Pierwotny - Małgorzata Lisińska - ebook

Pierwotny ebook

Gosia Lisińska

4,5

Opis

Yasa i Sodi desperacko poszukują sposobu na przebudzenie zawieszonej pomiędzy życiem a śmiercią Likal. Jej ciało pozostaje bezpieczne w smoczym królestwie, zaś duch pozostaje uwięziony w miejscu niedostępnym nawet dla najpotężniejszych magów.

Zrozpaczony Pyri sprowadza do Itru nieświadomą swej mocy Pierwotną mając nadzieję, że to pomoże ukochanej. Tymczasem Yasa udaje się po pomoc do Zakonnej, która wpadła w pajęczynę pałacowych intrygi i sama potrzebuje pomocy. Yudherthardere natomiast obiera zupełnie inną drogę, która ostatecznie prowadzi do świata Złodzieja Magii.

Czy uda im się ocalić Likal? Czy krasnoludowi będzie ostatecznie do śmiechu? I czy to naprawdę już koniec tej opowieści?!

Pierwotny” to ostatnia część bestsellerowej serii „Tropiciel” i powrót do świata znanego z „Bajek krasnoludów” i „Zakonnej”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 350

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Czytelnikom, w podziękowaniu za wspólną podróż

Prolog

Jasnowłosy chłopczyk biegł, chichocząc radośnie. Podskakiwał co chwilę, potykał się, przewracał i znowu podnosił. Obserwująca go kobieta zaciskała palce, kiedy dziecko upadało, ale gdy malec wstawał i patrzył na nią, zamiast podbiec, machała do niego z uśmiechem. W myślach powtarzała raz za razem: „nic mu nie jest, nic mu nie jest…” i szła dalej, kilkanaście kroków za synem. Każdego dnia wydłużała odległość, tak jak kiedyś jej matka.

Chłopiec znów stracił równowagę. Upadł i przez chwilę turlał się po trawie. Kiedy wreszcie się zatrzymał, usiadł i zmarszczył brwi. Czarne oczy spojrzały chłodno i dojrzale na matkę, jakby malec chciał zapytać, dlaczego na to pozwoliła. Obojętne, zimne spojrzeniePierwotnego.

Deidghe uśmiechnęła się odruchowo. Tak, Lunas miał oczy po ojcu. Oczy, charakter i moc. Moc, jakiej nie znała Kraina. Jakiej nie znałświat.

Podeszła do syna i wyciągnęła ręce, a malec błyskawicznie je uchwycił. Wtulił się w matkę i znowu zachichotał. Cóż, może i moc odziedziczył po Yasie, ale miał też coś, co Pierwotny stracił wieki temu: szczerąradość.

I

Śnieżka

Rosa poklepała bok znużonej elfiej klaczki, a potem zsiadła i oddała wodze jednemu z Yorhów. Księżyc stał już wysoko, połyskując półkolem pośród tysięcy gwiazd. Granatowe niebo ponad lasem wyglądało jak utkane z czystego aksamitu, ale nie robiło wrażenia na Zakonnej. Od lat była już odporna na piękno natury. Co innego urok leśnej chaty, chylącej się pośród małej polany. Na jej urok nigdy nie będzie odporna. Zanim więc weszła do środka, stanęła na chwilę, krótszą niż trzy uderzenia serca, pozwalając wspomnieniom pojawić się i zniknąć.

Rozpaliła w kominku i usiadła na stołku naprzeciwko rodzącego się ognia. Noc była chłodna, bo wiosna ledwie zawitała w Krainie. I chociaż dni bywały naprawdę ciepłe, noce wciąż przypominały o tym, że śniegi stopniały dopiero przed kilkoma tygodniami. Kobieta roztarła dłonie i przysunęła je nad płomień. Nie drgnęła, gdy skrzypnęły drzwi, chociaż wyczuła osobę, która w nich stanęła. Zaskoczenie na moment rozbłysło w odbarwionych tęczówkach Zakonnej. Nie była jednak niewinną młódką, żeby odwracać się gwałtownie na widok nieoczekiwanego gościa, tym bardziej, że ów gość nie stanowił dla niej zagrożenia. Pozostała więc w tej samej pozycji, spokojnie siedząc na małym zydlu naprzeciwko rosnącegożaru.

Mężczyzna przez chwilę stał w wejściu i przyglądał się czarnemu warkoczowi przetkanemu trzema białymi pasmami. Chłonął widok siedzącej jak ktoś, kto umierał z pragnienia i właśnie dostrzegł źródło krystalicznie czystejwody.

– Będziesz tak stał i wpuszczał chłód, Yaso? – zapytała spokojnie Rosa, odwracającsię.

Pierwotny odetchnął i powoli zamknął drzwi, nie odrywając wzroku od twarzy wojowniczki.

– Witaj, Roso – przywitał sięmiękko.

Kobieta skinęła głową i wstałaniespiesznie.

– Co tu robisz? – zapytała.

– Szukamcię.

– Ach tak. – Pokiwała głową. – Nie miałeś być w drodze doItru?

Yasa potaknął bez słowa. Nie podszedł. Nie objął Rosy. Nie uśmiechnął się nawet. Patrzył tylko zachłannie, acz pozornie obojętnie.

– Co tu robisz? – zapytała ponownie kobieta. Od lat wiedziała, że nie przeczyta myśli Pierwotnego, więc nawet niepróbowała.

– Potrzebuję twojej pomocy. – Mag wreszcie się ruszył. Minął wojowniczkę i podszedł do paleniska. Jak ona przed chwilą, roztarł dłonie. Przez jakiś czas wpatrywał się w strzelające płomienie, by w końcu znów przenieść wzrok nakobietę.

– Skąd wiedziałeś, gdzie mnie szukać? – zapytałachłodno.

– Agrah Err mipowiedział.

Uniosłabrwi.

– Byłem na Czarnej Górze, ale już cię nie zastałem – kontynuował Yasa. Rozpiął kurtkę i nieco cofnął się od ognia. Blask oświetlił twarz maga, więc Rosa mogła dojrzeć ciemne cienie pod oczami przyjaciela i bladość skóry. – Elfi władca wskazał midrogę.

Jeśli nawet wojowniczkę zdziwiła nagła komitywa byłego kochanka z aktualnym, nie skomentowałatego.

– A nie powiedział ci przy okazji, że jestemzajęta?

– Powiedział. Mimo to kazał pójść zatobą.

Lekkie drgnienie powieki było jedyną oznaką zaskoczenia. Cóż, nie pierwszy raz ukochany Rosy, którego bogowie obdarowali zdolnością widzenia przyszłości, wysyłał do niej Yasę. Skoro to zrobił, miał w tym jakiś cel. Nie należało dyskutować z widzeniamiErra.

Zakonna zajęła miejsce przystole.

– Usiądź, Yaso – poleciła łagodnie. – Domyślam się, że nie rozpinałeś Mostu, tylko przyjechałeś konno. Musisz byćzmęczony.

– Nie, nie rozpinałem Mostu – potwierdził i usiadł naprzeciwko Rosy. Światło kładło się cieniami na jego policzkach. Wyglądał źle. Nigdy nie był zbyt radosny, ale teraz wydawał się szczególnie przybity… iwystraszony.

Wystraszony Pierwotny. Widok był tak niesłychany, że Rosa w jednej chwili pojęła, co sięstało.

– Coś nie tak z Likal? – zapytałacicho.

Mag jakby naraz opadł z sił. Pobladł jeszcze mocniej, zacisnął pięści, zwarł szczęki, a późniejpotaknął.

– Potrzebuję twojej pomocy, Roso. Moja dziewczynka umiera – wyszeptał.

*

Wóz kolebał się, podskakując na korzeniach. Potężne drzewa wzdłuż ścieżki rosły jedno przy drugim, jak przytulone. Wysokie leśne ściany, chroniące las przed dostępem słońca i obcych. Niewielu znało tę drogę, a jeszcze mniej odważyłoby się podróżować nią z Krainy do Itru. Była wąska, kręta, chwilami tak ciasna, że wóz przeciskał się z trudem, a ciągnący go koń parskał niespokojnie. W gęstwinie czyhały dzikie zwierzęta, które wyczuwał, więc z każdym uderzeniem kopyt bał się coraz bardziej.

Powożący mężczyzna przemawiał doń uspokajająco, chociaż wiedział, że na niewiele się to zda. Wałach bał się go tak samo jak i drapieżników ukrytych pomiędzy drzewami. A kto wie, może nawet bardziej. Ostatecznie nie było w Krainie stworzeń bardziej niebezpiecznych niżsmoki.

Koń parsknął ponownie, a Pyriwestchnął.

– Mnie też się to nie podoba, malutki – wyszeptał. – Wolałbym polecieć ponad koronami. Byłbym w domu dwa razy szybciej. Nie wspomnę już, że byłoby to znacznie wygodniejsze. Jeszcze tylko kawałek, koniku. Musimy to zrobić dla niej. Inaczej się nieda.

Odwrócił się i spojrzał na wóz. Jak już setki razy, wstrzymał oddech i wbił wzrok w pierś Likal. Z przerażeniem czekał,aż się podniesie, a potem nieskończenie powoli opadnie. Jak teraz. Dopiero wtedy Pyri mógł odetchnąć. Dziewczyna żyła. Oddychała bardzo, bardzo rzadko, a jej serce uderzało równym, choć niesłychanie wolnym rytmem. Kiedy się mocno skupił, słyszał je. Bum… a potem długo, długo nic i ponownebum.

Najpierw krzyczał. Potem płakał. A później zrobił to, co kazał Pierwotny.

I teraz wiózł tę niesamowitą dziewczynę, zawieszoną między życiem a śmiercią od chwili, w której artefakt zabrał jej moc. Wiózł ją do Itru, do smoczegoświata.

*

Krasnoludzki kuc zwalniał, najwyraźniej zmęczony drogą. Zadumany Yudherthardere nie od razu to zauważył. Pochylony w siodle tak się zagłębił w czarnych myślach, że nawet gdyby naraz stanęły przed nim złocone odrzwia syrellskiego zamtuza, do którego przecież jeszcze kilkanaście dni wcześniej okrutnie tęsknił, zapewne minąłby je, nie zauważywszy. Co jakiś czas unosił głowę i niewidzącym spojrzeniem omiatał okolicę, ale tak po prawdzie nie dostrzegał jej uroków. Żałość straszliwa ogarnęła krasnoludzkie serce, to i sił nie stało, coby pannywspominać…

W końcu jednak zauważył, że Doru ledwie przebiera nogami i nieco przytomniej rozejrzał się wokoło. Zapadał zmierzch, a oni byli już cały dzień w drodze. Lasy zostawili za sobą i końskie kopyta od dłuższego czasu uderzały głucho w ubity królewski trakt. Wokoło, jak okiem sięgnąć, roztaczały się szare pola, bo śnieg stopniał już dawno, a zieleń ledwie przebijała się przez wczesnowiosenną ziemię. Niestety, oprócz owej szarości niczego nie zdołał dojrzeć na horyzoncie, żadnego domostwa czy choćbychaty.

