Paradiso - Adam Szczuciński - ebook

Paradiso ebook

Adam Szczuciński

4,5

Opis

Tom szkiców podróżnych Adama Szczucińskiego, to próba stworzenia prywatnego portretu miejsca nie do końca rzeczywistego — miasta wyłaniającego się z wody, z mgły, ale i z literatury. Autor wędruje po Wenecji śladami Josifa Brodskiego (zawsze z wierszami ulubionego poety w kieszeni), z zachwytem przygląda się dziełom sztuki, naturze. Dociera też do Wilna, Rzymu, Monterchi, Paryża. Tworzy wielobarwną mozaikę ludzkich historii, by wydobyć z pokładów niepamięci to, co jednostkowe, kruche, ulotne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 174

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

ADAM

SZCZUCIŃSKI

Paradiso

 

 

Warszawa 2021

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Copyright © by Adam Szczuciński

Copyright © by Wydawnictwo Próby

Warszawa 2021

 

ISBN 978-83-959036-5-6

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Asi

Rozmowyz Brodskim

Wracam do Wenecji jak do domu. Przyjechałem tu po raz pierwszy w 1997 roku, by pokłonić się przed grobem Josifa Brodskiego na cmentarnej wyspie San Michele. Choć doskwierał upał, miałem na sobie marynarkę, bo sądziłem, że tak trzeba, że nie wypada inaczej, gdy idzie się w odwiedziny. Na grobie poety stał wtedy prosty biały krzyż z wygrawerowaną różą, w trawie biegały jaszczurki, nad głową kołowały mewy. Później przyjeżdżałem tu często. Przyglądałem się starym nagrobkom, które rozgościły się w tutejszej ziemi, popękały, jakby szukały oparcia w powietrzu. Podpatrywałem wysiłki jaszczurek, ich zwiewne ruchy, zastyganie z wyciągniętą szyją w oczekiwaniu na znak dany z innej przestrzeni, z innego czasu. Zaprzyjaźniłem się z tym miejscem. Teraz odwiedzam tu znajome duchy: Edith z Londynu, Sarę i Janet, które zginęły podczas burzy nieopodal Lido, małego Franza Herrmanna, Johannę, co umarła w Wenecji dzień przed powrotem do Anglii, i Emmę Matyldę, najmłodszą córkę pana Plumptre. Obok krzyża z lakonicznym Auf Wiedersehen leży Eugene Schuyler – dyplomata, podróżnik i geograf, konsul Stanów Zjednoczonych w Egipcie. Tuż obok Mr Jones – kucharz na okręcie „Boliviana”. Bez wątpienia należę do tych, co lubią odwiedzać cmentarze. Sam nie wiem do końca dlaczego. Nie bez znaczenia jest może to, że ze strony zmarłych nie grozi mi nic złego. Z żywymi bywa różnie.

Przypominam sobie sceny z filmu dokumentalnego o Brodskim w Wenecji. Poeta wędruje labiryntem ulic z przyjacielem, Jewgienijem Riejnem, pokazuje mu miejsca ulubione, jak Rio dei Mendicanti, z północnego krańca Arsenału niczym płatny przewodnik wskazuje parasolem San Michele i Murano. Razem deklamują wiersze, przyglądają się konduktowi żałobnemu wyruszającemu z San Zaccaria, robią zakupy na targu. W pobliżu mostu Rialto, w zaułku, palą papierosy niczym uczniowie na dużej przerwie. Błaznują – jak w scenie z jedzeniem winogron. Brodski łapie w usta owoce rzucane przez Riejna. Pierwsza próba jest nieudana, Brodski reaguje odruchowo, puka się w czoło z dezaprobatą. „Ale za drugim razem grono znika w ustach Josifa, które zamykają się za nim z kocią zwinnością. Największe wrażenie robi jednak powaga i skupienie Brodskiego w ciągu tych kilku sekund […]. W taki sam sposób Josif nie lubił wiersza wolnego, a przepadał za metrycznymi rygorami. Rym traktował jak winne grono, które trzeba złapać w locie” – pisał Roberto Calasso. W innym filmie Brodski w ciepłym płaszczu czyta wiersze na Fondamente Nove, w tle majaczy rdzawy mur otaczający San Michele, lśnią wody laguny, po których dostojnie przepływają łodzie.

