Tytuł możliwy do wypożyczenia z oferty Depozytu Bibliotecznego.
[PK]
Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej!
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
ISBN 8385875727
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Żorach
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 205
Rok wydania: 1993
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jacek Mróz
&■ r&z- .
I '
l I
TERMIN ZWROTU:
2 3. MAR. 2022
11 t:a 2023
I
I
i I KSIĄŻEK. !> ADRES:
LISTY I
BIBLIOTEKA
prowad; Miejska Biblioteka Publiczna w Żorach
44-240 Żory, ul. Rybnicka 6-8 tel. 32 43 43 197, 43 44 584
Ofic,..J .7
„WARMIA" 10-029 Olsztyn ul. Prosta 38 tel./fax (0 89) 534 00 75 godz. 8.00-15.00
Dział Handlowy lub 10-686 Olsztyn
ul. Barcza 5/12 tel. (0 89) 542 96 43 godz. 18.00-22.00
PAN SAMOCHODZIK I...
0. Pierwsza przygoda Pana Samochodzika
1. Skarb Atanaryka
2. Święty relikwiarz
3. Wyspa Złoczyńców
4. Templariusze
5. Niesamowity dwór
6. Kapitan Nemo
7. Fantomas
8. Zagadki Fromborka
9. Dziwne szachownice
10. Tajemnica tajemnic
11. Winnetou
12. Niewidzialni
13. Złota rękawica
14. Nieśmiertelny
15. Nieuchwytny kolekcjoner
16. Testament rycerza Jędrzeja
17. Kindżal Hasan-beja
18. Bursztynowa Komnata, tom 1—2
19. Złoto Inków, tom 1—2
20. Arka Noego
21. Rubinowa Tiara
22. Twierdza Boyen
23. Floreny z Zalewa
24. Tajemnice warszawskich fortów
25. Skarby wikingów, tom I—2
26. Zaginiony pociąg
27. Skarb generała Samsonowa, tom 1—2
28. Sekret alchemika Sędziwoja
29. Kaukaski Wilk
30. Arsen Łupin, tom 1—2
31. Zaginione poselstwo
32. Skrytka Tryzuba
33. Łup barona Ungerna
34. Amerykańska przygoda
35. Europejska przygoda
36. Zagubione miasto
37. „Wilhelm GustlofiP'
38. Przemytnicy
39. Wynalazek inżyniera Rychnowskiego
40. Potomek szwedzkiego admirała
41. Operacja „Królewiec"
42. Ikona z Warszawy
43. Buzdygan hetmana Mazepy
44. Czarny książę
45. Fałszerze
46. Bractwa rycerskie
47. Więzień Jasnej Góry
48. Zagadka kaszubskiego rodu
49. Pruska korona
50. Brązowy notes
51. Krzyż lotaryński
52. Szaman
53. Gocki książę
54. Stara księga
55. Relikwia krzyżowca
56. Adam z Wągrowca
57. Złoty Bafomet
58. Baszta Nietoperzy
W przygotowaniu:
— Rodzinny talizman
— Pasażer „Von Steubena"
— Zakładnicy
— kilkanaście kolejnych tomów
Zbigniew Nienacki
— książki dla dorosłych:
1. Podniesienie
2. Z głębokości
3. Sumienie
4. Wielki las
5. Liście dębu, tom 1—2
6. Raz w roku w Skiroławkach, tom 1—2
7. Mężczyzna czterdziestoletni
8. Laseczka i tajemnica
9. Uwodziciel
10. Dagome iudex, tom 1—3
Jacek Mróz
Projekt graficzny Andrzej Mierzyński
Skład komputerowy Daniel Bronowski
...... ^Zdjęci&^na czwartej stronie okładki
Józef Rojek
-i:. _ ki* łi-L ,.
Ilustracje i pastele Józef Rojek
•• JL.........................
<3>
.-■I. -wtlS.
JBN 83-S5875-72-7 © Copyright by Oficyna Wydawnicza „WARMIA" s.c. w Olsztynie Oficyna Wydawnicza „WARMIA" s.c. z siedzibą w Olsztynie
n«i
iczfl
ofkIyh ynfpjffww
WARMIA
Druk i oprawa: Zakład Poligraficzno-Wydawniczy „POZKAL" 88-100 Inowrocław, ul. Cegielna 10/12 tel. (0 52) 35 42 700, fax (0 52) 35 42 705
wstęp
O świcie piątego stycznia 1945 roku, na zaśnieżonym podwórcu przed pałacem w Ahorndorfie stała kolumna ciężarówek z zapalonymi silnikami; było ich dwanaście. Tuż przed otwartą na oścież, ozdobną bramą stał wojskowy motocykl BMW z koszem, a za jego kierownicą, ozdobioną sztywnym proporczykiem Waffen-SS, siedział żołnierz w stalowym hełmie z okularami, okutany w obszerny kożuch i grube rękawice. Miejsce za nim nie było zajęte, jak również w koszu, gdzie z przodu zamocowano karabin maszynowy; teraz ze sterczącą lufą skierowaną w mroźne, blade niebo.
