy wszyscy pracownicy już wyszli, usiadł w fotelu jednej z bibliotekarek i dopijał kawę. Rozglądał się z dumą po pomieszczeniu, układał w głowie plany, jak zmieni wypożyczalnię, jakie remonty przeprowadzi, gdzie przestawi półki, w jaki sposób zdobędzie fundusze, gdy nagle ktoś szarpnął drzwi i do środka wpadła wysoka brunetka. Nie wyglądała na więcej niż dwadzieścia lat. Marcel wziął ją za studentkę. Była szczupła, miała patykowate nogi, które podkreślały wąskie nogawki spodni, a jej fryzura zdała się bibliotekarzowi nieco potargana, jakby dziewczyna zapomniała się uczesać albo nie potrafiła okiełznać niesfornych kosmyków. Co chwilę poprawiała zsuwające się jej z nosa okulary.
– Przepraszam, mogę jeszcze coś wypożyczyć? – wysapała. – Bałam się, że już zamknięte.
– Bo zamknięte – odparł bibliotekarz. Wstał zza biurka i chciał wyprosić spóźnialską czytelniczkę, ale było w niej coś takiego, co nie pozwoliło mu tego zrobić. Stał więc i czekał na rozwój wydarzeń.
– Oj, przepraszam… Pan pewnie jest nowym dyrektorem?
– Tak. Marcel Bednarczyk – odparł i wyciągnął rękę do sympatycznej dziewczyny.
– Patrycja Zaborska. Jestem nauczycielką w pobliskiej podstawówce – dodała, a zaskoczony Marcel uniósł brwi, choć starał się ukryć zdziwienie.
– Niech zgadnę, język polski albo angielski?
– To drugie, ale prywatnie uczę też japońskiego.
– Myślałem, że jest pani studentką, o ile nie licealistką, a tu dwa fakultety. – Marcel się zaśmiał. Dokładnie przyjrzał się kobiecie w modnych okularach, z pieprzykiem koło nosa i lekko odstającymi uszami, które z pewnością dodawały jej uroku. Wyglądała jak łobuziara. Tak o niej wtedy pomyślał, choć później się okazało, że to raczej nadwrażliwa dusza, skrywająca swoją delikatność pod grubą warstwą racjonalizmu.
– Dziękuję za komplement. Nie mam zbyt dużego stażu. Od zeszłego września jestem nauczycielką, zaraz po studiach pracowałam przez rok w Japonii, a po powrocie szukałam przez jakiś czas swojego miejsca na ziemi i oto jestem tutaj.
– I wróciła pani?
– Tak… długa historia. Jakoś tak wyszło, że postanowiłam zostać w Polsce, tam nic mnie nie trzymało, poza zainteresowaniami kulturą i językiem. Tęskniłam do kraju. To był czas poszukiwań i weryfikacji planów życiowych. – Uśmiechnęła się. – A pan?
Marcel odruchowo spojrzał na dłoń Patrycji, nie zauważył obrączki, ale pomyślał, że taka zjawiskowa dziewczyna na pewno jest w związku.
– Ja miałem mniej ekscytujące życie, bo po studiach był staż w jednej bibliotece, praca w drugiej, a teraz jestem tutaj – streścił krótko swoją karierę zawodową. W myślach próbował też ocenić, o ile lat mógł być starszy od anglistki. Obstawił, że około siedmiu, ośmiu. Jak się później okazało, niewiele się pomylił. – No dobrze, to co chciałaby pani wypożyczyć?
– Najpierw chciałabym oddać to… – Sięgnęła do torby przewieszonej przez ramię i wyłożyła na biurko dwie książki Yasunari Kawabaty: Krainę śniegu i Tysiąc żurawi. – Lubię do nich wracać. Moje egzemplarze komuś pożyczyłam i nigdy już ich nie odzyskałam.
Marcel przyjrzał się podniszczonym okładkom. Czarno-biała z górną częścią twarzy kobiety o wyraźnie skośnych oczach przyciągnęła jego uwagę.
– Pewnie dobre?
– Bardzo. Uwielbiam liryczny styl autora. Polecam. Nieprzypadkowo dostał Nobla.
– Teraz czuję się zawstydzony, bo noblistę powinienem kojarzyć.
– Nie da się wszystkiego pamiętać i przeczytać, niestety.
Rozmawiali przez kilkanaście minut, ale już wtedy nawiązała się między nimi nić porozumienia. Jakby niewidzialny pająk utkał sieć, z której już nie mogli się wydostać. Ostatecznie Patrycja niczego nie wypożyczyła, ale zapowiedziała, że wróci następnego dnia o odpowiedniej porze. Marcel za to nie chciał tego wieczoru spędzać samotnie, zapytał więc, czy Patrycja nie napiłaby się z nim piwa z okazji jego pierwszego dnia w nowej pracy. Tak więc wieczór spędzili na rozmowie w pobliskim pubie, szybko przeszli na „ty”. Okazało się, że wiele ich łączy, a tematy nie kończyły się do późnych godzin nocnych. Trzy miesiące później zostali parą, po półtora roku zamieszkali razem, a po czterech latach od pierwszego spotkania byli już małżeństwem.
Marcel z sentymentu próbował czytać ulubionego pisarza żony, ale Yasunari Kawabata wydawał mu się zbyt trudny i niezrozumiały, nigdy się z japońskim noblistą nie polubili, choć w ich domu stały jego książki po polsku i w oryginale, kupione z czasem w antykwariacie na pamiątkę ich spotkania.
Marcel odgonił wspomnienie i przez chwilę wpatrywał się w twarz żony. W głowie wyświetlały mu się najróżniejsze obrazy z przeszłości. Znów pojawiło się to, co zaległo między nimi jakiś czas temu, co gniotło, uwierało i nie dawało o sobie zapomnieć, ponieważ nie zawsze wiedzieli, jak o tym rozmawiać.
– Pyszne – powiedział, choć nie zamierzał mówić o jedzeniu. Na moment się zawahał, ale wreszcie bardzo powoli się odezwał: – Pati, wiem… choć od wielu miesięcy unikamy tego tematu. Może czas o tym porozmawiać? Oboje chcemy dziecka…
Patrycja gwałtownie odłożyła sztućce. Nie podniosła głowy, by spojrzeć na męża. Męczyło ją poczucie winy, bo to przez nią to wszystko, ta cisza, to omijanie ważnych dla nich spraw, planów na przyszłość… Nigdy tego nie powiedział, ale ona wiedziała, czuła to niczym drzazgę pod skórą. Każdego dnia, a może nawet z godziny na godzinę rana podchodziła ropą.
