Pełzająca śmierć - Krystian A. Janaszewski - ebook
NOWOŚĆ

Pełzająca śmierć ebook

Krystian A. Janaszewski

0,0

50 osób interesuje się tą książką

Opis

Białe buty, teczka pod pachą i twarz, która nie budzi podejrzeń. Tyle wystarczy, by dziecko zaufało nieznajomemu.

Polska, 1990 rok. Gdy milicja zmienia się w policję, a kraj próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w kolejnych miastach giną chłopcy. Ktoś wchodzi do ich mieszkań, odbiera im życie i znika. Pozostają rozpacz rodzin, niepewne zeznania świadków i ślady, których nikt nie potrafi połączyć.

Nadkomisarz Andrzej Młynarczuk dostrzega w rozproszonych sprawach przerażający wzór. Zmagający się z uzależnieniem i rozpadem rodziny śledczy rusza tropem mordercy, dla którego osiedla z wielkiej płyty są doskonałym terenem polowania. Wspólnie ze Stanisławem Strzeleckim musi pokonać chaos w policyjnych strukturach, błędne ustalenia i przekonanie, że sprawy zostały już wyjaśnione. Tymczasem sprawca szuka następnego dziecka.

„Pełzająca śmierć” to inspirowana prawdziwymi wydarzeniami powieść kryminalna o pościgu za Ręcznikowym Dusicielem, cenie dochodzenia do prawdy i cierpieniu, które nie kończy się wraz z zamknięciem akt.

Bo dla tych, którzy przeżyli, zło nie staje się przeszłością.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 251

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Powieść zainspirowana prawdziwymi wydarzeniami.

– Ilu zabójstw pan dokonał?

– Pięć zabójstw i dwa usiłowania. Dla mnie dobrze, że te dwie osoby przeżyły. Odpowiadać za to, że dziecko nie żyje, a odpowiadać za to, że żyje, to jednak różnica. Bardzo lubię dzieci.

– Jak długo pan dusił tego chłopca?

– Jakieś pięć minut.

– Pokrzywdzony się bronił?

– Nie bronił się, nie płakał. Nie walczył, gdy go dusiłem.

– Jak się pan z tym czuje?

– Czuję się z tym źle. Gryzie mnie to. Długo nie będę mógł się pogodzić z tym, że coś takiego się stało. Taka tragedia. Nie wiem, jak to naprawić. Nie wiem, jak z tym żyć. Ja nawet nie wiem, jak ja przeżyję ten wyrok.

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Poznań, Piątkowo, marzec 1990 roku

– Odin, dwa, tri, czetyre… – radziecki buc pochodzenia ukraińsko-polskiego zaczynał swój seans zza szyby kineskopu telewizora.

Sprzedawca opium dla mas nie znalazł w Andrzeju Młynarczuku klienta na swój hochsztaplerski produkt. Słyszał, że czerwony mag potrafił zmieniać ludziom kolor oczu z niebieskich na czarne i wydłużać o kilka centymetrów kończyny osobom cierpiącym na schorzenie krótszej nogi. Wstał z fotela, wyłączył odbiornik telewizyjny i udał się na korytarz, gdzie na ścianie wisiał telefon. Wykręcił numer i wsłuchiwał się w sygnał w słuchawce – odniósł wrażenie, że trwa to już z kilka dobrych godzin, bo spektakl iluzjonistyczny buca z telewizora sprawił, że czas jakoś dziwnie się zapętlił. Dopiero dźwięk zakłóceń w głośniku aparatu, gdy po drugiej stronie abonent podniósł słuchawkę, wyrwał go z seansu radzieckiego uzdrowiciela, który z dyplomowanego lekarza zmienił się w szarlatana.

– Staszek, wyglądałeś przez okno? – W słuchawce zapadła cisza. Gdy po kilkunastu sekundach znów zatrzeszczało w głośniku, ciągnął dalej. – Jedziemy dzisiaj, nawet jeśli Jezioro Kierskie skute jest lodem. Nie spędzę urlopu przed telewizorem. – Młynarczuk odłożył słuchawkę i zaczął szykować się do wyjazdu.

2

Poznań, Jezioro Kierskie, marzec 1990 roku

– Trafny wybór z tym miejscem poza sezonem – powiedział mężczyzna siedzący na dziobie wypożyczonego jachtu. Obserwował duże rozlewisko, które dzisiaj świeciło pustkami. – Sądzisz, że po tym, jak firma wymieni szyld, zmieni się wszystko inne? – dodał i przeniósł wzrok na butelkę z piwem, którą obracał w ręce.

Andrzej siedział za sterem i pił chciwie ze swojego naczynia zawartość. Kilkudniowa odwilż pozwoliła na spontaniczny wypad do ośrodka przy Chojnickiej 35.

– To, że kogoś nazwiesz Janko, nie oznacza, że zaraz będzie z niego muzykant – odparł, gdy uporał się z oranżadą i patrzył w stronę plaży, ku której zmierzali.

Przeciągły i wibrujący krzyk rybitw rzecznych spadał z bladego nieba i mieszał się z chrapliwym krakaniem tokujących perkozów, które napływały od strony trzcinowiska, gdzie zacumowana była łódka wędkarska. Jej dziób nurkował w wysokiej złotawej gęstwinie. Rekin zrzucił z masztu żagiel i dobił do niewielkiego molo, na które wskoczył z cumą Staszek i zacumował łódź. Krwawy blask zachodu zdążył jeszcze przebić się przez siwą płachtę nieboskłonu, aby na chwilę oczarować swym widokiem obu mężczyzn, którzy, pełni podziwu, zamarli w bezruchu. Odgłosy perkoza dwuczubego nasiliły się, gdy czerwona fala napłynęła od zachodu i przelewała przez trzcinę, nadając jej niepowtarzalnego koloru.

