Pochyłe niebo. Ważka. Część 3 - Ewa Cielesz - ebook

Pochyłe niebo. Ważka. Część 3 ebook

Ewa Cielesz

4,6

Opis

Ważka to symbol iluzji, transformacji, nieustannej potrzeby ruchu i przemiany – dalsze losy bohaterów serii „Pochyłe niebo” toczą się w latach 90., pełnych takiej właśnie energii. Kozinki powoli przekształcają się w atrakcyjną miejscowość turystyczną. Odważni próbują sił w prywatnych firmach lub wyjeżdżają za granicę. Anita stara się odnaleźć się w nowej rzeczywistości i nadążyć za zmianami, przed którymi stawia ją życie. Tymczasem Sonia dorasta i odkrywa człowieka, który dużo dla niej znaczy...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 458

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (114 oceny)
76
29
8
1
0
Sortuj według:
Renata081966

Nie oderwiesz się od lektury

Piękna seria!!!! Polecam zwłaszcza miłośnikom czasów PRL.
00

Popularność




1

I tak nic się nie zmieni – mawiała moja matka, a przecież nawet ta rzeka, nad którą siedziałam teraz, nie była już taka sama. Przetaczała się szeroką wstęgą, leniwie, od niechcenia jak to moje dzisiejsze zadumanie. Albo taka ważka. W ciągłym ruchu. Przysiadła tylko na moment, by już po chwili zerwać się do lotu. Odprowadzałam ją wzrokiem do czasu, gdy zamieniła się w połyskliwy, ruchomy punkt. Ważki muszą się spieszyć, by całe życie zmieścić w tych kilku miesiącach, które są im dane. Być może dlatego poruszają się zwinnie i zdecydowanie w konkretnie obranym celu, nie pędzą na oślep, bez potrzeby, bo znają swoje możliwości. Dawno temu, w starożytności wierzono, że te ulotne, niemal złudne stworzenia, były wysłannikami samych piekieł i wodziły na pokuszenie niewinne dusze. Indianie, którzy potrafili obserwować i czytać naturę po swojemu, uważali je natomiast za symbol iluzji, transformacji, nieustannej potrzeby ruchu i zmian.

Lata dziewięćdziesiąte ułożyły się na kształt wodospadu. Okazało się, że nie sposób zatrzymać tego, co wydawało się stałe i bezpieczne. Trzeba było dać się unieść następującym po sobie błyskawicznie zmianom. W przeciwnym razie zostawało się na zawsze w tyle, w nieruchomym, gnijącym stawie stagnacji i beznadziei. „Bo kto ma, temu będzie dane; a kto nie ma, temu zabiorą i to, co mu się wydaje, że ma”* – przytoczył kiedyś proboszcz Jadwiśce słowa świętego Łukasza. Tłumaczył jej potem, podjadając drożdżowe ciasto, sens duchowy tej przypowieści. Ja jednak odebrałam te słowa zgodnie z duchem nastających czasów. Być może dlatego właśnie nie mogłam pozwolić sobie na zatrzymanie, oglądanie się za siebie.

Siedziałam na trawie, przyglądając się rosnącej tu całymi połaciami iglicy. Nigdy nie myślałam, że te drobne fioletowe kwiatki, obok których zwykle przechodzi się obojętnie, sprawią tyle radości. Ileż finezji w rękach natury, by stworzyć coś tak miniaturowego i precyzyjnego zarazem. Starałam się zapamiętać ten obraz, przelać w domu na papier, a potem stworzyć nowy wzór dla swoich swetrów, szali i bluzek, wyszukać odpowiedni kolor, nadać nazwę kwiatowej kolekcji. Jaka szkoda, że wszystko zjesiennieje, podda się procesowi opadania płatków, więdnięcia i usychania. Zerwałam kilka kwiatków, podniosłam się z westchnieniem i ruszyłam stronę domu.

Kozinki, dotąd senne, trochę zabobonne miasteczko, ocknęło się wraz z pierwszą masową emigracją młodych mężczyzn „za chlebem”. Nikt nie zamierzał szukać możliwości na miejscu, ponieważ legendy o zachodzie od lat mamiły luksusem i dobrobytem, podczas długiej kartkowej egzystencji w PRL-u. Wyjeżdżali mężowie i kawalerowie, ojcowie i synowie, obiecując żonom, narzeczonym, matkom i córkom róg obfitości, komfort i bogactwo ponad stan, które napłynie stamtąd.

Wracałam do domu.

Który to już raz zatrzymywałam się u stóp wzgórza, spoglądając ku kępie świerków? Jaśniały za nimi ściany i rozpościerał się gontowy dach, świadkowie naszych uniesień i upokorzeń, wzlotów i upadków, miłości i nienawiści. Który to już raz szłam drogą, na której Jadwiśka musiała kilkakrotnie przystawać dla złapania oddechu, Sonia obijała sobie kolana, biegnąc w dół na złamanie karku, Greta goniła po niej swoje psy, a listonosz złorzeczył na fantazję starego Gawędy, bo wybrał to diabelskie miejsce pod swoją chałupę.

Wracałam do domu otoczonego zielonym ogrodem, w którym rozczochrane marchewki przeżywały swoją pierwszą młodość, ogórki otulały pelerynami liści niewinne kielichy kwiatów, do których i tak wdzierały się pszczoły. Lubiłam siadać z koszyczkiem malin na ścieżce, po której snuł się zapach lawendy i maciejki.

Wspinałam się na wzgórze, gdzie nigdy nie cichł wiatr, a sosny i świerki wyginały się zawsze w północną stronę i zrzucały z szelestem szyszki, po które leniwą łapą sięgał stary, rudy kot.

Wracałam tu, gdzie wciąż wymiatało się brzozową miotłą igliwie z sieni, słuchało nocnych postękiwań wysłużonych drzwi i podłóg, szmatami zatykało się szpary w oknach, gdy jesienna wilgoć w akompaniamencie wycia wiatru wkradała się do sypialni.

Czas sprawił, że pokochałam to miejsce, skrawek nieba nad nim, szopę na podwórzu, płot i drzewa. Uświadomiłam sobie tę miłość dzisiaj, w tym samym dniu, w którym zaczęłam bać się urzędów. Miałam suche gardło, suche oczy, zabrakło sił, by błagać o łaskę niebiosa. Położyłam dłoń na chłodnej klamce furtki. Stąd niebawem zobaczę pożerające wzgórze buldożery.

* Ewangelia wg św. Łukasza 8,18.

2

Greta jadła czereśnie. Nerwowo wypluwała pestki w półotwartą pięść, by po chwili wysypać je na trawę. Siedziałam na pniaku służącym do rąbania drewna i spoglądałam na jej chatę, symbol stałości i obiekt moich, od wczoraj, westchnień. Chata należała do niej. Od dachu aż po podłogę, a nawet to, co było pod podłogą. Ziemia.

– Jesteś tego pewna? – zapytała po raz drugi, a ja pokiwałam smętnie głową.

– Tak, dostałam pismo z urzędu. Dziadek Michała wybudował dom na gruncie należącym do skarbu państwa. Każdego roku wnosił opłaty za użytkowanie wieczyste. Potem płacił ojciec Michała, wreszcie Michał. Ale umowa o użytkowanie wieczyste wygasła. Tyle że Michał to przegapił i nie złożył wniosku o jej przedłużenie.

– I co teraz?

– Teraz wszystko stracone. Ktoś wywąchał ładny zakątek i chce wykupić cały grunt. Od drogi aż po las. Może z tym domem zrobić, co chce.

– Dzwoniłaś do Michała? – zapytała i poklepała dłonią młodego, smukłego doga, który podbiegł do swojej pani i wyraźnie domagał się pieszczot.

– Dzwoniłam. Kilka razy. Nie odbiera.

– Nie wierzę – pokręciła głową, wybierając z koszyka kolejną garść czereśni. – Nie mogą tego domu tak po prostu zburzyć. Nie wyrzucą cię przecież na bruk!

– Mogą. I zrobią to.

– To okropne – przeraziła się Greta. – A co z wami? Może jest jakaś możliwość wykupienia tego kawałka ziemi? Dom nie stoi przecież na samym środku, tylko z brzegu, niedaleko drogi.

– Pytałam o to. Urzędnik rozłożył ręce.

– Nienawidzę tego słowa. „Urzędnik” brzmi zimno i nieprzychylnie – wzdrygnęła się. – A może spróbowałabyś pogadać z tym człowiekiem, który chce kupić? Może zgodziłby się odsprzedać ten kawałek ziemi?

– Nie sądzę. Jeśli zdecyduje się kupić, weźmie wszystko. Na pewno wiąże z nim jakieś plany. Zresztą, jeśli nawet zgodziłby się na to, nie mam żadnych oszczędności, prócz tych groszy, które odkładam na maszynę dziewiarską. Ale one są święte i nietykalne. To na mój warsztat pracy – zastrzegłam.

– Michał pracuje w Niemczech. Jestem pewna, że coś odłożył. Siedzi tam już dziewięć miesięcy – zauważyła cierpko Greta.

– Zadzwonię do niego. Niech przyjedzie i sam to załatwi, w końcu to głównie jego dom. Odziedziczył go.

– A teraz straci. Mówiłaś już o tym Soni?

– Jeszcze nie, Sonia jest w Krakowie. Pojechała sprawdzić wyniki egzaminów na studia. Mam nadzieję, że się dostała.