– Marcel… – zaczęła. Próbowała uporządkować myśli. Nie umiała mu powiedzieć tego, co cisnęło się jej na usta. Bała się, że jej posłucha i zrobi coś, co jeszcze bardziej pootwiera jej rany. – Marcel… ja zrozumiem, jeżeli będziesz chciał… – zająknęła się – chciał… odejść… Naprawdę… ty możesz być ojcem… nie chcę ci tego za…
– Boże, Pati! Jak możesz w ogóle tak myśleć? – Podniósł głos, nie pozwalając jej skończyć. Kiedyś już próbowała mówić to samo, ale nie chciał, żeby te słowa wybrzmiewały w powietrzu. – Proszę cię! Są inne sposoby!
– Inne? – zakpiła, choć nie chciała drążyć tematu. – Liczysz na bociana?
– Nie na bociana, ale… szperałem w necie i mam pomysł.
Patrycja powoli podniosła głowę i wbiła smutne spojrzenie w męża. Zaraz jej powie, że odchodzi, że znalazł inną, że składa reklamację, bo nie tak się umawiali na początku tej relacji.
Teraz jednak patrzyła w jego oczy w kształcie migdałów.
– I? – spytała wreszcie, choć bała się odpowiedzi.
– Surogatka – powiedział krótko.
Przez kilka minut milczeli, wpatrując się w siebie. Marcel trzymał w dłoni widelec, ale powoli odłożył go na talerz. Stuknięcie przerwało ciszę, dopiero wtedy Patrycja się odezwała.
– Rozmawialiśmy o tym. Jak to sobie wyobrażasz? Będziemy szukać ogłoszeń w internecie?
– Nie o tym myślałem. Mówię o zawodowych surogatkach.
– Zawodowych? Zwariowałeś?
– Nie! Tak zwanych zawodowych. Posłuchaj cierpliwie – dodał i zaczął wyjaśniać: – Znalazłem w internecie międzynarodowe kliniki, które pomagają parom mieć dziecko. Szukają surogatek, zapłodnienie odbywa się in vitro, przecież możesz wyhodować jajeczko. Masz jajniki.
– Tak – prychnęła. – Los nie był aż tak okrutny i zostawił mi namiastkę, żebym nie zapomniała, kim byłam i co straciłam.
– Kim byłaś? – zirytował się, bo ciągle kręcili się wkoło.
– Kobietą.
– Boże, Pati, przecież nadal nią jesteś.
– Podobno ktoś, tylko nie pamiętam kto, powiedział, że kobieta to osoba z macicą, więc sam widzisz… definicja jest jednoznaczna.
– Czy ty możesz mnie chociaż wysłuchać? – spytał, powoli tracąc cierpliwość.
– Proszę bardzo. Co z tą surogatką? Dałeś już ogłoszenie?
– Nie dałem – odparł zmęczonym głosem. – Ale sprawa wydaje się prosta, przynajmniej w teorii. Jakaś biedna dziewczyna ma za to kasę, my dziecko biologiczne i wszyscy są zadowoleni.
– Czyli będziemy wykorzystywać jej biedę… – zakpiła, a on gwałtownie wstał, szybko jednak z powrotem usiadł i spróbował się uspokoić.
– Nie mów tak. To coś porównywalnego do przeszczepu – odezwał się. – Jakby ktoś wypożyczał ci macicę… Nie wiem, jak to inaczej wyjaśnić, bo ty wszystko negujesz.
– Nie neguję, jestem realistką.
– A możesz chociaż przez moment rozważyć surogację?
– W Polsce? – prychnęła, choć kiedyś znalazła na forum internetowym mnóstwo ogłoszeń dziewczyn gotowych wynająć swój brzuch. Każda z nich zapewniała dyskrecję, w dodatku oferowała promocyjną cenę. – Nie zgodzę się na nic nielegalnego – dodała dla pewności. W pamięci odtworzyła wszystkie filmy o surogacji, jakie w życiu oglądała. Zazwyczaj wszystko kończyło się tragicznie. Mąż powoli zakochiwał się w kobiecie noszącej jego dziecko, małżeństwo tak czy inaczej się rozpadało, surogacja była więc według niej najszybszą drogą do katastrofy, a nie szczęśliwego macierzyństwa.
– Wiem, dlatego mówię, że to kliniki międzynarodowe. Są kraje, gdzie to jest prawnie uregulowane.
– Jakie kraje? Chyba nie Rosja? – zakpiła.
– Masz do wyboru: Ukraina, Cypr, Gruzja, USA, Czechy, Kanada…
– USA? – zdziwiła się.
– Myślę, że akurat USA może być poza naszym zasięgiem finansowym. – Marcel się uśmiechnął, choć przyszło mu to z trudem. – Ale Ukraina, Cypr czy Gruzja już tak. Czechy chyba bym sobie darował, bo mam wrażenie, że tam sytuacja nie do końca jest jasna.
Patrycja wciąż przyglądała się Marcelowi. Trudno jej było poskładać w całość to, co mówił. Bała się kolejnego rozczarowania. Już dwa razy w swoim życiu nastawiała się na to, że zostanie matką. Może o dwa za dużo, pomyślała z ironią.
Zanim więc odpowiedziała mężowi, wymownie westchnęła, a wtedy on znów zaczął mówić:
– Nie odpowiadaj. Przeczytałem w necie o parze chłopaków mających dziecko z surogacji. Prześlę ci wywiad z nimi. Przystąpili do programu w Kanadzie, bardzo szczegółowo opowiadają o całej procedurze.
– Co?
– Cztery lata temu surogatka urodziła im dziecko.
– Ona była dawczynią jajeczka? – spytała.
– Nie, wzięli je od dawczyni. Przeczytaj sama.
Marcel ponownie próbował się uśmiechnąć, po czym wstał, podszedł do stolika, na którym leżały jakieś kartki, i po chwili położył przed Patrycją wydruki.
– Jest tu też historia pary, która czeka na bliźniaki. Przystąpili do programu w Tbilisi, a tu wywiad z rodzicami rocznej dziewczynki urodzonej przez Ukrainkę w Kijowie. Przeczytaj to wszystko, a później podejmiemy decyzję. Jeżeli chcesz, skontaktujemy się z prawnikiem.