– Nic to, Doru. Trza nam się jeszcze trochę pokolebać – wymruczał w koński kark, poklepując kuca. – Nocki zimne jak uda chudej Tondy, zmarzłby człek bez dachu nad głową. – Koń parsknął, trudno rzec, czy ze zrozumieniem, czy przeciwnie, z żalu, że dla krasnoludzkich wygód musi dalej przekładać kopytami. Że jednak z krasnoluda przedni był zrzęda, Sodi uznał, że z tej drugiej przyczyny i burknął rozeźlony: –A dyć, że ni ma co fuczeć. I tobie zda się stajenka i ziarna co nieco. Jak na środku niczego na postój staniem, co będziesz żarł? Ziemią się popasiesz? Bo ino to widać, jak okiemsięgnąć.

Koń zarżał cicho, żałośnie, a potem pochylił łeb. Jechali dalej, a wokół robiło się coraz ciemniej. Sodi ponownie wbił wzrok w grzywę wierzchowca i pogrążył się w rozmyślaniach. Raz po raz odtwarzał w wyobraźni chwilę, w której owo dziwne magiczne puzderko wessało siły ich Likal. Że też wśród mocy Yasy nie było władzy nad czasem. Dwa uderzenia serca… dwa uderzenia serca by wystarczyło cofnąć, coby pannę ocalić. Dwa uderzenia serca, a znów by chochliki w dziewczyńskich oczach mógł zobaczyć. Eeech… bo też należało Kycie dogadzać, a nie do Yasy z kluczykiem biegać. Jemu by dobrze było, a i gówniara razem z tym smoczym gołowąsem by dalej bidnego maga do wypływu żółci z zazdrości doprowadzała. Wszystkie by szczęśliwe ostały… No, może za wyjątkiem Yasy, ale z niego żaden królewski trefniś, to i dziwne by nie było. Eeech, żal.

Tak się głęboko zadumał, że nawet nie zauważył, kiedy kuc stanął. Dopiero po kilku chwilach Yudherthardere podniósł wzrok. Przy drodze, tuż przed nim, stał spory domek. Piętrowy, z dużym tarasem i mnogością małych okienek przywodził Sodiemu na myśl szlachecki dworek z Zalasów, w którym kiedyś, jeszcze za dzieciaka, gościł z dziadulem. Pamiętał, że większego brzydactwa nie widział w życiu. Każde okienko było innej wielkości, dach jakby trochę opadał po lewicy, a tynk na elewacji, o jakimś dziwnym odcieniu różu, odstawał płatami od szarych kamieni. Ten domek tak bardzo przypominał owo cudeńko, że aż Yudherthardere zamrugał z zaskoczenia. Sięgnął nawet w podświadomość do śpiącego Tropiciela. Bez skutku. Magiczne alter ego nawet nie drgnęło. Cóż, pewnie przypadek. Oj, Sodi w przypadki nie wierzył, odkąd w jednym zamtuzie przypadkiem mu rajfura dwa razy za jedną cichodajkę policzyła. To i teraz siedział w siodle i gapił się w owe znajome krzywizny. Doru był co prawda zmęczony, a i Yudherthardere właśnie odczuł na krasnoludzkim zadzie co nieco cały dzionek na końskim grzbiecie. Jednakowoż coś mu się w tym domku tak straszliwie nie podobało, że i jakoś serca nie miał, żeby w jego progi zajść.

Rozejrzał się, bo przecież jemu zmrok bynajmniej w patrzeniu nie przeszkadzał, ale jak okiem sięgnąć, wciąż brakowało innych ludzkich siedzib, a i do lasu, gdzie może by się jaka chatynka znalazła albo przynajmniej jakie wielgachne drzewo, w którego pniu by jaka dziura na szacownego podróżnika czekała, nie było. Westchnął więc Sodi niechętnie i zsunął się z siodła. Umęczone nogi ugięły się nieco, toteż krasnolud cmoknął niechętnie i przytrzymał się końskiego boku. Dopiero później podszedł do niewielkich, a krzywych wrót domostwa i uderzył weńdwukrotnie.

Przez dłuższy czas nic się nie działo, więc Yudherthardere już zamierzał ponownie zastukać, lecz wtedy po drugiej stronie drzwi rozległy się przyciszone głosy, szuranie, tupanie, jakiś łomot i wreszcie wierzeje drgnęły, by otworzyć się ze straszliwymskrzypieniem.

W czarnej wąskiej dziurze wejścia błysnęła para oczu, nad nią druga, następna i następna. Siedem par, jedna nad drugą, jak klocki w dziecięcejukładance.

– Witajcie, przeszanowni gospodarze. – Sodi ukłonił się grzecznie. Nie skomentował dziwnego zachowania domowników, bo przecie noc już zapadła, a i on, i Doru byli utrudzeni. – Zwą mnie Sodi de Gra Yudherthardere. Służę jaśnie wielmożnej królowej Serbithów. – Niemal zatchnął się tak przy nielubianym przydomku, jak i przy słowie „służę”, ale co było robić… – Nie znalazłby się u was jaki kawalątek łoża dla strudzonego podróżnika? I obroku ociupina dla mojegokonika?

Oczy zamrugały. Jedne, potem drugie… i tak po kolei aż do ostatniej pary. Przez chwilę panowała cisza, a szpara w wejściu nawet nie drgnęła. Sodi stał bez słowa, chociaż nerw już zaczynał go toczyć. Przestępował z nogi na nogę i przygryzał usta, coby… tak całkiem bezwiednie, nie powiedzieć czego głupiego. Doru za jego plecami zarżał cicho, jakby chciał przypomnieć właścicielowi, że noc za pasem, a on bynajmniej nie zamierza dłużej kopyt dla pana wyciągać. Sodi westchnął i uśmiechnął się najładniej jak potrafił, co jak wszyscy Sodiego znający wiedzą, łatwe niebyło.

Drzwi poruszyły się trochę, a piramida oczu przesunęła, jakby ich właściciele zmienilipozycje.

Sodiczekał.

W końcu wrota zaskrzypiały ponownie, równie okrutnie, i otworzyły się szeroko, a w ciemnej dziurze zamigotało światło.

– Jasna du… – Yudherthardere przygryzł język w ostatniej chwili, by głośno nie rzec owego brzydkiego słowa, co to mu się na usta cisnęło. Wciąż przecież na gościnę miał nadzieję, a i Doru parskał żałośnie. No, ale łatwo nie było, kiedy tak na gospodynie przedziwnego domostwapatrzył.

W progu stało siedem kobiet. Wszystkie malutkie i nie pierwszej już młodości, a jedna brzydsza od drugiej. Ustawiły się w rządku, od najmniejszej do największej, a ta ostatnia nie była wyższa od krasnoluda. Stały w milczeniu, kołysząc się lekko i nerwowo wycierając ręce wfartuchy.

Sodi ukłonił się grzecznie i otworzył usta, żeby ponownie się przedstawić, ale nim zdołał coś powiedzieć, najmniejsza z kobiet wyskoczyła z szeregu i złapała go za rękaw. Złapała mocno, szarpnęła, a gdy Yudherthardere zmarszczył brwi i popatrzył na kobiecinę, zadarła głowę i wpatrzyła się na mężczyznę błagalnie.

– Eeeee – bąknął niezwykle błyskotliwie krasnolud. – Znaczy jak? Będzie jaki kącik?

Kobiety wciąż milczały, za wyjątkiem tej, która szarpała go za rękaw. Ona bowiem zamrugała, fuknęła, odcharknęła i wreszcie splunęła przezramię.

– Noooo. Pójdzie! – poleciła niskim, męskim głosem, po czym pociągnęła Sodiego za sobą. Mężczyzna zamrugał. Posłusznie ruszył za kobiecinką w kierunku wejścia. Pozostałe mieszkanki rozstąpiły się i stanęły w dwóch rzędach, niczym najbrzydszy komitet powitalny. Sodi zaś wybałuszył oczy i pozwalał się ciągnąć.A był tak zaskoczony, że aż potknął się, przekraczając próg dziwnego domostwa. Zaklął brzydko pod nosem. W odpowiedzi kobieta szarpnęła mocniej rękaw krasnoludzkiej kurtki. Zmarszczyła brwi i gniewnie spojrzała na gościa.

– Dobra, że no… dobra – wymamrotał Yudherthardere. – Znaczy wybaczcie. Gębę mam niewyparzoną, a i nerw szybko mnie puszcza. – Wzruszył ramionami, ale z jakimś takim straszliwym smutkiem. – Jakbym tak czasami łbem poruszył, miast inszymi członkami… – westchnął ponuro. – Nic to, jak to mawiał dziadulo, panna kieckę opuściła, to i gdybać ni ma co. – Pociągnął lekko rękę, daremnie próbując się uwolnić. – Wiecie, ja tam wdzięcznym bardzo, ale nie trza mnie jak oporną dziewicę w noc poślubną siłą ciągnąć do łoża. Puśćcie. I tak polezę.

Kobieta przekręciła głowęi przyjrzała się krasnoludowi. Potem potaknęła bez słowa i puściła rękawkurtki.

– A wiecie, bo konikowi jakiego obroku…? – zacząłSodi.

– Dadzą – warknęła gospodyni. Nie patrzyła już za siebie, ale drobiąc małe kroczki, niemal biegła korytarzem. Yudherthardere ledwie za nią nadążał. Skupiony na plecach małej kobiety nie miał czasu, by rozglądać się wokoło, ale i tak zauważył, że wzdłuż całego korytarza na ścianach wiszą przeróżne zwierciadła. Odbijał się w nich, znikał, by zaraz pojawić w kolejnym. Różniły się wielkością i ramami, niektóre były ogromne, od podłogi aż po powałę, inne maleńkie, że ledwie widział w nich policzek czy kawałek ucha. Wszystkie jednak połyskiwały czystym, jasnym blaskiem. Wypolerowane, bez najmniejszej nawet smugi czy nierówności, zostały oprawione z największą pieczołowitością i bez liczenia się z kosztami. Sodi aż westchnął, kiedy w jednym ze szlachetnych kamieni odbiło się światło i rozszczepione zatańczyło w taflach luster. Noż przecie każdy wie, jak niezwykle czułe serduszko krasnoluda na urok szlachetnych kruszców… znaczy piękno, jasne, że napiękno.