Andrzej zbliżył się do swojego sfatygowanego Poloneza MR’78 i z bagażnika wyjął skrzynkę Kmicica wymieszanego z butelkami oranżady. Staszek złapał transporter z drugiej strony i obaj ruszyli w kierunku ustawionych koksowników.

Psychodeliczny krzyk żurawia wbijał się w uszy rozleniwionych mężczyzn siedzących na pomoście. Niebo już dawno pokryło się milionami gwiazd, a wschodzący księżyc rozciągał swoje odbicie na tafli jeziora. Woda delikatnie się kołysała, przez co zniekształcony obraz na jej powierzchni wyglądał, jakby gotował się na wolnym ogniu. Nic nie zapowiadało powrotu zimy, ale ona nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

– Ja tam kojarzę Częstochowę bardziej z browaru niż z klasztoru – odezwał się zamroczony alkoholem Stanisław Strzelecki i wpatrywał się w nocny krajobraz. Wypił resztkę napoju z naczynia, dodając: – major Krzyżak mówi, żeby ukręcić łeb tej sprawie u samej dupy. Tak po staremu zabrać się do tego. – Skierował wzrok na stojącego przy krawędzi kładki przyjaciela.

Andrzej zaciągnął się dymem z papierosa i długo go wydmuchiwał. Wzrokiem śledził wędrujący po niebie pełny księżyc, który stawał się coraz większy i jaśniejszy. Tafla jeziora świeciła jak podświetlona z dna. Wyrzucił w rozmącającą się ciemność niedopałek i wrócił na leżak, odpowiadając Staszkowi:

– Jeśli będziemy dalej myśleć i robić po staremu, to o przyjściu nowego możemy tylko marzyć. Chyba nie taki świat chcemy dla naszych dzieci, Stasiu?

Strzelecki leniwie zebrał się ze swojego leżaka i zszedł z pomostu, udając się w kierunku koksownika, w którym płonęły polana. Tuż obok, od płomieni, grzały się butelki piwa i oranżady. Otwarł zębami naczynie z napojem chmielowym i, nim odpowiedział, upił kilka łyków.

– W takim razie niech stare idzie do lamusa! – Wrócił na molo, a deski skrzypiały pod jego ciężkim i chwiejnym krokiem. Gdy usiadł na leżaku, Andrzej spojrzał na mężczyznę, mówiąc:

– Nie, przyjacielu. To my musimy mu pomóc odejść.

Ze wschodu napływał coraz silniejszy i zimniejszy wiatr. Obaj milicjanci ubrali się cieplej, chcąc beztrosko sączyć z butelek podgrzane napoje. Księżyc zakryły delikatne chmury, a jego odbicie na jeziorze zupełnie rozmyło się pod wpływem tańczącego po tafli wody wiatru. Ten to zrywał się, to ustawał, a w pewnej chwili wydawało się, że zaplątał się w trzcinie i nie mógł się z niej wydostać.

– Zobacz, Stasiu, jakie to wszystko jest dziwne – Andrzej spojrzał na przyjaciela, postawił kołnierz kurtki i naciągnął czapkę na uszy. Chmury znów odsłoniły księżyc, a wiatr nagle ustał. Lustro wody przestało się gotować, jakby ściął je mróz i odbicie białej tarczy złożyło się w całość. – Przecież nasza planeta, to istny Eden. Gdziekolwiek byś się nie znalazł to wszędzie ujrzysz wspaniałość tego świata. Piękne krajobrazy i różnorodność przyrody. Aż dziw bierze, że człowiek – istota rozumna – nie potrafi zorganizować tego świata tak, żeby każdy mógł cieszyć się tym, co go otacza. Jesteśmy tutaj tylko na chwilę i nic nie należy do nikogo. Nawet my sami, bo prędzej czy później musimy oddać siebie matce naturze. Po co więc te wszystkie wojny, które trawią nasz świat od tysiącleci? Dlaczego organizujemy sobie piekło zamiast raju? Dlaczego zabijamy się…

– Bo taka jest nasza natura? – powiedział Strzelecki i patrzył w rozciągnięte na tafli jeziora odbicie ziemskiego satelity.

– Bo taka jest nasza natura – powtórzył cicho Młynarczuk i powiódł wzrokiem w ślad za spojrzeniem przyjaciela.

3

Poznań, marzec 1990 roku

„Borewicz” utknął w zaspie i wydawało się, że na dobre. Andrzej Młynarczuk zaklął głośno i spojrzał na zegarek – już i tak był spóźniony na odprawę w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych. To już któryś raz z kolei. W tej całej zawierusze, która dotykała resort, powinien świecić przykładem.

Grube płaty śniegu spadały z białego jak kartka papieru nieba, a mróz napływał od wschodu z silnym wiatrem. Glina postawił kołnierz poprzecieranej w kilku miejscach kurtki lotniczej odziedziczonej po dziadku ze strony matki, który służył w Polskich Siłach Powietrznych w Wielkiej Brytanii, o którą bił się podczas drugiej wojny światowej i naciągnął mocno uszatkę na głowie. Do komisariatu były jeszcze dwa kilometry. Gdyby tylko w pobliżu znajdował się telefon, zadzwoniłby do naczelnika i wyjaśniłby, co się dzieje. Jeszcze wczoraj wszystko zapowiadało budzącą się wiosnę, a dziś zima pokazała, na co ją stać. W oddali dostrzegł wlekącą się drogą bryczkę. Facet w grubej kufajce i mycy na głowie strzelał z bata, a szkapa, ślizgając się, nie mogła ruszyć z kopyta. Andrzej wybiegł na drogę i chwilę czekał. Gdy powóz zbliżył się, mężczyzna zaczął machać rękami i wołać do woźnicy, by się zatrzymał.