– Znasz kogoś, kto się na tym zna?
Marcel kiwnął głową, a potem wymienił nazwę kancelarii prawnej i dodał, że już umówił ich na konsultację za tydzień w czwartek o dziewiętnastej, oczywiście online.
– Nawet nie zapytałeś mnie o zgodę, tylko nas umówiłeś?
– Chcesz, to odwołam, ale posłuchaj, ty jesteś w stanie wyprodukować jajeczko, ja nasienie, nie mamy tylko do dyspozycji brzucha z macicą, tak? Ale możemy go wypożyczyć.
– Dla ciebie to takie proste? – Patrycja podniosła głos. Odsunęła od siebie talerz z zimną już potrawą.
– Nic nie jest proste! – warknął. – Ale nie mogę patrzeć, jak cierpisz, rozumiesz? Widzę, jak się snujesz po kątach, słyszę, jak płaczesz po nocach. Wiem, że chodzisz na plac zabaw i siedzisz tam godzinami! Nie chcesz adopcji ani bycia rodziną zastępczą, więc to jest ostatnie wyjście. Innego nie ma – rzucił. Chciał jeszcze dodać, że oboje słyszą tykanie zegara, że za chwilę się okaże, że jej „fabryczka” stanęła i nie wyprodukuje już żadnego jajeczka, a wtedy usłyszą głośny komunikat: Game over.
Patrycja się nie odezwała. Zdawała się odrętwiała, jakby wszystkie wiadomości, które przed minutą przyswoiła, wgniotły ją w krzesło. Nigdy wcześniej nie rozważała zawodowej surogatki. Owszem, raz pomyślała o tym, czy nie zapłacić jakiejś dziewczynie, żeby urodziła im dziecko, ale bała się, że to przyniosłoby więcej problemów i im, i dziecku. Kobieta mogłaby ich szantażować, chcieć odebrać prawa rodzicielskie, zakochać się w jej mężu, a tego by nie przeżyła. Nie miała siły na walkę, wyczerpała już wszystkie siły.
– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – spytała.
– Nie wiem, rzucam propozycję. Poczytaj, porozmawiamy z prawnikiem, ocenimy, czy nas na to stać, i zdecydujemy. Razem – podkreślił ostatnie słowo.
– A ile to kosztuje? – spytała cicho.
– Dużo. – Westchnął. – Najpierw jednak musimy się zdecydować, przemyśleć, czy jesteśmy gotowi na surogację. Nie możemy pozwolić sobie na błąd. Żadne z nas tego nie przetrzyma.
– Ty możesz mieć dzieci – dodała. – To ja nie mam macicy.
Patrycja dokładnie pamiętała dzień, kiedy obudziła się ze śpiączki i dowiedziała się, że lekarze, żeby ratować jej życie, musieli usunąć macicę. Uszkodzenia była zbyt rozległe, do tego wdał się stan zapalny, a organizm nie reagował na antybiotyki. Takie uparte, złośliwe ciało, które wszystko robiło na przekór. Dwukrotnie wydaliło z siebie płody, a teraz dla pewności niepowtarzania procederu rozmnażania pozbawiło się macicy. Jedynym pocieszeniem miało być zachowanie jajników. Pamiątka po płodności.
Kiedy Patrycja była wreszcie w stanie podnieść się ze szpitalnego łóżka i za pomocą chodzika dojść do łazienki, stanęła przed lustrem, żeby sobie popatrzeć w oczy. Milczała, lecz nie odrywała wzroku od swojego odbicia, choć w pierwszym odruchu chciała na siebie splunąć.
– Nie mam macicy – odezwała się chrapliwym głosem. W ustach czuła piasek, nie mogła przełknąć śliny. – Nie mam macicy. Nie mam macicy. Nie mam macicy. Nie mam macicy! Nie mam macicy!! Nie mam macicy!!! – krzyknęła, sprowadzając do łazienki pielęgniarkę. Kobieta w białym fartuchu stanęła w progu niczym zjawa.
– Co się stało? – spytała, widząc, że pacjentka wciąż stoi o własnych siłach, nie padła na podłogę z wrzaskiem, lecz wpatruje się w lustro. – Pomóc pani wrócić do łóżka?
– Nie mam macicy… straciłam dziecko… – szepnęła i nagle jej ciało zgięło się wpół, jakby się złamało pod ciężarem słów, chociaż ręce wciąż wspierały się na uchwytach chodzika. Kobietą wstrząsnęły spazmy płaczu.
Pielęgniarka zrobiła krok naprzód, potem drugi, położyła dłoń na plecach Patrycji. Pod palcami czuła każde drżenie jej ciała, jednak nie potrafiła przerwać fali jej rozpaczy. Czekała cierpliwie, by kilkanaście minut później odprowadzić pacjentkę do łóżka. Pomogła się jej położyć, a potem nachyliła się nad nią, bo usłyszała niewyraźny szept:
– Nie… mam… dziecka i nie mam macicy…
– Ale ma pani długie życie przed sobą.
– Wysoka cena za lata samotności…
Dwa tygodnie późnej wieczorem na biurku Patrycji piętrzył się jeszcze większy stos wydruków oraz książek o Ukrainie, Gruzji i Cyprze. W mieszkaniu pachniało cynamonem, bo na parapecie paliła się świeca sojowa o tym zapachu, a w tle leciała muzyka wydobywająca się z kręcącej się na gramofonie płyty The Cure, przypominająca Marcelowi nastoletnie czasy. Album Bloodflowers był reliktem przeszłości, pamiątką pięknej i chmurnej młodości. To był ostatni prezent, jaki dostał od ojca, bo pół roku później siedemnastoletni wówczas chłopak płakał na jego pogrzebie. Od tamtego czasu płytę kładł pod igłą gramofonu tylko w ważnych momentach swojego życia, a taki właśnie nastąpił dzisiaj. Czarny krążek nieco trzeszczał, czasami się zacinał, ale dźwięki, które zostały na nim zapisane, dawały Marcelowi poczucie bezpieczeństwa i spokoju, jakby potrafiły przyciągnąć ducha jego ojca.
Marcel otwierał butelkę wina i co chwilę zerkał w stronę Patrycji, która wciąż wydawała się sceptyczna, ale miał nadzieję, że ostatecznie uda mu się znaleźć coś, co przeważy szalę. Przegadali kilka ostatnich nocy, rozważyli wszystkie za i przeciw przystąpienia do programu surogacyjnego, policzyli też oszczędności, wystarczyło podjąć decyzję.