W tej kolumnie wojskowej tylko dwie ciężarówki nie były załadowane; stały z otwartymi z tyłu brezentami. Resztę samochodów zakrywały pokrowce solidnie zasznurowane, a kierowcy utrzymywali jałowy bieg motorów.
Gdyby nie ten jednostajny warkot silników i kłęby spalin wydobywających się z rur wydechowych ciężarówek, zdawałoby się, że świt nadejdzie beztrosko jak co dzień. Ale w tym mroźnym powietrzu wyczuwało się napięcie, jakieś zniecierpliwienie i pośpiech. Gdyby ktoś uważnie wsłuchał się w poranne odgłosy otaczające pałac, zasypany śniegiem park czy opuszczone i pootwierane na oścież zabudowania gospodarcze, usłyszałby dalekie echa wybuchów i głębokie dudnienie ciężkich dział artyleryjskich, dochodzące z północnego wschodu - kierunku wschodzącego słońca.
Kiedy wybiła siódma, otworzyło się ciężkie skrzydło wejściowych drzwi i z pałacu wyszli dwaj mężczyźni. Jeden, ubrany po cywilnemu, w kożuchu i bobrowej czapce, trzymał w ręku obszerny neseser. Drugi był w mundurze oficera SS, również w kożuchu, tyle że na głowie miał stalowy hełm, a przez lewe ramię zwisała mu obszerna raportówka; w dłoni trzymał pistolet.
Starszy pan odwrócił się i zamknął za sobą skrzydło drzwi pałacu, a klucz włożył za pazuchę kożucha.
Oficer zszedł z obszernego podestu, skręcił w lewo i wyszedł poza narożnik pałacu, którego wysmukłe, pseudogotyckie okna kryły się za drewnianymi, ozdobnymi okiennicami. Po chwili marszu stanął, podniósł rękę trzymającą pistolet i wystrzelił w niebo...
Nagle, w kilkusekundowych odstępach, nastąpiły dwa wybuchy; to pseudogotycka baszta, stojąca wzdłuż muru okalającego park i pałac, rozpadła się tak dziwnie, że tylko wieżyczka uniosła się nieco i zapadła w czeluść własnego wnętrza. Drugi wybuch spowodował, że ponad park uniosło się z wielkim krakaniem stado czarnych wron i kruków, i zaczęło krążyć zdezorientowane nad wzbijającąsię w niebo śnieżnąchmurę pyłu...
Cywil w tym czasie, nawet się nie oglądając, podszedł do szoferki ciężarówki stojącej gdzieś w połowie kolumny i wszedł do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Bo chwili rozległ się tupot żołnierskich butów i kilkunastu doskonale uzbrojonych żołnierzy Waffen-SS, wysypało się spoza pałacu i wskoczyło do pustych ciężarówek.
Oficer zaś, krzycząc: „loss", „loss" na swoich podkomendnych, również podszedł energicznie do wojskowej ciężarówki stojącej za motocyklem i zatrzaskując drzwi szoferki, dał znak ręką do wyjazdu kolumny wozów.
A kiedy kolumna ciężarówek przejechała bez pośpiechu przez wieś i skręciła na zawianą śniegiem drogę w kierunku Lóbau, znowu można było usłyszeć w ciszy poranka dalekie echa wybuchów i huk artylerii - to nadciągał ze wschodzącym słońcem 2. Front Białoruski, którego wojskami dowodził marszałek Konstanty Rokossowski...
rozdział pierwszy
nieoczekiwany telegram • nici z urlopu w rymanowie • list architekta • wyprawa do klonowa czy na bitwę pod grunwaldem • brązowoskóry
W sekretariacie Ministerstwa Kultury i Sztuki, jak co dzień, czekało na mnie kilka reklamowych druków, jeden zwyczajny list w niebieskiej kopercie oraz jakiś telegram. Ten telegram był właściwie adresowany do pana Tomasza, ale wręczyła mi go sekretarka, panna Monika, uśmiechając się do mnie lśniącymi, białymi zębami:
- Panie Pawle, ten telegram jest dla pańskiego szefa, ale ponieważ nagle wyjechał, więc przekazuję go panu.
- Ach tak - westchnąłem. - Pan Tomasz wyjechał?
- Właśnie przed chwileczką telefonował, że dzisiaj go nie będzie, jest bowiem w drodze do Olsztyna...
- Do Olsztyna? - zdziwiłem się.
-Tak. Wyjechał świtem do Olsztyna. Aten telegram ma panu wszystko wyjaśnić.
- A niech to - burknąłem do siebie. - Pan Tomasz miał mi podpisać kartę urlopową...
Byłem wściekle zawiedziony, jako że szykowałem się na dwutygodniową wędrówkę po okolicach Rymanowa z pewnym Mistrzem Pędzla, który mnie o to bardzo prosił. Miał zamówienie na obrazy z tej części Bieszczad, a nie miał kompana do towarzystwa.
- Rzeczywiście, pan Tomasz wspomniał o pańskim urlopie. Ale niech pan to rozważy...
W oczach panny Moniki dostrzegłem jakby maleńkie iskierki złośliwości, sama bowiem również nie mogła pójść na urlop, ponieważ jej koleżanka z sąsiedniego departamentu chorowała i nie miał ją kto zastąpić.