Za plecami Sodiego głośno zaskrzypiały zamykane drzwi, a potem rozległ się ciężki tupot stóp. Yudherthardere ściągnął brwi z zastanowieniem, bo nie mogło mu się we łbie pomieścić, że sześć tak malutkich kobiet potrafiło zrobić aż tyle hałasu. Coś wciąż mu się nie podobało i w tym domostwie, i w jego gospodyniach. I nie wiedział, czy te włosy na grubym karku to się mu unoszą z jakiejś konkretnej przyczyny, czy też po prostu po ostatnich doświadczeniach zrobił się jakiś taki płochliwy. Skoro bowiem Tropiciel milczał i nawet nie skrobnął… Inna rzecz, że od kiedy Likal o ziemię w elfim lesie jak jaka szmacianka trzasnęła, Tropiciel ni razu nie skrobnął. Całkiem jakby go niebyło…

Zafrasowany krasnolud podrapał się po kudłatej łepetynie i zatrzymał w pół kroku. Biegnące za nim kobiety ledwie zdążyły stanąć, by w niego nie uderzyć. Yudherthardere zerknął za siebie i skrzywił się odruchowo. Trudno było tego nie zrobić, kiedy owa wyjątkowo miernej urody szóstka, zwielokrotniona po dziesięciokroć we wszystkich zwierciadłach, wbijała w niegowzrok.

– Idzie – ponagliła przewodniczka i ponownie pociągnęła Sodiego zarękaw.

– A właściwie to gdzie? – zainteresował się wreszciekrasnolud.

– Do panny – burknęłakobieta.

Z sześciu gardeł wyrwało się głośne jęknięcie, będące mieszanką zachwytu i strachu. Głównie strachu. Sodi ponownie przyjrzał się mieszkankom dziwnego miejsca i, zdaje się po raz pierwszy w swoim życiu, pożałował, że wlazł do domu pełnegokobiet.

– Idzie, idzie! Panna czeka! – Kobiecina podniosła głos. Chuda piąstka z niezwykłą siłą zacisnęła się na kurtce krasnoluda, a potem szarpnęła potężnym mężczyzną, aż ten się zachwiał.

– Macie parę w tych chudych łapinach – zauważył z niejakim podziwem. Chciał jeszcze coś dodać, może i błysnąć dowcipem, ale właśnie w tej chwili drzwi jednej z komnat otwarły się niemal bezdźwięcznie.

Siedem mikrych brzydul jednocześnie padło na kolana. Przewodniczka Sodiego również puściła jego rękaw i rymnęła jak długa. Uderzyła czołem w drewnianą podłogę, całym ciałem przylegając do zimnych desek. Leżały tak wszystkie, w absolutnej ciszy. Yudherthardere jako jedyny stał na środku ciemnego korytarza, kompletnie nie rozumiejąc, co się dzieje. Przez jakiś czas rozglądał się nieco nerwowo, aż dobiegł go natarczywyszept:

– Idzie! Idzie! Panna prosi. No!

Co prawda Sodi żadnego zaproszenia nie usłyszał, ale w głosie kobiety pobrzmiewało takie przekonanie, połączone ze strachem, że uznał,iż po prostu przygłuchł albo ze zmęczenia uszy muszwankują.

– No idzie! – Kobieta leżąca przy stopach krasnoluda uderzyła go pięścią w łydkę, popychając w kierunku otwartych drzwi. Sodi sapnął z bólu i odskoczył. Już miał się unieść słusznym gniewem, bo przecie nie był jakimś Niewyględnym z Niewyględowa, ale w jasnej plamie drzwi pojawiła się jeszcze jedna kobieta. Światło z komnaty kryło jej twarz w mroku, więc Yudherthardere mógł tylko obejrzeć sylwetkę; drobną i smukłą, w sukni z rozłożystą spódnicą i bufiastymi rękawkami. W długich kryształowych kolczykach igrał blask, rozszczepiając się na tęczowe płomyki.

– Co się tu dzieje? – Łagodny głos kobiety płynął niczym pieszczota. Sodi cofnął się nieco, bo nagle śpiący od dłuższego czasu Tropiciel zamruczał cichutko. Nie żeby od razu szarpał, czy rwał się na wolność, ale po kilku dniach kompletnej ciszy to leciutkie skrobnięcie tuż pod krasnoludzką skórą zrobiło na Yudherthardere ogromnewrażenie.

Kobieta tymczasem przechyliła lekko głowę, jakby przyglądała się gościowi. Długo, w milczeniu i bez ruchu. Potem, wciąż bez słowa, zrobiła kilka kroków wstecz. To samo światło, które dotychczas oświetlało ją od tyłu, teraz padło na twarz, więc Sodi wreszcie mógł się przekonać, jak wygląda owa panna, której tak straszliwie bała się pozostałasiódemka.

Dziewczyna była blada. Tak blada, że niemal biała. Krasnolud aż sapnął, bo widywał już truchła o zdecydowanie barwniejszej skórze. Piękność, bo mimo owej bladości, trudno było nie zauważyć niezwykłej urody panienki, wydała się Sodiemu bielsza nawet od nieodżałowanej pamięci Lodowca, przez śmierć którego królówka z Doliny Serbithów tak dawała w dupę krasnoludowi.

– Wejdźcie. – Panna zaprosiła go miękkim ruchem dłoni, a potem odwróciła się i ruszyła w głąb rozświetlonej komnaty.

Yudherthardere zawahał się. Ot, jakoś dziwnie mu się na serduchu zrobiło. Dyć że może i nie na serduchu, a bliżej bebechów, bo przecież od ranka nic w nich nie miał, ale i tak niespieszno mu było za dziewczęciem podążać. Właściwie już nawet zaczął rozmyślać, jak się grzecznie od owej gościny wyłgać, ale towarzyszące mu kobiety, kiedy tylko ich pani znikła w komnacie, poderwały się z klęczek i, otoczywszy gościa, pociągnęły go za bladolicąpięknością.

Pomieszczenie jaśniało światłem tysiąca świec odbijających się we wszechobecnych lustrach. O ile na korytarzu wisiały wzdłuż tylko jednej ściany, o tyle w tym pokoju rzec można wyścielały i ściany, i powałę, a nawet, co krasnolud zauważył z zaskoczeniem, podłogę. Stąpał po nich ostrożnie, z niepokojem, albowiem bogowie obdarzyli go przecież niemałymi wymiarami, toteż wagę miał słuszną. Bał się więc, że depnąwszy nieco mocniej, skruszy zwierciadło i nie dość, ze wstyd będzie, no i pannie przykrość sprawi, to jeszcze siedem lat nieszczęścia jak nic go spotkać może. A nieszczęścia na razie Sodi miał powyżejuszu.

Panna siedziała w wysokim fotelu, opierając o niego czarnowłosą główkę. Zaiście była śliczniutka, ale Tropiciel znów zaczął drapać i powarkiwać coraz głośniej, więc Yudherthardere nie potrafił owej urody docenić. Zauważył co prawda ognistą czerwień ust panienki i osadzone głęboko mroczne oczy, ale kolejna próba opanowania magicznego alter ego nie pozwoliła mu się tym widokiemdelektować.

Kobieta przyglądała mu się przez jakiś czas z nieukrywanym niesmakiem, a potem zerknęła na malutkąprzewodniczkę.

– Krasnolud? – szepnęła.

Kobiecina krzyknęła cicho i padła nakolana.

– Pomiłuj! – wycharczała, jakby nagle brakło jejtchu.

Piękność westchnęłarozczarowana.

– Cóż – podniosła się powoli i zrobiła krok w kierunku Sodiego – jeśli nie mamwyboru…

Brzydula z trudem łapała oddech, drapiąc paznokciami podłogę, a ogłupiały Yudherthardere patrzył na nią w bezruchu. Znaczy i owszem wiedział, że powinien pomóc, ale nie mógł nawet drgnąć. Tropiciel warczał. Pozostałe kobiety stały wokół gościa, ignorując umierającątowarzyszkę.

Bladolica podeszła do krasnoluda. Przekrzywiła śliczną główkę, jakby w ten sposób lepiej mogła go sobie obejrzeć i wreszcie z wahaniem dotknęła jego ramienia. Ponownie wydęła usta z niesmakiem i dopiero wtedy popatrzyła na swoją służkę. W jednej chwili duszności kobiety minęły i zwaliła się na brzuch z jękiem ulgi, dyszącgłośno.

– Niech będzie – oświadczyła bladolica, a następnie cofnęła sięlekko.

Zanim Yudherthardere zdołał się zastanowić, co się dzieje, czy choćby drgnąć, sześć małych, brzydkich kobiet rzuciło się na niego i obaliło go na podłogę. Otworzył usta, żeby krzyknąć, szarpnąłsię…

A potem nastałaciemność.

*

Rosa przyglądała się Pierwotnemu z pozornie obojętnym wyrazem twarzy.

– Krasnolud otworzył artefakt ze Złotego Dębu, a ten wessał moc Likal? – powtórzyła za Yasą. Mag przytaknął bez słowa. – Tak całkiemprzypadkiem?

– Yudherthardere myślał, że atakuje… kogośinnego.

– Kogo?

Yasamilczał.

– Niepowiesz?

– To nieistotne, Roso. – Pokręcił głową, lecz kobieta wiedziała, że to kłamstwo. – Najważniejsze, że wraz z mocą znikła wola życia Likal. Ona śpi. Zupełnie jak wtedy, gdy po Bertho zawiesiłem ją między światami. Ledwie oddycha, serce bije tak wolno… – Westchnął. Zacisnął palce na brzegu stołu i spojrzał w oczy Zakonnej. – Nie potrafimy ponownie otworzyć magicznego pudełka, bo klucz zniknął. Leśne Elfy tworzą nowy, ale nie można stworzyć samego klucza, trzeba wykonać kompletny artefakt. Będzie gotowy w dniu przesilenia letniego. Moc zabrana przez dotychczasowy zniknie. A wtedy moja Likal umrze. – Głos Yasyzadrżał.

Zakonna milczała. Drzwi do chaty skrzypnęły ponownie. Stanął w nich jeden z potężnych kudłatych Yorhów. Popatrzył na wojowniczkę, a ona na niego. Nie zamienili słowa, ale mężczyzna położył na stole spory kawałek chleba i suszone mięso, a potem skinął głową iwyszedł.

– Gdzie teraz jest? – zapytałakobieta.

– Kto?

– Co. Artefakt.

Wzrok Yasy błyskawiczniestwardniał.

– Rozumiem. – Kobieta uśmiechnęła się chłodno. – Chcesz mojej pomocy, ale na swoich warunkach. To aż tak straszne? To, co ukrywasz, Yaso, jest aż tak straszne? Nie ufaszmi?

Mag zacisnął usta. Wstał, podszedł do ognia i zapatrzył się wpłomienie.

– Gdyby chodziło o mnie – powiedział w końcu bardzo cicho – oddałbym za ciebie życie. Bez wahania. Przecież wiesz. – Zerknął na Rosę. – Jeśli chodzi o mnie, ufam ci absolutnie. Ale Likal… To Likal… Roso. Nie mogę zawierzyć jej tajemnic. Niemogę.

Zakonna westchnęła. Również wstała i podeszła doYasy.

– Pomogę ci, Yaso. Co prawda nie wiem jeszcze jak, ale pomogę. Lubię tego dzieciaka. Dobrze ci robi jej obecność. – Uśmiechnęła się lekko. – Łagodniejesz.