Kierowca samochodu wyjaśnił, o co chodzi, a fiakier zsunął nakrycie głowy do tyłu rączką bata i podrapał się nią. Po chwili zszedł z wozu i wyprzągł zwierzę. Nie uśmiechało się mu pomagać być może ubekowi. Pomimo uprzedzeń pomógł glinie w cywilnym ubraniu wyciągnąć Poloneza z mokrej zaspy.

+++

Młynarczuk zasypiał na krześle, a stukot maszyny do pisania działał na niego nużąco. Gdy zadzwoniła po raz kolejny, jego senność nasilała się i dopiero dopalający się w jego palcach papieros ocucił go, gdy poparzył mu palce. Protokolant tylko się uśmiechnął, ale nie przerywał pisania. Nagle do pokoju wszedł bez pukania przełożony i wtedy Andrzej wstał.

– Dobrze, że jesteś… Słuchaj, Andrzejku, ty masz znajomego, który ma taki jacht, co grał w filmie Nóż w plecach…

– Nóż w wodzie. Mam go na VHS-ce, jak wiele innych, gdyby ktoś chciał wypożyczyć – nie przerywając pisania rzucił Kalinowski zza urządzenia. Nie mógł się doczekać, aż resort wywali go z roboty, a że nie miał zbyt wiele na sumieniu, to nie obawiał się pierdla. Nie martwił się też o przyszłość, bowiem szwagier, który siedział w USA, obiecał mu udział w założeniu sieci wypożyczalni kaset wideo, gdy wróci na stałe do Polski, pod warunkiem, że się już w niej wszystko ustabilizuje.

– No właśnie. Strzelecki mi coś tam bąknął, że byliście na Chojnickiej i pływaliście nim po jeziorku. Dlatego pomyślałem o tobie. Będziemy mieli gościa z „wyżyn” i potrzebowałby od ciebie to wypożyczyć, to znaczy od tego twojego znajomego. Jeśli będzie trzeba, zrobimy zrzutkę z własnej kieszeni, żeby go wziąć na dzień, góra dwa. Rozumiesz, o co mi chodzi?

– Rozumiem, majorze.

– No, już niedługo. Za chwilę i ciebie przemianują na komisarza. – Stary klepnął podwładnego w plecy. – Piłeś kawkę, Jędrek? – Szef przeniósł spojrzenie w stronę protokolanta za maszyną. – Wiesiu, mała czarna dla mnie i komisarza.

4

Poznań, Rataje, marzec 1990 roku

Polonez zaparkował pod blokiem pomiędzy Fiatem 125p a Syrenką 105. Andrzej Młynarczuk nie wysiadał z samochodu, tylko zza kierownicy obserwował następny piętrowiec. Spojrzał na zegarek – o siódmej trzydzieści Dorota z Jackiem powinni wyjść z klatki. Zapalił papierosa i, siedząc w pojeździe, czekał. Po pięciu minutach z trzeciej klatki wyszły dwie osoby.

Jedenastoletni chłopiec cisnął tornister w śnieg i zaczął lepić śnieżki, którymi rzucał w mamę. Ta przez chwilę próbowała go uspokoić, ale gdy to nie poskutkowało, sama zaczęła kleić białe kule i rzucać nimi w synka. Oboje głośno się śmiali. Po trzech minutach zabawy matka podniosła tornister i gdy otrzepała ubranie syna ze śniegu, założyła mu go na plecy, po czym skierowali się ku wyjściu z osiedla.

Kierowca zaparkowanego Poloneza wyjął kolejnego papierosa i odpalił go od niedopałka. Wszystko wokół było obleśnie białe. Niebo nieco odróżniało się od reszty krajobrazu – jego biel wydawała się być przybrudzona. Na oblepionych śniegiem szkieletach drzew rosnących w miejscu, gdzie na wiosnę ma ruszyć budowa nowego bloku, siedziały wrony, które wyglądały jak zamarznięte. Być może, tak jak i on, czekały na upragnioną wiosnę. Mężczyzna zgniótł niedopałek w popielniczce i oparł się wygodnie o fotel, odchylając głowę do tyłu. Zaczęła doskwierać mu samotność, a zimowa aura pogłębiała jego depresję. To wszystko nie ułatwiało walki z nałogiem. Jeśli nie zmieni swojego życia… Znów sięgnął po papierosa, ale nie potrafił wyjąć go z paczki, bo ręce się mu trzęsły, więc rzucił nią na podłogę po stronie pasażera.

Zerknął przez szybę w drzwiach od swojej strony – gdzieś tu powinien być sklep monopolowy. Może był jeszcze zamknięty, a może nie dowieźli towaru, bo drogi były zasypane śniegiem. Teraz potrzebował tylko wódki, bo przecież ćwiartka zawsze załatwiała sprawę. Siedział jeszcze półgodziny w aucie. Gdy przestał się trząść i stracił ochotę na alkohol, opuścił osiedle.

5

Poznań, marzec 1990 roku

Wpatrywał się w ciemną krechę horyzontu. Chciał tu być przed wschodem słońca. Pragnął zobaczyć, jak wynurza się z ponurego krajobrazu i sprawdzić, czy nadal wzbudza w nim tyle emocji, co zawsze – horyzont przypominał kraniec świata. To ta krecha, w którą teraz się gapił, zdawała się być granicą w jego życiu. Dotarł do niej i patrzył w przepaść, nad którą stał. Wypalenie zawodowe to naprawdę nic wielkiego w porównaniu z kryzysem egzystencjalnym. Włożył zmarznięte ręce w kieszenie kurtki. W lewej namacał dwustupięćdziesięciomililitrową butelkę z wódką.