- Oczywiście, rozważę!
Zabrałem korespondencję do swego pokoju. Reklamowe druczki wrzuciłem do kosza, a następnie sadowiąc się za biurkiem przed komputerem, rozerwałem telegram:
Drogi Tomaszu, właśnie zaczyna się remont Baszty Nietoperzy w Klonowie. * Pańska obecność albo kogoś innego byłaby wskazana. Zabielski. Komenda Wojewódzka Policji w Olsztynie.
Byłem zdezorientowany. Jaka baszta? Jakie Klonowo? Kto to ten Zabielski z Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie?
Sięgnąłem po niebieską kopertę. Z tyłu widniał podpis: Krzysztof Artawiński z Gdańska.
Trochę mi ulżyło, kiedy przypomniałem sobie mego kolegę ze studiów. On studiował architekturę, ale przez ostatnie dwa lata mieszkaliśmy w jednym pokoju w akademiku.
Rozerwałem niebieską kopertę i zacząłem czytać:
Witaj, detektywie Pawle!
Dawno nie mieliśmy kontaktu ze sobą, a taki wkrótce się nadarzy. Otóż, nasza firma (jestem współudziałowcem) wygrała przetarg na zakończenie odbudowy pałacu w Klonowie koło Lubawy. Będę tam kilka miesięcy. Zaczynamy od lipca. Kwatery prywatne przygotowane, jest nawet pokój dla warszawiaka, który pracuje w Ministerstwie Kultury i Sztuki. W Klonowie również mogą być ciekawostki tego typu, za którymi gonisz nie tylko po Polsce! Trzeciego lipca mam spotkanie w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Myślę, że to spotkanie również dotyczy Ciebie, więc w ciemno zapraszam do Olsztyna, a następnie do Klonowa.
Twój Krzysztof — architekt wykonawca
Uff...
Moje chwilowe zdenerwowanie powoli ustępowało. Zdaje się że znowu zaczyna się przygoda. Należało tylko teraz przekonać malarza do przesunięcia terminu jego malarskich peregrynacji po okolicach Rymanowa i wyjechać jutro do Olsztyna na spotkanie z Krzysztofem i policjantem Zabielskim.
Wtem zadzwonił telefon. W słuchawce usłyszałem głos pana Tomasza:
-Zawiedziony? - zapytał, jakby wiedział intuicyjnie o moim niewesołym stanie ducha.
♦ Nazwa miejscowości została zmieniona na prośbę nowego właściciela pałacu.
-Nieee - jąkałem się. - Chyba nie. Mój urlop trochę poczeka, a przy okazji uda mi się zdążyć na bitwę pod Grunwaldem - odparłem uszczypliwie.
- Na bitwę pod Grunwaldem? — szef był zdezorientowany.
Ucieszyłem się z tego w duchu, bo dodałem:
- No, na bitwę, która ma się odbyć 15 lipca, a mają przybyć na nią najzacniejsze poczty rycerskie z całej Europy, zaproszone przez wielkiego mistrza zakonu krzyżackiego Ulryka von Jungingena, aby pognębić dzikich Słowian i Litwinów Władysława Jagiełły i Witolda - trajkotałem złośliwie wyuczoną lekcję z historii średniowiecza.
W słuchawce usłyszałem śmiech pana Tomasza.
- Brawo, brawo. Jeden zero dla ciebie. Zawsze wierzyłem w twoje zdolności w naukach-historycznych. Ale o bitwie pod Grunwaldem naprawdę zapomniałem...
- Doprawdy? - upewniłem się.
- Tak - odpowiedział i zaraz dodał: - Więc nie masz żalu o ten urlop, prawda?
-Nie, panie Tomaszu. Tym bardziej, że dostałem również list od kolegi, architekta, który wspomina o Klonowie, jak i o mającej się odbyć rozmowie u jakiegoś Zabielskiego w komendzie policji w Olsztynie...
- Podinspektora Zabielskiego - przerwał mi pan Tomasz. - Właśnie siedzę w jego gabinecie i rozmawiamy na interesujące nas tematy.
- Ooo, nie traci pan czasu.
- Oczywiście, Pawle - zgodził się pan Tomasz. - Dlatego, jak przeżyjesz tę bitwę pod Grunwaldem lub nie dostaniesz się do niewoli krzyżackiej, to daję ci urlop na wyjazd do Rymanowa, zgoda? Dla podratowania zdrowia, po sińcach zebranych w obronie czci rycerstwa słowiańskiego. Ale uważaj, bo jak donieśli wywiadowcy, Krzyżacy wiozą kilka wozów pełnych konopnych sznurów, by nimi spętać pojmanych Słowian - zakończył sarkastycznie pan Tomasz. -1 do zobaczenia w Olsztynie, trzeciego lipca o dziesiątej rano.
Usłyszałem brzęk odkładanej słuchawki.