Mag również sięuśmiechnął.

– Trudno uwierzyć, prawda?

– Czy ja wiem? Miękłeś już przy Yudherthardere. A właśnie: gdzie krasnolud? Został zLikal?

– Likal ma innego obrońcę. – Uśmiech Yasy nieco zbladł, a Rosa, chociaż nie umiała czytać jego myśli, bez trudu dostrzegła zazdrość w czarnych oczach przyjaciela. – Sodi jest w drodze do Krasnoludzkiej Rady. Liczy na ich pomoc.

– Nie miałabym zbyt wielkich nadziei. Mistrz go nienawidzi – zauważyła chłodno. – Pomogę ci, jak obiecałam, ale najpierw muszę stanąć przed Królem Królów. Wezwał mnie. Nie mam wyjścia. Do Syrelle jest kilka godzin drogi. Pojadę tam jutro i wrócę wieczorem.

– Wezwał? – zdziwił się Yasa. – Niezaprosił?

– Właśnie – potaknęła Zakonna. – Widzę, że nie tylko mnie to dziwi.

– Twój elf nie wie, o cochodzi?

– Mój elf – podkreśliła Rosa z chłodnym rozbawieniem – nie wie wszystkiego. Jest narzędziem bogów, nie jednym z nich. Noc już, Yaso. Trzeba coś zjeść, a potemspać.

Mag skinąłgłową.

– Przenocuję w stajni.

Rosa odłamała kawałek chleba i podałaprzyjacielowi.

– Przenocujesz ze mną. To duże legowisko. I znacznie wygodniejsze od słomy. – Uchwyciwszy zaskoczone spojrzenie mężczyzny, dodała poważnie: – Ja też ci ufam, Yaso. Jedz.

*

Sodi wracał do przytomności niezwykle powoli. Ciało nie bardzo chciało współpracować, a Tropiciel ponownie zamilkł i jakoś nie chciał pomóc. Wokoło panowała cisza, a Sodi przez długi, bardzo długi czas nie miał siły, by otworzyć oczy. Nie otaczał go kompletny mrok, lecz – chociaż wciąż miał opuszczone powieki – dziwna jasna szarość. Do otumanionego umysłu dotarło powoli, że zapewne nadal przebywałw rozświetlonej komnacie. Oj, wiedział, że w końcu trzeba będzie oczy otworzyć i może nawet się ruszyć, ale nieprawdopodobna słabość tocząca krasnoludzkie członki odsuwała ten moment w nieskończoność. Wreszcie jednak Yudherthardere uniósł powieki. Zamrugał kilka razy, żeby pozbyć się bolesnej mgły, która rozmywała obraz, i dopiero wtedy rozejrzał sięwokoło.

Rzeczywiście był w dziwnej komnacie, a konkretnie wisiał przytroczony do ściany niczym świniak po zarżnięciu. W skrępowanych, uniesionych nad głową ramionach stracił już czucie, więc zapewne długo tkwił w tej pozycji. Siódemka kobiet stała naprzeciwko niego, zbita w kupkę i patrzyły na niego łakomie. Aż się dziwnie zrobiło biedakowi, bo nawet Kyta nie miewała takiego pożądania w oczach, gdy na niego spoglądała. Zamrugał ponownie, pokręcił głową nerwowo, ale panny, co to najwyraźniej całym tym bajzlem zarządzała, w zasięgu krasnoludzkiego wzroku niebyło.

– Co się, kurwa, dzieje? – warknął, acz cicho, bo przez zaschnięte gardło ledwie zdołałszeptać.

Bladolica dziewczyna pojawiła się znikąd. Stanęła przed Sodim z kompletnie obojętnym wyrazemtwarzy.

– Nic jeszcze – odrzekłaspokojnie.

– Tak się u was gości traktuje?

– Nie, mój miły. Tak się traktuje posiłek. – Uśmiechnęła siępromiennie.

Yudherthardere szarpnął się gwałtownie, acz bez skutku, bo więzy na rękach i nogach trzymałymocno.

– Co wy tu, kurwa…! – zaczął.

Kobieta zamknęła mu usta, kładąc drobną, lecz nad podziw silną dłoń na jegowargach.

– Nie lubię krasnoludzkiej krwi. – Skrzywiła się z niesmakiem. – Dlatego prawie udusiłam Śpioszkę. Znów postawiła dom nie tam, gdzie trzeba. – Pogroziła palcem służkom, a te jak na zawołanie zwarły szyki. – Powinna znaleźć jakieś pole na obrzeżach lasu, gdzie mogłabym posmakować elfa. Tej ulotnej słodyczy, jaką mają tylko ludzie lasu, delikatnej, zmysłowej… aaach – jęknęła z rozkoszą. – Mogłabym wtedy połączyć posiłek z inną przyjemnością. Podwójna rozkosz. Głupia Śpioszka! – burknęła gniewnie. – Co ja mam zrobić z krasnoludem? Głód zaspokoi i owszem. Ale to taki toporny posiłek. Dla wieśniaków. Dla nich. – Wskazała kobiety. – Widzisz, mój miły, one już cię chcą. Rozerwałyby cię na kawałki, gdybym wyszła. Cóż. Kiedyś wyjdę. – Zachichotała. – Na razie jednak muszę ugasić pragnienie. Niestety tylko to proste, niezbędne do utrzymania życia. Wyższych pragnień nie zaspokoję… krasnoludem. – Fuknęła niechętnie. – A to już tyle lat… tyle. Kobiety mają swoje potrzeby, mój miły. Ano mają. – Przesunęła powolutku wzrokiem po rozciągniętym na ścianie Sodim. Przez chwilę kalkulowała, zastanawiała się. – Nie wiem. Może jednak. Mam w domku jedną ciemną izdebkę. Jeśli zamknę oczy… – Przekręciła główkę. – W sumie nigdy nie miałam krasnoluda. Kto wie, co wy tam macie, pod tym wielkim brzuchem. Może… – Westchnęła ponuro. – Byłoby inaczej, gdyby ten przeklęty mag nie zaklął domu. Mogłabym wyjść. Mogłabym zapolować! Uwieść jakiegoś księcia… albo elfa. Bogowie, tak! Elfa. Długie… długie chędożenie, gdzieś w lesie, pomiędzy drzewami… – Oddech dziewczyny przyspieszył gwałtownie. – Byłoby magicznie. Aż do szczytu! A potem zaspokoiłabym i inny głód. Powoli, aż rozdygotane serce przestałoby bić, bo nic tak nie poprawia smaku krwi jak przerażenie. – Uśmiechnęła się rozmarzona.

Yudherthardere wstrzymał oddech i przez naprawdę długą chwilę poprawiał smak swojej posoki. Coś w słodkim, niemal czułym tonie ślicznej dziewczyny… nawet nie słowa, ale właśnie coś w głosie sprawiło, że przestał myśleć ze strachu. Patrzył tylko, zastanawiając się, czy udławi się, jeśli to, co właśnie czuje w gardle, zechce z niego wyskoczyć, a panna ręki nie cofnie. Może i byłobydobrze…

Kiedy jednak pierwsze uderzenie paniki minęło, Sodi zaczął myśleć. Na swoich czarodziejów nie miał co liczyć, bo pannę z mocy sam wytrzebił, a pogrążony w boleści Yasa pojechał Zakonną o pomoc błagać. Musiał więc krasnolud wytężyć umysł i bez niczyjej pomocy się z kabały wykaraskać. Że zaś z Sodiego bywał tęgi myśliciel, dość szybko pojął, co musiczynić.

– Wiecie, panna – zaczął, ale dłoń bladolicej stłumiła sens słów. Krasnolud odchrząknął i powtórzył: – Bo wiecie, panna… – czekał, aż wreszcie lekko zdziwiona kobieta cofnęła rękę, a wtedy kontynuował: – Możecie mnie tak… no wiecie… szybko i bez przyjemności… – Zatchnął się na moment, ale był dzielny. – Ino wiecie, pół Krainy… ta niewieścia połowa… to by wam rzekła, że żal. Umiem ja, panna, takie rzeczy robić… – zawiesił głos i uśmiechnął się zachęcająco, chociaż, to przyznać musiał przed sobą, wciąż smak krwi poprawiał – …że może i w ogóle zechcecie mnie zatrzymać, a na posiłek innego poszukacie. Ino spróbujcie, a uwidzicie, że to nie jakie gołosłowne przechwałki. Pierwszorzędny ze mnie chędożca.

Dziewczyna zmarszczyła brwi i wbiła wzrok w krasnoluda. Przez jakiś czas przyglądała się mu z zastanowieniem, a mroczne oczy co rusz zerkały w owo miejsce pod krasnoludzkim paskiem, którym tak słusznie chwalił się Yudherthardere. Tak była i na owym miejscu, i na obliczu swej ofiary skupiona, że nie zauważyła, iż Yudherthardere napina mięśnie i próbuje za wszelką cenę połączyć palce obu dłoni. Pozostałe kobiety też albo zignorowały usiłowania Sodiego, albo, jak ich pani, innymi częściami ciała więźnia zbyt były zajęte. Dość że po kilku próbach krasnolud wreszcie zdołał spleść palce w znak, którego dziadulo go uczył, a potem błyskawicznie wypowiedział zaklęcie. Tropiciel warknął, ale to akurat było obecnie najmniejszym problemem mężczyzny. Pierwotny czar szarpnął Sodim. Przypalone nadgarstki i kostki zaskwierczały i zapiekły boleśnie. Więzypuściły.

Yudherthardere padł ciężko na podłogę. Tropiciel warczał, Sodi go jednak zignorował. Wykrzyczał kolejne zaklęcie odziedziczone po babce. Siły wróciły i mężczyzna poderwał się z podłogi. Stanął w rozkroku, zacisnął usta, po czym sięgnął po toporki. Najwyraźniej kobietom do głów nie przyszło, żeby je zza krasnoludzkiego pasa wyjąć, kiedy go tak uprzejmie czucia pozbawiły. Krasnolud zacisnął je w dłoniach i uśmiechnął się bardzo brzydko. Oj, nie było mu wesoło, a i drażniony czynnym czarem Tropiciel niepomagał.

– No, kurwa, teraz się ładnie rozejdziem – warknął Sodi – bo mnie jakoś tak nie byłoby miło waszej posoki utoczyć. Tatko mnie uczyli, że babom się dobrze robi, a tłuc ni jak nie wypada. Se jednak tak myślę, kiedy na was patrzę, że ojciec racji ni jakiej nie miał, albo i matka tak go mocno za kark trzymała, że inaczej mu gadać nie wypadało. Się panna nie męcz – ostrzegł, kiedy bladolica wbiła w niego spojrzenie. – Strzeże mnie teraz pierwotne zaklęcie. Nijak mnie nie zauroczysz. Wypuścicie mnie grzecznie, to i płaczu nie będzie. Waszego, znaczy się. – Przenosił spojrzenie z grupki kobiet na bladolicą i z powrotem. Paluchy zacisnął na toporkach i poruszał nimi powolutku to w jedną, to w drugą stronę. Czekał.

