Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 408 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pobór - Marco Kloos

Mamy rok 2018, a Wspólnota Północnoamerykańska trzeszczy w szwach.

Dla pasożytniczych nierobów pokroju Andrew Graysona, są tylko dwie drogi, żeby wyrwać się z zarobaczonych, pełnych przemocy bloków socjalnych, gdzie dzienna racja żywieniowa to marne dwa tysiące kalorii smakującej jak papier przetworzonej soi: można albo łudzić się nadzieją na wygraną w loterii i otrzymanie biletu do jednej z pozaziemskich kolonii, albo się zaciągnąć.

Wybór jest prosty: mrzonki na bok, kalkulacja przodem.

Andrew zaciąga się do sił zbrojnych, skuszony prawdziwym żarciem, pensją z emeryturą i możliwością wyrwania się z Ziemi.

Ale szybko po rozpoczęciu kariery pełny oczekiwań i roszczeń Andy odkrywa, że dobre jedzenie i przyzwoita opieka medyczna słono kosztują… a nawet zasiedlona galaktyka skrywa o wiele większe niebezpieczeństwa, niż wojskowa biurokracja albo rządzące slumsami gangi.

“Wojskowe science fiction jest zdradliwe, bo albo próbuje niepotrzebnie uprościć i upiększyć instytucję wojskowości, albo z kolei opisuje ją tak, że trzeba absolutnie kochać broń, żeby w ogóle móc taką książkę przeczytać. „Warunki Zaciągu” doskonale balansuje po tej cienkiej linii, pokazując świat, gdzie wojsko jest jedną z nielicznych rozsądnych opcji ucieczki ze zniszczonej Ziemi, umiejętnie dozując wiedzę taktyczno-zbrojeniową tak, że nie odstrasza niedoświadczonego czytelnika”

Opinie o ebooku Pobór - Marco Kloos

Fragment ebooka Pobór - Marco Kloos

F R O N T L I N E S  

1. Marko Kloos • Pobór

2. Marko Kloos • Ewakuacja [w przygotowaniu]

Dla Robin: żony, najlepszej przyjaciółki

Rozdział 1 Pożegnania

Powinieneś pójść do ojca – powiedziała z kuchni mama.

Podniosłem na nią wzrok znad czytnika książek. Wkładała właśnie do podgrzewacza tacę z jedzeniem, nie dostrzegła więc mojego krzywego uśmieszku. Wróciłem do lektury, ponieważ opis zniszczenia „Pequoda” wydawał mi się teraz znacznie ciekawszym tematem.

– Słyszałeś mnie, Andrew?

– Słyszałem, mamo. Po prostu cię zignorowałem.

– Nie bądź taki mądraliński. Nie zamierzasz pożegnać się z nim, zanim odlecisz?

– A po jakiego diabła miałbym to robić? I tak nie będzie kontaktował po prochach.

Mama wyjęła tacę z podgrzewacza. Podeszła do stołu i teatralnym gestem postawiła ją przede mną.

– Czy mógłbyś odłożyć to na czas obiadu?

Westchnąłem – również teatralnie – i wyłączyłem czytnik.

– Będziesz się szkolił wiele miesięcy. Jeśli jego rak dalej będzie się tak rozwijał, zapewne nigdy już go nie zobaczysz.

– I dobrze – stwierdziłem.

Mama zmierzyła mnie wzrokiem łączącym w sobie smutek oraz złość. Przez chwilę spodziewałem się, że uderzy mnie w twarz, choć nie robiła tego, odkąd skończyłem dziesięć lat. Jej spojrzenie złagodniało jednak, wyjrzała przez okno. Gęste kurtyny deszczu opadały na betonowy labirynt naszej Dzielnicy Zakwaterowania Komunalnego. Nie cierpiałem deszczowych dni, ponieważ wilgoć sprawiała, że zapachy stawały się jeszcze gorsze. Szczyny i gnijące śmieci – oto niezmienny aromat dzielnicy klientów opieki społecznej.