Odetchnąłem z ulgą, jako że towarzyszenie malarzowi po wertepach Rymanowa wydawało mi się daleko nudniejsze niż penetrowanie zabytków. A na bitwę pod Grunwaldem i tak miałem pojechać, jak tylko wrócę z Rymanowa, nic tak nie służy bowiem zdrowiu, jak solidny trening i fechtunek mieczem w zbroi rycerskiej.
Nie włączając więc nawet komputera, uprzątnąłem swoje biurko. Ale przypomniałem sobie o Mistrzu Pędzla, do którego zadzwoniłem z wyjaśnieniami.
Najpierw okrutnie pomstował na mnie, ale udało mi się w końcu go udobruchać zapowiedzią, że po piętnastym lipca pojedziemy Rosynantem na plener malarski w okolice Rymanowa.
Kiedy zjawiłem się ponownie w sekretariacie panny Moniki, usłyszałem:
- Panu to dobrze. Znowu w teren. Oto delegapja.
- Znowu - odpowiedziałem z uśmiechem, ale dodałem usprawiedliwiająco. -Ale do ciężkiej i niebezpiecznej pracy. Jak wrócę cały i niepo-kiereszowany, to zabiorę panią ze sobą do Zamościa, jak obiecywałem.
- Och, panie Pawle - westchnęła. - Czy na pewno?
- Słowo honoru - uderzyłem się prawą pięścią w pierś.
Roześmiała się serdecznie.
- Chyba się tego nigdy nie doczekam.
Jej śmiech towarzyszył mi aż na korytarzu, kiedy wyszedłem z sekretariatu, więc nawet nie zwróciłem uwagi na nieogolonego faceta w brązowej, skórzanej kurtce i dżinsowych, wyblakłych spodniach, który oderwał się spod ciemnej witryny ogłoszeniowej wiszącej na korytarzu i ruszył za mną.
Kiedy wsiadłem do swego Rosynanta, kilkanaście metrów dalej na parkingu ministerstwa wsiadał również do granatowego opla omegi ów Brązowoskóry, jak go w myślach ochrzciłem.
„Ciekawe typy się tu kręcą po parkingu" - pomyślałem i ruszyłem gwałtownie na Ursynów do swego mieszkania, aby przygotować się nie tylko do wyjazdu do Klonowa, ale również na bitwę pod Grunwaldem.
rozdział drugi
kto ukradł moją kolczugę? • następna niespodzianka • białogłowa czy giermek • znowu brązo-woskóry • gdzie leży klonowo • strzeżonego pan bóg strzeże • co można usłyszeć, gdy się podsłuchuje
W domu czekała mnie niespodzianka, a właściwie dwie niespodzianki.
Pierwsza to taka, że kiedy zszedłem do piwnicy, aby rozpakować swoją zbroję rycerską - wprawdzie jeszcze niekompletną, bo skompletowanie całej było bardzo kosztowne - nie znalazłem jej zakonserwowanej w tekturowym pudle.
Ot, po prostu i pudło, i jego zawartość wyparowały, mimo zmyślnej kłódki zapadkowej i solidnych drzwi obitych dodatkowo dwumilimetrową blachą cynkową. Zbroja się ulotniła, a kłódka była zamknięta na solidnych drzwiach, które dotychczas całkiem dobrze broniły mego dobytku składanego tutaj. Moje dwupokojowe mieszkanko było już i tak niemożliwie zagracone, że nie wszystko mogłem pomieścić, a na pewno nie manekina odzianego w rycerskie żelastwo, bo dużych pudeł nie miałem gdzie trzymać.
Stałem przed pustą półką i gapiłem się jak cielę na malowane wrota.
A było czego żałować, jako że zniknęły skórzane, grube rękawice, hełm z przyłbicą, wykuty bardzo biegle przez płatnerza Ryszarda Złota Rączka oraz najbardziej wartościowe okrycie z metalowych kółeczek, zwane kolczugą, którą zarzucało się na watowany kubrak, aby chroniło górną połowę ciała. Na szczęście miecz i tarczę trzymałem w mieszkaniu.
Wizja wystąpienia w pełnej zbroi w bitwie pod Grunwaldem, jako rycerz Paweł Junior z Mazowsza, ulotniła się wraz ze skradzionym ekwipunkiem z zamkniętej piwnicy.
Dość brzydko zakląłem w duchu i zamknąłem ponownie drzwi piwniczne na tę samą kłódkę, pomyślałem bowiem, że jeżeli zdołał ktoś ją otworzyć, a nic innego nie zabrał oprócz części zbroi, to znaczy, że nie tylko był zmyślnym złodziejaszkiem, ale również wiedział, co ma ukraść.
I nagle pomyślałem o Brązowoskórym, którego zauważyłem w ministerstwie i na parkingu.
Czyżby mnie obserwowano?
Tak. Ktoś życzył sobie, abym nie mógł wystąpić jako rycerz Paweł z chorągwią Mazowsza, bo na pewno wyglądałbym śmiesznie, gdybym stanął na polu bitwy z tarczą i mieczem przypasanym do dżinsowych spodni... Rycerstwo pokładłoby się ze śmiechu.
Wściekły, zacząłem biegiem pokonywać schody na trzecie piętro, do swego mieszkania, gdy przed swoimi drzwiami natknąłem się na drugą niespodziankę, która skulona siedziała na pokaźnym plecaku.