Nie miał na nic ochoty. Czekał na to, co nieuniknione – na wschód, który nadejdzie bez względu na to, czy on będzie żył, czy nie. Mróz przenikał go do szpiku kości, a ponury krajobraz, złożony z brudnej warstwy śniegu i tak samo paskudnego nieba, przedzielała tylko ta obrzydliwa granatowa krecha, niczym żyła wypełniona krwią. Nagle pojawiło się pęknięcie. Ktoś, a może coś, przegryzło właśnie tętnicę i trysnęła krew. W pierwszych sekundach blask był fioletowy, ale szybko zabarwił się czerwienią, przybierając na kilka sekund brunatny odcień. Andrzej Młynarczuk przypatrywał się temu zjawisku jak zahipnotyzowany. Już po chwili z horyzontu zaczęła wyciskać się bordowa fala, a ów widok, bez konkretnego powodu, niepokoił go. Coś strasznego czaiło się na horyzoncie i zaczęło przeciskać się przez szparę pomiędzy niebem a ziemią. Upadł na kolana, wbijając dłonie w twardą warstwę białego puchu i nie widział, jak ołowiane niebo pęka, a ze szpar wylewa się jeszcze większy strumień krwawego światła, które zabarwiało na czerwono wszędobylską biel. Wyjął z kieszeni butelkę z alkoholem i drżącą ręką odkręcił nakrętkę – dźwięk zrywania nakrętki od pierścienia na szyjce naczynia przypominał skręcanie karku. Przystawił szyjkę butelki do ust i zaczerpnął haust palącego płynu. Nie połknął go, a część cieczy wypłynęła mu z ust i spłynęła po brodzie. Po chwili zaczął się krztusić i wreszcie zwymiotował na śnieg.

Podniósł wzrok i spojrzał przed siebie – jak okiem sięgnąć, wszystko wydawało się być obryzgane krwią. Upiór, który go prześladuje od osiemdziesiątego drugiego roku, przeciskał się przez szczeliny w niebie i złaził po nim niczym wielki, czarny, obleśny pająk. Ale zaraz – było ich więcej! Widział dokładnie, jak przyczajone tworzą czarną krechę horyzontu. Czy to były jego upiory? Miał świadomość, że każdego człowieka męczą jakieś demony. Ale trawiły go również te, które nie dawały spokoju jego babce. Nie mogła się nikomu zwierzyć, jak bardzo ją dręczą, bo opowiedziała o nich tylko jemu i wydawało się, że to wystarczy. To, co przeżyła w Kisielinie na Wołyniu w Ukrainie w lipcu tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku, zdawało się kłaść cieniem również na jego życiu. Tych opowieści próżno było szukać na kartach, bo nosili je w sobie żyjący świadkowie owego piekła – były w nich ciągle żywe i odejdą wraz z nimi.

Andrzej nie spuszczał wzroku z horyzontu. Czarna krecha zafalowała – nie, to żyła wypełniona krwią puchła, a jej przepływ blokował zator. Nim zdołał się zorientować, wszędzie był już tylko ogień, a maszkara pełzła w jego stronę, pozostawiając po sobie spalone wsie i zmasakrowane ludzkie ciała.

Mężczyzna przemył twarz śniegiem i nabrał go też w usta, aby wypłukać obrzydliwy posmak wódki.

6

Wronki, marzec 1990 roku

Zimne, szare molochy z żelbetowych płyt wpatrywały się w niego ciemnymi oknami. W uszach narastało dzwonienie, które po chwili zagłuszyło krakanie wron obsiadających konary drzewa. Biel mieszająca się z szarością powodowała uczucie przytłoczenia. Pod podeszwami butów skrzypiał brudny od sadzy puch przyniesionej przez wiatr z kominów fabryk.

Ptasie odgłosy w tej ciszy stawały się coraz bardziej nużące. Zmęczony i wyczerpany psychicznie mężczyzna walczył sam ze sobą. Próbował zawrócić, ale dokąd? Znów do tej przeklętej klatki? Poprawił dyplomatkę i podreptał chwilę w miejscu, by się rozgrzać. Zimno stawało się coraz dotkliwsze i wydawało się, że to za sprawą wschodzącego słońca, którego czerwony blask przelał się pomiędzy niewzruszonymi budynkami. Przeniósł zmęczony wzrok na blok, przed którym stał i wlepił go w klatkę, z której nikt nie wychodził.

Nagle z drzewa poderwały się wrony, głośno kracząc. Zdezorientowany obcy szukał czegoś wzrokiem i nagle zatrzymał go na dziecku, które rzucało pigułami w ptaki. Wypuścił z drżeniem parę z ust i przełknął ślinę. Z drugiej klatki tego samego piętrowca, przy którym stał, wyszła kobieta i dołączyła do chłopaczka. Strzepując śnieg z jego rękawiczek, prosiła, żeby przestał go zbierać, bo odmrozi dłonie, nim dojdzie do szkoły.

Wielka, czerwono-fioletowa tarcza zżółkła, gdy wysunęła się zza żelbetowego cielska molocha i mężczyzna z teczką pod pachą już nie mógł patrzeć w tamtą stronę. Przetarł rękawem kurtki łzy w podrażnionych od zimna i rażącego blasku oczach. Zmarznięty i rozczarowany opuścił osiedle.

