Pierścień Hurrem - Monika Hołyk-Arora - ebook

Pierścień Hurrem ebook

Monika Hołyk-Arora

3,2

Opis

Weronika – spokojna nauczycielka historii pod wpływem chwili decyduje się przylecieć do Stambułu.  Metropolia, położona na dwóch kontynentach, kusi ją nie tylko swymi tajemnicami, ale przede wszystkim osobą Hürrem, znanej z opowieści matki. W mieście, w którym historia miesza się z teraźniejszością, wiele może się zdarzyć, zwłaszcza, jeśli przeznaczenie zdecyduje popchnąć ją w ramiona przygody, mającej na celu zweryfikowanie pewnej teorii. Odnajdując w sobie odwagę Weronika rusza w pogoń za nieuchwytnym cieniem sułtanki, własnymi ideałami oraz czymś, o czym nawet nie śmiała marzyć…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 208

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,2 (5 ocen)
1
1
2
0
1

Popularność




Monika Hołyk-Arora

Pierścień Hürrem

© Copyright by Monika Hołyk-Arora & e-bookowo

Projekt okładki: Monika Hołyk-Arora

ISBN e-book 978-83-7859-975-3

ISBN druk 978-83-7859-976-0

Patronat medialny

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2018

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

Prolog

Zwinnym ruchem przemknęła przez drzwi prowadzące na niewielki hotelowy balkon. Przymknęła lekko oczy, próbując jednocześnie uspokoić przyśpieszony oddech. Zresztą, kogo chciała oszukiwać? Stanowił on odzwierciedlenie oszalałego taktu wystukiwanego przez jej własne serce. Nie mogła pojąć, dlaczego w ogóle zdecydowała się na tę zdecydowanie niebezpieczną wyprawę. Nie była przecież Larą Croft ani żadnym innym słynnym poszukiwaczem zaginionych skarbów. Nie miała duszy awanturniczki, która, ryzykując własnym życiem, byłaby w stanie odnaleźć wiekowy artefakt. Poza tym nie miała nawet żadnej gwarancji, iż to, czego szukała, istniało naprawdę! Być może było jedynie wymysłem, stworzonym na bazie bajek opowiadanych przez matkę oraz kilku mylnie zinterpretowanych zapisów pochodzących z dawnych kronik.

- Szaleństwo! Czyste szaleństwo!

Weronika raz po raz mamrotała te słowa, sama nie wiedząc, w jakim celu. Zdawała sobie sprawę, że skoro już przyjechała do tego miasta, to nie powinna cofać się przed niczym. W końcu obiekt jej poszukiwań mógł znajdować się dosłownie tuż tuż. Doszedłszy do tego wniosku, zapatrzyła się w światła miasta otaczającego ją ze wszystkich stron.

Spokojny wdech, powolny wydech… Zaczerpnęła powietrza dokładnie tak, jak nauczyła ją terapeutka z centrum medytacji. Musiała opanować emocje, które od kilku godzin rządziły nią do tego stopnia, że traciła możliwość trzeźwej oceny sytuacji. Ponowiła ćwiczenie jeszcze kilkukrotnie, raz za razem, aż uzyskała zamierzony efekt. Jej oddech stał się znowu równy i harmonijny.

Uśmiechając się lekko, niemal niewidocznie, zapatrzyła się na nieboskłon. Był upstrzony gwiazdami mieniącymi się niczym kryształki rzucone na ciemny aksamit. Zdawał się czuwać nad niezwykłym miastem, łączącym nie tylko kultury i religie, ale też odmienne kontynenty. Iluminacje nowoczesnych drapaczy chmur, majaczących gdzieś na horyzoncie, nie próbowały nawet konkurować swym blaskiem z konstelacjami znanymi ludzkości od stuleci. Lampy uliczne, ze swym przydymionym, nastrojowym światłem, jedynie potęgowały nutkę tajemnicy unoszącą się niemal niewidocznie nad dachami starych budynków, pamiętających czasy zarówno potężnych sułtanów, jak i cesarzy bizantyjskich.

Słyszała charakterystyczne popiskiwania mew, krążących wysoko w przestworzach i tuż ponad głowami przechodniów. Do jej świadomości docierały dźwięki wielkiego miasta. Otaczały ją krzyki ulicznych sprzedawców i radosny śmiech dzieci bawiących się na kamiennych trotuarach starych uliczek, warkot samochodów i wszędobylski, ostro przeszywający ciszę odgłos klaksonów, nadużywanych przez lokalnych kierowców. W tej kakofonii najróżniejszych brzmień można było odnaleźć pewnego rodzaju harmonię, rytm, a nawet symetrię. To w niej zawierał się puls Stambułu.

Czy metropolia ta faktycznie kryła w sobie ogromną tajemnicę? Taką, o jakiej nikt nie ośmielał się nawet marzyć. A może raczej powinna była zastanowić się, ile niezwykłych rzeczy można by było odnaleźć na styku Europy i Azji. Czy świat w ogóle był gotowy na to, aby uśpione sekrety zostały przebudzone przez zwykłą ludzką ciekawość, przemieszaną z mrzonkami o spełnieniu dziecięcych bajek? Czy potężny władca mógł faktycznie stworzyć przedmiot, który swemu posiadaczowi dawał nie tylko władzę, ale również ogromne bogactwo? Czy potęga jednego człowieka może zostać zmaterializowana do tego stopnia, by przechodzić z pokolenia na pokolenie? A może to ona stworzyła w swej wyobraźni coś, co tak naprawdę nie istniało. Coś, co miało chociażby na chwilę przywołać wspomnienie matki, która odeszła zbyt wcześnie. Przekona się o tym już wkrótce, krocząc śladami znanych i nieznanych mieszkańców dawnej stolicy Imperium. Pozna miejsca oraz historię osób anonimowych dla większości ludzi, zapatrzonych jedynie w przyszłość.

Zanim jednak opuściła na dobre świat własnych myśli, poczuła jak skóra na odkrytych przedramionach pokrywa się charakterystyczną gęsią skórką. Ogarnął ją niepokój, towarzyszący jej od kilku ostatnich godzin. Już na lotnisku w Krakowie miała wrażenie, że ktoś lub coś bacznie się jej przygląda. Obserwuje ją, śledząc każdy krok. Była to niedorzeczność, nad którą nie powinna się nawet zastanawiać, a jednak nie potrafiła skutecznie wymazać jej z pamięci. Tuż nad jej głową jedna z mew pisnęła donośnie, wzbijając się w chmury. Weronika drgnęła, przestraszona, doszukując się w tym nic nieznaczącym zdarzeniu ostrzeżenia wyszeptanego przez przeznaczenie. Jednocześnie chłód kwietniowej nocy przeszył ją na wskroś. Wiedziała, iż przejawem rozsądku byłby powrót do ciepłego, przytulnego pokoju hotelowego. Tam mogła znaleźć schronienie nie tylko przed zimnem, ale też odczuwanym podświadomie spojrzeniem świdrującym ją na wskroś.

