Pamiętnik antybohatera i inne utwory - Kornel Filipowicz - ebook

Pamiętnik antybohatera i inne utwory ebook

Filipowicz Kornel

4,4

Opis

W tym wyborze znajdziemy dwa opowiadania, jedną mikropowieść i wiersze Kornela Filipowicza. Wrócił do pisania poezji w latach osiemdziesiątych, ale sam nie chciał nazywać tych utworów wierszami, wolał traktować je jako prozę wierszowaną. Niewola ożyła w ostatnim czasie, krążyła po internecie. Mikropowieść Pamiętnik antybohatera z 1961 roku dzisiaj zyskuje nowe znaczenia. W Egzekucji w zoo zwracają uwagę niezwykłe portrety zwierząt, nawet życie muchy u Filipowicza warte jest namysłu, jak w Ostatnim słowie oskarżonego. A opowiadanie Nike to sen o wolności i nadziei. Te utwory wchodzą w sam środek dzisiejszych sporów i lęków. Czyta się je tak, jakby były pisane dla nas, bo jak się okazuje, Filipowicz dobrze nas znał.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 160

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (25 ocen)
12
11
1
1
0

Popularność




Projekt graficzny: Andrzej Barecki

Korekta: Jolanta Spodar

Na okładce wykorzystano zdjęcie Kornela Filipowicza

z archiwum rodzinnego

Copyright © by Aleksander Filipowicz, Marcin Filipowicz

Copyright © by Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2020

Wydanie elektroniczne 2020

ISBN: 978-83-244-1080-4 (EPUB), 978-83-244-1080-4 (MOBI)

Wydawnictwo Iskry

Al. Wyzwolenia 18, 00-570 Warszawa

tel. (22) 827 94 15

[email protected]

www.iskry.com.pl

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Pamiętnik antybohatera

„...A jednak, jeżeli życie ludzkie jest bezcenne –

postępujemy zawsze tak, jak gdyby istniało coś,

co jest więcej warte niż życie ludzkie. Ale co?”

Antoine de Saint-Exupéry

„Wybuch wojny zastał mnie w X., w pięknej, podgórskiej miejscowości, w której od trzech lat z rzędu spędzałem wakacje.

Pod koniec sierpnia prawie wszyscy letnicy spakowali walizy i wyjechali zatłoczonymi i opóźniającymi się już pociągami. Byłem dwa razy na stacji i widziałem, co tam się działo. Powiedziałem sobie, że to, co robi większość ludzi, nie musi być koniecznie tym, co robić należy – i zostałem.

Tak więc piątego czy szóstego września (mieszkałem w drewnianym domu z balkonikiem na pięterku, w pobliżu szosy) po godzinnej strzelaninie, którą przesiedziałem za radą gospodarzy w piwnicy – zobaczyłem Niemców. Ich wyposażenie, zdyscyplinowanie, ruch, orientacja – były zdumiewające; to było coś więcej niż wojsko zwycięskie. Polacy, których zobaczyłem niebawem już jako jeńców – byli czymś mniej niż pokonanymi; oni byli zniszczeni, unicestwieni. Chcę być szczery w tym, co piszę, i powiem, że nie budzili we mnie nawet litości. Nie sądzę, abym był całkiem niezdolny do tego uczucia. Ale oni byli po prostu: obrzydliwi. Obrzydliwi, oberwani, brudni i dzicy. Zwierzęta w szmatach. To trochę ryzykowne porównanie, ale nic lepszego nie przychodzi mi na myśl. Byłem kiedyś w wojsku, ale nie miałem pojęcia, że ten sam mundur, te buty, broń i wyposażenie mogą tak łatwo i prędko stracić swój wygląd i sens.