Samotny wędrowiec szedł zaśnieżonym chodnikiem dla pieszych. Od czasu do czasu podnosił wzrok z brudnego śniegu i rzucał spojrzenie na przejeżdżające po nieodśnieżonej jezdni pojazdy. Mijający go Star z pługiem pchał brudną pierzynę i spychał ją w rynsztok – ciężarówka piłowała na niskim biegu i wyła z wysiłku, bo kierowca jej nie oszczędzał. Pieszy zatrzymał się, gdy pojazd zniknął w brudnej bieli wraz z drażniącym go odgłosem. Ból w jego lewej pięcie dzisiaj rwał jak diabli i zapowiadał zmianę pogody.

Gdy zaczęło lekko wiać, mężczyzna postawił kołnierz kurtki i naciągnął czapkę na uszy, po czym wcisnął głęboko w kieszenie spodni zmarznięte dłonie w rękawiczkach. Otaczała go brudna i miejscami poszarzała biel, a obrzydliwą ciszę mącił gwizd mroźnego wiatru rozbijającego się o kołyszące przewody, które ciągnęły się od słupa do słupa. Wisiały dość nisko, bo były obciążone oblepionym lodem i śniegiem. Na kloszu ulicznej lampy siedział czarny, tłusty kruk i zdawał się go obserwować. Facet rozejrzał się wokoło, odstawił brązową teczkę i gwałtownie przykucnął, lepiąc kulę ze śniegu, który się rozsypywał w rękach. Gdy wreszcie ulepił śnieżkę, cisnął nią w stronę klosza. Ulepił jeszcze kilka piguł, ale żadną z nich nie trafił tam, gdzie celował. Czarne, tłuste ptaszysko niewzruszenie przyglądało się mu z góry, co irytowało mężczyznę na dole. Znalazł w śniegu kamień i rzucił nim w kierunku skrzydlatego obserwatora, ale oberwała tylko lampa, której żarówka pękła z przytłumionym hukiem. Szkło, niczym zmrożone krople deszczu, osypało się na mężczyznę, który tylko zdążył zasłonić głowę. Zaklął i pogroził obiema pięściami tłustemu ignorantowi, informując go, iż jeszcze się spotkają i że się zemści. Następnie zabrał dyplomatkę i szybko oddalał się z miejsca rozboju.

– Synku! – Odwrócił się, gdy usłyszał za sobą wołanie. Wydawało się, że głos wychodził z brudnej i mdłej przestrzeni, która otaczała mężczyznę. – Synku! – Samotny wędrowiec zaczął biec. Chciał uciec od tego, co już się wydarzyło w jego życiu, ale przecież od tego nie dało się uciec – nie potrafił, bowiem kroki były coraz wolniejsze, a nogi – cięższe.

– Synku, synku…

+++

Stał przed lustrem i wpatrywał się w swoją zmoczoną twarz. Wydawało się, że nie odnajdzie się na wolności po opuszczeniu Zakładu Karnego we Wronkach, ale to tylko kwestia czasu, zanim przystosuje się do nowej rzeczywistości. Już nawet snuł plany swojej morderczej działalności. Odkręcił kran i sięgnął po ręcznik, który namaczał, trzymając za oba końce. Skręcił go, po czym zawiesił na karku, wpatrując się w swoje oczy. Ciężko przełykał ślinę, aż wreszcie nie mógł już jej połykać. Zaczęło brakować mu powietrza i dopiero, gdy przed oczami pojawiły się migoczące, drobne iskierki, poluzował owinięty wokół szyi mokry ręcznik. Gdyby to było takie proste, to zamordowałby sam siebie. Ale przecież jeszcze nie wszystko załatwił.

Facet stojący przed umywalką wziął do ręki mydło i drobnym literami, aby zmieściło się na powierzchni lustra, napisał:

ZEMSTA!!! NADCHODZI WRESZCIE!

Uderzył czołem w lustro, które roześmiało się szklanym szelestem. Dwa spore kawałki szkła wpadły do umywalki, a stojący nad nią mężczyzna wpatrywał się w swoje zniekształcone odbicie. Wyglądał jak jakieś monstrum z rozrąbaną głową, a podbiegłe żółcią oczy spoglądały w różne strony.

7

Poznań, 1990 roku

Silnik pracował na jałowym biegu, a kierowca pojazdu palił papierosa jeden za drugim i zza kierownicy patrzył w stronę butki telefonicznej. Biały puch, który jeszcze wczoraj zalegał trzydziestocentymetrową warstwą, dziś prawie zniknął pod wpływem deszczu. Rynsztokiem płynęła woda, której studzienki nie nadążały odprowadzać. Kierowca nie miał ochoty wysiadać z samochodu – było mu dzisiaj zimno, a zbyt niskie ciśnienie potęgowało rozsadzający ból głowy. Pomyślał, że kawa oraz WZ-tka dobrze mu zrobią.

Andrzej Młynarczuk wysiadł wreszcie z Poloneza i skierował się do baru na Fredry obok Przedsiębiorstwa Eksportu Wewnętrznego. Drobny, ale gęsty, lodowaty deszcz siekł tak mocno, że musiał zasłaniać twarz dłonią.

Wewnątrz jadłodajni było gwarno. Pobrzękiwały łyżki i talerze, a unoszącą się niebieskawą chmurę dymu papierosowego można było kroić jak galaretę. Porucznik zamówił kawę z ciastkiem i usiadł przy stoliku pod oknem. Gdy kelnerka przyniosła jego zamówienie, zatrzymał ją i zapytał:

– Czy można od was zadzwonić?

– Tak, ale opłata wynosi więcej niż pokazuje automat.

– W porządku.

