Pielgrzymi - Sofía Segovia - ebook
NOWOŚĆ

Pielgrzymi ebook

Sofía Segovia

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

17 osób interesuje się tą książką

Opis

Wojna niekiedy odbiera wszystko – dom, bezpieczeństwo, dzieciństwo. Na szczęście czasem nie udaje się jej odebrać ludziom nadziei

Ojczyzna chwieje się w posadach. Potworności drugiej wojny światowej sprawiają, że pochodzące z różnych zakątków Prus rodziny Schipperów i Hahlbrocków – jak wielu ich rodaków – zostają zmuszone do ucieczki. Choć Prusy znajdują się daleko od Niemiec, nie zdołały uchronić się ani przed nacjonalistycznym szaleństwem, ani przed bombami, które jednych zabijają, by innych pozostawić przy życiu.

Podczas dramatycznej wędrówki splatają się losy dwójki nieznajomych: Arna Schippera i Ilse Hahlbrock – dzieci, które nie mają pojęcia, co przyniesie im przyszłość na nowej, nieznanej ziemi. Uciekając przed zniszczeniem, głodem i śmiercią, niosą w sobie coś, czego wojna nie potrafi zniszczyć: nadzieję na pokój, na odnalezienie bliskich i na miejsce, które mogliby nazwać domem.

Pielgrzymi nowa powieść Sofíi Segovii, autorki Brzęczenia pszczół, której nazwisko wymienia się obok takich wielkich dam literatury latynoamerykańskiej jak Ángeles Mastretta czy Laura Esquivel, to wstrząsająca i głęboko ludzka opowieść inspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

Powieść, która przynosi nietuzinkowy, przejmujący punkt widzenia na jeden z najciemniejszych rozdziałów historii – i przypomina, że nawet w świecie ogarniętym wojną najważniejsze pozostają uczucia, więzi, pamięć i pragnienie przetrwania.

Początek formularza

Oto prawdziwy cel tej meksykańskiej autorki: poznać obie strony medalu.

María Mora, El Cultural

Wzruszająca historia. […] Pielgrzymi to powieść pełna ujmujących postaci, w której przeplatają się różne wątki i punkty widzenia. Styl Sofíi Segovii jest dla czytelników prawdziwą odą do zmysłów i do życia, wypełnionego zapachami, pasją i zdumieniem.

The The Wynwood Times

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 663

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: PERE­GRI­NOS

Copy­ri­ght © 2018 Sofía Sego­via Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © 2026 for the Polish trans­la­tion by Kata­rzyna Kozioł Galvis

All rights rese­rved

Redak­torka pro­wa­dząca: Agnieszka Radzi­kow­ska Redak­cja: Maja Lipow­ska Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Maja Lipow­ska Pro­jekt okładki: Krzysz­tof Rych­ter Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 9788384570210

Europa Wschodnia przed drugą wojną światową

Prusy w trakcie drugiej wojny światowej

Podział terytorium Polski. Pakt Ribbentrop-Mołotow, 1 września 1939

Dedykacja

Wszyst­kim piel­grzy­mom

poszu­ku­ją­cym życia i pokoju

oraz wszyst­kim zie­miom,

jakie ich przyjmą

Dedykacja II

Dla Ilse i Arna

Dla Joségo i naszych dzieci, zawsze

Cytat

Ludzie muszą w szcze­gó­łach widzieć i sły­szeć to, co się dzieje, gdyż ich wyobraź­nia nie­zdolna jest spra­wie­dli­wie ogar­nąć ogólne fakty. Kata­strofa pochła­nia pięć milio­nów ofiar, a to niczego nie ozna­cza – liczba jest pusta. Ale jeśli pokażę wam jed­nego jedy­nego czło­wieka w jego dosko­na­ło­ści, jego ufno­ści, jego nadzieje i jego trud­no­ści, jeśli pokażę wam, jak umiera, wów­czas na zawsze zapi­sze się to w pamięć.

Erich Maria Rema­rque (przeł. Woj­ciech Kunicki)

W woj­nie naj­bar­dziej wstrzą­sa­jące jest to, że jej ofia­rami i narzę­dziami są poszcze­gólni ludzie i że to wła­śnie ci ludzie – w wyniku okrop­nych poli­tycz­nych kon­we­nan­sów – muszą zabi­jać i umie­rać w imię nie swo­ich kon­flik­tów.

Aldous Hux­ley

Ilse. 26 stycznia 1936 – 25 marca 1938

Ilse

26 stycz­nia 1936 – 25 marca 1938

1. Dziewczynka

Przy pierw­szym odde­chu życie boli.

Bo jak tu nie pła­kać, gdy świa­tło po raz pierw­szy drażni oczy albo gdy po raz pierw­szy czuć na skó­rze suche muśnię­cie powie­trza? Jak tu nie pła­kać, gdy płuca wypeł­niają się zim­nym nie­zna­jo­mym tle­nem, gdy ciche odgłosy, dobie­ga­jące dotąd do zanu­rzo­nych uszu, nabie­rają mocy i docie­rają bez fil­trów? Jak tu zacie­kle nie pro­te­sto­wać, kiedy świat staje się nie­skoń­czony i nie utrzy­muje już w ryzach ciała, które bez­piecz­nie tkwiło w cia­snych, ciem­nych i mięk­kich obję­ciach mat­czy­nego wnę­trza?

Dziew­czynka zaczęła się już do tego przy­zwy­cza­jać, a kto wie, może nawet to życie w mat­czy­nych obję­ciach zdą­żyło się jej spodo­bać, kiedy zanie­siono ją do kościoła, aby nadać jej imię.

Tego dnia cała ta histo­ria dopiero miała się wyda­rzyć, a chrzcielna woda świę­cona pobło­go­sła­wiła jej czoło i pod­lała zie­mię Prus Wschod­nich, które wciąż jesz­cze ist­niały, a zamiesz­ku­jący je ludzie nie wie­dzieli, że ich dni są poli­czone i że czeka je wła­sny chrzest z ognia, mający na zawsze wyma­zać nazwę tych ziem. Tego dnia, jak od 1918 roku, dumne Prusy były odse­pa­ro­wane od swo­ich Nie­miec, nie z wła­snej woli, lecz w ramach kary narzu­co­nej przez świat. A ich miesz­kańcy – w tym świeżo ochrzczona dziew­czynka – tkwili w odosob­nie­niu niczym oddzie­la­jąca się od kija drza­zga: jesteś, ale jakby cię nie było; sta­no­wisz część cało­ści, ale nie­mal się o tobie nie pamięta. Żyli daleko, ale wciąż tęsk­nili do swych zachod­nich ger­mań­skich braci; dzie­liło ich morze, ale jesz­cze bar­dziej dzie­liła ich zie­mia. Żyli daleko, ale ni­gdy nie zapo­mnieli o ojczyź­nie i głę­boko pra­gnęli poru­szać się swo­bod­nie po utra­co­nych zie­miach, prze­kształ­co­nych w roz­dzie­la­jącą ich gra­nicę; zie­miach, które nie­gdyś były Pru­sami, a które teraz świat upar­cie nazy­wał kory­ta­rzem pol­skim.

W dniu, w któ­rym dziew­czynka otrzy­mała chrzest z wody, daleko było jesz­cze do chrztu z ognia, a świat w następ­nych dzie­się­cio­le­ciach miał wło­żyć ogrom wysiłku, aby zro­zu­mieć kolej­ność zda­rzeń i wagę zmien­nych; miał zaprzę­gnąć tęgie umy­sły i wyło­żyć ogromne środki, by zba­dać źró­dła winy i okru­cień­stwo win­nego czy też win­nych. Miał rów­nież wybiór­czo prze­mil­czeć to, co nie pozwa­lało mu zapo­mnieć o nie­wy­ba­czal­nych aspek­tach wła­snej zbrodni. Miał też zło­żyć obiet­nicę, że to się już ni­gdy nie powtó­rzy. I mało kto miał gło­śno mówić o tym, że była ona z góry ska­zana na porażkę, ponie­waż podobną obiet­nicę zło­żono już poprzed­nim razem, karząc agre­sora, karząc prze­gra­nego.

Wybrane imię miało się póź­niej podo­bać dziew­czynce, ale tego dnia pastor wylał je na nią znie­nacka i obfi­cie; lodo­wate, bo nie spo­sób, by woda w chrzciel­nicy była let­nia. Bez­ce­re­mo­nial­nie chlu­snął nim na jej cie­płe czoło. Dzięki tej wodzie i tysiącom bło­go­sła­wieństw imię przy­warło do niej na zawsze, ale bru­talne ude­rze­nie zimna spra­wiło, że Ilse wydała z sie­bie krzyk, który prze­ro­dził się w płacz, nie­prze­rwany aż do końca cere­mo­nii.

Jej rodzice wypra­wili skromną uro­czy­stość, na jaką nie mogli sobie pozwo­lić jesz­cze cztery lata wcze­śniej, kiedy chrzcili star­szą córkę. „Jak wiele może się zmie­nić w cztery lata”, myśleli, gdy zasta­wiali stół dla sze­ściorga gości, a wokół uno­sił się wspa­niały zapach pie­czo­nej gęsi. Jakże odle­gły był głód, jakiego doświad­czyli w dzie­ciń­stwie i mło­do­ści. Jak dobrze wybrali kanc­le­rza, który wyra­to­wał Niemcy z nie­do­statku.

Tego samego dnia, choć daleko stam­tąd, fran­cu­ska dzien­ni­karka madame Titaÿna prze­pro­wa­dziła z tym ponu­rym lide­rem prze­dziwny wywiad dla miej­sco­wej gazety. On powie­dział jej: „Żaden Nie­miec nie chce wojny. Ostat­nia kosz­to­wała nas dwa miliony ofiar i sie­dem i pół miliona ran­nych. I nawet gdy­by­śmy wygrali, to żadne zwy­cię­stwo nie byłoby warte tej ceny”, a ona wró­ciła do swo­jego kraju z prze­ko­na­niem, że ani ten męż­czy­zna, ani jego naród nie sta­no­wią zagro­że­nia dla pokoju.

Ich kanc­lerz, tak jak oni, pra­gnął pokoju. Na świe­cie mówiono, że poprzed­nia wojna skoń­czyła z innymi raz na zawsze. I bez wąt­pie­nia skoń­czyła rów­nież z nimi. Har­twig i Wanda Hahl­broc­ko­wie prze­żyli znisz­cze­nie i dra­mat. A teraz, po tak ogrom­nych cier­pie­niach, mieli nadzieję obser­wo­wać jedy­nie, jak ich córki dora­stają szczę­śliwe, bez głodu i w pokoju. I myśleli, że z Führerem w końcu będzie to moż­liwe. Trzy lata jego rzą­dów, trzy lata porządku, trzy lata z ich życia, trzy lata pracy, w końcu trzy lata bez głodu i z per­spek­ty­wami na przy­szłość. A teraz, dzięki temu, nowa i uko­chana córka. Ilse.

Dwa lata i dwa mie­siące póź­niej Ilse nie pamię­tała już bólu naro­dzin ani lodo­wa­tej chrzciel­nej wody, ale miała za sobą wiele małych doświad­czeń i zdo­była pewne umie­jęt­no­ści, bo prze­cież ni­gdy nie uczymy się tak szybko, jak w ciągu pierw­szych trzech lat naszego życia. Uczymy się i żyjemy, choć nie pamię­tamy, jak się cze­goś nauczy­li­śmy ani kiedy coś prze­ży­li­śmy.

To wła­śnie wtedy Ilse poznała tych, któ­rzy zamiesz­ki­wali jej nie­wielki, her­me­tyczny świat; nauczyła się odróż­niać głód i jego ukłu­cia, ale też nauczyła się cier­pli­wie cze­kać; jedze­nie zawsze się poja­wiało, już jej matka o to dbała; nie musiała pła­kać, bo nauczyła się wielu słów, w tym „jestem” i „głodna”. W ciągu tych pierw­szych lat nauczyła się też, że komi­nek z pew­nej odle­gło­ści daje cudowne cie­pło, ale można się popa­rzyć, gdy podej­dzie się zbyt bli­sko. Nauczyła się wsta­wać, cho­dzić i prze­mie­rzać schody w górę i w dół. Nauczyła się nazy­wać rze­czy. Nazy­wać sie­bie: Ilse Hahl­brock, choć wciąż łamała sobie język przy nazwi­sku.

Nauczyła się też nie pła­kać, bo łzami mogła jedy­nie zde­ner­wo­wać matkę, która zawsze mówiła jej: „Ilse, my ni­gdy nie pła­czemy”. Dowie­działa się, jak to jest pra­gnąć cudzej rze­czy – bo lalka sio­stry zda­wała się jej ład­niej­sza od wła­snej – ale nauczyła się też zagłu­szać to pra­gnie­nie i zado­wa­lać się tym, co ma, bez wsz­czy­na­nia awan­tur, bo i tak niczego by tym nie osią­gnęła.

W tym cza­sie nauczyła się rów­nież bać się gęsi i psów, choć nikt nie potra­fił tego zro­zu­mieć: Kaj­zer, jedyny pies w jej świe­cie, ni­gdy nie odwa­żyłby się jej nastra­szyć, a tym bar­dziej skrzyw­dzić.

