Pod tymi samymi gwiazdami - Libba Bray - ebook
NOWOŚĆ

Pod tymi samymi gwiazdami ebook

Libba Bray

3,5

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Mówi się, że jeśli napiszesz list do Dębu Pana Młodego, odpowie ci miłość twojego życia. Teraz jednak drzewo zaczyna ujawniać sekrety, które miały na zawsze pozostać ukryte.

Niemcy, lata 40. Sophie z zapartym tchem odczytuje wiadomość od tajemniczego wielbiciela, odnalezioną w legendarnym dębie. Jej najlepsza przyjaciółka Hanna również wysyła tam listy – lecz nie w poszukiwaniu miłości, a nadziei. Gdy druga wojna światowa wkracza do ich małego miasteczka, Dąb Pana Młodego może stać się czymś więcej niż symbolem romantycznych marzeń. Może być kluczem do walki z nazistowskim reżimem.

Niemcy Zachodnie, lata 80. Jenny, amerykańska nastolatka zagubiona w nowej rzeczywistości, czuje się uwięziona między oczekiwaniami rodziców a własnymi pragnieniami. Wszystko zmienia się, gdy poznaje Lenę, charyzmatyczną punkówę marzącą o zburzeniu muru dzielącego kraj, oraz tajemniczą Frau Hermann, która skrywa przeszłość mogącą połączyć wszystkie wątki tej historii.

Nowy Jork, wiosna 2020. Miles i Chloe próbują przetrwać ostatnie miesiące liceum, gdy niespodziewana przesyłka od babci dziewczyny prowadzi ich do dawno zapomnianej zagadki. Trop wiedzie do dwóch nastolatek, które osiemdziesiąt lat wcześniej zniknęły bez śladu pod Dębem Pana Młodego.

Trzy historie. Jedno drzewo. I tajemnica, która nie przestaje domagać się prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 664

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału: Under the Same Stars

Copyright © 2025 by Martha E. Bray. All rights reserved.

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026

Copyright © for the Polish translation by Paweł Miszuk, 2026

Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska

Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Dymkowska

Redakcja: Patryk Białczak

Korekta: Beata Buko, Robert Narloch

Projekt okładki: Abby Granata

Ilustracje na okładce: Trevillion: #LRE137317, Shutterstock: # 149720567

Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

ISBN 978-83-68952-27-8

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

LAS DODAUER PÓŁNOCNE NIEMCY

22 GRUDNIA 1941 ROKU

Musiały się spieszyć, bo zostało im mało czasu.

Z każdym kolejnym krokiem eleganckie buty na obcasach Sophie zapadały się coraz bardziej w miękką ziemię. Nie powinna była ich wkładać, ale nie zniosłaby myśli o tym, by porzucić swoją ulubioną parę obuwia.

— Myślisz, że nic mu nie jest? — zapytała, przerywając milczenie.

— Co, jeśli…? — odpowiedziała Hanna, opatulając się mocniej swoim przymałym płaszczem.

— Nie możemy się zatrzymywać.

Znad skąpanych w blasku księżyca sosen widać było mroczne niebo i garstkę jasnych gwiazd. W lesie panowała niemalże kompletna cisza. Jedynym dźwiękiem był chrzęst śniegu pod podeszwami Sophie i Hanny. Ich trasa była w większości pusta. Dziewczyny dostrzegły po drodze reflektory tylko jednego Kübelwagen1 patrolującego pobliskie pola. Padły od razu na ziemię, położyły się na plecach i starały się nie ruszać, skryte w wysokiej trawie do czasu, aż warkot silnika nie umilkł. Sophie i Hanna liczyły na to, że zanim ktokolwiek w mieście zorientuje się, co się wydarzyło, one będą już daleko stąd. Najpierw musiały jednak dotrzeć do drzewa.

Hanna się zatrzymała i położyła rękę na boku. Sophie poklepała ją pokrzepiająco po plecach.

— Lekki ból — wyjaśniła Hanna.

— Jesteśmy już blisko?

— Wydaje mi się, że tak.

Trudno było to stwierdzić przez otaczającą je ciemność. Dziewczyny przez moment się zmartwiły, że las, który tak dobrze znały, postanowił je zdradzić. Całe szczęście kilka chwil później odnalazły małą polanę, pośrodku której stał Dąb Pana Młodego.

Sophie i Hanna odetchnęły głęboko, ciesząc się zapachem sosen, świerków i jodeł.

— Jeszcze kiedyś je zobaczymy — obiecała Sophie, po czym wydała z siebie cichy, radosny okrzyk i podniosła z ziemi wilgotną gałąź. — Spójrz! To nasza różdżka Seid2.

— Niemożliwe, to pewnie zwyczajna gałąź.

— Co ty na to, żebyśmy rzuciły jeszcze jedno, ostatnie zaklęcie?

— Nie jesteśmy już dziećmi, Sophie.

— Prawda. Nikt nie jest już dzieckiem.

Gdzieś w oddali zahukała sowa i zebrała się do lotu. Przez chwilę słychać było trzepotanie jej skrzydeł, a potem rozległ się jakiś inny dźwięk — cichy, ale równomierny, jakby ktoś szedł po wyschniętych liściach. Hanna przyłożyła palec wskazujący do ust, dając znać, że powinny zachować ciszę. Sophie z trudem przełknęła ślinę. Obie wbijały teraz spojrzenia w mrok lasu, który jeszcze chwilę temu był za ich plecami. W świetle księżyca błysnęły nagle czarne oczy jelenia. Zwierzę zamarło. Wpatrywało się przez kilka sekund w dziewczyny, a potem pomknęło z powrotem w leśną gęstwinę.

— Prawie dostałam zawału! — powiedziała Sophie i odetchnęła z ulgą.

— To co ja mam powiedzieć? — zapytała Hanna z delikatnym uśmiechem na twarzy.

Podeszła do drabiny opartej o dąb, ale Sophie ją zatrzymała.

— Ja tam wejdę.

Pokiwała przecząco głową.

— Nie, ja zrobię to szybciej. Tym bardziej że uparłaś się, żeby włożyć te buty.

Sophie, choćby chciała, nie mogła się z tym nie zgodzić.

— To zabawne, że ten stary dąb naprawdę obdarzył mnie prawdziwą miłością — powiedziała. Niebo było tej nocy tak bezchmurne, że miała wrażenie, że mogłaby podnieść rękę i zerwać z niego jedną z gwiazd.

Hanna zdążyła się już wspiąć po drabinie i wsadziła dłoń do wąskiej szczeliny w pniu. Wyczuwała pod opuszkami palców znajome pęknięcia i ubytki. Z kolei Sophie wstrzymywała oddech, odliczając mijające sekundy. Ponownie dobiegł ich dźwięk hukającej sowy, która niespodziewanie wzbiła się powietrze. Sophie spojrzała przez ramię w nieprzenikniony mrok.

