Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Minęło osiem miesięcy, odkąd wszyscy dorośli zniknęli. RAMZ trwa.
Przetrwali głód. Przetrwali kłamstwa. Ale gdy się jest odciętym od reszty świata, nic nie trwa zbyt długo – nawet spokój. Na chwilę wydawało się, że Perdido Beach odetchnie po krwawych walkach. Tymczasem coś znów się budzi.
Ciemność znalazła drogę do umysłu swojego Nemezis i powoli przejmuje kontrolę, siejąc obłęd i halucynacje. Po mieście rozlewa się śmiertelna, błyskawicznie roznosząca się choroba. A z ziemi wychodzą żarłoczne insekty – stworzenia o ostrych jak brzytwa szczękach, które polują w mroku.
W ramionach strachu i niepewności Sam, Astrid, Caine i Diana zaczynają tracić nadzieję, że uda im się przeżyć – albo choćby zachować resztki człowieczeństwa. Bo granica między walką o przetrwanie a desperacją dawno już się zatarła.
Wśród przerażenia i zniszczenia będą musieli podjąć najtrudniejsze decyzje – kogo uratować… i jaką cenę za to zapłacić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 495
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginału: Plague
PLAGUE. Copyright © 2011 by Michael Grant. Published by arrangement with HarperCollins Publishers. All rights reserved. Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Malwina Stopyra, 2026
Wydanie I
Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska
Marketing i promocja: Gabriela Wójtowicz, Marta Adrian
Redakcja: Agnieszka Ewa Zygmunt
Korekta: Beata Buko, Robert Narloch
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl
Projekt okładki i strony tytułowe: Florian Rychlik
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-25-3
Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dahra Baidoo miała siedem nowych przypadków grypy. Łącznie było ich już trzynaście. Prowizoryczny szpital aż huczał od kaszlu.
W nocy nikt nie umarł.
Ale nikt też jeszcze nie wydobrzał. Dotyk Lany tutaj nie pomagał. Co oznaczało, że zadaniem Dahry nie było już zapewnianie dzieciakom komfortu do czasu pojawienia się Lany, która wszystko naprawiała: teraz zajmowała się próbami zrozumienia tej choroby.
Mierzyła temperaturę. Zapisywała wszystko mniej lub bardziej dokładnie, żeby śledzić postępy grypy.
Starała się nie myśleć o historii Jennifer, która wcale nie wycofywała się z tego, co opowiadała: widziała, jak druga Jennifer zakaszlała się na śmierć.
Dahra próbowała też nie zastanawiać się na tym, co to oznaczało, jeśli choroba wykształciła odporność na Lanę.
Dla Katherine, Jake’a i Julii
Stał przygotowany na skraju tafli szkła. Boso. Utrzymywał idealną równowagę. Jedna stopa przed drugą. Ręce rozłożone po bokach. Teraz tak wyglądała gra.
Tafla szkła opadała coraz niżej i niżej, przez całą wieczność. Jak migocząca, prześwitująca zasłona.
Górna krawędź szkła była cienka, do tego stopnia, że mogła go skaleczyć, gdyby się pośliznął, przewrócił albo wykonał zbyt gwałtowny krok. Była delikatną wstęgą tęczy, odbijającą jasne czerwienie, zielenie i żółcie.
Po jednej stronie szkła – ciemność. Po drugiej – jaskrawe, zatrważające kolory.
Widział rzeczy znajdujące się na prawo, pod prawą ręką, tuż poza zasięgiem palców. Tam na dole byli jego mama, tata i siostra. Były tam również poszarpane krawędzie i ostre dźwięki, które sprawiały, że chciał zakryć uszy dłońmi. Kiedy spojrzał na te rzeczy, na tych ludzi, chybotliwe, niematerialne domy, meble o ostrych brzegach, dłonie ze szponami i zakrzywione nosy, a także wpatrujące się intensywnie ślepia i krzyczące paszcze, aż chciał zamknąć oczy.
Ale to nie podziałało. Widział je nawet przez zaciśnięte powieki. I słyszał. Jednak nie rozumiał ich dzikich, pulsujących barw. Czasami ich słowa wcale nie były słowami, tylko jasnymi, kolorowymi jak papuzie pióra włóczniami, wystrzelającymi z ich ust.
Matka, ojciec, siostra, nauczyciel, inni. Ostatnio tylko siostra i inni. Mówili różne rzeczy. Niektóre słowa pojął. Pete. Petey. Mały Pete. Znał te określenia. Czasem były też delikatne wyrazy, jak mięciutkie kociaki albo poduszki, które płynęły od jego siostry, i dzięki nim przez jakiś czas czuł spokój, aż do następnego przenikliwego wrzasku, kolejnego ataku ostrych kolorów.
Po lewej stronie, daleko poniżej tafli szkła, znajdował się zupełnie inny świat. Milczące, przypominające duchy postaci dryfowały w ciszy, zabarwione odcieniami szarości. Żadnych twardych krawędzi, żadnych donośnych dźwięków. Żadnych okropnych kolorów, które sprawiały, że chciał zacząć krzyczeć. Było tam ciemno i bardzo, bardzo cicho.