Andrzej nie miał ochoty wychodzić na zewnątrz i mimo że telefon był w budce po drugiej stronie ulicy, wolał skorzystać z aparatu na zapleczu. Zapalił papierosa i przez dużą, zaparowaną szybę obserwował niewielki ruch na zewnątrz. Chlupot rozjeżdżanej przez samochody wody ze śniegiem przebijał się przez szkło i dokuczał mężczyźnie tak samo, jak niskie ciśnienie. Przestał wreszcie słyszeć kakofonię dźwięków w pomieszczeniu – dobiegały go tylko te z ulicy. Plusk rozjeżdżanego błota na dziurawej jezdni i zacinający deszcz, który z hałasem młócił szybę, wprawiały go w nieznośne odurzenie. Ocknął się, gdy kelnerka powiedziała, że może zadzwonić. Andrzej wszedł na zaplecze i zbliżył się do aparatu stojącego na biurku.

– To będzie połączenie…

– Tylko miejscowe.

Młynarczuk długo stał nad telefonem. Kobieta co chwilę zaglądała i sprawdzała, czy facet korzysta z aparatu, czy może plądruje zaplecze. Wreszcie podniósł słuchawkę, ale nie wykręcał numeru, tylko patrzył w tarczę numeryczną. Przystawił słuchawkę do ucha i wsłuchiwał się w ciągły sygnał. Szybko odłożył słuchawkę, a spojrzenia jego i stojącej w wejściu na zaplecze kelnerki spotkały się.

– Ile się należy? – spytał i sięgnął do kieszeni.

– Przecież pan się nie dodzwonił, prawda?

Facet minął babkę i nie wracał do stolika, tylko podszedł do bufetu i zamówił setkę czystej. Barmanka postawiła klina przed mężczyzną i spytała, czy chce coś w ramach zagrychy, ale ten pokręcił przecząco głową.

Glina wpatrywał się w kieliszek. Przełykał ciężko ślinę, której coraz więcej mu przybywało. Teraz to było jak walka na śmierć i życie – jeśli się napije, to tylko potwierdzi, że przegrał bitwę o wszystko. Przegrał życie, bo na zawsze stracił rodzinę. Pozostanie mu porzucić służbę, wyprowadzić się na stałe do leśniczówki i zamieszkać z babką, trawiąc swój żywot w lesie. Położył pieniądze na ladzie i, nie tykając alkoholu, pospiesznie wyszedł z baru. Nie zamierzał się tak łatwo poddawać.

Młynarczuk wszedł do budki i wrzucił żeton do automatu, a następnie wykręcił numer do domu – nikt nie odbierał. Syn był w szkole, a Dorota w pracy. Zresztą, co miałby jej powiedzieć przez telefon? Zachowywał się jak gówniarz. Zrezygnowany wrócił do pojazdu. Do zmroku błąkał się po brudnych, mokrych i zimnych ulicach miasta, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

8

Poznań, Piątkowo, 1990 roku

W mieszkaniu, które odstąpił Andrzejowi przyjaciel mężczyzna zamieszkał sam. W salonie, gdzie spał na tapczanie, na drewnianej podłodze stał stary, czarno-biały telewizor Unitra Neptun 424, a obok niego radioodbiornik stołowy Unitra Giewont. To było całe wyposażenie pomieszczenia. O dziewiętnastej trzydzieści radiowa Jedynka nadawała audycję dla dzieci, której, gdy tylko miał okazję, słuchał z synem. Od kilku miesięcy słuchał jej sam.

Gdy obudził się w nocy, kineskop telewizora śnieżył. Nietknięta butelka wódki oraz szklanka stały na odbiorniku. Młynarczuk wstał i podszedł do okna – na zewnątrz lało. Szum z głośnika odbiornika telewizyjnego irytował go tak samo jak tłukący w szyby deszcz. Przez ostatnie dwa tygodnie pogoda ciągle się zmieniała. Szybko podszedł do urządzenia i je ściszył. Nadal wszystko przemawiało za tym, by się napić. Chwilę wpatrywał się w butelkę żytniej. Podniósł leżący na podłodze zegarek i sprawdził godzinę. Była druga. Chciał do niej zadzwonić. Oparł się plecami o ścianę i zganił się na głos. Mógł zadzwonić za dnia, dlaczego więc wybierał takie pory, w których albo jej nie było w mieszkaniu, albo było zbyt późno?

Andrzej nie potrafił znaleźć sobie miejsca. Wolną sobotę spędził za kierownicą swojego Poloneza. Jeździł ulicami Poznania, rozjeżdżając z szelestem grudy śniegu, który spadł w nocy, a rano, pod wpływem dodatniej temperatury, zaczął się topić. Szare chmury schodziły nisko, dotykając dachów kamienic oraz wyrastających na potęgę bloków z szarej płyty. Ale gdy po południu zza chmur wreszcie wyjrzało słońce, blask zachodu oblał nowopowstałe osiedla, które łudząco przypominały pustynne miasta. Młynarczuk zatrzymał pojazd, aby napawać się tym nowym widokiem – otaczały go bowiem kwadratowe molochy oraz goła przestrzeń pomiędzy nimi. Przez otwory okienne przeciskało się żółto-czerwone światło zachodzącego słońca. Zapalił papierosa i obserwował ten jakże nowy dla niego pejzaż. Na kilka minut zapomniał o dotychczasowym życiu. Dopiero gdy tarcza wsunęła się za horyzont, ściany molochów wraz z otaczającym krajobrazem znów nabrały obrzydliwego, ciemnoszarego odcienia. Po chwili zapadł zmrok i mężczyzna ocknął się za kierownicą, przypominając sobie o synu.