— Proszę — wyszeptała, kierując swoje słowa do lasu. — Błagam.

— Sophie!

W bladym świetle księżyca oblicze Hanny przypominało teraz ducha. W dłoni trzymała kopertę. Pospiesznie zeszła i ją odpieczętowała. W środku było wszystko, na co liczyły.

— Och, dziękuję, dziękuję — odezwała się ponownie szeptem Sophie.

— Chodź, nie ma czasu do stracenia.

Gdzieś za nimi rozległ się trzask pękającej gałęzi.

— Znowu ten jeleń? — zapytała po cichu Sophie.

Hanna potrząsnęła głową.

— Coś cięższego.

Kolejny trzask. Najdłuższa noc roku miała okazać się też najtrudniejszą. Hanna złapała Sophie za nadgarstek i przyciągnęła ją bliżej siebie. Coś nadchodziło.

Najwyraźniej las jednak je zdradził.

BERLIN ZACHODNI

LATO 1980 ROKU

— Jenny, pospiesz się, słońce. Samochód już czeka.

Był czwartek, późne czerwcowe popołudnie, gdy Campbell posłusznie prowadziła walizkę na kółkach przez port lotniczy Berlin-Tegel za swoją mamą i młodszą siostrą, Alison. To była nowa walizka, kupiona specjalnie z myślą o rozpoczęciu nowego życia w Berlinie Zachodnim, gdzie ojciec Jenny został przeniesiony po otrzymaniu awansu. Rodzice wyjaśnili jej w zeszłym miesiącu, podczas kolacji, że to „ekscytująca okazja” dla nich wszystkich, pełna „kulturowych doświadczeń”, które z pewnością „poszerzą ich horyzonty”. Przyjaciele Jenny z Dallas chodzili na mecze futbolu amerykańskiego i szykowali się na bal szkolny, podczas gdy ona miała trafić do amerykańskiej szkoły w Berlinie Zachodnim, gdzie będzie musiała znaleźć sobie nowych znajomych. Dziewczyna nie miała wątpliwości, że czeka ją najgorsze lato w życiu.

Gdy tylko wyszły we trójkę z gmachu lotniska, przywitał ich siwowłosy kierowca w świeżo wyprasowanym garniturze.

— Guten Tag, Frau Campbell. Witamy w Berlinie — powiedział, ukłonił się i przejął bagaże od jej mamy.

Aparat Jenny, Canon A-1, raz po raz obijał się jej o klatkę piersiową, gdy próbowała nadążyć za rodziną. Kierowca schował ich walizki do bagażnika lśniącego Mercedesa, a gdy już wszyscy wsiedli, ruszył w stronę skąpanego w blasku neonów centrum Berlina Zachodniego. Jenny wyglądała z ponurą miną przez okno, obserwując miejskie życie. Od czasu do czasu mijali żółte dwupiętrowe autobusy, za którymi ciągnęły się chmury spalin, przed kawiarniami i pubami gromadzili się ludzie, sącząc piwo z gęstą pianką, a spomiędzy wiekowych budynków wyłaniały się eleganckie galerie handlowe. W Dallas wszystkie budynki były nowe. W ich przeszklonych ścianach odbijały się pozornie niekończące się autostrady. Za to tutaj, gdzie nie spojrzeć, dawała o sobie znać historia.

— To Kurfürstendamm, świetne miejsce na zakupy — oznajmił kierowca.

— Kurfürstendamm — powtórzyła pod nosem Jenny, próbując zapamiętać nową nazwę. Nagle jej oko przykuł zniszczony stary kościół. Uniosła aparat i rozległo się charakterystyczne kliknięcie. — Entschuldigen Sie, sir, was ist das für ein Gebäude, bitte? — zapytała kierowcę i dostrzegła w lusterku wstecznym, jak ten unosi brwi ze zdziwienia.

— To Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma. Został zbombardowany podczas wojny, więc teraz nazywamy go dziurawym zębem.

Po kilku kolejnych zakrętach ich oczom ukazała się złowieszcza, wijąca się ściana betonu, zwieńczona drutem kolczastym.

— A to… cóż, to mur.

Jenny przywarła do szyby, żeby dokładniej mu się przyjrzeć. Po wschodniej stronie żołnierze nieustannie obserwowali, co się dzieje w pobliżu konstrukcji z wysokich wież strażniczych, i mieli w pogotowiu strzelby.

— Czy ci komuniści będą do nas strzelać? — zapytała matkę Alison.

— Nie, słońce. Jesteśmy Amerykanami.

— Ale oni strzelają do ludzi. Tak mówiła mama Debbie.

— Mogłabyś czasem zachować coś dla siebie, Barbaro… — rzuciła pod nosem matka. — Strzelają jedynie do tych, którzy próbują uciec z Berlina Wschodniego. Jesteśmy po zachodniej stronie muru, więc nic nam nie grozi.  J e n n y! 

Starsza z sióstr zerknęła na matkę, która potrząsała głową na widok tego, że opiera się ona łokciem o drzwi samochodu, i od razu przeniosła obie dłonie na kolana, tak jak została nauczona w prywatnej szkole dla dziewcząt Panny Fox. Na stacji U-Bahn grupa punkowców paliła papierosy i przekazywała sobie z rąk do rąk butelkę piwa. Jenny wlepiała w nich oczy, zafascynowana ich kolczastymi fryzurami, potarganymi ubraniami i skórzanymi kurtkami. Wyglądali naprawdę genialnie, choć trochę niebezpiecznie. Kusiło ją, żeby zrobić im zdjęcie.

— Chuligani — oburzył się kierowca. — Złe towarzystwo.

— Wyglądają co najmniej nietuzinkowo — powiedziała pani Campbell oceniającym głosem, który mówił więcej niż same słowa. —  D o p r a w d y   c i e k a w a   g r u p a. 

— Gdzie jesteśmy? — zapytała Jenny.

— W Kreuzbergu — odpowiedział zniesmaczony mężczyzna.

Dziewczyna spojrzała ponownie na punkowców, a potem powtórzyła półszeptem nazwę dzielnicy.

— W całym budynku jest jedynie sześć mieszkań, a nasze jest na samej górze. Lepiej być nie mogło — oznajmiła pani Campbell, gdy pięła się razem z córkami po eleganckich, zakręcanych, marmurowych schodach.

Kierowca szedł tuż za nimi z dwoma walizkami w rękach.

Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich kobieta w fartuchu. Upięła ciemne blond włosy w kok, odsłaniając tym samym kwadratową szczękę.