Nazajutrz po wkroczeniu Niemców, w jednej z okolicznych wsi, jeszcze w tym czasie niezajętej, zdarzył się taki wypadek: miejscowa nauczycielka (widziałem ją niedługo po tym, zaraz opiszę, jak wyglądała) ukryła się na strychu swojej szkoły i czekała tam przez kilka godzin na przybycie Niemców; wiedziała od sekretarza gminy, który miał telefon, że zbliżają się. Otóż czekała na strychu i wyglądała przez okno, a koło siebie miała karabin maszynowy. Był to, jak ludzie potem mówili, RKM browning, wprowadzony niedawno w wojsku polskim, lekki, z magazynkami po dwadzieścia pięć naboi. Miała tych magazynków coś trzy czy cztery. Niedaleko szkoły było małe błonie ze słupami do siatkówki, odbywała tam z uczniami lekcje gimnastyki. Nauczycielka patrzyła, jak Niemcy przejeżdżają tam i z powrotem główną drogą, omijając z daleka szkołę. Dookoła było cicho, żadnych odgłosów wojny. Dopiero pod wieczór na błonie zajechało parę samochodów i motocykli. Żołnierze pozsiadali z motocykli i opuścili samochody, palili papierosy i zabrali się do jedzenia. Z któregoś samochodu zaczęło nawet grać radio. Nauczycielka wysunęła powoli koniec lufy przez małe, uchylone lekko okienko strychowe – i zaczęła strzelać. Strzelała, strzelała, zmieniała magazynki do ostatniego. I pomyśleć: wystrzeliła sto naboi i zabiła tylko dwóch Niemców! Widziałem ją na drugi dzień; wieźli ją w otwartym samochodzie. Miała na sobie czarną suknię w białe groszki, usta wykrzywione, pod nosem jakiś czarny placek, jedno oko zamknięte – jakby jeszcze celowała, włosy pozlepiane niczym zmokła kura. Wariatka. Tak ma wyglądać bohater? Do diabła z takim bohaterstwem! To było obrzydlistwo! Koło niej, po obu stronach, siedziało dwóch oficerów niemieckich. Jeden miał okulary w złotej oprawie. Obaj mieli bardzo spokojne, ludzkie twarze.

Zatrzymałem się w X. jeszcze dwa tygodnie, gdyż uważałem, że powrót do Z. byłby w tej chwili z wielu powodów rzeczą niewskazaną. Pogody były piękne. Chodziłem na spacery w stronę mostu. Po drodze kupowałem w kiosku stacyjnym gazetę i wracałem naokoło, wzdłuż rzeki. Przysiadałem na pieńku nad wodą, w miejscu gdzie jeszcze niedawno kąpałem się, i czytałem gazetę. Była to zrazu ta sama gazeta, którą czytywałem przed wybuchem wojny, nieco później gazeta zmieniła tytuł. Część redakcji podjęła pracę, wyjaśniając, że czyni to, aby służyć dalej społeczeństwu, informować o wydarzeniach i zarządzeniach nowych władz. W gazecie zaczęły się pojawiać obok komunikatów wojennych, wiadomości politycznych i ogłoszeń urzędowych – notatki o hodowli królików, zabezpieczaniu drzewek na zimę, dowcipy i anegdoty, wznowiono nawet kącik filatelistyczny. Była to żałosna namiastka dawnego wielostronicowego pisma, ale był to równocześnie dowód, że pewne urządzenia w naszym życiu pozostają, chociaż zmieniają się ludzie i władze. Mimo że wojna jeszcze trwała, kursowały już koleje, funkcjonowała poczta, urzędował sołtys – ba! wczoraj widziałem nawet pogrzeb wychodzący z kościoła. Najzwyczajniejszy pogrzeb, wiejski pogrzeb jakiegoś chłopa, który umarł ze starości.

Siadywałem nad rzeką w miejscu, które lubiłem, czytałem gazetę i myślałem. (Było to niezbyt głębokie, spokojne zakole, nigdzie nie kryło, widać było czyste dno). Myślałem: armie walczą z armiami, zwyciężają je, przepędzają – a kraj pozostaje krajem. Wojna jeszcze trwa – ale jej wynik był już przesądzony. Po co jeszcze wojna trwa? Wiadomości, które dzień po dniu nadchodziły, nie pozostawiały żadnych wątpliwości. W trzy dni po Bydgoszczy i Krakowie – padły Radom i Łódź. W ciągu następnych trzech dni Niemcy otoczyli Warszawę i dotarli pod Lwów. W kilku miejscach powstały kotły otoczone ciasno przez niemieckie dywizje; poddanie się ściśniętych tam oddziałów polskich było tylko kwestią czasu. Dzień, w którym to nastąpi, zależał od ilości amunicji, jaką rozporządzały te oddziały. Cudów nie ma.