Cofnęła się o krok, a potem drugi, próbując jednocześnie utrwalić w pamięci widok rozpościerający się z niewielkiego balkonu. To właśnie on sprawiał, że miała ochotę wybiec i zobaczyć wszystkie cuda tego ogromnego miasta na własne oczy. I to właśnie teraz, zupełnie jakby obawiała się, że do jutra wszystkie znikną, rozpływając się w porannej mgle mogącej nadejść od strony Bosforu. Zganiła się bezgłośnie za takie dziecinne zachowanie i zamknąwszy za sobą drzwi, powróciła do rzeczywistości. Rzeczywistości, w której nic nie miało prawa wyparować ani zniknąć jak dżin w starej bajce opowiadanej dzieciom w sułtańskim haremie.

Rozejrzała się, z niemałą ulgą stwierdzając, że wszystkie jej rzeczy znajdowały się na miejscu. Dokładnie tak, jak pozostawiła je kilkanaście chwil wcześniej. To jednoznacznie powinno dowieść, iż nikt jej nie śledził ani nie prześladował, a uczucia, których doświadczała, były po prostu przejawem strachu przed wyprawą w nieznane. Niewielka walizka stała nadal nierozpakowana, w końcu to nie ona była w czasie tej krótkiej wycieczki najważniejsza. Tak naprawdę Weronika martwiła się o setki kartek zapisanych drobnym pismem. To właśnie notatki zaściełające powierzchnię niewielkiego biurka ustawionego w rogu pokoju stanowiły być albo nie być jej poszukiwań. To w nich tkwiło rozwiązanie tajemnicy albo też ostateczny dowód na to, że jej starania od wieków były skazane na porażkę.

Miała cztery dni. „Zaledwie” lub też „aż”! Zależnie od tego, jak spoglądało się na cały ten wyjazd. Zresztą sama nie do końca była pewna, czy jest gotowa na sukces. Nie wiedziała jak ma postąpić, jeśli jej domysły, a raczej efekty jej pracy badawczej, faktycznie przyjęły formę fizyczną. Jednego była pewna, nie mogła wykraść artefaktu jego właścicielom. Nie zamierzała używać jego mocy, chciała jedynie przez moment poczuć ten impuls czy też potęgę, którą dawał. Chciała sprawdzić, czy Pierścień Hürrem rzeczywiście istnieje!

Dzień pierwszy

[…] Piękny pierścień, który swą urodą przewyższał wszystkie klejnoty zgromadzone w sułtańskim skarbcu, stanowił ostatniz prezentów ofiarowanych Devletlu İsmetlu Hürrem Haseki Sultan Aliyyetü’ş-Şân Hazretleri z okazji zaślubin.

[…] Stanowił ukoronowanie miłości sułtana (Sulejmana Wspaniałego), bowiem został wykonany jego własnymi rękoma z kruszcu najwyższej jakości oraz kamienia szlachetnego sprowadzonego z najodleglejszejz krain, odzwierciedlającego barwę oczu wybranki… […]

Nerwowo przełknęła kolejny kęs słonego białego sera i spoglądając na kopuły dwóch niezwykłych świątyń, zatonęła we własnym świecie. W dalszym ciągu bezwiednie zerkała na zabytki górujące nad tą częścią miasta, pozwalając sobie na serię swobodnych skojarzeń. Dwie potężne religie, dwa odmienne światopoglądy, władca i niewolnica, kobieta i mężczyzna. Świat składał się z dualizmów tworzących zaskakującą, harmonijną całość. Myśli te stanowiły jedynie preludium do burzy pomysłów zrodzonych ze skrawków informacji odnalezionych w dawnych archiwach. Te zaś szybko zmieniły się w tornado, z zawrotną szybkością usuwając z umysłu Weroniki jakiekolwiek skojarzenia niezwiązane bezpośrednio z tematem, który zdawał się pochłaniać ją bez reszty.

Prychnęła, chociaż być może był to raczej kpiący śmiech. W końcu jeszcze kilkanaście tygodni temu chciała jedynie jak najlepiej przygotować swoich uczniów do matury, tak, aby bez problemów zdali pierwszy ważny egzamin w ich życiu. Na niczym innym jej nie zależało. W końcu sukcesy w sferze zawodowej miały stanowić doskonałą, a zarazem jedyną rekompensatę niepowodzeń w sferze prywatnej. Przedwczesna śmierć matki, z którą była bardzo związana sprawiła, że stała się osobą wycofaną na tyle, by bezpiecznie czuć się wśród historii z przeszłości. Zresztą ktoś taki jak ona nie miał szans na stanie się sławną aktorką czy chociażby celebrytką znaną z bycia znaną. Pragnęła jednak zmieniać świat, chociażby za pomocą swoich uczniów.

Wszystko zmieniło się jesienią, kiedy zupełnie przypadkiem znalazła stare zdjęcie. To ono przywołało jedną z opowieści zasłyszanych przed snem w dzieciństwie. Nie były to zwykłe bajki o księżniczkach opowiadane grzecznym dziewczynkom. Każda z tych historii mówiła o niezwykłych kobietach, które na przestrzeni wieków zmieniły historię Europy, Azji, a nawet obu Ameryk. Czynnie wpływały na dzieje swoich ojczyzn, niejednokrotnie czyniąc to wbrew powszechnym zwyczajom, konwenansom, a nierzadko również w opozycji do woli mężczyzn. Dawne słowa, niesione na skrzydłach wspomnień, całkowicie przewartościowały jej priorytety i zaszczepiły w niej ciekawość świata, jakiej dawniej nie przejawiała. Pragnęła stać się jedną z takich bohaterek, często bezimiennych czy też zapomnianych przez historię. Chciała mieć realny wpływ na rzeczywistość, w której przyszło jej żyć.

Z początku nawet nie zauważyła, kiedy niezdrowa ambicja zlała się w jedność z wyobraźnią, drążąc jej duszę tylko po to, by osiedlić się w niej na stałe. Teraz, po tygodniach poszukiwań swojego prywatnego świętego Graala czuła, że nie może przecież odejść, tak po prostu, po przeżyciu iluś tam lat na ziemskim padole, bez pozostawienia po sobie jakiegoś trwałego śladu. Po prostu musiała poznać prawdę.

Pochłaniając przepyszną zieloną oliwkę, przywołała w pamięci życiorys dzielnej królowej syryjskiej, Palmyry. Tej samej, której dawne imperium nie tak dawno zostało zniszczone w imię religii, która wcześniej szanowała to antyczne miasto przez stulecia. Uśmiechnęła się w myślach do słynnych władczyń starożytnego Egiptu - Hatszepsut oraz Kleopatry. Pozdrowiła królową Al-Kahinę, cesarzową Chin - Cixi i szybko powróciła do historii prostej dziewczyny, pochodzącej z kresów wschodnich dawnego Królestwa Polskiego. Nosząc przydomek Roksolana, wpłynęła na Imperium Osmańskie i jego władcę Sulejmana, zwanego Wspaniałym. Teraz zaś za jej sprawą ona, Weronika, znalazła się w Stambule.

Dlaczego akurat ta bohaterka stała się tematem wnikliwych badań pochłaniających dziesiątki godzin? Trudno powiedzieć, Weronika sama nie potrafiła udzielić na to pytanie satysfakcjonującej ją odpowiedzi. Być może podświadomie doszukała się jakiegoś fizycznego podobieństwa łączącego dawną sułtankę i jej zmarłą matkę. A może to potencjał stwórczy tych dwóch kobiet, żyjących w zupełnie innych epokach, dodawał jej energii niezbędnej do dalszej egzystencji. Dzięki nim pragnęła stać się tą, która pokaże światu, a może raczej nadal niedocenianym i spychanym na margines sukcesu kobietom, iż płeć żeńska jest zdolna pokonywać wszelkie przeciwności losu. Nosi w sobie siłę, która już przed wiekami pozwalała rządzić całymi narodami, a także kierować imperiami, przed którymi drżały tysiące, jeśli nie miliony.