-A cóż to do licha?
- Salem alejkum - usłyszałem głos drugiej niespodzianki i zza gęstwy rozczochranych włosów koloru dojrzałej pszenicy ukazała się twarzyczka Zośki, siostrzenicy pana Tomasza.
Zosia, szesnasto- czy też siedemnastoletnia parmica - nigdy nie mogłem zapamiętać - przyczyniła się już wydatnie do schwytania wraz ze swoim stryjem nieuchwytnego Kolekcjonera, a mnie dopomogła w pogrążeniu Jerzego Batury i odzyskaniu skarbu Hasan-beja.
-Alejkum salem - odpowiedziałem jak zwykle, kiedy się tylko spotykaliśmy, a tych spotkań było bez liku, jako że również towarzyszyła mi w poszukiwaniu Bursztynowej Komnaty. - Do licha, a ty skąd i dokąd zmierzasz? - zapytałem złośliwie. -1 dlaczego znajdujesz się przed moimi drzwiami?
I groźnie na nią spojrzałem, jako że nie byliśmy ze sobą umówieni, a przynajmniej mnie o tym nie było wiadomo.
Wstała z plecaka.
- Chyba urosłaś, prawda? - powiedziałem niezręcznie, bo siostrzenica pana Tomasza wyglądała na całkiem już dojrzałą pannę.
- Chyba na tyle urosłam, by być pańską białogłową i towarzyszyć rycerzowi Pawłowi Juniorowi z Mazowsza w bitwie pod Grunwaldem -odrzekła rezolutnie i pokazała białe ząbki w uroczym uśmiechu. - Atu, mój panie, moje stroje...
I pokazała ręką na plecak.
„Do licha, jaka białogłowa, jaka bitwa? Kto jej o tym powiedział?" -pomyślałem.
Pytań miałem bez liku, ale rozmyśliłem się natychmiast. Domyśliłem się niecnych knowań pana Tomasza, który od dawna wiedział, że nie przepuszczę zlotu rycerstwa na polach grunwaldzkich, jaki odbywa się co roku z okazji kolejnej rocznicy Grunwaldu, gdzie 15 lipca 1410 roku została stoczona jedna z największych bitew średniowiecza pomiędzy Krzy-
.. .skulona siedziała na pokaźnym plecaku.
żakami i rycerstwem Zachodu, dowodzonymi przez wielkiego mistrza UIryka von Jungingena, a wojskami polskimi, litewskimi, ruskimi, czeskimi i tatarskimi, pod wodzą króla polskiego Władysława Jagiełły.
Rocznicę grunwaldzką obchodzono hucznie i wesoło, a pokazy walk i turnieje rycerskie przyciągały tłumy turystów niemal z całej Europy. W tym roku miało być podobnie. Niestety, nie dla mnie, skoro ukradziono mi część zbroi.
-Niestety, moja panno - rozłożyłem bezradnie ręce i dodałem: - Pospieszyłaś się o co najmniej dwa tygodnie i to nawet nie uzgadniając ze mną, a ponadto...
- Co „ponadto"? - przestraszyła się Zośka.
- Ponadto... - cedziłem słowa złośliwie - ponadto...
- Ma pan już swą białogłowę, tak?! - oczy Zosi zaszkliły się. - To może tylko giermkiem zostanę... Proszę, tylko giermkiem...
- No, nie wiem - cedziłem słowa powoli, a Zośce oczęta szkliły się niebezpiecznie, że tylko patrzeć, a poleją się z nich słone kropelki łez.
Nie mogłem do tego dopuścić, więc palnąłem:
- Niestety, ukradziono mi kolczugę oraz hełm, więc ani białogłowa, ani giermek nie są mi potrzebni!
Takiego zdziwienia i zaskoczenia dawno nie widziałem na twarzy rezolutnej siostrzenicy panna Tomasza.
- Jak to? - wyjąkała.
- Po prostu: była zbroja - nie ma zbroi. Ani honoru rycerza - dokończyłem i ruszyłem otwierać drzwi do mieszkania.
Niezdarnie ciągnąc plecak za sobą, Zosia ruszyła za mną i wtarabaniła się ciężko do przedpokoju.
Tutaj w mieszkaniu, na spokojnie, pykając wonną fajeczkę, wyjaśniałem Zosi wszystko po kolei, co dzisiaj mnie spotkało, nie omieszkając wspomnieć również o Brązowoskórym, jak go nazwałem.
- Brązowoskóry? — zapytała i pacnęła się w czoło, jakby oganiając muchę. - Ależ, panie Pawle, ja go też widziałam! Jak wysiadłam z metra i szłam tutaj do pana. Tak, widziałam go! - zapewniała ochoczo.
- Jak to? Gdzie?
- Widziałam - odpowiedziała dumnie. - Po drugiej stronie tej ulicy siedział w samochodzie marki opel omega mężczyzna w rudej kurtce ze skóry i gapił się na mnie. Nawet pokazałam mu język.