W miejscowości X. było pusto i spokojnie. Niemcy pobyli dwa dni, potem zabrali się i pojechali na wschód. Nie było słychać strzałów, panowała cisza. Gdy siadywałem w południe nad rzeką, słyszałem często pomruk lecących samolotów, leciały bardzo wysoko i obchodziły bokiem naszą okolicę. Przed wieczorem wracały na południe.

Pewnej nocy, było to już przed moim wyjazdem z X., zbudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Chwilę nie odzywałem się, udawałem, że śpię; nasłuchiwałem i myślałem. Gospodarza nie było w domu, pojechał do tartaku do N. po deski i miał tam zanocować, bo obowiązywała już godzina policyjna. Szesnastoletni syn moich gospodarzy był w chwili wybuchu wojny na obozie harcerskim i nie wiadomo było, gdzie się teraz obracał. Nasłuchiwałem: za drzwiami nie było słychać żadnych głosów ani niepokoju, ale pukanie niebawem powtórzyło się.

– Kto tam? – spytałem.

– To ja – usłyszałem głos mojej gospodyni – proszę pana, niech pan otworzy.

– Co się stało?

– Powiem panu.

Włożyłem spodnie i pantofle i otworzyłem drzwi. Gospodyni stała pod moimi drzwiami. Przytrzymywała rękami chustkę na piersiach. Powiedziała szeptem:

– Mój syn wrócił z wojny...

– No, to dobrze.

– Tak, ale proszę, niech pan zejdzie ze mną na dół...

Zeszliśmy na dół, do ich mieszkania. Świeciła bardzo ostro silna żarówka. Okno było zasłonięte kocem. Na kozetce leżał szesnastoletni chłopak i spał; usta miał otwarte, chrapał i poruszał językiem, jakby chciał coś powiedzieć. Twarz miał opaloną i brudną, na czole siniec, koło ust rozdrapane i zaropiałe pryszcze. Był w sukiennym, staromodnym mundurze, wyciągniętym pewnie z samego dna magazynu mobilizacyjnego. Rękawy munduru były zawinięte, ale i tak o wiele za długie. Wyglądało to tak, jakby chłopak miał obcięte obie ręce.

– Biedaczysko, jeszcze się dobrze nie ułożył, a już spał... – szeptała gospodyni.

– To niech śpi.

– Ale, proszę pana, nie wiem, co robić?

– Nic. Przebrać go w cywilne ubranie.

– Ale proszę pana... – gospodyni dotknęła mojego łokcia i pokazała mi szafę. W kącie za szafą, w całkiem zresztą widocznym miejscu, stał oparty o ścianę karabin. Był to ciężki, długi mannlicher z pierwszej wojny światowej, wycofany dawno z uzbrojenia armii. Karabinami tego typu szkolono już tylko przysposobienie wojskowe.

– Może nabity? – spytała gospodyni i popatrzyła na mnie. W jej oczach nie było strachu, tylko ciekawość i jakiś zły, zwierzęcy błysk.

Otworzyłem zamek; w lufie naboju nie było, komora i magazynek były także puste. Zamknąłem zamek, spuściłem iglicę i postawiłem karabin z powrotem w kącie.

– Co robić, proszę pana, niech mi pan poradzi.

– Co robić? Wyrzucić w diabły to niepotrzebne nikomu żelaziwo! – powiedziałem. Najchętniej teraz zabrałbym się stąd, aby nie mieć z tym nic wspólnego.

– Wyrzucić? Ale gdzie? Ach, żeby mój mąż był – mówiła gospodyni, patrząc na karabin.

– Bo ja wiem? Rzucić gdzieś w lesie albo do wody – powiedziałem, ale uprzytomniłem sobie, że w rzece w najgłębszym miejscu widać dno. – Wrzucić do gnojówki i basta – powiedziałem już zniecierpliwiony.