Tam na dole znajdowała się delikatnie świecąca kula, niczym słabe, zielone słońce. Czasami do niego sięgała. Macka. Mgła. Dotykała go, kiedy starał się utrzymać równowagę, jedna stopa za drugą, ręce rozłożone po bokach.
Spokój. Cisza. Nicość. Szeptała do niego te myśli.
Czasami grała. W grę.
Pete lubił gry. Tylko ta lewa strona grała tak, jak on chciał; partie musiały być rozgrywane na jego zasadach, zawsze tak samo, niezmiennie. Ale ostatnia gra, w którą Pete grał z Ciemnością, okazała się brutalna i zbyt jaskrawa. Nagle zaatakowała go niczym strzały wbite w mózg. Zniszczyła grę.
Tafla szkła wtedy pękła. Ale teraz znowu była cała, a on balansował na szczycie. Jakby było mu przykro, łagodne, zielone słońce powiedziało swoim szepczącym głosem: Zejdź do mnie na dół i zagrajmy.
Po drugiej stronie – tej wzburzonej, brzęczącej, trudnej stronie – jego siostra, jej twarz jak napięta maska pod żółtymi włosami, różowe usta, błyszczące bielą zębów i głośne. Popychała go rękami jak młotami.
– Przekręć się. Muszę wyjąć spod ciebie to prześcieradło. Jest całe przemoczone.
Pete zrozumiał niektóre z tych słów. Wyczuł ich twardość.
Ale jeszcze bardziej poczuł coś innego. Jakąś dziwność. Obcość. Coś niewłaściwego, głębokiego, jak pulsująca, muzyczna nuta, smyczek przeciągnięty po strunach, który odciągnął jego uwagę od lewej i prawej strony, a nawet od tafli szkła, na której balansował.
To coś pochodziło z miejsca, do którego nigdy nie zaglądał: z jego wnętrza.
Teraz Pete popatrzył w dół, na swoją postać, jakby wyszedł z siebie i dryfował w powietrzu. Spojrzał na własne ciało, zaintrygowany nim. Tak, to był nowy głos, uporczywy ton, wymagający, bardziej nieodparty nawet niż delikatne pomruki Ciemności czy brzęczące słowa jego siostry. Jego ciało domagało się uwagi, odciągając go od tej gry polegającej na balansowaniu na tafli szkła.
– Pocisz się – powiedziała jego siostra. – Jesteś rozpalony. Zmierzę ci temperaturę.
72 godziny, 7 minut
Sam Temple był pijany.
Stanowiło to dla niego nowe doświadczenie. Miał piętnaście lat i w przeszłości raz czy dwa wykradł trochę wina swojej matki. Wypił też pół piwa jako trzynastolatek. Nie zasmakowało mu za bardzo, bo było gorzkie.
Raz zaciągnął się skrętem, jeszcze przed pojawieniem się RAMZ. Praktycznie tylko wciągnął dym w płuca, a potem przez godzinę czuł się dziwnie opuchnięty, aż w końcu zasnął.
To nigdy nie było dla niego. Nie był częścią imprezującego tłumu.
Ale tego wieczora poszedł zajrzeć do uwięzionego potwora, który był jednocześnie Brittney i Drakiem, i usłyszał zawodzenie Drake’a, obsceniczne groźby i wycie, morderczą wściekłość. A potem, co jeszcze gorsze, usłyszał błagania Brittney o śmierć.
– Sam, wiem że słuchasz – powiedziała przez zabarykadowane drzwi. – Wiem, że tam jesteś, rozpoznałam twój głos. Nie zniosę tego dłużej. Sam, skończ to. Proszę, błagam cię, uwolnij mnie, pozwól mi pójść do nieba.
Wcześniej tego wieczora Sam odwiedził Astrid. Nie poszło za dobrze. Astrid próbowała, on też, ale zbyt wiele spraw między nimi było nie w porządku. Dzielili ze sobą zbyt dużo historii.
Pocałował ją. Przez chwilę odpowiadała tym samym. A potem zaczął naciskać. Jego dłonie powędrowały tam, gdzie chciał, a ona go odepchnęła.
– Wiesz, że powiem „nie”, Sam – stwierdziła.
– Tak, można stwierdzić, że odebrałem wiadomość – odparł, wściekły i sfrustrowany, ale starał się zachować jakieś pozory opanowania.
– Jeśli zaczniemy, jak myślisz, ile czasu minie, zanim wszyscy się dowiedzą?
– Wcale nie dlatego nie chcesz ze mną sypiać – powiedział Sam. – Nie zrobisz tego, bo według ciebie to oznacza oddanie kontroli. A tobie chodzi tylko o kontrolę, Astrid.
Taka była prawda. A przynajmniej on w to wierzył.
Ale gdyby miał być szczery, a nie wściekły, przyznałby, że Astrid miała własne problemy. Że przepełniało ją poczucie winy i nie potrzebowała kolejnej rzeczy, która je wywoływała.
Mały Pete był w śpiączce. Astrid obwiniała siebie, chociaż to głupie, a o niej można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że była głupia.
Jednak mały Pete to jej brat. Jej odpowiedzialność.
Jej brzemię.
