Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Najbardziej osobisty portret Leonarda Cohena – widziany oczami człowieka, który spędził z nim rok w trasie.
W 1979 roku Harry Rasky, filmowiec i przyjaciel Cohena, dołączył do legendarnej trasy Field Commander Cohen Tour. Jako uważny obserwator i powiernik zobaczył artystę takim, jakim znali go tylko najbliżsi. „Pieśń Leonarda Cohena” nie jest kolejną biografią słynnego muzyka. To intymna opowieść o człowieku ukrytym za legendą – poecie, pisarzu i niestrudzonym poszukiwaczu sensu. Rasky prowadzi czytelnika przez kulisy koncertów, hotelowe pokoje i nocne rozmowy o miłości, sztuce i duchowości. Sięgając do osobistych archiwów, dzienników i niepublikowanych materiałów, autor tworzy niezwykle bliski portret artysty u szczytu dojrzałości twórczej.
Książka zawiera nieznane fotografie oraz komentarze samego Cohena dotyczące pisarstwa i procesu twórczego. Wydanie wzbogacono o wyjątkowy dodatek – „Dzienniki Dylana” (The Dylan Diaries) – oparty na notatkach Rasky’ego z niezrealizowanego projektu filmowego z Bobem Dylanem z 1966 roku.
Dla miłośników Leonarda Cohena, Boba Dylana, Patti Smith i literatury odsłaniającej człowieka stojącego za wielkim artystą.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 210
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2001, 2010 by Harry Rasky and Leonard Cohen
Copyright for this edition © 2026 by Axis Mundi
Copyright for the Polish translation © 2026 by Grupa Wydawnicza Axis Mundi
Copyright for the Polish translation of Leonard Cohen’s poems © 2026 by Daniel Wyszogrodzki
Originally published by Mosaic Press 2001, third printing 2010 (mosaicpress.ca)
All Leonard Cohen poems, songs, texts, published with permission of the author © 2001, 2010
tytuł oryginału: The Song of Leonard Cohen
przekład: Andrzej Wojtasik
przekład wierszy: Daniel Wyszogrodzki
redaktor prowadzący: Marta Szelichowska
redakcja: Katarzyna Szajowska
korekta: Marta Grandke
korekta techniczna: Basia Borowska
projekt okładki: Izabela Surdykowska-Jurek
zdjęcie na ii stronie okładki: © Hazel Field
zdjęcie na okładce: © Oliver Morris/Getty Images
wydanie i
isbn print: 978-83-8412-925-8
isbn e-book: 978-83-8412-926-5
isbn abonament: 978-83-8412-927-2
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część książki nie może być wykorzystana bez zgody wydawcy.
Rozdzielczość zdjęć wewnątrz publikacji została zwiększona za pomocą ai za zgodą licencjodawcy.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
Dla Arlene,
której wielka miłość jest jak piosenka
W latach, które minęły od chwili powstania filmu The Song of Leonard Cohen, od czasu do czasu odkurzałem go w okresach maniakalnej melancholii. Zawsze uwielbiałem symfoniczny poemat, jakim była trasa koncertowa Leonarda Cohena z 1979 roku, którą miałem szczęście udokumentować we własnym stylu.
Jej brzmienie i koloryt pozostawały w mojej pamięci przez wiele tygodni. Nie dawały mi spokoju. Tak więc Leonard nigdy mnie nie opuścił.
Dzięki mojej muzykalnej córce Holly, synowi Adamowi i studentom, dla których prowadziłem zajęcia na Uniwersytecie w Toronto, zdałem sobie sprawę, że Leonard przekroczył wszystkie strefy czasowe. Był pieśniarzem dla każdego z nas.
Howard Aster, przedstawiciel oficyny Mosaic Press, skontaktował się ze mną z sugestią, że nadszedł czas, aby opublikować wszystko to, co złożyło się na film: opowieść o trasie, wiersze, teksty piosenek. Amy Land, redaktorka zatrudniona w tym wydawnictwie, dołożyła wszelkich starań, aby tę książkę ukończyć. Firma Sony – łącząc wspomnienie przeszłości z teraźniejszością – wydała właśnie płytę kompaktową z nagraniami z tego tournée, a sam film nie stracił nic ze swojego oryginalnego nastroju. Teraz, w 2001 roku, możemy docenić go ponownie.