Obiektywnie rzecz ujmując, niemal każdy mieszkaniec świata jednym tchem potrafi wymienić dziesiątki wielkich władców czy dowódców płci męskiej. Jednoczenie zdecydowana większość zapomina, że tak naprawdę niejednokrotnie za wygraną bitwą lub wojną, zawartym rozejmem, zawieszeniem broni czy chociażby wynegocjowanym traktatem pokojowym stoją tak naprawdę kobiety! Dwudziesty pierwszy wiek to czas równouprawnienia i powinno ono objąć nawet te, które zasłużyły na to przed wiekami.

Łyk ciepłej, aromatycznej herbaty, świeżo nalanej ze stojącego przed nią niewielkiego imbryczka, orzeźwił ją nieco, jednocześnie brutalnie wyrywając ze świata kobiet, którym należał się szacunek, ale też o wiele większa sława i chwała niż ta zapisana oficjalnie na kartach historii. Ku swej własnej niechęci uświadomiła sobie, iż nie ma zbyt wiele czasu na rozkoszowanie się tą niezwykłą, zupełnie odrealnioną chwilą oraz malowniczą panoramą miasta. Za pocieszenie mogła jednak uznać fakt, że metalowy dzbaneczek przysłaniał jej widok na Hagię Sophię, która w mniemaniu milionów stanowiła nie tylko symbol Stambułu, ale także minionej chwały Konstantynopola.

Podrywając się ze swojego miejsca, chwyciła leżący na stoliku skórzany notatnik, zostawiając jednocześnie niewielki napiwek dla hotelowej kelnerki. Postanowiła bez zbędnych opóźnień udać się do sułtańskiego pałacu Topkapı. W końcu Roksolana, a tak naprawdę Aleksandra Lisowska, od wieków czekała, aby ktoś w końcu odkrył jej największą tajemnicę.

Mijając Kościół Mądrości Bożej wzniesiony w IV wieku z rozkazu cesarza Konstantyna, Weronika przyznała rację tym, którzy orzekli, iż niewątpliwie była to najwspanialsza budowla architektoniczna wzniesiona w pierwszym tysiącleciu naszej ery. Na próżno byłoby szukać gdziekolwiek indziej bardziej symetrycznego, monumentalnego i zachwycającego obiektu. Przystanęła, zafascynowana, próbując jednocześnie wyobrazić sobie, jak ogromne wrażenie mogła wywierać ta Bazylika przed wiekami, zwłaszcza na ludziach przybyłych z prowincji. Przecież nie znali oni drapaczy chmur, a największą znaną im konstrukcją był zapewne pałac lokalnego możnowładcy albo też cerkiew czy też kościół, w których modlili się co niedzielę.

Ogromna kopuła, stanowiąca właściwie zwieńczenie niezwykłego kościoła, stanowiła niejako centrum wszechświata, symbol doskonałości. Cztery minarety, wzniesione w XVI przez słynnego Sinana, pięły się ku niebu na niemal niewyobrażalną wysokość. W odczuciu Weroniki całość potężnej budowli mogła onieśmielać, a wręcz przytłaczać swoimi rozmiarami, potęgą, ale też surowym pięknem, które wyróżniało tę wiekową konstrukcję.

Czy Hagia Sophia zachwyciła młodziutką, zaledwie piętnastoletnią dziewczynkę, która w tysiąc pięćset dwudziestym roku przybyła do największej metropolii wschodu? Aleksandra zapewne długo nie mogła uwierzyć własnym oczom, zachwycając się każdym elementem tej niezwykłej świątyni. A może nawet nie miała wtedy szansy jej zobaczyć? Czy z targu niewolników jechała właśnie tędy? Może, gdy trafiła do haremu sułtana, nie dane jej było, przynajmniej z początku, zobaczyć tego cudu architektury. Weronika nie miała szans na poznanie odpowiedzi na te czysto retoryczne pytania. Po cichu jednak marzyła, że budowla zaparła Aleksandrze dech w piersiach i stała się symbolem niemożliwego lub nawet pocieszeniem w najtrudniejszym momencie życia. Dla niej samej, nawet teraz, blisko pięćset lat później, kompleks ten stanowił jeden z cudów świata na jej prywatnej liście.

Nauczycielka historii zapatrzyła się przez moment, przystając na środku alejki. Niepomna pierwszych turystów napływających do historycznej dzielnicy Sultan Ahmet, podziwiała piękno płynące z otaczającego ją świata. Zapominając, w jakim miejscu oraz czasie się znajduje, bezskutecznie usiłowała wczuć się w rolę kobiety, która ją fascynowała. Przecież czytając wszelkie możliwe kroniki czy opracowania, starała się ją poznać i zrozumieć, a mimo to czuła, że nadal znajduje się zbyt daleko od swego celu. Nie ma, co się łudzić, zdawała sobie sprawę, iż osobie żyjącej w dwudziestym pierwszym wieku, w Unii Europejskiej, trudno wyobrazić sobie, co czuła nastolatka porwana przez Tatarów z rodzinnego Rohatyna, położonego gdzieś na krańcach Królestwa Polskiego. Inne warunki życia, inne standardy, inne szanse i horyzonty. Różniło je niemal wszystko, łączyła jedynie płeć.

Trudno było wyobrazić sobie dzieciństwo jednej z najpotężniejszych sułtanek Imperium Osmańskiego. Urodziła się, jako córka prawosławnego księdza, we współczesnej polszczyźnie określanego potocznie popem. Bez wątpienia nie zaznała głodu czy biedy, ale też nie znała materialnych zbytków współczesnego jej świata. Wydarta z opiekuńczych ramion matki Leksandry, stała się nagle jedną z atrakcji targu niewolników. Z ukochanego dziecka przeistoczyła się w towar, który mógł nabyć każdy, kto posiadał w swojej kieszeni wystarczającą ilość złota.

Co mogła czuć? Złość? Smutek? Żal? Bezsilność? A może zupełnie nic? Nie można wykluczyć, że zobojętnienie na własny los wzięło górę nad udręczeniem, którego doznała podczas niewoli. Z pewnością można twierdzić, że niewola ta trwała przez wiele miesięcy, chociaż niektórzy badacze skłonni są twierdzić, iż właściwszym byłoby mówienie o latach spędzonych w rękach Tatarów. Jedno jest pewne, musiała zdawać sobie sprawę, że jej nowy właściciel zapewni jej lepszy los bądź też zamieni resztę jej życia w piekło na ziemi, przy którym otchłanie opisywane przez prawosławnych kapłanów wydawać się mogły niczym. Czy Aleksandra była gotowa na najgorsze, czy też w jej sercu tlił się ostatni, bardzo słaby płomyk nadziei?