– Do gnojówki? – kobieta popatrzyła i znów w jej oczach zobaczyłem ten barbarzyński błysk, tym razem już wyraźny – wrogi i zawzięty. – Do gnojówki? – powtórzyła. Poprawiła chustkę i zrobiła bardzo zdecydowany ruch w stronę kredensu. Otworzyła drzwiczki, wyjęła z kredensu latarkę elektryczną i dała mi ją do ręki. Potem zdjęła chustkę i rozpostarła ją na stole. Stałem jak głupi z latarką w ręku i patrzyłem na to, co robi kobieta: podniosła niezgrabnie obiema rękami karabin, położyła go ostrożnie na stole i zaczęła go bardzo dokładnie zawijać w chustkę. Popatrzyłem na chłopca: spał, poruszając ustami. Musiał być bardzo zmęczony, jeśli mógł spać przy takim jasnym świetle. Spytałem:

– Co pani robi?

– Schowamy karabin. Pan mi poświeci – powiedziała. Wzięła karabin na ręce i pchnęła nogą drzwi.

Wyszliśmy na podwórze. Noc była zimna i ciemna. Spróbowałem latarki.

– Cicho! Niech pan jeszcze nie świeci.

Kobieta zatrzymała się pośrodku podwórza i słuchała. Gdzieś daleko szczekał pies. Poza tym było tak spokojnie, jakby w tym kraju nic się nie stało. Kobieta ruszyła w stronę drewutni. Otworzyła drzwi i powiedziała:

– Teraz niech pan świeci.

Odsunęła jakieś zardzewiałe obręcze, blachy i deski. Pod spodem była kupa czarnych, zbutwiałych trocin. Kobieta wygrzebała zagłębienie, włożyła weń karabin i zasypała trocinami. Na wierzch położyła blachę i tyczki od fasoli. Stałem i patrzyłem na jej szybkie ruchy, podobne do ruchów zwierzątka grzebiącego łapami w ziemi.

Potem wróciłem do swojego pokoju i popatrzyłem na zegarek: była czwarta godzina. Nie kładłem się już spać, tylko spakowałem swoje rzeczy i zaścieliłem łóżko. Potem siedziałem, paliłem papierosy i myślałem. Wojna się kończyła, zaczynało się coś nowego. Czekać na to, co będzie, tutaj, wśród ludzi głupich i prymitywnych, było nonsensem. W takich czasach trudno wiedzieć, czego się po takich ludziach spodziewać. Można się łatwo, nawet nie wiedząc jak, wplątać w jakąś idiotyczną kabałę – obojętne zresztą po czyjej stronie. Historia z karabinem była wystarczającym ostrzeżeniem.

Kiedy się rozwidniło, umyłem się, zjadłem śniadanie, pożegnałem się z gospodynią i poszedłem na stację. Wyjechałem pierwszym pociągiem, jaki się nadarzył.

Moje mieszkanie w Z. zastałem w całkowitym porządku. W skrzynce pocztowej zebrało się trochę korespondencji. Dwie spóźnione, sprzed miesiąca, kartki od kolegów z letniska, życzących mi, abyśmy się jeszcze kiedyś spotkali. Pewna moja znajoma z Zakopanego była ciekawa, gdzie się obracam, i wyrażała obawę o mój los. Był to list z przede dnia wybuchu wojny. Poza tym: prospekty loterii państwowej z koniczynką i optymistycznymi hasłami oraz trochę podenerwowanym tonem zredagowane upomnienie o ratę za meble i dywan wzięte na spłaty u Grünberga. Jakkolwiek by się sprawy miały, mogłem być pewny, że Grünberg na przyszłość nie będzie już tak natarczywy. Jadąc dorożką ze stacji, widziałem kilku Żydów z opaskami, na których namalowana była sześcioramienna gwiazda. Oznaczało to, że Żydzi podlegali już jakimś przepisom specjalnym; było to oczywiście bardzo wątpliwej wartości wyróżnienie. Miałem wielu znajomych Żydów, łączył mnie nawet z niektórymi pewien rodzaj zażyłości – ale ich los był mi w końcu obojętny.