– Mimo wszystko jest twoim ojcem – powiedziała. – Nigdy już nie będziesz miał okazji, żeby z nim porozmawiać. Jeśli teraz do niego nie pójdziesz, pewnego dnia tego pożałujesz.

– Złamałaś mu nos, gdy go zostawiałaś – przypomniałem jej. – Nie zamartwiałaś się zbytnio rakiem. Dlaczego ja miałbym się przejmować?

– To było siedem lat temu – odrzekła. Odsunęła krzesło i usiadła przy stole. – Od tamtego czasu wiele się wydarzyło. Był z ciebie dumny, gdy opowiedziałam mu o piśmie z potwierdzeniem.

Wpatrywała się we mnie, ja zaś próbowałem ją ignorować, ściągając zabezpieczenie z tacy. Daniem dnia był kurczak z ryżem. Niewiele można poradzić, by przetworzone proteiny z podstawowego przydziału żywnościowego wyglądały atrakcyjnie. Dzióbnąłem widelcem tłusty kotlet z kurczaka i podniosłem wzrok. Mama wciąż patrzyła na mnie z tą przygnębioną miną, którą zawsze przybierała, gdy starała się wywołać we mnie poczucie winy. Wytrzymałem przez chwilę jej spojrzenie, po czym wzruszyłem ramionami.

– No dobrze, pójdę do niego – oznajmiłem. – Mam nadzieję, że jeśli po drodze ktoś mnie ograbi i zabije, będzie ci przykro.

W moim pokoju wystarczało miejsca jedynie na łóżko, biurko i komodę. Meble wykonano ze stali nierdzewnej i przynitowano do podłogi, żebyśmy nie mogli rozebrać ich na złom. Komoda była na wpół pusta, bo nie miałem dość rzeczy, by ją wypełnić.

Otworzyłem górną szufladę i wrzuciłem czytnik na małą kupkę znajdujących się w środku ubrań. W zeszłym roku wymieniłem się na niego za pudełko starej amunicji bocznego zapłonu. Gość, od którego dostałem sprzęt, okazał się zupełnym głąbem. Naklejki oznaczające własność szkoły były niemożliwe do usunięcia, ale policja dzielnicy komunalnej nie zwracała zbytniej uwagi na szkolny sprzęt. Podczas nalotów szukali tylko broni i prochów. Gdybym chciał, mógłbym ukryć czytnik, lecz gliniarze robili się niecierpliwi, jeśli nie znajdowali zupełnie nic nielegalnego.

Gdy szedłem do drzwi wejściowych, mama wysunęła głowę z wnęki kuchennej.

– Andrew?

– Tak, mamo?

– Jest niedziela. Podejdziesz do stacji żywieniowej i odbierzesz swój przydział na następny tydzień?

– Jutro wyjeżdżam na szkolenie przygotowawcze. Nie zdążę go zjeść.

Mama popatrzyła na mnie niemal ze wstydem. Zrozumiałem, o co jej chodziło, i wzruszyłem ramionami.

– Odbiorę przydział, mamo.

Otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale odwróciłem się i zamknąłem za sobą drzwi, więc jej słowa zlały się w jedno z pustym stuknięciem.

Winda w naszym skrzydle budynku znów była nieczynna. Uchyliłem drzwi znajdującej się obok niej klatki schodowej i nasłuchiwałem. Schody stanowiły schronienie dla różnych początkujących bandziorów, którzy mieli zwyczaj napadać na ludzi w ograniczonej przestrzeni. Policja dzielnicy komunalnej pojawiała się w większej liczbie tylko wtedy, gdy masowo szukano broni i prochów, przez resztę czasu trzymała się z dala od bloków. Mieliśmy na każdym piętrze kamery monitoringu, lecz większość z nich była zepsuta. Nikt nie przejmował się szczurami z opieki społecznej.

Nasze mieszkanie znajdowało się na dwunastym piętrze trzydziestopiętrowego budynku. Zbiegałem po trzy lub cztery stopnie naraz, przedkładając szybkość nad ciche kroki. Na dole znów przystanąłem, nasłuchując, po czym otworzyłem drzwi do holu i szybko wyszedłem z budynku, by pójść po broń.

