Opis

Pies Baskerville’ów jest wielkim klasykiem gatunku powieści kryminalnej, należącym do ścisłego kanonu literatury angielskiej i światowej. Bohaterem powieści sir Arthura Conan Doyle’a jest Sherlock Holmes, archetyp detektywa, obdarzony wyrafinowanym poczuciem humoru genialny obserwator i analityk, potrafiący rozwiązać skomplikowane zagadki kryminalne i zdemaskować najbardziej utajone zło posługując się metodą dedukcji. Tym razem, w najsławniejszym z wszystkich swoich dochodzeń, Sherlock Holmes trafi a na trop przestępczej manipulacji w ciągle żywej legendzie sprzed wieków o demonicznym psie prześladującym członków rodu Baskerville’ów. Po niewyjaśnionej śmierci sir Karola w majątku w Dartmoor, krainie wrzosowisk i wiecznej mgły, Sherlock Holmes i jego wierny przyjaciel Watson podejmują się zapewnić bezpieczeństwo ostatniemu przedstawicielowi rodu sir Henrykowi. Rozpoczyna się wielka przygoda detektywistyczna, w której Sherlock Holmes będzie musiał zmobilizować cały swój potencjał intelektualny, dogłębną znajomość ludzkiej psychologii, a także wrodzoną sobie niezwykłą sprawność fizyczną.

Pies Baskerville’ów jest lekturą dla szkół średnich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 180

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

The Hound of the Baskervilles

Tłumaczenie:

Eugenia Żmijewska

Okładka:

Artur Piątek

Redakcja i skład:

Agata Wójcicka-Kołodziej

LEKTURA DLA SZKÓŁ ŚREDNICH

© Copyright by Siedmioróg

ISBN 978-83-6611-600-9

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Wrocław 2018

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

I. Pan Sherlock Holmes

Pan Sherlock Holmes zwykł wstawać późno, o ile nie czuwał przez całą noc, a zdarzało mu się to nieraz. Otóż owego dnia wstał wyjątkowo wcześnie. Jadł śniadanie. Stałem przy kominku. Schyliłem się i podniosłem laskę, którą nasz gość zostawił wczorajszego wieczora. Był to gruby kij, z dużą gałką, utoczoną z drewna. Pod gałką była srebrna obrączka, a na niej napis: „Jakubowi Mortimerowi M. R. C. S. od przyjaciół C. C. H.”, pod spodem zaś data: „1884”. Taką laskę staroświecką, mocną, zapewniającą bezpieczeństwo, zwykli nosić starzy lekarze.

– No i cóż, Watsonie? Co myślisz o tej lasce? Jakie wyprowadzasz wnioski? – zapytał.

Holmes siedział, odwrócony do mnie plecami. Nie mógł mnie widzieć, a ja zachowywałem się tak cicho, że nie mógł się nawet domyślić, czym jestem zajęty.

– Masz chyba oczy z tyłu głowy… – rzekłem.

– Mam przed sobą srebrny imbryk – odparł. – Ale powiedz mi, Watsonie, co myślisz o lasce naszego gościa? Skoro nie zastał nas w domu i nie wytłumaczył celu swych odwiedzin, ta mimowolna pamiątka nabiera wielkiego znaczenia. Chciałbym też wiedzieć, jakie pojęcie tworzysz sobie o tym człowieku?

– Sądzę – odparłem, trzymając się metody dociekań mojego towarzysza – że doktor Mortimer jest lekarzem średniego wieku, szanowanym. Dowodzi tego upominek pacjentów.

– Dobrze, wybornie! – pochwalił mnie Holmes.

– Sądzę dalej, że jest lekarzem prowincjonalnym i przeważnie odwiedza chorych pieszo.

– Dlaczego tak przypuszczasz?

– Bo laska, choć pierwotnie ładna, jest tak zniszczona, że żaden lekarz miejski nie chciałby jej używać. Grube, żelazne okucie starło się, co dowodzi, że laska była w częstym użyciu.

– Słuszne rozumowanie – przytwierdził Holmes.

– A dalej, napis od przyjaciół z C. C. H. świadczy, że lekarz niósł pomoc członkom jakiegoś klubu myśliwskiego.

