Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 94
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Perunowy kwiat
Perunowy kwiat
Copyright © Andrzej Konefał
Copyright © Wydawnictwo Postępu
ISBN: 978-83-974989-9-0
All right reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dla mojej wspaniałej córeczki Hani, która jest dla mnie największą magią.
Kocham cię.
Mała Hania spoglądała na przesuwający się za oknem krajobraz i nie mogła uwierzyć, że świat jest taki piękny. Gdy auto zakołysało się na nierównej drodze, dziewczynka spojrzała w stronę siostry – Zosi. Nastolatka siedziała obok, naburmuszona, ze słuchawkami w uszach i przeglądała młodzieżowy magazyn. Haneczka nie rozumiała, dlaczego jej siostra nie zachwyca się pięknem lasu, przez który przyjeżdżali.
Gdy usłyszała śmiech, popatrzyła w kierunku rodziców. Tata Andrzej i mama Kasia rozmawiali o czymś zabawnym, wybuchając raz za razem głośnym śmiechem.
– Mamusiu, daleko jeszcze? – zapytała słodko Hania.
Jej mama była brunetką o długich, sięgających do ramion włosach. Miała śliczne, błękitne oczy oraz uśmiech, który nigdy nie schodził jej z twarzy. Kobieta przerwała rozmowę z mężem, odwróciła się do córki i puściła do niej oko.
– Już niedaleko, skarbie.
– Nie mogę się doczekać. – Dziewczynka wyszczerzyła mleczaki.
– Niedługo powinniśmy być na miejscu – odparł tata.
Dziewczynka uśmiechnęła się delikatnie i odwróciła głowę w stronę okna. Jej wzrok przyciągnął zapierający dech w piersiach widok. Jezioro otulone koronami wiekowych, majestatycznych drzew. Tafla wody była spokojna jak lustro, a promienie słońca odbijały się od niej niczym tysiące drobniutkich klejnotów, iskrzących się jak gwiazdy. Haneczka, która miała już prawie siedem lat, chłonęła ten obraz z zachwytem. Była niezwykle bystra i ciekawa świata – dostrzegała to, co innym mogło umknąć, zapamiętywała każdy szczegół: od trzepotu liści na wietrze, po cienie tańczące po wodzie, a nawet śpiew ukrytego w gąszczu ptaka.
Haneczka uwielbiała historie o smokach i wróżkach, które zamieszkują tajemnicze lasy. Dlatego, gdy dzień wcześniej dowiedziała się od rodziców o wspólnej wycieczce, natychmiast zapytała, czy spotkają małe elfy i skrzaty, mieszkające pod muchomorami. Tata z uśmiechem odparł, że to całkiem możliwe. Podekscytowana Hania pobiegła do swojego pokoju, przygotować ekwipunek niezbędny do magicznej wyprawy. Marzyła, by zobaczyć prawdziwego elfa z błyszczącymi skrzydełkami. A ponieważ uważała się za prawdziwą znawczynię tych istot, miała już nawet gotową listę pytań do niego. Nie zapomniała też poprosić mamy o spakowanie torebki pełnej truskawek – przecież elfy przepadały za tymi owocami.
Gdy malownicze jezioro zostało za nimi, samochód wjechał na leśną ścieżkę. Po kilku minutach jazdy zatrzymał się obok innego auta, przy którym czekali ciocia Basia oraz wujek Darek. Hania cierpliwie poczekała, aż tatuś odepnie jej pasy, po czym wyskoczyła z samochodu i natychmiast pobiegła w stronę swoich kuzynów – o dwa lata starszej Majki i swojego rówieśnika Alana.
– Co tak długo? – zapytała ciocia, tupiąc nogą.
– Pojechaliśmy inną, dłuższą trasą – odparł, nieco skrępowany, Andrzej.
– A mówiłeś tatusiu, że nawigacja zrobiła sobie z nas żarty… – powiedziała Hania, siadając obok kuzynów.
– W sumie… – Mężczyzna spojrzał zawstydzony na dorosłych. – Trochę się pogubiliśmy.
– Bo nawigację trzeba od czasu do czasu aktualizować – dodała ciotka zabawnym tonem.
Wszyscy roześmiali się szczerze, bo doskonale wiedzieli, że tata Hani to niezła fajtłapa. Rzadko kiedy wszystko szło po jego myśli, niezależnie od planu.