— Guten Abend, Frau Campbell. Jak minęła państwu podróż?

— Dobrze, dziękuję, że pytasz, Helgo. Och, Otto, możesz zostawić nasze bagaże tutaj…

Gdy matka płaciła kierowcy, Jenny rozglądała się po pełnym przepychu mieszkaniu. Były tu wysokie okna, drogie dywany, sofa obita aksamitem oraz regały pękające w szwach od grubych tomiszczy oprawionych w skórę. W orzechowej szafce stała wieża stereo i kolorowy telewizor, który był prawdziwym towarem luksusowym (przynajmniej według rodziców Jenny). Całe mieszkanie było znacznie bardziej wyszukane i reprezentacyjne niż ich dom w Dallas, ale mimo to wydawało jej się przyjaźniejsze. Wcześniej mieszkali w gigantycznym domu jednorodzinnym z czerwonej cegły, którego styl naśladował architekturę z epoki Tudorów, i mieli na podwórku basen. Wszystkie pozostałe domy na ulicy wyglądały niemalże identycznie, a wszystkie mieszkające w nich dzieci były posyłane do prywatnych szkół i spędzały ferie zimowe na nartach w Aspen.

Alison od razu pobiegła do swojego pokoju i po chwili krzyknęła:

— Mam łóżko z baldachimem!

Pokój Jenny był wąski, ale słoneczny, a na dodatek stał w nim gramofon. Zastanawiała się, co robią teraz jej przyjaciele. Pewnie jadą razem do galerii handlowej. Może po drodze zahaczą o Jack in the Box. Na samą myśl poczuła na języku smak ciepłych, słonych frytek i słodycz Dr Peppera. Całe lato będą się tam odbywały różne imprezy. Zawiążą się nowe przyjaźnie, ale jej na nich nie będzie. O niej wkrótce zapomną. Zniknie. „Kim jest Jenny?”, będą pytać, gdy ktoś o niej wspomni.

Wypakowała ubrania z walizki. Ułożyła markowe pastelowe koszule polo w szafie, gdzie schowała również swoje błyszczące mokasyny i sukienkę w drobną kratkę, na której zabranie nalegała jej mama, mimo że dobrze wiedziała, że Jenny nie znosi sukienek, a zwłaszcza tej konkretnej. Następnie zawiesiła na wieszaku swój największy skarb: jeansową kurtkę, którą dostała na urodziny po długich błaganiach.

— Ona jest taka… chłopięca… — powiedziała wtedy jej matka, marszcząc nos. — Myślę, że sweter pasowałby lepiej do twojej budowy ciała.

Nie „figury”, tylko „budowy”, jakby była jakąś stalową konstrukcją.

Lodówka, czyli Kühlschrank, czego Jenny nauczyła się na intensywnym kursie języka niemieckiego, była o połowę mniejsza od tej, którą mieli w Dallas, a do tego wypełniona po brzegi niemieckimi markami, których w ogóle nie kojarzyła. Wyciągnęła z niej jogurt z obrazkiem truskawki i napisem: Joghurt mit Früchten.

— Ach, tutaj jesteś! Zadomowiłaś się już? — zapytała ją mama, która w międzyczasie zdążyła przebrać się w inną sukienkę i umalować usta.

— Mmhmm — odpowiedziała Jenny, szukając szuflady ze sztućcami.

— Zgadnij co.

Ostatnim razem pani Campbell promieniała tak mocno tuż przed tym, jak oznajmiła, że przeprowadzają się do Niemiec. Mama Jenny uwielbiała przyklejać uśmiech do twarzy, gdy przekazywała córce złe wieści. Może wydawało jej się, że w ten sposób przekona Jenny, że są dobre.

— „Co”. Proszę bardzo, zgadłam.

— Bardzo śmieszne. — Mama poklepała ją wesoło po ramieniu. — Helga właśnie mi powiedziała, że na drugim piętrze mieszka małżeństwo z córką w twoim wieku. I… ta dziewczynka uczy się angielskiego! Ma na imię… O rany, wyleciało mi z głowy. Mary? Marsha? Coś na „M”. Podobno jest bardzo urocza i gra w tenisa. Może mogłaby cię tego nauczyć!

— Hmm.

— Pomyślałam, że dobrze, by było, gdybyś znalazła sobie przyjaciółkę.

— Przecież mam przyjaciół. Są w Dallas.

— Co to za negatywne nastawienie? Pamiętaj: najlepsze rzeczy spotykają tych…

— …którzy najlepiej wykorzystują to, co ich spotyka — dokończyła Jenny. To było ulubione powiedzonko jej mamy. Otworzyła kolejną szufladę i wreszcie znalazła łyżeczkę. — Dobrze.

— Wspaniale! W takim razie porozmawiam z jej mamą. — Po tych słowach pani Campbell skinęła na jogurt, a na jej twarzy ponownie zawitał jeden z tych wyuczonych uśmieszków. — Niedługo obiad, więc może na razie niczego nie jedzmy, dobrze?

Jak się okazało, dziewczyna z drugiego piętra nazywała się Martina. Miała na sobie komplet z bawełny frotte (koszulę i krótkie spodnie) oraz podkolanówki w paski. Jenny od razu rzucił się w oczy też jasnoniebieski cień do powiek i truskawkowe blond włosy z mocno wycieniowaną górą, które Martina podkręciła na tak wielkich wałkach do włosów, że Jenny poszłaby o zakład, że dziewczyna mogła równie dobrze użyć rolek po papierze toaletowym.

— Guten Tag — przywitała się Jenny, stojąc przed drzwiami od mieszkania sąsiadów z keksem w dłoniach, który mama kazała jej ze sobą zabrać.

— Wolałabym, żebyśmy mówiły po angielsku — odpowiedziała Martina. — Zapraszam.

Martina nie miała za grosz poczucia humoru. Miała za to ukryte zapasy Kinder czekolady, które oddała Jenny w zamian za obietnicę, że ta pożyczy jej ostatnie wydanie magazynu „Seventeen”3. Całe popołudnie testowały różne kosmetyki do makijażu. Martina wypytywała Jenny o to, czy poznała kiedyś jakieś gwiazdy Hollywood.

— Może wpadłaś kiedyś na Shauna Cassidy? Nie? Czekaj… A może na Johna Travoltę?