Od kilku lat staram się rozpoczynać dzień w Wenecji spacerem wzdłuż Zattere, Nadbrzeżem Nieuleczalnych. Lekkim skinieniem głowy pozdrawiam profil Brodskiego – na murze podobnym do tego z San Michele przytwierdzono tablicę poświęconą poecie. Tu spędzę też wieczór, w jego towarzystwie. Teraz do kanału Giudecca wpływa ogromny transatlantyk, ma ze trzydzieści metrów wysokości i tuzin kominów zgrupowanych w stalowy pióropusz. Najpierw myślę, że źle odczytałem jego nazwę, ale nie, faktycznie, to MSC „Poesia”.

Wzruszają mnie opłotki Wenecji. Pusty skwer na wyspie San Pietro, stare kościoły – nikt już ich nie otwiera, nikt już się w nich nie modli. Ogrody pełne porzuconych ułomków, pękniętych rzeźb. Dawne szpitale, warsztaty. Próbuję wykroić dla siebie fragment tej niezwykłej przestrzeni, znaleźć miejsca, których nikt nie chce, nie pragnie. W weneckich wierszach i Znaku wodnym Brodski wspomina tutejsze place, kościoły, prywatne pałace, kawiarnie. Wędruję tymi ścieżkami, poznaję miasto, które on ukochał.

Rok przed śmiercią, w wierszu Z natury, Brodski nazwał Wenecję ziemskim rajem, wychwalał jej czyste powietrze, „którego wdychaniem niepodobna się znudzić, szczególnie pod koniec”. Powtarzam te słowa głośno, powoli. Chodząc po Wenecji, rozmawiam z Brodskim.

Serce

Jeszcze w XV-wiecznej Wenecji głównym środkiem transportu w mieście były nie łodzie czy gondole, lecz konie. Dziś trudno w to uwierzyć. Gdy siedząc na hotelowym łóżku, rozcieram zmęczone całodziennym marszem stopy, zazdroszczę trochę dawnym jeźdźcom. Wyobrażam sobie Wenecję sprzed lat: z drzewami na placu św. Marka (był tu kiedyś przyklasztorny ogród), z drewnianym mostem Rialto, placami deptanymi przez świnie i ptactwo, ciemnymi, błotnistymi zaułkami rozświetlanymi jedynie przez gwiaździste niebo. I z miejscem kaźni pomiędzy kolumnami na Piazzetcie (przemknęła mi myśl, że jeśli zginąć w wyniku egzekucji, to tylko tu, z widokiem laguny i San Giorgio Maggiore pod powiekami, ale myśl ta szybko przyjęła barwę worka zarzucanego na głowę skazańca z nieodzownym zapachem lęku i krwi).