Po tym odtrąceniu Sam stał niezręcznie, podczas gdy Astrid karmiła małego Pete’a zupą z ryby i karczochów. Mimo że jego usta były pozbawione życia, chłopiec potrafił przełykać. Był w stanie chodzić, kiedy go prowadziła. Korzystał z dziury wykopanej na podwórku, ale Astrid musiała go podcierać.
Teraz tak wyglądało jej życie. Była pielęgniarką autystycznego chłopca, który miał całą moc świata zamkniętą w swoim wnętrzu. Obecnie był więcej niż autystyczny: mały Pete przepadł. Nie dało się określić, w jakie miejsce tego przedziwnego umysłu się zagłębił.
Astrid nie uściskała Sama, kiedy powiedział, że wychodzi. Nie dotknęła go.
Tak właśnie wyglądał wieczór Sama. Astrid i mały Pete. A potem bliźniacze, nieumarłe stworzenie, którego pilnowali Orc i Howard.
Gdyby Drake jakimś sposobem uciekł, istniały zapewne tylko dwie osoby, które były w stanie go pokonać: Sam i Orc. Sam potrzebował Orca jako strażnika Drake’a, więc ignorował butelki obok kanapy olbrzyma i „skonfiskował” tylko tę jedną, pozostającą na widoku na kuchennym blacie.
– Wyrzucę to – powiedział Howardowi. – Wiesz, że to nielegalne.
Howard wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko. Jakby rozumiał. Jakby dostrzegł błysk chciwości i potrzeby w oczach Sama. Ale Sam tego nie wiedział. Zamierzał rozbić butelkę albo wrzucić ją do śmietnika.
Zamiast tego zabrał ją ze sobą. Przez ciemne ulice. Obok spalonych domów i ich duchów.
Obok cmentarza.
Aż do plaży. Odkręcił korek, gotowy wylać zawartość na piach. Jednak ostatecznie upił łyk.
Paliło jak ogień.
Wziął kolejny. Tym razem palenie było mniejsze.
Ruszył dalej plażą. W głębi serca wiedział, dokąd szedł. Był świadomy tego, że stopy niosły go na klif.
Teraz, wiele łyków później, stał na jego szczycie, chwiejąc się. Efekt alkoholu był niezaprzeczalny. Wiedział, że był pijany.
Spojrzał w dół na niewielki łuk plaży u stóp klifu. Delikatna fala tworzyła świecące krzywizny na ciemnym piasku.
Dokładnie tutaj, w miejscu, gdzie stał, Mary poprowadziła maluchy do samobójczego skoku. Tym, co uratowało te dzieci, był heroiczny wyczyn Dekki.
Teraz Mary już nie było.
– Za ciebie, Mary – powiedział. Przechylił butelkę i napił się solidnie.
Zawiódł Mary. Od samego początku zajęła się maluchami, prowadziła żłobek. Dźwigała to brzemię prawie zupełnie sama.
Widział efekty jej anoreksji i bulimii. Ale nie rozumiał, co się z nią działo, i wcale tego nie chciał.
Słyszał nerwowe plotki o tym, że Mary brała wszelkie leki, jakie wpadły jej w ręce, wszystko, co według niej mogło złagodzić depresję.
O tym też nie chciał nic wiedzieć.
Ale przede wszystkim powinien przewidzieć, co planowała Nerezza, powinien kwestionować, naciskać.
Powinien.
Powinien.
Powinien...
Kolejny pokaźny łyk płynnego ognia. Palenie sprawiło, że się roześmiał. Śmiał się w stronę plaży, gdzie umarła Orsay, fałszywa prorokini.
– Do widzenia, Mary – wybełkotał, unosząc butelkę w szyderczym toaście. – Przynajmniej ty się stąd wydostałaś.
Na ułamek sekundy, w dzień zniknięcia Mary, bariera została zdjęta. Zobaczyli świat na zewnątrz: platformę obserwacyjną, wozy satelitarne, place budowy restauracji fast food i tanich hoteli.
Wszystko wydawało się bardzo, bardzo prawdziwe.
Ale czy takie było? Astrid powiedziała, że nie, że to kolejna iluzja. Tyle że Astrid nie była szczególnie uzależniona od prawdy.
Sam zakołysał się na skraju klifu. Tęsknił za Astrid, a alkohol wcale nie złagodził tego uczucia. Tęsknił za dźwiękiem jej głosu, ciepłem jej oddechu na szyi, za jej ustami. Tylko dzięki niej jeszcze nie oszalał. Ale teraz to ona stała się źródłem tego szaleństwa, ponieważ jego ciało domagało się tego, czego nie chciała mu dać. Aktualnie przebywanie w jej obecności wywoływało jedynie ból, pustkę i pragnienie.
Bariera była obok, zaledwie kilka metrów stąd. Nieprzenikniona. Matowa. Bolesna w dotyku. Słabo błyszcząca, szara kopuła, która zamykała trzydzieści kilometrów wybrzeża Południowej Kalifornii w gigantycznym terrarium. Albo zoo. Wszechświecie.
Lub więzieniu.
Sam próbował się na niej skupić, ale jego wzrok nie działał zbyt dobrze.
Z przesadną ostrożnością pijanego człowieka odstawił butelkę na ziemię.
Wyprostował się. Spojrzał na swoją rękę, a potem wyciągnął ramię i skierował wnętrze dłoni w stronę bariery.