Tylko chwilę, bo nagle cała siódemka skoczyła ku niemu z krzykiem. Rozcapierzone pazury, wykrzywione twarze, obnażone dziąsła… Niczym dzikie zwierzęta kobiety rzuciły się na swoją ofiarę.

Pośród rozległych zalet Sodiego niezwykle trudno było dopatrzeć się waleczności. Kiedy jednak było trzeba… było trzeba. Mężczyzna odskoczył i ciął. Raz za razem. Rąbał pozornie na oślep, ale trafiał z morderczą dokładnością. Tropiciel wył, bo Yudherthardere walcząc, nieustannie powtarzał zaklęcie ochronne. W dziwny sposób jednak, zamiast rozpraszać walczącego krasnoluda, alter ego pogłębiało tylko jego furię i usprawniało ręce. Ostrza toporków gładko wchodziły w ciała kobiet. Krew tryskała. Odcięte członki padały na podłogę, ale atakujące nie ustawały. Magiczna osłona zaczynaładrżeć…

I naraz Sodi trafił bladolicą. Trafił idealnie, tuż poniżej brody, w piękną, odsłoniętą szyję. Siła uderzenia niemal wyrwała broń z ręki krasnoluda. Otrze rozcięło skórę, potem mięśnie, by w końcu, całkiem bez wysiłku, przejść przez kręgosłup i oddzielić głowę od reszty ciała.

Na jedno uderzenie serca czas się zatrzymał. Siedem małych, brzydkich kobiet, koszmarnie już okaleczonych i krwawiących, zamarło w bezruchu. Bladolica stała z rozwartymi do krzyku czerwonymi wargami, czarne włosy falami opadały na ramiona, a mroczne spojrzenie wciąż było utkwione w krasnoludzie. A potem bardzo, bardzo powoli, głowa zsunęła się z ramion, z plaśnięciem upadła na podłogę i potoczyła się ku stopom Sodiego. Kopnął ją odruchowo. Napiął się. Poruszył nadgarstkami, gotując się do dalszejwalki…

Służki wciąż patrzyły na rozczłonkowane ciało. A później, kiedy wreszcie korpus zatoczył się i przewrócił, skoczyły. Minęły Sodiego i rzuciły się na ciało swej pani. Rwały, gryzły, szarpały, rozdzierając kawałek zakawałkiem…

– Noż niech mnie nigdy żadna panna nie pomaca tam, gdzie ta chciała… – jęknął cichutko Sodi. Kobiety mlaskały, krew tryskała, a krasnolud pozieleniał nieco. – Kochają ją aż do szpiku kości – wymamrotał. Szybciutko, nie odrywając wzroku od ucztujących i nie chowając okrwawionych toporków, wycofał się do drzwi. Żadna z kobiet nie zwróciła jednak na niego uwagi.

Wybiegł z komnaty, a potem ruszył korytarzem, wzdłuż lustrzanej ściany, aż do wyjścia z dziwnego domu. Nie wypuszczał przy tym broni z rąk. Ot tak, na wszelkiwypadek.

Ledwie przekroczył próg, a budowla zadrżała, zachybotała… i znikła. Pozostał tylko zakrwawiony krasnolud i parskający kuc, stojący przy trakcie na kompletnymodludziu.

II

Kij samobij

Na zewnątrz padało. Deszcz szumiał cicho spokojną, usypiającą melodię. Chwilami wiatr zmieniał kierunek, a wtedy ściany chaty z jękiem przyjmowały uderzenie wody, a hałas się nasilał. W takich momentach Pierwotny mrużył oczy, by ponownie uciszyć dźwięki. Nie, Yasa nie spał. Nie tylko dlatego, że nie mógł zasnąć nękany strachem o Likal. Obok niego, na łożu, nie dalej niż na wyciągnięcie ramienia, spała Rosa. Zwinięta w kłębek niczym kociak, z twarzą odwróconą w kierunku maga, powinna się wydawać niewinna i bezbronna jak dziecko. Ale to była Zakonna i nawet pogrążona we śnie, z lekko rozchylonymi wargami, oddychająca równomiernie, wyglądała na tą, którą była: niesłychanie niebezpieczną kobietę. Yasa westchnął, odwrócił wzrok i przez chwilę wpatrywał się w powałę. Wichura znów przybrała na sile, więc ponownie użył czarów, by ją uspokoić. Nie chciał, by obudziła Rosę.

Pragnął zrobić to sam. I wiedział, że nie może. Dawno już, bardzo, bardzo dawno nie spotkał kobiety, której by tak pożądał, chociaż nie mógł mieć.

– Uciszanie pogody na nic się zda, jeśli sam będziesz się wiercił i jęczał – powiedziała cicho Zakonna i otworzyła oczy. – Nie mogę przez ciebiespać.

– Mam pójść dostajni?

Westchnęła i wsparła się nałokciu.

– Zostań.

Potaknął i przez chwilę milczał, patrząc na nią zachłannie. Rosa pokręciłagłową.

– Wiesz, że nie? – zapytałamiękko.

– Wiem.

– Może więc użyjesz tej swojej niesamowitej mocy, by nie myśleć o mnie w tensposób?

Uśmiechnął się ponuro, ale nieodpowiedział.

– A Likal? – dodałaZakonna.

– CoLikal?

– O niej nie myślisz w tensposób?

Zaskoczony mag usiadł. Nie odpowiedział, a Rosa uśmiechnęła siękrzywo.

– Bogowie wiedzą, że brak mi kurdupla – skwitowała kwaśno. – On pewnie znalazłby jakąś kąśliwą ripostę na to twoje rozmarzone spojrzenie, Pierwotny Magu. – Pokręciła głową i również usiadła. – Gdyby ktoś mi rzekł, że będziemy prowadzili taką rozmowę… Starzejemy się, Yaso? Jeszcze ino brakuje, byśmy dosiedli kołowrotków, żeby coś tam uprząść. Jak rozplotkowanewieśniaczki.

Mag uśmiechnął się, a jego oczy utraciły ten głodny wyraz. Wciąż jednak milczał. Zakonna odetchnęła i oparła głowę ościanę.

– Myślałam o tej twojej dziewczynie, mój drogi – powiedziała cicho, nie patrząc na przyjaciela. – Będziemy potrzebowali potężnego źródła magii. Ja i ty nie wystarczymy. Może uda nam się ją obudzić, ale żeby zwrócić jej moc… Bo chcesz, żeby ją odzyskała, prawda?

Pierwotny spojrzał nanią.

– Nie potrafię czytać twoich myśli, Yaso – przypomniałamu.

– Nie wiem – odrzekł wreszcie. – Nie wiem, czy chcę… – Zamilkł na chwilę, oderwał wzrok od Zakonnej, wstał i podszedł do okna. Na dworze wciąż było ciemno, a deszcz nie przestawał padać, ale dla oczu Yasy nie było to przeszkodą. Patrzył więc, nie widząc, daleko, daleko przed siebie. – To i tak nie moja decyzja, lecz Likal. Jeśli zechce odzyskać moc, zrobię wszystko, żeby miała ją zpowrotem.

Rosa potaknęła powoli. Nie wstała, nie podeszła do maga. Wciąż leżała, wspierając głowę o ścianę, ale patrzyła na Yasę wskupieniu.

– Zmieniłeś się – stwierdziław końcu. – Ten dzieciak naprawdę ma na ciebie dobrywpływ.

– Zmieniłem – potaknął Yasa. Odwrócił się od okna i uchwycił spojrzenie kobiety. – Pewne rzeczy jednak pozostały niezmienne.

Zakonna pokręciła głową w milczeniu, więc mag nie kontynuował. Jeszcze jakiś czas stał przy oknie, ponownie zapatrzony w ciemność na zewnątrz. Deszcz szumiał cicho, powoli tracąc na sile. Gdzieś daleko stąd trwała zawieszona między światami dziewczyna. Nie, Yasa nie mógł o tym myśleć. Nie mógł myśleć, bo wtedy nachodziło go pragnienie, by kogoś zabić. Tak cholernie, cholernie bolało. Oparł głowę o ścianę i zacisnąłpalce…

– Chodź tu – powiedziała miękkoRosa.

Odwrócił się w jednej chwili. Spojrzał pytająco, ale Zakonna ponownie pokręciła głową. Kiedy jednak położył się obok, pozwoliła się objąć. Przylgnął do niej trochę rozpaczliwie. Bogowie, nawet nie wiedział, że tak potrzebowałbliskości.

*

Księżyc stał już wysoko, kiedy wóz wiozący Likal i Pyriego minął ostatnie drzewa, a podkowy zaprzęgniętego doń konia ponownie uderzyły w ubity trakt wiodący do Itru. Smok odetchnął pełną piersią. Do granicy było już tak blisko, że czuł zapach domu. Jedyny w swoim rodzaju, dziki, mocny aromat smoczych gawr, królestwa starożytnych Złotych Smoków z Itru. Jeszcze tylko nocleg w gospodzie, której światła widział w mroku. Tam sam spróbuje odpocząć, nie spuszczając wzroku z Likal, a potem, tuż po świcie, wyruszy do domu, do Deidghe.

Odetchnął głęboko i zerknął za siebie, na Likal, na jej jasne włosy, bladą twarz i wciąż ściągnięte rysy, jakby nieustannie cierpiała, zawieszona między życiem a śmiercią.

– Jutro, mała, jutro miniemy granice Itru – wyszeptał. – Cała Najwyższa Rada się tobą zajmie. Już ja się o to postaram. No i moja siostra. Ona na pewno pomoże. Na razie odpoczywaj. – Przemknął palcami po czole śpiącej, a rysy Likal na moment złagodniały, jakby dziewczyna poczuła pieszczotę. Kiedy jednak cofnął palce, ból ponownie odmalował się na obliczu nieprzytomnejczarownicy.

Pyri zacisnął usta i strzelił lejcami, żeby pogonić konia. Zwierzak jednak, tak jak i mężczyzna, czuł woń smoczych włości, więc bynajmniej nie było mu spieszno udać się w ich kierunku. Strzygł nerwowo uszami, przebierał kopytami, ale stanął w miejscu i parskając, dawał do zrozumienia, że nie zamierza się ruszyć. Pyri sapnął cicho, ale w sumie nie nalegał, bo rozumiał strach zwierzęcia. Zeskoczył z wozu, wyprzągł konia, a potem przywiązał go do najbliższego drzewa. Sam zaś wrócił, otulił nieprzytomną Likal i wziąwszy ją na ręce, ruszył dogospody.