Podróżny zainteresowany historią miasta może w dowolny sposób układać szlaki wędrówek śladami wybitnych postaci: kompozytorów, malarzy, architektów czy pisarzy – proponuję szlak Josifa Brodskiego, ale także intrygujących zdarzeń, arcydzieł sztuki – pomagają w tym liczne przewodniki, książki o tajemnicach Wenecji, wskazujące nawet miejsca, gdzie straszy. Możemy zobaczyć średniowieczne przejście zwieńczone łukiem, pod którym na pewno przechodził największy z weneckich podróżników Marco Polo – Corte Seconda del Milion w pobliżu kościoła San Giovanni Crisostomo (przezwisko „Milion” – jak relacjonuje John Julius Norwich – przylgnęło do Marco Polo z powodu zarzucanej mu przesady; współczesnym trudno było uwierzyć w niezwykłe historie, jakie opowiadał), biały kamień wyróżniający się z brukowanej drogi prowadzącej do kościoła San Pietro w miejscu spotkań doży z patriarchą Wenecji czy grób Katarzyny Cornaro, królowej Cypru, pani Asolo, w kościele San Salvador blisko mostu Rialto. Wśród moich ulubionych „weneckich sekretów” jest pewne graffiti przypominające naskalny rysunek w jaskini, pamiątkę po zapomnianych przodkach. Przy wejściu do dawnej Scuola Grande di San Marco na ścianie po naszej prawej stronie tajemniczy twórca wyżłobił w kamieniu postać mężczyzny w turbanie trzymającego w dłoni ludzkie serce, oddane tu z zadziwiającą dokładnością, z widoczną koroną naczyń. Rysunek umieszczony jest dość nisko, trzeba się schylić, by go dostrzec – zupełnie jakby artysta tworzył go, na wpół leżąc. Po drugiej stronie portalu widnieją jeszcze wyryte weneckie galery. Alberto Toso Fei w Venetian Legends and Ghost Stories przypisuje autorstwo rysunków rzeźbiarzowi pracującemu wcześniej przy ozdabianiu fasady budynku, Cesco Pizziganiemu. Rzeźbiarz stracił majątek, próbując ratować ciężko chorą żonę, a po jej śmierci zamieszkał u bram Scuoli (łatwo wyobrazić sobie okruchy jedzenia w jego długiej brodzie). To tutaj artysta był świadkiem niezwykłego zdarzenia, które postanowił uwiecznić na ścianie budynku. W tę część opowieści trudno mi jednak uwierzyć. Żył podobno w Wenecji pewien mężczyzna – nie znamy jego imienia – którego ojciec był lewantyńskim Żydem, obywatelem tureckim, matka zaś Wenecjanką. Tenże porywczy człowiek w turbanie (brutalność jego natury tłumaczono złożonym rodowodem) w dzikim szale zabił kochającą go matkę, wyrywając jej serce. Biegł potem ulicami miasta, szlochając głośno, aż wpadł na plac przed bazyliką Santi Giovanni e Paolo, gdzie potknął się o krawędź bruku lub o stopień kamiennego mostu i wypuścił z rąk krwawiące serce. Szlachetny matczyny narząd wydał z siebie zatrwożony głos, pełen niepokoju o los syna. Tego już było jednak za wiele – tragiczny matkobójca utopił się z rozpaczy w wodach laguny. W tę część opowieści, jak już wspomniałem, trudno mi jednak uwierzyć.

A może człowiek w turbanie to lekarz, pierwszy transplantolog, naukowiec badający zagadkę życia? Szukał w tym sercu prawdy, duszy, a znalazł tkankę, mięsień? W Historii Wenecji Norwicha czytamy, że „już w 1335 roku rząd w pełnym wymiarze godzin zatrudniał dwunastu lekarzy-chirurgów, których – tak samo, jak wszystkich innych licencjonowanych medyków – prawo zobowiązywało do corocznego uczestnictwa w kursach anatomii uwzględniających między innymi sekcje zwłok”. I dalej: „lekarze mieli zakaz opuszczania miasta w czasach zarazy, a także obowiązek przypominania pacjentom – najpóźniej podczas drugiej wizyty – by dokonywali rachunku sumienia i doglądali swych doczesnych dóbr. Miało to zmniejszyć liczbę osób umierających bez testamentu”. Zawsze zaradna Republika. Dziś człowiek w turbanie z sercem w dłoni strzeże wejścia do weneckiego szpitala. Jak pisał Josif Brodski, „do tego, jakimi będziemy na wieki, lepiej przywyknąć w dzisiejszym dniu świata”.

San Michele

Jaszczurka migocąca wśród bluszczów i cierni

przywiodła mnie do ciebie na wyspę umarłych…

RYSZARD KRYNICKI

 

 

Vaporetto nie było zatłoczone. Postawny franciszkanin w okularach z ciężką walizką, kilka kobiet z kwiatami (wdowy?), Amerykanie udający się na Murano po weneckie szkło i my – jedni z nielicznych turystów odwiedzających cimitero przed południem. Z daleka widać było cyprysy wystające ponad krawędź muru otaczającego wyspę. Niezwykłość zarówno tego obrazu, jak i utajonego sposobu, w jaki ceglany mur wyrasta wprost z zielonej wody laguny, podkreślało jeszcze wspomnienie reprodukcji starej fotografii, na której skuty lodem basen między Madonna dell’Orto a Fondamente Nove przemierzali w pośpiechu ludzie w grubych płaszczach, czapkach i rękawiczkach, a w tyle – za martwą przestrzenią wody lub lodu – widniała sylwetka kościoła San Michele in Isola oraz cyprysy, tym razem z ciekawością przyglądające się sponad muru scenom rozgrywającym się na lagunie. Na pierwszym planie, bliżej nas, chłopiec (przypuszczalnie on jeden miał szansę dotrwać do naszych dni) powstrzymywany dłonią ojca przed kolejnym krokiem, którego lód w tym miejscu mógłby już nie wytrzymać. W pobliżu kobieta – idąca samotnie, z opuszczoną głową – próbuje odczytać ze śladów na świeżym śniegu przyszłość swego nienarodzonego jeszcze dziecka. Zdjęcie przypominało obrazy Guardiego: podobne zarysy postaci – ciemne plamy z falującymi brzegami płaszczy, z tym że tłem był nie pożar miasta, lecz cmentarz.