Ale nie było spo­sobu, by ją o tym prze­ko­nać.

– On nie gry­zie, Ilse. Kaj­zer to dobry pies, pogła­skaj go.

Ale dziew­czynka miała swoje powody, by się go bać, choć nie pamię­tała już dla­czego i nie było przy tym żad­nych świad­ków.

Otóż pew­nego razu – a był to jeden z tych rzad­kich razów, kiedy już jako dwu­latka wyszła z domu nie­zau­wa­żona przez matkę ani przez pra­cu­ją­cych na polu robot­ni­ków, któ­rzy nie dostrze­gli błą­ka­ją­cej się samot­nie dziew­czynki – Ilse udała się nad zamiesz­ki­wane przez gęsi jeziorko, zwa­biona ich gęga­niem i wizją małych gąsią­tek.

Poprzed­niej nocy ojciec obie­cał jej, że wkrótce ją tam zapro­wa­dzi, ale Ilse nie wie­działa, ile to jest „wkrótce” i tam­tego dnia poczuła, że od zło­że­nia tej obiet­nicy minęła cała wiecz­ność, dla­tego posta­no­wiła pójść sama, aby poba­wić się z piskląt­kami i porząd­nie je okryć: woda w jezio­rze zawsze była lodo­wata, a skoro ona sama ani tro­chę nie lubiła zim­nej wody, to wywnio­sko­wała, że one tym bar­dziej nie lubią.

Ale gęsi, które zawsze były nieco zdzi­czałe, nie pozwo­liły jej ani się zbli­żyć do nowych człon­ków rodziny, ani poba­wić się z nimi czy okryć choćby jedno gąsiątko; gdy tylko zoba­czyły zbli­ża­jące się ludz­kie dziecko, zaczęły trze­po­tać skrzy­dłami i prze­bie­rać nogami w wodzie, aż dotarły na ląd. A potem puściły się bie­giem po suchej ziemi.

Ilse miała już jakieś doświad­cze­nie życiowe: wie­działa, jak odróż­nić mięk­kie „Ilse”, wydo­by­wa­jące się z ust matki, gdy sie­działa spo­koj­nie przez dłuż­szy czas i pozwa­lała jej wyko­ny­wać swoje obo­wiązki, od dud­nią­cego po całym domu „Ilse”, kiedy wzbra­niała się przed wej­ściem do wanny, nie przy­cho­dziła do stołu na zawo­ła­nie, zosta­wiała nie­do­je­dzoną kieł­basę albo kłó­ciła się z sio­strą.

Być może wła­śnie z tego powodu, a może dla­tego że w odpo­wied­nim momen­cie po raz pierw­szy w życiu zadzia­łał u niej instynkt samo­za­cho­waw­czy, z całą pew­no­ścią stwier­dziła, że gęsi wcale nie wybie­gły jej na powi­ta­nie i że musi ucie­kać przed nad­cią­ga­ją­cym zagro­że­niem. Nagle ści­snęło ją w dołku, po czym się obró­ciła i, nie oglą­da­jąc się za sie­bie, zaczęła biec tak szybko, jak tylko pozwa­lały jej na to nieco ponad dwu­let­nie nóżki.

W trak­cie ucieczki chciała wydo­być z sie­bie krzyk, ale był tak gło­śny i tak potężny, że ści­snął jej gar­dło i skrył się w jej malut­kim ciele, aby ni­gdy go już nie opu­ścić.

Ilse bie­gła więc w wymu­szo­nej, abso­lut­nej ciszy. Oddy­chała tylko dla­tego, że nie miała innego wyj­ścia. Wie­działa – skąd? – że gęsi są od niej szyb­sze, że ją dosię­gną i podzio­bią, i że wydzio­bią jej skórę, a nawet włosy.

Nie odwa­żyła się spoj­rzeć za sie­bie.

Schnell lau­fen – popę­dzała się, choć żaden dźwięk nie potra­fił poru­szyć jej strun gło­so­wych. – Schnell, Schnell lau­fen!

I już czuła na swo­ich kost­kach gorący oddech wście­kłych pta­ków.

Wtedy zauwa­żyła kątem oka, jak potężny Kaj­zer zbliża się do niej w peł­nym biegu. Gdyby się obró­ciła, to dostrze­głaby, że pies sta­nął pomię­dzy nią a jej skrzy­dla­tymi agre­so­rami, aby ją obro­nić, ale tego nie zro­biła: ze wzro­kiem wbi­tym przed sie­bie poczuła tylko, jak ogon owczarka nie­miec­kiego muska jej nogi i w popło­chu odnio­sła wra­że­nie, że dosię­gły ją jego wiel­kie kły, dla­tego od razu pomy­ślała, że – w zmo­wie z dzi­kimi gęsiami – przy­łą­czył się do pogoni za zdo­by­czą.

W jej prze­ra­żo­nym umy­śle jego szcze­ka­nie zlało się z ich gęga­niem. I przy­spie­szyła.

Ilse skryła się w sto­dole, zasko­czona, że udało się jej wygrać ten wyścig. Tam, w ciem­no­ści, uspo­ko­iła przy­spie­szony rytm serca. Ukryła się bez­sze­lest­nie i po jakimś cza­sie ogar­nął ją nowy lęk, który pozwo­lił jej zapo­mnieć o tym poprzed­nim: bała się, że nagle usły­szy szorst­kie „Ilse”, jakim matka obda­rzała ją, gdy była nie­grzeczną dziew­czynką, jak wła­śnie tego dnia. „Nein, Ilse. Nicht allein” – słowo matki było w domu świę­to­ścią: nie wychodź ni­gdzie sama, Ilse.

I gdyby nie żołą­dek, naj­lep­szy moty­wa­tor, to spę­dzi­łaby tam całe popo­łu­dnie, a może nawet i noc. Ale głód prze­ko­nał ją, że czas wra­cać, aby zmie­rzyć się z kon­se­kwen­cjami, nawet jeśli mia­łaby usły­szeć od matki pełne pre­ten­sji „Ilse”. Kiedy była głodna, to nie potra­fiła myśleć o niczym innym – a wła­śnie nade­szła pora na grzankę z masłem – dla­tego jej umysł zapo­mniał o tym, co ciało miało zapa­mię­tać już na zawsze: o powo­dach, dla któ­rych bała się gęsi i psów.

To, co wyda­wało się jej wiecz­no­ścią, trwało zale­d­wie pół godziny. Matka, zajęta wyszy­wa­niem far­tusz­ków i halek dla swo­ich córek, nawet nie zauwa­żyła jej nie­obec­no­ści, prze­ko­nana, że dziew­czynki udały się na drzemkę. Nie było żad­nych pre­ten­sji, tylko grzanki z domo­wym kre­mo­wym masłem. Póź­niej Ilse przez całe popo­łu­dnie bawiła się z sio­strą, Irm­gard, która ponie­waż była od niej cztery lata star­sza, miała się nią zaj­mo­wać – i pil­no­wać, by nie wycho­dziła sama z domu – gdy matka szyła, tkała, wyszy­wała, sprzą­tała czy goto­wała.

Gdy wró­cił ojciec, wie­działa, że nade­szła pora kola­cji; na szczę­ście znowu była głodna. Matka podała kiszoną kapu­stę z kieł­basą cie­lęcą, jej ulu­bioną.

Kaj­zer, który wcho­dził do domu tylko za zgodą ojca, wpa­try­wał się w nią uważ­nie, jakby chciał ją zjeść. A Ilse – która od tam­tego popo­łu­dnia już na zawsze miała tłam­sić w sobie krzyk – stra­ciła zain­te­re­so­wa­nie jedze­niem i szu­kała schro­nie­nia na kola­nach ojca.

Kaj­zer, ow­szem, patrzył pożą­dli­wie, ale nie na nią: wbi­jał wzrok w kieł­basę, nie­mal z miło­ścią. Uwa­żał, że zasłu­guje na spe­cjalną nagrodę za boha­ter­stwo; za to, że ją ura­to­wał i sta­nął pomię­dzy nią a gęsiami, a także za to, że bolało go całe ciało, podzio­bane w trak­cie zacię­tej bitwy przez pie­rza­ste demony.

Cze­kał cier­pli­wie, ale kola­cja już się skoń­czyła i nikt, nawet dziew­czynka, nie podzie­lił się z nim choćby piętką chleba. I to nie tylko dla­tego, że Ilse o tym nie pomy­ślała i nie odwa­żyła się zbli­żyć ręki do jego ogrom­nego i wygłod­nia­łego pyska, ale także dla­tego, że cho­ciaż wciąż miała ści­śnięty żołą­dek, to zja­dła wszystko; nie ośmie­liła się zosta­wić nawet naj­mniej­szego okruszka, bo gdy matka mówiła: „Alles essen”, ona opróż­niała talerz, i to bez zająk­nię­cia.

Nie wie­działa, że wyda­rze­nia z 25 marca 1938 roku pozo­staną w niej bar­dziej jako instynkt niż wspo­mnie­nia. Tam­tej nocy kła­dąc się do łóżka, Ilse nie wie­działa też, że ten dzień zapi­sze się na zawsze w pamięci jej roda­ków, wcale nie dla­tego, że jakaś mała pru­ska dziew­czynka wystra­szyła się gęsi, bro­nią­cych swo­jego tery­to­rium i swo­jej rodziny, ale dla­tego, że pan i władca losu tych ziem wyło­żył swoje inten­cje przed Niem­cami i całym świa­tem w trak­cie swo­jej wizyty w Kró­lewcu.

Arno. 25 marca 1938

Arno

25 marca 1938

2. Chłopiec i łopot flag

Jechał do Kró­lewca po raz pierw­szy w życiu, ale Arno, który wła­śnie wtedy koń­czył trzy lata, jesz­cze tego nie wie­dział. Nie zapa­mię­tał też gorącz­ko­wych przy­go­to­wań do dnia, który cała rodzina miała spę­dzić poza swoim nie­wiel­kim gospo­dar­stwem.

Tego dnia nikt nie musiał go budzić; był naj­młod­szy z czwórki rodzeń­stwa i wciąż obo­wią­zy­wała go zasada wła­ściwa wszyst­kim malu­chom: że dzień zaczyna się wraz z ich prze­bu­dze­niem.

A po nich otwiera oczy matka, a następ­nie słońce. A po nich kogut ogła­sza nadej­ście nowego dnia, a krowa domaga się wydo­je­nia. A po nich budzi się ojciec, aby pomóc matce, która musi ulżyć ryczą­cej kro­wie. A po nich budzą się pozo­stali człon­ko­wie rodziny, zwa­bieni zapa­chem przy­go­to­wa­nego przez ojca śnia­da­nia, choć wole­liby jesz­cze tro­chę pospać; choć wole­liby przy­kleić się do poduszki lub żeby przez okno wpa­dło choć tro­chę świa­tła, nim będą musieli otwo­rzyć oczy.

Ale to nie­moż­liwe: nowy dzień już się zaczął, a wraz z nim codzienna krzą­ta­nina w nie­wiel­kim obej­ściu Schip­pe­rów.

Rzecz jasna, Arno jako trzy­la­tek nie pła­kał już po prze­bu­dze­niu. Skoń­czył z tym, gdy nauczył się potrzeb­nych mu słów.

– Mut­ter! Vater! Ich möchte mein Frühstück!

Ten pora­nek zaczął się jak zwy­kle: naj­młod­szy domow­nik doma­gał się śnia­da­nia, a pozo­stali pra­gnęli wyle­gi­wać się w łóżku choćby chwilę dłu­żej. Potem przy­szedł czas na zwy­kłe gospo­dar­skie zaję­cia, choć Schip­pe­ro­wie wyko­ny­wali je z więk­szym niż zazwy­czaj pośpie­chem, a następ­nie ele­gancko się ubrali: wło­żyli odświętne stroje, mimo że to nie była nie­dziela, bo wszy­scy razem jechali do mia­sta.

– To histo­ryczny dzień, Arno, a do tego dziś są twoje uro­dziny – powie­dział ojciec, Karl Schip­per, gdy zapi­nali płasz­cze przed wyj­ściem.

Był już 25 marca, ale wio­sna na tych zie­miach jesz­cze się nie obu­dziła, choć zima wcale nie była taka ciężka. Przy odro­bi­nie szczę­ścia koło połu­dnia wyj­dzie słońce. Przy odro­bi­nie szczę­ścia śnieg nie zasko­czy ich po dro­dze do Kró­lewca i z powro­tem.