Otworzyłem okno, bo w pokoju było duszno. Z przyjemnością stwierdziłem, że wszystko jest na swoim miejscu. Nad krajem przeszła wojna, a mimo to ja ocalałem i znalazłem się znów wśród swoich przedmiotów; oto tapczan przykryty huculskim kilimkiem, w kącie fotel klubowy, wcale nie skórzany, ale bardzo wygodny, nowoczesny. Dalej zgrabna, oszklona biblioteka wyłożona orzechowym fornirem. W bibliotece trochę książek, które lubiłem mieć pod ręką: „Encyklopedia Gutenberga”, „Wielka geografia” i „Historia”, słowniki i roczniki statystyczne. Dalej okrągły stolik, dwa foteliki. Na podłodze puszysty dywan żywiecki. Na ścianach reprodukcje Stryjeńskiej. Pod oknem biurko, na biurku lampa z różowym abażurem. Pod ścianą oparty nowy, lśniący rower. Cztery miesiące temu pewien nader wymowny, pracujący pewnie na procent akwizytor prawie na siłę zmusił mnie do podpisania deklaracji kupna roweru. Miałem się stać jego pełnoprawnym właścicielem po zapłaceniu dwunastej raty, to jest w czerwcu 1940 roku. I oto stałem się jego faktycznym właścicielem znacznie wcześniej. Podobnie rzecz miała się prawie ze wszystkimi przedmiotami, które posiadałem; nawet książki były tylko w połowie zapłacone. Świadomość tego ubawiła mnie: było to moje prywatne zwycięstwo, jakie odniosłem w tej wojnie. Sprawdziłem jeszcze elektryczność i gaz – działały. Wiedziałem o tym z prasy; teraz przekonałem się, że obwieszczenie dotyczące uruchomienia elektrowni i gazowni miejskiej podpisane przez Stadthauptmanna – było zgodne z prawdą. Postawiłem wodę na herbatę i zająłem się rozpakowywaniem walizki.

Po południu wyszedłem na miasto. Na skrzyżowaniach ulic stali żandarmi wojskowi z blachami na piersiach i regulowali ruch. Na jednym z placów ustawiono megafon i nadawano po polsku komunikaty. Naczelna komenda niemieckich sił zbrojnych podawała do wiadomości, że marszałek Rydz-Śmigły uciekł do Rumunii, że bitwa pod Kutnem skończyła się zupełną likwidacją dwóch armii polskich. Z tą wiadomością poszedłem do kawiarni, gdzie przy kawie, już zbożowej, i miniaturowych ciastkach spotkałem paru znajomych. Niektórzy z nich mieli na sobie oficerskie buty i bryczesy wojskowe i nie ukrywali wcale, że jeszcze parę dni temu byli niemieckimi jeńcami. To, że pozwolono im uciec, miało świadczyć, że Niemcy są głupi. Dowiedziałem się, o czym ludzie myślą i mówią: wszyscy zgadzali się, że wojna potrwa co najmniej rok. Tyle, ich zdaniem, trzeba było czasu, aby opieszały Zachód przestawił swoją dotąd pokojową produkcję na wojenną, uruchomił rezerwy i przystąpił do ofensywy. Jej wynik nie budził żadnych wątpliwości. Francja wraz z Belgią, Holandią i angielskim korpusem posiłkowym rozporządzała wystarczającą siłą, aby zatrzymać Niemców nad Renem tak długo, jak tego będzie wymagało sprowadzenie pomocy amerykańskiej i zorganizowanie akcji desantowych we Włoszech, na Bałkanach i w Skandynawii. Klęska Niemiec jest więc tylko kwestią czasu. Dwie siły rozstrzygną o losie Niemiec: uderzenia alianckich wojsk desantowych od zewnątrz – i powstania na terenach okupowanych, w Polsce, Austrii, Czechosłowacji – które rozsadzą imperium od wewnątrz. Pewien starszy, emerytowany oficer, którego znałem z klubu brydżowego, powiedział: a tymczasem – pogotowie. Miał na myśli stan, w którym powinni się znajdować wszyscy obywatele zdolni do noszenia broni. Ktoś zauważył, że my, Polacy, mamy przecież w spiskowaniu zaprawę, można rzec – dziedziczną.