– Na Akademię Sztuk Pięknych? Jednak?

– Radziłam jej filologię polską, ale ona chce iść w ślady Michała. To jej wybór, ja mogę jedynie obiecać, że nie będę zrzędzić, jeśli jej się nie uda. Najwyżej pójdzie gdzieś do pracy albo pomoże mi w mojej.

– Masz jakieś nowe umowy z butikami?

– Na razie nie. Drżę, żeby i tych nie stracić.

– Dlaczego? Przecież wywiązujesz się z nich.

– Tak, ale teraz rynek zalewa chińszczyzna i tania turecka albo indyjska tandeta.

– Butiki, z którymi współpracujesz, nie pójdą na to. To porządne sklepy.

– Mam nadzieję… – odparłam i zerknęłam na zegarek. – Greta, czas na mnie, przyszło trochę zamówień. Muszę je zrealizować, póki mam dach nad głową.

– Nie mów tak. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.

– Musi się znaleźć jakieś rozwiązanie. W środku nocy przyszło mi do głowy, że to znak od losu. Może powinnam coś w swoim życiu zmienić?

– Kto to wie? Czasem dostaje się solidnego kopniaka, żeby obrać inny kierunek – uśmiechnęła się z zadumą. – Odprowadzę cię kawałek – gwizdnęła na psy.

Tym razem miała tylko dwa młode, doga Drago i bokserkę Sue. Z ostatnim ze starej drużyny pożegnała się rok temu.

– A co u Barnaby? – zapytałam, mimo że wiedziałam, jak niechętnie o tym mówi.

– Nie wiem, nie odzywał się ostatnio – rzuciła lekkim, może nawet opryskliwym tonem.

– Nic dziwnego, traktujesz go jak piąte koło u wozu – mruknęłam.

– Anita, niech on sobie tu przyjeżdża, nie przeszkadza mi, ale wolałabym, żeby nie miał w stosunku do mnie żadnych małżeńskich zakusów – powiedziała zniecierpliwiona.

– Podobasz mu się, a on do najmłodszych nie należy. Chciałby się ustatkować.

– W porządku, może się żenić, ale nie ze mną. Ja się do tego nie nadaję. Małżeństwo, to nie dla mnie. Mówiłam mu o tym już ze sto razy.

– I co on na to?

– Nic. Jakby miał sito w mózgu, nic się tam nie zatrzymuje na dłużej.

– Na pewno nie przydałby ci się mąż? – zajrzałam jej w oczy.

– Po co? – burknęła. – Żeby mi się mieszał w moje sprawy? Czepiał się moich psów albo wtrącał do urządzania domu? Ledwo pozbierałam na nowo graty ze strychów i te wszystkie bibeloty, obrazki, dzwoneczki i figurki, które lubię. Nie chcę, żeby mi ktoś zdzierał to ze ścian i robił po swojemu. Albo muzyka. Już ja wiem, czego on słucha. Takie romantyczne kawałki to nie dla mnie. Ja wolę swoje afrykańskie bębny. Dziecko mogłabym mieć, wychowałabym na swoją modłę. Ale męża nie.

– Greta – śmiałam się – Barnaba jest bardziej demokratą, to ty jesteś anarchistką. Do ciebie chyba jedynie Kornel pasował. Był taki sam.

Greta zamilkła i odwróciła głowę. Po drodze zerwała źdźbło trawy, wsunęła je do ust i żuła w zamyśleniu. Widocznie imię Kornel było jeszcze bardziej zakazane niż Barnaba.

Trzymałam dłoń na słuchawce telefonu, serce biło mi mocniej niż dzwon na kościelnej wieży. Michał wciąż nie odbierał, a we mnie rósł niepokój, czy nie stało się coś złego. Minęła dwudziesta, nie sądziłam, by o tej porze jeszcze pracował. Tym bardziej że dzwoniłam też rano, zanim wyszedł do pracy.

Ktoś nacisnął klamkę. Zostawiłam telefon i poszłam otworzyć drzwi.

– Dobrze, że jesteś – przywitałam Sonię. – Zaczyna się ściemniać i martwiłabym się o ciebie.

– Niepotrzebnie, przecież teraz jeździ autobus do samych Kozinek, nie ma się czego bać. Pamiętasz, jak taszczyłyśmy walizy po tej polnej drodze, kiedy jeździłyśmy do Wrocławia?

– Pamiętam, pamiętam – uśmiechnęłam się, prowadząc ją do kuchni. – Jak egzaminy?

– Niestety, miałaś rację – wygięła buzię w podkówkę jak wtedy, gdy miała trzy lata i łapała mnie w chwilach lęku za nogę. – Łudziłam się, że o to nie zapytasz.

– Jak to? Przecież to najważniejsza sprawa dzisiaj – powiedziałam z przekonaniem. – Bardzo się martwisz, kochanie? – przygarnęłam ją do siebie i pocałowałam w czoło. Musiałam wspiąć się lekko na palce, Sonia była wyższa ode mnie o cały centymetr.

Dawid też był wysoki – pomyślałam, uśmiechając się do wspomnienia, jak podskakiwałam, żeby go pocałować.

– W przyszłym roku spróbuję znowu. Tylko nie mów na razie tacie, dopóki nie znajdę sobie jakiejś pracy. Po co ma się martwić? – powiedziała smętnie.

– Dobrze, nie powiem, tym bardziej że nie odbiera telefonu. Dzwoniłam kilka razy.

– Przecież tata mówił, żebyś dzwoniła tylko w nagłych wypadkach, bo to drogo kosztuje. Obiecał, że sam będzie do nas dzwonił.

– To jest nagły wypadek, Soniu – rzekłam dobitnie, z podkreśleniem słowa „jest”.

Zdobyłam się na to wyznanie, choć ledwo przeszło mi przez gardło. Jednak sprawa była zbyt poważna, by coś ukrywać. Sonia była dorosła, w marcu skończyła osiemnaście lat.

– Co się stało, mamo? – zapytała. Miała lęk w oczach, a twarz jej lekko pobladła. Zawsze bała się bardziej o nas niż o siebie.

Zanim odpowiedziałam, wyłożyłam na stół chleb, masło, ser i rzodkiewki zebrane dzisiaj z ogródka. Potem nalałam do czajnika wody i postawiłam na gazie. Sięgnęłam po dwa kubki i nasypałam herbatę do imbryczka.

– Mamo…

Zalałam herbatę, a czajnik z wrzątkiem postawiłam obok, na drewnianej deseczce. Potem usiadłam naprzeciwko swojej córki i spojrzałam w jej oczy. Były brązowe, oprawione gąszczem długich rzęs, na które opadała przydługa grzywka. Patrzyły uważnie, mądrze.

– Dzisiaj byłam w urzędzie, Soniu – powiedziałam.

Skinęła głową i przełknęła ślinę. Czekała.

Z westchnieniem podniosłam się z krzesła, sięgnęłam na półkę, gdzie odkładałam urzędową korespondencję. Wręczyłam jej zadrukowane czarnym maczkiem pismo z pieczątką i zamaszystym podpisem. Przebiegała wzrokiem zdanie po zdaniu, a ja śledziłam każdy najmniejszy ruch jej oczu i bezgłośnie poruszające się, pięknie wykrojone usta. To dziwne, że w takiej chwili, myślałam, jak śliczną i dojrzałą mam córkę. Tymczasem ona złożyła pedantycznie kartkę, położyła ją przede mną i nakryła dłonią.

– Kiedy to przyszło? – zapytała.

– Wczoraj po południu.

– I nic nie powiedziałaś.

– Nie chciałam cię denerwować, miałaś swoje sprawy na głowie. Poza tym byłam dziś w urzędzie, myślałam, że coś jeszcze da się zmienić.

– Trzeba zawiadomić tatę – powiedziała i ruszyła do telefonu.

– On nie odbiera, Soniu. Próbuję dobić się do niego od rana.

– Może ma zepsuty telefon?

– O widzisz… A ja myślałam, że może jest w szpitalu – wygięłam kąciki ust w ledwie dostrzegalnym uśmiechu. To, o czym pomyślałyśmy, odzwierciedlało nasz charakter.

– Jednak spróbuję, może będę miała więcej szczęścia – powiedziała i wybrała numer telefonu Michała.

Oderwała słuchawkę od ucha i skierowała ją do mnie. Usłyszałam przeciągły, długi sygnał.

– Nic z tego – rzekła z rezygnacją i odłożyła słuchawkę. – Co zrobimy? – patrzyła z nadzieją, że coś wymyślę. Ponieważ ja patrzyłam na nią tak samo, zapytała: – Nie da się tego jakoś wykupić?

– Greta zasugerowała to samo – zauważyłam. – Szczerze mówiąc, wątpię. Poza tym nie mamy za co.

– A dom babci? Jeśli się zgodzi, możemy go sprzedać, a babcię zabrać do nas…

– Sama nie wierzysz w to, co mówisz – popukałam się w głowę. – Po pierwsze babcia nigdy się na to nie zgodzi, a nawet jeśli jakimś cudem udałoby się ją przekonać, zaprotestuje ciocia Regina. Nie, to absolutnie nie wchodzi w grę. Poza tym, gdzie tu widzisz miejsce dla babci?

– W moim pokoju.

Przyjrzałam się jej z niedowierzaniem.

– Ty z babcią w jednym pokoju… – pokiwałam z powątpiewaniem głową.

