Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie - Raja Shehadeh - ebook

Palestyńskie wędrówki. Zapiski o znikającym krajobrazie ebook

Raja Shehadeh

4,4

Opis

Raja Shehadeh opowiada o tym, jak zielone wzgórza zamieniają się powoli w betonowe twierdze i jak izraelskie państwo przy użyciu administracyjnych wybiegów wywłaszcza mieszkańców z ich ziemi i zasiedla ją swoimi osadnikami. Autor, który jako adwokat udział w rozprawach, zna te historie od podszewki. W książce nie epatuje jednak opowieściami pełnymi przemocy i rozlewu krwi. Jest rzeczowy, opanowany, ale pełen goryczy.

Przez lata dużo czytałem i pisałem o izraelskich planach osadniczych. Wiedziałem, że izraelscy urbaniści pracują nad tym, aby zacisnąć naszym miastom i wsiom pętle na szyjach i odgrodzić je od siebie. Zdarzało się, że w czasie lektury przechodził mnie dreszcz: co będzie, jeśli plany dosięgną miejsca, gdzie mieszkam? Co się z nami stanie? (fragment książki).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 281

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (16 ocen)
7
9
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
aasiasta

Dobrze spędzony czas

Rzadkie spojrzenie z drugiej strony konfliktu Izrael - Palestyna. Autor nie jest bezkrytyczny wobec strony palestyńskiej, ale jednocześnie przybliża szczegóły działania strony izraelskiej w kontekście za/wywłaszczania terenów od lat 40., czego brakuje w publicznym dyskursie.
21
pdefiance

Dobrze spędzony czas

ta książka to piękne wyznanie miłości do Palestyny i udana próba pokazania sytuacji narodu przez krajobraz, naturę i przyrodę. kwestie społeczne i polityczne wydają się być na drugim planie, ale to nieprawda - są trzonem tej książki, w której opis każdego spaceru zawiera albo niebezpieczeństwo ze strony uzbrojonych wojowników, albo obawa lub wspomnienie podobnej sytuacji. smutne jest to zgorzknienie, brak nadziei i złość - zwłaszcza że aktualnie sytuacja Palestyńczyków pogarsza się z godziny na godzinę. jeśli ktoś chce zgłębić temat Palestyny i tego, jak wpływa na nią okupacja i wojna, a niekoniecznie chce zacząć od historycznych, drobiazgowych pozycji, to książka Shehadeha będzie świetnym wyborem, zarówno pod względem treści, jak i formy.
10
mrocznyszpinak

Dobrze spędzony czas

na pewno wartościowa książka choć nie do końca dla mnie ze względu na długie opisy przyrody, prawniczy język i zakorzenienie w historii której nie znam zbyt dobrze
00

Popularność




4.

Klasz­to­ry na pu­sty­ni

Z Wa­di Kelt do Je­ry­cha

Pod ko­niec lat dzie­więć­dzie­sią­tych zda­wa­li­śmy się zmie­rzać ku jesz­cze krwaw­szym cza­som. Ich za­po­wie­dzią by­ło wzmo­żo­ne tem­po bu­do­wy izra­el­skich osie­dli i dróg, za­mknię­cie dla Pa­le­styń­czy­ków czę­ści Za­chod­nie­go Brze­gu, ata­ki osad­ni­ków na pa­le­styń­skich cy­wi­lów i bru­tal­ne za­ma­chy bom­bo­we na lud­ność cy­wil­ną do­ko­ny­wa­ne przez pa­le­styń­skich za­ma­chow­ców-sa­mo­bój­ców na te­re­nie Izra­ela. Chwi­le wy­tchnie­nia, któ­re na­stą­pi­ły po pierw­szej in­ti­fa­dzie, i na­strój opty­mi­zmu prze­wa­ża­ją­cy w pierw­szych la­tach po za­war­ciu po­ro­zu­mień z Oslo, kie­dy obie stro­ny pa­trzy­ły na sie­bie na­wza­jem z ostroż­ną na­dzie­ją, wkrót­ce mi­nę­ły, a z ni­mi nie­ogra­ni­czo­na swo­bo­da wę­dro­wa­nia po cu­dow­nym Wa­di Ajn Fa­ra tuż obok Wa­di Kelt. Nie­zwy­kle istot­ne by­ło, aby od­wa­żać się wyjść i wę­dro­wać tam, gdzie wciąż by­ło to moż­li­we. I cho­ciaż więk­sza część gór­ne­go Wa­di Kelt, w tym źró­dło Fa­ra, by­ła już dla Pa­le­styń­czy­ków za­mknię­ta, niż­szy Wa­di Kelt był cią­gle do­stęp­ny.

