Playboy 2. Royals Lover - Katarzyna Mak - ebook

Playboy 2. Royals Lover ebook

Katarzyna Mak

0,0

Opis

Po nieudanej rodzinnej kolacji, na której Charlie planował jeszcze raz oficjalnie poprosić Gabrielę o rękę, dochodzi do zdarzeń, które prowadzą do nieuchronnego: wieczór kończy się katastrofą, a ich drogi rozchodzą się na długie lata. On zostaje w Szkocji, ona wraca do Polski. Najtrudniejsze dla Charliego okazuje się nie samo rozstanie, lecz zdrada — i cena, za jaką został sprzedany przez ukochaną. Tego nie potrafi jej wybaczyć.

Czas mija, lecz los ponownie splata ich ścieżki. Dawna namiętność odżywa z całą mocą, ale wraz z nią wracają też sekrety i pretensje, które mogą raz jeszcze ich rozdzielić. Czy miłość okaże się silniejsza od bólu przeszłości? A może to uczucie, które kiedyś wydawało się niezniszczalne, nie przetrwa próby czasu? Bo czy miłość naprawdę wszystko wybacza?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 292

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Redakcja

Zespół GW

Korekta

Jarosław Lipski

Projekt okładki

Maksym Leki

Fotografia na okładce

© CURAphotography / shutterstock.com

Redakcja techniczna, skład i przygotwanie wersji elektroniczej

Maksym Leki

Wydanie I, 2025

Wydawca:

Wydawnictwo Grzechu Warte

© Wydawnictwo Grzechu Warte, 2025

tekst © Katrarzyna Mak

ISBN 978-83-974905-3-6

Na wszystko przychodzi odpowiedni moment. Na dorosłość i wynikającą z niej dojrzałość, na bycie rodzicem i zmierzenie się z odpowiedzialnością za drugiego człowieka. I na miłość, która czasem potrzebuje czasu czy nawet lat poświęcenia, by na nowo rozkwitnąć.

Gabi

Rozkleiłam się zaraz po wejściu do auta. Dłużej nie byłam w stanie zapanować nad łzami, które niczym sól na ranę piekły mnie pod powiekami. Zatkałam usta zaciśniętą w pięść dłonią, licząc, że to pomoże. I że towarzyszący mi mężczyzna nie zauważy, w jakim znajduję się stanie.

– Gabi?

Pobożne życzenie, bo Jonathan obserwował mnie we wstecznym lusterku.

– Czy…?

– Proszę – przerwałam mu zdławionym głosem. – Jedź. I o nic nie pytaj – dorzuciłam cicho przez zaciśnięte z żalu gardło.

Wreszcie chłopak uruchomił silnik. Na szczęście już o nic nie pytał, więc pozostało wierzyć, że ten koszmar, którego stałam się częścią, właśnie dobiegał końca.

Samochód toczył się z wolna, a panująca w nim cisza, którą zakłócał jedynie warkot pracującego silnika, wywołała we mnie dojmujące poczucie straty. A ono bolało jak żadne inne, powodując fizyczne cierpienie w całym ciele. Do tego piekło mnie w żołądku, a podchodzące mi do gardła wymiociny pozostawiały w ustach gorzki smak.

Wzięłam kilka głębszych wdechów, licząc, że to mi pomoże. Ale to na nic się zdało i czułam się tylko gorzej. A jakby tego było mało, po moich policzkach znów potoczyły się łzy, które nie uszły uwadze siedzącemu za kierownicą chłopakowi. Na szczęście Jonathan okazał się taktowny, bo nie skwitował ich ani słowem.

Pociągnęłam nosem i wbiłam wzrok we własne dłonie, którymi miętosiłam materiał sukienki. A potem – choć wiedziałam, że za nic w świecie nie wolno mi tego zrobić – ostatni raz obejrzałam się za siebie, spoglądając w tylną szybę.

To był błąd. I miałam już pewność, że słono za niego zapłacę. Bo widok Charliego stojącego ze zwieszoną głową w progu domu sprawił, że omal nie pękło mi serce.

Żeby stłumić szloch wyrywający się z mojej piersi, kolejny raz zatkałam usta zaciśniętą w pięść dłonią.