– Naprawdę cię nienawidzę – powiedział do niej.
Dwa promienie palącego, zielonego światła wystrzeliły z jego dłoni. Strumienie skupionego blasku.
– Aaaaahhhh! – wrzasnął, wycelował i strzelił.
Wykrzyknął głośne przekleństwo. A potem kolejne, gdy wystrzelił znowu i znowu.
Światło uderzyło w barierę, ale nic się nie wydarzyło. Nic nie spłonęło. Nic się nie dymiło ani nie zwęgliło.
– Płoń! – ryknął Sam. – Płoń!
Przesunął promienie w górę, śledząc krzywiznę kopuły. Wściekał się, wył i strzelał.
Bez rezultatu.
Nagle usiadł. Jasny ogień zgasł. Zatoczył się niezdarnie po butelkę.
– Mam ją – odezwał się głos.
Sam się odwrócił, szukając jego źródła. Nie mógł go znaleźć. Jej. Bo to była ona, był prawie pewien, dziewczęcy głos.
Podeszła do miejsca, gdzie mógł ją zobaczyć. Taylor.
Taylor była ładną dziewczyną azjatyckiego pochodzenia, która nigdy się nie kryła z zainteresowaniem Samem. Ona też była dziwolągiem, trzy kreski, z mocą teleportacji. Potrafiła w jednej chwili przenieść się do miejsca, które widziała albo w którym była wcześniej. Nazywała to „przeskakiwaniem”.
Miała na sobie koszulkę, szorty i tenisówki. Rozwiązane, bez skarpetek. Nikt już nie ubierał się dobrze. Ludzie nosili to, co było chociaż względnie czyste.
I nikt nie poruszał się bez broni. Taylor miała wielki nóż w ładnej, skórzanej pochwie.
Nie była piękna jak Astrid. Ale nie była też zimna i zdystansowana, nie patrzyła na niego oskarżycielsko. Przyglądanie się Taylor nie wypełniało jego umysłu po brzegi wspomnieniami miłości i gniewu.
Nie była dziewczyną stanowiącą centrum jego życia przez ostatnie miesiące. Nie tą, która pozostawiła go sfrustrowanego, upokorzonego i czującego się jak głupek. Był bardziej samotny niż kiedykolwiek.
– Hej, Taylor. Skacząca Taylor. Co słychać?
– Zobaczyłam światło – powiedziała.
– Tak, światło to cały ja – wybełkotał.
Uniosła butelkę, niepewna, co z nią zrobić.
– Nie. – Machnął w jej stronę. – Ja chyba mam już dość. A ty? – mówił z nadzwyczajną dokładnością, starając się nie seplenić. Bezskutecznie.
– Chodź, usiądź ze mną, Taylor. Taylor, skacząca Taylor.
Zawahała się.
– No dalej. Nie ugryzę cię. Dobrze będzie porozmawiać z kimś... normalnym.
Taylor nagrodziła go krótkim uśmieszkiem.
– Nie wiem, czy jestem normalna.
– Bardziej niż niektórzy. Właśnie zajrzałem do Brittney – powiedział. – Masz w sobie potwora, Taylor? Musisz być zamknięta w piwnicy, bo siedzi w tobie jakiś psychopata z batem zamiast ramienia? Nie? Widzisz? Jesteś taka normalna, Taylor.
Zapatrzył się na barierę, na nietkniętą, nieporuszoną barierę.
– Czy kiedykolwiek błagasz, żeby zostać spaloną na popiół i dzięki temu być wolną, żeby wrócić do Jezusa, Taylor? Nie. Widzisz, bo tak właśnie robi Brittney. Nie, ty jesteś całkiem normalna, skacząca Taylor.
Taylor usiadła obok niego. Niezbyt blisko. Po przyjacielsku, w odległości odpowiedniej do rozmowy.
Sam nic nie powiedział. W jego głowie ścierały się dwie różne potrzeby.
Ciało podpowiadało, żeby się nie wahał. A umysł... cóż, był zdezorientowany i nie do końca miał nad sobą kontrolę.
Wyciągnął rękę i ujął dłoń Taylor. Nie odsunęła się.
Przesunął rękę w górę jej ramienia. Zesztywniała odrobinę i rozejrzała się, żeby sprawdzić, czy nikt ich nie widział. A może miała nadzieję, że jednak ktoś patrzył.
Złapał ją za kark. Pochylił się i przyciągnął ją.
Pocałował.
A ona odpowiedziała.
Pocałował ją mocniej. A ona wsunęła dłoń pod jego koszulkę, przesuwając palcami po nagiej skórze.
I wtedy się odsunął, szybko.
– Wybacz, ja... – zawahał się, jego rozochocony umysł walczył z ciałem, które nagle stanęło w płomieniach.
Podniósł się bardzo gwałtownie i odszedł.
Taylor zaśmiała się beztrosko w stronę jego pleców.
– Znajdź mnie, kiedy znudzi ci się nadskakiwanie królowej lodu, Sam.
Wszedł w nagłą, chłodną bryzę. Innym razem, w innych okolicznościach, pewnie by zauważył, że w RAMZ nigdy nie wiało.
72 godziny, 4 minuty
To niesamowite, co porządne jedzenie było w stanie zrobić z wyglądem zagłodzonej dziewczyny.