Weronika westchnęła ciężko, próbując wyobrazić sobie wszystkie te emocje. Jednocześnie mocniej ścisnęła zapełniony zapiskami notes w skórzanej oprawie. Zawarte w nim informacje odnosiły się do Roksolany i w jakiś niewytłumaczalny sposób przybliżały ją do niej. Ten niewielki przedmiot był jej niezbędny do zrozumienia i właściwego odczytania wszystkiego, co już za moment miała zobaczyć. Krok za krokiem przybliżała się do Bramy Głównej, zwanej również Cesarską. Prowadziła ona bezpośrednio do Pałacu Topkapı, w którym przez przeszło sześć wieków mieszkali kolejni sułtani z dynastii osmańskiej. To stąd rządzili terenami położonymi na trzech kontynentach!

Niepewnie otworzyła swój cenny notes i przebiegła wzrokiem po jednej ze stron. Niestety nie znalazła tam mało istotnego szczegółu, który chciała przywołać w swojej pamięci. Mimo tego, że gorączkowo zaczęła wertować kolejne strony, nie udało się jej odnaleźć imienia Paszy*, który sprowadził do sułtańskiego haremu słowiańską niewolnicę. Prezent, niemal przedmiot, któremu nadano imię - Hürrem.

Do dziś nie mieściło jej się to w głowie. W jaki sposób żywy człowiek został sprowadzony do roli podarunku wędrującego z rąk jednego możnowładcy w łapy drugiego? A co gorsze, była jedną z niezliczonej ilości kobiet, które tradycyjnie trafiały w “gościnne” progi sułtańskiego haremu na przestrzeni wieków. Część z niewiast faktycznie miała okazję poznać potężnego władcę, inne zaś przez całe życie nie uzyskały szansy na to by zamienić z nim chociażby jedno słowo czy spróbować w jakikolwiek sposób go oczarować. Niemal niewykonalne było, aby jeden mężczyzna miał okazję poznać wszystkie kobiety zamieszkujące za jego życia pałacowe skrzydło przeznaczone na ich użytek. Statystyki były nieubłagane, jeśli tylko wierzyć nadwornym kronikarzom. W trzystu haremowych komnatach mogło przebywać jednocześnie nawet tysiąc branek sprowadzonych z najdalszych zakątków ogromnego imperium. Niektóre z nich były jeszcze dziećmi, podczas gdy inne już dawno osiągnęły pełnoletność.

- Czy wjechałaś do pałacu tą bramą? - szepnęła Weronika, przedzierając się przez niewielki tłumek zgromadzony w pobliżu kas. - Kto wie, może nawet nie wiedziałaś, gdzie cię wiozą? Zresztą, czy w ogóle zastanawiałaś się, co zrobi z tobą twój nowy pan i władca?

Zdawała sobie sprawę z bezsensowności tych retorycznych pytań. Aleksandra przecież trafiła najpierw do Starego Pałacu, w którym przed pożarem mieścił się sułtański harem. Do Topkapı trafiła zaś kilka lat po tym, jak stała się faworytą, a później oficjalną żoną Sulejmana Wspaniałego. Nie mniej jednak, stosując ten skrót myślowy, próbowała przywołać pierwsze dni branki spod Rohatyna na dworze władcy imponującego i ogromnego Stambułu.

Weronika rozejrzała się wokół niczym zagubiona dziewczynka. Stąpając po Pierwszym Dziedzińcu, zwanym również Dziedzińcem Janczarów, dostrzegła pierwsze, niewielkie grupki turystów zasłuchanych w opowieści przewodników przemawiających w przeróżnych językach świata. Przedstawiali oni zapewne podstawowe informacje niezbędne do zwiedzania tak niezwykłego kompleksu, jakim był Pałac Topkapı. W końcu niemal każdy mieszkający tam sułtan coś zmieniał, przebudowywał lub dodawał nowe pomieszczenia. Zapewne część z nich opowiadała również historię niewielkiej Bazyliki zwanej Hagia Eirene. Inni wskazywali na budynek mieszczący niegdyś mennicę posiadającą monopol na bicie zarówno srebrnych, jak i złotych monet osmańskich. Idąc wprost przed siebie, minęła grupę odwiedzających z Azji, dzięki czemu znalazła się w bezpośrednim sąsiedztwie Bramy Powitań. To za nią kryło się serce kompleksu pałacowego, które tak bardzo chciała poznać.

Weronika jeszcze raz przystanęła na moment, zasłuchując się w mieszankę językową docierającą do jej uszu. W potoku zupełnie dla niej obcych słów wyłapywała także te znane. Uniwersalny język angielski mieszał się z chińskim, niemieckim oraz hiszpańskim.

Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają - pomyślała w pewnym momencie, uśmiechając się pod nosem. - Stambuł od wieków niezmiennie stanowił kosmopolityczny magnes, przyciągający podróżników z całego ziemskiego globu.

Odetchnęła głęboko, po czym gotowa na spotkanie z przeszłością, ruszyła w stronę wejścia do pałacu.

Budowla wzmocniona dwiema wieżami obronnymi sprawiała wrażenie strażniczki innego, lepszego świata. Jawiła się niczym brama prowadząca do bajkowej rzeczywistości, zupełnie oderwanej od realiów panujących poza murami pałacu. Zresztą po części z pewnością tak właśnie było. Konstrukcja zdobiona flankami zdawała się pysznić swoimi jasnymi ścianami. Ich kolor doskonale podkreślało również ciemne, niemal burzowe wiosenne niebo. Olbrzymia flaga turecka, powiewająca majestatycznie na wietrze, jednoznacznie wskazywała, że w tym miejscu należałoby zachować powagę i w skupieniu podziwiać potęgę minionych czasów.

Wzięła głęboki wdech i przekraczając monumentalną bramę, dała się porwać magii tego niezwykłego miejsca, o którym marzyła od tak wielu miesięcy. Emocje zaczęły brać górę nad rozsądkiem. Poczuła narastającą w niej ekscytację. Z tego też powodu poczuła, jak miękną jej kolana. Niepewnym krokiem podeszła w końcu do okienka z biletami. Bez chwili zastanowienia nabyła nie tylko zwykłą wejściówkę, ale też dodatkowy karnet upoważniający ją do wstępu na teren sułtańskiego Haremu. W końcu to on interesował ją najbardziej. To tam Roksolana spędziła większą część swojego życia. Przeszła standardową kontrolę, po czym znalazła się w końcu na terenie niezwykłego kompleksu.

Przystanąwszy na poboczu jednej z wewnętrznych alejek, zerknęła szybko do niewielkiego przewodnika, chociaż tak naprawdę wyglądał on jak nieco powiększona broszura na temat samego kompleksu pałacowego. Zgodnie z informacjami tam zawartymi, to właśnie na tym, Drugim Dziedzińcu, witano znakomitych gości. To także tutaj dokonywano egzekucji na wysoko postawionych urzędnikach, którzy z jakiegoś powodu popadli w niełaskę panującego władcy. Ciekawostkę zaś stanowił fakt, że miejsce to powstało w 1524 roku z rozkazu Sulejmana Wspaniałego, przyszłego męża Hürrem. Ona sama zaś już od kilku lat znajdowała się w jego haremie, odnajdując drogę do jego serca.