Dziękuję Ci, Leonardzie, za Twój głos, za to, kim jesteś, i za Twoją przyjaźń, którą tak bardzo cenię.
Lechaim!
Harry Rasky
Nastrój wydaje się właściwy.
Rytm bierze mnie we władanie,
zaczyna wybrzmiewać muzyka.
Teraz podzielmy się życiem, które jest
Pieśnią Leonarda Cohena
16 kwietnia 2000 roku
Chyba nigdy nie zapomnę telefonu, który niedawno odebrałem od Leonarda.
Była to dla mnie naprawdę zima rozgoryczeń1. Chociaż, jak sądziłem, udało mi się uciec na Florydę, aby wyleczyć swoje zniszczone ciało, przed samym sobą nie zdołałem się ukryć. Każdego dnia świadomość własnej śmiertelności sprawiała, że moje płuca z trudnością łapały powietrze – była to tortura bardziej psychiczna niż fizyczna. Dusiłem się w blasku kolorów i monotonii szumu morza. Wraz z moją zawsze wspierającą żoną umknąłem na pokładzie samolotu linii Air Canada do komfortowego kokonu naszego domu.
Lecz w Toronto, z jego zadufaniem i samozadowoleniem, przyszło mi zmierzyć się z bezlitosną jak zawsze kanadyjską zimą. Wypuściła ona właśnie swój ostatni podmuch mrozu i śniegu. Kwiecień jest naprawdę najokrutniejszym miesiącem2, a ja długo czułem jego ukąszenie.
I właśnie tego dnia zadzwonił telefon – usłyszałem ciepły głos Leonarda nagrany na mojej automatycznej sekretarce w biurze Canadian Broadcasting Corporation, miejscu przepełnionym wspomnieniami innych poetów, takich jak Tennessee Williams, i wokalistek soulowych, takich jak Teresa Stratas. Jestem kolekcjonerem wielkiego twórczego piękna, a moje biuro wypełniają ich osiągnięcia. Mam w sobie wiele pokory wobec tego, co nam wszystkim dali. Przemykają mi przez głowę niczym barwne postacie z obrazów Marca Chagalla; fantazja i rzeczywistość, a nawet coś więcej. Coś więcej niż coś więcej. Wychwalam ich teraz, tak jak czyniłem to w moich filmach, będących w istocie medytacjami o Bogu. Jeśli jest On wielkim twórcą, to ci mężczyźni i kobiety próbowali poprzez malarstwo i pasję, słowa i muzykę ofiarować nam dzisiaj i każdego dnia osobiste fragmenty Jego dzieła. Czuję do nich szacunek.
Leonard, poeta, nagrywając się na automatyczną sekretarkę w kwietniu tego niezwykłego roku 2000, użył prostych słów.
– Harry, tu Leonard. Chciałem tylko powiedzieć, że obejrzałem twój film i uderzyło mnie, że nigdy nie podziękowałem ci wystarczająco za ten wspaniały prezent. Zadzwoń do mnie.
Podał swój prywatny numer.
Te podziękowania nie były konieczne. Film The Song of Leonard Cohen stanowił dla mnie jedną z twórczych przyjemności, był próbą połączenia jego poezji i pasji z moimi. Nie oglądam go zbyt często, ponieważ brzmienie głosu Leonarda nie daje mi spokoju i potrzebuję dni, jeśli nie tygodni, aby się od niego uwolnić, o ile w ogóle mi się to udaje.
Jeśli coś mnie w tej rozmowie zaskoczyło – a rzadko bywam zaskoczony – to fakt, że od ukończenia filmu minęło dwadzieścia lat. To wtedy, pewnego sierpniowego popołudnia, obejrzeliśmy go razem w studiu w Toronto. Dwadzieścia lat.
Próbowałem się z nim skontaktować i zostawiłem swój numer domowy. Zadzwonił ponownie. Tym razem powiedział:
– Harry, pomyliłem kilka cyfr twojego numeru. Zadzwoń jeszcze raz. Mój słuch nie jest już taki jak kiedyś.