W budynkach kwaterunkowych nie wolno było posiadać broni, ale i tak niemal wszyscy ją mieli. Nie trzymałem swojej w domu z powodu wyrywkowych nalotów, poza tym mama by się wściekła, gdyby ją znalazła. Ukrywałem broń w wodoszczelnej tubie wepchniętej w szczelinę obudowy wielkiej spalarki śmieci. Była to świetna kryjówka, ponieważ nikt tam nigdy nie zaglądał, ale do momentu opuszczenia budynku stanowiłem łatwą zdobycz. Rozejrzałem się, by mieć pewność, że nikt mnie nie obserwuje, po czym podszedłem do spalarki.

Za każdym razem, gdy sięgałem do szczeliny, spodziewałem się, że będzie pusta. I za każdym razem, gdy zaciskałem dłoń na chłodnym metalu magnetycznego pojemnika, wydawałem z siebie westchnienie ulgi. Otworzyłem wieko i wyciągnąłem stary rewolwer na naboje, wykonany ponad półtora wieku temu. Mieścił tylko sześć ładunków, lecz działał nawet z marną amunicją, którą znacznie łatwiej spotkać niż dobrą. Większość swoich nędznych nabojów zrobiłem własnoręcznie, wykorzystując stare mosiężne łuski i załatwione od ludzi kawałki ołowiu. Rewolwery były znacznie popularniejsze od automatów, bo niewypał nie blokował bębenka.

Wsunąłem spluwę w spodnie, tuż nad miednicą, gdzie przytrzymywał ją napięty pas. Chodzenie z nielegalną bronią było ryzykowne, ale jeszcze groźniej było kręcić się po Dzielnicy Zakwaterowania Komunalnego bez niej.

Deszcz miał jedną zaletę. Z jego powodu ludzie pozostawali w budynkach, nawet drapieżcy. Gdy padało, na ulicach było niemal spokojnie. Naciągnąłem kaptur kurtki i wyszedłem spod bloku.

W ciągu paru minut przemokłem do suchej nitki. Dawało się pozostać względnie suchym, gdyby trzymać się daszków nad wejściami i nawisów, ale wolałem zmoknąć. Wejścia i inne ciemne miejsca w pobliżu budynków były niebezpieczne. Przejdziesz obok takiego, w którym czai się banda początkujących zbirów, i twoja podróż się zakończy. W zeszłym roku dwa razy niemal zostałem obrabowany i teraz byłem ostrożniejszy niż inni.

Blok mojego ojca stał niemal na drugim końcu DZK. W pobliżu znajdowała się stacja komunikacji publicznej, ale nie mógłbym z niej skorzystać, nie uruchamiając skanerów broni przy wejściu, musiałem więc iść na piechotę.

To tutaj dorastałem. Nigdy nie opuszczałem bostońskiego metropleksu. Jutro leciałem na szkolenie przygotowawcze i jeśli mnie nie wyleją, nigdy już miałem nie zobaczyć tego miejsca. Zostawiałem za sobą wszystko, co dotąd znałem, i każdego, kto mnie kiedykolwiek znał. Nie mogłem się doczekać.

Ojciec otworzył drzwi po trzecim dzwonku. Ostatnio widziałem go ponad rok temu i zaskoczyło mnie, jak bardzo zmienił się od tamtego czasu. Dawniej był bardzo przystojny, lecz rak go wyniszczył, miał wymizerowaną twarz i paskudnie popsuły mu się zęby. Aż chciałem się odsunąć, gdy otworzył usta, by się uśmiechnąć.

– No proszę, proszę – powiedział. – Przyszedłeś się pożegnać?

– Mama mnie przysłała – oznajmiłem.

– Jasne.

Przyglądaliśmy się sobie przez parę uderzeń serca, po czym odwrócił się i ruszył w głąb mieszkania.

– No wejdź, wejdź.

Wszedłem do przedpokoju, zamknąłem za sobą drzwi. Tata skierował się do salonu, gdzie z westchnieniem opadł na kanapę. Na stole przed nim piętrzyła się sterta lekarstw. Dostrzegł mój wzrok i wzruszył ramionami.