– Ja wyjadę – odparła i spojrzała na mnie wyzywająco.

W pierwszej chwili nie zareagowałam. To, co powiedziała, dotarło do mnie po kilku sekundach.

– Co ty powiedziałaś? Dokąd zamierzasz wyjechać?

– Do pracy. Za granicę, mamo. Przecież nie będę męczyć się tutaj za parę groszy.

– Soniu, czy ty uważasz, że za mało mam zmartwień? – pokręciłam głową.

– Przecież nie przysparzam ci zmartwień. Nie dostałam się na studia, ale to każdemu może się zdarzyć. Chcę przez ten rok pracować i przyzwoicie zarabiać. A w Polsce się nie da. Tata też wyjechał – przekonywała.

– Chcesz pojechać do taty?– zapytałam z nadzieją. Tam przynajmniej miałaby jakąś opiekę.

– Nie, nie chcę jechać do Niemiec.

– A dokąd?

– Do Francji.

– Soniu, wybij to sobie z głowy. Ja się nie zgadzam. Naprawdę już dość mam kłopotów, nie chcę zamartwiać się jeszcze o ciebie. Nie. Kategorycznie się sprzeciwiam, rozumiesz? – podniosłam głos.

– Jestem pełnoletnia, mamo – wytoczyła ostateczny argument.

Spodziewałam się, że po niego sięgnie, więc ucięłam dyskusję w sposób godny mojej matki.

– Porozmawiamy o tym jutro, a teraz idź spać.

– Dobrze – odparła i czmychnęła do swojego pokoju.

Nie pamiętam, kiedy kładłam się do łóżka z tak ciężkim sercem. Traciłam dach nad głową, martwiłam się o Michała, na dodatek Sonia wymyśliła sobie wyjazd do Francji. Musiała zaplanować go wcześniej, nie wymyśliłaby tej Francji na poczekaniu. Miałam tylko nadzieję, że nie zostanie tam na stałe. Rok jakoś zleci, ale na stałe? Próbowałam zasnąć, ale wciąż plątały mi się po głowie jakieś rozwiązania, każde absurdalne i niemożliwe do realizacji.

Okna zarosły ciemnością. Moje serce strachem.

3

Układałam słowo po słowie, wyrzucałam je z siebie, patrząc zuchwale. O tak, stać mnie było na odwagę. Żadnej pokory, kajania się, błagania. Mówiłam tylko o tym, co było zgodne z moim punktem widzenia. Popierałam tysiącem argumentów. Nie prosiłam o nic. Żądałam. Przywrócenia praw do tego domu, odstąpienia kawałka ziemi, na którym stał.

Lustro przyjęło wszystko cierpliwie, na koniec zapłakało.

Prawdziwy adresat tych wynurzeń nie był mi jeszcze znany, a nieuniknione spotkanie z nim przerażało. Mimo bardzo wczesnej pory znów sięgnęłam po słuchawkę. Tym razem wstrzymałam oddech, bo ktoś odebrał telefon.

– Michał, wreszcie! – zawołałam z ulgą.

– Michała nie ma – zmroził mnie obcy głos.

– Jak to nie ma? – zdziwiłam się, tym bardziej, że dzień dopiero się budził.

– A kto mówi?

– Żona. Anita Gawęda.

– Aha… No to nie ma Michała. Chwilowo nie ma.

– Pan jest współlokatorem?

– Tak. Mieszkamy razem.

– To może wie pan, kiedy mój mąż wróci?

Wahanie.

– Nie wiem.

– Rozumiem…

Zrezygnowana, pożegnałam się i odłożyłam słuchawkę. Zakiełkowały we mnie podejrzenia. Michał mnie zdradza. Nocuje u jakiejś kobiety albo w ogóle z nią zamieszkał, a kolega go kryje. Albo Michał zachorował i leży gdzieś w niemieckim szpitalu. Nie pozwolił koledze o tym mówić, żeby mnie nie martwić. Tak czy inaczej, dzieje się tam coś bardzo złego. A tak nie chciałam, żeby Michał wyjeżdżał…

Nosiłam ten dzień w pamięci, jakby wszystko wydarzyło się wczoraj.

Siedziałam wtedy przy stole w salonie. Pokój wyjątkowo nie był mroczny, Michał pozapalał wszystkie lampy, żeby niczego nie przeoczyć, nie zapomnieć. A ja czytałam mu głośno ulubiony tomik Herberta, Przesłanie Pana Cogito.

– (…) kochaj źródło zaranne

ptaka o nieznanym imieniu dąb zimowy

światło na murze splendor nieba

one nie potrzebują twego ciepłego oddechu

są po to aby mówić: nikt cię nie pocieszy…

Założyłam oderwanym kawałkiem gazety czytaną stronę i w milczeniu obserwowałam pedantycznie poskładane części garderoby znikające w czeluści walizki.

– Michał, nie musisz tam jechać – powtórzyłam po raz setny w ciągu ostatniego tygodnia. – Wolę mieć ciebie niż pieniądze.

– Kochanie, nie będziemy już o tym rozmawiać. Nie mam zresztą czasu. Za chwilę będzie tu Marek. No czytaj, czytaj. Uwielbiam Herberta w twoim wykonaniu – rzucił z rozdrażnieniem i wrócił do pakowania.

Z westchnieniem otworzyłam podniszczony od częstego czytania tomik.

– Czuwaj – kiedy światło na górach daje znak – wstań i idź

dopóki krew obraca w piersi twoją ciemną gwiazdę.

Michał…

– Wrzucił do walizki pasek od spodni i przewrócił oczami niczym Sonia, gdy traciła cierpliwość do mojego zrzędzenia.

– To szybko zleci, zobaczysz. Wszyscy teraz wyjeżdżają. Wiem, że będzie ci przez jakiś czas ciężko, ale spójrz na to z innej strony: Sonia pójdzie na studia, zamieszka w akademiku, przydadzą się jej pieniądze. Ja z kolei chciałbym wreszcie kupić samochód. Nie po to robiłem prawo jazdy, żeby leżało w szufladzie. No, powiedz sama, czy nie przyda nam się jakieś auto? Sama twierdziłaś, że brak nam kontaktu ze światem. Poza tym głupio mi wciąż prosić Marka o przysługę. Sonia nie protestuje, prawda, Soniu? – zwrócił się do niej, gdy stanęła w drzwiach.

Podeszłam do niej, przygarnęłam pieszczotliwie i pocałowałam w policzek. Zostaniemy tu we dwie i będziemy miały tylko siebie, cokolwiek się wydarzy – pomyślałam. Odsunęła się i wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– A wiesz, tato, że naprzeciwko domu Jadwiśki otworzą drugi sklep spożywczy? – poinformowała Michała z przejęciem, jednocześnie ścierając wierzchem dłoni mój pocałunek. Zawsze to robiła.

– Naprawdę? – zdziwił się. – To konkurencja dla „Elżbietki”.

– I to duża, bo to będzie prywatny sklep – rzuciła z dumą, jakby co najmniej sama była jego właścicielką.

– A teraz już tak będzie – wtrąciłam. – Wszystko przejdzie w prywatne ręce. Sama nie wiem czy to gorzej, czy lepiej. Nie będzie już urzędowych cen…

– Ceny już są uwolnione – wtrącił Michał.

– No właśnie. I wciąż rosną.

– A ludzie i tak wykupują cały towar – roześmiała się Sonia.

– No tak, bo pod koniec miesiąca już wszystko jest dużo droższe – skwitowałam.

– No i co z tego? Bank i tak drukuje nowe pieniądze.

– Pieniądze bez pokrycia, moja droga – zaznaczyłam.

– E, tam, mamo. Ty się wszystkiego boisz. A ja twierdzę, że będzie lepiej. Jak na Zachodzie!

– Soniu, na żadnym zachodzie tak nie jest – sprostowałam. – Bochenek chleba podrożał z czterdziestu sześciu złotych do dwóch tysięcy. A para rajstop kosztowała jeszcze niedawno niecałe sześćset trzydzieści złotych, a dzisiaj? Prawie pięć tysięcy! Bank drukuje coraz wyższe nominały, a widział ktoś, żeby zarabiać miliony, za które niewiele można kupić? Taka teraz inflacja – denerwowałam się.

– No i właśnie dlatego mój wyjazd ma sens, prawda, Soniu? – Michał mrugnął do niej okiem i podniósł walizkę. – Gadajcie tu sobie, moje panie, a na mnie już czas. Marek z pewnością się niecierpliwi.

– Tato, pojadę z wami, a potem wrócę z panem Markiem, dobrze? Zgodzisz się? – przymilała się. – Będziemy dłużej razem.

– Dobrze, dobrze – zgodził się łaskawie. – Tylko żadnego mizdrzenia przed lustrem wychodzimy natychmiast!

– No co ty, tato – obruszyła się i pobiegła do sieni wkładać buty.

Michał tymczasem przytulił mnie do siebie.

– Tylko żadnych Wilków tutaj albo innych facetów – zażartował.

– Będzie ich całe stado, zobaczysz – mruknęłam i ucałowałam go mocno. – Uważaj na siebie – dodałam, odwracając oczy, żeby nie dostrzegł napływających łez.

– Szybko zleci, kochanie – powtórzył i tyle go widziałam.

A teraz zastanawiałam się, co mogło się stać. Ta myśl nie opuszczała mnie przez cały dzień.