– Istotnie, Watsonie, przechodzisz sam siebie – rzekł Holmes, zapalając papierosa. – Muszę przyznać, że twoje wnioski są słuszne. Mam pojętnego ucznia. Wyświetliłeś kilka punktów zupełnie ciemnych.

Nigdy jeszcze Holmes nie odzywał się do mnie w sposób tak pochlebny. Cieszyłem się z jego uznania, na które od dawna już usiłowałem zasłużyć, stosując jego metodę badań w sprawach kryminalnych.

Po chwili milczenia odebrał mi laskę i przypatrywał się jej gołem okiem. Następnie odłożył papierosa, odszedł z laską do okna i zaczął się jej przyglądać przez szkło powiększające.

– Ciekawe, bardzo ciekawe… – rzekł, wracając na swoje ulubione miejsce przy kominku.

– Czy pan dopatrzył się jakiegoś nowego szczegółu, mogącego służyć za wskazówkę? – spytałem, spodziewając się, że nic ważnego nie uszło mojej baczności.

– Zdaje mi się, mój drogi Watsonie, że prawie wszystkie twoje wnioski były mylne. Pod jednym tylko względem miałeś słuszność, a mianowicie, że posiadacz tej laski jest doktorem prowincjonalnym i że dużo chodzi.

– A więc nie pomyliłem się?

– W tej kwestii – nie.

– A w innych?

– Inne wywody były fałszywe. I tak, na przykład, twierdzisz, że laska jest darem jakiegoś prowincjonalnego klubu myśliwskiego. Ja przypuszczam, że ofiarowali ją lekarzowi pensjonariusze szpitala Charing Cross.

– Przyznaję, że to jest prawdopodobniejsze. Jaki pan stąd wyprowadza wniosek?

– Znana jest panu tobie metoda badania. Zastosuj ją w praktyce.

– Mogę to tylko wywnioskować, że przed osiedleniem się na wsi, ten lekarz praktykował w mieście.

– Sądzę, że możemy posunąć się jeszcze dalej na drodze przypuszczeń. Ten dar został wręczony w chwili, gdy doktor Mortimer opuszczał szpital, aby rozpocząć praktykę na własną rękę.

– Prawdopodobnie.

– Jakież mógł on zajmować stanowisko w tym szpitalu? – albo lekarza ordynującego, albo studenta-praktykanta. Zapewne to ostatnie, bo doktor szpitalny z wyrobioną opinią i liczną praktyką, nie opuszcza zajmowanej pozycji, aby się przesiedlać na prowincję. Doktor Mortimer opuścił szpital przed pięcioma latami, jak to wskazuje data na lasce. W owym czasie ukończył zapewne uniwersytet, a więc upada pański wniosek, iż jest człowiekiem średniego wieku. Doktor Mortimer ma niespełna trzydzieści lat, jest uprzejmy, dobry, niezbyt ambitny, roztargniony. Ma psa trochę większego od jamnika, a mniejszego od wyżła.

Roześmiałem się niedowierzająco. Holmes zasiadł wygodnie w fotelu i puszczał kłęby dymu.

– Nietrudno będzie przekonać się, który z nas dwóch ma rację – rzekłem, zbliżając się do szafki bibliotecznej i wyjmując z niej kalendarz z wykazem lekarzy angielskich oraz ich życiorysem. Spośród wielu Mortimerów, jeden tylko mógł być tym, o którego nam chodziło. Odczytałem głośno:

„Mortimer Jakub, lekarz powiatowy w Grimpen, Dartmoor, hrabstwo Devsu. Był studentem-praktykantem w szpitalu Charing Cross od 1882 do 1884 roku. Otrzymał nagrodę Jacksona za studium z zakresu patologii porównawczej, zatytułowane Czy choroba jest zboczeniem?. Jest członkiem szwedzkiego Towarzystwa Patologicznego, autorem wielu artykułów, jak Kilka przykładów atawizmu (wydrukowany w „Lancecie” w 1882), Czy idziemy z biegiem postępu? („Dziennik Psychologiczny” 1883). Jest lekarzem powiatowym gmin Grimpen, Thorsley i High Barrow.