Zacząłem się trochę denerwować, jeśli chodzi o CBC. Tę stację telewizyjną – niegdyś niemal doskonałą – w której zarówno ja, jak i inni wykonywaliśmy satysfakcjonującą pracę, przejęli menedżerowie średniego szczebla, którzy nie wykazywali się zbyt dobrym gustem. Co gorsza, filmy takie jak ten, który nakręciłem z Leonardem, pogrzebało biurokratyczne myślenie, co praktycznie uniemożliwiło dzielenie się nimi z publicznością spragnioną czegoś dobrej jakości. Zdusiła je zimna kalkulacja. To dlatego ten telefon stał się dla mnie jeszcze ważniejszy. Odpowiedziałem, mówiąc powoli i głośno, ale z miłością.
Zadzwonił ponownie i rozmawiał z moją żoną Arlene, która w jego obecności zawsze była nieśmiała. W końcu po tygodniu udało nam się skontaktować. Uważam, że Leonard to zarówno człowiek, jak i mit. Jest najlepszym poetą, a przynajmniej uchodzi za takiego twórcę, którym wszyscy chcielibyśmy mieć odwagę zostać. Śledziliśmy go tak, jak śledzilibyśmy Keatsa lub Shelleya, ciesząc się doniesieniami o jego pojawieniu się. „Leonard w Tennessee. Leonard na Mount Baldy w Kalifornii. Ostatnio Leonard w Indiach. Leonard, uniwersalny symbol seksu. Leonard, mnich i źródło duchowości”.
Czasami myślę, że Leonard jest jak Cary Grant, który w szczytowym okresie swojej kariery powiedział: „Tak, wszyscy chcielibyśmy być Carym Grantem – szkoda, że ja nim nie jestem”. Przez lata często o nim myślałem, dzwoniłem do niego, gdy byłem w Montrealu, rozmawiałem z nim, gdy było to możliwe, ale nigdy nie czułem potrzeby utrzymywania stałego kontaktu. Mam z nim trochę tak jak z wróblami, które mieszkają w jaskiniach w pobliżu mojego komina. Cieszę się, gdy słyszę je rano, i zachwycam się nimi, gdy się pokazują. Ale wiem, że nigdy nie złapałbym żadnego z nich, ani nie chcę tego zrobić. Są to jednak „moje wróble”, a ja jestem ich przyjacielem – tak, jak jestem przyjacielem Leonarda. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ale żeby być jego przyjacielem, on musi oczywiście pozostać wolny. Leonard często pisał o tym stanie i go wychwalał.
Jak ptak na drucie
Jak pijak w północnym chórze
Próbowałem po swojemu być wolny3
I tak właśnie go odnalazłem po raz pierwszy, wiele lat temu. O ile dobrze pamiętam, było to w 1962 roku. Wyobraźcie sobie: prawie czterdzieści lat wcześniej! Zacznijmy więc od spieczonej słońcem greckiej wyspy o nazwie Hydra.
Nigdy tego nie zapomnę.
Porusza się to, co białe
mewa, fala, żagiel,
tak czysto, że nie zmałpujesz.
Potłucz ból4.
Takie wiedliśmy wtedy życie. Byliśmy, jak to się mówi w jidysz, buchers, młodymi koziołkami, najpierw osobno, a potem przez krótki czas razem. Dla mnie był to okres pełen przygód. Dla Leonarda – smakowanie tego, co ma do zaoferowania życie. Zazwyczaj chodziło o młodą kobietę o surowej urodzie i smutnym uśmiechu. Był poetą w fazie rozwoju. Wszystko stawało się pasją i bólem, wszystko ograniczało się do słów wyrażających ekstazę i udrękę. Nie mieliśmy jeszcze muzyki, która zapewniałaby temu cierpieniu akompaniament.
Wracałem ze swojej drugiej podróży do Afryki, która była niezwykłą przygodą. Podczas pierwszej wyprawy objechałem cały kontynent na południe od Sahary. Teraz wróciłem do magicznego górskiego królestwa Etiopii. Nadal mam książkę telefoniczną z numerami wszystkich abonentów w tym odciętym od świata feudalnym państwie.