Chłopcu udzie­lił się entu­zjazm star­szych braci, któ­rzy dużo lepiej rozu­mieli, co się dzieje. Dla ośmio­let­niego Fritza i sied­mio­let­niego Johanna, uwa­ża­ją­cych się za wytraw­nych podróż­ni­ków, dzień zapo­wia­dał się o wiele cie­ka­wiej niż dotych­cza­sowe wyprawy do mia­sta z ojcem: widzieli już oka­załe domy i budynki z ogrom­nymi oknami, dzwony z kate­dry we From­borku, bru­ko­wane ulice czy sie­dem mostów, i bawili się w ogro­dach zamku nad jezio­rem; to wszystko im się podo­bało, ale nawet takie atrak­cje bla­dły w obli­czu zapo­wia­da­nego na ten dzień, histo­rycz­nego wyda­rze­nia. I było to dla nich nie­po­jęte, bo w trak­cie tej wizyty mieli się nawet oprzeć poku­sie owo­co­wych mar­ce­pan­ków od Schwer­mera, które mogli spró­bo­wać przy jed­nej z tych rzad­kich oka­zji, kiedy ich ojciec miał jed­no­cze­śnie pie­nią­dze, czas i dobry humor.

Ale choć mieli się za doświad­czo­nych glob­tro­te­rów – w porów­na­niu z Arnem, który wciąż był dla nich małym dziec­kiem i nie wycho­dził poza naj­bliż­szą oko­licę gospo­dar­stwa, a także z Helgą, która choć star­sza, to jed­nak była dziew­czynką i para­jący się sto­larką ojciec ni­gdy nie zabie­rał jej ze sobą do pracy do mia­sta – to jed­nak wciąż mieli tylko osiem i sie­dem lat; droga na­dal bar­dzo im się dłu­żyła i wszystko odwra­cało ich uwagę od obiet­nic tam­tego dnia. Jak na dobrych braci i prze­wod­ni­ków wyprawy przy­stało, poka­zy­wali Arnowi to, co poja­wiało się na dro­dze, wciąż usia­nej klek­sami śniegu, i cho­dzili z nim z jed­nego końca fur­manki na drugi: a to na pra­wym pobo­czu stał wielki wół, a to owce blo­ko­wały prze­jazd, a to po lewej leżał mar­twy pies w sta­nie zaawan­so­wa­nego roz­kładu.

– Widzia­łeś jego oczy, Arno?

Arno też chciał wszystko zoba­czyć, ale matka bała się, że spad­nie z fur­manki, a wszy­scy wie­dzieli, że nie powinna się dener­wo­wać ani nad­mier­nie wysi­lać.

– Chodź tu – powie­działa do niego Helga, star­sza sio­stra, wska­zu­jąc na swoje kolana. – I już się nie ruszaj.

Helga przy­ci­snęła chłopca mocno do sie­bie, aż w końcu ustą­pił: to jej ramiona znał naj­le­piej, to one dawały mu naj­więk­szą pocie­chę. Matka sia­dała przy nim każ­dej nocy przed zaśnię­ciem i opo­wia­dała mu bajki, ale oprócz ojca to wła­śnie dzie­się­cio­let­nia Helga zawsze brała go na ręce, kła­dła do łóżka, tuliła, gdy miał kosz­mary, besz­tała i kąpała. I to tam, w chro­nią­cych go przed zim­nem ramio­nach sio­stry, zasnął, koły­sany ryt­micz­nym chy­bo­ta­niem fur­manki i nie­koń­czącą się – jak mu się zda­wało – podróżą do nie­zna­nego mu celu.

– Doje­cha­li­śmy.

Helga potrzą­snęła nim. Arno otwo­rzył oczy i od razu oprzy­tom­niał. Wokół nich pano­wał ogromny gwar. Ni­gdy wcze­śniej nie widział tylu ludzi ani tylu wozów naraz. Matka dys­ku­to­wała z ojcem.

– Jeśli zosta­wimy fur­mankę bez opieki, to nam ją ukradną.

– Nie. Dziś nikt by się na to nie odwa­żył. Poza tym nie możemy już dalej jechać. Popatrz, wszy­scy robią tak samo.

Tego dnia do Kró­lewca przy­byli oko­liczni miesz­kańcy, a jego sze­ro­kie ulice nie były w sta­nie pomie­ścić wszyst­kich wozów. To był histo­ryczny dzień i nikt nie chciał go prze­ga­pić: na twa­rzach ludzi malo­wało się pod­nie­ce­nie. Wokół nich inni podróżni zosta­wiali swoje pojazdy poza murami mia­sta, tak bli­sko sie­bie, jak tylko pozwa­lały im na to konie. Zabie­rali ze sobą tylko kosze lub torby z pro­wian­tem na dal­szą drogę. Schip­pe­ro­wie zro­bili to samo, a Arno sie­dział na bar­kach ojca: „W tym tłu­mie zgu­bił­byś się doku­ment­nie, mein Sohn”.

Arno cza­sem nie rozu­miał, dla­czego doro­śli mówią na jego widok: „Jaki ten chło­piec jest wysoki!”, skoro był tylko małym, wyma­ga­ją­cym uwagi dziec­kiem. Prze­cież gdyby był wysoki, ozna­cza­łoby to, że jest już duży, star­szy. A w domu wszy­scy byli wyżsi od niego. Prze­cież gdyby był wysoki, to mógłby dosię­gnąć leżą­cego na regale masła. Gdyby był wysoki, to mógłby dosię­gnąć wyko­na­nego przez ojca drew­nia­nego konika za każ­dym razem, gdy Fritz mu go wyry­wał i szy­der­czo uno­sił ramię, tak by Arno nie mógł go odzy­skać. Gdyby był wysoki, to Fritz nie odwa­żyłby się na takie żarty.

Sie­dząc na ramio­nach ojca, po raz pierw­szy poczuł się naprawdę wysoki. Mógł obser­wo­wać wszystko: łyse głowy męż­czyzn, któ­rzy nie nosili kape­lu­szy, i pióra przy kape­lu­szach ele­ganc­kich dam; cie­szył się, że jego bra­cia są od niego dużo niżsi, bo tam, na górze, jako pierw­szy mógł usły­szeć gra­jącą na uli­cach i wita­jącą przy­by­szów muzykę. Wier­cił się na wszyst­kie strony, by nie prze­ga­pić żad­nego szcze­gółu, nie bacząc na upo­mnie­nia ojca: „Nie ruszaj się tak, Arno”.

Nad­jeż­dżało coraz wię­cej wozów, więc chło­piec pomy­ślał z dumą, że jego dzielny tata wygrał dla nich ten wyścig, wespół ze swoim szyb­kim koniem.

Nieco dalej, już na prze­stron­nych uli­cach, miał wra­że­nie, jak gdyby wszystko było jed­nym wiel­kim murem: od ota­cza­ją­cych mia­sto for­ty­fi­ka­cji aż po naj­wyż­sze budynki, jakie kie­dy­kol­wiek widział. Zdu­miony, patrzył w górę. Wcze­śniej na takich wyso­ko­ściach obser­wo­wał jedy­nie gęsi prze­la­tu­jące nad domem, który przy miej­skich zabu­do­wa­niach wyda­wał mu się maleńki. Roz­dzia­wił usta w zachwy­cie, a wtedy ojciec powie­dział: „Zamknij buzię, Sohn, bo wleci ci mucha”. Więc ją zamknął, ale ta była nad­zwy­czaj uparta i od czasu do czasu znów się otwie­rała, bo dzi­wiło go o wiele wię­cej niż tylko roz­miary budyn­ków i kościo­łów. Mia­sto zda­wało się być gotowe na praw­dziwe święto: gdzie­kol­wiek spoj­rzał, flagi – te duże, te małe i te ogromne – łopo­tały niczym czer­wono-czarne skrzy­dła, ula­tu­jąc ku niebu przy podmu­chach wia­tru.

Przed­się­bior­cze kobiety sprze­da­wały kwiaty i flagi w roz­mia­rze wprost ide­al­nym dla jego małych rączek. I zapra­gnął mieć jedną z nich.

– Papa, ich möchte eine Flagge!

– Nicht jetzt.

To były naj­bar­dziej fru­stru­jące słowa, jakie Arno kie­dy­kol­wiek poznał: „Teraz nie”. Teraz nie możesz tego ciastka. Teraz nie możesz się bawić. Teraz nie krzycz. Nicht jetzt. Teraz nie jedz chleba. Teraz nie możesz mieć takiej ład­nej flagi, jak inni. Teraz nie, teraz nie. Po trzech latach życia te słowa zdą­żyły mu się już znu­dzić, ale wie­dział, że gdy wypo­wia­dali je rodzice, nie było na nie rady. Tak więc teraz nie, ale może póź­niej?

– Ja. Zoba­czymy.

Ojciec nie chciał się zatrzy­mać, choć Arno mocno kop­nął go nogą, jak konia. Chyba się gdzieś spie­szyli. Szli tak szybko, jak tylko stan matki na to pozwa­lał.

Arno wie­dział, że nie wszyst­kie matki są takie jak jego. Znał na przy­kład grubą Frau Fili­pek, która zacho­dziła do nich raz w tygo­dniu, żeby kupić jajka, i pła­ciła za nie masłem i wędli­nami. Ona miała wię­cej dzieci i wię­cej ener­gii, a cza­sem razem z towa­rami na wymianę nio­sła w ramio­nach jedną z lato­ro­śli; do tego, oczy­wi­ście, musiała nieść swój wła­sny cię­żar.

Dzieci wyko­rzy­sty­wały każdą minutę na zabawę, pod­czas gdy pogrą­żone w roz­mo­wie matki prze­dłu­żały trans­ak­cję. Ale były kobie­tami zaję­tymi i prak­tycz­nymi, dla­tego prędko prze­ry­wały poga­wędkę: było wiele do zro­bie­nia, a Filip­ko­wie musieli iść dalej.

Po wymia­nie towaru zaru­mie­niona kobieta z zado­wo­le­niem pako­wała jajka do koszyka z taką samą ener­gią jak wcze­śniej, pod­czas gdy jego wychu­dzona i mil­cząca matka przy­glą­dała się z progu, jak sąsiadka odma­sze­ro­wuje żwa­wym kro­kiem, po czym na powrót sia­dała przy kuchen­nym stole, by odpo­cząć i nabrać tchu. Nawet nie pró­bo­wała wziąć swo­jego syna na ręce, i choć mu to tłu­ma­czyli, cza­sem nie rozu­miał, dla­czego matka tylko podaje mu rękę i ni­gdy go nie pod­nosi.

– Pamię­tasz, jak kie­dyś obtar­łeś sobie kolano? Pamię­tasz, jak cię bolało? Mamę tak samo boli serce – powie­dział mu kie­dyś ojciec.

– Ale wyzdro­wieje?

– Nie.

Dla­tego trzeba było o nią dbać. Bo ciężko się żyje z obtar­tym ser­cem. Ale Arno cza­sem o tym zapo­mi­nał.

Codzien­nie przed wyj­ściem do pracy ojciec mówił mu: „Uwa­żaj na mamę, bądź pomocny, nie spra­wiaj jej pro­ble­mów”. I Arno zaczy­nał dzień z takim zamia­rem, ale prędko mu to umy­kało. Chciał się bawić i zapo­mi­nał o obtar­tym sercu matki. Chciał bie­gać i się wspi­nać, choć jego rodzeń­stwo wciąż jesz­cze było w szkole, a ojciec w pracy, i tylko osła­biona matka mogła się nim zaj­mo­wać.

Igno­ro­wał więc powzięte led­wie parę minut wcze­śniej posta­no­wie­nie, i prędko zapo­mi­nał o zło­żo­nych obiet­ni­cach; zapo­mi­nał, że powi­nien sie­dzieć w miej­scu, i zbli­żał się zbyt­nio do pale­ni­ska, cho­ciaż dobrze wie­dział, że mu nie wolno; i cho­dził obser­wo­wać krowę albo tarzać się w psze­nicy, choć matka mu tego zabra­niała. I przy­po­mi­nał sobie o swo­ich obiet­ni­cach i posta­no­wie­niach dopiero wtedy, gdy zauwa­żał bladą, wzbu­rzoną i pozba­wioną tchu matkę, pod­cho­dzącą do niego tak szybko, jak tylko mogła sobie na to pozwo­lić, aby go odcią­gnąć, ura­to­wać lub zbesz­tać.

A teraz, sie­dząc na bar­kach ojca, Arno czuł się wysoki i doj­rzały, jak wszy­scy wysocy ludzie, któ­rzy nie zapo­mi­nają o zło­żo­nych obiet­ni­cach, i od czasu do czasu spo­glą­dał na matkę, drobną kobietę idącą powol­nym, acz zde­cy­do­wa­nym kro­kiem. Posta­no­wił, że da znać ojcu, jak tylko zoba­czy, że poczuła się gorzej. Bo to aku­rat potra­fił: wyczuć dokładny moment, w któ­rym jej się pogar­szało. W tej dzie­dzi­nie był eks­per­tem, wszak doświad­czał tego od dnia swo­ich naro­dzin.

Schip­pe­ro­wie prędko wto­pili się w morze ludzi, któ­rzy naj­wy­raź­niej szli w tym samym kie­runku. I było tam coraz wię­cej flag, a począt­kowo ciche pie­śni zaczęły roz­brzmie­wać z coraz więk­szą mocą.

Arno ich nie znał. Były zupeł­nie inne od tych, które matka śpie­wała mu czule, kiedy star­czyło jej tchu, by pocią­gnąć melo­dię, ale też mu się podo­bały. Nie znał słów, ale je wymy­ślał, naj­pierw nie­śmiało, a póź­niej peł­nym gło­sem, by poczuć się czę­ścią coraz więk­szej i coraz bar­dziej hała­śli­wej grupy osób, stop­niowo zle­wa­ją­cej się w jed­no­rodną masę.