Plan, któ­ry ob­my­śli­li­śmy z Pen­ny, a tak­że z na­szy­mi przy­ja­ciół­mi Re­mą i Sa­bą, jesz­cze jed­nym za­pa­lo­nym wę­drow­cem, je­go bra­tem le­ka­rzem oraz żo­ną bra­ta, Ro­sjan­ką Ma­rią, też le­kar­ką, prze­wi­dy­wał, że zo­sta­wi­my sa­mo­cho­dy w Ra­mal­lah, po­je­dzie­my trans­por­tem pu­blicz­nym w stro­nę Je­ry­cha i po­pro­si­my, aby wy­sa­dzo­no nas w po­ło­wie dro­gi Je­ro­zo­li­ma – Je­ry­cho. Stam­tąd zej­dzie­my w dół, mi­ja­jąc sta­ry bu­dy­nek, któ­ry nie­gdyś słu­żył za go­spo­dę dla po­dróż­nych przy sta­ro­żyt­nej dro­dze łą­czą­cej Je­ry­cho z Je­ro­zo­li­mą. Nie­ste­ty, izra­el­skie wła­dze wła­śnie za­rzą­dzi­ły jed­no z czę­stych ob­lę­żeń Ra­mal­lah; pierw­szą prze­szko­dą do po­ko­na­nia by­ła Ka­lan­di­ja, po­ste­ru­nek od­gra­dza­ją­cy Ra­mal­lah od Je­ro­zo­li­my.

Punk­tem kon­tro­l­nym za­wia­dy­wał uśmiech­nię­ty, star­szy żoł­nierz w okrą­głych oku­la­rach. Są­dząc z wie­ku, był re­zer­wi­stą, ra­czej nie od­by­wał re­gu­lar­nej służ­by. Je­go pra­ca po­le­ga­ła na sie­dze­niu w przy­ku­rzo­nej bud­ce i spraw­dza­niu pa­le­styń­skich do­wo­dów toż­sa­mo­ści. Za­czął od po­pro­sze­nia le­ka­rza (któ­ry mógł przejść, po­nie­waż oka­zał swo­ją le­gi­ty­ma­cję le­kar­ską), aby udo­wod­nił, że sto­ją­ca obok nie­go Ro­sjan­ka, któ­ra za­po­mnia­ła za­brać swo­jej le­gi­ty­ma­cji, na­praw­dę jest je­go żo­ną. Po­tem stwier­dził, że nie mo­że jej prze­pu­ścić.

– Dla­cze­go? – zde­ner­wo­wa­ła się Ma­ria. – Je­stem le­kar­ką, a prze­cież pusz­cza­cie le­ka­rzy.

– Je­śli od­mó­wię pa­ni pra­wa wstę­pu, to bę­dzie pro­blem hu­ma­ni­tar­ny, ale je­śli pa­nią prze­pusz­czę, mo­gę stać się win­nym współ­udzia­łu w mor­der­stwie – oświad­czył żoł­nierz po an­giel­sku, z sil­nym ob­cym ak­cen­tem, wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny z te­go, że oka­zał się zdol­ny do tak nie­prze­cięt­nej elo­kwen­cji. Po chwi­li wpadł na in­ny po­mysł. Za­czął spraw­dzać wie­dzę me­dycz­ną na­szej przy­ja­ciół­ki. – Niech mi pa­ni po­wie, gdzie znaj­du­je się ster­num.

Ro­syj­ska le­kar­ka po­pa­trzy­ła na nie­go nie­uf­nie kom­plet­nie sko­ło­wa­na. Jej ja­sna skó­ra za­ró­żo­wi­ła się, a po­cią­gła twarz jesz­cze bar­dziej się wy­dłu­ży­ła. Spoj­rza­ła py­ta­ją­co na mę­ża.

– Nie wiem, o co mu cho­dzi – po­wie­dzia­ła do nie­go po ro­syj­sku. Bar­dzo sła­bo zna­ła an­giel­ski.

Mąż zwró­cił się do żoł­nie­rza i od­po­wie­dział na je­go py­ta­nie.