Bywał częstym gościem w tym przybytku i ludzie, którzy w nim pracowali, wiedzieli, kim jest, więc kiedy ujrzeli go w progu, przywitali jak na młodego księcia z Itru przystało. Gospodarz giął się w pokłonach, błyskawicznie kazał przygotować najlepszą izbę i zastawić stół. Nie zdziwił się nawet na widok dziewczyny w ramionach Pyriego. Kiedy jednak skinął na służbę, by zabrali Likal, smok warknął. Złote oczy młodzieńca pociemniały, a twarz spochmurniała, jakby gotował się do przemiany. Przerażony karczmarz odskoczył, a za nim dwaj potężnisłudzy.

– Wskażcie izbę i tam zanieście posiłek – zażądałPyri.

– Tak, jaśnie panie – wyszeptał mężczyzna, pochylając głowę. Nie śmiał spojrzeć na to smocze szczenię, które od lat zaglądało do jego gospody. Zawsze serdeczny i hojny chłopak, dotychczas wydawał się ludziom z pogranicza najbardziej nieszkodliwym z całego itruańskiego rodu. Nie polował poza granicami smoczych gawr, nie porywał trzody, nie uwodził dziewcząt, chociaż, bogowie wiedzą, chętnych do ogrzania jego łoża nie brakowało. Tak, z całą pewnością aż do tego dnia wydawał sięniegroźny.

Pyri zacisnął usta, świadom, jakie zrobił wrażenie. Teraz jednak go to nieobeszło.

– Zostawiłem konia przy drzewach. Wyślijcie kogoś po niego – polecił już nieco spokojniejszym tonem. Nie czekał na odpowiedź. Wiedział, że nikt nie odważy się zlekceważyć jego poleceń. Może i wciąż przebywał na terenach Krainy, ale Itru było zamiedzą.

O tej porze, wczesną wiosną, kiedy ledwie stopniały śniegi, a noce wciąż były jeszcze niesłychanie chłodne, itruańskie granice świeciły pustkami. Handel czekał na cieplejsze dni, bo zimno w jakiś dziwny sposób zamykało kieszenie mieszkańców smoczego królestwa. Dlatego też gospoda na granicy świeciła pustkami. Zbłądziło tu ledwie kilku podróżnych, których do odwiedzin albo zmusiły okoliczności, albo nie znali oni panujących w okolicy zwyczajów. Siedzieli teraz wciśnięci w kąt głównej izby, przyglądając się ponuro młodemu mężczyźnie niosącemu śpiącą dziewczynę. Pyri nie zwrócił na nich uwagi. Nie zauważyłby zapewne i młodej, bogato odzianej kobiety, która grzała dłonie przy kominku, ale kiedy ją mijał, uniosła wzrok i skrzyżowała go ze spojrzeniemmłodzieńca.

Smok zatrzymał się w pół kroku. Wstrzymały go pospołu i niesamowita uroda kobiety, i jej aromat. Mocny, chociaż wydawał się delikatny, słodki aromat jaśminu w pełnym rozkwicie. Znał ten zapach. Poczuł go pierwszy raz dwa lata temu, a potem przed kilkoma tygodniami, gdy znalazł w lesie Likal. Wtedy nie mógł sobie przypomnieć. Dziwne, że nie mógł… Przecież znał go jak własny. Zapach Lunasa. Oprócz tej trójki pachniała tak tylko jedna istota, chociaż i tego nie skojarzył… No ale wtedy był zbyt zajęty młodą czarownicą. I mimo że poczuł, nie spamiętał… a teraz pamięć wróciła mocnym uderzeniem obrazów i woni. Pierwotny. Lunas, Likal i ta kobieta pachnieliYasą.

Stał tak i patrzył, a jasnowłosa uśmiechnęła się zupełnie obojętnie i powróciła do grzania rąk nad ogniem. Miała piękne dłonie o długich, szczupłych palcach. Resztę sylwetki skryła pod szeroką peleryną, dlatego Pyri skupił wzrok na tych palcach. Przez myśl przemknął mu kompletnie zaskakujący i nader podniecający obraz. Potrząsnął więc głową i zmarszczył brwi. Magia? Zwodnicza magia, tu, na granicy z Itru? Czarodzieje z Krainy nie zapuszczali się tak daleko, bo używanie magii w smoczym państwie było zarezerwowane dla rodziny królewskiej. Dla innych mogło, w najlepszym przypadku, skończyć sięwygnaniem.

Zamknął oczy i odsunął się. Zmysłowe obrazy znikły, ale Pyri wciąż stał o kilka kroków od kominka, rozdarty między chęcią utulenia Likal w ciepłym bezpiecznym miejscu a pragnieniem poznania tajemniczej piękności. Zrobił jeszcze jeden krok do tyłu i owo nieodparte pragnienie naraz ustąpiło. Potrząsnął głową. Kobieta patrzyła nieobecnym, wystraszonym wzrokiem, ale nie na niego, a na trzymaną przez Pyriego dziewczynę. Drżała przy tym i kurczowo zaciskała pięści, jakby widok nieprzytomnej Likal straszliwie jąprzeraził.

Smok odruchowo przytulił Likal. Zmarszczył brwi i spróbował wsunąć się w myśli kobiety. Zamiast jednak czystej, prostej świadomości, jakiej się spodziewał, trafił do mrocznej jamy, kompletnie bezobrazowej, bezdźwięcznej i ciemnej. Ktoś osłonił umysł jasnowłosej przed mocą telepatów. Ktoś z potężną magią…

Pierwotny?

– Kim ona jest? – odezwała się nagle kobieta. Zrobiła krok w kierunku Pyriego, ale zaraz cofnęła się gwałtownie, chowając w półmroku. Uderzyła plecami o ścianę, oddychała szybko jak przerażone zwierzątko. – Kim ona jest? – powtórzyła wysokim, histerycznymtonem.

Smok nie odpowiedział. Nie ruszył się jednak, jakby wystraszone spojrzenie czarnych oczu trzymało go nauwięzi.

Pewnie staliby tak jeszcze długo, gdyby nie interweniował gospodarz, nieco już wystraszony faktem, że samotna kobieta zaczepia smoczego królewicza. Przyskoczył do niej i pociągnął gniewnie za ramię, zrywając tym samym niezwykłepołączenie.

– Pójdzie! – burknął. – Nie zaczepiajcie wielmożnego pana. Ot, się czepiła, baba jedna, no! Nie wasza rzecz, kogo pan z Itru do łożnicy bierze! Pójdzie!

Pyri zamrugał. Uwolniony od magii jasnowłosej, przez jedno uderzenie serca zastanawiał się, co robić. Potem jednak, wiedziony pragnieniem ułożenia młodej czarownicy w wygodnym łożu, odwrócił się i ruszył ku wskazanej izbie. Szedł, a powtarzane już szeptem przez jasnowłosą pytanie ścigało go, aż zamknął za sobądrzwi.

*

Do świtu było jeszcze daleko, gdy Zakonna postanowiła wyruszyć do Syrelle. Yasa stał przed chatą i patrzył, jak kobieta dosiada elfiej klaczy. W słabym świetle docierającymz wnętrza chaty ledwie mógł dostrzec rysy jejtwarzy.

– Powinienem z tobą jechać – powiedział cicho. – A przynajmniej któryś zYorhów.

– Reinghart wyraził się jasno: mam byćsama.

Pierwotny pokręcił głową w milczeniu.

– Nie wiem, czy bardziej mnie wzrusza, czy irytuje twoja troska. – Kobieta uśmiechnęła się. – Radzę sobie bez twojej opieki, mójdrogi.

– Wiem. Gdyby jednak nie było takiej potrzeby, Agrah Err nie wysłałby mnie zatobą.

– Ano nie – potaknęła i poklepała klaczkę w zamyśleniu.

Wojowie Zakonnej stali obok Yasy. Potężni, owłosieni, jak dwa wierne niedźwiedzie. Mag nie musiał na nich patrzeć, żeby czuć ich niepokój. Rosa też to zauważyła. Uczucia trzech przypatrujących się jej mężczyzn i przekonanie tego jednego, który im co prawda nie towarzyszył, ale wysłał za ukochaną rywala, by ją strzegł… wszystko to zaczęło się jej udzielać. W przeciwieństwie do kochanka, Rosa nie miała daru widzenia przyszłości. Nie zwykła jednak ignorować jego wizji. Westchnęła i zeskoczyła z końskiego grzbietu.

– Dobrze, Yaso – powiedziała, podchodząc do Pierwotnego. – Zrób to.

Mężczyzna w milczeniu uniósł brwi. Nie spodziewał się tej propozycji. Ostatecznie Rosa była elfem i miała nieustanne połączenie z Agrah Errem. Zawsze mogła liczyć na jego pomoc…

– Nie dziw się tak. Err niczego nie robi bez powodu. Sam nie może wystąpić przeciwko Królowi Królów. Być może wysłał ciebie, bo ktoś będzie musiał. Połącznas.

Mag uśmiechnął się drapieżnie. Jednym ruchem przyciągnął do siebie Zakonną. Mocno i blisko. Tak, jak tego pragnął od bardzo, bardzo dawna. Poczuł, kiedy się poddała. Silne kobiece ciało, które znał prawie jak własne, chociaż miał tylko raz, wiele lat temu, uległo jego ramionom. Źrenice w odbarwionych tęczówkach rozszerzyły się gwałtownie, a oddech przyspieszył. To jeszcze nie była magia połączenia. Jeszcze nie… więc…?

Nie miał czasu, by się nad tym zastanawiać. Zmrużył oczy i pocałował Rosę, uruchamiającczar.

Magia Przemian i Pierwotnego zwarły się w szalonym tańcu. Światło otoczyło oboje, by mieniąc się, połyskując, nabierać mocy… aż po oślepiający rozbłysk wśród szumu i grzmotów. Połączenie. Rosa poczuła je w oddechu, w rozgrzanej skórze, w gorącej krwi płynącej tuż pod nią. Połączenie mocy, jaźni i czuć.

Jedno, drugie, trzecie uderzenie serca, a Yasa wciąż trzymał Zakonną w ramionach, z chwili na chwilę pogłębiając pocałunek. Już nie tylko magia połączenia, ale czyste pożądanie nie pozwalało im się rozstać. W końcu Rosa wsunęła między nich ręce i, chociaż niechętnie, odsunęła mężczyznę.

Oboje oddychali szybko i płytko, wciąż podnieceni. Trudno było stwierdzić, czy to, co czuła Zakonna, czuła sama, czy było to tylko echo pragnień byłego kochanka. Splątanie uczući myśli okazało się niemal bolesne. Cofnęła się, uwalniając z objęć i bez słowa dosiadła wierzchowca. Zamiast jednak od razu odjechać, długo patrzyła na mężczyznę.

– Nie musiałeś mnie całować, prawda? – zapytała chłodno, acz bezgniewu.

– Musiałem – zaprzeczyłłagodnie.

– Ale nie po to, by uruchomićpołączenie.

– Nie, po tonie.

Pokiwała głową, a później spięła konia iodjechała.