Inne czasy, inne tradycje i zwyczaje, a miłość jednak taka sama. Nieco ślepa, beztroska i ponadczasowa. Walcząca z przeszkodami, dająca chwilę wytchnienia oraz skrywająca wyszeptane z czułością słowa niesione przez wiatr. To chyba właśnie ze względu na to niezwykłe uczucie Weronika coraz bardziej pogrążała się w tej historii z przeszłości, chociaż tak naprawdę wiedziała, że kres tej niecodziennej przygody, a także rozwiązanie zagadki, znajdują się zupełnie gdzieś indziej.

Myśląc o uczuciu, które połączyło skromną dziewczynę i potężnego władcę, zrobiła krok do przodu, starając się wyobrazić sobie jak to miejsce wyglądało przed wiekami. Stanowiąc część reprezentacyjną pałacu, dziedziniec musiał wzbudzać zachwyt, ale również wywoływać w odwiedzających onieśmielenie. Zgodnie z zasadami architektury islamskiej, musiał być zdobiony niewielkimi strumykami, szemrzącymi cichutko, przywodząc na myśl ogrody czekające na praworządnych wiernych po ich śmierci. Zapewne można było tu również odnaleźć niezwykłe rośliny, dające schronienie przed ostrym słońcem.

Niestety do dwudziestego pierwszego wieku z dawnego rajskiego zakątka nie pozostał nawet ślad. Wspomniane elementy zostały zastąpione sześcioma promieniście rozchodzącymi się ścieżkami, wiodącymi do poszczególnych części kompleksu. Przestrzeń między nimi zaś zdobiły tuje, cyprysy oraz krzewy róż porastające równiutko przycięty trawnik. Paradoksalnie, nawet tak przeciętne ozdoby były w stanie wydobyć ducha wiekowych zabudowań, kryjących w sobie skarby dawnego imperium.

Zerkając na niewielki zegarek zdobiący jej nadgarstek, Weronika ze smutkiem stwierdziła, iż zostało jej nieco ponad pół godziny do czasu, kiedy wraz z przewodnikiem i pozostałymi turystami miała wkroczyć do odseparowanej od reszty części haremowej. Jedynie jedna rzecz nie dawała jej spokoju - nie mogła pozostać w komnatach kobiecych tak długo, jakby chciała, musiała wejść tam z grupą i wraz z nią opuścić to owiane tajemnicami miejsce. Niestety w żaden sposób nie mogła obejść reguł panujących w muzeum.

Wzruszyła jedynie ramionami, zdając sobie sprawę z własnej bezsilności względem przepisów, po czym, nie tracąc więcej czasu, rozpoczęła zwiedzanie. Ruszyła ścieżką po prawej stronie dziedzińca, prowadzącą wprost do pałacowej kuchni. Co prawda nie miała nawet pewności, czy Hürrem kiedykolwiek znalazła się wewnątrz tych przestronnych pomieszczeń, nie mniej jednak serce domu, niezależnie od jego wielkości, znajduje się zwykle tam, gdzie powstają posiłki dla jego mieszkańców.

Bez trudu rozpoznała budynek zwieńczony szeregiem kopuł oraz dziesięcioma kominami. Dopiero wtedy, nieco poniewczasie, uświadomiła sobie, że kuchnie znajdujące się na wyciągnięcie ręki zostały zbudowane już po śmierci interesującej ją Aleksandry. Stare pomieszczenia spłonęły w pożarze, który wybuchł kilka lat po śmierci wielkiej sułtanki. Jak wyglądały te pierwsze? Jeśli wierzyć zapiskom kronikarzy osmańskich żyjących w tamtych czasach, ta użytkowa część pałacu składała się z dziesięciu ogromnych sal. Wystarczająco dużych, by każdego dnia roku blisko tysiąc kucharek oraz ich pomocnic mogło przygotować posiłki dla sześciu tysięcy osób zamieszkujących cały kompleks. Bowiem, poza dworem sułtańskim, na terenie pałacu znajdowali się również adepci wyższej szkoły dla urzędników oraz oficerów.

Spacerując po jednej z sal, w której na potrzeby zwiedzających odtworzono wygląd tradycyjnej pałacowej kuchni osmańskiej, Weronika zachwyciła się ogromnym kotłem, który zdecydowanie był w stanie pomieścić niezliczoną na pierwszy rzut oka ilość porcji jakiegoś posiłku. Jej uwagę przykuła również pokaźna kolekcja form, brytfann oraz innych przedmiotów codziennego użytku. Część z nich przypominała swoje współczesne wersje, zaś przeznaczenia innych nie była do końca pewna. I mimo tego, że nie należała do zagorzałych fanek gotowania, to z zainteresowaniem przyglądała się tym przyrządom kuchennym sprzed wieków.

- Przy tym wszystkim moja kuchnia wygląda, jak kącik dla lalek, - mruknęła cicho, uśmiechając się przy tym pod nosem - ale też nigdy nie miałam potrzeby gotowania dla głowy potężnego państwa. Chociaż w sumie to i dobrze, bo jeszcze bym kogoś otruła.

Zatracając się w świecie usnutym z faktów historycznych oraz marzeń, podziwiała kolekcję sreber, zastanawiając się jednocześnie czy Aleksandra miała okazję z nich jadać. Tak bardzo zatraciła się w tej niecodziennej mieszance fikcji i prawdy, iż omal nie zapomniała o zbiórce przed Bramą Powozów. To tam znajdowało się oficjalne wejście do komnat zaliczanych w poczet sułtańskiego Haremu. Ściskając cenny dla niej notatnik, ruszyła niemal biegiem w przeciwległy kraniec Drugiego Dziedzińca, mamrocząc pod nosem przekleństwa obrazujące dość dosadnie jej własną głupotę oraz nieuwagę. Przecież niemal dopuściła do tego, by przez jakieś tam srebrne talerze straciła miejsce w grupie zwiedzającej Harem. Gdyby tak się stało, przyszłoby jej czekać dosyć długo na następną turę. Na szczęście jednak z ulgą stwierdziła, że grupka ludzi stłoczona przed wejściem do kobiecych pokojów rozmawia z młodym mężczyzną noszącym identyfikator przewodnika. Zwolniła nieco kroku, łapiąc jednocześnie zgubiony na chwilę oddech. Po kilku sekundach dołączyła do zebranych, pragnących chociażby na moment wkroczyć do kobiecego świata, w którym żyła również fascynująca ją Hürrem.

- Bardzo proszę o trzymanie się grupy oraz nie dotykanie, pod żadnym pozorem, eksponatów znajdujących się w odwiedzanych przez nas salach - zaznaczył w tym momencie mężczyzna, kończąc tym samym swoją mowę powitalną, wygłoszoną płynną angielszczyzną.

Starsza para stojąca tuż obok niego ze zrozumieniem pokiwała głową, na co młodzieńcy stojących nieco z tyłu wybuchnęli głośnym śmiechem, zwiastującym lekceważenie powyższych zaleceń. Weronika zaś doznała dosyć nieprzyjemnego przeczucia, iż tych trzech da się mocno we znaki nie tylko samemu przewodnikowi, ale przede wszystkim zwiedzającym, którym naprawdę zależało na poznaniu historii i tajemnic związanych z odwiedzanym miejscem. W końcu nie po raz pierwszy miała do czynienia z rozbrykanymi nastolatkami.