To spotkanie utwierdzało Jenny w przekonaniu, że jej życie legło w gruzach. Od teraz jej największą rozrywką będzie obserwowanie, jak Martina podkręca rzęsy zalotką podgrzaną nad palnikiem. Jenny była znudzona i samotna, a do tego przekonana, że jej nieszczęście osiągnęło apogeum. Zaczęła zastanawiać się nad tym, co musiałaby zrobić, żeby jej rodzice odesłali ją z powrotem do Dallas: udawać chorą, popełnić jakieś przestępstwo czy może zacząć palić marihuanę (nie była zdolna do żadnej z tych rzeczy). Nagle Martina wezwała Jenny do okna ruchem dłoni, co najmniej jakby były na misji szpiegowskiej.

Przystawiła palec wskazujący do ust i skinęła głową w stronę chodnika.

— Widzisz ją?

Jenny rozejrzała się po całej ulicy w poszukiwaniu kogoś, kto byłby warty takich podchodów.

— Tam — wyszeptała Martina, wskazując na starszą kobietę, która szkła spokojnym krokiem z torbą zakupów w jednej ręce i kluczem w drugiej. — To Frau Hermann. Wydaje mi się, że jest czarownicą.

— Czarownicą?

— Ciii! Bo jeszcze cię usłyszy.

Obie przykucnęły tak, żeby ich oczy znalazły się na wysokości parapetu. Ta pani wcale nie wyglądała na wiedźmę, tylko na nauczycielkę. Ewentualnie czyjąś babcię, i to wcale nie taką starą.

— Tak. Eine Hexe. „Wiedźmę”.

— Eine Hexe — powtórzyła Jenny. — A czemu tak myślisz?

Martina wzruszyła ramionami.

— Mam swoje powody.

— Na przykład?

Martina ciężko westchnęła, wprawiając tym samym w ruch swoją misternie podkręconą grzywkę.

— Po pierwsze, mieszka w naprawdę ładnym mieszkaniu. Podobno była żoną znacznie starszego, bogatego mężczyzny. Skąd miał taki majątek po wojnie?

— Może był nazistą? — zasugerowała półszeptem Jenny.

Martina ściągnęła usta w dziubek, jakby nie dopuszczała do siebie takiej możliwości.

— Po drugie, jej mąż niespodziewanie zmarł.

— A nie mówiłaś, że był od niej dużo starszy?

— Tak, i co z tego? Stary nie znaczy umierający.

Jenny mogłaby to skwitować na milion różnych sposobów, ale Martina tak się rozkręciła, że nawet na chwilę nie przerywała swojej argumentacji.

— Po trzecie, Frau Hermann często opowiada o magii.

 W r e s z c i e  coś ciekawego.

— Jakiej magii? — dopytała zaintrygowana Jenny.

— Starej. Ludowej. Takiej, której używają czarodziejki i boginie. Nieraz wspominała, że las jest zaklęty — powiedziała z poważną miną Martina.

Jenny w odpowiedzi parsknęła śmiechem. Gdyby był tu jej najlepszy przyjaciel, Richard, z pewnością uniósłby brew, a potem udał niemieckiego lektora z filmów noir: „Zabiję cię, Herr Blaumer. Ale najpierw pozwól, że zaśpiewam ci coś z Błękitnego anioła. Usiądź sobie wygodnie”.

Na myśl o Richardzie Jenny stanęła gula w gardle, jednak szybko odrzuciła wspomnienia na bok. Była zbyt zaintrygowana tą całą Frau Hermann. Kobieta miała na sobie praktyczną brązową spódniczkę, czółenka i kardigan, spięty delikatnie pod szyją cienkim złotym łańcuszkiem. Jej włosy były niemalże pozbawione barwy. Wyglądały jak odbitka wykonana z innej odbitki niegdyś kolorowego zdjęcia. Jenny liczyła na to, że Frau Hermann faktycznie jest wiedźmą, bo ożywiłoby to panującą tu atmosferę.

— Pamiętaj, nigdy nie wdawaj się z nią w rozmowę, bo może rzucić na ciebie klątwę! — ostrzegła Martina, a jej oczy były teraz wielkie jak spodki. Jej górne powieki zdobiły kropki zrobione eyelinerem Maybelline. — Jak zagadasz do niej o pogodę, to zaprosi cię do swojego mieszkania na herbatę albo ciastko, a potem niepostrzeżenie utnie ci kawałek włosów. No, a potem… — Martina pokręciła głową.

Jenny ponownie wychynęła znad parapetu i zauważyła, że Frau Hermann się zatrzymała. Poklepała się po kieszeniach, a później uniosła wzrok. Obie dziewczyny padły i przycisnęły plecy do ściany, a gdy ponownie wstały, po starszej kobiecie nie było już ani śladu.

— O mały włos — powiedziała Martina i odetchnęła. Następnie zwróciła się twarzą do swojej nowej koleżanki i zapytała: — Hej, myślisz, że mogłabym wystąpić w jakimś amerykańskim programie telewizyjnym?

Następnego dnia ojciec Jenny, John, wrócił z Frankfurtu, gdzie był na wyjeździe służbowym. Wszedł do mieszkania akurat w porze lunchu. Jego skórę nadal zdobiła opalenizna, której dorobił się jeszcze w Teksasie.

— Czołem, rodzinko — powiedział, przechodząc przez próg, a Helga pospieszyła w jego stronę, żeby wziąć od niego parasolkę oraz walizkę i odłożyć je na miejsce. Pan Campbell złożył żonie całusa na policzku, a potem objął Alison i zmierzwił jej włosy. — Cześć, słońce! Nauczyłaś się już jakichś słów po niemiecku?

— Achtung! — rzuciła bez zastanowienia Alison. „Uwaga!”

Tata ucałował jej głowę.

— Czemu mnie nie dziwi, że to słowo podłapałaś jako pierwsze?

— Achtung oznacza „niebezpieczeństwo” — poprawiła siostrę Jenny.

— Wcale, że nie!

— Owszem, tak!

— Eee, przypomnij mi, kto ukończył kurs języka niemieckiego? Ja czy ty?

— Już dobrze, dobrze, nie rozpętujmy trzeciej wojny światowej — odezwał się ponownie ich tata, siląc się na uśmiech, a następnie przytulił Jenny, chociaż trochę mniej pewnie niż jej siostrę. — Cześć, skarbie.

Dla każdej z kobiet w swoim życiu miał inne czułe określenie. Alison była jego słońcem, żonę nazywał piękną, a Jenny skarbem. Nie było to szczególnie wymyślne przezwisko, a do tego w ogóle do niej nie pasowało. Gdy usiedli do stołu i jedli sznycle z cielęciny oraz smażone ziemniaki, pływające w roztopionym maśle, ojciec Jenny rozkręcił się tak, jakby sprzedawał im jedną ze swoich gadek marketingowych. Opowiadał im o firmie, o tym, że działa jak w zegarku, i o wszystkich wielkich nadziejach, jakie wiązali ze sprzedażą w Niemczech i pozostałych krajach Europy.