Diana spojrzała na siebie w dużym lustrze. Włożyła czyste majtki i stanik. Była chuda, bardzo chuda. Jej nogi przypominały tyczki, a kolana i stopy wyglądały na dziwnie duże. Mogła policzyć sobie wszystkie żebra, brzuch miała wklęsły. Miesiączka jej się zatrzymała, a piersi nie miała tak małych, odkąd skończyła dwanaście lat. Obojczyki wyglądały jak wieszak na ubrania. Twarz była prawie nierozpoznawalna. Można by ją wziąć za uzależnioną od heroiny.
Ale jej włosy zaczynały wyglądać lepiej, były ciemniejsze. Rdzawy kolor i łamliwość spowodowana głodem znikały.
Oczy nie były już martwe niczym puste cienie zapadnięte w czaszce. Teraz błyszczały w delikatnym świetle lamp. Wyglądała na żywą.
Dziąsła już jej tak nie krwawiły. Były różowe, a nie czerwone i spuchnięte. Może jednak nie wypadną jej zęby.
Głód. Zmusił ją do jedzenia ludzkiego mięsa. Była kanibalem.
Głód wyzuł ją z człowieczeństwa.
– Nie do końca – powiedziała do siebie. – Nie do końca.
Kiedy zobaczyła, że Caine chciał zniszczyć helikopter z Sanjitem, jego braćmi i siostrami w środku, poświęciła własne życie. Rzuciła się z klifu, żeby zmusić Caine’a do dokonania wyboru: uratować ją albo zabić dzieciaki.
Owszem, ten akt samopoświęcenia wynikał z faktu, że gryzła, żula i przełykała pieczone mięso z piersi Pandy.
Odkupiła swoje przewinienia? Przynajmniej trochę?
Proszę? Proszę, jeśli jest tam gdzieś jakiś Bóg, który to obserwuje, proszę, niech zobaczy, że odkupiła grzechy.
Ale to nie wystarczyło. Nigdy nie wystarczy. Musiała zrobić więcej. Przez resztę życia będzie musiała robić więcej.
Zaczynając od Caine’a.
Wykazał się przebłyskiem ludzkich uczuć, ratując ją i pozwalając, żeby jego niedoszłe ofiary uszły z życiem. To niewiele, ale zawsze coś. A gdyby zdołała znaleźć sposób, żeby go zmienić...
Odgłos. Bardzo cichy. Zaledwie szurnięcie stopą o dywan.
– Wiem, że tam jesteś, Bug – powiedziała spokojnym głosem, nie odwracając się. Nie dała temu małemu psycholowi tej satysfakcji. – Jak myślisz, co Caine by ci zrobił, gdybym mu powiedziała, że mnie podglądasz, kiedy jestem w bieliźnie?
Żadnej odpowiedzi.
– Nie jesteś trochę za młody na zboczeńca?
– Caine mnie nie zabije – odezwał się głos pozbawiony ciała. – Potrzebuje mnie.
Diana podeszła do królewskiej wielkości łoża. Nasunęła na siebie szlafrok, który wybrała spośród wielu wiszących w szafie. Należały do kobiety, która była również właścicielką tej sypialni. Znanej aktorki z bardzo drogim gustem, która nosiła ubrania tylko o jeden rozmiar większe niż Diana.
A jej buty pasowały niemal idealnie. Prawie siedemdziesiąt par markowych butów. Diana wsunęła stopy w wykończone filcem kapcie.
– Wszystko, co muszę zrobić, żeby się ciebie pozbyć, Bug, to powiedzieć Cainowi, że twoje moce rosną. Zdradzę mu, że wkrótce osiągniesz cztery kreski. Jak według ciebie zareaguje na kogoś z czterema kreskami, dzielącego z nim tę samą wyspę?
Bug powoli się ujawnił. Był zasmarkanym, małym gnojkiem. Właśnie skończył dziesięć lat.
Przez chwilę Diana poczuła wobec niego coś na kształt współczucia: Bug był zniszczonym, pokręconym psycholem. Jak oni wszyscy, bał się, był samotny i możliwe, że nawiedzały go rzeczy, które zrobił.
A może nie. Bug nigdy nie okazał skruchy.
– Jeśli chcesz zobaczyć nagą dziewczynę, Bug, może zakradnij się do Penny?
– Ona nie jest ładna – odparł. – Jej nogi są całe... – Wykręcił sobie palce, żeby zademonstrować. – I brzydko pachnie.
Penny również jadła lepiej, tak jak Diana. Ale pogarszało jej się. Spadła z trzydziestu metrów do wody, pomiędzy skały. Caine wylewitował ją z powrotem na klif, ale jej nogi były połamane w przynajmniej tuzinie miejsc.
Diana zrobiła, co mogła, żeby je usztywnić, wykonała szyny z desek i taśmy klejącej, ale Penny pozostawała w stanie agonii. Już nigdy nie będzie chodzić. Jej nogi się nie wyleczą.
Zamieszkała w jednej z łazienek, żeby móc się podźwignąć na toaletę w razie potrzeby. Diana przynosiła jej jedzenie dwa razy dziennie. Do tego dziewczyna miała książki i telewizor z odtwarzaczem DVD.