– Wiem, że pan jest le­ka­rzem. To ona ma od­po­wie­dzieć. – Po­tem rzu­cił w nią jesz­cze jed­nym py­ta­niem: – Ja­ką cho­ro­bę po­wo­du­je wi­rus Ep­ste­ina-Bar­ra?

Na twa­rzy Ma­rii zno­wu od­bi­ło się zdez­o­rien­to­wa­nie, a jej mąż jesz­cze raz spró­bo­wał od­po­wie­dzieć w jej imie­niu.

W trak­cie te­go ust­ne­go eg­za­mi­nu z me­dy­cy­ny cier­pli­wie i mil­czą­co cze­kał za na­mi w ko­lej­ce ca­ły tłu­mek lu­dzi. Resz­ta na­sze­go to­wa­rzy­stwa też sta­ła na po­bo­czu zbyt oszo­ło­mio­na czy mo­że za­fa­scy­no­wa­na, by za­in­ter­we­nio­wać. Eg­za­min trwał, a Ma­ria z każ­dą chwi­lą by­ła co­raz bar­dziej za­że­no­wa­na i bliż­sza łez. Roz­pacz­li­wie usi­ło­wa­ła zro­zu­mieć py­ta­nia te­go pod­sta­rza­łe­go Izra­el­czy­ka mó­wią­ce­go po an­giel­sku z dziw­nym ak­cen­tem. Po dłuż­szej chwi­li żoł­nierz o bli­skow­schod­niej uro­dzie, sto­ją­cy kil­ka kro­ków da­lej, przy­wo­łał nas ru­chem rę­ki.

– W czym pro­blem? – spy­tał oskar­ży­ciel­sko, jak­by­śmy to my by­li win­ni opóź­nie­nia.

Wy­tłu­ma­czy­li­śmy mu, że chcie­li­śmy wy­brać się do Je­ry­cha na spa­cer, lecz je­go ko­le­ga po­sta­no­wił prze­eg­za­mi­no­wać na­szą przy­ja­ciół­kę le­kar­kę z jej wie­dzy me­dycz­nej. Żoł­nierz ob­ró­cił się i po­pa­trzył pro­tek­cjo­nal­nie na ko­le­gę. Ka­zał nam od­dać wszyst­kie hu­wij­jat (do­wo­dy toż­sa­mo­ści), zło­żył je w sto­sik, wrę­czył nam z po­wro­tem i po­zwo­lił je­chać da­lej, nie da­jąc pierw­sze­mu żoł­nie­rzo­wi sa­tys­fak­cji ode­gra­nia do koń­ca ro­li jed­no­oso­bo­wej me­dycz­nej ko­mi­sji eg­za­mi­na­cyj­nej.

Gdy mi­nę­li­śmy punkt kon­tro­l­ny, zda­łem so­bie spra­wę, że ki­pię ze zło­ści – nie na żoł­nie­rza, lecz na sa­me­go sie­bie. Ja, ad­wo­kat, wie­lo­let­ni dzia­łacz praw czło­wie­ka, przy­glą­da­łem się w mil­cze­niu tej ca­łej far­sie, ba, w ogó­le do­pu­ści­łem do jej ro­ze­gra­nia. To ja ra­czej niż po­zo­sta­li, któ­rzy rów­nież przy­glą­da­li się te­mu bez sło­wa, po­wi­nie­nem był za­brać głos. Co wy­wo­ła­ło we mnie ta­ką bier­ność, że nie po­wstrzy­ma­łem te­go żoł­nie­rza od upo­ko­rze­nia mo­jej przy­ja­ciół­ki? By­łem tak wdzięcz­ny dru­gie­mu żoł­nie­rzo­wi za wy­ra­to­wa­nie nas z opre­sji, że o ma­ło mu nie po­dzię­ko­wa­łem. A co z in­ny­mi? Tłu­mek przy­pad­ko­wych Pa­le­styń­czy­ków stał i pa­trzył, jak żoł­nierz kpi so­bie z po­waż­nej ko­bie­ty. Czyż­by po­czu­cie klę­ski aż tak we­szło nam w krew? Gdy­by wy­da­rzy­ło się to przed po­ro­zu­mie­nia­mi z Oslo, na­krzy­czał­bym na te­go żoł­nie­rza, za­żą­dał roz­mo­wy z je­go prze­ło­żo­nym, dał ja­sno do zro­zu­mie­nia, że prze­kra­cza swo­je kom­pe­ten­cje, i jak naj­szyb­ciej po­ło­żył­bym kres drę­cze­niu mo­jej przy­ja­ciół­ki. Tym­cza­sem sta­li­śmy po­tul­nie, żad­ne z nas na­wet nie za­skam­la­ło w pro­te­ście, a na ko­niec by­li­śmy wdzięcz­ni za to tyl­ko, że po­zwo­lo­no nam przejść. Mo­że przy­szedł czas, abym stąd wy­je­chał.