– Widzisz, że miałem słuszność – rzekł Holmes. – Obstaję dalej przy moich hipotezach, że doktor Mortimer musi być uprzejmy, bo tylko człowiek uprzejmy dostaje takie upominki od swoich pacjentów; że nie jest ambitny, bo inaczej nie opuszczałby Londynu dla prowincji, i że jest roztargniony, bo w przeciwnym razie, zamiast laski, zostawiłby swój bilet wizytowy.

– Jakież są pańskie wnioski co do psa?

– Jego pies zwykł nosić laskę w zębach, a ponieważ laska jest ciężka, więc ją trzyma pośrodku. W tym miejscu widać ślady psich zębów. Zęby są za duże na jamnika, za małe na wyżła. To może być… tak, to jest pinczer.

Holmes przeszedł przez pokój i stanął we framudze okna. W jego głosie było tyle głębokiego przekonania, że nie mogłem się powstrzymać, aby go nie zapytać?

– Skąd taka pewność?

– Dla bardzo prostej przyczyny, że mam tego psa przed oczami. Stoi za tymi drzwiami, a jego właściciel w tej chwili właśnie do nich dzwoni. Proszę cię, nie wychodź z pokoju. Jest pańskim kolegą i pańska obecność może mi być przydatną. Nadchodzi ważna chwila. Zbliżają się kroki, które mogą stanowić o przeznaczeniu – złym czy dobrym – nie wiadomo. Ciekaw jestem, czego doktor Jakub Mortimer zażąda od Sherlocka Holmesa, specjalisty od przestępstw kryminalnych… Proszę!

Do pokoju wszedł nasz gość. Jego powierzchowność bardzo mnie zdziwiła. Nie wyglądał na prowincjonalnego lekarza. Był wysoki, szczupły, miał wąski nos, wysuwający się ostro spomiędzy przenikliwych oczu, zasłoniętych ciemnymi okularami w złotej oprawie. Ubrany był w długi, poplamiony surdut, spodnie miał wystrzępione. Choć jeszcze młody wiekiem, był już przygarbiony. Na jego twarzy malowała się dobra wola względem ludzi. Wchodząc, zobaczył od razu laskę w ręku Holmesa i podbiegł ku niej z okrzykiem radości.

– Tak się cieszę! – zawołał. – Nie byłem pewny, czy ją zostawiłem tutaj, czy w biurze portowym. Gdybym ją zgubił, sprawiłoby mi to wielką przykrość.

– Wszak to prezent? – rzekł Holmes.

– Tak, proszę pana.

– Od pensjonariuszy hotelu Charing Cross…

– Tak, od paru pacjentów. Dali mi ją na pamiątkę mojego ślubu.

– Szkoda – rzekł Holmes, ściskając mu rękę.

– Czego pan żałuje? – spytał doktor Mortimer ze zdziwieniem.

– Szkoda, że pan rozproszył moje wnioski – brzmiała odpowiedź. – A więc powiada pan, że to podarunek ślubny?

– Tak. Ożeniłem się i dlatego musiałem opuścić szpital.Trzeba było założyć dom, postarać się o samodzielną praktykę.

– No i teraz zyskuje pan sobie sławę na polu nauki – rzekłem.

– Wszak mam przyjemność mówić z panem Sherlockiem Holmesem?

– Nie, to mój przyjaciel, doktor Watson.

– Miło mi pana poznać. Słyszałem o panu nieraz. Pozwoli mi pan, panie Holmes, zbadać swoją czaszkę. Od pierwszego rzutu oka spostrzegłem, że jest niezwykła: zdradza zdolności, rzekłbym nawet – geniusz dedukcyjny. Taka czaszka byłaby ozdobą każdego muzeum. Przyznaję, że jej panu zazdroszczę.

– Jest pan entuzjastą w swoim zawodzie, tak jak ja w swoim – odparł detektyw – ale sądzę, że nie przybywa pan ponownie jedynie z zamiarem zbadania mojej czaszki.