— To my musimy uratować Niemcy przed komuchami — stwierdził, nalewając sobie szklankę Coca-Coli z lodem. — A tak w ogóle, to tu zawsze trzeba prosić o lód. Sami z siebie nie dodają go do napojów. Prawie bym zapomniał: Susan, w sobotę wyprawimy małe przyjęcie.

— Och, John. Tak szybko po przyjeździe? — zapytała pani Campbell. Zjadła tylko połowę jedzenia, które miała na talerzu, ale Jenny widziała, że nadal jest głodna, bo co chwila dłoń mimowolnie uciekała jej w stronę widelca.

— Musimy zrobić dobre pierwsze wrażenie. Poza tym bez problemu przygotowałabyś wszystko z zamkniętymi oczami, piękna. — John uśmiechnął się do córek. — Jak wam smakuje to danie?

— Gut! — krzyknęła z niemiecką wymową Alison.

Jenny czuła na sobie palące spojrzenie mamy, więc posłusznie odłożyła widelec i nóż na krawędź talerza tak, jak ją uczono.

— Pyszne, ale już się najadłam — skłamała.

— Cudownie! Samodyscyplina. Myślę, że będzie się nam tu świetnie mieszkało. Nowy początek w Niemczech — powiedział tata, wbijając widelec w sznycla i uśmiechając się szeroko, w pełni świadomy tego, że nikt nie odważy się z nim spierać.

Jenny wróciła do pokoju i odpakowała jedną z czekoladek Kinder, które dostała od Martiny. Była bardziej kremowa niż ta w Stanach Zjednoczonych i naprawdę przepyszna. Kiedy jednak tylko ją zjadła, poczuła wyrzuty sumienia. Miała trzymać dietę. Przez ostatnie cztery lata ułożono dla niej aż sześć różnych. Odnosiła wrażenie, że jest zmuszona do toczenia wojny ze swoim ciałem, mimo że nigdy nie pociągnęła za spust. Rozebrała się i przyjrzała się sobie w lustrze. Miała szerokie, umięśnione uda oraz ramiona. Tak samo zresztą jak barki. Była naprawdę szybka na boisku do siatkówki, mimo że jej brzuch nie był płaski. Miała metr siedemdziesiąt dwa i ważyła siedemdziesiąt siedem kilo.

— To za dużo — powiedział lekarz takim tonem, jakby Jenny popełniła jakieś przestępstwo. Wręczył jej wykres, który pokazywał, że powinna mieścić się w przedziale od pięćdziesięciu sześciu kilogramów do sześćdziesięciu sześciu.

— Musiałabym sobie odrąbać ręce, żeby ważyć pięćdziesiąt sześć kilo — poskarżyła się Richardowi, gdy jedli frytki w drodze na próbę orkiestry.

— W życiu nie słyszałem większej głupoty — skwitował chłopak. Nie bez powodu był jej najlepszym przyjacielem. — Te wykresy to czyste zło. ZŁOOOOOOOOOO!

Mama Jenny była modnie szczupła. Gdy ich rodzina mieszkała w Dallas, bardzo często się zdarzało, że inne matki komplementowały jej figurę, i to tak mocno, jakby zdobyła złoto na igrzyskach olimpijskich. Podczas każdej imprezy nad basenem kobiety dzieliły się ze sobą radami dotyczącymi diety. Czyżby głodzenie się sprawiało im przyjemność?

— Przez pięć dni jem tylko winogrona.

— Och, złotko, ja polecam branie Dexatrimu4.

Jenny chwyciła fałdkę tłuszczu na brzuchu. Jutro. Jutro zje tylko twarożek, a potem będzie ćwiczyła. Zostanie córką, o jakiej marzą jej rodzice. Czyli mniejszą wersją siebie.

Trzeciego dnia pobytu w Berlinie Jenny uznała, że najwyższa pora zwiedzić miasto. Zawiesiła aparat fotograficzny na szyi i schowała do kieszeni jeansów kartkę, na której zapisała sobie wcześniej adres i numer telefonu. Wzięła ze sobą też kilka monet na wypadek, gdyby rzeczywiście musiała skorzystać z budki. Kiedy była już w połowie marmurowych schodów, zamarła, bo na dole stała Frau Hermann. Miała zbyt wiele reklamówek z zakupami, a na domiar złego kulała, jakby każdy krok sprawiał jej ból. Jenny musiała jej pomóc. Nieważne, w jakim kraju była, tak nakazywały zasady dobrego wychowania. Problem tkwił w tym, że w jej głowie odbijał się echem głos Mariny: Eine Hexe!

Frau Hermann uniosła głowę.

— Guten Tag.

— Guten Tag. Darf ich… Ihnen helfen, eee, proszę pani? — zapytała w końcu Jenny, uznawszy, że maniery są ważniejsze od strachu.

Starsza kobieta zmrużyła oczy, żeby lepiej się jej przyjrzeć. Jenny przeszedł chłód, od którego zaczęła drżeć. Wiedźma, wiedźma, wiedźma, powtarzał głos w jej głowie.

— Danke schön.

Frau Hermann podała Jenny jedną z reklamówek, a dziewczyna odwróciła się i ruszyła z powrotem w górę schodów. Gdy obie dotarły na trzecie piętro, Frau Hermann wsunęła klucz do starego mosiężnego zamka.

— Jesteś tą dziewczyną z Ameryki, prawda? Wprowadziliście się tutaj kilka dni temu?

— Tak, proszę pani — odpowiedziała. — Jestem Jenny Campbell. Miło mi panią poznać, Frau Hermann.

Kobieta przekrzywiła głowę i zmarszczyła brwi.

— Ach, czyli już o mnie słyszałaś.

Jenny zaschło w gardle. Jak mogła tak głupio palnąć jej nazwisko?

— Pewnie od Martiny. Myśli, że jestem wiedźmą. — Frau Hermann potrząsnęła głową. — Chodź, zapraszam. Zaparzę nam herbaty.

Frau Hermann weszła do mieszkania, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Jenny się zawahała, schowała swój kucyk za kołnierz koszuli, żeby kobieta na pewno nie odcięła jej cichaczem kawałka włosów, po czym ruszyła za nią do środka.

— Usiądź sobie — powiedziała Frau Hermann, wskazując ręką w stronę zasypanego kartkami stołu. — Zaraz do ciebie dołączę.