Z zadumy wyrwało mnie trzaśnięcie drzwiami. Domyśliłam się, że to Sonia wróciła od koleżanki. Czekałam na nią z obiadem, ale nie raczyła pojawić się wcześniej. Pocałowawszy mnie w policzek, rzuciła okiem na garnki stojące na kuchence.

– Co na obiad? – zapytała i schyliła się po rudego kota, żeby go trochę potarmosić. Miauknął w słabym proteście. Miał już swoje lata i nie lubił takich gwałtownych pieszczot.

– Gulasz z kaszą gryczaną. I buraczki.

Skrzywiła się.

– Przecież lubisz buraczki.

– Buraczki tak, ale z czego ten gulasz?

– Z mięsa, z czego ma być gulasz? – powiedziałam poirytowana, bo widziałam, że Sonia wietrzy podstęp.

– Ale z jakiego mięsa? – dopytywała, podnosząc pokrywkę.

– Z normalnego. Nie wydziwiaj.

– O nie, mamo! To są kurze żołądki, nie będę tego jadła.

– Nie grzesz, inni i tego nie mają – obruszyłam się zupełnie jak moja matka.

– To możesz tym innym oddać moją porcję – nachmurzyła się.

– A nie jedz, jeśli nie chcesz – machnęłam ręką zniecierpliwiona.

W Soni wciąż jeszcze dorosłość walczyła z nastoletnim buntem.

– Dodzwoniłaś się do taty? – zapytała, sięgając po listek sałaty.

– I tak, i nie. Odebrał jego współlokator. Twierdził, że Michała nie ma. Nie wiedział, kiedy wróci.

Nie zdziwiła się, tylko zapytała:

– O której dzwoniłaś?

– O siódmej. Godzinę przed jego wyjściem do pracy.

– Pewnie znalazł jakąś fuchę – podsumowała.

Przyznanie jej racji uspokoiło mnie w znacznym stopniu. Do czasu aż pojawiła się Jadwiśka. Zapadał zmierzch, ale siedziałam jeszcze na ławce z robótką w ręku, gdy wynurzyła się zza świerków. Dostrzegłszy mnie, postawiła na ziemi wypełniony czymś koszyk, i zawołała:

– No, chodź tu! Boga w sercu nie masz, żebym ja, stara, dźwigała. Agrestu ci narwałam!

Rzuciłam robótkę na ławkę i podbiegłam jak rącza łania. Z Jadwiśką nie było żartów.

– Daj no odpocząć – sapała, kierując się do ławki. – Wysyp sobie do miski agrest, a koszyk oddaj – zażądała, gdy już usiadła.

Przesypałam owoce do miski stojącej pod ławką i podałam jej koszyk.

– Dziękuję – powiedziałam głośno. – Sonia się ucieszy, lubi agrest.

– To i dobrze, że lubi. Witaminy trzeba jeść – skwitowała. – Ja też kiedyś lubiłam, a teraz już nie. Wiśnie wolę, ale w tym roku szpaki objadły. Jak Michaś wróci, niech wiśni jesienią zasadzi, nauczę cię robić nalewkę. Na całą zimę będziesz miała. I konfitury z wiśni dobre. Do ciasta potem jak znalazł. Dam wam sadzonki, bo u mnie same się wysiały, a po co mi tyle wiśni?

Patrzyłam na nią, zastanawiając się, czy jej powiedzieć. Nie będzie tego domu, ogrodu ani żadnych wiśni. Nas też tu nie będzie, więc po co to wszystko.

– Dobrze, przekażę mu – bąknęłam.

– Jak ze mną gadasz, to nie burcz pod nosem – zbeształa mnie.

– Przekażę mu! – ryknęłam jej wprost do ucha.

– No i dobrze. Ogród duży, pod płotem może zasadzić. A kiedy on przyjedzie?

– Nie wiem. Nie dzwonił ostatnio.

– Nie boi się, że sobie nowego chłopa naraisz?

Zanim zdążyłam się oburzyć, roześmiała się, ale natychmiast spoważniała.

– Jak mąż za robotą pojechał, to ty, żona, cnoty musisz pilnować – pouczyła mnie.

Przełknęłam uwagę, bo wdawanie się w dyskusję z Jadwiśką na temat wszelkich męsko-damskich układów mijało się z celem. Ale ona nie zamierzała na tym skończyć.

– Ja wiem, co mówię – ciągnęła. – Teraz młodzi nie patrzą na siebie tylko za pieniędzmi się rozglądają. A krew nie woda – podniosła do góry palec i pogroziła nim. – Na początku płaczą za sobą, a potem każde sobie rzepkę skrobie. Nie wiadomo, kiedy ktoś drugi się przyplącze. Mało to małżeństw się rozleciało? Ja stara jestem, niejedno widziałam. Każ Michasiowi do domu wracać, niech on tu pilnuje, co jego.

Po tej tyradzie podniosła się ciężko z ławki i mrucząc jeszcze coś pod nosem, poszła sobie.

4

Dźwięk, który mnie obudził, nie pasował do żadnych tutejszych odgłosów. Nie był wiatrem hulającym w gałęziach drzew, deszczem tłukącym o gontowy dach, ani nawet kłótnią srok na drodze. Przez chwilę leżałam z otwartymi oczami i wsłuchana w ciszę czekałam, aż się powtórzy. Nie trwało to długo. Ktoś zabębnił palcami w okno. Chyba kuchenne, bo dźwięk dobiegał od drugiej strony domu. Zanim wygrzebałam się z pościeli, usłyszałam drobne stąpanie bosych stóp, a potem pisk radości Soni. Domyśliłam się, że chodzi o Michała, chociaż trudno mi było w to szczęście uwierzyć. Tak jak stałam, w nocnej koszuli, wybiegłam do sieni. Sonia wisiała na szyi Michała i nie zamierzała go puścić. Musiałam się dopominać, i to kilka razy, zanim się od niego oderwała.

– Już cię puszczam do taty, mamo – roześmiała się, widząc moją zniecierpliwioną twarz.

– Anita, kochanie – Michał wyciągnął do mnie ręce, w które wpadłam, niczym zwierzę w sidła. Tulił mnie, kołysząc w ramionach, wsparłszy brodę na czubku mojej głowy. – Tak tęskniłem, skarbie, tak bardzo tęskniłem – powtarzał.

– Dlaczego nie uprzedziłeś? – wydusiłam w kołnierzyk jego koszuli. – Dzwoniłam, ale twój kolega powiedział, że nie wie, gdzie jesteś.

– Tak? Dzwoniłaś? No proszę… A ja byłem chwilowo w Berlinie. Załatwiałem sprawy związane z samochodem. Chciałem wam zrobić niespodziankę. I chyba zrobiłem, prawda? – nachylił się i zajrzał mi w oczy.

Pokiwałam tylko głową i znów wtopiłam się w niego z ulgą, że jest tu wreszcie, że nie zostanę sama ze wszystkimi kłopotami świata. Michał przecież coś wymyśli, coś zrobi, żebyśmy nie zostali bez dachu nad głową.

– Pokażę wam coś – powiedział i otworzył na oścież drzwi.

Na podwórku stał samochód. Żółty jak słońce, które podświetlało go od wschodniej strony.

– Passat, dziesięcioletni, ale dobrze się trzyma – chwalił.

Sonia boso wybiegła przed dom i z namaszczeniem położyła dłoń na klamce.

– Przyjechałeś nim, tato? – zapytała z podziwem.

– Przyjechałem – zaśmiał się uszczęśliwiony. – Kupiłem go od starszego małżeństwa. Prawie nim nie jeździli. Ma tyle przebiegu, co nic. Stał w garażu niemal nieużywany. Podoba się? Co? – zapytał z dumą.

– Jasne, tato. Jest piękny! – zawołała Sonia i natychmiast usiadła za kierownicą. – Muszę też zrobić prawko – zapaliła się.

– A tobie się podoba? – zapytał, całując mnie w czubek nosa. – Czemu nic nie mówisz?

– Śliczny – pochwaliłam. – Jestem z ciebie bardzo dumna – dodałam, zastanawiając się, kiedy będzie odpowiedni moment na przekazanie mu tej okropnej wiadomości.

– Dumna to ty będziesz za chwilę, kiedy otworzę bagażnik – rzekł chełpliwie.

Walizkę rzucił niedbale w sieni, ale torby, jedna przy drugiej, ustawiał z pietyzmem w kuchni. W oczach mieniło się od kolorowych zachodnich reklamówek, które u nas można było kupić za kilka złotych u handlarek na bazarze. Stałam oparta o stół, obserwując piętrzące się pod ścianą prezenty.

– Nie zajrzysz? – zapytał niecierpliwie, gdy patrzyłam na nie z pewnym onieśmieleniem.

Sonia nie miała tych oporów. Zachłannie rozpakowywała plastikowe torby, wydając raz po raz okrzyki zachwytu.

Czego tam nie było! Wielkie paczki kawy, kolorowe czekoladki w kształcie serduszek i miśków, szczelnie zamknięte w folii suche kiełbasy, egzotyczne owoce, które po raz pierwszy widziałam na oczy.

– Mamo, spójrz tylko! – zawołała, wyjmując wielkie plastikowe butle z płynem do płukania bielizny. – Niemki tylko tego używają. Powąchaj, jak pachnie.