– Nie kupiłeś mojego ulubionego sera? – Patrycja wpatrywała się we wnętrze lodówki.
– Jest w dolnej szufladzie.
– Masz szczęście… – Uśmiechnęła się pod nosem. Zdawała się w dobrym humorze. Dzisiaj miała otwarcie swojej niewielkiej szkoły językowej mieszczącej się w budynku po biurze rachunkowym o obiecującej nazwie „Profit”. Znajdowały się tam trzy pomieszczenia. Dwa postanowiła przeznaczyć na sale lekcyjne, w holu zmieściła się niewielka recepcja albo biuro, wciąż nie mogła się zdecydować, jak je nazywać. Zatrudniła młodą dziewczynę z sąsiedniej wsi. Miała robić zapisy dzieci i dorosłych, pilnować planu, kierować ruchem, pobierać opłaty, czyli przejąć wszystkie najmniej lubiane czynności. Patrycji udało się też namówić na pracę u siebie świetną germanistkę, miała więc w ofercie aż trzy języki: angielski, japoński i niemiecki, a w przyszłości chciała zdać egzamin państwowy z hiszpańskiego. Na niewielką miejscowość powinno wystarczyć, tym bardziej że nie tylko ona uczyła tu języków obcych. Cieszyła się jednak, że w każdej grupie zebrała się odpowiednia liczba chętnych, a dodatkowo dzisiaj zgłosiła się do niej logopedka, która chciała wynająć trzecie pomieszczenie w budynku. Koszty utrzymania się więc rozłożą, nie będzie trzeba ogrzewać pustego pokoju.
– No dobra, idziemy na kanapę – zdecydował Marcel, po czym przeniósł kieliszki i butelkę z winem.
Patrycja postawiła talerz z przekąskami i poszła po książki. Położyła je na stoliku.
– Jesteś pewny, że chcemy to zrobić? – spytała, ale w jej głosie brzmiała niepewność. Co prawda po lekturze wszystkich materiałów ujrzała w swoim ciemnym tunelu, po którym krążyła od kilku lat, światełko, ale wciąż nie potrafiła powiedzieć „tak”. Jakby te trzy głoski grzęzły jej w gardle niczym kamienie. Przeczytała oferty kilku międzynarodowych klinik, uwierzyła, że takie rzeczy dzieją się naprawdę, że można mieć dziecko urodzone przez obcą kobietę za granicami kraju, a wszystko dyskretnie i w ciszy. Odnalazła w tym szansę dla siebie, ale oczami wyobraźni widziała porażkę, czuła dobrze oswojony strach, że od nowa zacznie się wszystko to, z czego przez kilka lat zwierzała się u psychoterapeutki.
– Jestem pewny – odparł Marcel. – Jeżeli nie spróbujemy teraz, będziemy tylko żałować. Czas nie działa na naszą korzyść, nie muszę ci przypominać, że mam czterdzieści trzy lata. Ty jesteś młodsza, ale…
– …ale się boję.
– Też się boję. – Marcel przytulił żonę. Czule głaskał ją po plecach, a potem po prostu spytał: – No to który kraj?
Patrycja rozłożyła książki na sofie, jedną obok drugiej, i przez moment się im przyglądała.
– Obstawiałabym Gruzję, gdybym miała podjąć decyzję teraz – powiedziała wreszcie, zostawiając otwartą furtkę dla swojego strachu. Tryb przypuszczający nigdy nie był ostateczny, dawał możliwość zawrócenia na każdym etapie drogi. – Podoba mi się, że podpisuje się akt notarialny, że surogatka nie może być biologiczną matką, że jest przystępnie finansowo i dość łatwo dolecieć, ponadto Gruzja jest pięknym krajem. I jeszcze jedno mi się podoba. – Na chwilę zawiesiła głos. – Że nie poznalibyśmy tej dziewczyny. Nie chcę, żeby była częścią naszego życia. Nie zniosłabym widoku jej brzucha. Wolę, żeby była daleko, niewidzialna, wyłącznie wyobrażona.
– Rozumiem – odparł. Dotknął policzka żony i dodał: – Też bym wybrał Gruzję. Cypr odrzucam, bo zbyt wiele złych rzeczy przeczytałem o tamtejszej surogacji. Ukraina jest blisko, ale trwa w niej wojna, w związku z tym różnie może być. Stać nas jedynie na Gruzję…
– Czyli Gruzja? Naprawdę to zrobimy?
Patrycja wróciła wspomnieniem do dnia, kiedy po raz pierwszy robiła test ciążowy. To było dwa lata po ślubie, pewnego kwietniowego poranka.
Siedziała na muszli klozetowej i wpatrywała się w dwie kreski, które nieoczekiwanie miały wywrócić jej świat do góry nogami. Nie planowała dzieci. Nie że w ogóle, po prostu teraz nie była na to gotowa. Od razu w myślach zaczęła przetasowywać swoje życie zawodowe, ale też prywatne. Według niej zbyt krótko byli z Marcelem po ślubie. Rozmawiali o dzieciach, ale zawsze w kontekście dalekiej przyszłości, na pewno nie w tej chwili. Właśnie kupili dom, który będzie wymagał długiego remontu. We wrześniu dostała wychowawstwo w czwartej klasie, nie mogła teraz iść na zwolnienie i urlop macierzyński. Z przerażeniem patrzyła na dwie czerwone kreski, jak na prosty zapis równania: chłopak plus dziewczyna, plus seks równa się dziecko.
– I jak? – usłyszała zza drzwi Marcela. Zapukał, po chwili wszedł do środka. Zobaczył żonę siedzącą na toalecie bez wyraźnej emocji na twarzy. Nie wiedział, czy się cieszy, czy rozpacza, czy złości. Zbliżył się i wziął od niej test. – Dwie kreski. To znaczy?
– Dobrze podejrzewałam. Okres mi się nigdy nie spóźniał – odparła, a jej głos zabrzmiał płaczliwie, choć z całej siły próbowała opanować emocje.
– Czyli będę tatą? – ucieszył się. Marcel zawsze pragnął mieć dużą rodzinę. Kiedy poznał Patrycję, rozmawiali o tym, chcieli mieć dwoje, a może i troje dzieci. Na tyle zgadzała się ona, bo on chętnie przytuliłby do serca i czwórkę.