– Gabi? – Znów doszedł mnie głos towarzyszącego mi młodego mężczyzny. – Dobrze się czujesz? – zapytał, wciąż mi się przyglądając.

– Nie – zaprzeczyłam, a zaraz dodałam: – Zatrzymaj się, proszę.

Na szczęście od razu posłuchał, więc natychmiast wypadłam z auta i zwymiotowałam na jezdnię, wprost pod własne nogi. To było mało eleganckie, ale okazało się silniejsze ode mnie. Z pewnymi naturalnymi odruchami nie wygrasz.

Wymiotowałam. Długo. Aż poczułam ulgę.

Gdy torsje ustały, Jonathan podał mi chusteczkę, którą przyjęłam z wdzięcznością. Nie zauważyłam, kiedy wysiadł z auta, ale byłam mu wdzięczna za okazaną pomoc. Po chwili oboje zajęliśmy swoje miejsca.

– Nie wiem, co zaszło między tobą a moim bratem – odezwał się ponownie, jak tylko znowu ruszył – ale uważam, że uciekając, popełniasz błąd.

Nie zgadzałam się z jego niesłusznym osądem, lecz nie skomentowałam tego ani słowem. Nie zdołałam, bo on już kontynuował:

– Ucieczka nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem problemu. Możesz mi wierzyć lub nie, ale naprawdę wiem, co mówię.

– Nie wracajmy do tego – szepnęłam jedynie w odpowiedzi.

– W zasadzie nawet jeszcze nie zaczęliśmy…

– Proszę…

Nie byłam pewna, czy przekonało go moje błaganie, czy odpuścił z powodu słabości bijącej z mojego głosu.

– Jak chcesz – odparł, wzruszając ramionami. – Ale…

Naprawdę nie miałam ochoty na żadną rozmowę. Zwłaszcza na bezsensowne wywody.

– Niedopowiedzenia – kontynuował Jonathan – czy chowanie głowy w piasek, to, wierz mi, nie najlepsze rozwiązanie jakiegokolwiek problemu.

W zasadzie miał rację. Rzeczywiście nie tak się je rozwiązuje. Jednakże nasz problem, mój i Charliego, nie był zwyczajny. To, co nas spotkało, to jakiś koszmar, choć w pełni świadoma tego byłam tylko ja. I to na mnie spoczywała odpowiedzialność za decyzje zarówno własne, jak i innych. Musiałam się poświęcić wbrew temu, co jeszcze cichutko podszeptywało mi serce. Nawet w imię własnego nieszczęścia.

– Myślisz, że tego nie wiem? – zapytałam z westchnieniem, nad którym tak ciężko było mi zapanować. – Ale zostawmy to już – dorzuciłam, licząc, że brat Charliego wreszcie mnie posłucha i da mi spokój. – Bo wracanie do tego nie ma większego sensu.

Poskutkowało, bo przez resztę drogi na lotnisko nie zamieniliśmy ze sobą słowa. Pewnie w oczach tego chłopaka byłam zołzą, ale nic nie mogłam na to poradzić. Szkoda, bo w odróżnieniu od reszty rodziny Charliego Jonathan okazał się naprawdę miły.

***

Kiedy dojechaliśmy na miejsce, znów poczułam pieczenie pod powiekami. Zrozumiałam, że to finał podróży życia, w jaką zabrał mnie Charlie. I koniec mojej bajki, którą dla mnie napisał.

– Gabi? – Głos Jonathana ściągnął mnie na ziemię, bo zdaje się, że na moment odpłynęłam. – Na pewno wiesz, co robisz?

Niezdolna, by się odezwać, bo wzruszenie odebrało mi mowę, w odpowiedzi zaledwie skinęłam głową.

– Jesteś pewna?

Niczego nie byłam pewna. A już zwłaszcza tego, czy postąpiłam słusznie. To wspomnienie widoku Charliego, który wyglądał tak, jakby uszła z niego chęć życia, sprawiło, że znów ogarnęły mnie wątpliwości.

Spojrzałam na towarzyszącego mi chłopaka, ale już nic nie odpowiedziałam. Zwyczajnie nie miałam na to siły. I chciałam to mieć wreszcie za sobą.

– Kłótnie zdarzają się nawet w najlepszych związkach – powiedział, kiedy oboje zmierzaliśmy do hali odlotów.