– Nie, choć jestem rad, że nadarza mi się sposobność ku temu. Przybyłem do pana, panie Holmes, bo uznaję własną niepraktyczność, a jestem postawiony wobec bardzo trudnego zagadnienia. Ponieważ pan jesteś drugim w Europie ekspertem w sprawach kryminalnych…

– Doprawdy? Czy wolno mi zapytać, kto jest pierwszy?

– W oczach człowieka przekładającego teorię nad praktykę pan Bertillion zajmuje niewątpliwie pierwsze miejsce.

– Więc czemuż pan nie zwrócisz się do niego?

– Powiadam, że jest on pierwszorzędny powagą, jako teoretyk. Ale pan, jako praktyk, zajmujesz pierwsze w Europie – to niewątpliwe. Spodziewam się, że pana nie obraziłem.

– Trochę – odparł Holmes na wpół żartem – ale jako człowiek praktyczny, chciałbym nareszcie dowiedzieć się, co pana tutaj sprowadza.

II. Przekleństwo rodu Baskerville’ów

– Mam w kieszeni rękopis – rzekł doktor Jakub Mortimer.

– Dostrzegłem to od razu, gdy pan wszedł do pokoju – odparł Holmes.

– Manuskrypt jest stary.

– Z osiemnastego wieku.

– Skąd pan wie?

– Z pańskiej kieszeni wychodzi pół cala papieru. Przyglądałem mu się, podczas gdy pan mówił, a byłbym lichym rzeczoznawcą, gdybym z zewnętrznego wyglądu nie potrafił określić daty rękopisu. Czytał pan zapewne moją monografię w tym przedmiocie. Otóż w tym wypadku sądzę, że manuskrypt datuje się na rok 1730.

– Pomylił się pan o dwanaście lat. Datowany jest na rok 1742.

Doktor Mortimer wyjął go z kieszeni.

– Ten dokument rodzinny został powierzony mojej pieczy przez sir Karola Baskerville’a, którego tragiczna śmierć poruszyła przed trzema miesiącami całe Devonshire. Dodam, że byłem jego osobistym przyjacielem, jak i lekarzem domowym. Był to człowiek dzielny, rozumny, praktyczny i tak samo jak ja niepodlegający złudzeniom wyobraźni. A jednak wierzył święcie słowom tego dokumentu i był przygotowany na rodzaj śmierci, który go spotkał.

Holmes wyciągnął rękę po manuskrypt i zaczął mu się bacznie przyglądać.

– Zwracam pańską uwagę, Watson, na kolejne używanie krótkiego i długiego „s”. Jest to jedna ze wskazówek, która mi pomogła do określenia daty.

Spojrzałem przez ramię na papier pożółkły ze starości. Na pierwszej stronicy był nagłówek: „Baskerville Hall”, a pod spodem data: 1742.

– To zapewne potwierdzenie jakiejś legendy – wtrącił Holmes.

– Rzeczywiście – przyznał doktor Mortimer. – Legenda tyczy się rodu Baskerville’ów.

– Przypuszczam jednak, że pragnie pan zasięgnąć mojej rady w sprawie aktualniejszej i bardziej realnej – rzekł Holmes.

– Tak. Chodzi mi o fakt zagadkowy, który zdarzył się niedawno. Muszę rozwiązać zagadkę w ciągu dwudziestu czterech godzin. Ten manuskrypt jest krótki i ma ścisły związek ze sprawą. Zatem odczytam go panu, jeśli pan pozwoli.

Holmes skinął głową. Zasiadł wygodnie w fotelu, złożył ręce tak, że palce stykały się z palcami, przymknął oczy i słuchał z rezygnacją.

Doktor Mortimer podsunął manuskrypt pod światło i głosem dobitnym czytał, co następuje:

„Rozmaite pogłoski krążyły o Psie Baskerville’ów, lecz ja, pochodząc w prostej linii od Hugona Baskerville’a, słyszałem tę historię z ust mojego ojca, który znowu słyszał ją od swojego, więc ją spisuję z całą wiarą. Pragnąłbym, abyście i wy, moi synowie, nabrali głębokiego przekonania, że Sprawiedliwość, karcąca winę, może ją odpuścić, i że żadna kara nie jest tak ciężką, aby modlitwa i pokuta nie zdołały jej zatrzeć. Niech te dzieje nauczą was, że nie należy bać się owoców przeszłości, lecz raczej być ostrożnym na przyszłość, aby dzikie chucie, za które nasz ród poniósł tak srogą karę, nie rozkiełznały się znowu na naszą zgubę.