– To wszystko nie ma sensu. Konował w klinice mówi, że za sześć miesięcy zjedzą mnie robale.

Chciałem odpowiedzieć coś złośliwie, ale jakoś nie potrafiłem się do tego zmusić. W pokoju unosił się smród choroby, a ojciec wyglądał żałośnie. Rak zżerał go od środka. Umrze w tym bloku, gdzie klatka schodowa śmierdzi szczynami. Nic, co bym powiedział lub zrobił, nie sprawiłoby, żeby poczuł się gorzej. A ja nie poczułbym się lepiej.

Kiedy miałem czternaście lat, oddałbym wszystko za możliwość zabicia taty, zemszczenia się za wszystkie lania i upokorzenia. Teraz siedział przede mną tak słaby, że nawet nie potrzebowałbym rewolweru zatkniętego za pasek, lecz nie czułem już nienawiści.

– Myślałem, że twoja matka kłamała – odezwał się. – Nie sądziłem, że cię wezmą. Takiego mola książkowego.

– Może właśnie o to chodziło – odparłem. – Potrzebują też ludzi, którzy umieją myśleć.

– Będziesz gdzieś wciskał guziki. Nie ma mowy, żeby wysłali cię do zabijania innych. Nie jesteś do tego zdolny.

Niby dlatego, że nigdy nie oddawałem, gdy robiłeś sobie ze mnie worek treningowy? – pomyślałem mściwie.

Po tej uwadze ojca byłbym w pełni usprawiedliwiony, gdybym czymś w niego rzucił, ale uświadomiłem sobie, że próbował mnie sprowokować, i nie chciałem mu dać satysfakcji.

– Przekonamy się – powiedziałem, on zaś uśmiechnął się lekko. Tak bardzo byłem do niego podobny, że aż bolało. Jeśli mnie wyleją, wrócę do DZK, po czym pewnego dnia zakończę życie właśnie w taki sposób: samotny i wystraszony, skazany na parę metrów kwadratowych w środku dzielnicy opieki społecznej. Po śmierci lokatora kwaterunkowe mieszkania nie zostawały długo puste. Jeszcze tego samego dnia wyrzucali twoje rzeczy, zmywali wnętrze detergentami, resetowali kod wejściowy do drzwi i przekazywali mieszkanie komuś innemu.

– Kiedy odlatujesz?

– Jutro wieczorem. Mam się zgłosić na ósmą do punktu mobilizacyjnego.

– Nie wychylaj się. Jeśli cię aresztują, ktoś inny z listy oczekujących zajmie twoje miejsce.

– Nie martw się o to. Gdy będę miał wątpliwości, pomyślę po prostu, co ty byś zrobił, po czym zrobię coś zupełnie odwrotnego.

Tata jedynie zachichotał chrapliwie. Gdy wciąż mieszkaliśmy pod jednym dachem, taka buta zapewniłaby mi lanie, ale rak pozbawił go furii.

– Wyrósł z ciebie niezły gnojek – oznajmił. – Zadufany w sobie. W twoim wieku byłem taki sam.

– Na pewno nie jestem taki jak ty, tato. W najmniejszym stopniu.

Spoglądał z rozbawieniem, gdy obracałem się, by opuścić jego mieszkanie. Przy drzwiach obejrzałem się przez ramię.

– Idź już – rzekł, gdy otworzyłem usta, by się pożegnać. – Zobaczymy się znowu, gdy cię wyleją.

Spojrzałem na niego, na człowieka, któremu zawdzięczałem połowę kodu genetycznego. Powtarzałem sobie, że widzę go po raz ostatni, że powinienem powiedzieć coś, po czym poczuję, że zamknąłem kolejny rozdział. Zamiast tego odwróciłem się tylko.

Wyszedłem na odrapany korytarz i ruszyłem w stronę klatki schodowej znajdującej się na jego końcu. Gdy do niej dotarłem, usłyszałem, jak drzwi mieszkania ojca zamykają się cicho.