9

Poznań, marzec 1990 roku

Z dwojga ludzi stojących nad brzegiem Warty tylko dziecko wierzyło, że zima odejdzie wraz z puszczoną silnym nurtem rzeki Marzanną. Spóźnieni o kilka dni Andrzej oraz jego synek Jacek wzrokiem odprowadzali płonącą, słomianą kukłę, która tylko na chwilę oparła się mieliźnie. Im obu zdawało się jednak, że Mora przytrzymała się jej, bo wcale nie chce jeszcze odchodzić z paskudną i długą zimą. Słomiane straszydło wreszcie puściło łachę – dziecko było przekonane, że na sekundę spojrzało w jego stronę i, spalając się tylko w jakiejś części, zniknęło z oczu oddających wiośnie przysługę uczestników słowiańskiego obrzędu.

– Kiedy pojedziemy do prababci? – spytał malec, który patrzył jeszcze za słomianym topielcem, wciąż czując na sobie jego spojrzenie. Nie pozostał jednak po nim żaden ślad – chyba że można do niego zaliczyć świat tryskający życiem. W odróżnieniu od ojca chłopiec dostrzegał piękno świata, który go otaczał. Wszystko bowiem żyło, lśniło i zdawało się przemawiać do niego świergotem ptactwa. Nawet to leniwe buczenie skrywającego się w chmurach samolotu było częścią świata, który nastał wraz z odprawieniem słomianej topielicy.

– W te wakacje pojedziesz do niej. Ma nowy tunel na pomidory i będzie potrzebować dodatkowej pary rąk do pracy w nim – oświadczył ojciec. Wyjął papierosa i włożył go do ust, ale go nie zapalał.

Andrzej zastanawiał się, kiedy powinien poruszyć temat przodków z Kresów. Syn często pytał prababkę, gdzie straciła lewą rękę, ale ta nie chciała jeszcze z nim o tym rozmawiać, tłumacząc, że zdradzi mu tę mroczną tajemnicę, gdy przyjdzie na to czas. Stojący nad brzegiem rzeki mężczyzna z synem, tak jak zresztą inni ludzie, powinni pielęgnować pamięć o tych, dzięki którym teraz mogą spokojnie podziwiać nurt Warty w kraju, który tak wiele przeszedł i wciąż przechodzi. To przecież ich ojczyzna, w której są wolnymi ludźmi. W końcu z każdej niewoli się wychodzi. We wszechświecie wszystko się przeobraża, natura zawsze pnie do przodu, więc Młynarczyk wierzył, że przemiany ustrojowe przyniosą tylko lepszą przyszłość nie tyle dla niego, ile dla jego dziecka. To, w jakim społeczeństwie funkcjonować będą jego dzieci oraz wnuki, zależy od tego, jaki zostawi po sobie porządek. Życie chwilą dobre jest tylko dla przestępców, bo uczciwi ludzie planują je dla przyszłych pokoleń.

Mężczyzna wziął chłopca za rękę i razem udali się do pojazdu.

10

Poznań, Piątkowo, 1990 roku

Wpatrywał się w obraz kontrolny na ekranie telewizora. Dzień spędzony z własnym dzieckiem podniósł jego morale, ale nie wiedział, na jak długo. Problemem była ta cholerna separacja od syna. Andrzej Młynarczuk właśnie teraz to sobie uświadomił, iż za mało spędza z nim czasu. Z wersalki, na której leżał, sięgnął do stojącego obok na podłodze radioodbiornika stołowego, aby go włączyć. Wcisnął przycisk i w głośniku strzeliło, a żółte światło podświetliło szybkę skali, po czym zaczęła płynąć piosenka Krzysztofa Krawczyka „Ostatni raz zatańczysz ze mną”.

Choć nam będzie siebie brak

Choć poznamy ciszy smak

Nie cofnie czasu nikt

Podzielmy świat na pół

Pogubmy resztki słów

I zanim minie dzień

Zapomnieć zdążysz mnie

Zatańczysz ze mną jeszcze raz, ostatni raz…

Andrzej wyłączył odbiornik. To była ulubiona piosenka Doroty, jego zresztą również. Teraz zrobiło się nostalgicznie, a on nie chciał się rozklejać w pustym mieszkaniu kolegi. Pamiętał, jak bawili się przy przebojach Krawczyka puszczanych z magnetofonu szpulowego. Wstał i udał się do przedpokoju, w którym na ścianie wisiał telefon. Znów naszło go na nocne wydzwanianie. Co chciał przez to osiągnąć? Nie tak powinno się rozwiązywać problemy.

11

Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Poznaniu, marzec 1990 roku

– Wszyscy, Andrzejku, czekamy, co z nami dalej będzie – odezwał się za rozciągniętą gazetą podporucznik Stanisław Strzelecki. – Mówią, że zostaną tylko ci, co potrafili z ludźmi po ludzku rozmawiać.

Młynarczuk siedział za maszyną do pisania z założonymi na karku rękami i bujał się na krześle. Zmiany, jakie zachodziły w kraju na każdym szczeblu miały dotknąć każdego obywatela. Czy pozostanie na stanowisku, czy może trafi do Powiatowego Urzędu Pracy – tego nie wiedział. A może pozwolą mu zostać choćby na stołku protokolanta? Tylko że on nie potrafił pisać biegle na maszynie. Zresztą one również miały niebawem odejść do lamusa, bo wyprą je komputery. Zawsze może zająć się handlem. Ze Staszkiem otworzą stoisko z ciuchami na targu i będą kosić szmalec na spodniach dżinsowych. Można też handlować kasetami VHS i płytami CD.