W domu na wyspie San Francisco de Sales nadal działała elektryczność. Generator dostarczał prąd, chociaż był już słaby i przerywał. Kiedy Sanjit tu mieszkał, martwił się, że paliwo do generatora się kończyło. Ale Caine potrafił robić rzeczy, których Sanjit nie umiał. Na przykład wyciągnąć beczki z paliwem z wraku jachtu rdzewiejącego na dnie klifu.
Życie tutaj było bardzo dobre dla Diany, Caine’a i Buga, ale dla Penny nigdy takie nie będzie. Jej moc – umiejętność sprawienia, że inni mieli przerażające wizje potworów, pożerających ciało insektów albo śmierci – w tej chwili nie była pomocna.
– Ona cię przeraża, prawda, Bug? – zapytała Diana. Zaśmiała się. – Próbowałeś, zgadłam? Zakradłeś się do niej i cię przyłapała.
Zobaczyła odpowiedź na twarzy Buga. Cień przerażającego wspomnienia.
– Lepiej nie denerwować Penny – powiedziała. Wciągnęła spodnie, a potem poklepała Buga po piegowatym policzku. – Mnie również, Bug. Nie potrafię sprawić, że zobaczysz potwory. Ale jeśli jeszcze raz cię przyłapię na szpiegowaniu mnie, powiem Cainowi, że ma wybierać, albo ty, albo ja. A wiesz dobrze, kogo wybierze.
Diana wyszła z pokoju.
Postanowiła, że stanie się lepszą osobą. I naprawdę zamierzała to zrobić. O ile Bug przestanie ją drażnić.
Trzy Jennifer. Tak siebie nazywały. Jennifer B miała rude włosy, Jennifer H była blondynką, a Jennifer L miała czarne dredy. Nawet się nie znały przed RAMZ.
Jennifer B chodziła do Coates. Jennifer H uczyła się w domu. Tylko Jennifer L uczęszczała do lokalnej szkoły.
Miały odpowiednio dwanaście, dwanaście i trzynaście lat. Przez ostatnie miesiące dzieliły dom na końcu ślepej uliczki, z dala od centrum miasta.
To był dobry wybór, bo tamten wielki pożar nie zbliżył się do ich miejsca zamieszkania.
Jednak teraz ten sam wybór wydawał się zły. Tak zwany szpital znajdował się kilka przecznic dalej, a każdej z nich przydałby się Tylenol czy coś podobnego, bo wszystkim dokuczał ten sam ból głowy i mięśni oraz uporczywy kaszel.
Zaczęło się dwadzieścia cztery godziny temu i dopiero teraz się domyśliły, że to ta sama grypa, która krążyła po mieście. Rozpętała się mała epidemia i wiele osób czuło się kiepsko. Ale nie była jakoś bardzo groźna, tylko wyłączyła część dzieciaków, które mogłyby w tym czasie pracować.
Jennifer B – Jennifer Boyles – spała nie więcej niż godzinę, kiedy obudził ją donośny dźwięk w pobliżu, ale nie na zewnątrz, tylko w pokoju obok.
Usiadła w łóżku i musiała walczyć z uczuciem otumanienia. Dotknęła swojego czoła. Tak. Nadal gorące. Zdecydowanie gorące.
Czymkolwiek był ten hałas, zapomnij o tym, powiedziała sobie. Czuła się zbyt chora, żeby wstać. Jeśli coś chciało dostać się do domu, żeby ją zabić, tym lepiej: miała wrażenie, jakby gniła.
Kkkrrraaafff!
Tym razem wydawało się, że ściany drżały. Jennifer B poderwała się z łóżka, zanim zdążyła się nad tym zastanowić. Zakaszlała, zatrzymała się, a potem odwróciła w stronę drzwi. Nie potrafiła do końca skupić wzroku i dudniło jej w głowie.
W korytarzu znalazła Jennifer L, która również kaszlała i wyglądała na tak samo przerażoną jak Jennifer B. Obie miały na sobie spodnie dresowe i koszulki, i prezentowały się równie słabo.
– To z pokoju Jennifer – powiedziała Jennifer L. Miała swoją broń, żelazną rurkę z uchwytem zrobionym z czarnej taśmy izolacyjnej.
Jennifer B była zła na siebie, że zapomniała wziąć własną broń. W RAMZ nie można było wyskakiwać w środku nocy z łóżka nieuzbrojonym. Powlokła się z powrotem do sypialni i wyjęła swoją maczetę. Była zabezpieczona płótnem i wsunięta pomiędzy jej materac a stelaż łóżka, rączka wystawała na zewnątrz.
Nie odznaczała się wybitną ostrością, ale wyglądała potwornie niebezpiecznie i taka była. Sześćdziesięciocentymetrowe ostrze z pękniętą, drewnianą rączką.
– Jennifer? – zawołała Jennifer B do pokoju Jennifer H.
Kkkrrraaafff!
Drzwi zaterkotały na zawiasach. Jennifer B je otworzyła i stanęła z maczetą w gotowości. Jennifer L była tuż za nią, zaciskając nerwowo palce na rurce.