Mój szkol­ny przy­ja­ciel Wik­tor na­le­żał do pierw­szych osób z mo­je­go po­ko­le­nia, któ­re uzna­ły, że nie zdo­ła­ją prze­trwać pod wła­dzą no­we­go re­żi­mu. Naj­lep­sze la­ta ży­cia po­świę­cił two­rze­niu fir­my kom­pu­te­ro­wej w naj­bar­dziej nie­przy­ja­znych oko­licz­no­ściach, przy róż­nych re­stryk­cjach i utrud­nie­niach po­wo­do­wa­nych przez izra­el­ską oku­pa­cję i pierw­szą in­ti­fa­dę. Li­cząc na po­kój, snuł am­bit­ne pla­ny roz­sze­rze­nia dzia­łal­no­ści w re­gio­nie, a miał wo­kół sie­bie wy­star­cza­ją­co du­żo mło­dych, zdol­nych lu­dzi, by te­go do­ko­nać. Pew­ne­go dnia we­zwa­no go wraz z in­ny­mi wła­ści­cie­la­mi firm kom­pu­te­ro­wych na spo­tka­nie do jed­ne­go z pa­le­styń­skich mi­ni­sterstw. Re­sort po­trze­bo­wał no­we­go opro­gra­mo­wa­nia. Po­pro­szo­no ich o zło­że­nie ofert do prze­tar­gu. Wik­tor pra­co­wał ze swo­im ze­spo­łem dnia­mi i no­ca­mi i przy­go­to­wał naj­lep­szą ofer­tę. Prze­tar­gu nie wy­grał, bo wy­ko­na­nie za­mó­wie­nia zle­co­no krew­ne­mu mi­ni­stra. Mój przy­ja­ciel, któ­ry wią­zał z tym po­waż­nym kon­trak­tem spo­re na­dzie­je, ode­brał to ja­ko cios. Po tym in­cy­den­cie przy­szły na­stęp­ne przy­gnę­bia­ją­ce do­świad­cze­nia zwią­za­ne z ko­rup­cją i ko­lej­ny­mi ma­tac­twa­mi. Wik­tor sprze­dał opro­gra­mo­wa­nie in­ne­mu mi­ni­ster­stwu i nie otrzy­mał za nie wy­na­gro­dze­nia. Za­sta­na­wiał się, czy prze­trwa­nie w no­wym re­żi­mie bę­dzie w ogó­le moż­li­we.

Któ­re­goś wie­czo­ru wró­cił z pra­cy do do­mu i oznaj­mił żo­nie, że po­ra, aby spa­ko­wa­li ma­nat­ki. Zło­ży­li po­da­nie o wi­zę imi­gra­cyj­ną do Au­stra­lii. Obo­je by­li eks­per­ta­mi in­for­ma­tycz­ny­mi i mie­li oszczęd­no­ści do za­in­we­sto­wa­nia. Wi­zę otrzy­ma­li bez pro­ble­mu. Mie­li gło­wy nie od pa­ra­dy, fun­du­sze i umie­jęt­no­ści. Kie­dy od­wie­dzi­łem ich w no­wym kra­ju, od­kry­łem, że prze­sta­li za­wra­cać so­bie gło­wę czy­ta­niem ga­zet i do­wia­dy­wa­niem się, co się u nas dzie­je. Zde­cy­do­wa­nie ze­rwa­li z prze­szło­ścią. A by­li to lu­dzie kie­dyś peł­ni po­my­słów na to, jak wspo­móc roz­wój no­wej Pa­le­sty­ny. Prze­cier­pie­li tru­dy pierw­szej in­ti­fa­dy. Snu­li am­bit­ne pro­jek­ty two­rze­nia out­so­ur­cin­go­wych firm kom­pu­te­ro­wych po­dob­nych do tych, któ­re po­mo­gły oży­wić go­spo­dar­kę Ir­lan­dii i In­dii. Wszyst­kich tych pla­nów trze­ba by­ło za­nie­chać przez krót­ko­wzrocz­ność pa­le­styń­skich urzęd­ni­ków, pi­ja­nych wła­dzą i żąd­nych szyb­kich zy­sków. Kie­dy od­wie­dzi­łem Wik­to­ra i je­go żo­nę w Au­stra­lii, wy­da­wa­ło się, że ni­cze­go nie ża­łu­ją. Czy przy­szedł czas tak­że i na mnie? Czy wy­czer­pa­ła się mo­ja su­mud, któ­rą tak dłu­go pod­trzy­my­wa­łem?