A z każdą nutą, z każ­dym odde­chem, ze wszyst­kich ust wydo­by­wały się deli­katne obłoczki pary, które zaczęły się łączyć, kłę­bić i powięk­szać. Ten nowo powstały obłok był coraz wyraź­niej­szy, zaczy­nał żyć wła­snym życiem, aż na koniec zamie­nił się w podmuch, a następ­nie falę mgły, która go otu­liła, dając wra­że­nie, że unosi się w powie­trzu.

I zda­wało mu się, że matka kro­czy z nieco więk­szą siłą i nabrała tro­chę koloru, a jego bra­cia uro­śli, ot tak, tylko dzięki tym pio­sen­kom. A obok szły inne dzieci, tak samo wyso­kie jak on, sie­dzące okra­kiem na bar­kach rodzi­ców i uno­szące ramiona, jak gdyby dowo­dziły mor­skimi stat­kami; chłopcy i dziew­czynki, któ­rych ni­gdy wcze­śniej nie widział, które patrzyły na sie­bie w mar­szu i roz­po­zna­wały swoje spoj­rze­nia, uśmie­chy i słowa pio­se­nek, ale pra­wie żadne nie potra­fiło wymó­wić ani nie rozu­miało ich sensu poza tym, że obie­cy­wano w nich chleb. A to im się podo­bało.

Die Straße frei den brau­nen Bata­il­lo­nen.

Die Straße frei dem Stur­mab­te­ilung­smann!

Es schau’n aufs Haken­kreuz voll Hof­f­nung schon Mil­lio­nen.

Der Tag für Fre­iheit und für Brot bricht an!

Ale po tak dłu­gim spa­ce­rze zaczęło mu się zda­wać, że z bar­ków ojca wyro­sły kolce, a ból poślad­ków odwiódł jego uwagę od pio­se­nek. Zachciało mu się pić, a głód był sil­niej­szy od chęci posia­da­nia flagi.

– Papa: Ich bin hun­grig!

– Już nie­da­leko. Wytrzy­maj. Dosta­niesz jeść, gdy doj­dziemy na miej­sce.

Nie­stety tak jak wszy­scy wokół, nie dotarli na żadne kon­kretne miej­sce: jacyś żoł­nie­rze zatrzy­my­wali tłum, by roz­mie­ścić go po obu stro­nach sze­ro­kiej alei.

Schip­pe­ro­wie mieli szczę­ście: dzieci usia­dły na kra­węż­niku, a doro­słym nikt nie zasła­niał widoku parady, która miała się roz­po­cząć lada chwila, po ofi­cjal­nym powi­ta­niu na dworcu kole­jo­wym. Frau Schip­per dała każ­demu ze swo­ich dzieci por­cję chleba i kieł­basy.

– Jedz powoli, Arno. Nie udław się.

Dzieci jadły na sie­dząco, a doro­śli na sto­jąco. Arno zmo­czył weł­niane skar­pety, wyle­wa­jąc na sie­bie kubek cie­płej her­baty, więc ojciec wziął go na chwilę w ramiona – dopóki stopy mu nie prze­schły – opa­tu­lił swoim płasz­czem i ogrzał.

Wciąż roz­brzmie­wały pie­śni, teraz już w akom­pa­nia­men­cie zespo­łów. Nie­które głosy wzno­siły się ponad inne – te nale­żące do zwy­kłych śmier­tel­ni­ków – przez mega­fony, naka­zu­jąc powta­rzać slo­gany, odpo­wia­dać uni­sono, uno­sić rękę i wspól­nie krzy­czeć raz po raz, aż do per­fek­cji: „Ha Hidla!”. Wtedy Arno popro­sił ojca, by posta­wił go na ziemi, i sto­jąc na kra­wę­dzi ulicy, dołą­czył do tych gło­sów:

Cza­sem krzy­czał: „Zi hail! Zi hail!”; cza­sem zaś: „Ha Hidla! Ha Hidla!”.

Robił to bez­myśl­nie, nie zasta­na­wia­jąc się, co ozna­czają te powta­rzane z taką werwą słowa, uno­sił też rękę nie­mal ku niebu, jak przy­stało na praw­dzi­wego członka tej masy. Ale prędko od tych okrzy­ków zaschło mu w gar­dle, a ręka zmę­czyła się od nie­ustan­nego pod­no­sze­nia i opusz­cza­nia.

Zabawa stra­ciła swój urok, nim jesz­cze na dobre się zaczęła.

Poczuł ucisk na pęcherz, co dopiero nie­dawno nauczył się odróż­niać na czas, by nie zmo­czyć ubrań, i pona­glał ojca tak długo, aż został zapro­wa­dzony na tyły budynku i wypróż­nił się cie­płym i paru­ją­cym stru­mie­niem.

Kiedy wró­cili na miej­sce, nic się nie zmie­niło. I Arno raz po raz to sia­dał, to wsta­wał. Tkwił tam z przy­musu, choć pra­gnął być gdzie indziej. Nie rozu­miał, dla­czego nie może wybiec na sam śro­dek pustej alei, która wzy­wała go bez ustanku. Prze­cież mógłby zagrać w zbi­jaka z innymi dziećmi w jego wieku, tak samo jak on znu­żo­nymi dłu­gim mar­szem, gło­śnymi okrzy­kami i bez­sen­sow­nym ocze­ki­wa­niem. Wszy­scy by się dobrze bawili. Ale nie: nie ruszaj się, Arno; nie schodź z chod­nika; nie zgub się; no już, śpie­waj. No i nie powi­nien dener­wo­wać matki. Pew­nie prędko by o tym zapo­mniał, gdyby dłoń ojca nie zaci­skała się mocno na jego ramie­niu za każ­dym razem, kiedy męż­czy­zna prze­czu­wał, że syn zaraz puści się bie­giem w poszu­ki­wa­niu wol­no­ści i prze­strzeni.

– Nein, Arno.

Arno usiadł. Znowu. Musiał cze­kać. Znowu. Ale na co miał cze­kać? Tego nie wie­dział.

Pod koniec dnia, po wielu godzi­nach ocze­ki­wa­nia, cały ten plan, śpiewy i slo­gany stra­ciły swój urok, a nawet prawo do ist­nie­nia w jego umy­śle. Ze zmę­cze­nia zapo­mniał o uczu­ciu, jakiego doświad­czał na bar­kach ojca.

Z tam­tego dnia zapa­mię­tał na zawsze czer­wień flag, choć ni­gdy o tym nie wspo­mi­nał, nawet swo­jej żonie, gdy miesz­kali już daleko stam­tąd, bo zawsze był to dla niego nie­mal zaka­zany i bole­sny temat.

Ponadto co mógłby powie­dzieć o tym tak mgli­stym wspo­mnie­niu? Postrze­gał je raczej w kate­go­riach dozna­nia, i to tak nie­wy­raź­nego, że póź­niej było mu ciężko umie­ścić je na osi czasu. Było dla niego jedy­nie sze­re­giem obra­zów, nawie­dza­ją­cych go cza­sami w naj­głęb­szych snach, kiedy nocami opusz­czał gardę. Ale nie wie­dział, że to wła­śnie tam­tego dnia po raz pierw­szy był świad­kiem czer­wono-czar­nego lotu.

Bo w tam­tej chwili Arno pra­gnął jedy­nie wró­cić do swo­jego małego świata na gospo­dar­stwie i do codzien­nej rutyny; zasiąść do kola­cji, po czym poło­żyć się w cie­płym łóżku, i to przez nikogo nie­po­ga­niany. Sie­dząc na kra­węż­niku pomię­dzy sto­pami rodzi­ców, two­rzą­cymi wokół niego kokon ochra­nia­jący jego małe jeste­stwo przed zadep­ta­niem przez obcych i coraz bar­dziej tło­czą­cych się ludzi, prze­stał już nawet spo­glą­dać do tyłu czy w górę, aby pro­sić: „Chodźmy do domu, bitte”, bo doro­śli i tak odpo­wia­dali mu: „Jesz­cze chwila, Sohn”.

Więc Arno prze­stał pro­sić. Już nie chciał wbie­gać na śro­dek ulicy. Sie­dział w wyzna­czo­nym miej­scu, nie patrząc przed sie­bie, ani w górę, ani tym bar­dziej do tyłu, bo i tak widział jedy­nie nie­koń­czący się ciemny las nóg i kolan.

Chwilę wcze­śniej pró­bo­wał nawią­zać roz­mowę na migi z chłop­cem, który rów­nie dobrze mógłby być jego lustrza­nym odbi­ciem, bo sie­dział dokład­nie w takiej samej pozy­cji i z tak samo znu­żo­nym spoj­rze­niem u stóp swo­ich rodzi­ców, na brzegu prze­ciw­le­głego chod­nika. Ale nie potra­fili się poro­zu­mieć. Zmę­czony Arno zamknął się w swo­jej szczel­nej bańce, do któ­rej docho­dził jedy­nie mono­tonny szum ota­cza­ją­cej go ludz­kiej masy. Był tam bez­pieczny, ale bar­dzo się nudził, więc oparł brodę na kola­nach i za pomocą małego patyka pró­bo­wał napi­sać swoje imię w bło­cie. Helga uczyła go tego w domu, ale nie wycho­dziło mu to tak dobrze jak sio­strze. I już miał popro­sić ją o pomoc, gdy coś się zmie­niło: w jego małej bańce uci­chły głosy; nastała pełna ocze­ki­wa­nia cisza. Nawet trzy­la­tek, taki jak Arno, potra­fił ją roz­po­znać: wkrótce miało się zda­rzyć coś nie­zwy­kłego. Ale co?

– Was ist los, Papa?

– Chodź, Arno! Szybko!

Okrzyki i owa­cje wró­ciły ze zdwo­joną siłą, a ojciec znów wziął go na barki. Stam­tąd miał widok na począ­tek pochodu jeźdź­ców na ogrom­nych koniach; po nich przy­szedł czas na żoł­nie­rzy. Począt­kowo ryt­miczny i zgrany co do sekundy marsz wywarł na chłopcu ogromne wra­że­nie, ale było ich tak wielu, a ich kroki tak do sie­bie podobne, że aż hip­no­ty­zu­jące. A ludzie wokół pod­no­sili i opusz­czali prawą rękę, i krzy­czeli tak, jak ćwi­czyli to już od wielu godzin.

Ciało ojca drżało od krzy­ków, od dud­nie­nia wielu gło­sów naraz, od mega­fo­nów, a także od drga­nia sil­ni­ków pojaz­dów woj­sko­wych, które wła­śnie nad­je­chały. Pojaz­dów prze­róż­nych roz­mia­rów. Było ich wię­cej, niż Arno widział w całym swoim życiu, a wszyst­kie więk­sze, now­sze i bar­dziej impo­nu­jące, bez ani kro­pli kala­ją­cego je błota: jechały razem, wszyst­kie potężne, choć nie­które potęż­niej­sze od innych.

To dzięki nim Arno odna­lazł w sobie resztkę sił, by zapo­mnieć o zmę­cze­niu i nudzie, i odkrył nową pasję, która miała mu towa­rzy­szyć przez resztę życia, a która pozo­sta­wiła w jego pamięci pierw­szy trwały ślad, choć nie potra­fił się do tego przy­znać nawet wiele lat póź­niej, gdy spy­tała go o to uko­chana; musiałby bowiem zaak­cep­to­wać, że pierw­sza rzecz, jaką zapa­mię­tał w życiu, miała zwią­zek z wojną.

Nie mógł ode­rwać oczu od obra­ca­ją­cych się opon, od kół czołgu, które wpra­wiały w ruch ogniwa poru­sza­jące się po cią­głej elip­sie. Arno sta­rał się odróż­nić poszcze­gólne cykle tego łań­cu­cha, ale nie potra­fił. A wtedy jakiś czołg zaczął kiwać wieżą na boki w geście pozdro­wie­nia i kła­niać się armatą w górę i w dół, a Arno wstrzy­mał oddech.

Nie inte­re­so­wał go ich bojowy aspekt, bo wtedy jesz­cze nie rozu­miał, do czego służą. Postrze­gał je jako obiekty mecha­niczne: w jaki spo­sób się poru­szały?

– Jak one dzia­łają, tato?

Ale ojciec mu nie odpo­wie­dział, bo był zajęty swoim wła­snym obiek­tem zain­te­re­so­wań – który wła­śnie prze­jeż­dżał w jed­nym z samo­cho­dów – a głos chłopca ginął pośród okrzy­ków, które roz­go­rzały z nową siłą.

– Heil Hitler! Heil Hitler! – wołali zgro­ma­dzeni.

Ale Arno nie naśla­do­wał już słów, które brzmiały dla niego jak „ha hidla”, bo jego uwaga sku­piała się na czymś innym.