– Chyba tak… Boże… Marcel, ja chyba nie jestem jeszcze gotowa. To za wcześnie…
– Co ty mówisz? – Uklęknął przy niej, położył dłonie na jej kolanach. – Nie zabezpieczaliśmy się, więc prawdopodobieństwo było, myślałem, że się z tym liczysz.
– Było, ale przecież tyle razy się udawało… Co ja teraz zrobię?
– Jak to co? Urodzimy, wychowamy i będziemy kochać.
– A dom? A remont?
– Ogarniemy. Jak nie my, to kto?
Patrycja doskonale pamiętała tamte uczucia. Strach pomieszał się z nadzieją i ciekawością, bo w ich życie miał właśnie wkroczyć mały człowiek. Z trudem zaakceptowała decyzję losu, który podsunął jej te dwie kreski na plastikowej płytce i powiedział, że jej życie równa się życie Marcela i tego maleństwa, które miało się w niej rozwijać.
– Damy sobie radę? – zaszlochała, a on ją tulił, całował po policzkach, ocierał łzy i głaskał po plecach.
– Będziemy najlepszymi rodzicami pod słońcem.
Nie byli.
Patrycja odgoniła wspomnienie. Wróciła myślami do tu i teraz. Patrzyła na Marcela, który właśnie krzyknął:
– Poczekaj! Mam coś na zachętę! Żeby łatwiej było zdecydować. – Skoczył na równe nogi i pognał do kuchni. Otworzył szafkę z suchymi produktami i zaczął czegoś w niej szukać. Wreszcie wyciągnął papierową torebkę. – Specjalnie pojechałem do gruzińskiej piekarni i ukryłem to przed tobą. Niestety zimne, ale myślę, że to nieistotne.
– A ja się zastanawiałam, co to za dziwny zapach! – Uśmiechnęła się, kiedy na talerzu przed nią znalazło się chaczapuri w kształcie otwartej łódeczki z jajkiem pośrodku, chyba najbardziej znany wypiek kuchni gruzińskiej. – Nie mów tylko, że jechałeś po nie trzydzieści kilometrów?
– Jechałem, ale warto było.
– A gdybym pomyślała o Ukrainie?
– Kupiłem też mrożonkę z barszczem po ukraińsku. – Zaśmiał się. Podskórnie czuł jednak, że Patrycję bardziej zainteresuje Gruzja.
– Czyli co? – spytała retorycznie. – Jesteś pewien, że chcemy przystąpić do programu? Że damy radę? Że tym razem nie stanie się nic złego? A jeżeli wisi nad nami jakieś fatum?
– Dużo pytań, ale jestem przekonany, że to nasza jedyna opcja i nie ma na co czekać – odparł. – Z tego, co mówił prawnik, powinno się udać. Podpowie, jak załatwić wszystkie dokumenty.
– To będzie trwało wieki… – jęknęła.
– Wcale nie.
Patrycja przez moment milczała, ale Marcel zauważył, jak nagle zmienił się wyraz jej twarzy. Kobieta zrobiła się blada, zadrżały jej kąciki warg, a na czole pogłębiła się poprzeczna zmarszczka.
– Nie… przestań! – krzyknęła nieoczekiwanie. – Nie chcę tego. Nie wyobrażam sobie, żeby obca kobieta nosiła moje dziecko – rzuciła, podrywając się z miejsca. Wciąż miała wrażenie, że utknęła w jakiejś pętli, była niczym chomik biegnący przed siebie w kołowrotku, próbujący rozpaczliwie dogonić metę, która po prostu nie istniała. – Przepraszam, ale nie mogę. Nie mogę, rozumiesz?
– Ale przecież przed chwilą rozważałaś… że…
– Wiem – weszła mu w słowo. – Nie dam jednak rady, nie chcę. Zapomnijmy o tym. Zapomnijmy wreszcie, do cholery, o dziecku. Nie będzie go i czas się z tym pogodzić!
Marcel stał pod prysznicem i pozwalał wodzie obmywać ciało. Był zmęczony. Podczas rozmowy z Patrycją robił dobrą minę, żeby jej nie martwić, żeby rzucić żonie koło ratunkowe, które ona ostatecznie odepchnęła. A przecież widział, jak każdego dnia bezradnie machała rękoma, nie mogąc złapać powietrza. Od operacji minęły już trzy lata, a ona nadal nie doszła do siebie. Wściekał się na los, ale przede wszystkim na siebie, że nie jest dla niej wystarczającym wsparciem. Wkurzało go, że jego życie było sekwencją sytuacji, z których musiał szukać wyjścia, jakby ktoś zaprogramował go tak, żeby się skupiał na zagadkach i łamigłówkach, a los niestrudzenie podrzucał mu coraz to nowe trudności. Niedługo będzie mógł ogłosić się specjalistą od rozwiązywania skrajnie zamotanych zadań. Oparł ręce o ściankę kabiny i pozwolił, by woda spływała mu na kark. Nie potrafił uspokoić myśli. Ktoś obserwujący z boku ich życie mógłby wyciągnąć wniosek, że niepotrzebnie się upierali, że mogliby wreszcie nauczyć się odpuszczać. Skoro życie mówiło „nie”, to trzeba to zaakceptować. Nie leżało to jednak w naturze Marcela. Może brak ojca i nadmierna troska matki spowodowały, że nie przyjmował odmowy? Upierał się, realizował kolejne punkty planu, okazując zawsze entuzjazm i optymizm, choć wewnątrz panikował, a bywało, że i płakał. Patrycja była bardzo do niego podobna, choć zdawała mu się jeszcze delikatniejsza, bardziej krucha.
Mężczyzna zakręcił wodę i sięgnął wreszcie po ręcznik. Długo pocierał szorstką tkaniną głowę, jakby próbował oczyścić ją z natrętnych myśli. Potem stanął przed lustrem, kilka razy podniósł kąciki ust, przeczesał włosy. Był gotowy do udziału w kolejnych życiowych zapasach, nawet gdyby miały się odbywać bez dziecka.