Takie rozmowy prowadzono w kawiarniach przy stolikach, przy których równocześnie zaczął kwitnąć handel dolarami i złotem, a nieco później wszystkim, co tylko można było sobie wymarzyć. Transakcji dokonywało się bezgotówkowo, mówiło się tylko o ilościach i terminach i wskazywano sobie adresy; umówioną prowizję płacił sprzedający. Nie zajmowałem się tym; byłem przekonany, że Niemcy nie ścierpią na dłuższą metę czarnego rynku. Ludzie zachowywali się zresztą prowokacyjnie w stosunku do Niemców: szeptali, odwracali nerwowo głowy, podśmiechiwali się i trącali się łokciami. Było to wstrętne zachowanie się ludzi słabych, pokonanych. Przestałem bywać w kawiarni.

Niebawem upadła Warszawa, w parę dni później poddał się Hel i skapitulowały oddziały generała Kleeberga, wystrzeliwszy ostatnie naboje. Rejestry zabitych, jeńców i sprzętu wojennego, podawane codziennie w gazecie, powiększyły się o nowe cyfry. Wojna była skończona. Nieco później termin geograficzny „Polska” został anulowany, na jego miejsce Niemcy wprowadzili nowe pojęcie: „Generalgouvernement”. Granice tego terytorium, na którym przyszło mi teraz żyć, zakreśliłem czerwonym ołówkiem na mapie w mojej „Wielkiej geografii powszechnej”. Kiedy to robiłem, myślałem o nietrwałości i przemijalności form państwowych. Stwierdzenie to nie było pozbawione żalu; byłem jednak trochę przywiązany czy przyzwyczajony, co na jedno wychodzi, do nazwy i kształtu państwa, w którym dotąd żyłem.

Pogody były piękne. Jesień szła powoli. Dni były słoneczne, ciepłe i przejrzyste jak szkło. Tylko noce były coraz zimniejsze. Pewnego ranka postanowiłem zrobić użytek z mojego roweru i odwiedzić mojego kolegę szkolnego, który prowadził małe gospodarstwo ogrodnicze osiem kilometrów od miasta. Spotkałem go kiedyś na ulicy; huknął mnie w plecy i powiedział, że teraz wszyscy powinniśmy sobie pomagać, i że skoro mam rower, to mogę go czasem odwiedzić. Zjemy, wypijemy, pogadamy o polityce, a na odjezdnym wezmę sobie na bagażnik parę kilo ziemniaków i coś do tych ziemniaków, żeby w zęby nie kłuło. Napompowałem rower, ubrałem się w jasny, sportowy garnitur, włożyłem okulary przeciwsłoneczne i ruszyłem powoli czystym, lekko po nocy wilgotnym asfaltem. Rower szedł jak zegarek. Jechałem wolno, na skrzyżowaniu ulic urzędujący tu od niedawna granatowy policjant zatrzymał mnie dłonią, aby przepuścić kolumnę samochodów pancernych. Wracały ze wschodu, były ozdobione kwiatami, sośniną i trofeami: polskimi hełmami, maskami gazowymi i lancami ułańskimi, na których furkotały postrzępione chorągiewki. Jeden samochód wiózł na sobie całą kolekcję szyldów: „Starostwo Powiatowe w Biłgoraju”, „Helena Strychacz – akuszerka”, „LOPP w Zamościu”. Żołnierze byli opaleni, świetnie odżywieni; ci, którzy wieźli kolekcję szyldów, śmiali się do nas, patrzących. Potem jechały okryte brezentem działa przeciwpancerne, na końcu samochody terenowe z oficerami. W porannym, rzeźwym powietrzu pachniała słodko benzyna syntetyczna.

Kolumna przejechała, policjant zrobił pół obrotu i dłonią w białej rękawiczce wskazał mi wolną drogę. Nacisnąłem pedał i ruszyłem z miejsca. Skręciłem w lewo, wzdłuż muru klasztornego, potem wąską ulicą prowadzącą w stronę rynku. Na końcu ulicy, u jej wylotu, zasłonięte kamienicami słońce rzucało z boku niskie światło i sprawiało, że ludzie i przedmioty widoczni byli jak w akwarium, w jakiejś innej, załamującej inaczej światło substancji. Znałem to miasto od dzieciństwa i, prawdę mówiąc, jeśli byłem do czegoś przywiązany – to chyba tylko do murów, powietrza i drzew, które tak świetnie prosperowały w naszym mieście. Kamienice z lewej strony rzucały głęboki, chłodny cień na asfalt. Minąłem dozorcę zamiatającego chodnik, potem zakonnicę w wielkim, białym kornecie idącą wzdłuż muru drobnym kroczkiem, jakby sunęła na niewidzialnych kółkach. Zbliżałem się szybko do rynku, byłem już u wylotu ulicy – gdy nagle...