Nie byłam pewna, czy naprawdę tak bardzo zależało mu na naszym szczęściu, czy po prostu nie umiał się zamknąć, nawet gdy go o to wyraźnie proszono.

– I wiesz, co myślę? – zapytał, ale nawet nie czekając na jakąkolwiek reakcję z mojej strony, dodał: – Wydaje mi się, że oboje źle to rozegraliście. Zwłaszcza Charlie – podkreślił. – Nie poznaję go. Mój starszy brat nigdy tak łatwo nie odpuszczał, nie poddawał się. To typ wojownika, zdobywcy – dodał, kręcąc głową, jakby nadal bił się z własnymi myślami, czym nie ułatwiał. Było mi coraz trudniej. – Naprawdę próbuję zrozumieć, co takiego między wami zaszło. Bo zanim zrzuciliście na nas tę bombę, dawno nie widziałem Charliego takim szczęśliwym i nic nie wskazywało, że…

– Nie chcę o tym mówić. Poza tym…

Już zamierzałam dodać, że po wyjaśnienia powinien udać się do brata albo do ojca, ale i tym razem Jonathan mnie ubiegł, mówiąc:

– On naprawdę cię kocha, Gabi. To jedno wiem na pewno.

„A ja jego!” – pragnęłam to wykrzyczeć na głos. Ale jedyne, co mogłam w tej chwili zrobić, to wziąć się w garść i stłumić szloch wyrywający się z mojej piersi.

– Dzięki za podwózkę – powiedziałam nienaturalnym, zupełnie niepodobnym do mojego głosem.

Unikając przenikliwego, nazbyt ciekawskiego spojrzenia Jonathana, odebrałam z jego rąk walizkę i ruszyłam przed siebie.

– Gabi?

Przystanęłam na moment, choć w obliczu sytuacji, w jakiej się teraz znalazłam, powinnam oddalić się stamtąd jak najprędzej.

– Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić? – usłyszałam za plecami. A kiedy nie zareagowałam, Jonathan dodał: – A może mam mu coś od ciebie przekazać?

– Przepraszam – rzuciłam przez ramię, a potem wmieszałam się w tłum i zniknęłam za rozsuwanymi szklanymi drzwiami lotniska.

Charlie

Już dawno się tak nie upiłem. Byłem tak nawalony, że prawie zupełnie nie kontaktowałem. Nie wiedziałem nawet, kiedy zasnąłem i jak znalazłem się w sypialni, we własnym łóżku, w dodatku bez ubrania. Odkryłem to, kiedy przebudziłem się nagle, w środku nocy. Obudziłem się, bo język przysechł mi do podniebienia.

„Gabi mnie zostawiła” – dotarło to do mnie dokładnie w tym samym momencie. „Wzięła kasę od ojca i ulotniła się. Wyceniła mnie na pół miliona funtów”.

– Kurwa! – zakląłem, próbując zwlec się z łóżka.

– Leż spokojnie – usłyszałem.

To Susan. Wcześniej, w panujących wokół ciemnościach, nie zauważyłem jej. Dostrzegłem ją dopiero w chwili, gdy mój wzrok przyzwyczaił się do mroku. Leżała na brzegu mojego wielkiego łoża. Czuwała. To pewnie ona mnie do niego położyła. W przeszłości, zwłaszcza po suto zakrapianych imprezach, zdarzało się to niejednokrotnie. Wtedy bardzo doceniałem jej starania, teraz jednak przez wzgląd na okoliczności nie była tu mile widziana.

Czy byłem egoistą? Pewnie tak, ale zupełnie mnie to nie obchodziło, bo w tej chwili chciałem być sam.

– Zostaw mnie – burknąłem, rezygnując ze wstawania, i jedynie przekręciłem się na drugi bok.

– Dobrze wiesz, że tego nie zrobię – usłyszałem w odpowiedzi. – Śpij, mój mały słodki książę.

Nie skomentowałem tego choćby słowem, mimo że nie podobało mi się to ani trochę. I zaraz potem znów zapadłem w sen.