Dowiedzcie się więc, że za czasów Wielkiej Rewolucji (polecam wam przeczytać dzieje tej epoki, skreślone przez lorda Clarendona) w zamku Baskerville rządził Hugon, a był to, przyznać muszę, człowiek porywczy i bezbożnik.

Sąsiedzi przebaczyliby łatwo to ostatnie wykroczenie, bo nasza okolica nie słynęła nigdy z religijności, ale nie mogli mu przebaczyć wrodzonego okrucieństwa.

Otóż ów Hugon pokochał (jeśli można tym mianem nazwać tak dzikie uczucie), pokochał zatem córkę czynszownika dzierżawiącego grunty w pobliżu dóbr Baskerville’ów. Ale dziewczyna, będąc skromną i bogobojną, obawiała się go jak szatana. Otóż pewnego jesiennego wieczora, w dzień świętego Michała, ów Hugon na czele pięciu czy sześciu kompanów zakradł się do farmy i uprowadził dziewczynę, korzystając z chwili, gdy ojciec i bracia jej byli nieobecni.

Przywieźli biedaczkę na zamek i osadzili ją w komnacie wieżowej. Potem Hugon i jego towarzysze zasiedli do nocnej uczty wedle zwyczaju. Słysząc ich pijackie wrzaski, dziewczyna truchlała, lecz była z natury dzielną, więc opanowała strach i postanowiła ratować się. Ogromna brzoza osłaniała i do dziś dnia osłania okno tej narożnej komnaty. Dziewczę uczepiło się jej gałęzi i spuściło się na nich na dół, a dostawszy się na swobodę, łąkami i polami biegło do farmy swego ojca oddalonej o trzy mile od zamku.

Wkrótce potem Hugon zostawiwszy swoich kompanów przy butelkach i kartach, podążył do swojej ofiary, a widząc, że ptaszek opuścił klatkę, jak szalony powrócił do komnaty biesiadnej, wytłukł szkło i wśród okropnych przekleństw i złorzeczeń zaprzysiągł, że odda ciało i duszę diabłu, jeśli ten dopomoże mu odzyskać dziewczynę. Przerażeni, pijani towarzysze słuchali go w milczeniu, tylko jeden, gorszy, a może bardziej pijany od innych, poddał myśl, aby za dziewczyną puścić psy podwórzowe.

Słysząc to, Hugon wybiegł przed dom, zwołał chłopców stajennych, kazał im osiodłać swoją ulubioną klacz i spuścić psy z łańcuchów. Jednemu, najdzikszemu, dał do powąchania chustkę dziewczyny zostawioną w narożnej komnacie i popędził przez łąki w księżycową noc.

Towarzysze hulanki rzucili się do koni, chwycili pistolety i pognali za swoim amfitrionem, a było ich razem trzynastu. Księżyc świecił jasno. Hugon pędził galopem drogą, którą musiała uciekać dziewczyna, jeśli podążyła do domu.

Jego kompani ujechali z półtorej mili, gdy spostrzegli nocnego pastucha. Pytali go, czy nie widział brytanów. Wystraszony odparł, że przed chwilą biegły za jakąś dziewczyną.

– Ale widziałem coś więcej – mówił. – Hugon Baskerville pędził tędy na swojej karej klaczy, a za nim leciał jakiś pies okropny, czarny, jakby szatan wcielony. Niech mnie Bóg broni, żebym kiedyś jeszcze miał spotkać podobnego potwora na mojej drodze.

Pijani towarzysze cisnęli pastuchowi przekleństwo i pognali naprzód. Ujechali jeszcze z pół mili. Nagle włosy stanęły im dębem ze strachu, bo oto przed nimi pędziła kara klacz, pokryta pianą, bez siodła i bez jeźdźca.