Oto niektórzy z nich:
Jej Cesarska Wysokość Cesarzowa
Pałac Cesarski
Rubresen Tative5
Szafarz
Kasjer
Jego Cesarska Mość Następca Tronu
Pałac
Pałac, linia bezpośrednia
Jego Cesarska Mość Książę Harraru
Uprasza się o niepodejmowanie obecnie prób dodzwonienia się. Wszystkie powyższe osoby zostały zamordowane lub się ukrywają.
W tamtych czasach Etiopia wyglądała jak kraina zapomniana przez świat. Leżała na wysokim płaskowyżu. Odkrywcy ją ignorowali, a dla kolonizatorów okazała się zbyt trudna do podbicia.
Gdyby opowieści biblijne miały ożyć na nowo, to działoby się to właśnie tam. Tak przedstawiała się sytuacja prawie czterdzieści lat temu, kiedy cesarza otaczano boską czcią! Nawet gdy nocą samotnie zażywał kąpieli w wannie, jeśli nie był boskością samą w sobie, to był z nią co najmniej na ty.
Nakręciłem tam dla CBS dwa odcinki cyklu dokumentalnego The Twentieth Century, którym nadano później tytuł The Lion and the Cross [Lew i krzyż]. Addis Abeba była cudowna. Każda ulica przypominała scenę z filmu Cecila B. DeMille’a Dust and Delight6.
Postanowiłem wrócić do domu okrężną drogą. Czułem potrzebę odkrycia zachodniej cywilizacji od nowa. Kiedy przebywałem z dala od naszej wspaniałej kultury, doszło do tak zwanego kryzysu kubańskiego: prezydent Kennedy rzucił wyzwanie Związkowi Radzieckiemu i byliśmy o krok od zagłady. Ja jednak znajdowałem się wówczas w jednym z niewielu miejsc na Ziemi, gdzie wieści o tych wydarzeniach nigdy nie dotarły. Cofnąć się, zawrócić, znaleźć się u początków lub w ich pobliżu. Nie miałem ochoty na Afrykę. Wysiadłem z samolotu Air Ethiopia w Atenach i zarezerwowałem jednodniową wycieczkę na greckie wyspy. Jednak opuściłem prom już na pierwszym postoju, którym okazała się Hydra.
Zawsze był ze mnie marny turysta. Uwielbiałem smakować tkankę i realia danego miejsca. Hydra to wyrastająca z morza lita, biała, stroma skała z białymi domami, w których okryte czarnymi szatami kobiety chowają się przed słońcem i spojrzeniami mężczyzn wysmaganych morskim wiatrem.
To właśnie tam spotkałem Leonarda. Emigranci z Europy i Ameryki Północnej codziennie gromadzili się w kawiarni nad brzegiem morza, aby delektować się retsiną, szaszłykami i rozmową. Przyjęli mnie od razu. Leonard, niezwykle przystojny młody mężczyzna, siedział z lekkim uśmiechem. Odpalał jednego papierosa od drugiego i wydawało się, że jest (o ile to w ogóle możliwe) jednocześnie zdenerwowany i odprężony.
Jego cichy głos brzmiał serdecznie, lecz nie ujawniał zbyt wiele. Oto wiersz pochodzący z tamtych czasów:
Noszę się na czarno
i mam zielone oczy
w pewnym świetle
Gdyby inni zechcieli to napisać
śmierć im
śmierć każdemu
kto odpieczętuje wiersz
w którym noszę się na czarno
błogosławione oczy
tych, którzy pierzchają z tej stronicy
Uwalniają zielonookiego
od niedoli i gniewu7
Wiele można odkryć dzięki poezji tamtych czasów. Ale przede wszystkim była to walka o odkrycie, kim był, kim jest.
Chciałbym przeczytać
chociaż jeden z tych wierszy
które wpędziły mnie w poezję
Nie pamiętam ani jednej linijki
ani gdzie ich szukać8
To gra, w którą zwykł grać: „Nie szukaj mnie. Nie ma mnie tam”. Zawsze tam był. Urodził się poetą. Nie mogło być inaczej. Był też, jak sądzę, tym, co sugeruje jego nazwisko – Cohen – członkiem elitarnej grupy, arcykapłanów Izraela9. Wiedział o tym wtedy i wie o tym teraz, nawet jeśli ta wiedza spoczywała pod zwałami zwątpienia.