Usłyszałem zgrzyt hamulca, nacisnąłem kontrę, zatrzymałem się i zobaczyłem przed sobą maskę samochodu wojskowego. Po obu stronach wozu otworzyły się drzwiczki, dwóch SS-manów wysiadło na boki. Jeden zatrzymał się, drugi podszedł do mnie szybkim krokiem i uderzył mnie w twarz z lewej i z prawej.

Krzyknął:

– Ach, du polnischer Trottel!

Przewróciłem się razem z rowerem na chodnik. Usłyszałem dwukrotne trzaśnięcie drzwiczek i samochód odjechał. Wszystko to nastąpiło po sobie w tak krótkim czasie, że wydawało mi się, jakby stało się jednocześnie. Podnosząc kierownicę, spostrzegłem, że mam zdartą skórę na przegubach palców; miejsca te podbiegały szybko krwią. Wyjąłem chusteczkę i obwiązałem palce. Jakiś człowiek powiedział:

– Skurwysyny...

Zakonnica z czerwonymi policzkami powiedziała cicho:

– Zranił się pan. Niech pan wejdzie do apteki na rogu i zajodynuje...

Czułem wstręt i nienawiść do ludzi, którzy mi okazywali współczucie. Byłbym szczęśliwy, gdyby zaraz na następnym rogu spotkało ich to, co mnie. Spojrzałem na swoje spodnie i zobaczyłem trójkątną dziurę na kolanie, przez którą widać było zadrapaną do krwi skórę. Wyjąłem spod klapy marynarki agrafkę i spiąłem rozdarty materiał. Potem zawróciłem rower, wsiadłem i ruszyłem z powrotem do domu. Jechałem powoli, byłem teraz czujny i ostrożny. Drżały mi lekko ręce i nogi, w mięśniach czułem sztywność, ale panowałem nad sobą. Policjant stojący na skrzyżowaniu ulic dał mi znak, że droga jest wolna. Kiedy go mijałem, zdawało mi się, że przypatrywał się bardzo uważnie mojej twarzy. Uświadomiłem sobie, że nie mam okularów przeciwsłonecznych. Pal je diabli.