Wzru­szony ojciec mówił do niego: „Patrz, Arno”, a on patrzył. Patrzył i patrzył. Przy­glą­dał się. Ana­li­zo­wał. Ale nie śle­dził wzro­kiem tego, na co wska­zy­wał ojciec, bo odkrył te wspa­niałe maszyny i nic nie było w sta­nie ode­rwać go od nich oraz od pytań, które huczały mu w gło­wie tak gło­śno, jak ryk sil­ni­ków i prze­kładni; pytań, któ­rych nie były w sta­nie zagłu­szyć żadne gro­madne okrzyki: Jak one dzia­łają? Jak się poru­szają?

A inten­syw­ność, z jaką pró­bo­wał roz­wią­zać tę zagadkę, spra­wiła, że w tym pierw­szym wspo­mnie­niu Arna Schip­pera wszystko inne się zatarło: od kolo­rów tych pojaz­dów aż po niskiego jego­mo­ścia, który stał wypro­sto­wany w prze­jeż­dża­ją­cym kabrio­le­cie i zda­wał się czuć jesz­cze wyż­szy niż Arno sie­dzący na bar­kach ojca.

I wła­śnie z tej wyso­ko­ści, któ­rej nikt nie odwa­żył się dorów­nać, a którą w przy­szło­ści nie­wielu pró­bo­wało umniej­szyć, jego­mość pozdra­wiał na prawo i lewo, niczym wieża jego czołgu. Ale w prze­ci­wień­stwie do niej ramię męż­czy­zny było cią­gle zwró­cone ku górze, ponie­waż ktoś taki jak on ni­gdy by się nie upo­ko­rzył, kła­nia­jąc się przed kim­kol­wiek. Nawet przed naro­dem, który swo­imi gło­sami i wiarą dał mu tak dużą prze­wagę w wyścigu o wła­dzę i który wyno­sił go na tak pożą­dany pie­de­stał.

Arno, roz­ko­ja­rzony wido­kiem prze­jeż­dża­ją­cych pojaz­dów, nie zwró­cił uwagi na całą świtę, a godzinę póź­niej, gdy na nowo popadł w apa­tię i pra­gnął być gdzieś indziej, nie słu­chał żywio­ło­wej prze­mowy jego­mo­ścia. A ta roz­brzmie­wała nie tylko przez gło­śniki, usta­wione wzdłuż ulicy dla tłumu, który – choć nie zmie­ścił się na sta­dio­nie w Kró­lewcu – przy­był, aby zoba­czyć jego prze­jazd, ale rów­nież w całej Rze­szy, dzięki trans­mi­sji radio­wej. To wła­śnie wtedy jego­mość ogło­sił Anschluss, czyli anek­sję Austrii – na chwałę Rze­szy i prośbę Austria­ków – która odbyła się bez ani jed­nego wystrzału.

W trak­cie prze­mó­wie­nia pano­wała cał­ko­wita cisza. Nikt się nie odzy­wał. Chciał o coś spy­tać, ale ojciec powie­dział: „Bądź cicho, Arno. Nie możemy uro­nić ani słowa”. A on nie rozu­miał nic z tego, co mówił dobie­ga­jący z gło­śnika głos; poje­dyn­cze słowa zle­wały się ze sobą, a żadne z nich nie przy­bli­żało go do miej­sca, w któ­rym pra­gnął być: do jego domu. Ze zdzi­wie­niem zauwa­żył, że uśmiech­nięty ojciec pła­cze.

– Jest ci smutno, Vater? – spy­tał, mocząc palce w jego łzach.

– Nie. To od zimna.

Po pię­ciu minu­tach oparł głowę na ramie­niu ojca. A gdy prze­mowa trwała już od jakichś dwu­dzie­stu minut, Arno drze­mał, nie­czuły na godną ilu­zjo­ni­sty cha­ry­zmę lidera, głu­chy na wydo­by­wa­jące się z jego ust i ujarz­mione prze­zeń słowa, obie­cu­jące pokój i opiekę nie­miec­kiego boga – o któ­rego ist­nie­niu więk­szość słu­cha­czy dowie­działa się dopiero tam­tego dnia – które następ­nie mistrzow­sko zamknęły dys­kurs z odpo­wied­nią dozą dra­ma­ty­zmu i siły, jak zawsze w służ­bie swo­jego pana, jed­nego z naj­więk­szych mistrzów reto­ryki i per­swa­zji w histo­rii.

– W toku moich bitew poli­tycz­nych zdo­by­łem wielką miłość ludu, ale gdy w ostat­nich dniach prze­kro­czy­łem dawną gra­nicę impe­rium, doświad­czy­łem wcze­śniej nie­spo­ty­ka­nego zalewu miło­ści. Nie przy­by­li­śmy jako tyrani, lecz jako wyzwo­li­ciele, a cały lud się ura­do­wał. Pod­po­rząd­ko­wał się naszej swa­styce bez bru­tal­nej prze­mocy. A gdy żoł­nie­rze kro­czyli ku Austrii, odżyły we mnie wspo­mnie­nia pew­nej pie­śni z mło­do­ści. I w ciągu tych ostat­nich dni z ogromną nadzieją śpie­wa­łem tę dumną bojową pieśń: Oto powstaje lud, oto nad­ciąga burza! Z wiarą w Rze­szę i w tę ideę miliony naszych pobra­tym­ców w tej nowej Mar­chii Wschod­niej nie opu­ściły swych flag i pozo­stali wierni Rze­szy i poczu­ciu przy­na­leż­no­ści do ludu nie­miec­kiego. Jeden naród, jedna Rze­sza. Niemcy!

„Sieg Heil! Niech żyją Niemcy! Heil Hitler! Heil Hitler!”. Zarówno zgro­ma­dzeni, jak i cały naród nie­miecki, nie­za­leż­nie od tego, skąd wsłu­chi­wał się w te słowa Adolfa Hitlera, zaczął wzno­sić okrzyki z nową werwą, ale Arno zapa­mię­tał tę część dnia raczej jako pomi­niętą aneg­dotkę, bo w kolej­nych dniach, mie­sią­cach i latach jego rodzice i rodzeń­stwo pytali go z zasko­cze­niem: „Prze­cież prze­je­chał jakieś pięć metrów przed tobą, naprawdę nie pamię­tasz?”. Nie. Nie pamię­tał, bo gdy Führer prze­jeż­dżał koło niego, Arno był wpa­trzony w prze­kład­nie, a kiedy prze­ma­wiał, to Arno zasnął w obję­ciach ojca, który gła­dził go po jasnych wło­sach, szep­cząc do ucha: „Wszyst­kiego naj­lep­szego z oka­zji uro­dzin, synu”.

Ilse i Hahlbrockowie. 25 marca 1940

Ilse i Hahl­broc­ko­wie

25 marca 1940

3. Wspomnienie słońca

Nożyce bar­dzo ją kusiły. Naprawdę chciała być grzeczną i dużą dziew­czynką, bo miała już prze­cież cztery lata, ale pokusa była wielka. Tak wielka, że cał­ko­wi­cie zapo­mniała o tym, że były jej potrzebne tylko do prze­cię­cia zawią­za­nej na supeł wstążki. Tak wielka, że pra­wie zapo­mniała o tym, co powie­działa jej matka, gdy tylko wyczy­tała zamiary w oczach córki.

– Włosy nie odra­stają lal­kom, tak jak tobie. Jeśli je obe­tniesz, twoja lalka już zawsze będzie łysa i brzydka.

Matka poszła na górę wyszy­wać przy cichym akom­pa­nia­men­cie radia, by nie obu­dzić nowego dzi­dziu­sia, o któ­rego tak bar­dzo dbała i któ­rego tak bar­dzo kochała. I przez któ­rego była tak smutna. Ilse lubiła radio tylko wtedy, gdy pusz­czali w nim muzykę, i to nie każdą. Dla­tego zamiast jej towa­rzy­szyć, posta­no­wiła ucze­sać swoją lalkę. I pró­bo­wała zapew­nić tę por­ce­la­nową dziew­czynkę, że dobrze wykona swoją pracę. Ale fry­zura jej nie wycho­dziła, a wstążka zaplą­tała się we włosy i trzeba ją było prze­ciąć. To naj­lep­sze, co mogła zro­bić w tej sytu­acji.

Wie­działa, gdzie matka trzyma zaka­zane nożyce („Bo się ska­le­czysz, Ilse”). Przy­su­nęła krze­sło, wspięła się na nie i otwo­rzyła szu­fladę. Leżały tam, błysz­czące, ostre i szpi­cza­ste. Kuszące. Zaka­zane. Na wycią­gnię­cie ręki.

Pró­bo­wała się powstrzy­mać, mówiła sobie, że jest rów­nie grzeczna jak jej zawsze posłuszna sio­stra, ale pokusa była sil­niej­sza. „Prze­cież jestem grzeczna”, pomy­ślała, dzier­żąc nożyce w ręce. „Nie utnę wło­sów lalce, bo jej nie odro­sną; mama mówiła, że nie wolno uci­nać wło­sów lalce; lalce nie wolno; lalce nie wolno”.

Więc sobie ucięła włosy.

Tylko troszkę. Tylko koniu­szek jed­nego z war­ko­czy, żeby nikt nie zauwa­żył.

A nie było to łatwe. Nożyce były ostre, ale war­kocz był gruby, dla­tego nie­wiele zdzia­łała jed­nym gestem swo­jej małej dłoni: musiała się wyka­zać swoją led­wie co odkrytą cier­pli­wo­ścią i raz po raz roz­wie­rać je i zwie­rać, by w końcu cał­ko­wi­cie oddzie­lić żywe włosy od tych mar­twych.

Przyj­rzała się uważ­nie odcię­temu kosmy­kowi i dopiero wtedy uświa­do­miła sobie, że wcze­śniej nie zasta­na­wiała się, czy będzie bolało. Bo gdyby bolało, to nie mia­łaby tego jak ukryć: dowie­dzia­łaby się o tym jej matka, chłopi, a nawet gęsi. Ale nie: jasno­kasz­ta­nowa kitka, maj­ta­jąca teraz w jej dłoni jak część ciała porzu­cona przez ucie­ka­jącą jasz­czurkę, nie bolała, tak samo jak koń­cówki wło­sów, które pozo­stały na gło­wie.

Ukryła dowód zbrodni pod świe­żymi obier­kami ziem­nia­ków. Ucie­kła stam­tąd w pośpie­chu, w oba­wie, że matka nakryje ją na grze­ba­niu w odpad­kach, ale prędko wró­ciła, gdy przy­po­mniała sobie, że razem z koniusz­kiem war­ko­cza wyrzu­ciła rów­nież opa­sa­jącą go wstążkę. Może włosy odro­słyby jej nawet na następny dzień – wszak nie była lalką – ale wstążki były naprawdę cenne i matka na pewno zauwa­ży­łaby zgubę.

Wycią­gnęła więc kosmyk, nieco obśli­zgły i śmier­dzący od soków, wydzie­la­nych przez stare i świeże odpadki. Potem upew­niła się, że jesz­cze raz dobrze zakryła obcięte i tym razem luźno wrzu­cone włosy. A jesz­cze potem naszły ją wąt­pli­wo­ści: nie była pewna, czy pro­siaki lubią obierki z dodat­kiem wło­sów. Czy to im może zaszko­dzić? Tak? Nie? Nie wie­działa. Nikt na ten temat nic nie mówił.

To się okaże jutro. Albo poju­trze.

Zado­wo­lona z tego, jak udało się jej zama­sko­wać włosy, zawią­zała wstążkę naj­le­piej, jak potra­fiła, na luź­nym końcu obcię­tego war­ko­cza, który pró­bo­wała zapleść bez więk­szego powo­dze­nia. Nie umiała wią­zać kokar­dek, ale to nie­ważne: pod wie­czór i tak zwy­kle zosta­wał z nich tylko supeł i zwi­sa­jące po bokach koń­cówki. Roz­wią­zała kokardkę z dru­giego war­ko­cza prze­ko­nana, że w ten spo­sób matka niczego nie zauważy. Ale wolała się upew­nić: ponow­nie przy­su­nęła krze­sło i wspięła się na nie, by przej­rzeć się w ele­ganc­kim owal­nym lusterku w zło­tej ramie, które – wzo­rem nożyc – matka scho­wała wysoko, by Ilse nie mogła się w nim sama prze­glą­dać.

Czy po ścię­ciu wło­sów jej twarz się zmie­niła? Nie. Wciąż wyglą­dała tak samo jak w skrom­nym lustrze z pokoju rodzi­ców, w któ­rym prze­glą­dała się codzien­nie. Jasno­włosa dziew­czynka z dużymi oczami, ładna – to aku­rat wie­działa, bo rodzice powta­rzali jej to każ­dego dnia – choć jak zwy­kle nieco roz­czo­chrana, z ciemną plamką na policzku, która wzięła się nie wia­domo skąd, bo jesz­cze nawet nie wyszła się poba­wić do ogrodu. Wciąż była tą samą dziew­czynką, tak podobną do sio­stry i ojca.

Cho­ciaż nie: już nie były do sie­bie tak podobne, bo teraz Ilse bra­ko­wało spo­rego kawałka nie­zdar­nie zaple­cio­nego war­ko­cza. Nawet sztuczka ze wstąż­kami nie przy­nio­sła rezul­tatu. W oba­wie przed zde­ma­sko­wa­niem zaczęła popra­wiać wstążkę, spraw­dza­jąc, czy jeśli pocią­gnie ją nieco w dół, to uda się jej zaka­mu­flo­wać nie­równe włosy.