Wkraczając w świat sułtańskich kobiet, przełamywali symbolicznie wiekowe tabu, zabraniające wchodzenia do prywatnych komnat niewiast należących do władcy osmańskiego. Mężczyzna imieniem Ercan na wstępie pokrótce wytłumaczył im pochodzenie nazwy miejsca, w którym się znaleźli:

- Harem pochodzi od arabskiego słowa “haram” oznaczającego po prostu “zakaz” - rozpoczął płynnie swoją przemowę. - Oczywiście chodzi tu o ograniczenie wstępu osobom z zewnątrz, zwłaszcza mężczyznom nienależącym do najbliższej rodziny bądź też ścisłej świty Padyszacha. Każda próba wkroczenia na teren owej części kompleksu równała się wyzwaniu rzuconemu śmierci i niejeden śmiałek stracił życie z tego powodu.

Weronika tylko z grzeczności i szacunku udawała zainteresowanie jego wywodem. Wszystkie fakty przytaczane w międzyczasie przez ciemnowłosego mężczyznę były jej bowiem doskonale znane. Dlatego też, aby pozornie nie stracić wątku opowieści, zapatrzyła się w niego, studiując detale jego twarzy. Było w nim coś, co przywodziło jej na myśl dostojników sułtańskich, których podobizny podziwiała na rycinach zdobiących stare, zakurzone księgi. Jego mocno zarysowany podbródek wskazywał na upór, ale też zdecydowanie. Mocno zarysowana szczęka ujawniała zaś stanowczość, z jaką dyrygował trudną do skoordynowania grupą, na którą składali się przedstawiciele różnych nacji.

Na moment odwróciła wzrok od przewodnika, bowiem całą grupą wkroczyli do pomieszczenia przeznaczonego dla eunuchów sprowadzanych na bieżące potrzeby sułtana. Handlarze niewolników porywali ich z odległych krain, takich jak Egipt czy Sudan. Cierpienie, na które skazywali tym samym swoje ofiary musiało być nieziemskie, zaś jedyną nagrodą za nie była służba obcemu władcy. Zdawała sobie sprawę z tego, że większość z uprowadzonych mężczyzn była kastrowana w prymitywnych warunkach, przez niewykwalifikowanych ludzi. Do owych “zabiegów” dochodziło zaś często po drodze, w ładowniach statków, wśród wszechotaczającego ich brudu. Proceder ten miał na celu jedynie stworzenie pełnowartościowego towaru trafiającego z rąk stręczycieli do klientów płacących brzęczącym złotem, ukrytym we małych sakiewkach.

W tym wszystkim kryła się jakaś ironia, a zarazem kpina zaserwowana ludziom przez dzieje i los. Czasy Sulejmana bywają określane mianem Wspaniałego Stulecia i chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby polemizować z takim porównaniem. To właśnie wtedy Wielka Porta znajdowała się w szczytowym okresie rozkwitu. Zdobywano nowe tereny, najsłynniejszy architekt - Sinan wznosił najpiękniejsze budowle, tradycyjne zdobnictwo wzbogacało się o coraz to nowe wzory, bogaci stawali się mecenasami kaligrafów, artystów wykonujących malarstwo miniaturowe, ale też tych tworzących literaturę i poezję ery osmańskiej. Trudno jednak pominąć fakt, iż za tą fasadą, stworzoną z niezwykłych i unikatowych dzieł sztuki, kryły się dramaty tysięcy ludzi, którzy tracili zdrowie, a niekiedy również życie, aby “dopasować” się do modelowej roli społecznej, którą przyszło im pełnić. Nawet kobiety w haremie pod uśmiechem i beztroską kryły łzy, zazdrość oraz frustrację. Cena jaką płacił rodzaj ludzki za postęp była niewspółmiernie wysoka do uzyskanych efektów.

- Proszę państwa, kierujemy się w stronę głównego wejścia do kobiecej części haremu - rzekł w tym czasie mężczyzna głośno i wyraźnie, przerywając tym samym jej rozważania na temat ludzkości, postępu i dziejów historii…

- A spotkamy tam jakieś gorące laski? - zapytał jeden z młodzieńców, śmiejąc się przy tym ze swojego własnego dowcipu.

Przewodnik przez chwilę milczał, a jego czoło zdobiła pionowa zmarszczka, będąca z całą pewnością oznaką irytacji. Cóż, nie można było mu się dziwić, z pewnością słyszał ten niezbyt wyszukany żart tysięczny raz.

- Z pewnością - przytaknął jednak uprzejmie po chwili. - Niestety tylko stuprocentowi mężczyźni mają do nich dostęp, dlatego na Pana miejscu nie liczyłbym na zbyt wiele - odciął się, urywając tym samym sprośny rechot młodzieniaszków.

Pozostała część grupy, zgromadzona w przestronnym holu, zachichotała cichutko, spoglądając na pilota z nieukrywanym podziwem. Weronika musiała przyznać, że poradził sobie z tym niewybrednym pytaniem nad wyraz inteligentnie, ale i z humorem.

- Kobiety, które trafiały do pałacowego Haremu, przeważnie były zagranicznymi brankami. Niekiedy pełniły funkcję prezentów, mających na celu zaskarbienie sobie przychylności aktualnego władcy - kontynuował w tym czasie Ercan, prowadząc grupę na jeden z wewnętrznych dziedzińców. - W momencie przybycia dziewczęta najczęściej były nastolatkami, a wiele z nich nie skończyło jeszcze szesnastego roku życia. Niestety historia mówi nam również o dziesięcioletnich i jeszcze młodszych dziewczynkach, które trafiały do sułtańskiego haremu. Wszystkie białogłowy musiały pobierać nauki w specjalnej szkole, gdzie poznawały nie tylko oficjalny język turecki w dworskiej odmianie, ale również zasady religii muzułmańskiej. Ponadto szkolone były w dziedzinach takich jak muzyka, taniec czy haft. Wbrew pozorom i stereotypom stworzonym przez kulturę europejską, tylko część z nich po prostu leżała całe dnie pachnąc i czekając na przybycie sułtana. Większość mieszkanek haremu, na co dzień pracowała! Służyły kobietom postawionym wyżej w haremowej hierarchii, podawały do stołu, prały, gotowały, szyły, wykonując tym samym niezbędne obowiązki.

- To niemożliwe! - oburzyła się jedna ze starszych pań. - Nie mogły przecież pojawić się w alkowie władcy z odciskami na dłoniach czy z innymi skazami będącymi rezultatem ciężkiej pracy fizycznej!

Przewodnik uśmiechnął się lekko, tym samym dając znać owej damie, iż doskonale rozumie, co miała na myśli.

- Tylko najpiękniejsze i najlepiej wykształcone przeznaczano dla oczu sułtana - wytłumaczył natychmiast, rozwiewając tym samym wszelkie wątpliwości. - Ich selekcją zajmował się między innymi naczelny eunuch haremu. Wejście do łoża władcy oznaczało awans wewnątrz społeczności całego zamkniętego kompleksu. Chociaż niekiedy bywał on jedynie tymczasowy.

- Czyli tak naprawdę nic się nie zmieniło - mruknęła blondynka stojąca z tyłu grupy. - Zarówno wtedy, jak i teraz karierę można było zrobić jedynie poprzez łóżko.