Eka Dzawanszwili szła do domu w towarzystwie teściowej i nastoletniej szwagierki, a obok kobiet dreptało dwoje małych dzieci: Maia i Rezo. Właśnie wyszli z cerkwi, gdzie młoda matka zapaliła świece przed wizerunkiem Świętego Jerzego, patrona męskości, i zwróciła się do niego z prośbą o pomoc w poszukiwaniu pracy dla jej męża Gurama, który ostatnio nie miał szczęścia na polu zawodowym. Już po raz trzeci w tym roku został zwolniony. Nigdzie nie mógł zagrzać miejsca dłużej niż kilka lub kilkanaście miesięcy, bo nie potrafił mieć nad sobą szefów, zawsze mu coś nie pasowało i wcześniej lub później kończyło się kłótnią. Nie umiał trzymać języka za zębami, pyskował i wymądrzał się nawet przed klientami. Żaden pracodawca nie chciał mieć kogoś takiego u siebie, ludzie się skarżyli, straszyli, że zmienią warsztat. Łatwiej więc było pozbyć się Gurama, który twierdził, że za tak marne pieniądze nie opłacało się pracować, niż próbować go zmieniać.
Kobiety wspinały się dość stromą ulicą, wzdłuż której ciągnęły się stare budynki, niektóre naznaczone niedbale skleconymi dobudówkami zaprzeczającymi wszelkim prawom konstrukcyjnym, inne obrośnięte zdrewniałą winoroślą albo bluszczem, tu i ówdzie pomalowane przebarwionym liściem. Gruzinki ciężko stawiały kroki, bo tego dnia panował niemiłosierny upał, a słońce wciąż było wysoko. Kobiety powoli podążały w kierunku wielorodzinnego budynku, w którym znajdowało się ciasne trzypokojowe mieszkanie należące do teściów Eki. Z oddali widać było niebieskie balkony, na jednym z nich sąsiadka wywieszała właśnie przez barierkę dywan, obok na sznurkach leniwie poruszały się ręczniki i męskie koszule. Wśród gwaru ulicy brzmiały głośne rozmowy dobiegające nie tylko z otwartych okien czy drzwi, lecz także od strony siedzących tu i ówdzie mężczyzn grających w karty lub popijających piwo. Gdzieniegdzie wałęsały się bezdomne psy, które podchodziły do ludzi, próbując wyżebrać jedzenie.
– Mamo, mamo, bolą mnie nogi… – jęczała młodsza Maia i wyciągnęła ręce do matki, by ją podniosła.
Eka schyliła się do córki i z trudem ją dźwignęła.
– Jesteś już bardzo ciężka – powiedziała. Eka była drobnej budowy, nie należała do wysokich i silnych, więc niesienie trzylatki pod górkę było sporym wyzwaniem.
– Duże jesteście! Na nóżkach trzeba iść. – Nino stanęła w obronie synowej. Chuchro z niej przecież było, sama skóra i kości. To po urodzeniu córki ubyło jej kilogramów, bo gdy szła za Gurama, to i siedzieć miała na czym, i oddychać czym. Spojrzała na nią z politowaniem, a potem nakazała postawić dziewczynkę. – Kiedy moje dzieci były w wieku Mai to same tu biegały, góra–dół, góra–dół, a teraz to takie delikatne wszystko się zrobiło.
Kiedy wreszcie dotarły do domu, w progu powitali ich niezadowoleni ojciec z synem, którzy domagali się posiłku. Z pokoju wyszła także najstarsza członkini rodu Gelaszwiliczów, babcia Rima. Kobieta była nieco przygarbiona, ale ciemne oczy skrywały jeszcze mnóstwo życiowej energii. Oparła ręce na biodrach, na których miała przewiązany fartuch kuchenny.
– A wy gdzie tak długo się pałętacie?! – krzyknęła i zagoniła wszystkich do kuchni, gdzie na stole stała już torebka z mąką, a obok, w miseczce, znajdowało się poszatkowane mięso na farsz.
Kobiety niemal natychmiast umyły ręce i zabrały się do pracy, choć cały czas między nogami plątały się dzieci. Co rusz któreś płakało, chciało pić, siku, jeść.
– Guram! – krzyknęła Eka, gdy już straciła cierpliwość. – Zabierz je z kuchni!
– A co ja jestem, niańka? Przecież nie będę się nimi zajmować, mam co innego na głowie! – odpowiedział Guram, a ona wreszcie nie wytrzymała, chwyciła maluchy i zaprowadziła je do pokoju, gdzie jej mąż z teściem oglądali telewizję. Posadziła dzieciaki na dywanie i wysypała przed nimi drewniane klocki. – Bawcie się grzecznie, bo nie będzie dziś obiadu!
– Jaka narowista ta twoja żonka. – Otar się zaśmiał.
Eka puściła tę uwagę mimo uszu i wróciła do kuchni. Zdecydowanie wolała towarzystwo kobiet. Zgodnie zabrały się za przygotowanie chinkali, bo w domu Gelaszwiliczów zawsze królowały tradycyjne potrawy. Na straży dawnego porządku stała Rima, która powtarzała, że dopiero po jej śmierci mogą sobie wprowadzać nowe zwyczaje. Kiedy raz Eka głośno wypowiedziała swoje marzenie o posiadaniu zmywarki do naczyń, została zrugana przez seniorkę i na wszelki wypadek nigdy już później nie mówiła głośno o swoich pragnieniach. Posłusznie stawała przy zlewozmywaku i nie narzekała. Pod dachem teściów mieszkała już sześć lat, znała swoje miejsce, choć nie tak wyobrażała sobie życie, gdy szła za mąż. Wydawało się jej wtedy, że przez cały czas będzie adorowana, noszona na rękach, kochana…
Gurama pierwszy raz spotkała w piekarni, w której zatrudniła się krótko po szkole, by zarobić na studia. Jej pensja nie była wysoka, ale każdego miesiąca z dumą odbierała swoje trzysta lari. Rodzicom oddawała pięćdziesiąt, a resztę oszczędzała, by za rok rozpocząć naukę na wymarzonym kierunku, pragnęła bowiem zostać architektką. Od dziecka uwielbiała rysować i wychodziło jej to ponoć całkiem nieźle. Nauczyciele ją chwalili, powtarzali, że ma talent, i żeby go nie zmarnowała. A że Eka upodobała sobie rysowanie budynków, naturalnie skierowała swoje myśli ku architekturze, tym bardziej że równie mocno lubiła matematykę i fizykę. Co prawda matka z ojcem pukali się w czoło, bo ich zdaniem to nie był zawód odpowiedni dla dziewczyny, ale ona się uparła, nie chciała słyszeć o niczym innym. Dlatego też potrzebowała pieniędzy, rodzice nie byli w stanie sfinansować jej nauki.