Z auta wysiadła też piętnastoletnia Zosia. Wyjęła słuchawki z uszu i rozejrzała się dookoła z kwaśną miną. Nie chciała tu przyjeżdżać. Była zła, że została postawiona przed faktem dokonanym. A gdy na jej ramieniu usiadła drobna muszka, strzepnęła ją z niesmakiem, po czym poprawiła swoje długie, opadające do połowy pleców, czarne włosy. Dziewczyna była uderzająco podobna do taty – nie tylko z wyglądu, ale też ze sposobu bycia. Robili identyczne miny, a niektóre ich gesty zdawały się lustrzanym odbiciem. Czasami przychodziło Hani do głowy, że jej siostra mogłaby być robotem, stworzonym na obraz i podobieństwo ojca.
– Przecież to jakiś koszmar! Pełno tu robaków, a o zasięgu nie mam co marzyć. Chcę do domu!
– Kochanie, przyjechaliśmy tu odpocząć, więc wyłącz telefon i mi pomóż – zawołała mama, wyjmując z bagażnika kosz z jedzeniem.
– Ani zasięgu, ani żadnego życia. A mogłam siedzieć u Marysi! Nienawidzę tego lasu!
– Zosiu… – odparł pobłażliwie tata.
– No co? Głupia wycieczka, głupie robale i głupi komar… Sio stąd! – fuknęła dziewczyna, machając rękoma.
Hania, Maja i Alan ruszyli w stronę niewielkiej, drewnianej wiaty, stojącej nieopodal. Służyła turystom jako miejsce odpoczynku i posiłku przed dalszą drogą. Usiedli obok siebie na solidnej, drewnianej ławce i zaczęli szeptem dzielić się wrażeniami z podróży. Opowiadali o wszystkim, co przykuło ich uwagę po drodze. Śmiali się cicho, rozbawieni i pełni zachwytu nad tym, co ich otaczało – przyroda, wspólna przygoda i magiczna atmosfera sprawiały, że czuli się naprawdę szczęśliwi.
– Dziś w nocy będziemy mieć dla was misję, dzieciaki. – Tata Majki i Alana podszedł do nich i usiadł.
– Jaką misję? – zapytał Alan, zainteresowany tak, że odłożył nawet długiego, owocowego żelka, którego jadł ze smakiem.
Dzieciaki patrzyły, jak zaczarowane, w stronę Darka. Ten wysoki, szczupły mężczyzna z bujną, ciemną brodą miał na sobie luźne, kolorowe bermudy i przewiewną koszulę z krótkim rękawem, a na głowie sportową czapkę z daszkiem, spod której wystawały nieco potargane kosmyki włosów. Jego swobodny strój idealnie pasował do letniego klimatu wycieczki i beztroskiej atmosfery spotkania. Darek uśmiechnął się ciepło, po czym położył na stole opasłą książkę i otworzył ją na stronie z ilustracją niezwykle pięknego kwiatu. Wszyscy spojrzeli na nią, a potem na dorosłego, który najwidoczniej zainteresował ich tajemnicą. Po chwili podeszli do nich pozostali dorośli. Dariusz wskazał palcem zdjęcie przedstawiające przepiękny kwiat wśród bujnej paproci.
– Według starej legendy, raz do roku można znaleźć czarodziejski kwiat, o którym opowiadali ludzie, błądzący po tych lasach.
– Naprawdę czarodziejski, mamusiu? – zapytała Hanna, spoglądając to na zdjęcie, to na mamę.
– Oczywiście – odparła Kasia. – Pojawia się tylko raz w roku, w Noc Świętojańską, ale zdobycie tej rośliny nie jest łatwe. Strzegą jej widzialne i niewidzialne straszydła, które czynią straszliwy łoskot, gdy tylko ktoś próbuje się do niej zbliżyć
– Straszydła? Tu są straszydła? – zapytała przestraszona Majka.
– Tak. I zjedzą cię w całości. – Do wszystkich podeszła naburmuszona Zosia. – Poza tym, taki kwiat nie istnieje. Ludzie wymyślili go, żeby uganiać się za świetlikami. To dziecinada i bujda dla malutkich dzieci.
– Za czym? – zapytał Alan.
– Świetliki to takie małe robaczki, które świecą w nocy, synku – wyjaśniła mama Basia.