***

Kiedy się ponownie ocknąłem, w pokoju było już zdecydowanie jaśniej. Odkryłem, że leżę na brzuchu, a moja głowa zwisa z łóżka, dokładnie nad ustawioną obok niego miską. Powinno być mi wstyd, bo oczywiście nie była pusta. Ale nie czułem ani krzty zażenowania. Teraz bowiem miałem znacznie poważniejszy problem. Pękała mi czaszka, a do tego szybko powróciły wspomnienia wczorajszego wieczoru. Nazbierało się tego. Nierozstrzygnięta rozmowa z Elizabeth oraz wieść o ciąży, w którą, jak się szybko okazało, z premedytacją mnie wrobiła. Niemniej nawet teraz żadna z tych spraw nie zaprzątała mi myśli bardziej niż obraz odchodzącej Gabrieli, który jak na zawołanie pojawił się przed moimi oczyma.

Obróciłem się na plecy i westchnąłem. Nadal nie mogłem uwierzyć, że wystarczyła jedna rozmowa z ojcem, a ona od razu się wycofała. I wciąż nie pojmowałem, jak mogła zrobić to tak łatwo. Do tego mnie sprzedała. Tę myśl znieść mi było bardzo ciężko. Ale najgorsze były jej słowa…

Nie kocham cię, Charlie… Zrozumiałam to z chwilą, kiedy dotarło do mnie, że ty się nigdy nie zmienisz… Jesteś playboyem. Kochasz przygodę, adrenalinę i… kobiety.

Uśmiechnąłem się gorzko, bo dotarło do mnie, jaki jestem żałosny.

Właściwie zrozumiałem to już wtedy, gdy w tej jednej przeklętej chwili odkryłem, co tak kurczowo Gabriela ściskała w dłoniach. I ile jest to dla niej warte.

To moja przepustka do nowego, lepszego życia.

Potarłem twarz. A potem, krzywiąc się z bólu, zwlokłem się z łóżka. Przekląłem, gdy na moment straciłem równowagę i omal nie wylądowałem na podłodze.

– To chyba nie jest najlepszy pomysł – doszło mnie wówczas gdzieś z głębi sypialni. – Wracaj do łóżka, Charlie.

To znowu ona… I jak zwykle chciała dobrze. Ale w tym jednym momencie nie obchodziły mnie jej szczere chęci.

Zupełnie lekceważąc dobre rady Susan, lekko chwiejnym krokiem poszedłem do łazienki. Zapaliłem światło i zamknąłem za sobą drzwi. Chciałem być sam. I miałem do tego prawo.

Stanąłem przed lustrem. Czułem się fatalnie i tak też wyglądałem. Miałem potargane włosy, sińce pod oczami. Byłem też przeraźliwie blady. Najsłabiej jednak w moim chujowym wyglądzie wypadały oczy. Nie dość, że były przekrwione, to jeszcze przeraźliwie smętne, nienaturalnie zamglone.

Naprawdę nie pamiętam, kiedy ostatni raz widziałem się w aż tak opłakanym stanie.

Odstąpiłem od lustra i wszedłem do kabiny. Odkręciłem kurek z gorącą wodą, choć chyba zasługiwałem co najwyżej na lodowatą. Strumień szybko objął moją głowę, ramiona i plecy, a nawet spięte pośladki czy drżące, wciąż nie do końca stabilne nogi. Ale nawet prysznic niewiele pomagał, bo wciąż czułem się jak wrak.

Nie poddawałem się jednak. Zamknąłem oczy, skierowałem twarz w kierunku deszczownicy i… natychmiast ujrzałem jej oblicze.

– Gabi? – Ruszyłem za nią. Nie mogłem dłużej bezczynnie siedzieć na kanapie i patrzeć, jak odchodzi. – Zaczekaj…

Oczywiście nie posłuchała, choć wyraźnie zareagowała na dźwięk mojego głosu. Spięła się, a nawet wyprostowała zbyt nienaturalnie.

Odstawiłem szklankę z drinkiem na stolik, po czym bez problemu dogoniłem Gabrielę. Łapiąc za ramię, zatrzymałem ją w miejscu.

– Zostań – poprosiłem żałosnym, zupełnie niepodobnym do siebie głosem, a następnie ją odwróciłem. – Nie odchodź. Dam ci więcej niż on. Oddam ci wszystko. Tylko zostań ze mną.