Jennifer H zawsze bała się ciemności, więc miała w jednym rogu pokoju maleńkie Słoneczko Sammy’ego, wiszące pod czymś, co kiedyś uchodziło za żyrandol. Światło było zielone i upiorne, bardziej przerażało, niż oświetlało. Ukazywało Jennifer H. Miała na sobie szlafrok w kwiaty.
Stała na swoim łóżku. Jedną rękę zaciskała na gardle, a drugą na brzuchu.
Wyglądała, jakby zobaczyła śmierć.
– Jen, wszystko w porządku? – zapytała Jennifer L.
Oczy Jennifer H zrobiły się wielkie. Wpatrywała się w swoje dwie współlokatorki.
Jej brzuch zadrgał. Pierś zafalowała. Ścisnęła gardło, jakby próbowała się udusić. Jej długie blond włosy były mokre, przepocone, przyklejone do twarzy i szyi.
Kaszel okazał się szokująco głośny.
Kkkrrraaaff!
Jennifer B poczuła eksplozję powietrza i coś mokrego uderzyło ją w twarz.
Sięgnęła wolną ręką do tego miejsca i zdjęła to coś z policzka. Spojrzała na to, nie będąc w stanie niczego pojąć. Wyglądało jak kawałek surowego mięsa. W dotyku przypominało skórę kurczaka.
Kkkrrraaafff!
Siła kaszlu odrzuciła Jennifer w tył, na ścianę.
– O Boże! – jęknęła. – Och...
Kkkrrraaafff!
I tym razem Jennifer B to zobaczyła. Kawałki czegoś mokrego i surowego wyleciały z ust Jennifer H. Wykaszlała część swoich wnętrzności.
KKKRRRAAAFFF!
Całe ciało Jennifer H się napięło i wygięło w tył, w kształt szalonej litery C. Uderzyła w szybę okna, która pękła od impetu.
KKKRRRAAAFFF!
Kolejny spazm cisnął Jennifer H na ścianę, w którą uderzyła głową. Rozległ się przyprawiający o mdłości trzask.
Dwie pozostałe dziewczyny wpatrywały się w nią z przerażeniem. Nie poruszała się.
– Jen? – zawołała nieśmiało Jennifer B.
– Jen? Jen? Nic ci nie jest? – zapytała Jennifer L.
Podeszły bliżej, teraz trzymając się za ręce, broń nadal miały w gotowości.
Jennifer H nie odpowiedziała. Jej szyja była wykręcona pod komicznym kątem. Nic nie widziała. Płyn, czarny w upiornym świetle, wypływał z jej ust i uszu.
Dwie Jennifer się cofnęły. Jennifer B opadła na kolana. Cała jej siła zniknęła. Pozwoliła, żeby maczeta wypadła jej z dłoni.
– Ja... – powiedziała, jednak nie umiała znaleźć kolejnego słowa. Spróbowała wstać, ale nie mogła.
– Musimy sprowadzić pomoc – stwierdziła Jennifer L. Ale ona również osunęła się na kolana.
Jennifer L starała się wstać, ale znowu usiadła. Jennifer B popełzła z powrotem do swojego pokoju. Chciała pomóc Jennifer L, naprawdę, ale nie była w stanie pomóc nawet samej sobie.
Jennifer B z całych sił próbowała podźwignąć się na łóżko. Potrzebowały pomocy, pomyślała. Szpitala. Lany.
Jakaś nadal funkcjonująca część jej majaczącego umysłu rozumiała, że najlepszą rzeczą, na jaką mogła mieć nadzieję w tym momencie, było dotarcie do swojego bezpiecznego łóżka.
Ale ostatecznie nawet to okazało się zbyt trudne. Leżała na zimnej, drewnianej podłodze, wpatrując się w łóżko oraz nieruszający się wiatrak na suficie. Resztką sił ściągnęła na siebie kłąb brudnej pościeli i koców.
Zakaszlała w miękką niegdyś kołdrę, którą zabrała z pokoju swojej matki dawno temu.
Ta rzecz na ramieniu Huntera nie bolała, ale go rozpraszała. A nie mógł być rozproszony, kiedy polował na Starego Lwa.
Lew górski nigdy nie niepokoił Huntera. Nie chciał go zjeść. A może chciał, ale nigdy nie próbował.
Jednak Hunter musiał go zabić, bo Stary Lew ukradł już zbyt wiele zdobyczy chłopaka. Zwierz zaczajał się za nim, kiedy Hunter upolował jelenia. Chłopak podążał już za kolejną ofiarą, a Stary Lew zakradał się i porywał jelenia.
Robił dokładnie to, co musiał. To nie było nic osobistego. Hunter nie nienawidził Starego Lwa. Ale jednocześnie nie mógł pozwolić, żeby zwierzak wykradał mu jedzenie dla dzieciaków.
Hunter polował dla dzieciaków. Właśnie to robił. Tym był. Hunterem, myśliwym. Dla dzieciaków.
Stary Lew wyszedł z lasu, udał się na wzgórze, gdzie zaczynała się sucha ziemia, a skały stawały się wielkie. Zmierzał do domu na noc. Najadł się do syta. Teraz wracał do swojego leża. Spędzi dzień, wylegując się na nagrzanych od słońca skałach i wygrzewając kości.