Zatrudniła się więc w małej rodzinnej piekarence prowadzonej przez Tigrana Abasiego, z którym jej ojciec często grywał w szachy. Specjalnością tego miejsca były bubliki – żona właściciela, z pochodzenia Ukrainka, umiejętnie łączyła przepisy kuchni gruzińskiej z ukraińską, ormiańską i rosyjską. Eka uwielbiała pszenno-drożdżowe krążki z sezamem, choć te z makiem też jej smakowały. Bubliki upodobał sobie również młody Guram, ale chyba bardziej spodobała mu się sprzedawczyni, bo stał się częstym klientem piekarni, chociaż musiał przejść połowę miasta, by tu trafić. Zagadywał, prawił komplementy, kupował bułeczki i częstował nimi piękną dziewczynę, która wciąż nie dawała się zaprosić na randkę, miała bowiem bardzo precyzyjny pomysł na swoje życie. Nie zakładała szybkiego zamążpójścia, odsuwała randki na później. Najpierw studia, praca i dopiero wtedy może pomyśli o amorach. Eka pragnęła żyć jak kobiety na zachodzie Europy, choć czasem brakowało jej determinacji. Łapała się na tym, że spojrzenie młodego mężczyzny działało na nią w jakiś nieznany do tej pory sposób i gdy wieczorem leżała w łóżku, zamiast o architekturze rozmyślała o przystojnym chłopaku. A wtedy zawsze oblewała ją fala gorąca, ściskało w brzuchu, serce zaczynało łomotać jak po biegu. Za to Guram od dziecka karmiony był opowieściami o szczęśliwej miłości swoich rodziców, o gruzińskich tradycjach, o rodzinnych zwyczajach, o przodkach walczących w obronie wolnej Gruzji, miał więc zupełnie inny plan na życie niż młoda sprzedawczyni.
Po kilku miesiącach wizyt w piekarni i daremnego zapraszania dziewczyny na spacer postanowił podjąć bardziej zdecydowane działania. Pewnego dnia pojawił się elegancko ubrany, jakby właśnie wracał z cerkwi. Miał na sobie białą koszulę i ciemne spodnie, a przez ramię nonszalancko przerzuconą czarną skórzaną ramoneskę. Eka jednak od razu zauważyła, że musiał tego popołudnia wypić więcej czaczy2 niż zwykle. Chłopak był bardzo pobudzony, jakby się czymś denerwował. Kupił bubliki z makiem, z sezamem i bez dodatków, po dziesięć sztuk każdego rodzaju. Wziął również kilka puri i dwa rodzaje bułek, jakby szykował wystawną suprę3.
– Pomożesz mi to zanieść do samochodu? – spytał, dziwnie wesół. Uśmiechał się od ucha do ucha. Miał rumiane policzki, zwichrzone włosy. Eka przyznała w myślach, że mężczyzna był przystojny. Podobały się jej jego zawadiacki uśmiech, czarne niczym węgle oczy, oliwkowa skóra. Lubiła, gdy przychodził do sklepiku, bo zawsze miał dla niej miłe słowo. Potrafił ją rozbawić, ale też poruszyć w niej jakąś niewidzialną siłę, która potem nie dawała zasnąć. Kiedy tylko Eka zamykała powieki, zawsze widziała przed sobą roześmiane oczy Gurama. Nie chciała jednak dopuścić do siebie myśli, że się w nim zadurzyła. Uparcie odmawiała mu zaproszenia na spacer czy kawę, choć czuła, że za każdym razem robiła to mniej stanowczo. I gdy pewnego tygodnia ani razu nie poprosił o spotkanie, była ogromnie rozczarowana, wystraszyła się nawet, że może jutro go nie zobaczy. Kiedy wyznała swoje uczucia siostrze, ta zaśmiała się, po czym stuknęła Ekę w czoło.
– Głupia! Ty się zakochałaś – oznajmiła jej Tamari, ale ona kręciła głową, próbując odgonić od siebie tę myśl. Przecież tego nie było w jej planach!
– Nie… – zaprzeczyła, choć niezbyt zdecydowanie.
Ece przecież podobało się w Guramie wszystko, nawet ten pociągający mrok, jaki nosił w sobie, a którego nie potrafiła nazwać, miała jednak wrażenie, że krył się w ciemnych oczach, w spojrzeniu, w ruchu rąk, a nawet w uśmiechu. Czaił się za rogiem, trzymany w tajemnicy niczym pies na krótkiej smyczy. Lubiła spontaniczność mężczyzny i jego poczucie humoru. Łapała się na tym, że jeżeli nie pojawił się do południa w środę, to spoglądała w okno, wypatrując jego sylwetki. Naprzeciwko piekarni stał dom o drewnianej konstrukcji, nieco rachitycznej, nietrzymającej już pionu, pomalowany w czasach świetności na bladożółto, gdzieniegdzie łuszczyła się jeszcze farba. Przed nim znajdowała się ławeczka, na której chłopak czasami przysiadał z przyjacielem. Spędzali tak godzinę lub dwie, obserwując krzątającą się za ladą Ekę. Początkowo ją to krępowało, czuła się nieswojo, wciąż podglądana, ale kiedy ławka przez cały dzień stała pusta lub siadali na niej starzy mężczyźni z sąsiedztwa, nieoczekiwanie zalewała ją fala smutku. Ganiła się potem za ten sentymentalizm i udawała, że nic a nic nie obchodzi ją bezczelny młodzik.
– Nie dasz sobie rady z zakupami? – spytała, bo za Guramem do sklepu piekarni weszło kilku innych klientów.
– Nie, bardzo cię proszę. Nigdy wcześniej cię o to nie prosiłem, raz możesz coś dla mnie zrobić.
Spojrzał jej głęboko w oczy, aż ją przeszły dreszcze.
Z zaplecza wyszedł Tigran. Szpakowaty mężczyzna uśmiechnął się do dziewczyny i zachęcił ją ruchem ręki, by pomogła chłopakowi, a sam zaczął rozmowę z klientami. Eka wzruszyła ramionami, chwyciła papierową torbę z puri, drugą z bułkami i wyszła na zewnątrz, gdzie zauważyła czarne BMW. Nic szczególnego nie przykuło jej uwagi, na ulicach miasta jeździło mnóstwo takich aut. BMW było ukochaną marką Gruzinów i koniecznie musiało być czarne, jakby dopasowywali je do koloru oczu.