Towarzysze zbili się w gromadkę, bo ich strach oblatywał, lecz jechali dalej, choć każdy z nich, gdyby był sam, zawróciłby konia i uciekł do zamku, ale jeden wstydził się drugiego. Człapiąc wolno, zrównali się wreszcie z brytanami. Te, choć znane w całej okolicy ze swej zajadłości, leżały teraz w rowie wystraszone i wyły przeraźliwie.

Kompania zatrzymała się. Jeźdźcy otrzeźwieli od razu. Jedni chcieli zawracać, drudzy postanowili przekonać się, co zaszło. Księżyc świecił tak jasno, że można było szpilki zbierać.

O milę dalej, na polu, sterczały wysokie kamienie. Pomiędzy nimi leżała dziewczyna, martwa, a obok niej Hugon Baskerville – nieżywy.

Ale nie ten widok, choć straszny i niespodziany, najeżył włosy pijackiej kompanii. Straszniejszy obraz przedstawił się ich oczom: nad zwłokami Hugona stał pies czarny, ogromny, wyszczerzał zęby i błyskał ślepiami. Jeden z towarzyszy padł na miejscu rażony strachem, drugi stracił zmysły, reszta hulaszczej kompanii do końca życia nie zapomniała tego wrażenia.

Taka jest, moi synowie, legenda o psie, który od owego czasu trapił naszą rodzinę. Spisałem ją, abyście wiedzieli, jak się rzeczy miały i nie wierzyli krążącym baśniom. Nie będę taił przed wami, że po tym wypadku wielu mężczyzn w naszym rodzie umarło śmiercią nagłą, krwawą i tajemniczą. Jednak nie traćmy wiary w miłosierdzie Boskie, które karci niewinnych tylko do trzeciego lub czwartego pokolenia. Opatrzności Boskiej, moi synowie, was polecam i ostrzegam, abyście nie przechodzili przez tę łąkę w nocy, gdy te duchy są rozkiełznane”.

To są przestrogi Hugona Baskerville’a, spisane dla jego synów, Rogera i Jana, z rozkazem, aby o tym wszystkim nie wspominali swojej siostrze Elżbiecie.

*

Doktor Mortimer skończył czytać tę niezwykłą opowieść, nasunął na oczy okulary i spojrzał na pana Sherlocka Holmesa. Ten ziewnął i rzucił papierosa w ogień.

– No i cóż? – rzekł.

– Czy historia ta nie jest interesująca?

– Zapewne dla zbieracza starych legend i baśni.

Doktor Mortimer wyjął z kieszeni gazetę.

– A teraz, panie Holmes – rzekł – pokażę panu coś aktualniejszego. Oto dziennik „Devon County Chronicle” z dnia 14 maja bieżącego roku. Jest w nim opis faktów odnoszących się do śmierci Karola Baskerville’a, która zdarzyła się na kilka dni przed ową datą.

Mój przyjaciel nachylił się i zaczął słuchać uważniej. Doktor Mortimer czytał:

„Niedawna i nagła śmierć sir Karola Baskerville’a, kandydata liberalnego z hrabstwa Devon, przejęła całą naszą okolicę zdumieniem i trwogą. Jakkolwiek sir Karol Baskerville mieszkał w Baskerville Hall od niedawna, lecz jego uprzejmość, hojność i szlachetność zjednały mu szacunek tych wszystkich, którzy mieli z nim do czynienia. W dzisiejszej epoce parweniuszy miło jest widzieć potomka starożytnego a podupadłego rodu, odzyskującego fortunę swych przodków i przywracającego świetność staremu nazwisku.

Sir Karol, jak wiadomo, zyskał duży majątek na spekulacjach w Afryce Południowej, a będąc z natury przezornym, nie kusił dalej szczęścia, które mogłoby się odwrócić od niego, jak to czyni z innymi, i zrealizowawszy swoją fortunę, powrócił do Anglii.

Zaledwie przed dwoma latami osiadł w Baskerville Hall.Znane są jego szerokie plany odnowienia starej siedziby i wprowadzenia ulepszeń w gospodarstwie rolnym. Śmierć przeszkodziła ich urzeczywistnieniu.