Mężczyzna, którego wypowiedź została w ten dwuznaczny sposób skomentowała, odchrząknął nieco zmieszany. Na jego lekko śniadej cerze wykwitł rumieniec, który zdaniem Weroniki dodał mu trudnego do określenia uroku. Nagle wydał jej się tak czarujący, że nie mogła się nie uśmiechnąć.

- Trzeba było wykazać wiele sprytu, by odwiedziny w alkowie sułtana nie okazały się jednorazowym fartem - odezwała się niespodziewanie dla siebie samej, chcąc poratować w nieszczęściu nieśmiałego przewodnika. Tylko szczęściary zyskiwały status regularnych faworyt.

Blondynka uśmiechnęła się nieco sarkastycznie, po czym prychnęła nieznacznie.

- A co? Niby do łóżka szefa jest tak łatwo wskoczyć? - mruknęła po chwili, dalej upierając się przy swoich racjach.

- Szczerze mówiąc, nie wiem, nigdy nie próbowałam! - odparła Weronika bez chwili zastanowienia, licząc na to, że tym stwierdzeniem zakończy bezsensowną dyskusję. Aby uzyskać zamierzony efekt i złagodzić nieco ton wypowiedzi dodała jeszcze - dla tych kobiet nie liczyły się igraszki cielesne. Ich status zależał jedynie od urodzenia dziecka, a dokładniej rzecz ujmując - następcy tronu, nieprawdaż?

- Oczywiście! - podchwycił wyraźnie zadowolony z pomocy przewodnik. - Matki pierwszych czterech chłopców z reguły stawały się żonami, co samo w sobie stanowiło ukoronowanie ich wszelkich wysiłków. Zyskiwały tym samym własne pokoje, służbę, dochody i liczne przywileje. Reszta konkubin zaś musiała zadowolić się szeregową rolą w haremie pełnym kobiet takich jak one.

Kobieta, widząc, że nie ma szans w dyskusji z dwójką godnych przeciwników, pomamrotała coś nieco niewyraźnie w odpowiedzi na szczegółowy wywód, po czym speszona schowała się za wysokim jegomościem. Ten, nieświadomy tego, iż stał się niejako tarczą, w ciszy podziwiał arkady niewielkiego dziedzińca, na którym się znajdowali.

- Skoro już jesteśmy przy rolach kobiet w haremie, - rzekł w tym czasie przewodnik, powracając do przerwanej opowieści - warto wspomnieć o ciekawej randze, jaką była pozycja Valide Sultan czyli Matka Sułtana. Z reguły stawała się nią ta z żon, czy może kobiet sułtana, której syn obejmował rządy w Imperium.

- Wśród nich było kilka cudzoziemskich branek, nieprawdaż? - zagaiła nieśmiało Weronika, chcąc skierować tory rozmowy na postać Aleksandry Lisowskiej, znanej w Turcji jako Hürrem.

- Owszem - mężczyzna natychmiast się z nią zgodził, uśmiechając się przy tym uroczo. - Słowiańska uroda zawsze osłabiała osmańskie serca. Równie często oczy władców radowały się wyglądem Greczynek i Czerkiesek.

- Wśród nich była również Roksolana, zgadza się? - kontynuowała w tym czasie niestrudzenie, dążąc do celu, pomijając jednocześnie fakty historyczne.

- I tak, i nie - stwierdził nieco zmieszany przewodnik. - Roksolana, jak raczyła ją Pani nazwać, nigdy nie osiągnęła faktycznie tytułu Valide Sultan. Zmarła przed swym mężem Sulejmanem Wspaniałym i nie miała okazji zobaczyć żadnego ze swych synów na tronie sułtańskim. Zresztą sam przydomek również jest błędny. Został on użyty po raz pierwszy zdaje się w literaturze francuskiej i odnosił się do miejsca jej pochodzenia, jednoznacznie wskazując na Rosję.

Punkt dla niego - pomyślała szybko, doceniając jego wiedzę. Najwidoczniej pan przewodnik nie ograniczył się do wykucia na pamięć kilku niezbędnych faktów, które przekazywał w swojej opowieści kolejnym grupom. Nie byłaby jednak sobą, gdyby nie sprostowała pewnego szczegółu.

- Było to jednakże stwierdzenie błędne, bowiem….

- Urodziła się ona w Rohatynie, czyli na ziemiach tak zwanej Rusi Czerwonej - wszedł jej w słowo, zanim zdążyła dokończyć swoją wypowiedź. - Miejsce to obecnie znajduje się na terytorium Ukrainy.

- Jednak za czasów życia samej Aleksandry należało do Królestwa Polskiego - uzupełniła natychmiast.

Ercan uśmiechnął się lekko, spoglądając na nią z podziwem. Prawdopodobnie nie często miewał do czynienia z turystami, którzy faktycznie zainteresowani byli historią owego miejsca.

- Odrobiła pani pracę domową wyjątkowo starannie - zażartował. - Aleksandra, lub Hürrem, bo takie nosiła imię w Haremie, prawdopodobnie czuła się obywatelką Polski. Z zapisków historycznych wiadomo, że starała się podtrzymywać kontakt ze swoją dawną ojczyzną. Wśród dokumentów zachowały się dwa spośród być może wielu listów napisanych przez nią do ówczesnego króla Polski, Zygmunta Augusta…

- Czy możemy odłożyć na bok ten historyczny flirt dwóch zakręconych osobowości i kontynuować zwiedzanie? - mruknęła głośno blondynka, od której tak naprawdę ta wymiana zdań się zaczęła. - A wy dwoje możecie się umówić na kawę i wtedy wymienić notatkami!

Zarówno Ercan, jak i Weronika spojrzeli na nią nieco zdezorientowali, jakby dopiero teraz uświadamiając sobie, że znajdują się w większym towarzystwie. Przewodnik wymruczał jakąś grzecznościową formułkę. Jego rozmówczyni zaś uśmiechnęła się lekko, ciesząc się, że ktoś poza nią samą interesował się jeszcze historią kobiety żyjącej przeszło czterysta lat wcześniej. Spotkanie to stanowiło dla niej miłą odmianę po ostatnich tygodniach wypełnionych jedynie pogardą ze strony innych oraz jej własnym powątpiewaniem czy to wszystko w ogóle ma sens.

Kiedy ona krążyła myślami wokół targających nią wątpliwości, pozostali turyści kontynuowali zwiedzanie, wysłuchując opowieści na temat najwspanialszego pomieszczenia w haremie - komnaty sułtańskiej. To właśnie w niej kolejni władcy spędzali znaczą część czasu, jaki mieli tylko dla siebie.

- To właśnie tu padyszach podziwiał występy najznamienitszych artystów, tancerzy, słuchał poetów, ale też spotykał się z mędrcami i świętymi mężami, którzy zawitali w jego progi. Pomieszczenie to powstało w połowie szesnastego wieku na polecenie sułtana Sulejmana zwanego Wspaniałym, zaś wykonawcą był nie kto inny, jak nadworny architekt - Sinan.

Weronika, podziwiając kolorowy wystrój wnętrza, przepuściła wszystkich w grupie, chcąc jeszcze przyjrzeć się niezwykłemu kamiennemu stołowi. Niestety szybko została napomniana przez przewodnika.

- Proszę nie zostawać w tyle! - rzucił mocnym głosem. - Chyba, że zobaczyła pani ducha Hürrem, który podobno ukazuje się tutaj czasami.