W drodze powrotnej do domu zatrzymałem się przy stacji żywnościowej, by pobrać posiłki na tydzień. Pakowano je do zamkniętych jednorazowych tacek, po dwadzieścia jeden w pudełku. Każdy klient opieki społecznej otrzymywał jedno pudełko na tydzień, zawierające czternaście tysięcy kalorii podstawowego przydziału żywnościowego.

Zawartość racji PPŻ składała się z przetworzonych protein wzbogaconych składnikami odżywczymi i witaminami oraz sztucznie aromatyzowanych, by stały się zjadliwe. Mówiono, że posiłki specjalnie były ledwo znośne, by nie zachęcać do nadmiernego spożycia, ale sądzę, że żaden proces naukowy nie stworzyłby z PPŻ kulinarnego delikatesu. Smakowały, jakby źródłem czystych protein były zmielone stopy i odbyty, co zapewne nie odbiegało zbytnio od prawdy. Jeden ze szkolnych kolegów twierdził, że racje PPŻ po części składają się z przetworzonego ludzkiego gówna z oczyszczalni ścieków komunalnych, co również mogło nie mijać się zanadto z rzeczywistością. W końcu komunalna woda pitna była oczyszczonymi sikami.

Deszcz wciąż miarowo padał. Jacyś goście stali w wejściu do bloku sąsiadującego z moim. Gdy ich mijałem, ­zauważyli pudełko pod moją pachą, lecz żadnemu z nich nie podobała się chyba idea przemoknięcia do suchej nitki za parę tac kiepsko aromatyzowanej soi, ponieważ się nie ruszyli.

Gdy dotarłem do schodów prowadzących do naszego budynku, przypomniałem sobie o rewolwerze nad miednicą.

Miałem dziś jeszcze jedną rzecz do zrobienia.

Spotkałem się z Eddiem w brudnym zaułku pomiędzy dwoma wieżowcami. Eddie kupował i sprzedawał niemal wszystko, co miało jakąś wartość: broń, prochy, kartki do sklepów spożywczych poza DZK i fałszywe karty identyfikacyjne, które czasami przechodziły nawet przez inspekcję.

– Ile masz do tego amunicji?

– Osiem nabojów fabrycznych i dwadzieścia siedem samoróbek – rzuciłem.

Eddie otworzył bębenek i nim zakręcił – już czwarty raz podczas naszych negocjacji. Niemal czułem ból na widok mojego rewolweru w rękach kogoś innego. Wiedziałem, że jeśli dobijemy targu, już nigdy go nie zobaczę.

– Oczywiście je dorzucisz – oznajmił.

– Oczywiście. Po co mi naboje bez broni?

– Trzydziestkiósemki są powszechne na ulicach – powiedział Eddie. – Mógłbyś sprzedać amunicję komuś innemu.

– Jutro idę do woja. Nie mam czasu na szwendanie się. Uznajmy, że to transakcja wiązana.

– Transakcja wiązana – powtórzył Eddie. – Dobra.

Spojrzał znów na rewolwer i pokiwał do siebie głową.

– Dwie kartki żywnościowe i dwie uncje Canada Dry. Wystarczą ci na tydzień lub więcej, jeśli nie będziesz się dzielił.

Skrzywiłem się.

– Nie ma mowy, nie biorę prochów. Jeśli wyjdą w testach, wyleją mnie. Cztery kartki.

Eddie chwycił podbródek kciukiem i palcem wskazującym. Wiedziałem, że decyzję co do mojej propozycji podjął w tej samej chwili, w której ją wypowiedziałem, ale i tak pozwoliłem mu przejść przez cały rytuał.

– Trzy kartki, dziesięć pigułek, zwykłe leki, twój wybór z asortymentu.

Teraz ja udałem, że się zastanawiam.

– Trzy kartki, piętnaście piguł – powiedziałem.

– Umowa stoi.

Eddie wyciągnął dłoń. Przypieczętowaliśmy transakcję uściskiem i mój rewolwer zniknął pod jedną z licznych warstw ubrania Eddiego.

– Jakie masz pigułki?