Będąc bezdzietnym, pragnął, aby cała okolica korzystała z jego fortuny i niejeden z sąsiadów ma ważne powody do opłakiwania jego przedwczesnego zgonu. Donosiliśmy często na tych szpaltach o jego hojnych ofiarach na instytucje publiczne.

Śledztwo nie wyjaśniło dotychczas okoliczności towarzyszących śmierci sir Karola. Krążą tu najdziwaczniejsze legendy przypisujące ów nagły zgon działaniu sił nadprzyrodzonych.

Sir Karol był wdowcem, uważano go powszechnie za dziwaka. Pomimo dużej fortuny, miał przyzwyczajenia proste, skromne. Personel służbowy w Baskerville Hall składał się z kamerdynera nazwiskiem Barrymore i jego żony kucharki i gospodyni w jednej osobie. Oboje zeznają, że zdrowie sir Karola w ostatnich czasach było nietęgie, że rozwijała się w nim choroba serca, objawiająca się bladością, brakiem tchu i częstymi omdleniami. Doktor Jakub Mortimer, przyjaciel i domowy lekarz nieboszczyka, potwierdził te zeznania.

Sir Karol Baskerville zwykł był co wieczór przed pójściem na spoczynek przechadzać się po słynnej alei wiązów przed zamkiem. Małżonkowie Barrymore opowiadają, że wieczorem 4 maja ich pan oznajmił im, że nazajutrz wyrusza do Londynu i kazał pakować kuferek.

Owego wieczoru wyszedł, jak zwykle, na przechadzkę, podczas której wypalał cygaro. Z tej przechadzki już nie powrócił.

O dwunastej Barrymore widząc drzwi frontowe jeszcze otwarte, zaniepokoił się i wziąwszy latarnię, poszedł szukać swego pana. W ciągu dnia padał deszcz, więc łatwo było dojrzeć ślady stóp sir Karola wzdłuż alei.

W połowie drogi jest furtka prowadząca na łąkę. Były ślady, że sir Karol stał przy niej przez pewien czas, następnie skręcił znowu w aleję. Znaleziono jego trupa na jej końcu.

Dotychczas nie wyjaśniono jednego faktu wynikającego z zeznań Barrymore’a, a mianowicie, że ślady kroków jego pana zmieniły się z chwilą, gdy stał przy furtce i że odtąd szedł na palcach.

Niejaki Murphy, Cygan handlujący końmi, znajdował się wówczas na łące w pewnej odległości od nieboszczyka, ale sam przyznaje, że był pijany. Powiada, że słyszał krzyki, ale nie może określić, skąd pochodziły.

Na ciele sir Karola nie było śladów przemocy lub gwałtu, a chociaż lekarz zeznaje, że wyraz twarzy nieboszczyka był tak zmieniony, że on, doktor Mortimer, w pierwszej chwili poznać go nie mógł, rzeczoznawcy tłumaczą to anewryzmem serca, przy którym zachodzą podobne objawy.

Sekcja wykazała wadę serca, sędzia śledczy potwierdził badanie lekarskie. Pożądane jest, aby spadkobierca sir Karola mógł objąć jak najprędzej majątek i prowadzić dalej chlubną działalność przerwaną tak nagle i tak tragicznie.

Gdyby prozaiczne orzeczenie sędziego śledczego i rzeczoznawców nie położyło końca romantycznym historiom krążącym na temat owej śmierci, niełatwo byłoby znaleźć właściciela Baskerville Hall.

Domniemanym spadkobiercą jest pan Henryk Baskerville, syn młodszego brata sir Karola. Ów młodzieniec przed kilkoma latami wyruszył do Ameryki. Zarządzono poszukiwania, aby powiadomić go o zmianie stanu majątkowego”.

Doktor Mortimer złożył gazetę i wsunął ją do kieszeni, mówiąc:

– To są fakty powszechnie znane.

– Dziękuję panu za zwrócenie mojej uwagi na sprawę istotnie ciekawą – rzekł pan Holmes. – Co prawda czytałem o niej w dziennikach, ale w owym czasie byłem zajęty kameami, które zniknęły z Muzeum Watykańskiego. Chciałem się przysłużyć papieżowi i straciłem z oczu to, co się jednocześnie działo w Anglii. Ten artykuł, według pana, zawiera powszechnie znane fakty?