Powąchałam. Przy okazji dowiedziałyśmy się od Michała, czego Niemcy używają do prania i sprzątania, jakimi samochodami jeżdżą i jaki jest system szkolny niemieckich dzieci. Mógłby tak opowiadać godzinami, ale wysłałam go do łóżka, żeby odespał całonocną podróż.

Była szósta rano. Uznałam więc, że pora jest zbyt wczesna na wstawanie i przytuliłam się do boku Michała.

– Jesteś, kochanie – szepnął, a jego oczy pociemniały z podniecenia.

– Jestem – zdążyłam odpowiedzieć, zanim niecierpliwymi dłońmi rozsupłał kokardkę mojej nocnej koszuli.

Sonia siedziała w kuchni i czerwonym lakierem malowała paznokcie. Stojąc w progu, oparta o futrynę obserwowałam tę czynność. Zastanawiałam się, jaką będzie kiedyś kobietą, jaką żoną, matką. Za oknem wiatr wieszał na gałęziach świerków słoneczne refleksy, rozgrzewał sierpniowy dzień, a we mnie stygły powoli uniesienia sprzed chwili, gdy w ramionach Michała odnalazłam dawną rozkosz, zapamiętaną z pierwszych wspólnych nocy.

– Co tam, mamo? – Sonia uniosła głowę i uśmiechnęła się ciepło. – Wyspałaś się? Już dziesiąta, wiesz?

Bezwiednie zerknęłam na wiszący zegar, który szybko, krok po kroku odmierzał umykające sekundy. Przemijały chwile, takie jak ta, gdy wszystko, co złe, mogłam zamknąć w milczeniu, a słowa ubrać w resztki beztroski i niefrasobliwości, które na krótko podarował mi Michał.

– Tak, wyspałam się. Wybierasz się gdzieś?

– Dlaczego pytasz?

– Malujesz paznokcie.

– Wieczorem wpadnę do Kaśki. Będzie tam parę osób.

– I ktoś ważny dla ciebie?

– Nie, no co ty, mamo… – zaśmiała się, chyba trochę nieszczerze. – Nie ma nikogo ważnego.

Nagle spoważniała i spojrzała mi w oczy.

– Powiedziałaś już tacie?

– O sprawie z domem?

– Tak. Powiedziałaś?

– Jeszcze nie.

Żadna z nas nie zauważyła, że za moimi plecami stał już Michał.

– O jakiej sprawie z domem? – zapytał i objął mnie ramieniem.

Miał znakomity humor. Zamilkłyśmy jak na komendę i wymieniłyśmy się spojrzeniami.

– Jeśli chodzi o dom, przygotujcie się na wielki bałagan. Zaplanowałem remont. Zrobimy piękną łazienkę, a jeśli zdążę, w drugiej kolejności przerobię szopę na warsztat. Co wy na to?

– Obawiam się, tato, że niepotrzebnie – rzekła nieśmiało Sonia.

Michał obrzucił nas pytającym wzrokiem. Ponieważ jego wzrok ostatecznie spoczął na mnie, wyjaśniłam:

– Michał, to przykra sprawa, ale muszę ci o tym powiedzieć – wyznałam, po czym podeszłam do półki, na której leżało znienawidzone pismo i podałam mu je.

Czytał uważnie, przebiegając wzrokiem zdanie po zdaniu, a jego twarz nabierała barw dojrzałego pomidora.

– Psiakrew! – syknął przez zęby i rzucił pismo na stół – Niech to szlag jasny trafi!

Potem, przeszukawszy szuflady, złapał jakieś dokumenty, włożył buty i wybiegł z domu, trzaskając drzwiami. Usłyszałyśmy jeszcze odgłos uruchamianego silnika i po chwili Michała już nie było. Sonia zabrała lakier i bąknąwszy „przepraszam”, umknęła do swojego pokoju.

Przysiadłam na brzeżku krzesła i uczyłam się sztuki cierpliwego wyczekiwania na powrót Michała, jakichś słów, które dodadzą mi otuchy. Sonia siedziała w swoim pokoju cicho jak mysz. Nie potrafiła, a może nie chciała dzielić ze mną lęku i bezradności. Nie znosiła okazywania słabości. Rudy kot wszedł z podniesionym jak maszt ogonem, miauknął cichutko i wskoczył mi na kolana. Automatycznie przeciągnęłam dłonią po jego grzbiecie. Wygiął się pod tym dotykiem, potem zwinął się w kłębek i głośno mrucząc, zmrużył oczy.

Po upływie godziny, może dwóch, usłyszałam silnik samochodu. Obserwowałam przez okno, jak Michał wysiada z auta, zatrzaskuje drzwi, zmierza w kierunku domu. Sonia wynurzyła się ze swojego pokoju, weszła do kuchni i usiadła na drugim krześle.

– Byłem w urzędzie – oznajmił od progu. Zanim wyjawił więcej szczegółów, nalał wody do czajnika i ustawił go na kuchence. – Ktoś chce herbaty?

– Ja poproszę – odezwała się Sonia, unosząc dwa palce w górę jak w szkole.

– A ty, kochanie? – zwrócił się do mnie. Bez słowa podsunęłam mu pusty kubek. – No więc byłem w tym cholernym urzędzie. Dowiedziałem się, że według prawa w takim przypadku należy się odszkodowanie za dom i wszystkie zabudowania na dzierżawionym dotąd gruncie.

Nabrałam powietrza w płuca, ale Michał pokręcił głową, dając mi do zrozumienia, żebym nie przerywała.

– Odszkodowanie – ciągnął – należy się pod warunkiem, że było pozwolenie na budowę.

– Było? – zapytałyśmy jednocześnie, wstrzymując oddech.

– Było – przyznał. – Na szczęście. Ale to i tak nie uratowałoby naszej sytuacji.

– Dlaczego? – zdziwiła się Sonia. – Weźmiemy odszkodowanie i kupimy coś nowego.

Michał zaśmiał się nieprzyjemnie.

– A dlatego, moja panno, że to jest nic niewarte. Tę starą chatę i rozpadającą się szopę wycenią na marne grosze. Nic za to nie kupimy, nie ma co się oszukiwać.

– To zróbmy remont, zanim zburzą. Wartość się podniesie – zawołała z entuzjazmem.

– Nie mogę zrobić remontu. Nie mam na to pieniędzy – oświadczył i rozłożył ręce.

– Ale jak to? – Sonia nie posiadała się ze zdumienia. – Mówiłeś przecież…

– Mówiłem, bo miałem. Teraz już, można powiedzieć, nie mam – stwierdził i zalał herbatę wrzątkiem. – Proszę, herbata – podsunął nam kubki, po czym sam usiadł przy stole.

Patrzyłyśmy na niego, niczego nie rozumiejąc.

– Michał… Zgubiłeś te pieniądze? – wyjąkałam ochrypłym z przejęcia głosem.

– Nie – mruknął. – Pieniądze pójdą, ale niestety, na coś innego.

Michał przechylił się przez stół i wyrecytował:

– Mogą ponownie oddać nieruchomość w użytkowanie wieczyste, lecz wymagana jest cała procedura i nowy wpis do księgi wieczystej. No i trzeba zapłacić ileś tam procent wartości gruntu – dodał. – Problem polega na tym, że urzędnik ten grunt przypisał już przyszłemu właścicielowi. Musiałem mu, wiesz… – potarł kciuk o palec wskazujący, jakby szeleścił banknotami. – On teraz będzie przeciągać sprawę tak długo, aż ja pozałatwiam wszystkie sprawy notarialne.

Otworzyłam usta, ale nie zdążyłam nic powiedzieć.

– Anita, niech cię ręka boska broni, byś komuś o tym mówiła.

– Dałeś mu łapówkę? – zapytałam z przerażeniem.

– A co miałem zrobić? – zdziwił się. – Jakby sprzedali grunt, zanim zdążyłbym wszystko załatwić, stracilibyśmy dach nad głową. Teraz jest wszystko w porządku. Urzędnik będzie zwodził petenta do czasu, aż załatwię sprawy. Tamten facet kupi resztę gruntu, ale nasz zostawi w spokoju.

– Boże, Michał… – szepnęłam ni to z ulgą, ni z lękiem. – A co będzie, jak się wyda, że dałeś łapówkę?

– Jeśli będziesz trzymała język za zębami, to nic się nie wyda. W moim i tego urzędnika interesie jest milczenie. A więc zapomnijmy o tym najlepiej i nie wracajmy do tych spraw nawet w myślach. Najważniejsze, że załatwię wszystko jak trzeba i nie stracimy domu.

Podszedł do szafki i wyjął z niej butelkę wódki.

– Wiem, że nie pijesz, ale chlapnij sobie dzisiaj kieliszeczek, dobrze ci zrobi – dodał z szelmowskim uśmiechem.

Chlapnęłam na pusty żołądek, bo z tego wszystkiego żadne z nas nie jadło jeszcze śniadania.

– Po załatwieniu tych wszystkich spraw wrócę do Niemiec. Miałem przedtem zrobić remont, a teraz nie mam za co. Chcę poza tym zarobić na wykupienie w przyszłości naszego kawałka ziemi.

Po drugim kieliszku wódki było mi wszystko jedno, więc pokiwałam tylko głową.

5

Ta sałata jeszcze się do czegoś nadaje? – krzywiła się Sonia, oglądając lekko pożółkłe liście. – Przerośnięta jakaś…

– Nie jedz jej, na pewno już gorzka. Skąd ty wygrzebałaś jeszcze sałatę? Jest początek września – pokręciłam głową, nie odrywając oczu od bloku rysunkowego, na którym próbowałam stworzyć nowy wzór swetra.