Nagle jednak drzwi auta się otworzyły, a z wnętrza wyskoczyło dwóch młodzieńców. Bez ostrzeżenia chwycili dziewczynę pod ręce i siłą wciągnęli do środka.
– Nie! Nie! – krzyczała, próbując się bronić, ale silne ramiona mężczyzn nie pozwalały jej wyskoczyć z rozpędzającego się właśnie samochodu. – Proszę, nie! – Eka się rozpłakała, bo właśnie zrozumiała szatański pomysł Gurama i wpadła w panikę, nie tak miało wyglądać jej życie. Serce waliło jej jak oszalałe, a ciałem wstrząsały dreszcze. Rozpaczliwie szukała po kieszeniach telefonu, ale zostawiła go pod ladą. Nie miała jak wezwać braci na pomoc. – Wypuść mnie… – szeptała, ale Guram, siedzący w fotelu obok kierowcy, spoglądał na nią z szerokim uśmiechem. Tradycji stało się zadość. Za radą ojca wybrał sobie żonę idealną. Eka Dzawanszwili pochodziła z dobrego, choć bardzo skromnego gruzińskiego domu, była piękna, mądra i młoda, a taka miała być matka jego przyszłych dzieci. Szczerzył się więc do niej, wyobrażając sobie ich wspólne szczęście, choć dziewczyna go wyzywała: – Głupi jesteś! Bajek się naczytałeś! Wypuść mnie natychmiast, bo jak tylko wysiądę z tego auta, to przyrzekam, że cię zdzielę w pysk! Guram! To nie średniowiecze! Zatrzymajcie samochód!
Wszyscy mężczyźni w aucie parsknęli śmiechem. Byli pewni, że dziewczyna się przekomarza. A Eką faktycznie targały sprzeczne emocje, co jeszcze bardziej ją rozwścieczało. Wolałaby mieć jasność, że nie chce Gurama, ale jej serce jak na złość szeptało zupełnie coś innego. Chciała go i nie chciała, bo nie tak zaplanowała swoje życie.
Po półgodzinie dotarli w okolice najstarszej części miasta, gdzie w jednym z mieszkań dwukondygnacyjnego, pomalowanego na niebiesko domu, czekała reprezentacja rodu Gelaszwiliczów w towarzystwie sąsiadów. Nie było szans, by Eka uciekła, zresztą nawet nie próbowała, po prostu poddała się przestarzałej tradycji. Wprowadzono ją do środka wśród okrzyków radości. Dziewczyna nie mogła się jeszcze zdecydować, co czuła, bo wystarczało, że spoglądała na rozanieloną twarz Gurama, a serce jej miękło i nieznane jej ciepło rozlewało się po ciele. Rima złapała ją za rękę, kazała wszystkim iść do pokoju, a pannę wprowadziła do kuchni.
– Siadaj i nie becz – powiedziała ostro, ale szybko dodała już zupełnie łagodnie: – Zrobię ci kawę, bardzo słodką, bo cukier dobry na smutki. Od razu ci się humor poprawi. Nie ma co lać łez.
– Muszę wracać do domu, nie mogę tu zostać – jęknęła Eka, ocierając twarz chusteczką.
– Przecież wrócisz, włos z głowy ci tu nie spadnie, widzisz, że jestem przy tobie, skrzywdzić cię nie dam – odparła starsza kobieta i postawiła przed dziewczyną niewielki kubek z ciemnym napojem. Potem usiadła obok niej. – Najpierw się napij.
– Dziękuję – szepnęła. Chwyciła naczynie i próbowała upić łyk, by zrobić Rimie przyjemność, ale kawa była zbyt gorąca, niemal gęsta od cukru. Spojrzała staruszce w oczy, widziała w nich zdecydowanie i hardość, ale też jakąś łagodność i dobroć. Rozejrzała się po niewielkiej kuchni. Poczuła przyjemne dla nosa zapachy, jakby nagle znalazła się w domu swojej babci.
– Wszystko się ułoży, zobaczysz. Guram wybrał cię na żonę, to dobry chłopak, trzeba, żeby się ustatkował, założył rodzinę.
– To jakieś wariactwo z tym porwaniem, przecież nikt już tak nie robi – jęknęła. Może gdzieś na wsi ktoś jeszcze kultywował dawne tradycje, ale przecież nie w stolicy!
– Oj, tam! – Rima machnęła ręką. – Dobrze wam razem będzie, zamieszkacie z nami. On po szkole samochodowej, zarobi na was i na dzieci.
– Ja nie chcę jeszcze dzieci, chciałam iść na studia…
– Po co ci studia? Do rodzenia i wychowywania dzieciaków niepotrzebne. A my jesteśmy dobrą rodziną, z tradycjami.
– Widzę właśnie te tradycje…
– Nie narzekaj, mogłaś trafić gorzej. Pij, pij kawę, dobrze ci to zrobi. A jak już bardzo chcesz się uczyć, to porodzisz dzieci i może nadarzy się okazja, to jeszcze na studia pójdziesz. Znam jedną taką, której się udało. Tobie też może. Widzę, że uparta jesteś, może jeszcze bardzo młoda, nieświadoma swojej mocy, ale uwierz mi, nabierzesz odwagi, żeby stawiać na swoim. Zhardziejesz, ja to wiem – dodała, wbijając spojrzenie w młódkę. – Widzę to w twoich oczach, a ja rzadko kiedy się mylę.
Eka pociągnęła kilka razy nosem, ponownie przetarła twarz.
– Myślicie, że Guram by pozwolił?
– A co ma nie pozwolić? Dogadacie się jakoś. Porwał cię zgodnie ze starą tradycją, on ma dobre serce. Ja nie jestem głupia, widzę, że czasy się zmieniają, dla kobiet również, ale życie jest życie, ktoś musi dawać mu początek. Podoba ci się mój wnuk?
Eka się zarumieniła, bo nigdy nie wypowiedziała tego głośno nawet sama przed sobą.
– Tak… podoba… lubię go…
– No i sama widzisz. Po co więc czekać?
Staruszka nagle wstała z krzesła i krzyknęła na Gurama. Pojawił się w kuchni bardzo szybko, jakby czekał na znak od babki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Rdz 16,1–4.15–16, Biblia Tysiąclecia, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 2023 (wszystkie cytaty z Biblii pochodzą z tego wydania. Wszystkie przypisy pochodzą od autorki). [wróć]
2. Gruziński samogon. [wróć]
3. Gruzińska biesiada. [wróć]