Jenny jej posłuchała i zaczęła się rozglądać. Dwa fotele w kwieciste wzory, których poduszki były już nieco zapadnięte, otaczały pokryty cienką warstewką kurzu, niski, drewniany stolik. Na jednej ze ścian wisiały pejzaże oprawione w złote ramki. Robiły wrażenie, ale nie zdradzały nic o właścicielce mieszkania. Tapeta pod nimi była brudna od sadzy z kominka. Na większym, kuchennym stole leżał pełny okruszków talerz, na którym widać było ślady po ciemnym dżemie, a obok niego stała chińska filiżanka. Ciekawe, co było w środku. Kawa? Herbata? Jakiś magiczny napar?, zastanawiała się Jenny. Nie dało się tego stwierdzić, bo płynu zostało tyle, co nic. W mieszkaniu Frau Hermann czuć było samotność. Wypełniała każdy zakątek poza regałami z książkami. One tętniły życiem. Ich półki uginały się pod ciężarem zadbanych tomów w każdym kolorze i rozmiarze. Jenny zakradła się tuż pod jeden z regałów, żeby przyjrzeć się grzbietom książek. Miała nadzieję, że znajdzie coś o czarnej magii, o czym będzie mogła opowiedzieć później Martinie. Pierwsze kilka tytułów wcale jej nie zdziwiło. Znalazła parę encyklopedii, słowników, a nawet podręcznik anatomii Henry’ego Graya. Jedna z półek poświęcona była baśniom, druga mitom, a jeszcze kolejna psychologii. Jenny zwróciła uwagę na Psychiatryczną analizę mitów i baśni oraz na Zastosowanie uroków: znaczenie i wagę baśni5, a potem na oprawiony w ramkę dyplom z psychologii wystawiony przez Wolny Uniwersytet Berliński.

— Próbowałaś kiedyś Pfannkuchen? — zapytała z kuchni Frau Hermann, pobrzękując naczyniami.

— Nein, Frau Hermann — odpowiedziała Jenny i pospiesznie zajęła z powrotem miejsce przy stole.

Starsza pani weszła do pokoju z tacą, na której stały dwie filiżanki gorącej herbaty i dwa talerzyki z chińskiej porcelany z grubymi naleśnikami.

— To miejscowy rarytas.

Wyglądem przypominały trochę pączki, a do tego pachniały świeżymi drożdżami. Jenny wgryzła się w miękkie ciasto posypane cukrem pudrem.

— Smakuje ci?

— Tak, proszę pani. Pychota. Eee… kostlich.

— Świetnie mówisz po niemiecku — pochwaliła ją Frau Hermann,po czym sama zaczęła się beztrosko zajadać.

— Mam lekcje z języka.

— Ah. Das ist gut.

— Jest pani lekarką? — zapytała Jenny. — Widziałam na ścianie dyplom.

— Tak jakby, psycholożką. Pomagam pacjentom, którzy przepracowują traumę. Na przykład związaną z wojną albo z murem… Wielu ludzi nosi w sercu głębokie rany.

Jenny nigdy wcześniej nie poznała żadnego psychologa ani kogokolwiek, kto pracowałby w tak poważnym zawodzie.

— To bardzo… — Próbowała znaleźć odpowiednie słowo. — Szczytne.

Frau Hermann delikatnie wzruszyła ramionami.

— Lubię pomagać innym. A ty? Co lubisz robić, Jenny?

— Och… Eee… Mam aparat i uwielbiam fotografię.

— Cudowna sprawa. Pozwala spojrzeć na świat z innej perspektywy, nieprawdaż? Zobaczyć rzeczy, które na pierwszy rzut oka potrafią nam umknąć.

— Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób — odpowiedziała dziewczyna. — Gram też na skrzypcach.

— W takim razie następnym razem zabierz je ze sobą. Chętnie posłucham.

Następnym razem?, powtórzyła w głowie Jenny. Co ona sobie myślała? Teraz już zawsze będzie musiała zakradać się obok drzwi Frau Hermann.

— Od zawsze mieszkała pani w Berlinie? — spróbowała zmienić temat.

— Nein, przyjechałam tu po wojnie. Tęsknisz za swoimi przyjaciółmi z Ameryki?

— Tak, i to bardzo.

— Zmiany potrafią być trudne, ja? — zapytała Frau Hermann, a gdy nie otrzymała żadnej odpowiedzi, wróciła do pałaszowania Pfannkuchen.

— Ma tu pani sporo baśni — odezwała się Jenny, przerywając niezręczną ciszę, i wskazała na regały.

— Są mi potrzebne do pracy. Używam ich w centrum terapii, Die Eichel. Czytam je pacjentom.

— Naprawdę?

— Tak. Pomagają im znaleźć słowa, żeby opisać swoją traumę i wyrzuty sumienia. Myślą wtedy o swoich problemach jak o opowieści, czymś wyciągniętym z książki. — Frau Hermann przyjrzała się bacznie Jenny. — Ile masz lat, moja droga?

— Szesnaście, ale w październiku skończę siedemnaście.

— Siedemnaście… — Frau Hermann wzięła łyk herbaty, a jej spojrzenie stało się odległe. — Miały tyle samo lat co ty, gdy zniknęły.

Jenny gwałtownie przestała jeść, jakby właśnie się okazało, że naleśniki są zatrute.

— Kto… zniknął?

— Dwie dziewczyny z mojego miasteczka na północy Niemiec — wyjaśniła. — Chyba skojarzyłaś mi się z nimi ze względu na wiek. — Uśmiechnęła się. — No, a one… one też podobno były wiedźmami. Potomkiniami starożytnych Norn. Łączyła je naprawdę wyjątkowa więź. Przyjaźń, która nigdy nie umiera.

Jenny z trudem przełknęła ślinę.

— Z panią też się kolegowały?

— Nie, nic z tych rzeczy. To było spore miasteczko, w którym krążyło wiele opowieści. Część z nich była nawet przekazywana z pokolenia na pokolenie. Usłyszałam o tych dziewczynach od kogoś innego i zapadły mi w pamięć tak jak niejedna baśń.

— A co dokładnie się z nimi stało?

Frau Hermann wzruszyła ramionami.

— Zniknęły bez śladu w noc przesilenia zimowego. To było podczas wojny, a wtedy w lasach dochodziło do wielu różnych rzeczy. — Kobieta przesunęła ząbkami widelca po naleśniku. — Z tego, co wiem, te dziewczyny wierzyły w starą magię lasu, a zwłaszcza w to, że Dąb Pana Młodego jest zaklęty. Legenda głosi, że to drzewo je chroniło, gdy najbardziej tego potrzebowały.

— Dąb Pana Młodego?

Oczy Frau Hermann się rozjaśniły.