Zbliżaliśmy się, pozostawiając za sobą Fondamente Nove, ostatni przystanek, z którego można jeszcze zawrócić. Niedaleko znajduje się Fondamenta dei Mendicanti i szpital. Koci spacer przy murze tego budynku opisał w Znaku wodnym Brodski: „Gdyby ktoś w tym momencie zwrócił się do mnie, zamiauczałbym”. Wspaniały tancerz, Michaił Barysznikow, wspominał, że poeta zaproponował mu przejście na „ty”, pod warunkiem że będzie mógł nazywać go Mysz, nie Misza. „Sam przedstawiał się jako kot Josif, czemu towarzyszyło miauknięcie. I zwracaliśmy się tak do siebie aż do samego końca”. Brodskiego sympatia do kotów nie mogła nie przeobrazić się podczas pobytów w Wenecji w sympatię dla skrzydlatych lwów, w dodatku oczytanych. Stąd lew św. Marka – ta „sprawniejsza fizycznie i kulturalniejsza wersja Pegaza” – widnieje na okładce tomu A Part of Speech. Na Burano widziałem perskiego kota wylegującego się na przycumowanej do brzegu łodzi. Był ogolony, puszyste pozostały mu tylko łapki, ogon i pyszczek. Po krótkiej drzemce zgrabnie zeskoczył na nabrzeże i odszedł, zwiewnie machając puszystym ogonem. Brodski jako kot byłby prawdopodobnie kotem zwykłym, nie persem, tutejszym, jednakże nietracącym nic z wrodzonej elegancji i tajemniczości, kotem ze starej fotografii. Wprawdzie lodowa atmosfera nie jest przyjazna kotom, wiemy jednak, że poeta odwiedzał Wenecję głównie zimą.

Fotografia Brodskiego: cztery linie prawie doskonale równoległe, cztery linie zmarszczek na czole, znak niezaliczany do rubryki „szczególne”, a mimo to od razu zauważalny. System nacięć na skórze odzwierciedlający to, co jest głębiej, pod czaszką i oponami; jakby szlaki nerwowe nie chciały korzystać z receptorów i same szukały kontaktu ze światem. Odciski myśli. Czoła chlubią się swoimi zmarszczkami, pewnie dlatego bywają takie wysokie. A jeżeli w ogóle można kogoś rozpoznać po krajobrazie czoła, to właśnie Brodskiego – poetę o twarzy z marmuru, co wcale nie oznacza, iż bez wyrazu – wręcz przeciwnie. „Dziwna to rzecz – twarze poetów” – pisał. Rzeczywiście, dziwna.

W zatopionym w półmroku kościele rozlegał się stukot maszyny do pisania, paliły się świece. To tylko zakonnik pracujący jak zwykle w zakrystii. Na zewnątrz powietrze oddychało kurzem, remontowano krużganki. Dostałem nową mapę cmentarza, mniejszą niż poprzednio, za to z dokładnym adresem, nawet internetowym, oraz z niezrozumiałym dla mnie zdaniem po włosku zawierającym słowa: programma LIFE. Trudno o lepszą reklamę cmentarza. Drogę i tak znałem na pamięć – kwatera XV, gdzie Pound i zaraz Brodski. Było południe, czas, kiedy jaszczurki polują. Na białym nagrobku napis cyrylicą i po angielsku: Joseph Brodsky oraz daty: 24 V 1940 – 28 I 1996. W rozmowie z Wołkowem Brodski, wspominając Achmatową, mówił: „Pamiętała, kiedy kto umarł i kiedy się urodził. Pewne daty były dla niej ważne. Osobiście nigdy nie przypisywałem podobnym sprawom jakiegokolwiek znaczenia. Pamiętam, że dwa albo trzy razy poważne nieprzyjemności w moim życiu zaczynały się z końcem stycznia. Ale był to czysty zbieg okoliczności...”.