– Rosła pod krzakiem porzeczki. Nie było jej wcale widać, dlatego się uchowała.

– Z pewnością sama się wysiała – zauważyłam. – W każdym razie nie jedz jej.

– Już kolejny raz nie pozwalasz mi jeść sałaty – roześmiała się i wyrzuciła liście do kosza na śmieci.

– Ja ci zabraniam sałaty? – zdumiałam się.

– Nie pamiętasz już, jak zadzwoniła ciocia Florka? Nie pamiętasz tej rozmowy o sałacie?

– Boże, dziewczyno, kiedy to było? Oczywiście, że pamiętam… – wspomnienia wróciły, aż uśmiechnęłam się do tego obrazka.

Pełen szmerów i drżenia był ten kwietniowy poranek. Bose stopy dotykały ciepłej ziemi parującej poranną wilgocią, a włosy wilgotniały od unoszącej się, prześwietlonej słońcem mgły. Zbierałam w ogrodzie pierwsze nowalijki, gdy z uchylonego okna dobiegł mnie dźwięk telefonu. Dzwonił jak najęty, jednak Sonia, która szykowała się właśnie do szkoły, nie raczyła podejść, by go odebrać. Kiedy trzy dni wcześniej zainstalowano aparat, krążyła wokół niego jak sęp nad padliną. Sprowadziła nawet koleżanki, by pochwalić się nowym nabytkiem. Teraz widocznie nie robił już na niej takiego wrażenia. A może po prostu bardzo się spieszyła? Z westchnieniem odstawiłam koszyczek z sałatą, otrzepałam ręce z ziemi i poszłam do domu. Telefon wciąż natarczywie dzwonił. Podejrzewałam że musiało stać się coś naprawdę ważnego, być może Michał miał dla mnie jakieś wiadomości z pleneru, na który właśnie wyjechał. Dlatego zdziwiłam się, gdy usłyszałam przejęty głos Florki.

– Anka! Walery zadzwonił do mnie z Szwecji! Zadzwonił w środku nocy, dlatego nie informowałam cię od razu.

Doprawdy, rozbawiła mnie. Oczywiście rozumiałam jej podniecenie. Walery był w końcu ojcem jej córeczki, uważała, że ten fakt jest równie ważny dla mnie?

– Nareszcie się odezwał – zauważyłam cierpko, spoglądając na zegarek. Sonia powinna zajadać już śniadanie, a ono nie było jeszcze gotowe. – Soniu! – zawołałam w głąb mieszkania – przynieś sałatę z ogródka i wypłucz ją! Przepraszam – wróciłam do rozmowy z Florką – spieszymy się do szkoły, może porozmawiamy, kiedy wrócę…

– Nie! – sprzeciwiła się kategorycznie. – To jest bardzo ważne, słuchaj: u Ruskich coś wybuchło, jakieś gówno…

Pomyślałam, że Florka znów zaczęła pić, skoro alarmuje wczesnym rankiem o jakimś wybuchu w Związku Radzieckim. Co mnie to właściwie obchodzi? Nie byłam emocjonalnie związana z tym narodem.

– Tak? – zapytałam lakonicznie. – Są ofiary?

– Głupia jesteś – warknęła. – Nie wyłaź z domu i nie żryj tej sałaty, bo za chwilę sama będziesz ofiarą.

– Florka, idź się wyśpij – zdenerwowałam się. – Naprawdę nie mam teraz czasu.

– Anka, zamknij się i nie przerywaj. Mówię zupełnie serio. Ruscy milczą, ale Walery powiedział, że w elektrowni atomowej w Forsmark wczoraj rano włączył się alarm. Tamtejsza załoga zwąchała radioaktywny wyciek, ewakuowano ludzi, ale okazało się, że to nie u nich. Wybadali, że dwa dni wcześniej była katastrofa w jakimś Czarnobylu. Ruskie władze siedzą cicho, ale w Szwecji wszystkie gazety o tym piszą. W radiu też są komunikaty, że radioaktywna chmura płynie od Ruskich.

– Do Szwecji płynie?

– Gdyby tylko do Szwecji, nie zawracałabym ci głowy – zauważyła trzeźwo. – Ona płynie na całą Europę, do Polski też, więc nie żryj tej sałaty, bo na pewno już skażona. Nie wiem wszystkiego, coś przerwało rozmowę, a Walery nie odezwał się więcej. Teraz leć do tej szkoły, jeśli musisz, ale nie oddychaj po drodze – zakończyła Florka i bezceremonialnie się wyłączyła.

Pognałam do kuchni. Sonia pakowała sobie właśnie do ust ociekający wodą listek sałaty.

– Wyrzuć to, na miłość boską! – zawołałam histerycznie.

Sonia wypluła sałatę na dłoń i przyglądała się jej z zastanowieniem. Następnie tym samym spojrzeniem obdarzyła mnie.

– No, co ty, mamusiu… – bąknęła.

– Nie jedz tego, to jest skażone – wyjaśniłam, nie wdając się w szczegóły.

– Czym zakażone? – zdziwiło się, niczego nie rozumiejąc, moje dziecko. – To co mam jeść?

– Zjedz jajko, a ja zrobię ci kanapkę do szkoły.

– A jajko nie jest zakażone? – upewniała się, oglądając je z uwagą.

– Skażone, nie zakażone – sprostowałam. – Nie mam pojęcia. Pospiesz się.

W szkole poinformowałam o wszystkim Krystynę, dyrektorkę, ale ona zignorowała wiadomość.

– Nie sądzę, by było to dla nas jakieś zagrożenie – rzekła sceptycznie. – Powiedzieliby o tym – skwitowała.

I powiedzieli. Następnego dnia w całej Polsce było wielkie poruszenie. Zawrzało też w Kozinkach. Mówiono o radioaktywnym wycieku, skażonej ziemi i powietrzu, raku i śmierci. Dzieci i młodzież napojono płynem Lugola, żeby tarczyca nie przyjmowała skażonego jodu, a dorosłych pozostawiono na pastwę bez wątpienia czyhających, jak szeptano, nowotworów. Po raz pierwszy chyba nasze władze wbrew bagatelizowaniu sprawy przez Związek Radziecki podjęły działania w interesie własnych obywateli.

Ludzie załamywali ręce albo przeklinali wszelkie elektrownie atomowe z czarnobylską na czele. Tylko rzeka wciąż szumiała tak samo, tylko ptaki świergotały radośnie, budując nowe gniazda. To prawda, że byłam przerażona nie mniej od innych. Straciłam serce do uprawiania ogródka, z którego bałam się zrywać nowalijki. Podobnie jak inni nic przecież nie wiedziałam o skutkach promieniowania i na ile groźne było ono u nas. Pomyślałam jednak o ludziach stamtąd. O domach, gdzie na zawsze zgasną światła, gdy ich mieszkańcy będą zmuszeni w pośpiechu uciekać do bezpiecznych miejsc. I o tym, że przed ucieczką nikt nie posprząta swojego domu, nie wysuszy bielizny na słońcu, nie zamknie drzwi na klucz, bo odtąd już tylko mgła i wiatr będą dobijać się do pustych okien. Miasto wydało ostatnie tchnienie i nic już nie narodzi się z tego milczenia. Wszędobylska cisza stanie się żałobną pieśnią, jedynym głosem, w którą wsłuchają się zwierzęta coraz śmielej podchodzące do sadów odważnie rodzących owoce dorodne jak nigdy dotąd.

Był rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty.

– To było pięć lat temu – zauważyłam.

– Zatęskniłam za ciocią Florką. Może przed moim wyjazdem udałoby się nam ją odwiedzić? – Sonia spojrzała na mnie pytająco.

– Nie lubię, kiedy mówisz o swoim wyjeździe. Wcale mnie to nie cieszy – odparłam.

– Wiem, mamo, wiem – przytuliła się i ucałowała mój policzek. – Ale trzeba odciąć pępowinę.

– Nie o pępowinę tu chodzi – zmieszałam się, ponieważ zdawałam sobie sprawę z chęci trzymania jej w złotej klatce. – Mogłabyś jednak przeczekać ten rok, a w przyszłym znowu spróbować szczęścia na studiach.

– Przeczekać? Czyli podjąć jakąś pracę. Właśnie zamierzam to zrobić, ale nie tutaj – oświadczyła stanowczo i podkręciła głośniej radio, bo nadawali właśnie prognozę pogody: Tydzień zakończy się pochmurno. W większości kraju popada deszcz, a na południu spodziewane są ulewy. Powieje silny, a miejscami bardzo silny wiatr. Termometry pokażą maksymalnie piętnaście stopni Celsjusza – podało radio.

– No i dobrze – skwitowałam i odwróciłam się do Soni, która zabrała się za gotowanie budyniu i pomstowała teraz nad rondlem. – Niech sobie leje. Nie musimy nigdzie wychodzić z domu. Jeszcze wczoraj planowałam wprawdzie pracę w ogrodzie, ale tutaj też mam co robić.

– A ja umówiłam się z Kaśką – zmartwiła się i dodała, krzywiąc się niemiłosiernie: – Będziesz jadła ten budyń? Same kluchy…

– Pewnie, że będę. Dawaj – zatarłam ręce jak niegdyś mój ojciec. Potem przekreśliłam cały rysunek i westchnęłam zrezygnowana.