– Tak.

– Niech więc teraz pan uświadomi mnie w tym, czego nikt nie wie.

Sherlock Holmes oparł się o poręcz fotela i znowu złożył ręce tak, aby palce stykały się końcami.

– Uczynię to – rzekł doktor Mortimer, zdradzając coraz większe wzburzenie. – Powiem panu to, czego nie mówiłem jeszcze nikomu. Zataiłem to przed sędzią śledczym z pobudek, które pan zapewne zrozumie. Jako człowiek nauki, nie chciałem zdradzać się publicznie, iż wierzę w przesądy. Dalej, rozumiałem, że gdyby utwierdziła się wiara w nadprzyrodzone siły rządzące w Baskerville Hall, nikt nie zechciałby objąć starego domu w posiadanie. Z tych dwóch powodów nie zeznałem przed sądem wszystkiego, co wiem – albowiem nie zdałoby się to na nic sędziemu śledczemu – ale z panem będę zupełnie szczery.

Okolica jest mało zaludniona, rezydencje rzadkie, a siedziby włościańskie rozrzucone w znacznej odległości od siebie.

Widywałem często sir Karola Baskerville’a, który był spragniony towarzystwa. Oprócz pana Franklanda w Lafter Hall i przyrodnika, pana Stapletona, w pobliżu nie ma ludzi inteligentnych. Sir Karol był skryty, małomówny. Zbliżyliśmy się z powodu jego choroby, przy tym łączyły nas wspólne upodobania naukowe. Przywiózł wiele ciekawych wiadomości z Afryki Południowej. Spędziliśmy niejeden miły wieczór na rozprawach o anatomii porównawczej.

W ciągu ostatnich paru miesięcy spostrzegłem, że system nerwowy sir Karola był nadwerężony. Wziął sobie tak bardzo legendę do serca, że choć co wieczór odbywał spacery, nic nie mogło go skłonić do wejścia na łąkę po zachodzie słońca. Prześladowała go wciąż obawa upiorów i pytał mnie nieraz, czy nie widziałem jakiegoś dziwacznego stworzenia i czy nie słyszałem szczekania. Te pytania zadawał mi zawsze drżącym głosem.

Szczególnie zapamietałem moją wizytę u niego przed trzema tygodniami. Stał w sieni. Gdy schodziłem z wózka, dostrzegłem, że patrzy poprzez moje ramię ze strachem w oczach. Odwróciłem się i spostrzegłem jakiś dziwny kształt, podobny do dużego, czarnego cielęcia. Przeleciało to obok mojego wózka.

Sir Karol był tak wzburzony, że poszedłem szukać tego osobliwego zwierzęcia. Ale nigdzie go nie było. Mój pacjent nie mógł się uspokoić. Zostałem z nim przez cały wieczór i wtedy, tłumacząc swe wzburzenie, opowiedział mi całą tę historię.

Wspominam o tym drobnym epizodzie, gdyż nabiera on znaczenia wobec tragedii, która potem nastąpiła. Na razie nie przywiązywałem do tego wagi i dziwiłem się wzburzeniu sir Karola.

Miał jechać do Londynu za moją radą. Wiedziałem, że jest chory na serce i że ciągły niepokój źle wpływa na jego zdrowie. Sądziłem, że parę miesięcy spędzonych na rozrywkach uwolni go od tych mar i przywidzeń. Nasz wspólny przyjaciel, pan Stapleton, był tego samego zdania. I oto wynikło nieszczęście.

Zaraz po śmierci sir Karola kamerdyner Barrymore wyprawił do mnie stajennego Perkinsa. Przybyłem do Baskerville Hall godzinę po katastrofie. Zbadałem wszystkie fakty przytoczone w śledztwie. Szedłem śladami pozostawionymi w Alei Wiązów, obejrzałem miejsce przy furtce, gdzie sir Karol zatrzymał się, i zauważyłem, że od owego miejsca szedł na palcach i że nie było śladu innych kroków oprócz późniejszych Barrymore’a. Wreszcie obejrzałem starannie zwłoki, które pozostały nietknięte do mego przybycia.

Sir