— Ooo! Nigdy o nim nie słyszałaś? To dopiero opowieść! To słynne drzewo w lesie Dodauer na północy kraju. Według podań każdy, kto napisze list w poszukiwaniu bratniej duszy i wsadzi go do środka dębu, otrzyma od kogoś odpowiedź. Wiele osób pobrało się właśnie w ten sposób. Tak właściwie… — Frau Hermann nagle wstała i odeszła od stołu, a po chwili wróciła z zapieczętowaną kopertą w ręku. — Napisałam swój własny, ale… wciąż nie zebrałam się na odwagę, żeby go wysłać. — Zaśmiała się nerwowo, jakby gdzieś w sercu nadal była młodą dziewczyną.

— Mogę to zrobić za panią — zaproponowała impulsywnie Jenny. Była zaintrygowana historią o drzewie kochanków i tajemnicą dwóch zaginionych dziewczyn. — I tak miałam zamiar się przejść.

Frau Hermann postukała listem o krawędź stołu. Jenny wydawało się, że poddaje ją ocenie pod jakimś nowym kątem. Uniosła nieznacznie spięte ramiona, żeby jej warkocz na pewno nie wypadł zza kołnierza koszuli.

— Cóż… czemu nie?

Frau Hermann wręczyła Jenny list, który ta od razu wsadziła do swojej torby. Charakter pisma starszej kobiety był elegancki i formalny. Pasował do niej.

— Nikt nigdy nie szukał tych dziewczyn?

— Zaciekawiła cię ta historia?

— Po prostu nigdy wcześniej nie słyszałam o kimś, kto zniknąłby bez śladu.

Frau Hermann przyjrzała się Jenny w sposób, w jaki zapewne przyglądała się swoim pacjentom podczas terapii.

— Odwiedź mnie jutro, to opowiem ci więcej.

Jenny poczuła ukłucie w brzuchu. A więc tak to się zaczynało… Otwierasz się odrobinę na starszą panią, a później jesteś zmuszona przychodzić do niej codziennie i wysłuchiwać jej historii.

Gdy dziewczyna znalazła się już za drzwiami, Frau Herman podziękowała jej za zabranie ze sobą listu.

— Ludzie mówią, że Dąb Pana Młodego wcale nie jest magiczny, ale… — Uśmiechnęła się niemrawo. — Ja nadal mam nadzieję, że się mylą.

Jenny dojechała autobusem do samego centrum Berlina, a potem skierowała się w stronę stacji U-Bahn na Friedrichstrasse, gdzie w dniu przylotu do Niemiec widziała grupkę punkowców. Dzisiaj też tutaj byli. Popijali piwo, palili papierosy i puszczali energiczną muzykę z boomboxa. Jedynymi punkowcami, których znała Jenny, byli kumple Richarda, którzy często przesiadywali pod kinem studyjnym w Dallas. Przedstawił ich jej, jeszcze zanim zerwał z nią kontakt. Tak czy inaczej koledzy Richarda byli o wiele mniej ciekawi pod kątem wyglądu. Po prostu używali konturówki do oczu i stawiali włosy na żel. Za to tutaj było dwóch chłopaków ubranych w pomalowane skórzane kurtki. Jeden z nich był drobnej budowy, a drugi wręcz przeciwnie. Tęgi chłopak z wygolonymi po bokach włosami i wysokimi, ostrymi jak nóż kolcami na głowie mógłby śmiało być bokserem. Obaj gadali z dziewczyną o równie kolczastej fryzurze w kolorze czerwonego wina. Jej spojrzenie było czujne, jakby kogoś wypatrywała, a jej oczy były mocno podkreślone czarnym eyelinerem. Jenny wyciągnęła ukradkiem aparat, ale nawet gdy przybliżyła obraz, była za daleko, żeby zrobić dobre zdjęcie. Podeszła kawałek, po czym cyknęła fotkę. I jeszcze jedną. Przy trzeciej większy z chłopaków zwrócił się w stronę Jenny i posłał jej gniewną wiązankę po niemiecku. Dziewczyna upuściła torbę, z której wysypała się cała jej zawartość. Próbowała założyć osłonę na obiektyw, ale nie mogła, bo zbyt mocno trzęsły jej się dłonie. Punkowcy byli coraz bliżej. Otoczyli ją. Jeden z chłopaków krzyczał coś o Überwachung i Stasi, ale Jenny miała kompletną pustkę w głowie i nie mogła przypomnieć sobie żadnych niemieckich słów.

— Prze-przepraszam. Nie chciałam was zdenerwować.

— Jesteś z Ameryki? — zdziwiła się dziewczyna o czerwonych włosach.

— T-tak, ze Stanów.

— Wygląda mi na Popper — rzucił tęgi chłopak. — Nie jesteśmy atrakcją turystyczną!

— Halt die Klappe, Atomówka — skutecznie uciszyła go dziewczyna.

— Kim jest Popper? — zapytała ją Jenny.

— To ktoś, kto wygląda jak ty. Ktoś… kto jest konformistą i nie interesuje się polityką. Mówimy tak na tych, którzy przejmują się jedynie zakupami i tym, co na siebie włożyć. Zupełnie jak w tym filmie, eee… — Pstryknęła palcami, próbując sobie przypomnieć jego tytuł, i uniosła głowę. Okazało się, że pod tą grubą warstwą eyelinera skrywały się wielkie, intensywnie niebieskie oczy. — Noc żywych trupów, tyle że wy nosicie pastelowe koszule.

Jenny parsknęła śmiechem, mimo że nadal była zestresowana. Może to jej mechanizm obronny?

— My w Ameryce nazywamy ich snobami!

Powiedziała „ich”, jakby sama nie miała na sobie różowej koszuli polo z postawionym do góry kołnierzykiem.

— Pozwól, że ci pomogę.

Dziewczyna się nachyliła i podniosła list Frau Hermann. Cały był teraz pokryty ziemią. Jenny miała nadzieję, że nie wpłynie to negatywnie na szanse starszej pani na znalezienie miłości.

Dziewczyna z oczami obwiedzionymi czernią była wyraźnie skołowana.

— Dąb Pana Młodego?

— Och, to nie mój list, tylko sąsiadki. Podobno to drzewo działa jak swatka czy coś w tym stylu. Piszesz do niego, a jeśli twój list się komuś spodoba, to ci odpisuje. — Jenny nie miała pojęcia, dlaczego zaczęła tak paplać bez zastanowienia. — W każdym razie obiecałam jej, że zaniosę go na pocztę, bo i tak wychodziłam na miasto, a ona… nie. — Rany boskie… gorzej już chyba być nie mogło.

Dziewczyna skinęła głową.

— O… miło z twojej strony. — Oddała Jenny list. — Jestem Lena.

— Jennifer, ale wolę, jak ludzie zwracają się do mnie Jenny.

Przekrzywiła głowę i zmrużyła oczy.

— No proszę, nie wyglądasz mi na Jenny.