– Kiedy byłem w waszym wieku, rodzice opowiadali mi o perunowym kwiecie. Dostałem wtedy latarenkę i razem z rodzeństwem zapuszczaliśmy się w las, szukając kwiatu paproci. To taka tradycja w mojej rodzinie – dokończył tata Mai i Alana.
– Tatusiu, a jak byłeś mały to spotkałeś jakiegoś stwora? – zapytała Haneczka.
– Jasne, że nie. – Andrzej poprawił okulary na nosie i usiadł obok córeczki. – To tylko takie gadanie, żeby was zniechęcić. Dziś, z taką świetną ekipą jak wy, znajdziemy ten kwiat raz- dwa.
Gdy bagaże zostały zabrane z samochodów, dorośli zabrali się energicznie do pracy. Sprawnie rozstawili namioty, rozłożyli karimaty, śpiwory, a na końcu wyznaczyli miejsce na ognisko, otaczając je kamieniami i przygotowując drewno. W ciągu niespełna trzech godzin całe obozowisko było gotowe na nocowanie pod gołym niebem.
W powietrzu unosił się zapach lasu i świeżego drewna, a słońce zaczynało powoli chylić się ku zachodowi. W tym czasie dzieci z nieskrywaną ekscytacją biegały w kółko, zaglądały w krzaki, śmiejąc się i nawołując wzajemnie. Nie mogły się już doczekać nadchodzącego wieczoru, bo miał on być początkiem ich wielkiej, magicznej wyprawy.
Zapadł zmierzch, a ognisko rozświetliło ciemność nocy. Dorośli rozdali latarnie najmłodszym i podzielili się, wraz z dziećmi, na dwie grupy. Hania ze swoim tatusiem udali się wąską ścieżką wśród świerków, a Dariusz z Majką i Alanem poszli w stronę szumiącego potoku, który wił się serpentynami wśród bujnych paproci. Za to mamy zostały w obozowisku i zajęły się przygotowaniem kolacji. Zosia natomiast cały czas siedziała w namiocie, starając się odnaleźć komara, który latał wokół i bardzo ją denerwował.
– Pomożesz mi i cioci? – Kasia zajrzała do namiotu córki.
– Nie – odparła szybko nastolatka. – Pójdę do taty i Hanki. Może znajdę zasięg w komórce, bo tu nie mam żadnej kreski. Totalny koszmar.
Wychodząc z namiotu, spryskała skórę chłodnym płynem odstraszającym komary, którego zapach zlewał się z aromatem żywicy i wilgotnej ściółki. Ruszyła wąską, leśną ścieżką tropem siostry i ojca, którzy zniknęli już między drzewami.
Noc była gęsta i cicha. Niemal aksamitna. Ciemność oplatała wszystko jak delikatna zasłona. Zosia szybko zorientowała się, że w pośpiechu zapomniała zabrać latarni. Przystanęła, a gdy spojrzała za siebie, pośród drzew dostrzegła ciepły blask – ognisko, pulsujące niczym serce obozowiska. Przez moment wahała się, bo nie miała ochoty pomagać przy kolacji. Jednak widok rozczarowania, malującego się na twarzy mamy, wywołał wyrzuty sumienia. Dziewczyna przełknęła ślinę i chwilę wpatrywała się w ciemność.
Las wokół tętnił życiem. Liście drżały lekko w podmuchach wiatru, a gałęzie szeptały sobie sekrety, których człowiek nie był w stanie zrozumieć. Z oddali dochodził jednostajny, hipnotyzujący dźwięk świerszczy, przerywany od czasu do czasu pohukiwaniem sowy.
W pewnym momencie Zosia dostrzegła kątem oka coś niezwykłego – małe światełko, migające delikatnie między pniami niczym zawieszona w powietrzu iskierka. Zaciekawiona nastolatka zeszła ze ścieżki i ruszyła w stronę źródła światła. Idąc, czuła pod stopami miękką ściółkę i słyszała cichy trzask gałązek. Kiedy zbliżyła się do celu, stanęła jak wryta. To, co zobaczyła, zupełnie ją zaskoczyło.
– Głupi świetlik – fuknęła na owada.