Roześmiałem się serdecznie, kiedy sobie wyobraziłem Jak siostrzenica pana Tomasza, obarczona pokaźnym plecakiem, pokazuje język Brązo-woskóremu - widok był na pewno przekomiczny.
Śmiałem się nadal, gdy ta przerwała mi:
-Nawet zapamiętałam numer tablicy rejestracyjnej: WAM 1359.
- No proszę, jaka zdolna - lekko zakpiłem.
- Pewnie, że zdolna i spostrzegawcza - dokończyła rezolutnie.
- A zatem, jesteśmy obserwowani - obwieściłem nie bez zdziwienia, chociaż w moim fachu już od dawna mogłem się przyzwyczaić do zaskakujących sytuacji. A jednak zaczynało być coraz bardziej intrygująco.
- Więc będą panu pomocna, prawda? - zapytała Zośka z nadzieją w głosie. - Nawet jeżeli nie zostanę, białogłową ani giermkiem. Nieraz panu pomagałam.
Popatrzyłem na nią zza kłębów fajkowego dymu i powiedziałem spokojnie:
- Jak i przeszkadzałaś również.
Zaczerwieniła się, ale nie opuściła wzroku.
- Dobrze. Będziesz pomocna. Skoro twój stryjaszek od wczoraj już postanowił za mnie, że zamiast jechać na plener malarski z Mistrzem Pędzla do Rymanowa, mamy razem peregrynować do Olsztyna czy jakiegoś tam Klonowa, to nie ma sprawy... Sprawdźmy zatem, gdzie to Klonowo leży.
Podniosłem się i z regału wyciągnąłem „Samochodowy Atlas Polski", całkiem nowy jeszcze, bo inny, ten używany na co dzień, miałem w Rosy-nancie.
Klonowo leżało w pobliżu Lipowa i Grabowa, niedaleko rzeki Drwęcy, około 30 kilometrów od pól grunwaldzkich. Również niedaleko było z niego do Lubawy. A na północny wschód leżała Góra Dylewska - 312 metrów wysokości nad poziomem morza. Jednym słowem: Klonowo leżało na ziemi lubawskiej.
- Niewiele mamy. Ale wydaje się, że wszystkie dane o zabytku w Klonowie miałem na dysku w komputerze. Na pewno o to zadbał twój wujek, to znaczy stryjek. Szkoda, mogłem dane przedrukować i...
-Nic nie szkodzi. Jutro mamy spotkać stryja Tomasza w hotelu „Pod Bramą". Jest tani i wygodny, tak mi powiedział, rezerwując go na dwie osoby - odpowiedziała Zośka.
-Na dwie osoby? Oddzielnie?
-Tak. Na dwie osoby i oddzielnie - fuknęła i ruszyła do kuchni przyrządzić kolację.
Chociaż tyle dobrego miałem z jej obecności; zawsze, kiedy tylko tutaj nocowała, przygotowywała kolację.
Reszta wieczoru zeszła na pakowaniu i przepakowywaniu z jej plecaka rzeczy do dwóch przepastnych toreb, jakie zawsze zabierałem ze sobą, jadąc gdziekolwiek.
Nie zapomniałem również o zabezpieczeniu miecza i tarczy, na której miałem namalowane trzy złote podkowy na błękitnym tle, jako że Pan Bóg strzeżonego strzeże, ale na wszelki wypadek uzbroić się trzeba.
Kiedy zapadła noc i rozłożyliśmy nasze śpiwory, aby sprawiedliwie lec na podłodze i uniknąć kłótni, kto ma leżeć na jednoosobowej wersalce, wręczyłem Zośce torbę ze śmieciami i powiedziałem:
- Sprawdź przy okazji tego naszego anioła stróża.
Bez słowa wzięła pękatą, czarną torbę foliową i zniknęła w korytarzu.
Nie było jej chyba z pół godziny, aż zacząłem się niepokoić, czy nie wpadła w jakieś tarapaty, jak to ona zwykle czyniła, i już chciałem wyjść z mieszkania szukać jej po osiedlu, ale zjawiła się mocno zadyszana.
- Uff! Ale ich podeszłam...
- Jak to „podeszłaś ich"? - zaciekawiłem się. - To nie był jeden aniołek, a więcej tych stróżów?
- Tak. Było ich dwóch: Brązowoskóry kładł się spać na tylnym siedzeniu, a drugi siedział za kierownicą...
-No, no. Mamy obstawę, do licha!
- Podeszłam ich tak, że nieco słyszałam, jak rozmawiali ze sobą...
- Jak ich podeszłaś? - znowu się zaciekawiłem.
- Zwyczajnie. Ma się te harcerskie sposoby. A zresztą, wokół tyle samochodów parkuje na ulicy... Więc podpełzłam bardzo blisko i słyszałam, jak jeden do drugiego gadał, że po co śledzimy tego wymoczka z ministerstwa... Tak powiedział chyba o panu - tu Zośka zrobiła nie-mądrąminę, ale gadała dalej: - A drugi burknął, chyba Brązowoskóry, bo lepiej słyszałam jego, żeby siedział cicho na tyłku, bo niezłą forsę dostał od Niemca, by śledził Małego Samochodzika... Tak powiedział: „Mały Samochodzik". I że pan jest bardziej niebezpieczny niż...