Ale to też nie przy­nio­sło rezul­tatu.

Unio­sła nieco bark, aby skró­cić odle­głość pomię­dzy ramie­niem a war­ko­czem, ale efekt się jej nie spodo­bał: wyglą­dała jak pokrzy­wiony i gar­baty syn skle­pi­ka­rza Lutza.

Póź­niej odwró­ciła się, by popa­trzyć na nożyce, które zosta­wiła na kuchen­nym stole. Leżały tam, błysz­czące, ostre, szpi­cza­ste, i rów­nie kuszące i dostępne jak poprzed­nio. A gdyby tak obcięła drugi war­kocz? Wie­działa już, że to nie jest trudne i ani tro­chę nie boli.

Ale w tym momen­cie coś odwró­ciło jej uwagę od kuszą­cych nożyc i obcię­tego war­ko­cza. Coś, co widziała chyba po raz pierw­szy w życiu: wpa­da­jący przez okno, jesz­cze bar­dziej nęcący niż nożyce, blask.

Pod­bie­gła, by mu się przyj­rzeć: świat na zewnątrz przy­bie­rał dotąd jej nie­znane, lśniące kolory, niczym powoli otwie­ra­jący się wachlarz, a sza­ro­ści, które defi­nio­wały całe jej dotych­cza­sowe życie, roz­pły­wały się.

To wszystko dzięki słońcu.

Dzięki słońcu, o któ­rego ist­nie­niu Ilse zdą­żyła już zapo­mnieć; nie­uchwyt­nemu słońcu, które – jak jej się zda­wało – ist­niało wyłącz­nie w jej wyobraźni. Ale ono naprawdę ist­niało i wyglą­dało zupeł­nie jak w baj­kach: błysz­czące, wabiące. Nie było tylko sła­bym i nie­śmia­łym punk­tem na nie­bie, każą­cym jej wąt­pić w prze­różne opo­wie­ści; uwa­żać je za coś na kształt legen­dar­nego Erdhenne, ducha, o któ­rym opo­wia­dały sobie dzieci, choć ni­gdy go nie widziały. W domach nie miesz­kają nie­wi­dzialne duchy. To jakieś wymy­sły. A doro­słym trzeba wie­rzyć na słowo.

Tak samo uwa­żała, że nie ist­nieje coś takiego jak zło­ci­ste i palące słońce. Ale teraz widziała na wła­sne oczy, że była w błę­dzie: że słońce jest praw­dziwe i widać je, bez chmur, bez fil­trów, bez żad­nych prze­szkód, i dzięki niemu kolory są takie, jakie być powinny, a nie wyłącz­nie znaną jej dotych­czas, smutną imi­ta­cją barw.

To nie tak, że w życiu Ilse ist­niała wyłącz­nie zima. To miała być jej czwarta wio­sna, jej czwarte lato. Ale ona pamię­tała wyraź­nie jedy­nie ostat­nie mie­siące: życie spo­wite mgłą, zimną skórę, wysu­sza­jące wszystko lodo­wate powie­trze i suchy bądź wil­gotny śnieg, który wdzie­rał się wszę­dzie, nie­pro­szony. I ciem­ność; przede wszyst­kim pamię­tała ciem­ność.

Sześć mie­sięcy w życiu dziew­czynki, która liczy sobie cztery lata i trzy mie­siące, może wyda­wać się wiecz­no­ścią, dla­tego Ilse myślała, że świat wyglą­dał tak zawsze; że to nor­malne, że dzień koń­czy się tak szybko i że cią­gle jest jej zimno, nawet w nocy, gdy leży pod grubą puchową koł­drą.

Nie pamię­tała, jak to jest wycho­dzić do ogrodu bez cięż­kiego płasz­cza – odzie­dzi­czo­nego po sio­strze – raj­tuz i czapki; nie pamię­tała, jak to jest nosić krótki rękaw i bie­gać z gołymi nogami. Nie pamię­tała też uczu­cia świe­żej trawy na bosych sto­pach, choć poprzed­niego lata doświad­czała go naprawdę czę­sto.

Patrząc przez okno, Ilse zapo­mniała o krót­kich czy dłu­gich war­ko­czach; zapo­mniała o lalce, która cze­kała na nową fry­zurę; zapo­mniała o nudzie i dłu­gim ocze­ki­wa­niu. Zapo­mniała też o nęcą­cych noży­cach, ponie­waż teraz to słońce przy­zy­wało ją z całych sił.

Przy­sta­wiła krze­sło do drzwi, wspięła się na nie i prze­krę­ciła wysoko umiesz­czony zamek. Potem pchnęła je i wyszła w stronę inten­syw­nego świa­tła, by oto­czyć się kolo­rami i poczuć cie­pło na skó­rze. I to wła­śnie te tak silne emo­cje, zupeł­nie nagle i nie­spo­dzie­wa­nie, wyryły w jej pamięci pierw­sze trwałe wspo­mnie­nie.

Rzecz jasna, w tam­tym momen­cie dziew­czynka nie pomy­ślała: „To będzie moje pierw­sze wspo­mnie­nie”. To tak nie działa, ale wiele lat póź­niej, gdy jej jedyny uko­chany ją o to spy­tał, ona odpo­wie­działa, że było nim słońce; cie­pło słońca na czole, pomimo zim­nego powie­trza. A wraz z tym wspo­mnie­niem zapa­mię­tała rów­nież kolory. I nie­od­partą chęć pusz­cze­nia się bie­giem w ślad za chmu­rami, które w końcu dało się od sie­bie odróż­nić i nie zle­wały się na nie­bie w masę gęstą jak kożuch.

W dniu tego pierw­szego wspo­mnie­nia, kiedy Ilse poznała kolory słońca, świat był już inny.

Niemcy upo­mnieli się o swoje za pomocą Blitz­kriegu, a histo­rycy mieli uznać w przy­szło­ści, że Rze­sza, odzy­sku­jąc ode­brane jej zie­mie, prze­mia­no­wane na kory­tarz pol­ski, zapo­cząt­ko­wała łań­cuch kolej­nych zda­rzeń.

Nową, drugą wojnę.

Może się mylili: może kości zostały już dawno rzu­cone, a pionki roz­sta­wione i gotowe do gry. Być może wszystko wykla­ro­wało się po zawar­ciu paktu mię­dzy Niem­cami a Wło­chami; albo paktu z Sowie­tami, na mocy któ­rego dwa kraje podzie­liły mię­dzy sie­bie tery­to­rium Pol­ski. Może wszystko zaczęło się wraz z nie­miecką inwa­zją w celu odzy­ska­nia Sude­tów albo z Anschlus­sem; albo wcze­śniej, wraz z powsta­niem Gestapo; albo jesz­cze wcze­śniej, gdy Hitler został mia­no­wany Führerem i dał dużą wła­dzę swoim „bru­nat­nym koszu­lom”; albo nawet wcze­śniej, gdy skró­cono mu karę wię­zie­nia, gdzie pozwo­lono mu napi­sać i wydać Mein Kampf; albo w obli­czu powszech­nego głodu i eks­tre­mal­nej powo­jen­nej biedy; albo po zawar­ciu trak­tatu wer­sal­skiego; albo przy oka­zji poprzed­niej wojny, która w oczach świata – bar­dzo krót­ko­wzrocz­nego i wielce naiw­nego – miała zakoń­czyć wszel­kie kon­flikty raz na zawsze.

Nawet sama Ilse miała się nad tym zasta­na­wiać w przy­szło­ści. Ale to miało nastą­pić wiele lat póź­niej. Tam­tego sło­necz­nego dnia, dnia pierw­szych wspo­mnień, takie roz­wa­ża­nia nie przy­szły jej nawet do głowy i nie miała poję­cia, jak bar­dzo ten łań­cuch zda­rzeń wpły­nie na nią i na całą ludz­kość.

Dla­tego póź­niej, gdy była już doro­słą kobietą, z cał­ko­witą szcze­ro­ścią odpo­wie­działa swo­jemu uko­cha­nemu, który był cie­kaw pierw­szego wspo­mnie­nia tej nie­miec­kiej dziew­czynki – tak samo jak on wcią­gnię­tej w bez­li­to­sne tryby naj­gor­szej wojny w histo­rii ludz­ko­ści – że tym pierw­szym wspo­mnie­niem było wła­śnie słońce. A potem dodała:

– I pamię­tam, że poszłam szu­kać Janu­sza.

Ilse była prze­ko­nana, że Janusz, tak samo jak zimowe ciem­no­ści, ist­niał od zawsze. Jak ona, jak wszystko, co znała. Nie pamię­tała, że jej drogi Janusz przy­był do nich, gdy słońce scho­wało się ostat­nim razem; że przy­był wraz z zim­nem i ciem­no­ścią po Blitz­kriegu, przy­wie­ziony nakryty grubą plan­deką, woj­skową cię­ża­rówką jako wię­zień, w towa­rzy­stwie Józefa, Rado­sza i Tade­usza.

4. Złote opowieści

–Nein, Ilse.

Nie było mu łatwo odmó­wić dziew­czynce, tym bar­dziej że przy­po­mi­nała mu o lep­szych cza­sach. Wie­dział jed­nak, że gdyby pozwo­lił jej się wyta­rzać w ziar­nach psze­nicy, to oboje mogliby się wpa­ko­wać w kło­poty.

Janusz nie mówił po nie­miecku, ale zaczy­nał go cał­kiem nie­źle rozu­mieć; może pew­nego dnia odważy się nawet ode­zwać w tym języku, ale jak na razie mil­czał, słu­chał. I to uważ­nie, cho­ciaż uda­wał, że jest pochło­nięty swo­imi zaję­ciami; cho­ciaż wyglą­dał na pro­stego nasto­latka, zain­te­re­so­wa­nego jedy­nie rysun­kami, jakie two­rzył i nisz­czył na zło­ci­stym płót­nie z zia­ren psze­nicy.

Nikt nie zwra­cał na to uwagi: wszak prze­no­sze­nie psze­nicy i mie­sza­nie zia­ren, tak aby się nie zepsuły, nale­żało do jego zadań. Ale pod­czas gdy inni Polacy robili to nie­chęt­nie i pod przy­mu­sem, wkła­da­jąc w to moż­li­wie jak naj­mniej wysiłku, byle tylko prze­nieść psze­nicę z jed­nego miej­sca na dru­gie, bez żad­nej mapy, sche­matu czy planu – bo było to bar­dzo nudne – Janusz robił to z miło­ścią. To dla­tego wyko­ny­wał tę pracę nie­mal w poje­dynkę: dbał o to, by przed podróżą do młyna każde poje­dyn­cze ziarnko psze­nicy otrzy­mało nale­żytą opiekę.

I robił to szybko, więc nie można mu było zarzu­cić leni­stwa.

Budził się z pomy­słem na opo­wieść, którą następ­nie malo­wał na zło­tych pacior­kach psze­nicy. A gdy tylko ją koń­czył, już trzeba było zacząć od nowa: nisz­czył swoje wiel­kie poranne dzieło sztuki i two­rzył kolejną, inną histo­rię, rów­nież zro­dzoną z jego wyobraźni lub z bajań, jakie matka opo­wia­dała mu aż do ostatka, póki star­czyło jej sił.

Praca ni­gdy się nie koń­czyła, ale jemu to nie prze­szka­dzało; to, co dla innych mogło być nudne i mono­tonne, prze­no­siło go do odle­głego domu, jedy­nego, jaki mu przy­szło poznać. I dla­tego tak bar­dzo go to cie­szyło.

A dziew­czynka chciała mu towa­rzy­szyć w pracy.

On, nie wypo­wia­da­jąc ani słowa, snuł ku jej ucie­sze opo­wie­ści z psze­nicy, zro­dzone w poło­żo­nej w głębi lasu – jego lasu – cha­cie, w któ­rej, gdyby nie one, mógł liczyć jedy­nie na ciszę, a wraz z nią na łzy, chłód i głód.

Ale te opo­wie­ści były lekiem na całe zło.

W tam­tej ustron­nej chatce, zamiesz­ka­nej przez matkę, syna i jego chorą młod­szą sio­strzyczkę, kar­miono się nie­mal wyłącz­nie opo­wie­ściami. Ale te skoń­czyły się wraz ze śmier­cią sio­strzyczki, kiedy matka wyru­szyła na wędrówkę, z któ­rej już nie wró­ciła. Dwu­na­sto­letni syn cze­kał i cze­kał. Ale z cza­sem do głosu doszła cisza, a wraz z nią poja­wił się głód, chłód, a także łzy, te suche i te mokre. Wiele łez.