Muszle, kasztan, rozgwiazda. I trzy koty przyklejone do kamiennego łuku nagrobka: jeden czarny, smukły, o białym pyszczku i żółtych oczach, które błyszczą w weneckim cieniu, oraz dwie białe kotki: jedna w różowym koszyku, a druga z ogonem faliście opadającym. Najbardziej niezwykłe koty Wenecji. Zabawki, przyjaciele, stróże tajemnicy, wiedzy o tym, co jest potem. Czyje dłonie przymocowały te koty do grobu? Zresztą to nieważne. Brodski wie, zna te dłonie. Na tylnej ścianie nagrobka, u dołu napis po łacinie. W kubeczku obok drobne monety: głównie liry i ruble – na wszelki wypadek. I cisza. Tylko powroty jaszczurek i szyszki na pustej ścieżce.

Kartkaz Burano

Wyspa Burano słynie z wyrobu koronek. Każdy dom w miasteczku pomalowano na inny kolor. Mają tam jeszcze krzywą wieżę. Jest też targ rybny – gdy przychodzę, jest już pusty. Pozostał tylko zapach, krew na stołach. Wracam w to miejsce dla krajobrazu. Rozpościera się stąd jeden z najpiękniejszych widoków świata: senne, zamglone miasto rozłożone na śliskiej lagunie jak na szezlongu. Wenecja – jak mawiał Brodski – to ukochana osoba oka, miasto spojrzenia. Uwieczniana na obrazach, fotografiach i akwafortach ciągle najlepiej przedstawia się w rzeczywistości. Jest piękna, choć może już nie tak młodzieńczo śliczna z ciemnymi włosami rozwianymi na wietrze. Przypomina raczej smutną kobietę, dostojną i wytworną, lecz z podkrążonymi oczami. W dramatycznych chwilach acqua alta, gdy dmie przeklęty wiatr uwolniony z worka Ajolosa, prowadząc ze sobą fale wody jak hordy najeźdźców, zwłaszcza u progu lub pod koniec zimy, bezbronne miasto wygląda jak Marzanna, co z trudem łapie oddech i daremnie wyciąga chudą rękę, by ktoś wydostał ją z topieli.

Myślę o Brodskim, zawsze gdy odwiedzam lagunę. Dostałem kiedyś w prezencie Rozmowy z Josifem Brodskim, wydanie rosyjskie, zakupione w Petersburgu na Litiejnym Prospekcie. W rozmowie zatytułowanej Włochy i inne podróże poeta wspomina swe zauroczenie Wenecją, pierwsze lektury, fotografie, pocztówki w sepii. Pisał później w Znaku wodnym: „[Miasto] było czarno-białe, jak przystało czemuś, co wyłania się z literatury, albo z zimy; arystokratyczne, mrocznawe, chłodne, o przyćmionych światłach [...], z udrapowanymi w stylu Belliniego / Tiepola / Tycjana kobiecymi ciałami zamiast obłoków”.

Chodzę po Wenecji jak włoski detektyw, komisarz. W Pensione Accademia zapytałem portiera, czy to może tu zatrzymywał się Brodski. Portier nigdy o nim nie słyszał. Śladów pozostało niewiele lub to ja tropię niewprawnie.

Valeria Luiselli, pisarka urodzona w Meksyku, przemierzyła kiedyś pół świata, by zobaczyć grób Brodskiego na San Michele. W Sidewalks porównała swoje poszukiwania miejsca wiecznego spoczynku poety z umówionym spotkaniem z jeszcze obcym dla nas człowiekiem w kawiarni czy hotelowym lobby. Wypatrujemy kwiatu we włosach lub w butonierce, charakterystycznej postawy, fryzury, okularów w szylkretowej oprawce. Tak na cmentarzu przyglądamy się nagrobkom niczym twarzom, profilom. Luiselli długo nie mogła dotrzeć do celu, gubiła się wśród kwater katolickiej części nekropolii. Zmęczona, przysiadła w cieniu cyprysów i zapaliła papierosa. Brodski pewnie przyłączyłby się do niej z chęcią.

Na nagrobku wyryty jest napis: „Letum non omnia finit”. Te słowa pochodzą z podziwianej przez poetę elegii Propercjusza Spotkanie we śnie: „To, co mówią o duszach, to nie jest baśń: ze stosów / Umyka blady cień; śmierć nie kończy wszystkiego”. Czasami widzę Brodskiego, jak wchodzi po schodach. Te schody skrzypią. Poręcz wije się, ucieka. On oddycha ciężko. Potem wszystko znika. Czytam wiersze.