Był czas, że myślałem, iż jestem najtwardszym facetem, który stąpa po ziemi, ale jak widać, pomyliłem się. Bo na to wspomnienie łzy znów zapiekły mnie pod powiekami.

– Wybacz, Charlie…

Nigdy nie byłem jakimś jebanym mięczakiem, a ostatni raz płakałem na pogrzebie mamy, jednak w tej jednej chwili nie byłem w stanie nad sobą zapanować.

– Kurwa mać! – wyłkałem bezsilnie, zakręcając kurek z wodą. – Dlaczego?!

Gabi

Pomimo że lot do Wrocławia dłużył mi się okropnie, prawie go nie pamiętam. Wiem tylko, że przez cały ten czas czułam się fatalnie. Fizycznie i psychicznie. Byłam zdruzgotana. W dodatku nie miałam żadnego planu, co zrobię zaraz po wylądowaniu. Przeleciało mi przez głowę, czy może nie powinnam wsiąść w pierwszy złapany pociąg lub autobus i pojechać nim nad morze, do Ustki, do mojego rodzinnego domu. Bo wiedziałam, że pokazywanie się Łukaszowi w takim stanie to zły pomysł. Ale szybko porzuciłam tę szaloną myśl, gdyż uznałam, że wariant ucieczki przed rzeczywistością jest także do kitu.

„Przecież Łuki mógł już się wszystkiego dowiedzieć od… niego” – pomyślałam z pogłębiającym się smutkiem.

Mój wisielczy nastrój nie odpuszczał, bo naraz dotarło do mnie, że obecna sytuacja może zniszczyć wieloletnią przyjaźń, o którą przez lata dbali zarówno mój brat, jak i Charlie.

„Co ja narobiłam…?”

***

Zaraz po tym, jak włączyłam telefon, prawie natychmiast otrzymałam SMS-a. Czy byłam rozczarowana, odkrywając, że nieodebrane połączenie nie pochodziło od Charliego, a od Iwony? Bardzo. Wiedziałam, że to bez sensu, ale nic nie mogłam na to poradzić.

Z moich ust uleciało westchnienie. Nie miałam ochoty na rozmowę, ale czułam, że nie mogę dłużej zwodzić przyjaciółki. Odkąd wyjechałam z Charliem, właściwie nie miałyśmy ze sobą kontaktu. Obiecywałam, że się odezwę, że pogadamy – bo i było o czym – ale zamiast tego wysłałam jej raptem kilka krótkich wiadomości, które w zasadzie niewiele mówiły o mojej sytuacji. Ale z tego, co pisała Iwona, Magda jej na mnie doniosła. Nie byłaby sobą, gdyby nie koloryzowała. I oczywiście niby niechcący napomknęła o „angielskim ogierze”, co w szczególności zaciekawiło moją przyjaciółkę. Dlatego obiecałam Iwonie, że wszystko jej opowiem ze szczegółami, choć w tej chwili była to ostatnia rzecz, na jaką miałam ochotę.

– Tak, Iwonka? – zaszczebiotałam do słuchawki, pozorując radość.

– Wiesz, ile czekałam na ten telefon? – odpowiedziała z pretensją.

– Wiem. Przepraszam. I…

I nagle zabrakło mi słów, głos uwiązł w gardle, a do oczu napłynęły łzy. Nie pomogło nawet rześkie, polskie powietrze, które uderzyło w moje policzki, jak tylko opuściłam budynek lotniska. Szloch, do którego nie chciałam dopuścić, z całym okrucieństwem wyrywał się z mojej piersi.

– Gabi? Co się dzieje? – zapytała Iwona zaniepokojonym głosem. – Gabrysiu…?

***

Ocknęłam się, gdy poczułam na twarzy czyjeś dłonie. Dźwignęłam powieki, które zdawały się ważyć tonę, i jak przez mgłę ujrzałam kilku pochylających się nade mną ludzi. Ich ubrania w kolorze czerwieni i odblaski świadczyły, kim naprawdę byli. To ratownicy medyczni.

– Czy coś panią boli? – doszło mnie pytanie.

W zasadzie nie byłam tego pewna, ale odruchowo zaprzeczyłam.

– Jak się pani nazywa?

– Mam na imię Gabriela – wydusiłam słabo. – Gabriela Hoffman.