Samot­ność zmu­siła go do poszu­ki­wa­nia towa­rzy­stwa po róż­nych wsiach, ale nikt nie potra­fił się poznać na jego opo­wie­ściach; ludzie nie wie­dzieli, że skrom­nego poży­wie­nia star­czy też dla niego; że jego histo­rie pod­no­szą na duchu i pozwa­lają zapo­mnieć o bie­żą­cych tro­skach; że dzięki nim można stać się księ­ciem zamie­nio­nym w żabę, z któ­rego szczo­dra księż­niczka zdej­muje urok; usły­szeć nie­sioną przez odle­głą i nie­wi­dzialną mor­ską bryzę smutną pieśń kró­lo­wej Bał­tyku, Juraty, na zawsze pogrze­ba­nej pod bursz­ty­no­wym pała­cem za to, że dała się ponieść zaka­za­nej miło­ści.

Chło­piec pró­bo­wał im to wyja­śnić, ale bra­ko­wało mu odpo­wied­nich słów.

Kilka mie­sięcy wcze­śniej, po czte­rech latach głodu, samot­no­ści i włó­częgi, przy­szli Ruscy. Czmych­nął więc byle dalej po nie­zna­nych dro­gach, ucie­ka­jąc tak długo, aż prze­stał sły­szeć ich szorst­kie i strasz­liwe głosy.

Nie czuł już stra­chu, ale głód czy samot­ność ow­szem. A one tylko przy­brały na sile. Gdzie­kol­wiek się zna­lazł, natra­fiał na znisz­czone i splą­dro­wane domy. Cza­sami widział wychy­la­jące się zza okien prze­ra­żone twa­rze. Nikt nie otwie­rał mu drzwi nawet po to, by się z nim przy­wi­tać, a co dopiero, by zaofe­ro­wać mu jakieś zaję­cie w zamian za chleb.

Żoł­nie­rze zła­pali go znie­nacka, gdy błą­kał się bez celu. Ale przy­naj­mniej nie byli to Ruscy.

Zdzi­wił ich brak oporu ze strony chło­paka, który z uwagi na swój wzrost z daleka wyglą­dał na doro­słego. Wpa­ko­wali go na cię­ża­rówkę, wypeł­nioną już innymi pasa­że­rami; wszy­scy byli męż­czy­znami, wszy­scy byli Pola­kami.

W środku pano­wała cisza, więc i Janusz powstrzy­mał się od roz­mowy: nie przy­wi­tał się ani nie zada­wał pytań. Nie obcho­dziło go, czy wywożą go na pół­noc, czy na połu­dnie, na wschód czy na zachód. To był led­wie kolejny odci­nek nie­zna­nej mu drogi, któ­rej jedy­nym celem było zna­leźć się jak naj­da­lej od ziem oku­po­wa­nych teraz przez Ruskich. Zresztą po co miałby się tym przej­mo­wać, skoro na jej końcu nikt na niego nie cze­kał? Skoro nikt nie wska­zał mu, dokąd ma iść?

A gdy zna­lazł się w tej cię­ża­rówce, to doszedł do wnio­sku, że ktoś wła­śnie wyzna­czył mu jakiś cel.

Janusz usiadł na nie­wiel­kiej ciem­nej prze­strzeni, jaką zor­ga­ni­zo­wali dla niego pozo­stali podróżni. Zamknął oczy i odpo­czął; odpo­czął od drogi; odpo­czął od ciszy, choć nikt niczego nie mówił ani nie wyda­wał żad­nego dźwięku; odpo­czął też od zimna, ogrzany cie­płem pach­ną­cych zie­mią ciał.

Zosta­wiali ich po dro­dze czwór­kami. Cię­ża­rówka zatrzy­my­wała się, wycho­dzili z niej żoł­nie­rze i na migi wybie­rali czte­rech męż­czyzn, któ­rych podróż koń­czyła się na danym przy­stanku. Cza­sem było to w dzień, a cza­sem w nocy, ale tylko tyle potra­fił okre­ślić dzięki świa­tłu – lub jego bra­kowi – wdzie­ra­ją­cemu się za każ­dym razem, gdy woj­skowi roz­wią­zy­wali plan­dekę.

Nie­któ­rzy zada­wali pyta­nia, gdy kazano im wysia­dać z pojazdu. To było sil­niej­sze od nich. Nie­pew­ność brała górę nad stra­chem. A może to nie­pew­ność wzma­gała strach.

– Gdzie jeste­śmy?

Ale żaden nie­miecki żoł­nierz nie odpo­wia­dał. Może był to prze­jaw aro­gan­cji, a może nie rozu­mieli tego pyta­nia. Gdzie jeste­śmy? Nie odpo­wia­dali, bo może nawet oni sami tego nie wie­dzieli.

Janusz nie miał poję­cia, czy to dobrze być takim wybrań­cem: nikt nie wyda­wał się prze­sad­nie zado­wo­lony z tego faktu, ale wszy­scy posłusz­nie wyko­ny­wali roz­kazy nie­po­zo­sta­wia­jące pola do wyboru czy wyja­śnień. Na któ­rymś z tych przy­stan­ków wysa­dzą także jego, ale on nie zapyta, gdzie jest. Wystar­czyło, że wie, gdzie go nie ma. A nie było go na ziemi, którą prze­mie­rzył wzdłuż i wszerz po śmierci matki. Nie było go na ziemi naje­cha­nej przez Sowie­tów, a każdy sce­na­riusz był od tego lep­szy, bo jeśli cze­goś Janusz bał się naprawdę, to wła­śnie Sowie­tów. Bo, jak powta­rzała mu matka, nie­mal odkąd nauczył się cho­dzić po ścież­kach wyty­czo­nych przez miesz­kań­ców Pusz­czy Bia­ło­wie­skiej: „Synu, gdy tylko zoba­czysz ruskiego wilka, ucie­kaj”.

I tak wła­śnie robił. A potem odna­la­zły go i poj­mały głosy w cia­łach Niem­ców. Matka ni­gdy nie prze­strze­gała go przed nie­miec­kim okru­cień­stwem, dla­tego doszedł do wnio­sku, że lepiej być z nimi niż z tymi, któ­rzy od zawsze byli boha­te­rami strasz­nych opo­wie­ści, jakie matka szep­tała mu w sekre­cie do ucha, by nie prze­stra­szyć jego sio­stry.

Podróż w nie­znane pod grubą plan­deką zakoń­czyła się po trzech dniach. W cię­ża­rówce zostali jedy­nie ostatni przy­mu­sowi pasa­że­ro­wie: Janusz, Tade­usz, Józef i Radosz.

Choć wtedy jesz­cze, po trzech dniach podróży, nie znali swo­ich imion, histo­rii ani aneg­dot, a nawet nie sły­szeli swo­ich gło­sów.

Janusz naśla­do­wał swo­ich towa­rzy­szy podróży, mil­cząc, patrząc z ukosa, zacho­wu­jąc spo­kój. Nie narze­kał nawet wtedy, gdy twarde drewno zda­wało się wbi­jać drza­zgi w jego sie­dze­nie albo gdy nogi mu cier­pły i paliły z bez­ru­chu. Ani razu nie popro­sił o jedze­nie czy picie, choć głód i pra­gnie­nie tra­wiły go od środka; to aku­rat zno­sił naj­le­piej, bo dłu­go­let­nia nędza spra­wiła, że zdą­żył się już do nich przy­zwy­czaić.

Podob­nie jak reszta, przy­sy­piał mimo woli, pił zie­mi­stą desz­czówkę o posmaku plan­deki i opróż­niał pęcherz, gdy było to abso­lut­nie konieczne, bo w prze­ciw­nym wypadku eks­plo­do­wałby od środka. Robił to ostroż­nie i dys­kret­nie: sta­rał się skie­ro­wać stru­mień w stronę otworu pomię­dzy deskami w pod­ło­dze. Nie zawsze mu się to uda­wało, szcze­gól­nie gdy aku­rat szar­pało pojaz­dem, ale nikt, nawet naj­od­waż­niej­szy, nie mógł mu tego wypo­mnieć: ow­szem, zda­rzało mu się ochla­pać innych, ale sam też miał na sobie cudzy mocz.

I tym wła­śnie czuć było Janu­sza i jego towa­rzy­szy, kiedy tam­tej nocy zeszli z cię­ża­rówki na zie­mię, gdzie nie­chęt­nie przy­wi­tał ich Herr Hahl­brock, w towa­rzy­stwie innego żoł­nie­rza, mówią­cego po pol­sku z sil­nym i rwa­nym akcen­tem: są teraz w Rze­szy, a Pol­ska nie ist­nieje. Są jeń­cami wojen­nymi, ale mają szczę­ście: będą pra­co­wać na roli.

Drugą opcją jest śmierć.

Potem zapro­wa­dzono ich do baraku. Nie był zbyt duży, ale ogrze­wał go komi­nek, do któ­rego mieli dostać wystar­cza­jąco dużo drewna na noc. Każdy wię­zień miał otrzy­mać wła­sną pry­czę z prze­ście­ra­dłem i pościelą. Na każ­dej z nich leżał strój robo­czy i płaszcz, a także ręka­wiczki i weł­niana czapka.

Na okrą­głym stole, wokół któ­rego stały cztery krze­sła, leżał chleb.

Chleb.

Powie­dzieli im, że za dobrą robotę będą co mie­siąc otrzy­my­wać nieco gro­sza, by mogli kupić sobie we wsi tro­chę sera czy kieł­basy, ale jeśli będą się wywią­zy­wać ze swo­ich obo­wiąz­ków, to codzien­nie mogą liczyć na chleb.

Następ­nie wyja­śniono im zasady pracy, zacho­wa­nia i dys­cy­pliny, ale Janusz nie mógł się sku­pić na niczym innym: patrzył tylko na boche­nek. A zapach zim­nego chleba przy­krył wszyst­kie inne, nawet fetor moczu, i dole­ciał do jego nosa, tak że o mały włos nie jęk­nął; ale zdo­łał się powstrzy­mać, ponie­waż ten jęk rychło zamie­niłby się w szloch, gdyż od dawna nie miał niczego w ustach.

Być może wła­śnie w tam­tej chwili, kiedy stał oszo­ło­miony, ze wzro­kiem wbi­tym w jeden punkt, zahip­no­ty­zo­wany myślą o uła­ma­niu bochna i wpa­ko­wa­niu go do ust, zda­jący się nie rozu­mieć instruk­cji wyda­wa­nych okropną i poka­le­czoną pol­sz­czy­zną, wszy­scy pomy­śleli, że Janusz jest zwy­kłym głą­bem. A może dopiero pomy­śleli tak następ­nego dnia, kiedy po kilku godzi­nach snu – naj­cie­plej­szych i naj­przy­jem­niej­szych od lat – zapeł­nił żołą­dek przy­pa­da­jącą mu por­cją chleba, po czym odziany w uży­wane, za sze­ro­kie i za krót­kie ubra­nia – naj­lep­sze, jakie miał na sobie, odkąd opu­ścił chatę matki – wyszedł na mróz do pracy jako wię­zień na nie­swo­jej ziemi, i to dla rol­nika, który wcale go tu nie chciał, choć był mu potrzebny, i to z uśmie­chem od ucha do ucha.

Tak: być może to wszystko spra­wiło, że jego pol­scy kom­pani uznali, że ten młody olbrzym o twa­rzy dziecka zwany Janu­szem jest stuk­nięty, i prze­ra­zili się, że będą musieli we trzech wyko­ny­wać pracę dla czworga, ponie­waż nie potra­fili sobie wytłu­ma­czyć, jak ktoś może się uśmie­chać w podob­nych oko­licz­no­ściach: gdy ich ojczy­zna została naje­chana, rodziny roz­bite, nie­któ­rzy przy­ja­ciele umarli, a oni stali się nie­wol­ni­kami.

Trzeba było być nie­spełna rozumu. Albo idiotą.

A Janusz tego pierw­szego dnia nie­miec­kiej nie­woli wyszedł na ziąb z uśmie­chem na ustach. Tego dnia uśmie­chał się, mimo że bolał go brzuch. Jed­nak ten ból był spo­wo­do­wany nie­co­dzien­nym cię­ża­rem poży­wie­nia, a to było o wiele lep­sze od cier­pie­nia z głodu. I nie dbał o to, czy te zie­mie naprawdę nale­żały się Pol­sce z uwagi na spra­wie­dli­wość dzie­jową czy spu­ści­znę przod­ków, jak pró­bo­wali mu wmó­wić jego kra­ja­nie, by znie­na­wi­dził swo­ich pory­wa­czy: czuł się bez­piecz­nie z dala od Sowie­tów; poza tym od śmierci matki nikt tyle mu nie dał ani nie ochro­nił przed zim­nem.

Rozu­miał ich: byli z dala od swo­ich bli­skich, mar­twili się o nich, bro­nili swo­ich wsi przed Niem­cami; przy­mu­szono ich siłą. Janusz za to już dawno temu porzu­cił wszystko, na czym mu zale­żało: starą chatę pośrodku lasu, grób sio­stry i ducha matki, któ­rego na szczę­ście – lub nieszczę­ście – ni­gdy nie miał oka­zji zoba­czyć.

Odpo­wia­dał wyłącz­nie za sie­bie i za to, co pie­lę­gnuje w środku: opo­wie­ści swo­jej matki. Opo­wie­ści, które odtwa­rzał za pomocą swo­ich malun­ków w psze­nicy.