Zająknęła się.
Podbechtało mnie nieco określenie „niebezpieczny", szczególnie po „wymoczku ministerialnym", ale Zośka nadal relacjonowała.
-.. .niż ten Stary Samochodzik. Tak powiedział: „Stary Samochodzik", który powinien leżeć w łóżeczku w domu starców - a pielęgniarka mu nosek wycierać - nie zaś włóczyć się po zabytkach.
Zośka prychnęła niebezpiecznie.
- Ten facio tak o wujku powiedział, że powinien leżeć w łóżeczku w domu starców, a pielęgniarka mu nosek wycierać!
- Spokojnie, Zosiu, spokojnie. To nieokrzesani faceci.
- Wiem, że nieokrzesani, ale tak o wujku?! - sierdziła się.
-Dobrze, dobrze, ale co dalej mówili?-zapytałem łagodnie aby uspokoić siostrzenicę pana Tomasza.
- Wie pan, tak się zdenerwowałam tą gadką facetów, że niemal wstałabym i...
- Ujawniłaś się?! - zapytałem ze zgrozą.
- Nie. W porę oprzytomniałam, ale więcej nic ciekawego już nie gadali.
- Zośka - powiedziałem poważnie - spisałaś się na medal. Zatem wiemy, że jednak jesteśmy śledzeni, czyli ja i pan Tomasz. No i wiemy, że jednak chodzi o ten pałac w Klonowie. Idziemy spać! - zakomenderowałem, ale długo nie mogłem zasnąć, podobnie jak Zośka.
rozdział trzeci
na trasie e-81 • kolczuga czy gorset • brązowoskó-ry i jego wspólnicy • czy przystają pewne słowa pannie z dobrego domu • polonez zamienienia się
w fiata 125p
Nim po śniadaniu zapakowaliśmy swoje toboły do Rosynanta, w tym oczywiście moją tarczę herbową oraz miecz, ale niestety już bez hełmu i kolczugi, dawno minęła ósma rano, kiedy wreszcie z ulicy Warchałow-skiego na Ursynowie przedarliśmy się przez centrum Warszawy na E-81, czyli w stronę Gdańska i Olsztyna.
Niebo było lekko pochmurne, a rześkie powietrze wpadało przez uchylone okienko i figlarnie buszowało po rozsypanych, lnianych włosach Zośki, której uśmiechnięta buzia była uszczęśliwiona nową przygody w jaką wmanewrował nas pan Tomasz. I jak dotąd, milczał również tajemniczo.
Zośka, kręcąc główkę to na drogę, to spozierając w boczne lusterko Rosynanta, nie wytrzymała długo milczenia i zaczęła:
-A mnie się wydaje, że w tym Klonowie jak nic znajdziemy Bursztynową Komnatę!
Kiedy niegdyś poszukiwaliśmy z całą ferajną Bursztynowej Komnaty począwszy od Górowa Iławeckiego, a kończąc na Elblągu, Fromborku i Braniewie, wszystkie nasze spotkania kończyły się opowieściami o tym jantarowym cudzie.
Tak. To była niezgłębiona zagadka, której nie rozwiązaliśmy, ale emocji było co niemiara. I można było tylko jedno powiedzieć, że północną część Warmii i Mazur spenetrowaliśmy dokładnie.
-A wiesz, że tę Bursztynową Komnatę odtwarzają w Carskim Siole Rosjanie? - zapytałem znienacka.
- Jak to?! — aż podskoczyła w fotelu. — To Rosjanie ją znaleźli? To niemożliwe, nic nie słyszałam.
Uśmiechnąłem się pod nosem, ale poważnie odpowiedziałem:
- Myślałem, że już o tym wiesz. Pan Tomasz ci nie powiedział?
Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.
-Nieprawda! Nic takiego się nie stało, a Bursztynowej Komnaty nie
odnaleziono. Wiedziałabym o tym na pewno. Za rok idę studiować historię sztuki i interesuję się tym.
Prowadziłem równo swego Rosynanta, ale kiedy zerknąłem w górne lusterko, buzia Zośki była nachmurzona.
-Przecież powiedziałem „odtwarzają", a nie „znaleźli". Rosjanie czynią to dlatego, żeby uhonorować trzechsetletnią rocznicę założenia „Wenecji Północy" i miasta białych nocy przez cara Piotra Wielkiego w 1703 roku na bagnach i rozlewiskach Newy nad Zatoką Fińską. A miasto, jak wiesz-kontynuowałem - zmieniało wiele razy swąnazwę. I tak: od założenia po 1914 rok nazywało się Sankt-Pietierburg lub Petersburg, od 1914 do 1924 nazywano je Piotrogrodem bądź Pietrogradem, a po śmierci Włodzimierz Iljicza Lenina miasto nazwano Leningradem. Ostatnio zaś wrócono do starej nazwy Petersburg... A że Carskie Sioło było letnią rezydencją carów rosyjskich, tam ją zamontowano, kiedy car Piotr 1 otrzymał ją w darze od króla Prus Fryderyka Iw 1716 roku... Dlatego na cześć jubileuszu władze rosyjskie postanowiły Bursztynową Komnatę odtworzyć, moja panno...