– Pamięta pani, co się stało?

Ostatnim, co zapamiętałam, było to, że zrobiło mi się duszno, a świat wokół mnie zaczął tańczyć.

– Tylko zawirowało mi w głowie – odparłam, próbując usiąść. To jednak nie było takie proste, bo znów zakręciło mi się w głowie.

– Proszę leżeć spokojnie. Zbadam panią – oznajmił mężczyzna, na którego kurtce znajdowała się naszywka „lekarz”.

– Ale mi nic nie jest…

– Pozwoli pani, że sam to ocenię – stwierdził.

A potem dokładnie obejrzał moją głowę, która nagle zaczęła mnie boleć. Sprawdził też źrenice, używając do tego ostrego światła latarki.

– Nic nie wskazuje, że doznała pani jakichś poważniejszych obrażeń, ale zabieramy panią do szpitala.

– Ale mi naprawdę nic nie jest. – Zerwałam się, żeby to udowodnić, ale nadal nie byłam w stanie złapać pionu. Pozostałam więc w pozycji siedzącej. – Ja tylko…

– Proszę nie wstawać! – upomniał mnie lekarz. – Uderzyła się pani w głowę. Krwawienie jest niewielkie, ale wymaga interwencji chirurga.

„To stąd ten ból” – pomyślałam, dotykając odruchowo skroni.

Na palcach zauważyłam odbitą krew. A jej widok… Omal ponownie nie zemdlałam.

***

– Nic mi nie jest, braciszku – zapewniłam Łukasza.

W szpitalu nalegali, żebym o swoim stanie powiadomiła kogoś z rodziny. A że miałam tylko jego…

– Jakoś ci nie wierzę – doszło mnie ze słuchawki. – Nie ruszaj się stamtąd. Zaraz po ciebie przyjadę.

– Dam sobie radę.

– Będzie, jak powiedziałem, Gabrielo – usłyszałam wówczas jego stanowczą odpowiedź.

To cały mój brat. Myślałam, że po tym, co zaszło między mną a Charliem, trochę mi odpuści. Jak widać, myliłam się. A Łukaszowi nie znudziło się ojcowanie.

– Ale…

– Nie chcę słyszeć żadnego „ale”. Dzwonią do mnie ze szpitala, że znaleziono cię na ulicy z rozbitą głową, a ty mi próbujesz wmówić, że nic się nie stało i że nie potrzebujesz niczyjej pomocy?! – Łukasz był zły. I znowu podnosił głos, choć jeszcze chwilę temu brzmiał troskliwie i miło. – I możesz mi wyjaśnić, gdzie jest, do cholery, Charlie?

– Łuki…

Nie miałam pojęcia, jak się za to zabrać i jak powiedzieć o wszystkim bratu. Znałam go i nietrudno było zgadnąć, jak zareaguje na wieść o naszym rozstaniu. I co powie.

„A nie mówiłem?” – to najłagodniejszy ze scenariuszy.

– Coś odpieprzył, tak? – nagle padło po drugiej stronie.

– Porozmawiamy, jak wrócę.

– Nie ruszaj się stamtąd, Gabrielo – podkreślił kolejny raz Łukasz. Przyjadę najprędzej, jak to możliwe.

– Uważaj na siebie – odparłam jedynie, po czym się rozłączyłam.

Polemizowanie z nim na jakiekolwiek tematy, zwłaszcza kiedy był tak mocno wzburzony, nie miało najmniejszego sensu.

W międzyczasie postanowiłam zadzwonić do Iwony. Musiałam dokończyć przerwaną rozmowę. I uspokoić ją. Bo pewnie szalała z troski.

Z kontaktów wybrałam jej numer. Odebrała już po pierwszym sygnale.

– Naprawdę chcesz, żebym przez ciebie zeszła na zawał? – niemal natychmiast rozległo się w słuchawce.

– Przepraszam. Nie planowałam tego.

– Pisałaś, że nic ci nie jest. Mam ci uwierzyć na słowo?

Po tym, jak się ocknęłam i zabrano mnie do szpitala, zanim odebrałam telefon od brata, rzeczywiście zdążyłam napisać SMS-a do przyjaciółki. Wiedziałam, że się martwi, bo w sumie nie dokończyłyśmy rozmowy. Dlatego musiałam ją uspokoić.