Jestem kapłanem Boga
Przechadzam się
z kieszenią w dłoni
Czasami jestem okropny
a czasami bardzo dobry
Wierzę, że wierzę
we wszystko w co powinienem
Lubię kiedy tańcząc z głową
toczącą się po srebrnej tacy
mówisz że jestem
kapłanem Boga10
Czy wtedy zdawałem sobie z tego sprawę? Nie. Tak naprawdę niewiele o nim wiedziałem. Wywodził się z literackiej tradycji Montrealu. A te dwie samotności wyrażały się nie tylko poprzez odrębne języki. Toronto, moje miejsce urodzenia, i Montreal dzieliły tysiące kilometrów. Wiedziałem tylko, że uważano go za gwiazdę wizytującą to miejsce. Ale kim był jako poeta i co miał wspólnego ze mną, ciekawskim wędrowcem po polach bitewnych i poszukiwaczem miłości? Jeśli czegoś się nauczyłem, a jednak nadal nie nabrałem pewności, to okazuje się, że nie dzieliło nas tak wiele: Leonarda – syna i wnuka kapłanów – i mnie, syna kantora, który śpiewał tak radośnie i z melancholią o samotności Boga. Elohim. Szema Jisrael, Adonaj Elohejnu, Adonaj Echad.
Ale nawet wtedy poczułem natychmiast, że jest między nami więź. Niełatwo nawiązać trwałe przyjaźnie z osobami tej samej płci, lecz od razu wiedziałem, że znajdziemy dla siebie nawzajem miejsce w naszej podróży przez życie. Wtedy i teraz od razu poczułem dżentelmeńską troskę o Cohena – nie fizyczną, ale dotyczącą duszy. Nie można było być powierzchownym. Nie pozwalało na to serce poety. Echo Boga nakazywało coś głębszego. Przyjęto mnie. Wiersz nie został jeszcze napisany. Piosenki jeszcze nie zaśpiewano.
Jeden po drugim przybywają goście
Goście się schodzą
Wielu o sercach otwartych
Nieliczni o złamanych sercach
I nie wie nikt dokąd zmierza noc
I nie wie nikt dlaczego płynie wino
Och, kochana – potrzebuję cię, potrzebuję
Potrzebuję cię teraz
Ci którzy tańczą zaczynają tańczyć
A ci którzy płaczą także zaczynają
Witajcie, witajcie – słychać głos
Niech wejdą wszyscy moi goście
I nie wie nikt dokąd zmierza noc
I nie wie nikt dlaczego płynie wino
Och, kochana – potrzebuję cię, potrzebuję
Potrzebuję cię teraz11
W te jesienne noce na Hydrze było dużo wina i tańców. Odkryłem ducha Zorby i dźwięki buzuki. To musiało poruszyć rosyjską część mojej duszy. Leonard okazał się zaangażowanym widzem. Rytmy wyciekały z mojego jestestwa w małej kawiarni, gdzie gromadzili się emocjonalnie zranieni pisarze i artyści. Retsina płynęła strumieniami. A ja tańczyłem – i to jak!
Mniej więcej w tym czasie opuściła go jego mityczna, wymarzona dziewczyna, szwedzka towarzyszka, z którą w swoim domu na Hydrze wiódł idylliczne życie poety. To ją – a właściwie jej ducha – uwiecznił w jednej ze swoich klasycznych pieśni żałobnych. Leonard pod wieloma względami był jak wielka, elokwentna, żałobna gołębica.