Campo SantaMargherita

Może to najtańsza wenecka kawiarnia. Gdy wszedłem do niej po raz ostatni, właściciel lokalu i kelner w jednej osobie próbował właśnie zajrzeć pod ladę, dość długo się wiercił (na mnie nie zwrócił dotąd uwagi), by wreszcie zanurkować pod burtę baru, a gdy już wydostał się na powierzchnię, wspierając się lewą ręką o podłogę i kolana, stanął przede mną rozpromieniony – w prawej ręce uniesionej na wysokość twarzy dumnie trzymał monetę, drobną przyczynę tej chwili szczęścia. Wziąłem to za dobry znak i pomyślałem, że jeszcze tu wrócę. Przecież nie czarny kot, nie zbite lustro ani złe spojrzenie, lecz szczęśliwa moneta, jak te znalezione przypadkiem dawno temu na ulicy albo w piasku na plaży. Cały zapas szczęścia, niewyczerpywalny. I stało się. Jestem tu znowu, w cieniu pod daszkiem rozpiętym nad wejściem do kawiarni. Siedzę przy okrągłym stoliku i popijam najmocniejszą na świecie kawę.

Przyglądam się mewom, wydzierają sobie rybie resztki. Sprzedawcy myją zakrwawione ręce. Jak co dzień przez plac przechodzi upośledzony chłopiec, uśmiechnięty i życzliwy dla wszystkich. Pozdrawiają go głośno kelnerzy, starsza pani z psem. Jest ciepło, przed dwunastą. Czytam o wizycie Brodskiego u Audena w Kirchstetten. W czerwcu 1972 roku Brodski wysiada z samolotu na lotnisku w Wiedniu. Na tej ziemi najbliższy jest mu uwielbiany poeta. Dwa lata wcześniej Auden przygotował krótką przedmowę do pierwszego autoryzowanego zbioru wierszy Brodskiego po angielsku Selected Poems. Książka ukaże się dopiero w 1973 roku i będzie dedykowana pamięci nieżyjącego już wtedy Wystana Hugh Audena. Trzymam ją teraz w dłoni. Na stronie tytułowej znajduję autograf cyrylicą, z dopiskiem „alias: Joseph Brodsky”. Oprócz kolejnego etapu przemiany żydowskiego chłopca z Petersburga w dwujęzyczną chimerę czy raczej centaura dopatruję się w tym krótkim zapisie skrytego uśmiechu poety, który w angielskiej wersji własnego imienia wykorzystał zamiast litery „o” znak słynnego brytyjskiego wydawnictwa – zgrabny owal skrywający wewnątrz sympatycznego pingwina. Wstęp pióra Audena jest ciepły, lecz ocena wierszy wyważona (poeta nie znał rosyjskiego). Autor Tarczy Achillesa nazywa Brodskiego wspaniałym rzemieślnikiem, „excellent craftsman”.

Najciekawiej o wizycie w Kirchstetten i pierwszym spotkaniu poetów pisał sam Brodski w eseju Sprawić przyjemność cieniowi. Mówił głównie ten starszy, młody Rosjanin słuchał, co pewien czas zadawał proste pytanie zaczynające się od „Mister Auden, co Pan sądzi o...”. Zmęczony życiem, uzależniony od alkoholu Auden nie był łatwym rozmówcą. „Przestał rozmawiać z ludźmi i zaczął mówić do nich, popadał w monologi, które do szóstej wieczorem były błyskotliwe jak zawsze, lecz później stawały się coraz mniej spójne, im więcej wypił alkoholu” – pisał Lew Łosiew. W liście Brodskiego do Łosiewa z tego okresu czytamy o Audenie: „Po lunchu – drzemka – jedyna godzina dnia spędzona w trzeźwości”. Mimo to Brodski na zawsze zachował postać Audena we wdzięcznej pamięci, więcej, widział w nim mistrza, nauczyciela. Z Austrii polecieli razem na festiwal poetycki do Londynu. W książce Połuchinej znajduję fotografię z festiwalu: rozbawiony Auden w towarzystwie przyjaciół, tuż obok wyraźnie przejęty sytuacją, jakby oddzielony od rozmówców niewidzialną szybą – Brodski. Tę zatrzymaną na zawsze chwilę zestawiam w pamięci ze zdjęciem ze Sztokholmu przedstawiającym uśmiechniętego noblistę podczas uroczystego bankietu.