Przez chwilę zawahała się, mając ochotę wrócić do obozowiska. I właśnie wtedy dostrzegła dwa ciepłe ogniki, przesuwające się obok siebie między drzewami – latarnie taty i Hani. W tej samej chwili dobiegły ją ich wesołe, roześmiane i beztroskie głosy. Stanęła w cieniu drzew, nie dając o sobie znać i zaczęła podsłuchiwać. Rozmawiali o czymś zabawnym, o czymś co wydarzyło się po drodze. Śmiali się przy tym tak szczerze, jakby cały świat składał się tylko z tej chwili.
Zosia poczuła, że coś ściska ją w środku. Naprawdę bardzo kochała swoich rodziców i młodszą siostrzyczkę. Często jednak czuła, że jest gdzieś z boku i nie do końca pasuje do tej radosnej układanki. Miała wrażenie, że nikt jej nie rozumie. Próbowała tłumaczyć swoje myśli, przekonywać do swoich racji, ale zawsze kończyło się to frustracją – zupełnie jakby mówiła w obcym języku. Czasami nie poznawała samej siebie: potrafiła nagle zamknąć się w sobie albo wybuchnąć gniewem, choć wcale nie chciała. Usilnie starała się być grzeczna, układała sobie w głowie, jak powinna się zachować, co powiedzieć… Ale często przychodził moment, kiedy emocje brały górę. Zamiast spokojnych słów, wyrywały się z niej oskarżenia, a zamiast bliskości – milczenie i złość. Potem pojawiał się żal. Wiedziała, że czasem raniła swoim zachowaniem tych, na których najbardziej jej zależało, ale nie umiała tego powstrzymać. Czuła wtedy, jakby mieszkały w niej dwie osoby: jedna, która pragnie być dobra, kochana i druga, która wszystko psuje, zanim zdąży pomyśleć.
Stała w mroku jeszcze chwilę, słuchając śmiechu ukochanych osób, przy których czasem czuła się tak bardzo samotna.
– Tato? – W końcu wyszła zza drzewa, ale potknęła się o wystającą gałąź i upadła twarzą w kłąb paproci.
– Kurde!
– A co ty tu robisz? – Andrzej pomógł wstać córce.
– Zniszczyłam spodnie i nowe buty. Co to za durna trawa? – Podniosła się zezłoszczona.
– To nie trawa, tylko praporć – zaśmiała się Hania, ruszając przed siebie.
– Paproć, a nie praporć, Haneczko – poprawił dziewczynkę ojciec.
– Jesteśmy! – Spośród drzew wyszli do nich Majka, Alan i Darek. – Jak wam idzie? Znaleźliście coś?
Niestety, nikt nic nie znalazł. Dzieci połączyły więc siły i razem udały się na poszukiwania kwiatu, a dorośli usiedli na powalonym pniu drzewa, nie tracąc młodzieży z oczu.
Zdenerwowana Zosia otrzepała kolana, strąciła suche liście z włosów i poszła za dzieciakami, które bawiły się w najlepsze.
Alan, jako pierwszy, wszedł na polankę skrytą za bujnymi krzewami i znalazł się w małej rozpadlinie wśród paproci. Zaraz obok niego pojawiły się Majka z Hanią. Na końcu dotarła Zosia, burcząc coś pod nosem. Dzieci rozeszły się na wszystkie strony, a ona usiadła przy brzozie, na kamyku pokrytym mchem. Z lekkim znużeniem obserwowała, jak „maluchy” z zapałem przeczesują krzaki i zaglądają pod liście, w poszukiwaniu legendarnego kwiatu paproci. W jej oczach była to tylko bajeczka dla dzieci – coś, w co wierzy się do pewnego wieku, a potem zostawia za sobą, jak zabawki, z których się wyrosło. Nie wierzyła w takie rzeczy, uważała je za zwykłe wymysły, choć nie miała serca, by psuć zabawę młodszym. Nie chciała być zrzędą.
Zmęczenie, które narastało w niej przez cały dzień pełen emocji, zaczęło dawać o sobie znać. Oparła głowę o szorstką korę drzewa i przymknęła powieki, pozwalając sobie tym samym na krótką chwilę spokoju. Las wokół cicho szeptał, a chłodne powietrze przynosiło ukojenie. Nagle, z ciszy wyrwał ją znajomy głos, to siostra wołała z oddali. Zosia natychmiast podniosła się, a serce zabiło jej szybciej. Rozejrzała się nerwowo, ale w ciemności nie dostrzegła żadnego światła – żadnej z trzech latarni, których blask jeszcze przed chwilą tańczył między drzewami.