– Co ty właściwie robisz, mamo? – Sonia zajrzała mi przez ramię. – Co to jest?

– Rysuję nowe wzory swetrów – odparłam zniechęcona i przyjrzałam się swojej pracy krytycznie. Wciąż nie mogłam narysować tego, o co mi naprawdę chodziło.

Sonia wyjęła z mojej ręki ołówek.

– Można? – zapytała.

– Jasne – westchnęłam. Chyba nie miałam talentu.

– Tutaj zrobiłabym asymetryczny dekolt, a na ramieniu wielki guzik, widzisz? Moim zdaniem wygląda lepiej, co ty na to? – kilkoma ruchami ołówka poprawiła mój szkic.

– Dekolt wygląda dobrze, ale ten guzik pasuje jak pięść do nosa – skrytykowałam. – Lepiej umieścić tu szereg małych guziczków, schodzących aż na rękaw.

– Jeśli na rękaw, to go skróć. Zrób rękawy trzy czwarte – poprawiła. – Spójrz. Lepiej?

– Dużo lepiej – ucieszyłam się.

– Ale też wydłużyłabym sweter. Zrobiłabym taki do połowy ud.

– Za długi. Raczej tylko za pośladki. I duży ściągacz.

– Po co ściągacz? Zrób bez ściągacza, niech się zawija w taką rurkę. Zakończenie rękawów i dekoltu takie samo. O, widzisz?

– Bez ściągacza? Wszystkie swetry mają ściągacze…

– Właśnie dlatego ten będzie inny. Z takiej śliskiej, ciężkiej włóczki. Masz taką, widziałam w twoim koszu. Grafitowa.

– No mam.

– Zrób z tej grafitowej, będzie świetny. Sama chciałabym taki mieć.

– A z tej zielonej, cieniutkiej włóczki co byś zrobiła? – zapytałam, wykorzystując jej zainteresowanie.

Okazało się, że Sonia miała dobre pomysły i niczym nieograniczoną fantazję. Przy jej pomocy udało nam się zaprojektować jeszcze kilkanaście wzorów bluzek i swetrów. Była odważna w dodawaniu kokardek, naszywek i guzików, najlepiej drewnianych i o różnych kształtach. Zaprojektowałyśmy też ciekawe poncza i szale z długimi frędzlami, na których Sonia umieściła wielkie kieszenie.

– Szal z kieszeniami? – zdziwiłam się.

– Właśnie o to chodzi, żeby było inaczej – powiedziała podekscytowana i ucałowała mnie ze śmiechem. – Za te projekty należy mi się zapłata – dodała. – Zrób mi takie coś.

Kilkoma ruchami ręki naszkicowała sweter z wielkim dekoltem na plecach, przeplecionym paseczkami. Sweter był długi, a na bokach miał spore rozcięcia.

– Taki – podsumowała i odłożyła ołówek. – A teraz zjedzmy wreszcie ten budyń.

Sonia zaczęła palić kadzidła w swoim pokoju. Ich zapach roznosił się po całym domu, drażnił nozdrza. Nie twierdzę, że był nieprzyjemny, ale zastanawiałam się, skąd ten nowy zwyczaj. Nie jedyny zresztą. Jednocześnie z kadzidłami pojawiły się świeczki, które z upodobaniem rozstawiała w małych, szklanych słoiczkach pod ścianami na podłodze. Płonęły każdego wieczoru, a ja, chcąc nie chcąc, kojarzyłam je z cmentarnymi zniczami. Zza zamkniętych drzwi docierały do mnie słowa piosenek, których w tym czasie słuchała:

Odważny i ten, co się boi

Wszyscy równi wobec czasu i płomienia

Na moim podwórku blues

Na zegarze wieczór

I nie, nie czekaj tylko żyj, bo

to tylko chwila, może dwie…

– śpiewał Stanisław Soyka, a ja interpretowałam to po swojemu, sądząc, że nie jest jej teraz łatwo, gdy podjęła już decyzję o opuszczeniu kraju, mnie, przyjaciół.

Jeszcze będzie przepięknie

Jeszcze będzie normalnie

– obiecywał piosenkarz, a mnie kroiło się serce, gdy myślałam o jej lęku ukrytym głęboko w sercu. Lęku, do którego nie przyznałaby się za nic w świecie. Na parapecie okiennym poniewierały się świstki z fragmentami tekstów piosenek jej ukochanego zespołu Scorpions, które za pomocą słownika tłumaczyła z języka angielskiego:

Znajdź drzwi do ziemi obiecanej

Tylko uwierz w siebie

Posłuchaj głosu, który dochodzi głęboko z wnętrza

To zew twego serca

Zamknij oczy, a odnajdziesz

Wyjście z ciemności…

Wyczuwając jej obawy i niepewność, chętnie odwiodłabym ją od pomysłu opuszczenia domu. Wiedziałam wprawdzie, że Sonia podjęła decyzję, a ona nie cofa się nigdy, nawet jeśli się boi. Chyba odziedziczyła tę cechę po ojcu, bo po mnie na pewno nie. Mimo to spróbowałam porozmawiać z nią jeszcze raz, gdy wieczorem przyszła jak zwykle, by powiedzieć mi „dobranoc”. Weszła do mojego pokoju już umyta, przebrana w piżamę, z książką pod pachą. Uświadomiłam sobie boleśnie, jak bardzo będzie mi brakowało tych kilku intymnych chwil, gdy zamieniałyśmy wprawdzie mało znaczące słowa, lecz utwierdzałyśmy się we wzajemnej miłości i poczuciu spokoju poprzez samą obecność, przelotny uśmiech czy choćby to krótkie „dobranoc”.

– Nie śpisz, mamo? – zapytała, ziewając.

– Nie, kochanie. Mam jeszcze robótkę do skończenia – uśmiechnęłam się ciepło i wyciągnęłam dłoń w jej stronę. – Chodź, niech cię przytulę, dawno tego nie robiłam.

– Wyrosłam już z przytulania – mruknęła zakłopotana, ale przyszła i usiadła na poręczy fotela. Objęłam ją ramieniem i przyciągnęłam do siebie.

– Cieszę się, że wróciłaś do czytania książek, bo ostatnio czytałaś jedynie rozmówki francuskie – powiedziałam. – Dawniej pochłaniałaś dwie, trzy książki w tygodniu. Co teraz czytasz?

– To powieść po francusku, mamo. Muszę szlifować język – rozwiała moje nadzieje, że odsunęła myśl o wyjeździe.

Mój uścisk rozluźnił się.

– Ach, po francusku – rzekłam chłodno.

– Nie zmieniłam zdania w ciągu ostatnich dni. I nie zmienię tylko dlatego, że tobie się to nie podoba – rzuciła ze złością. Miała już dość ciągłego wałkowania tematu.

– Jasne – podniosłam nieco głos. – Masz prawo do własnych decyzji. Proszę cię tylko ostatni raz, żebyś dobrze się nad tym zastanowiła. Tutaj jesteś u siebie, w swoim kraju, tam będziesz obca. Tutaj zdobędziesz wykształcenie i ludzie będą się z tobą liczyć, a tam będziesz nikim, pomiotłem.

– Dlaczego zaraz pomiotłem? Nie przesadzaj, mamo. Tam też potrzebują wykształconych pracowników.

– Zapewne. I znajdą. Ale to będą Francuzi, nie cudzoziemcy. Zobaczysz, skończysz na zmywaku.

– Zmywaki też dla ludzi – prychnęła i wstała z fotela. – Idę spać, ta rozmowa i tak do niczego nie prowadzi.

Wychodząc, trzasnęła drzwiami tak mocno, aż się wzdrygnęłam, zmarszczywszy brwi w gniewie. Zamierzałam zawołać ją i upomnieć. Na szczęście wróciła, bąknęła „przepraszam” i już miała zamknąć je ponownie, gdy nagle zawróciła i przysiadła na podłodze obok mojego fotela.

– Mamo – powiedziała jakimś dziwnie mrocznym głosem. – Nie mówiłam ci tego, ale ja muszę pojechać do Francji. Coś mnie tam ciągnie. Właśnie tam.

– Co ciągnie? – zapytałam zaintrygowana jej zachowaniem.

– Nie wiem, właściwie ktoś…

– Nie rozumiem. Spodziewasz się, że poznasz tam kogoś, kto przypadnie ci do serca?

– Ach, nie to – machnęła ręką.

– Znowu jakieś przeczucie? – wzdrygnęłam się na wspomnienie dziewczynki z Samotworu. Sonia miała wtedy dziwaczne zwidy tak długo, aż w ogrodzie znalazłam mogiłkę.

– Nie potrafię tego sprecyzować, bo jest takie nieoczywiste. Ale wiem, że coś mnie tam spotka. Coś ważnego.

– Ach, te twoje przeczucia. Sama się wpędzasz w takie stany. Wyrzuć te wszystkie świece i kadzidła, od razu mocniej staniesz na ziemi.

– Nie chcę mocno stawać na ziemi. A ten nastrój jest mi potrzebny. To mój mistyczny świat, potrzebuję go.