Hunter szedł ostrożnie, balansując ciężarem ciała, lekko na stopach, szybko, ale nie pospiesznie. Niebezpiecznie było się spieszyć, kiedy tylko światło księżyca oświetlało drogę.
Wiele się nauczył na temat polowania. Zabójcza moc z jego dłoni nie miała dużego zasięgu. Musiał znaleźć się blisko, żeby zadziałało. Konieczna była też duża koncentracja, co stało się trudne od czasu uszkodzenia mózgu. Nie potrafił się skupić na tyle, żeby coś przeczytać albo przypomnieć sobie pewne słowa. A te i tak wychodziły z jego ust bezkształtne. Ale potrafił się skupić na tym: na równym, cichym poruszaniu się, manewrowaniu pomiędzy czerwonymi skałami, bez odrywania wzroku od płytkich śladów łap kota na niewielkiej powierzchni piasku.
Musiał też uważać, czy Stary Lew nie zmieni zdania i nie stwierdzi, że jednak posmakowałby pysznego chłopca. Stary Lew nie tylko kradł jedzenie, potrafił też zabijać. Hunter raz go widział: jego ogon podrygiwał nerwowo, wąsata żuchwa drgała w wyczekiwaniu, kiedy obserwował zbłąkanego psa.
Stary Lew wypadł zza rogu i przemierzył trzydzieści metrów w około sekundę. Jak pocisk z broni. Jego wielkie łapy pochwyciły psa, zanim ten zdołał choćby drgnąć. Długie, zakrzywione pazury, futro, krew, desperacki skowyt, a potem, prawie leniwie, jakby wcale się nie spieszył, Stary Lew wykonał morderczy cios, przegryzając psu kark.
Stary Lew był myśliwym już w czasach, kiedy Hunter był tylko zwykłym dzieciakiem siedzącym w klasie, podnosił rękę, żeby odpowiedzieć na pytania, czytał, rozumiał i był bystry.
Stary Lew wiedział wszystko o polowaniu, ale nie miał pojęcia, że Hunter zamierzał go dopaść.
Hunter wyczuł kota. Był blisko. Zwietrzył woń padliny i zaschniętej krwi.
Hunter znajdował się pod wysokim głazem. Zamarł, uświadamiając sobie nagle, że Stary Lew był tuż nad nim. Chciał uciec, ale wiedział, że jeśli się wycofa, kot rzuci się na niego. Był bezpieczny bliżej głazu. Stary Lew nie mógł skoczyć prosto w dół.
Hunter przycisnął plecy do skały. Uspokoił własny oddech i zamiast tego usłyszał wielkiego kota. Ale Stary Lew nie dał się zwieść. Najpewniej wychwycił dźwięk serca łomoczącego w piersi chłopaka.
To coś na ramieniu Huntera zaczęło się wiercić. Rosło. Poruszało się. Hunter zerknął i zobaczył ruch pod materiałem koszulki. Prawie jakby próbowało wygryźć w niej dziurę.
Nie znał słowa, którym mógłby określić to coś. Urosło w ciągu ostatniego dnia. Zaczęło się jako guzek, opuchlizna. Ale wtedy skóra się otworzyła i ukazała się zębata paszcza insekta. Jak pająk. Albo robak. Jak te robaki, które pełzały po Hunterze, kiedy spał.
Jednak to coś na jego ramieniu nie było zwykłym robakiem. Wydawało się na to za duże. I urosło dokładnie w miejscu, gdzie latający wąż, zieloniak, opluł go jakimś glutem.
Hunter usiłował wymyślić słowo, żeby to nazwać. Kiedyś je znał. Jak robaki na martwym zwierzęciu. Jak to się nazywało? Pochylił się i objął głowę rękami, wściekły na siebie, że nie mógł odnaleźć właściwego określenia.
Rozkojarzył się zaledwie na kilka sekund, ale Staremu Lwu to wystarczyło.
Kot opadł niczym rtęć, jakby był płynny.
Hunter został powalony na ziemię. Jego głowa uderzyła o skałę. Jednak Stary Lew nie trafił idealnie i musiał się przeciskać przez wąską przestrzeń. Odwrócił się, obnażył żółte kły i skoczył z wysuniętymi pazurami.
Hunter zrobił unik, ale nie dość szybko. Potężna łapa uderzyła go w pierś i rzuciła na skałę, wyciskając mu powietrze z płuc.
Stary Lew siedział na nim, z pazurami na jego ramionach, a kły znajdowały się zaledwie centymetry od delikatnej szyi Huntera.
A potem, nagle, lew górski syknął i odskoczył, jakby wylądował na gorącym palniku.
Potrząsnął łapą, z której spadły krople krwi. Jeden z palców został niemal odgryziony i zwisał na kawałku skóry.
To coś na ramieniu Huntera chlasnęło Starego Lwa.
Hunter się nie wahał. Uniósł ręce i wycelował.
Nie było żadnego światła. Żar, który pochodził z jego dłoni, był niewidzialny. Ale w mgnieniu oka temperatura w głowie Starego Lwa się podwoiła, potroiła, mózg ugotował się w czaszce, a zwierzak padł trupem.
Hunter odsunął koszulkę z ramienia. Rozwarta paszcza przeżuwała zakrwawiony kawałek ciała lwa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