Podejdź do okna, moja maleńka
spróbuję odczytać los z twojej dłoni
Myślałem, że mam w sobie coś z Cygana
dopóki nie pozwoliłem ci zabrać mnie do domu
Do widzenia, Marianne
Już czas byśmy znowu zaczęli
śmiać się i płakać i płakać i śmiać się
z tego wszystkiego
Wiesz, że uwielbiam być z tobą
ale przez ciebie zbyt wiele zapominam
Zapominam modlić się za aniołów
a wtedy one zapominają modlić się za nas
Kiedy się poznaliśmy byliśmy prawie młodzi
w głębi parku gdzie pełno zielonych bzów
Trzymałaś się mnie jakbym był krucyfiksem
kiedy na kolanach ruszyliśmy w ciemności
Piszesz w listach, że jesteś blisko
zatem dlaczego czuję się samotny
Stoję na krawędzi a twoja delikatna pajęczyna
przytwierdza moje stopy do skały
Teraz potrzebuję twojej ukrytej miłości
jestem zimny jak nowiutka żyletka
Odeszłaś kiedy okazałem się ciekawski
nigdy nie twierdziłem, że jestem odważny
Naprawdę jesteś taka piękna
Widzę, że znowu zmieniłaś nazwisko
A ja właśnie wspiąłem się na samą górę
Żeby obmyć powieki w deszczu
Do widzenia, Marianne
Już czas byśmy znowu zaczęli
śmiać się i płakać i płakać i śmiać się
z tego wszystkiego12
W tamtym czasie Leonard był wyłącznie poetą – udręczonym, uroczym poetą. Piosenka miała powstać – a przynajmniej zaistnieć publicznie – później. Muzyka nadal tkwiła tylko w jego głowie. Czekała na uwolnienie i połączenie się z jego tekstami.
Popołudnia w Hydrze wypełniały czysty haszysz i intensywne rozmowy, które prowadzić i uważać za istotne mogą tylko niepraktyczni, niedoświadczeni życiem ludzie. I zapewne tacy właśnie byli, jak forsycja, obsypana intensywnie żółtym kwieciem, zanim pory roku zmyją jej niewinność i stanie się zwyczajną nijaką zielenią. Kto może to wiedzieć na pewno?
I płynęło wino
Każdego dnia zjawiał się przewodnik i pytał, czy jestem już gotów opuścić tę skałę zmysłowości i przyjemności. A ja każdego dnia odpowiadałem: jeszcze nie, jeszcze niezupełnie.
Dom kupiony przez Leonarda znajdował się w połowie wysokości stromej skały. Był całkowicie biały, wyposażony tylko w niezbędne przedmioty, co od tamtej pory kojarzy mi się z pragnieniem jego właściciela, by nigdy nie okazywać miłości do tego, co reszta świata nazywa komfortem. Przypominał mnisią pustelnię na wyspie, na której szczycie wznosił się żeński klasztor. Można było do niego dotrzeć jedynie krętą ścieżką dostępną dla osłów. Mniszki robiły na drutach misterne wełniane swetry w wesołych kolorach, podczas gdy świat poniżej funkcjonował we własnym rytmie. Całe to miejsce miało w sobie coś surowego, odległego i romantycznego. Z zewnątrz było spieczone na biel, ale tuż pod powierzchnią tętniło wieloma kolorami emocji. W tamtych czasach Morze Śródziemne było jeszcze cudownie nieskażone. Godzinę pływania ustalaliśmy tak, aby pasowała do czasu między winem a rozmową. Z Leonardem łączyła mnie pasja do pływania.
Później, po południu, przed sjestą, to ruchome intelektualne święto łapało ostatnie promienie słońca.
I płynęło wino
Graliśmy w tę grę. Jako filmowiec zawsze miałem ogromne ego i czułem, że cały świat kręci się wokół mnie. Kiedy więc wyjechałem, cały świat, który zostawiłem za sobą, w jakimś sensie zniknął. Wszystkie miejsca były jak Brigadoon13. Gra polegała na tym, że kiedy prom robił zakręt, a ja byłem na pokładzie, wyspa i jej mieszkańcy, nasza grupa, przestawali istnieć.
Pewnego dnia nadszedł ten dzień. Trzeba było wracać do Nowego Jorku i rozpocząć montaż filmu, który miał otrzymać tytuł The Lion and the Cross. Trzeba było wracać na Manhattan pomimo ostrzeżenia sprzed kilku tygodni – w związku z kryzysem kubańskim – że świat rzeczywiście staje się coraz niebezpieczniejszym miejscem. Kiedy prom skręcił, zobaczyłem grupę ludzi, trzymających się siebie nawzajem i mebli, na czele z Leonardem. Ale oczywiście myliłem się, a on do końca pozostał dżentelmenem.