– Naprawdę to nic takiego.

– Pewnie – odparła z nutą drwiny. – Rozbijanie się na chodnikach to bułka z masłem.

Zanim jej coś odpowiedziałam, westchnęłam.

– Mam za sobą ciężki dzień. – Starałam się, żeby mój głos brzmiał jak najnormalniej. I po cichu liczyłam, że Iwona odpuści i nie będzie mnie wypytywać o szczegóły.

– To przez tego Anglika? Tak zawrócił ci w głowie, że…

– Charlie jest Szkotem – przerwałam jej. – I nie. To nie jego wina.

– Gabi?

– Właściwie już nie ma o czym mówić – wyrwało mi się.

– Żartujesz?

– Iwonka, ja…

Nie wytrzymałam. Rozpłakałam się jak dziecko. W samolocie obiecałam sobie, że będę oszczędzać łzy na poważniejsze okazje – zwłaszcza że czekała mnie szczera i pewnie zarazem wyczerpująca rozmowa z bratem – ale to okazało się silniejsze ode mnie.

– Gabi… – doszło mnie naraz ze słuchawki. – Tak bardzo mi przykro. Czy mogę coś dla ciebie zrobić? Jakoś ci pomóc?

– Mnie już nie da się pomóc – odparłam, pociągając nosem. – Nic a nic.

– Pamiętasz nasze motto? – zapytała nagle. Ale nawet nie dała mi chwili na zastanowienie, bo dorzuciła: – Padłaś? Powstań! Popraw koronę. I zapierdalaj!

Uśmiechnęłam się przez łzy. Był czas, że rzeczywiście to było nasze powiedzenie. Miło było wracać do tamtych czasów.

– No już, nie płacz – odezwała się ponownie pełnym ciepła i cierpliwości głosem. – Mam pomysł! Przyjedź nad morze. Pospacerujemy po plaży, pogadamy sobie, a jak będzie trzeba, to i popłaczemy razem. Co ty na to?

– Bardzo bym chciała, ale…

Nie zdążyłam dokończyć, bo Iwona, zdaje się, mnie przejrzała.

– Chrzań Łukasza. Jesteś dorosła i masz prawo decydować o sobie.

– Wiem, tylko…

– Dobra, nie naciskam. Zrobisz, jak zechcesz. Ale wiesz, że możesz na mnie liczyć? W każdej sprawie.

– Wiem. Niestety muszę kończyć, bo przyszedł lekarz.

Mówiłam prawdę. Nie zbywałam jej.

– Zadzwonię później.

Rozłączyłam się, a następnie niedbale, wierzchem dłoni, obtarłam twarz, co zamiast pomóc, raczej mi tylko zaszkodziło, bo chyba roztarłam po policzkach smarki.

– Proszę. – Mężczyzna podał mi chusteczkę. Podziękowałam cicho. – Właśnie z laboratorium przyszły wyniki pani badań.

– Coś mi dolega? – zapytałam, widząc powagę malującą się na twarzy mężczyzny. – Umieram?

Chyba się wygłupiłam tym pytaniem, ale to jedyne, co w tym momencie przyszło mi do głowy. Jakiś czas temu mieliśmy na uczelni pewną dziewczynę. Zachorowała z dnia na dzień i umarła, choć przez długi czas zupełnie nic nie wskazywało na postępującą i wyniszczającą chorobę.

– Nie. Aż tak źle nie jest – odpowiedział żartobliwie doktor, a jego nastrój i mnie się udzielił. Uśmiechnęłam się nawet.

– Wobec tego, co mi dolega?

– Wartość stężenia beta-HCG w surowicy wskazuje na wczesne stadium…

– To rak? Mam nowotwór, doktorze?

– Nie. Z pewnością nie ma pani raka, pani Gabrielo.

– Więc co? I o co chodzi z tym wczesnym stadium?

– HCG w surowicy krwi jest nieznacznie podniesione, ale na ogół oznacza zaledwie albo aż – podkreślił wymownie – ciążę. Spodziewa się pani dziecka, pani Gabrielo – stwierdził.

A ja tylko naprzemiennie otwierałam i zamykałam usta. Bo…

„Nie. Na pewno nie. To przecież niemożliwe!”