Naj­pierw two­rzył je dla sie­bie, ale póź­niej ryso­wał je bar­dziej szcze­gó­łowo i sta­ran­nie dla dziew­czynki, tak bar­dzo podob­nej do jego zmar­łej sio­stry, jeśli nie wyglą­dem – bo jego sio­stra, tak jak on, odzie­dzi­czyła po matce czarne włosy i nie­bie­skie oczy – wzro­stem czy posturą – bo jego matka zawsze powta­rzała swoim dzie­ciom, że pew­nie zawdzię­czają swój wyjąt­kowy wzrost jakie­muś olbrzy­mowi – to na pewno z uwagi na błysk w oczach.

Dziew­czynka codzien­nie wra­cała po nowe opo­wie­ści z psze­nicy, a on darzył ją coraz głęb­szym uczu­ciem, nawet jeśli radość na jej widok była czymś nie­sto­sow­nym, nawet jeśli pobra­tymcy patrzyli na niego z dez­apro­batą; nawet jeśli każ­dego popo­łu­dnia zja­wiała się tam prze­ra­żona Frau Hahl­brock, szu­ka­jąca swo­jej córeczki o wiel­kich i przy­ja­znych oczach w kolo­rze kawy.

5. Legendarna Wanda

Ilse była na dole i bawiła się lalką. Wanda zasu­ge­ro­wała córce, że przy­da­łaby się jej nowa fry­zura. Mean­dry ple­ce­nia war­ko­czy zajmą ją na dłuż­szą chwilę. Ponadto prze­cież zamknęła drzwi na zamek. Ilse ich nie otwo­rzy.

Wanda lubiła słu­chać radia, kiedy nie pusz­czano wia­do­mo­ści. Gdy nada­wano muzykę, regu­lo­wała cicho odbior­nik, by dotrzy­my­wał jej towa­rzy­stwa, nada­wał rytm szy­ciu albo poma­gał prze­dłu­żyć drzemkę małego Freddy’ego, który poza obję­ciami matki miał pro­blemy ze snem. Aby zapo­mnieć o tym, o czym wolała zapo­mnieć. Aby nie myśleć o tych, któ­rzy krą­żyli wokół jej domu.

Mieli szczę­ście: Har­twig był zarządcą majątku, za co otrzy­my­wał wyna­gro­dze­nie oraz prawo do zamiesz­ka­nia w domu, który zbu­do­wali z myślą o potrze­bach swo­jej nie­wiel­kiej rodziny, kiedy ona nie zgo­dziła się zająć przy­na­leż­nego im zamku.

– Jest w naszej rodzi­nie od sied­miu­set lat – powie­dział jej von Wit­zle­ben, wła­ści­ciel wszyst­kich oko­licz­nych ziem, myśląc, że to schlebi mło­dej mał­żonce zarządcy i sprawi, że ta zmieni zda­nie.

Ale Wanda, która była kobietą prak­tyczną, szybko obli­czyła, ile zaję­łoby jej codzienne sprzą­ta­nie tego miej­sca, i doszła do wnio­sku, że nie jest godna takich zaszczy­tów. I tego nie żało­wała: nie chciała żyć w wiecz­nym stra­chu, że dziew­czynki – Ilse – coś stłuką albo zgu­bią się w pod­ziem­nych lochach.

W ten spo­sób nie­wielki zamek został opusz­czony i był do dys­po­zy­cji wła­ści­ciela w trak­cie jego nie­licz­nych wizyt, a Hahl­broc­ko­wie zado­wo­lili się nowym acz prak­tycz­nym domem, w któ­rym nie było zbęd­nych luk­su­sów, ponie­waż ni­gdy ich nie mieli ani nie potrze­bo­wali.

Wanda przy­szła na świat w Pru­sach Zachod­nich, a rodzice nauczyli ją czuć dumę ze swo­ich pra­daw­nych korzeni. Gdy była dziec­kiem, mówili jej: „Jesteś Niemką, ale nade wszystko Pru­saczką”. Z tego powodu nadali jej imię Wanda, po legen­dar­nej kró­lo­wej, która w VIII wieku oddała za te zie­mie życie.

– Stolz sein, Wando, nosisz imię wojow­niczki – mówił jej ojciec. – Bądź dumna z two­jego walecz­nego imie­nia; z two­jego walecz­nego serca, goto­wego bro­nić twych ziem.

I przez pierw­sze lata swo­jego życia w to wie­rzyła. Mówiła sobie: jestem Pru­saczką, jak tamta Wanda. Ale póź­niej ktoś opo­wie­dział jej praw­dziwą czy też jedną z wielu wer­sji tej legendy, w któ­rych jedyne, co je łączyło, to infor­ma­cja, jakoby pol­ska księż­niczka Wanda wolała zgi­nąć, niż oddać sie­bie i pol­skie zie­mie wro­giemu ple­mie­niu Ale­ma­nów.

A ona była tylko Wandą, Ale­manką żyjącą w dwu­dzie­stym wieku. Niemcy i Polacy spie­rali się o te zie­mie od przy­naj­mniej tysiąca dwu­stu lat, a ci pierwsi osta­tecz­nie wygrali tę walkę nie­mal dwa stu­le­cia wcze­śniej.

Ale po prze­gra­nej Wiel­kiej Woj­nie, w 1918 roku, Niemcy musieli oddać tery­to­rium pod stwo­rze­nie kory­ta­rza pol­skiego, przez co Prusy Zachod­nie prze­stały ist­nieć, a Prusy Wschod­nie zostały oddzie­lone od tery­to­rium nie­miec­kiego i okrą­żone wro­gami. Niczym wyspa poło­żona na burz­li­wych wodach.

W obli­czu takiego upo­ko­rze­nia jej ojciec, który prze­żył okro­pień­stwa oko­pów, nie chciał, by jego rodzina zamiesz­ki­wała pod pol­skimi rzą­dami ani jed­nego dnia dłu­żej, w związku z czym zarzą­dził odwrót; porzu­cili pola, więzi i przy­jaź­nie, i udali się w stronę Nie­miec. I tak jej ojciec porzu­cił swoją zie­mię, swoje korze­nie i swoją dumę. Wyru­szył ku swo­jemu nowemu prze­zna­cze­niu, choć krę­po­wały go korze­nie. Szedł naprzód, ale co chwila oglą­dał się za sie­bie z moc­nym posta­no­wie­niem, że kie­dyś wróci, być może tak samo, jak nie­gdyś Ale­ma­no­wie, poko­nani przez tamtą Wandę.

Kolejne, gorz­kie lata były nazna­czone tęsk­notą i gło­dem, ale to skoń­czyło się wraz z pierw­szym listem miło­snym od obec­nego męża. I to nie tak, że zupeł­nie znik­nęły; po pro­stu u boku Har­twiga zda­wały się nie ist­nieć.

Wanda ucie­szyła się, gdy tuż po ślu­bie zapro­po­no­wano jej mężowi posadę zarządcy wiel­kiego gospo­dar­stwa w odle­głym zakątku Prus Wschod­nich, bo to ozna­czało powrót, i że będzie mogła powie­dzieć swoim przy­szłym dzie­ciom: „Uro­dzi­łeś się w Pru­sach, tak jak ja”. Ale naj­bar­dziej rado­wało ją, że ta oferta ozna­czała – oprócz jak naj­bar­dziej zasłu­żo­nego uzna­nia dla zdol­no­ści Har­twiga – sta­bil­ność finan­sową w cza­sach, gdy pracę miało tak nie­wielu, a jesz­cze mniej miało co wło­żyć do garnka.

Wanda nie potra­fiła zapo­mnieć o cza­sach nie­do­statku po ostat­niej woj­nie, nawet kiedy sytu­acja naj­wy­raź­niej się zmie­niła – czuć to było nie tylko w gospo­darce, ale też w panu­ją­cych w kraju nastro­jach – a współ­cze­śni Ale­ma­no­wie powró­cili, by na nowo połą­czyć te zie­mie i przy­łą­czyć całe dawne Prusy.

Prusy Zachod­nie jej ojca powró­ciły, a on mógł być tego świad­kiem, kiedy już – stary i zmę­czony tęsk­notą – nie­mal stra­cił wszelką nadzieję. Miał jesz­cze na tyle sił, by upo­mnieć się o nie­wiel­kie gospo­dar­stwo, które wiele lat wcze­śniej musiał opu­ścić. A pol­ski oku­pant, który je zajął, musiał prze­ka­zać z powro­tem w ręce daw­nego pru­skiego wła­ści­ciela.

Szczę­śliwy z odzy­ska­nia swo­jej wła­sno­ści, ojciec zmarł w tym samym łóżku, w któ­rym spło­dził nie­mal wszyst­kie swoje dzieci – tak jak pew­nie Polak spło­dził tam swoje – po dwóch mie­sią­cach od prze­pro­wadzki. Teraz to matka trzy­mała pie­czę nad gospo­dar­stwem, mając za główne źró­dło dochodu hodowlę kró­li­ków i poletko kuku­ry­dzy, którą sprze­da­wała wyłącz­nie rzą­dowi, choć i tak wcze­śniej musiała prze­ka­zać mu część zbio­rów za darmo. Dzięki pro­ce­sowi, zapo­cząt­ko­wa­nemu przez kanc­le­rza Hitlera jesz­cze przed wojną, zarówno w wiel­kich mająt­kach – takich jak ten, któ­rym zarzą­dzali – jak i w mniej­szych gospo­dar­stwach – jak to, które zaj­mo­wała jej matka – niczego nie bra­ko­wało. To prawda: Niemcy jesz­cze ni­gdy nie cho­dzili z tak peł­nymi żołąd­kami, a już szcze­gól­nie samo­dzielni rol­nicy, któ­rzy nie musieli się oglą­dać na narzu­cony przez rząd plan pre­wen­cyj­nego racjo­no­wa­nia żyw­no­ści.

Wanda, jako kobieta prze­zorna, na wszelki wypa­dek trzy­mała brzę­czące monety oraz bez­sze­lestne bank­noty i kupony w bla­sza­nej puszce, scho­wa­nej na dnie skrzyni. Nie zamie­rzała wyda­wać pie­nię­dzy na rze­czy, które mogła zro­bić wła­sno­ręcz­nie i za pomocą dostęp­nych w gospo­dar­stwie środ­ków. Przy­szłość ryso­wała się w jasnych bar­wach, ale wciąż pamię­tała o bie­dzie, jakiej doświad­czyła w dzie­ciń­stwie. Posta­no­wiła, że jej dzieci ni­gdy nie zaznają głodu.

To nie tak, że wszystko szło jak po maśle: Freddy uro­dził się z pro­ble­mami i zaj­mo­wał więk­szą część jej uwagi, a Ilse, spo­kojna i posłuszna jak Irm­gard, nie była zbyt­nio roz­mowna. I choć tak bar­dzo przy­po­mi­nała swoją star­szą sio­strę – obie miały oczy w kolo­rze kawy i deli­katne rysy ojca – to była skryta, ni­gdy nie pła­kała ani się nie skar­żyła, i poru­szała się bar­dzo szybko, jak za dotknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdżki. Wystar­czyło, że matka zosta­wiała ją na chwilę samą, a dziew­czynka zni­kała w mgnie­niu oka.

Wanda nie wie­działa, skąd u niej taka ruchli­wość. I taka cisza.

Ale moc tej ciszy biła z jej spoj­rze­nia i prze­ja­wiała się w nie­za­po­wie­dzia­nych i nagłych wybry­kach. Gdy była mniej­sza, nie nale­żało się przej­mo­wać: od czasu do czasu zapusz­czała się pod zamknięty na cztery spu­sty zamek, do któ­rego i tak nie mogła wejść; cza­sami zaś ryso­wała gor­li­wie w bło­cie, chla­piąc na wszyst­kie strony. Szu­ka­jąc jej, Wanda wie­działa, że przy­ła­pie ją na jakiejś pso­cie, ale że tak czy ina­czej ją znaj­dzie. Choć oczy­wi­ście zło­ściła się, kiedy Ilse bawiła się w błocku, bo córka naj­wy­raź­niej myślała, że ubra­nia piorą się same.

– Popatrz tylko na swoje buty, Ilse. Prze­cież mówi­łam ci, żebyś o nie dbała. One nie rosną na drze­wach. Poza tym wyglą­dasz jak mała świnka.

A wtedy Har­twig mówił jej: „Zostaw ją w spo­koju, nie besz­taj jej tak”. Wszystko, co robiła Ilse, zda­wało mu się śmieszne lub uro­cze.

Ale ostat­nio sytu­acja się zmie­niła i samotne wycieczki do ogrodu nie były już tak pro­ste ani tak bez­pieczne. A nie­po­koju matki nie dało się opa­no­wać jedy­nie sło­wami.

– Nie możesz mi już mówić, żebym się nie mar­twiła, Har­twig.

Zwy­cię­skie Niemcy naje­chały na Pol­skę, a Prusy się odro­dziły. Tak mówił Führer, tak mówili w wia­do­mo­ściach i tak twier­dził jej wła­sny mąż. Ale jeśli tak było naprawdę, to dla­czego Wanda czuła, że to wła­śnie ją naje­chano?