Planowaliśmy powrót na wiosnę. Dla mnie jednak nigdy nie miało być już tak samo jak owej jesieni, kiedy wydawało się, że świat – biały świat – może się nagle skończyć.
Porusza się to, co białe
mewa, fala, żagiel,
tak czysto, że nie zmałpujesz.
Potłucz ból.
Nigdy nie pozoruj pokoju
Na nic consolamentum,
nie otrzymasz pocałunku. Ból
nie naruszy światła.
Wyładuj się na bólu,
rozbij łatwe wyobrażenie,
łatwą przestrogę, wodę
dla tych, którzy mają płonąć.
Te oto są bezlitosne: pianie koguta,
wyblakła czaszka kozy.
Skalpele wzrastają wraz z makami
kiedy już zauważysz ich czerwień14.
A forsycje rozkwitały – pochodnie młodości w żółci – tańcząc na wietrze lat sześćdziesiątych. Liczyło się tylko dążenie do celu, pęd do przodu. Zostań bohaterem! Zdobądź sławę, a fortuna z pewnością nadejdzie! I zadowolenie – tak, ta nieuchwytna rzecz zwana szczęściem! Raj? Trudno było dostrzec raj tu i teraz, raj, który trzymamy w dłoniach, gdy szukaliśmy czegoś, co – jak sądziliśmy – kryło się w naszych sercach. I tak stało się rajem utraconym.
Dalsza część w wersji pełnej
1 Aluzja do wersów rozpoczynających tragedię Ryszard III Szekspira: Now is the winter of our discontent. Made glorious summer by this sun of York (Oto zimę naszych rozgoryczeń / Słonecznym latem uczynił syn Yorku – tłum. Stanisław Barańczak). Zwrot winter of discontent nabrał w angielszczyźnie charakteru idiomatycznego jako metafora kryzysów, zarówno osobistych, jak i społecznych [wszystkie przypisy, o ile nie zaznaczono inaczej, pochodzą od tłumacza].
2 Aluzja do początku poematu Thomasa Stearnsa Eliota Jałowa ziemia: April is the cruellest month, breeding / Lilacs out of the dead land (Kwiecień jest najokrutniejszym miesiącem, rodzi / Bzy z martwej ziemi – tłum. Czesław Miłosz).
3 Leonard Cohen, Ptak na drucie, tłum. Daniel Wyszogrodzki.
4 Leonard Cohen, tłum. Daniel Wyszogrodzki.
5 Zniekształcone representative, tj. przedstawiciel.
6 Żart autora; Cecil B. DeMille wyreżyserował w 1949 roku słynny film Samson i Dalila, będący ekranizacją fragmentów starotestamentowej Księgi Sędziów.
7 Leonard Cohen, Chciałbym przeczytać, tłum. Daniel Wyszogrodzki.
8 Tamże.
9 W Starym Testamencie kohen (hebr. כֹּהֵן) to tytuł kapłana w Świątyni Jerozolimskiej. Pełniący tę funkcję wywodzili się w linii męskiej od Aarona, brata Mojżesza. Kapłani (kohanim) pełnili funkcje religijne, składali ofiary, odczytywali błogosławieństwa, czuwali nad rytuałami.
10 Leonard Cohen, Jestem kapłanem Boga, tłum. Daniel Wyszogrodzki.
11 Leonard Cohen, Goście, tłum. Daniel Wyszogrodzki.
12 Leonard Cohen, Do widzenia, Marianne, tłum. Daniel Wyszogrodzki.
13 Metafora miejsca idyllicznego, nietkniętego czasem lub oderwanego od rzeczywistości. Nazwę tę nosi mityczna – ukazująca się tylko raz na sto lat – wioska w szkockich górach z musicalu Brigadoon z 1947 roku, autorstwa Alana Jaya Lernera.
14 Leonard Cohen, Hydra 1960, tłum. Daniel Wyszogrodzki.
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Podziękowania
Hydra i Wyspa Umysłu
Przypisy
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
Meritum publikacji
Przypisy