*

Pyri nie mógł zasnąć. Przez długi czas siedział przy łożu i obserwował nieprzytomną Likal. Od oddechu do oddechu, czekając niecierpliwie,aż ten kolejny nastąpi. Nieustannie jednak słyszał przerażony głos jasnowłosej kobiety. Był echem jego własnych rozważań. Kim była kobieta pachnąca Pierwotnym? Dlaczego Likal tak bardzo ją przeraziła? Śliczna, delikatnaLikal…

Wstał i poprawił koce okrywające dziewczynę. Nie mógł się przy tym powstrzymać i łagodnie musnął blady policzek.

– Zostawię cię na chwilę – szepnął do nieprzytomnej i pocałował powietrze tuż nad jej czołem. Wydało mu się niewłaściwym dotykać i całować młodą czarownicę bez jej zgody. – Muszę porozmawiać z tamtą kobietą. Coś takiego w niej jest… Coś… Nie umiem tego zdefiniować, ale wiem, że muszę. Nikt nie będzie cię tu niepokoił… – zawiesił głos, a potem dokończył: – kochanie. Nikt by się nieodważył.

Kiedy mówił, tak jak wtedy, gdy dotykał twarzy Likal, jej oblicze łagodniało. A może tylko tak sobie wmawiał, czekając na jakikolwiek znak, że dziewczynie siępoprawia.

Ledwie wyszedł za drzwi, już tego pożałował. Westchnął i gniewnie zacisnął pięści. Gdyby teraz stanął przed nim nieszczęsny krasnolud… Oj, chyba by Pyri urozmaicił sobie dietę. Gniew na Yudherthardere nie opuszczał go od chwili, gdy Likal uderzyła o ziemię w elfim lesie, a puzderko ze Złotego Dębu zatrzasnęło się bezdźwięcznie. Klucz znikł i nikt nie potrafił odzyskać sił witalnych tej słodkiej dziewczyny. A wszystko to winakrasnoluda…

Smok szedł tak zamyślony, że byłby nie zauważył wykradającego się z jednej z izb karczmarza. Mężczyzna najwyraźniej nie chciał być zauważony, bo rozglądał się nerwowo wokoło. Zobaczył smoka i pobladł gwałtownie. Zamarł w pół kroku w otwartych drzwiach, z dłonią zaciśniętą na skoblu. Drugą nerwowo schował za plecami.

– Trzeba wam czego, panie? Pomóc w czymś? – zapytał wkońcu.

Pyri zmrużył oczy. Bez trudu odczytał myśli mężczyzny, a poznawszy je, skrzywił się brzydko. Uznał jednak, że chwilowo pozostawi sprawy samym sobie. Chwilowo.

– Nie, dobry człowieku. Sam sobie poradzę z tym, czego mi potrzeba – odpowiedział więc chłodno. Minął karczmarza i ruszył korytarzem w poszukiwaniu jasnowłosej. Wiedział, że mężczyzna odetchnął z ulgą, ale w tym momencie go to nieobeszło.

Znalazł nieznajomąw głównej izbie, tam, gdzie ją zostawił. Przytuloną do ściany, tuż obok kominka, już nie rozcierała dłoni, ale oparłszy głowę, zamknęła oczy i pozwalała, by ogień rozświetlał jej twarz. Pamiętając, co poczuł uprzednio, tym razem Pyri zatrzymał się w sporej odległości. Mimo to nie mógł nie zauważyć nieprawdopodobnej urody kobiety, chociaż przyglądał się jej inaczej. Szukał podobieństwa do Likal lub do Pierwotnego.

Kobieta poczuła jego spojrzenie i uniosła powieki. Drgnęła niespokojnie, a potem zacisnęładłonie.

– Witaj, pani. – Młodzieniec ukłonił się grzecznie, uspokajająco. – Jestem Pyri… – zawahał się, a potem dokończył: – Pyriedntestate AnheHredhertgherre.

Zwarła mocno szczęki, z mieszaniną ulgi istrachu.

– Uri – szepnęła. – Mam na imię Uri. – Odetchnęła głęboko, nieco histerycznie, a potem zamrugała nerwowo. Przez jakiś czas milczała, a Pyri czekał. Nie drgnął jednak, pewien, że jeśli to zrobi, opanuje go magia kobiety. Jasnowłosa uśmiechnęła się smutno. Może się domyśliła, a może po prostu uśmiechała się do swoich myśli. Westchnęła i wytłumaczyła cicho: – Wybaczcie, że nie podam pełnego miana, ale… – zadrżała, a w ciemnych oczach rozbłysły łzy – …nie pamiętam go. Wielu rzeczy nie pamiętam. Wasza towarzyszka wydała mi się znajoma… Dlatego… Ale nie wiem, skąd ją znam. Was nie pomnę, ale ją… Ją tak. Powiecie mi, jak jązwą?

Młodzieniec przyglądał się Uri ze współczuciem. Czy to była jej magia, czy po prostu czułe na kobiece łzy męskie serce, dość że podszedł do kobiety i usiadłobok.

– Jak to nie pamiętacie? – zapytał. – Niczego?

– Nie. Coś pamiętam. – Przekrzywiła głowę i zapatrzyła się w ogień. – Moja matka była piękna. Dom był duży i przestronny. Na dworze zawsze było ciepło, a służba bała się matki. I pamiętam mężczyznę o czarnych oczach. Trochę podobnych do moich. Nie wiem, czy był mi bratem, czy kochankiem – położyła obronnym gestem rękę na brzuchu – ale pamiętam, że gokochałam.

Wstrząśnięty Pyri przestał słuchać, bo utkwił wzrok w lekko zaokrąglonym brzuchu gładzonym przez szczupłą dłoń kobiety. Uri była przy nadziei. Skoro zaś pachniała Pierwotnym… Smoczy węch rzadko się mylił, ale Pyri wiedział wystarczająco dużo o Yasie, by mieć pewność, że opiekun Likal nigdy nie zostawiłby ciężarnej kochanki. Nieświadomie.

Ale ona pachniała Yasą. Dziecko w niej pachniałoPierwotnym.

– Powiecie mi, jak zwą waszą towarzyszkę? – zapytała ponowniejasnowłosa.

– Likal – odpowiedział odruchowo, a potem podniósł wzrok, pragnąc zobaczyć, jakie wrażenie wywarło to imię. Piękne oblicze nieznajomej pozostało jednak obojętne. – Nic wam się nieprzypomniało?

Pokręciła głową iwestchnęła.

– Jest chora? – zapytała. – Wyglądała nachorą.

– Jest chora. Bardzo.

Przez chwilę milczała, znów zapatrzona w ogień, by w końcuoświadczyć:

– Tam, gdzie się obudziłam, kiedy wszystko zapomniałam, mieszkała kobieta z małym chłopcem. Pomagali mi. Byli dobrzy. Któregoś dnia chłopiec zachorował, a wioskowy medyk rzekł, że już po dziecku. Było mi tak żal malca… tak strasznie żal… – Spojrzała na Pyriego. – I z tego żalu zrodziła się jakaś taka moc, że gdy dotknęłam chłopca, ten wyzdrowiał. Nie wiem, skąd się to wzięło. Nie rozumiem. Może zawsze to miałam, ale zostało zapomniane, jak i inne rzeczy. Może. A może przyszło, bo… No wiecie – zwiesiła głos, a dłoń pieszcząca brzuch zatrzymała się. – No, ale chłopiec wyzdrowiał. Jeśli chcecie… mogę dotknąć waszej towarzyszki. Może i jejpomogę.

Smok pokręcił ponurogłową.

– Ech, pani… próbował ją uleczyć Pierwotny. Nikt wśród żyjących nie ma większej mocy, a niezdołał…

– Pierwotny? – zapytałanerwowo.

– Yasa. – Pyri znów czekał na reakcję i teraz się jej doczekał. Kobieta odetchnęła głęboko, a potem powtórzyła imię Pierwotnego, jakby je smakowała, z czułością izastanowieniem:

– Yaaasaaa. – Później zamilkła, długimi, pełnymi miłości ruchami pieszczącbrzuch.

Smok patrzył na nią bezsłowa.

– Więc jak? – przerwała ciszę Uri. – Chcecie, żebym spróbowała?

Zamrugał wybudzony zesnu.

– Cóż szkodzi? Chodźcie. – Wstał, po czym podał jej dłoń. Ujęła ją bez wahania i pozwoliła się prowadzić. Nie bała się, chociaż przecież dopiero go spotkała. Poznawała ostatnio jednak tak wielu ludzi, że nauczyła się ich błyskawicznie oceniać, a temu zaufała bezzastrzeżeń.

– Co wy tu robicie? – zapytał Pyri, prowadząc kobietę ciemnym korytarzem. – To nie jest dobry okres do podróży. Zwłaszcza w waszym stanie. A i Itru o tej porze roku nie jest zbytgościnne.

– Nie mogłam już dłużej czekać – wytłumaczyła. – Musiałam… – zająknęła się i przygryzła wargę. Dopiero po kilku krokach spróbowała wyjaśnić: – Tam ktoś jest… znam ją… jego… Oni czekają. Jestem tego pewna. Śnili mi się w nocy. Maleńki chłopiec o oczach… oczach Yasy i kobieta o włosach koloru złota. Dlaczego stanęliście? – zapytała, bo Pyri zatrzymał się gwałtownie. – Znacie ich, prawda? Widzę, że znacie. Wiedziałam, kiedy na was spojrzałam pierwszy raz. Wyglądacie trochę jak kobieta z moichsnów.

– Cholera – sapnął Pyri. – Muszę poważnie porozmawiać z siostrą.

*

Likal leżała jak ją zostawił i co oczywiste, nie drgnęła, gdy weszli. Uri podeszła do łoża z zawahaniem, bo mgliste wspomnienie, obraz znany i jednocześnie kompletnie niemożliwy do zdefiniowania, ranił jej myśli. Tak bardzo chciała sobie przypomnieć, dodać znajomą twarz do sytuacji, do echa przeszłości, że czuła niemal fizyczny ból. Stała więc, o dwa kroki od nieprzytomnej, niezdolna do podjęcia decyzji, czy zgodnie z obietnicą spróbować użyć tej dziwnej mocy, która uratowała chłopca z wioski, czy uciekać jaknajdalej.

Pyri zatrzymał się w wejściu pełen nagłej niezrozumiałej nadziei ipatrzył.

Jasnowłosa kochanka Pierwotnego… bo przecież smok był pewien, że nią była… pochyliła się powolutku. Widział, jak wstrzymała oddech, zmrużyła oczy, zacisnęła pięść, a drugą dłoń bardzo, bardzo powoli położyła na policzkuLikal.

Pyri był synem królewskiego rodu złotych smoków z Itru, wyczulonym na moc i władającym czarami niemal tak potężnymi, jak starożytni magowie. Stojąc więc ledwie kilka kroków od Uri, nie mógł nie poczuć potężnego uderzenia magii. Tak silnego, że aż zaparło mu dech. Bez słów, bez zaklęć, czystą absolutną potęgę Pierwotnych Magów. Zapłonęła w powietrzu niewidzialna i wyczuwalna tylko dla wybranych. Wstrząsnęła rzeczywistością, by skupić się w szczupłych palcach jasnowłosej kobiety. Pyri cofnął się odruchowo, bo dotychczas sądził, że tylko jedna istota w Krainie ma taką moc.