– Zobaczmy – odparł. – Przeciwbólowe, antybiotyki, na ciśnienie, na depresję, parę uspokajających.

– Jak dobre są przeciwbólowe?

– Bardziej na ból głowy i tym podobne niż na postrzały.

– Wystarczy – rzekłem. – Biorę.

Eddie sięgnął pod płaszcz, wyciągnął fiolkę z lekami i odliczył mi piętnaście do ręki.

– Lepiej, żeby były prawdziwe – powiedziałem, chowając pigułki do kieszeni.

– Pewnie, że są – odparł Eddie z lekką urazą w głosie. – Muszę dbać o reputację. Ludzie dostaną podróby i już nigdy nic ode mnie nie kupią.

Znów sięgnął do którejś kieszeni i wyjął trzy kartki żywnościowe, prezentując je jak wygrywające karty.

– Miło robić z tobą interesy – oznajmił, gdy brałem kartki.

– Do zobaczenia, Eddie – powiedziałem bez cienia wątpliwości, że nigdy już go nie zobaczę.

Mama podniosła wzrok znad programu w sieciowizji, gdy wszedłem z powrotem do mieszkania.

– Jak było?

– Bez sensu – odpowiedziałem.

Podszedłem do stołu w salonie i położyłem na nim garść tabletek. Mama spojrzała na lekarstwa i podniosła brew.

– Nic nielegalnego – wyjaśniłem. – To tylko trochę środków przeciwbólowych. Uznałem, że mogą się przydać przy twoich bolących zębach.

Pochyliła się i zgarnęła pigułki.

– Skąd to masz, Andrew?

– Wymieniłem za coś.

Wyciągnąłem z kieszeni kartki żywnościowe i rozłożyłem przed mamą. Nachyliła się, by się przyjrzeć, i klasnęła w dłonie trzymane przed ustami.

– Andrew! Jak je zdobyłeś?

– Wymieniłem za coś, mamo – powtórzyłem.

Podniosła ostrożnie kartoniki, jakby mogły się połamać. Każdy z nich uprawniał okaziciela do odbioru produktów wartych sto nowych dolarów w sklepach poza DZK. Rząd wypuszczał je co miesiąc i na zasadzie losowania rozdawał z zabezpieczonej betonowej budki w pobliżu stacji transportu publicznego.

– Wykorzystaj je albo wymień na coś – poprosiłem.– Tylko nie pozwól, żeby ktoś cię oszukał.

– Nie martw się o to. – Mama zebrała kupony i wsunęła do kieszeni. – Minęło już półtora roku, odkąd dostałam kartkę. Mam ogromną ochotę na chleb z serem.

W pełni przygotowałem się do opowiedzenia matce jakichś bzdur o rzeczach, które wymieniłem na talony, ale była tak podekscytowana, że nie próbowała nawet dalej naciskać.

– Dobranoc – powiedziałem, idąc do swojego pokoju. Mama uśmiechnęła się do mnie po raz pierwszy od bardzo dawna. Następnie skierowała uwagę z powrotem na plazmowy ekran na ścianie, gdzie przy ściszonym dźwięku leciał jakiś bezmyślny program sieciowizyjny.

– Andrew? – odezwała się, gdy byłem już przy drzwiach. Obróciłem się, a ona znów uśmiechnęła się do mnie. – Spróbuję pójść rano do sklepu spożywczego. Może uda nam się zjeść przyzwoity obiad, zanim ­pojedziesz.

– Byłoby miło, mamo.

Ostatni wieczór i noc w DZK Boston-7 spędziłem na lekturze końcowych pięćdziesięciu stron „Moby Dicka”. Następnego dnia musiałem zostawić czytnik. Przeczytałem tę powieść z dziesięć albo i więcej razy, ale teraz nie chciałem zostawić jej nieskończonej, na wieczność zaznaczonej w miejscu, gdzie „Pequod” znikał pod falami.

Drugiego dnia ujrzałem okręt, który począł przybliżać się coraz bardziej i bardziej, aż na koniec mnie wyłowił. Była to błędnie krążąca „Rachela”, która, zawróciwszy w poszukiwaniu swych zagubionych dzieci, znalazła jeszcze jednego sierotę[*].