- Też mi słowo: odtworzyć - burknęła Zośka na cały mój wykład.
- Owszem, bardzo polskie. A znaczy, stworzyć coś na nowo, powtórnie, przywrócić czemuś dawny wygląd według zachowanych fragmentów lub zdjęć. Jednym słowem: zrekonstruować.
Mój mentorski głos zdenerwował Zośkę.
-Czyli, że jej nie znaleźli...
-Nie. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek ją znajdą.
- Zatem może być schowana również w Klonowie - cichutko westchnęła moja pasażerka.
- Owszem, może być schowana. Ale pan Tomasz by mi o tym na pewno coś wspomniał.
-Ach, wujek, wujek. On taki roztargniony, nawet nie wspomniał mi o żadnym Klonowie, tylko że pan jedzie na rycerskie zgrupowanie pod Grunwald i mogę być pańską damą lub białogłową, no, nawet tym nieszczęsnym giermkiem na posługi, gdy...
Nie dokończyła, tylko zaczęła intensywnie spoglądać w boczne lusterko. Ale po chwili powiedziała:
- Ktoś za nami pomyka. Ktoś, komu chyba wczoraj pokazałam cały język i kogo podsłuchiwałam...
Spojrzałem bacznie w moje lewe lusterko.
- Rzeczywiście - odburknąłem. - Czyżby nasi znajomi?
Jeszcze raz spojrzałem.
- Masz rację. To nasi prześladowcy.
Zośka była podekscytowana i pełna entuzjazmu.
- Pan by go na pewno przegapił, tego Brązowoskórego z kompanami! I wcale nie jestem zawadą, chociaż pańską damą nie mogę być, skoro ukradziono panu dziwaczną kolczugę i hełm rycerski.
- Kolczuga nie jest żadnym dziwadłem! - odparłem zwięźle. -To jak gorset dla dam.
- Jaki gorset dla dam?
-No, no... - chciałem wytłumaczyć ręcznie, ale trzymałem przecież kierownicę Rosynanta. - No, gorset to gorset, Sama przecież wiesz.
I coś na kształt rumieńca wykwitło mi na policzkach, bo jak to wytłumaczyć młodej pannicy, co to jest damski gorset.
Zośka jednak szybko pojęła i zaniosła się długim śmiechem.
- Ach, gorset... - parskała, ale nic nie dostrzegła na mojej twarzy, tylko długie cienie mijanych drzew, jakie rzucało słońce przedzierające się przez chmury. - Tylko - dodała poważnie - gorset nakłada się damie na gołe ciało, a kolczugę chyba na kubrak lub zgrzebną koszulę.
- Czy nadal ściga nas ten bezczelny typ? - zmieniłem temat.
- Pewnie, że tak. Chyba mu język pokażę!
- Zaczekaj. To niebezpiecznie tak się wychylać. Mało jest granatowych opli na świecie? Czy to na pewno oni?
Zośka usiadła spokojniej.
- Jeszcze będziesz miała sporo okazji po temu, jeżeli rzeczywiście jest to nasz Brązowoskóry z ferajną - pocieszyłem Zośkę i zerknąłem w lusterko: kilka wozów z tyłu jechał jednak nadal za nami opel omega.
Mijaliśmy właśnie Płońsk, gdy moja pasażerka krzyknęła:
- Panie Pawle, granatowy opel dodaje gazu! Zaraz nas chyba wyprzedzi!
Rzeczywiście, po chwili tropiący nas granatowy wóz przemknął obok.
W wozie było już trzech facetów. Chyba młodych. Ale nie byłem pewny, bo pasażerowie opla trzymali niby od niechcenia przy twarzach uniesione dłonie, tak że zasłaniały ich całkowicie.
Z tyłu, obok zasłaniającego się pasażera, leżała brązowa kurtka.
- WAM 1359 - Zośka wyjęła notesik. - Już zapisuję.
- Nie sądzę, żeby to był prawdziwy numer, zresztą, niech to twój wujek sprawdzi.
I chociaż było to niezgodne z przepisami, wyciągnąłem z kieszonki kamizelki telefon komórkowy i wystukałem numer pana Tomasza, pytając go, na kogo zarejestrowany jest granatowy opel omega o rejestracji WAM 1359.
Odtelefonował po półgodzinie.
- Dzięki, szefie. - Odwróciłem się do Zośki. - Miałem rację. To numer rejestracyjny auta jakiegoś weterynarza urzędującego obecnie w Sochaczewie, który nawet nie wiedział, że ukradziono mu samochód. A tak w ogóle, to pan Tomasz cię pozdrawia i pyta, czy się zachowujesz poważnie, jak przystało na damę, czy jak trzpiotka, z czego właśnie słyniesz.
Popatrzyła tylko przeciągle na mnie i burknęła:
- Jak siostrzenica pana Tomasza!
-A, rozumiem.
Nie usiedziała jednak spokojnie w swym fotelu.
-To zawiadommy chociaż policję!