W domu umyłem się i zajodynowałem rany. Przebrałem się w piżamę i położyłem na tapczanie. Dla uspokojenia zapaliłem papierosa, a po chwili zacząłem myśleć. Przede wszystkim zadałem sobie pytanie: co mam dalej robić, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo osobiste i zachować swój stan posiadania? To jest, aby żyć i pozostać w tym pokoju wśród moich mebli, sprzętów i książek? Poza resztkami trzymiesięcznej gaży nie miałem żadnych rezerw. Na cóż by się zresztą zdało, gdybym je nawet miał w papierowych złotych. Ten pieniądz, tak zdawało się twardy i silny, który tak trudno było jeszcze niedawno zdobyć – tracił z dnia na dzień wartość i wkrótce będzie świstkiem papieru. Z pieniądzem stało się to samo co z wojskiem, rządem i ludźmi, którzy jeszcze niedawno kimś byli i coś znaczyli. Kupić za resztę pieniędzy złota i dolarów i obracać tym? Miałem za mało kapitału, żeby żyć z procentu, jaki dają operacje wymienne. Zresztą to proceder niebezpieczny; byłem przekonany, że Niemcy nie pozwoliliby mi go długo uprawiać. A może miałbym się zająć czymś takim, jak to słyszę o moich znajomych: pracują w jakichś cegielniach czy kamieniołomach, ktoś, jak mi mówiono, poszedł do tramwajów, ktoś inny do kolei; pewien asystent uniwersytetu jest kelnerem, a były starosta sprzedaje papierosy w kiosku. Jestem magistrem ekonomii, miałem ostatnio dobrą posadę w przemyśle, byłem korespondentem pewnego pisma stołecznego. Byłem kimś – miałbym być teraz niczym? Uciekać za granicę, jak to robią jeszcze niektórzy? Sama ucieczka jest już zbyt wielkim ryzykiem, a potem cała reszta – to zupełna niewiadoma. Jak długo będzie trwać wojna? Pewien znajomy powiedział kiedyś w kawiarni, że woli całą wojnę udawać niemowę i tłuc kamienie na szosie, niż odezwać się jednym słowem po niemiecku. Lubię takie gadanie. Za miesiąc, dwa, jak go bieda przyciśnie, zacznie się oglądać za zarobkiem i przestanie mieć skrupuły. Nie ma bohaterów. Czy ja wiem zresztą, może są; w każdym razie ja nie mam kwalifikacji na bohatera. Armia, która miała bronić mojego kraju i mnie – przegrała wojnę. Kraj został zajęty przez tych, którzy zwyciężyli. Należę do tych, którzy przegrali wojnę, i muszę się poddać tym, którzy sprawują teraz władzę nad krajem. Znajdą się pewnie wariaci, którzy zechcą jeszcze stawiać opór. Większość z nich zginie, a razem z nimi zginie ich bohaterstwo. Tym nielicznym „bohaterom”, którym uda się przeżyć wojnę – zostanie ich bohaterstwo prędko zapomniane. Taki będzie ich los. Tak bywało zawsze w historii. Ale zatrzymajmy się jeszcze na chwilę: przypuśćmy, że zależy mi na tym, aby mnie historia nie zapomniała. Aby kandydować w niej do tytułu „bohatera” – musiałbym dokonać jakiegoś zupełnie niezwykłego czynu. (Pomijając już to, że pojęcie „bohaterstwa” kojarzyło mi się zawsze z wyobrażeniem istoty niespełna rozumu). I do tego musiałbym jeszcze mieć masę szczęścia, aby mój wyczyn został zarejestrowany przez historię. Szansa jest taka mniej więcej, jak wygrać na loterii. Przypuśćmy, że zdarzyło mi się to szczęście. Pozostaje jeszcze pewna zasadnicza przeszkoda: absolutnie nie czuję potrzeby narażania się na śmierć po to tylko, aby zyskać pośmiertną sławę...

Zrobiło mi się wesoło; ruszyłem się na tapczanie, aby sięgnąć po papierosa, i w tej chwili poczułem ostry, piekący ból w kolanie. To świństwo gotowe mi się rozpaskudzić. Wstałem, zrobiłem sobie zimny kompres i położyłem się znów. Zapaliłem papierosa i patrzyłem w okno, za którym widać było przeciwległą kamienicę. Szary, odrapany mur oświetlony był słońcem. Na balkonie siedziała staruszka z nogami owiniętymi kocem i patrzyła przez żelazne pręty w dół, na ulicę. Czasem odwracała głowę i patrzyła w głąb czarnego, pustego mieszkania. Widywałem staruszkę na balkonie od wielu lat; wystawiano ją w pogodne i ciepłe dni na słońce. Na zimę staruszka znikała. Co roku na wiosnę byłem przekonany, że już umarła – ale staruszka pojawiała się znów – taka sama, drobna, sucha, niezniszczalna.

Zapewne, większość ludzi w tym kraju chce, żeby Niemcy przegrali wojnę. Ale nie ma żadnej pewności, że Niemcy ją przegrają. Nie ma człowieka, który mógłby mi co do tego, a zwłaszcza co do mojej przyszłości udzielić jakichś gwarancji. Nikt nie ma prawa wymagać ode mnie bohaterstwa; nikt nie ma prawa żądać ode mnie, abym do końca życia był konduktorem, woźnym czy konwojentem w towarzystwie spedycyjnym – to jest niczym. Moje życie, moje zdrowie jest dobrem najwyższym – i basta. Nikt nie ma prawa kwestionować tego. Chcę żyć, chcę żyć dobrze i być kimś. Chcę mieć pewność, że nie będę prześladowany, piętnowany, traktowany jak istota niższej kategorii. Nie mam poczucia solidarności z istotami prześladowanymi; brzydzę się nimi!

***

Zrobiłem świństwo? Być może, ale