— A jednak.

— Mmm. — Lena przygryzła naderwany naskórek przy paznokciu. — Skąd dokładnie jesteś?

— Eee, z Teksasu, a konkretnie z Dallas.

— Jak z tej opery mydlanej?6 — Lena udała, że strzela z palców jak z pistoletu.

— Tak, zgadza się.

— Mhmm. Masz może szlugi?

— Sorki, nie palę.

— Szkoda.

Nagle zatrzymał się obok nich mały sportowy samochód. Chłopak siedzący na miejscu pasażera opuścił szybę i coś krzyknął. Lena też coś mu odkrzyknęła, a potem wystawiła środkowy palec, którego nie zdążył zauważyć, bo kierowca ruszył dalej. Odwróciła się z powrotem w stronę Jenny, jakby nic się nie wydarzyło.

— Gram w kapeli. Cóż, dopiero ją założyliśmy, ale niedługo zaczniemy grać koncerty.

— O, fajnie. Ja gram w orkiestrze. A raczej grałam. W Dallas. Na skrzypcach.

— Hmm, też całkiem fajnie.

Jenny parsknęła.

— Jak miło, że dostałam twoje wyrazy uznania.

Lena uśmiechnęła się szelmowsko.

— Kto by pomyślał, że masz w sobie choć trochę z punkówy? Lubię to.

Aprobata Leny uszczęśliwiła Jenny, chociaż nie do końca wiedziała dlaczego.

— Hej, skończ już flirtować. Wir gehen Döner essen! — odezwał się nagle jeden ze znajomych Leny, ale ona nie oderwała nawet na chwilę oczu od Jenny i pokazała im środkowy palec.

— Widziałaś już większość Berlina?

Jenny podobał się sposób, w jaki wymówiła nazwę miasta. Stawiała akcent na pierwszą sylabę, a nie na drugą, tak jak Amerykanie.

— Nie, dopiero się tu przeprowadziłam.

Brwi Leny wystrzeliły do góry, a potem obdarzyła Jenny półuśmiechem.

— Ja? Mogę cię oprowadzić. Być twoją przewodniczką!

— Nie mam na to pieniędzy.

Lena prychnęła.

— Nie za kasę. Nie jestem kapitalistyczną świnią.

— Nie chciałam cię obrazić.

— Możesz mi się odwdzięczyć, kupując mi paczkę papierosów. — Jenny jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktoś uśmiechał się tak szeroko jak Lena teraz. — Chodź. Zahaczymy o kiosk, a potem pokażę ci okolicę.

— Tak od razu? Przecież nawet się nie znamy. — Ta dziewczyna była trochę nachalna, co z jednej strony intrygowało Jenny, a z drugiej ją odrzucało.

— No to mamy wspaniałą okazję, żeby się poznać. — Lena spojrzała na Jenny spod długich rzęs i ułożyła usta w dziubek, jakby się z nią droczyła.

— Chcesz zobaczyć prawdziwy Berlin? Jak  p r a w d z i w a  fotografka? Czy nie?

Prawdziwy Berlin, powtórzyła w myślach Jenny i na chwilę wyobraziła sobie, że prowadzi życie bez nieustannej kontroli swoich rodziców. Miałaby o czym opowiadać po powrocie do Dallas.

— Chcę, ale nie dzisiaj, bo mam lekcje niemieckiego.

— Wo ist die Toilette? — powiedziała Lena monotonnym głosem nauczycielki. — Pfff. Lekcje niemieckiego? Na co to komu? Nauczę cię prawdziwego języka. Wchodzisz w to?

— Lena! Lass uns gehen! — krzyknął bokser.

— Warte eine Minute! — Lena zwróciła się z powrotem do Jenny. — Masz przy sobie coś do pisania, Dallas?

Co za absurd, pomyślała Jenny. Nie miały ze sobą nic wspólnego. Chociaż może właśnie tego teraz potrzebowała? Wyciągnęła z torby długopis i mały notes, po czym wręczyła je Lenie.

— Odwróć się — poinstruowała ją punkówa. — Przecież nie będę pisać w powietrzu.

Posłuchała jej i pochyliła się do przodu. Lena położyła jej na plecach notes i przyłożyła do niego końcówkę długopisu, nieumyślnie łaskocząc Jenny. Gdy skończyła coś zapisywać, wyrwała kartkę i podała ją Amerykance. Żołądek Jenny wykonał coś w rodzaju fikołka.

— To mój adres. Wpadnij jutro, to opowiem ci to i owo o Berlinie.

— O której?

Lena wzruszyła ramionami.

— Byle nie przed południem. Tam, za rogiem, jest ein Briefkasten, eee, jak wy to nazywacie… Skrzynka na listy. Musi być coś w tej legendzie o drzewie, Dallas, skoro dzisiaj nas ze sobą poznało, ja?

— Nie mam na imię Dallas.

— Od dzisiaj tak. — Lena wyszczerzyła zęby.

Jenny tylko raz w życiu była wstawiona, ale uczucie, które teraz ją ogarnęło, przypominało właśnie tamten stan. Jej pierś wypełniało przyjemne ciepło.

— W takim razie do zobaczenia jutro.

Lena ponownie się uśmiechnęła.

— No, chyba że wcześniej wybuchnie rewolucja!

1 Samochód osobowo-terenowy używany przez żołnierzy III Rzeszy. Wojskowa wersja samochodu osobowego Volkswagen Typ 1 (przyp. tłum.).

2 Seid to forma szamanizmu uprawiana przez przedchrześcijańskich wikingów, przede wszystkim przez kobiety (przyp. tłum.).

3 Popularny amerykański magazyn o modzie (przyp. tłum.).

4 Dexatrim to popularny w USA suplement diety wspomagający odchudzanie (przyp. tłum).

5 Odwołanie do książek A Psychiatric Study of Myths and Fairy Tales: Their Origin, Meaning, and Usefulness autorstwa Juliusa Ernesta Heuschera oraz The Uses of Enchantment: The Meaning and Importance of Fairy Tales autorstwa Bruna Bettelheima. Książki nie mają oficjalnych polskich tytułów (przyp. tłum.).

6 Odniesienie do serialu telewizyjnego Dallas z lat 1978–1991 o bogatej rodzinie Ewingów zaangażowanej w przemysł naftowy (przyp. tłum.).

7 23andMe to nazwa instytutu badawczego w Kalifornii, który zajmuje się prywatną analizą próbek śliny w celu określenia pochodzenia osoby badanej, a także jej genetycznych predyspozycji do różnych chorób (przyp. tłum.).

8Iho — w języku tagalskim „chłopcze”, „skarbie” (przyp. tłum.).