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

* Herman Melville, „Moby Dick”, tłum. Bronisław Zieliński.

Podziękowania

Gdy praca nad powieścią trwa kilka lat, lista osób, którym należą się podziękowania, solidnie się wydłuża. Jeśli pisze się powieść kilka lat i nie posiada się takiej ­listy, to albo jest się nadczłowiekiem, albo robi się to ZUPEŁNIE NIE TAK.

Pewnego dnia postanowiłem zgłosić się na warsztaty Viable Paradise dla pisarzy science-fiction i fantasy, potrzebowałem zatem pomysłu na powieść, który mógłbym tam zaprezentować. Właśnie wtedy powstała koncepcja „Warunków kontraktu”. Chciałbym podziękować wszystkim osobom, które przekazały mi wówczas sugestie, słowa krytyki i zachęty. Są to przede wszystkim: Tiffani Angus, Claire Humphrey, Katrina Archer, Sarah Brandel, Madge Miller, Jeff Macfee, Chang Terhune, Steve Kopka oraz Curtis Chen. Wiele zawdzięczam również swoim instruktorom: Patrickowi Nielsenowi Haydenowi, Stevenowi Gouldowi, Laurze Mixon, Wujkowi Jimowi, a także doktorowi Doyle’owi, Elizabeth Bear i Johnowi Scalziemu, którzy poświęcili dla mnie czas, by wyrazić swą opinię. Wszyscy przyczyniliście się do sukcesu tej kosmicznej wybuchowej powiastki, którą ocenialiście na Viable Paradise XII.

Dziękuję przyjaciołom i rodzinie, którzy byli na tyle uprzejmi, że nie wywracali oczyma za każdym razem, gdy słyszeli, że wciąż „pracuję nad stylem”.

Dziękuję mojemu agentowi Evanowi Gregory’emu z Ethan Ellenberg Literary Agency, który dopilnował, bym nie oddał swojej pracy za błyskotki i garść fajnych magicznych paciorków.

I wreszcie dziękuję swoim czytelnikom – tym, którzy właśnie mnie odkryli, a także tym, którzy od lat śledzili moje bazgroły na blogu. Wydałem powieść, Wy ją kupiliście, spodobała Wam się i zaczęły się dziać niezwykłe rzeczy. Jestem Wam wdzięczny za okazane wsparcie i miłe słowa.

O autorze

Marko Kloos jest powieściopisarzem, dziennikarzem i nieopłacanym służącym dwójki małych dzieci. Ukończył Viable Paradise SF/F Writers’ Workshop.

Pisze przede wszystkim science-fiction i fantasy, ponieważ pasjami uwielbia te gatunki, odkąd mógł sobie wyrobić pierwszą kartę biblioteczną. Bywał również żołnierzem, księgarzem, dokerem, robotem z działu obsługi technicznej i administratorem sieci w korporacji.

Urodził się w Niemczech, lecz teraz mieszka z żoną i dwójką dzieci w amerykańskim stanie New Hamp­shire. Ich kwatera główna, Mroźny Zamek, strzeżona jest przez wędrowną sforę jamników.

REVISED EDITION: COPYRIGHT © 2014 BY Marko Kloos. Originally published March 2013 COPYRIGHT © BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2016 COPYRIGHT © FOR TRANSLATION BY Piotr Kucharski, 2016

WYDANIE I

ISBN 978-83-7964-161-1

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Postacie i wydarzenia przedstawione w tekście są fikcyjne. Wszelkie podobieństwo do osób żyjących lub zmarłych jest przypadkowe i niezamierzone przez autora.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE ORAZ ILUSTRACJE CollaborationJS | Arcangel Imágenes

PROJEKT OKŁADKI Dark Crayon

REDAKCJA Karolina Kacprzak

KOREKTA Katarzyna Pawlik, Magdalena Byrska

SKŁAD ORAZ OPRACOWANIE OKŁADKI „Grafficon” Konrad Kućmiński

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ pan@drewnianyrower.com

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl www.facebook.com/fabryka