Tej nocy nie mogłam zasnąć. Wiatr zawodził jękliwie, jak zwykle na naszym wzgórzu. Czułam się jak wyczerpany wędrowiec, zagubiony wśród wielu ścieżek. Czy Sonia ma jakieś tajemnice, własne zaklęcia, ustalony sposób na życie? Czy zbudujemy jeszcze solidny most w dzielącej nas przestrzeni? Jeśli stracę ją z oczu, nie zdołam ustrzec przed złem, niebezpieczeństwami tego świata, mężczyznami plączącymi się po ulicach i szukającymi łatwej zdobyczy. Nie będę mogła pielęgnować jej w chorobie, pocieszać w troskach, udzielać wskazówek. Nie zaradzę temu wszystkiemu. Tłumaczyłam sobie, że przecież wszystkie dzieci prędzej czy później odchodzą, a zbyt troskliwe matki wcale im nie pomagają, tylko krzywdzą, wpajając brak samodzielności i nieporadność.

W takim razie niech jedzie – zdecydowałam. – Niech smakuje życie. I pisze do mnie listy. Dużo listów.

Walizka od tygodnia stała pod szafą, wróżąc nieuniknione rozstanie. Sonia każdego dnia wrzucała coś do jej rozdziawionej paszczy, karmiąc coraz bardziej opasłe cielsko. Ostatniego dnia, tuż przed wyjazdem, na samym wierzchu umieściła rozmówki francuskie i z trudem zaciągnęła błyskawiczny zamek. Plątałam się za tym moim, niechcianym kiedyś, a teraz ukochanym dzieckiem jak cień. Nie chciałam utracić nawet sekundy z naszych ostatnich wspólnych chwil.

– Wszystko wzięłaś, kochanie? O niczym nie zapomniałaś? – pytałam co chwilę, czym rozpraszałam napiętą jak struna uwagę Soni.

– Wszystko, mamo – odpowiadała cierpliwie.

– Dokumenty masz?

– Mamo, pytałaś już o to.

– Lepiej sprawdź.

– Sprawdzałam już tysiąc razy.

– Nie szkodzi, tysiąc pierwszy też nie zawadzi. Zobacz, czy tam wszystko się zgadza. Koleżanka Krystyny przez kilkanaście lat nosiła dowód z przekręconym nazwiskiem i dopiero na granicy to zauważyli. No i nie przepuścili jej. Lepiej sprawdź, dobrze ci radzę.

– No, dobrze – westchnęła i wydobyła z torebki paszport.

– Anita Gawęda, Sonia Winiarska i Dawid Marczak – przeczytała na głos i wykrzywiła twarz w ledwie zauważalnym uśmiechu. – To dziwne – podsumowała z zadumą. – Płynie we mnie krew was obojga, a każde z nas inaczej się nazywa.

– Jesteś ogniwem w tym łańcuszku – zauważyłam.

– Tak, ogniwem. Ale tym brakującym jest Dawid Marczak.

– Mnie go nie brakuje. Już nie – rzekłam oschłym głosem.

– A ja chcę go poznać – powiedziała. – Jest w końcu moim ojcem. To głupie, że nie widziałam go nawet na zdjęciu. A tak na marginesie, mogłabyś dać mi swoje? Najlepiej to, które tak lubię, kiedy byłaś ze mną w ciąży…

Odwiozłam ją aż do Krakowa rozklekotanym autobusem. Po drodze niejednokrotnie gryzłam się w język, by nie udzielać jej kolejnych rad i przestróg. Oto odchodziła w daleki, nieznany świat moja mała dziewczynka, wypieszczona i wypielęgnowana, wychowana najlepiej jak umiałam. Gardło zaciskało mi się z tęsknoty, choć jeszcze trzymałam ją za rękę, widziałam podekscytowane oczy, odgarniałam przydługą grzywkę z jej czoła.

– Bądź mądra – mówiłam łamiącym się głosem, gdy stałyśmy na peronie, a potwór, który miał porwać moje dziecko, wysuwał już złowrogo wielki łeb. – Bądź odważna – dodałam. Łzy zakręciły mi się w oczach. – Wróć jeszcze do mnie – wyszeptałam, kiedy stawiała nogę na schodkach wagonu, i z żalem wypuszczałam z rąk jej delikatną, nieskalaną jeszcze ciężką pracą dłoń. – Kocham cię…

Potem patrzyłam długo, bardzo długo za odjeżdżającym pociągiem. Aż do zniknięcia, aż do graniczącej z rozpaczą samotności.

Greta stała na jedynym schodku prowadzącym do jej domu i osłaniając oczy przed słońcem, śledziła mój każdy krok, gdy zbliżałam się wysypaną żwirem drogą. Wyciągnęła ramiona i już po chwili utulała w milczeniu mój żal.

– Pojechała? – zadała to pytanie, chociaż doskonale wiedziała, że tak. Musiała jednak coś powiedzieć, cokolwiek, by zacząć tę rozmowę. – Wróci – starała się mnie pocieszyć, poklepując lekko po plecach. – Gdzie jej będzie lepiej niż w naszym poczciwym kraju – dodała. – Wejdziesz? – uchyliła drzwi w zapraszającym geście.

Pokiwałam skwapliwie głową i wsunęłam się do środka, chłonąc tak dobrze znany mi zapach lawendy, suszonych bukietów, które znów zasłaniały maleńkie okna, starego drewna. I znów było jak kiedyś: ja przychodziłam z bólem, a ona go koiła wśród ścian zawieszonych obrazkami, maskami i tandetnymi bibelotami, zadziwiającymi delikatnością i trwałością zarazem. Pośród pozbieranych po rupieciarniach starych mebli, skrzypiących wieczorami swoją historię, oświetlonych niezliczoną ilością tureckich lamp, osłoniętych abażurami z barwnych szkiełek. Greta nie potrafiła obejść się bez tych starych sprzętów i drobiazgów. Skupowała je na pchlich targach za psi grosz, aż odtworzyła wystrój swojego domu sprzed powodzi. Przedmioty nie były w moim guście, ale tutaj doskonale wpasowały się w otoczenie. Pasowały do Grety. Tworzyły klimat. Kolor i półmrok. Pogranicze jawy i snu. Znad drzwi dobiegało delikatnie pobrzękiwanie dzwonków. Poza tym cisza. Nierozłączna przyjaciółka samotności.

– Mam jeszcze nalewkę z wiśni, napijemy się – mrugnęła do mnie, wychodząc do kuchni.

Psy leżące w kącie uniosły łby i leniwie poruszyły ogonami. Znały mnie, więc nie chciało im się obszczekiwać gościa. Gipsowe anioły, porozstawiane na półce łączącej dwie grube belki wspierające sufit, spoglądały na mnie z góry, przynosiły spokój. Gretę otaczała aura jakiejś magii i niesamowitości, dlatego przedmioty ucieleśniały się, a wszystko stawało się czarem przynoszącym pokrzepienie duszy. Po prostu kochałam ten dom i Gretę.

Podała mi połyskliwy kieliszek, wypełniony rubinowym płynem.

– Pij – powiedziała. – Będzie ci lżej.

Rozumiała mój stan, nie zakłócała nastroju ani jednym słowem do momentu, aż spojrzałam na nią nieco pokrzepiona.

– Boli? – zapytała.

– Boli – potwierdziłam. – Miłość boli.

– Dobrze mieć taką miłość. Jest prawdziwa. Chyba najprawdziwsza i najszczersza ze wszystkich miłości. Macierzyństwo – powiedziała w zamyśleniu.

– Chyba tak – przyznałam.

Wyszłam, gdy w butelce ukazało się dno. Zostawiłam Gretę w jej samotności i powłócząc nogami, wracałam do własnej.

Umierać jest chyba znacznie trudniej, niż być już martwym. Umieranie jest czymś niepewnym, trudnym i bolesnym. Bycie martwym to pozostawienie wszystkich obaw za sobą.

Zimno w tych ścianach. Cicho i śmiertelnie.

6

W Kozinkach odpust. Nawet tutaj dobiegały szczątki dźwięków jarmarcznych piszczałek i gwizdków. Październik mżył. Nie wiem, kto w taką pogodę chodzi na odpusty, ale Jadwiśka na pewno. Odwiedziła mnie po południu z różańcem obwarzanków na nadgarstku.

– Masz, gościniec dla ciebie. Bajgle – rzekła wyniośle, podając mi precelki.– Na odpusty trzeba chodzić, bo inaczej Pan Bóg kary doczesnej za grzechy nie daruje.

– Przecież nie grzeszę – bąknęłam, licząc na to, że Jadwiśka nie usłyszy. Myliłam się, usłyszała albo domyśliła się, bo nie spuszczała wzroku z moich ust.

– Każdy jeden grzeszy! – zagrzmiała. – Nawet klecha. Myślisz, że on apetytu nie ma? O, jeszcze jak! Sama widziałam, jak za dzierlatkami oczy gubi, chociaż udaje, że w swój psałterz patrzy.

– Każdemu wolno patrzeć – zaoponowałam najgłośniej, jak mogłam.

– Ale nie jemu. Po co sobie nieprzyzwoite myśli roić w głowie? Ślubował.

– A skąd pani Jadwisia wie, co on tam sobie roi? Może wypatruje kandydatki do zakonu?

– Już ja wiem lepiej – mruknęła i natychmiast zmieniła temat. – Nowinę ci powiem. Młoda Barska przyjechała.

– Martyna? – zdziwiłam się, bo niedawno rozmawiałam z Aliną Barską i nic nie wskazywało na to, że Martyna planuje wizytę w Polsce.