Odrywam się od książek i spoglądam na plac. Mew już nie ma, targ sprzątnięto. Domy po drugiej stronie placu wyglądają jak ustawione równo klocki w dziecięcym pokoju tuż przed wizytą gości. Na kilku ławkach odpoczywają podróżni, ktoś pije wodę z kranu. Nic niezwykłego. Powiewa nad nami czerwona flaga ze skrzydlatym lwem. Bestia unosi się w powietrzu i opada. Jak anioł stróż – stale ma nas na oku.

VillaMaravege

Zamieszkałem w Villi Maravege w Dorsoduro. Villa była kiedyś rosyjskim konsulatem, od ponad pół wieku budynek jest dostępny dla podróżnych wszystkich narodowości. Pensione Accademia – taką nosi teraz nazwę – było celem moich weneckich spacerów już kilka lat temu, wcześniej nie udało mi się jednak zatrzymać tu dłużej. Brodski pierwszy raz przyjechał do Wenecji zimą 1972 roku, już po wygnaniu z Rosji i półrocznym pobycie w USA. Zatrzymał się właśnie w Pensione Accademia, którego hol „o klasztornym trochę wyglądzie” nie wywołuje obecnie skojarzeń z chłodnymi korytarzami czy celami mnichów – przynajmniej nie latem. Poeta odtworzył scenerię hotelu w pierwszej strofie swego weneckiego wiersza Laguna z 1973 roku. Za każdym razem, gdy przechodziłem przez hol, przysłuchiwałem się ściszonym rozmowom, wypatrując staruszek dyskutujących o Golgocie.

W bibliotece na Zattere widziałem wystawę poświęconą Strofom weneckim Brodskiego. W ciemnej sali wisiał duży ekran, pojawiały się na nim pejzaże miasta widziane z lotu ptaka. W tle silny męski głos jak oddech herosa z zaświatów. To Brodski odczytuje Strofy weneckie po rosyjsku. „Ton modlitewny, głos rozkołysanego dzwonu, coś, co przypomina jednocześnie modlitwę cerkiewną i śpiew kantora w synagodze” – pisała o sposobie recytacji Brodskiego Elżbieta Sawicka. Byłem sam, wyglądało to tak, jakby on mówił tylko do mnie, jakbyśmy rozmawiali. Dopiero po chwili dostrzegłem podświetlone karty pergaminów. Każdą ze strof autor wystawy opatrzył ryciną przypominającą pieczęć z dawną mapą Wenecji albo słoje drzewa, albo oglądane pod mikroskopem leukocyty.

Do Villi Maravege wchodzi się przez mały ogród z posągami panien w negliżu. W korytarzu na piętrze zgromadzono antyki, stare maszyny do szycia, jest też pianino, rycerska zbroja, katalogi Prady i trochę książek. Fotel, w którym na chwilę usiadłem, był tak głęboki, że można w nim utonąć. Tuż obok rzeźba Maura broniącego się przed ciosem. Mieszkałem na pierwszym piętrze w pokoiku o lilipucich rozmiarach, miałem za to łatwy dostęp do wszystkich sprzętów. Najbardziej przydatna okazała się wąska półka tuż nad łóżkiem, idealna do przechowywania książek, które dzięki temu były dosłownie stale „pod ręką”. Czytałem wtedy Zaślubiny Kadmosa z Harmonią Roberta Calasso i biografię Brodskiego pióra Lwa Łosiewa. Brodski w przedmowie do Zaślubin wyznaje, że większą przyjemność od trzymania tej książki w ręku mogłoby mu sprawić tylko jej napisanie. Dzięki tej lekturze wędrówek po Wenecji nie odbywałem samotnie; stale towarzyszyły mi postaci o pięknych imionach i „z radością niezniszczalności w oczach”, jak pisał Kawafis.

Stanąłem przed białą fasadą weneckiego palazzo. W południe miałem się tu spotkać z amerykańskim malarzem Robertem Morganem, przyjacielem Brodskiego, adresatem dedykacji w Znaku wodnym