Zamarła, nie wiedząc, czy powinna brać jego słowa na poważnie.

- Naprawdę? - zapytała w końcu z naiwnością przedszkolaka.

Zaśmiał się lekko, a niemal cała grupa spojrzała na niego nieco zdezorientowana. Większość z turystów zniecierpliwiona zerkała na zegarki lub ekrany smartfonów, chcąc jedynie zrobić jeszcze kilka ostatnich zdjęć i udać się do kolejnych części pałacu.

- Nie, nigdy nie słyszałem o czymś podobnym - przyznał rozbrajająco szczerze, - ale też nie spotkałem osoby, która byłaby tak bardzo zainteresowana sułtanką żyjącą przed czterema wiekami.

Młodzieńcy, którzy na początku dali się przewodnikowi nieco we znaki, prychnęli pogardliwie, uznając jego słowa za ckliwe. Kilku dojrzalszych mężczyzn pokiwało nieznacznie głowami, wyrażając tym samym uznanie dla biegłości i kunsztu sztuki niewinnego flirtu przejawionego przez przewodnika, zaś starsza pani wachlująca się białą, koronkową serwetką zachichotała zalotnie niczym pensjonarka. Tylko wysoka blondynka mruczała coś o dwóch ptaszkach gruchających do siebie na oczach wszystkich.

Speszona nauczycielka, która ponownie znalazła się w centrum uwagi swojej grupy, niemal biegiem dołączyła do pozostałych zwiedzających. Starając się pozostać w cieniu, w milczeniu słuchała kolejnych opowieści przewodnika.

Oszukiwałaby samą siebie, gdyby zaprzeczała, iż w swoisty sposób ten niezwykły mężczyzna ją zafascynował. Zresztą, musiałaby być ślepa, by nie zauważyć jego niewątpliwej urody, a także głucha, by nie dać uwieść się jego wibrującemu, mocnemu głosowi. Nie to jednak czyniło go w jej oczach pociągającym. Magnesem, który przyciągał ją do niego, była posiadana przez niego wiedza. Owszem, ona sama przewertowała dziesiątki książek, stanów badań i innych dostępnych materiałów, zdawała sobie jednak sprawę, że w stworzonym przez nią życiorysie Hürrem znajdowało się jeszcze wiele dziur, które należałoby zapełnić. A on mógł jej w tym pomóc!

- Zbliżamy się do bramy zwanej Kuşhane Kapısı- stwierdził niespodziewanie Ercan. - Prowadzi ona na Trzeci Dziedziniec, a to oznacza, że nasza wspólna wycieczka po Haremie dobiega końca.

Mały tłum, jaki tworzyli, nagle się ożywił. Kilka osób zadało pytania, które nasunęły im się podczas całej wizyty w prywatnej części sułtańskiej posiadłości. Inni, dosyć zniecierpliwieni, nie czekając na pozostałych, odeszli w sobie tylko znanym kierunku. Weronika zaś, stojąc na uboczu, zastanawiała się, w jaki sposób mogłaby uzyskać jakiś strzępek informacji, będący dla niej cenną wskazówką w dalszych poszukiwaniach śladów Hürrem. W końcu zdecydowała się zdać na łut szczęścia, wierząc, że osiągnie zamierzony cel.

- Przepraszam - zagaiła go nieśmiało, kiedy starsza pani odeszła od niego, machając mu na pożegnanie. - Chciałabym tylko zapytać, czy imię Hürrem nadane Aleksandrze po przybyciu do haremu miało jakiekolwiek znaczenie?

Pytanie było naiwne, bowiem doskonale znała na nie odpowiedź, jednak doszła do wniosku, że być może właśnie w ten sposób sprowokuje go do dłuższej dyskusji. Chyba osiągnęła swój cel, bowiem słysząc te słowa, przewodnik uśmiechnął się do niej i wbił w nią spojrzenie swoich ciemnych oczu.

- Owszem - przytaknął szybko. - Tureckie imię sułtanki ma swoje znaczenie i to w dodatku doskonale oddające jej naturę. Cóż, przynajmniej tak twierdzą zapiski historyczne dotyczące tej kwestii. Wydaje mi się jednak, iż jest pani zainteresowana całym jej życiem i dokonaniami, a nie tylko mianem, którym ją obdarzono…

- Nie myli się pan - przyznała, doceniając jego przenikliwość. - Interesuję się tą postacią historyczną i to z tego powodu zdecydowałam się odwiedzić miejsce jej życia - wyznała, wskazując dłonią na harem, w którym nadal obydwoje się znajdowali.

- Chętnie odpowiem na pani pytania, - szepnął cicho, robiąc przy tym krok w jej kierunku - ale jest to temat zbyt rozległy, a ja niestety za kilka chwil mam w programie kolejną grupę…

- Rozumiem - rzekła ze smutkiem, robiąc jednocześnie krok w tył, zmierzając wprost do bramy.

Próbowała nie okazać zawodu, jakiego doznała słysząc te słowa. Kiedy je wypowiadał, niemal wstrzymała oddech, mając nadzieję, że z jego ust padnie tajemnica, która w jakiś niezrozumiały sposób będzie stanowić rozwiązanie zagadki usnutej ze strzępków informacji.

- Jeśli ma pani ochotę, zapraszam na turecką herbatę wieczorem, kiedy moja praca dobiegnie już końca. Będziemy mieli mnóstwo czasu, by porozmawiać o Hürrem - zaproponował niespodziewanie, całkowicie ją tym zaskakując.

Przez moment nie mogła uwierzyć w to, co właśnie usłyszała. Miała ochotę zaśmiać się radośnie, niczym dziecko, które otrzymało w podarku wymarzoną zabawkę. Zdawała sobie sprawę, iż być może nie dowie się żadnych rewelacyjnych nowości, jednak rozmowa ze znawcą tematu pozwoli jej usystematyzować wiedzę i trafić na właściwy ślad “Pierścienia Hürrem”.

- Z przyjemnością - wyjąkała nieśmiało, czując jak czerwień powoli zakwita na jej policzkach.

Nie była przyzwyczajona do zaproszeń wystosowywanych przez przystojnych mężczyzn. Zwłaszcza takich, którzy poza dobrym wyglądem mogli poszczycić się również błyskotliwym umysłem. Chociaż zdawała sobie sprawę, iż w jego zaproszeniu z pewnością nie kryły się żadne podteksty, to i tak jej kobieca strona natury została mile połechtana.

- Świetnie! - ucieszył się całkiem szczerze. - Do zobaczenia o dwudziestej przy egipskim obelisku na Hipodromie. Wie pani gdzie to jest? - zapytał, uśmiechając się tak szeroko, że na jego policzkach pojawiły się urocze dołeczki.

Widząc to, Weronika miała ochotę zachichotać, niczym pensjonarka albo ta miła staruszka wachlująca się kilkanaście minut wcześniej białą, koronkową chusteczką. Musiała jednak opanować tę niespodziewaną falę emocji, bowiem nie zamierzała zrobić z siebie idiotki latającej za byle “spodniami”.

- Nie, - odpowiedziała zupełnie szczerze - ale sądzę, że bez problemu uda mi się odnaleźć to miejsce - dodała szybko, aby nie zmienił zdania.

- Zuch