Przez długą chwilę nic się nie działo, lecz kiedy trochę rozczarowana Uri miała już cofnąć rękę, nieprzytomna dziewczyna nagle jęknęła. Długo i przeciągle, bardziej z czułością niż z bólu. Nie otworzyła oczu, ale szepnęła cichuteńko, zwestchnieniem:

– Yasa.

A potem odwróciła się i zwinęła niczym kociak, wtulając w dłońUri.

*

Stojący na progu chaty Yasa wciąż patrzył za odjeżdżającą Zakonną. Połączenie pozwalało mu czuć jej nagłą niepewność i słabe echo pożądania. Nie mógł niestety być pewien, czy to jej uczucia, czy już jego. Tak działało to zaklęcie, łączyło i mieszało tak jaźnie, jak i emocje. Dlatego Yasa nie mógł wiedzieć, ale chciał myśleć, że to pragnienia Rosy i tylko jej. Stał więc i patrzył w ślad za byłą kochanką, gdy poczuł dalekie uderzenie mocy. Nie było jak zwykłe zaklęcie, rzucone przez pośledniego czarodzieja. To było zawahanie, jakie mogło spowodować tylko uwolnienie pierwotnej magii, czystej i absolutnie niekontrolowanej. Tylko jego rodzina potrafiła rzucać takie czary. I tylko dwie kobiety, z których jedną sam zabił, a drugiej, po tym jak ją wraz z Zakonną i elfim królem przywrócili do życia, usunął wszystkiewspomnienia.

Odetchnął głęboko.

Cholera, nie minęło nawet pół roku. Raz, kilka miesięcy wcześniej, poczuł już wahnięcie mocy, ale było słabsze, łagodniejsze… Pomyślał wtedy, że to jakiś czarodziej bawi się potężnymi zaklęciami… Teraz był pewien. Nikt inny, tylko Uri. Jakim cudem tak szybko zdołała zapanować nadmagią?

– Uri – szepnął.

*

Zazdrość to parszywe uczucie, łamiące serca jak wichura drzewa, bez najmniejszego problemu. Pyri stał w wejściu, patrzył na zwiniętą w kłębek Likal, śpiącą z uśmiechem na ślicznej buzi, i cierpiał katusze. Jedno słowo, a zabolało cholernie mocno. Odetchnął głęboko, żeby ukoić tak ból, jak i złość.

Powinien się cieszyć. Bogowie! Powinien się cieszyć. Dziewczyna nabrała kolorów, a straszliwe zawieszenie zmieniło się w sen. Nie wolno mu być małostkowym. Dobrze, powiedziała imię opiekuna. No, ale to był jej opiekun, prawie ojciec… przyjaciel. Była z nim tak długo. Nicdziwnego…

– Pomogło? Bo ona się nie obudziła, ale wygląda jakby lepiej – dopytywała Uri znadzieją.

Smok zamrugał, przytomniejąc, i dopiero wtedy podszedł do obu kobiet. Ukląkł przy łożu i przyjrzał się śpiącej. Potem, po chwili wahania, musnął palcami jej policzek. Nie spodziewał się zbyt wiele, ostatecznie nie miał pierwotnejmocy…

– Pyri? – Likal westchnęła przez sen. – Myślę o toooo… – Ziewnęła, nadal śpiąc, a potem potarła policzkiem opoduszkę.

Młodzieniec rozpromienił się, a połamane serce ozdrowiałobłyskawicznie.

– Pomogło, Uri! Bogowie! Pomogło! – Podskoczył do kobiety i przytulił ją gwałtownie. – Kobieto! Kimkolwiek jesteś… Jesteś wielka!

Uśmiechnęła się niepewnie. Stała sztywna, spłoszona, jakby nie nawykła do bliskości. Pyri poczuł to, więc sięodsunął.

– Uri… – zaczął i zawahał się. Nie wiedział, czy mu wolno… Medycy z Itru powinni ją obejrzeć. Kto wie, dlaczego ma luki w pamięci? A jeśli prawda jej zaszkodzi? Ajeśli…

– Wiesz, kim jestem? – zapytała, jakby czytała w jego myślach. Cóż, może i to robiła? Ostateczniebyła…

– Jesteś pierwotną czarownicą – odpowiedział bez chwili zastanowienia. A potem, przenosząc spojrzenie z Likal na jasnowłosą, dodał cicho: – I to, cholera, potężniejszą odYasy.

– Pierwotną? Ale ja nie znamzaklęć…

Pokiwałgłową.

– To działa inaczej. Jutro wejdziemy w bramy Itru i Deidghe ci to wytłumaczy. Coś mi się zdaje, że macie ze sobą wiele wspólnego. Ciekawe, czy mag wie. Nie wie. Nie może wiedzieć. Nie zostawiłby cię, gdyby wiedział… I jak? Cholera, uczyli mnie, że on jest ostatni. Już kiedy się urodziłem, był ostatni, a teraz on, ty, Lunas… i ono… – trajkotał, a kobieta przyglądała mu się, kompletnie nic nie rozumiejąc. Pyri zaś, uszczęśliwiony dźwiękiem swojego imienia w ustach śpiącej czarownicy, nie przestawał mówić, szybko i z radością, chodząc tam i z powrotem. – Ale będzie miał niespodziankę. Cholera, niesamowitą. Pierwotni… I kto by pomyślał? Jesteś wielka, Uri. Wielka!

Pierwotna uśmiechnęła się niepewnie, po czym zrobiła krok do tyłu. Dopiero wtedy Pyri zauważył, jak bardzo była przejęta, przytłoczona i wystraszona. Zamilkł. Później odetchnął i odezwał się uspokajającymtonem:

– Przepraszam. Jesteś zapewne zmęczona. Widzę, że jesteś. Zostań tutaj, proszę. Łoże Likal jest wystarczająco szerokie dla was obu. Ja zajmę tamto. – Wskazał wąską kozetkę przy drzwiach. – Jutro, jak mówiłem, zabiorę cię do Itru. Zaopiekujemy się tobą, przecież jesteś częścią rodziny. – Podszedł do Uri, przygryzł usta i patrzył na nią długo w ciszy. Na jasne włosy, piękną twarz i oczy… oczy takie same, jakie miał Lunas. – Jesteś częścią naszej rodziny, Uri – powtórzył poważnie. – Już nazawsze.

Usiadła na łóżku obok śpiącejLikal.

– Jestem? – zapytałaniepewnie.

– Moja siostra lepiej ci to wytłumaczy. A teraz połóż się. Rankiem wyruszymy. Likal co prawda nie jest już zawieszona między światami, ale wciąż śpi… Chcę jak najszybciej znaleźć się wdomu.

– Wybacz… to wszystko takienagłe…

– Widać bogowie tak chcieli. Czasami prowadzą nasze ścieżki w najbardziej nieoczekiwany sposób. – Uśmiechnął się szeroko. Widząc jej niepewność, dodał: – Przecież i tak zmierzałaś do Deidghe, prawda?

– Tak mi się wydaje. Ale może nie powinnam… Może wrócę do mojej izby…? Zostawiłam w niejdobytek.

– Sam go przyniosę. Zostań, proszę.

– Skąd wiesz, któraizba?

– Wiem – odpowiedział spokojnie i wyszedł.

*

Znalazł gospodarza nakrywającego stoliczek w małej przybudówce. Mężczyzna robił to powoli, z namaszczeniem godnym lepszej sprawy. Wyrównał wszystkie zmarszczki na białym obrusie, wyłożył elegancką zastawę z najprzedniejszej porcelany, poukładał srebrne sztućce wokół talerzy… I właśnie miał zabrać się za napełnianie ich polewką, kiedy wszedł Pyri. Karczmarz pobladł lekko, ale zaraz pokłonił sięgłęboko.

– Nie możecie spać, panie? – zapytał grzecznie. – Posłałbym jakie dziewki, coby waszą miłość zmęczyły nieco, bo to zawsze na sen działa. Ale tego wam już więcej chyba nie trzeba?

– Nie. Nie chcę kobiet. Oddajcie mi tylko to, coście mojej przyjaciółce z izbyzabrali.

Karczmarz pobladł jeszcze bardziej. Cofnął sięgwałtownie.

– Co wy, panie?! Tyle lat zaglądaliście w mojeprogi…

Pyri z zimnym uśmiechem zrobił krok w jegokierunku.

– I dlatego grzecznie proszę, zamiast tamte kije – wskazał na długie drągi przy kominku – zakląć, by was rozumu nauczyły. – Oddajcie, coście wzięli i więcej się kraść nie ważcie. Wasza gospoda stoi przy naszej granicy. Nie chcemy, by nasi goście tracili cenne przedmioty. Mogłoby się okazać, że ktoś z rodziny będzie musiał tutaj zapolować… – Zawiesił głos i czekał, by przekonać się, czy mężczyzna pojął aluzję.

Pojął. Zbladł jeszcze bardziej, a potem skoczył do wielkiego kufra w kącie izby.

– Bo ja dla was, panie – skłamał bezczelnie, trzęsącymi się dłońmi wyciągając z wnętrza sakiewkę – dla was… Widziałem, co kobieta miała przy pasku, a dziad mojego dziada opowiadał, że to smocze jest. No to żem zabrał, żeby właścicielowi oddać. No skądżem miał wiedzieć, że to waszaznajoma?

Nie patrząc w oczy Pyriego, podał mu sakiewkę. Młodzieniec nie zajrzał do środka, lecz wciąż stał i mierzył wzrokiemkarczmarza.

– Wiecie – powiedział cicho – że nie muszę w wasze oczy patrzeć, żeby myśliodczytać?

Karczmarz cofnął się gwałtownie. Ot, był bystrzejszy, niż mogłoby sięwydawać…

– Pomiłujcie, panie – wyszeptał nie na żarty przerażony i upadł na kolana. Cofał się na czworakach, aż przewrócił owe kije, które uprzednio Pyri wspominał. Oba drągi spadły tak niefortunnie, że uderzyły karczmarza w grzbiet. Ugiął się pod razami, ale nawet niejęknął.

Smok odetchnął głośno, niecoostentacyjnie.

– Tym razem – pochylił się nad klęczącym – daruję.

Wyszedł z izdebki i dopiero za drzwiami rozsupłałsakiewkę.

Okrągły biały kamień połyskiwał jak perła, a kiedy smok wziął go w dłoń, rozjarzył się intensywnym blaskiem. Smocze ziarno, święty artefakt, który oprócz innych, rozlicznych zalet, posiadał również tę, dzięki której przyczynił się do narodzinLunasa…

– No, to teraz przynajmniej wiem, jak to się stało, że kolejny Pierwotny przyjdzie na świat – szepnął Pyri i schował przedmiot doworeczka.