– Ja już mam pomysł na życie – odezwał się Młynarczuk i zaprzestał bujania. Wyjął ze miętolonej paczki papierosa i podsunął go Strzeleckiemu, który podziękował, więc Andrzej sam zapalił. Stanisław złożył prasę, wziął szklankę z zimną kawą i z zaciekawieniem przyglądał się przyjacielowi. – Jak wiesz, moja babunia ma domek w Lesie Piątkowskim przy dość dużym zbiorniku wodnym, gdzie widoki nawet zimą oszołamiają. Myślałem o wynajmowaniu go letnikom. Może go rozbuduję. Dodatkowo postawię tam kilka domków Brda… Jak widzisz, dobrze się, Stasiu, dzieje w Polsce. Wreszcie odżyjemy…

– Andrzejku, my nie mamy się czym martwić. Od zawsze staliśmy – jak to mówi młodzież – po jasnej stronie mocy.

– To dlaczego rozpadła mi się rodzina?

12

Bytom, 1990 roku

Mogłoby się komuś wydawać, że mężczyzna w białych butach z teczką w ręce błądzi po bytomskich osiedlach, ale on miał konkretny cel. Nim wyszedł z hotelu, w którym wynajął pokój na jedną dobę, wstrzyknął sobie w żyłę wywar z herbaty i kofedonu. Otwarł dyplomatkę i wyjął z niej papierosa. Zgniatał chwilę palcami końcówkę, po czym włożył go do ust. Nie myślał o niczym, po prostu obserwował z ławki osiedle, na którym już raz był, i przyglądał się blokom oraz ludziom.

Facet siedzący na ławce zadrżał, gdy usłyszał głos dzieci wychodzących z klatki. Kiedy kilku dziesięcioletnich chłopców skierowało się w jego stronę, sięgnął po zapałki, a gdy się z nim zrównali, odpalił papierosa. Obniżył głowę i obserwował spod daszku czapki z zapinanymi na zatrzaski nausznikami. Dopiero gdy dzieci go minęły, znów patrzył za nimi z podniesioną głową. Jakiś dorosły, który wyszedł z klatki, zatrzymał się i na krótko rzucił w jego stronę spojrzenie. Wówczas mężczyzna siedzący na ławce w pośpiechu zaczął przeszukiwać swoją dyplomatkę.

Padał deszcz ze śniegiem, a wiatr zrywał się gwałtownie i trząsł jeszcze gołymi gałęziami drzew, których stukot wprowadzał go w stan przyjemnego znużenia. Mężczyzna, który opuścił osiedle z wetkniętą pod pachę teczką z wnętrza borku, obserwował blokowisko, które zamierzał odwiedzić następnego dnia rano. W koronach szkieletów pokracznych drzew odzywały się kruki i wrony. Szarówka napływała w osiedle, pochłaniając z wolna betonowe molochy – wędrowiec odczuwał coś, co trudno byłoby mu opisać, chyba że porównałby to do tej mieszanki wstrzykiwanej sobie w żyłę, po której doznawał podobnego do stanu, jaki go teraz ogarniał. Wiatr stawał się coraz silniejszy. Rozbijał się o pnie, gwizdał złowrogo, a w konarach huczał, sprawiając, że nawet kruki i wrony zamilkły. Zaczął sypać już tylko śnieg. Mroźny powiew smagał rozpaloną twarz człowieka kryjącego się pomiędzy drzewami, który potrzebował swojej mikstury. Zziębnięty, głodny i spragniony czegoś, czego jeszcze nie rozumiał, wracał mokrymi, skąpanymi w mroku ulicami. Szum przejeżdżających co jakiś czas samochodów drażnił go i pogłębiał jego przygnębienie. Nie wrócił do hotelu, bo nie miał czym zapłacić. Tę noc spędzi na dworcu kolejowym, chyba że znów wpakuje się do jakiegoś pustostanu. Wszystko, co było mu potrzebne, miał w dyplomatce i na sobie. Z niecierpliwością wyczekiwał nadejścia wiosny, która jeszcze nie przyszła na dobre.

13

Bytom, 1990 roku

Odgłosy napływały zewsząd. Zaczęły wreszcie nabierać konkretnych barw – to śmiechy nieletnich dziewczynek powróciły sprzed lat. Zapałał żądzą. Lubieżne myśli były jak powracające upiory, które nie dawały mu spokoju. Kąsały go po całym ciele, wywołując głód doznań.

Obudził się i usiadł, rozglądając się po pomieszczeniu pustostanu stojącego na obrzeżach miasta. W Zakładzie Karnym we Wronkach również męczyły go echa wspomnień, ale były to miłe wspomnienia. Kończyły mu się papierosy, potrzebował ubrań, poza tym nie śmierdział groszem, aby móc kupić chociaż bułkę. Ostatnią fajką zdusi głód w żołądku, ale ten, który dopiero w nim się wzmagał, potrzebował innych bodźców – te były na wyciągnięcie ręki. Niech tylko rozprostuje nogi na wolności.

Zza drzewa przyglądał się, jak kruk dziobie suchą i zzieleniałą bułkę. Rozejrzał się, sprawdzając, czy nikt go nie obserwuje, podniósł prawą rękę, w której trzymał spory kamień i rzucił nim w ptaszysko. Kruk oberwał prosto w czarny łepek i po krótkich podrygach padł martwy albo tylko ogłuszony. Wyszedł zza drzewa i zbliżył się do ścierwa, z którym przecież miał stare porachunki. Podniósł bułkę, którą zamierzał zjeść, a w prawą rękę wziął ptaszysko, które zaczynało przytomnieć. Powoli zaciskał palce na jego opierzonej szyi. Gdy łepek kruka opadł bezwładnie, mężczyzna powiedział:

– Wreszcie dokonałem wyczekiwanej zemsty!

14

Poznań, 1990 roku