Wy­sie­dli­śmy z tak­sów­ki na tra­sie Je­ro­zo­li­ma – Je­ry­cho i ze­szli­śmy po na­gich zbo­czach po­ło­żo­nych w po­ło­wie dro­gi mię­dzy dwo­ma źró­dła­mi, Fa­ra i Kelt. Chcie­li­śmy na po­czą­tek przejść w gó­rę stru­mie­nia, do źró­dła Fa­ra le­żą­ce­go przy gór­nym Wa­di Kelt, skie­ro­wać się z po­wro­tem do dol­ne­go Wa­di, zwie­dzić klasz­tor Świę­te­go Je­rze­go, a stam­tąd pójść w dal­szą dro­gę, do Je­ry­cha.

Wa­di Kelt to dwu­dzie­sto­pię­cio­ki­lo­me­tro­wy ued, nio­są­cy ob­fit­sze wo­dy niż więk­szość moż­li­wych do przej­ścia pa­le­styń­skich uedów. Po­tok, któ­ry naj­bar­dziej przy­bie­ra zi­mą, za­czy­na swój bieg w Ajn Faw­war i ucho­dzi do Jor­da­nu. Król He­rod, któ­ry po­trze­bo­wał wo­dy dla swo­je­go pa­ła­cu zi­mo­we­go w Je­ry­chu, wy­bu­do­wał pierw­szy akwe­dukt łą­czą­cy Ajn Faw­war z Wa­di Kelt. Pod pa­no­wa­niem jor­dań­skim wy­bu­do­wa­no no­wy akwe­dukt wzdłuż tej sa­mej tra­sy. Ze wzglę­du na do­stęp­ność wo­dy piel­grzy­mi i na­jeźdź­cy wy­ko­rzy­sty­wa­li do­li­nę ja­ko szlak pro­wa­dzą­cy do Je­ro­zo­li­my, Da­masz­ku, a na­wet da­le­kie­go Bag­da­du.

Lep­szy punkt wy­pa­do­wy do wę­drów­ki przez Wa­di Kelt, spek­ta­ku­lar­ny wą­wóz, któ­ry scho­dzi gwał­tow­nie ze wschod­nich wzgórz je­ro­zo­lim­skich ku Je­ry­chu, znaj­du­je się przy Ajn Fa­ra, jed­nym z głów­nych źró­deł za­si­la­ją­cych ued. Ale ostat­ni raz mo­głem wy­ru­szyć z tam­te­go miej­sca w 1993 ro­ku. Wte­dy Pen­ny i ja mo­gli­śmy jesz­cze jeź­dzić sa­mo­cho­dem przez wzgó­rza wo­kół Je­ro­zo­li­my aż do ży­dow­skie­go osie­dla Al­mon, któ­re za­ło­żo­no u stóp źró­dła nie­da­le­ko pa­le­styń­skiej wsi Hizm przy dro­dze Ra­mal­lah – Je­ry­cho, osiem ki­lo­me­trów na pół­noc­ny wschód od Je­ro­zo­li­my. W tam­tych cza­sach zo­sta­wia­li­śmy au­to w po­bli­żu osie­dla i bez oba­wy o to, że ktoś za­cznie do nas strze­lać, za­czy­na­li­śmy wę­drów­kę po gór­nym Wa­di Kelt. Dro­go­wskaz istot­nie cią­gle wska­zu­je tu­ry­stom dro­gę do osie­dlo­we­go par­kin­gu – lecz żad­ne­mu Pa­le­styń­czy­ko­wi nie wol­no się na­wet zbli­żyć do za­ba­ry­ka­do­wa­ne­go wej­ścia na je­go te­ren. Szlak bie­gną­cy przez ued scho­dzi z wy­so­ko­ści sze­ściu­set czter­dzie­stu me­trów na oko­ło sto me­trów po­ni­żej po­zio­mu mo­rza przy klasz­to­rze Świę­te­go Je­rze­go i osta­tecz­nie do mi­nus dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ośmiu me­trów w Je­ry­chu. Prze­ci­na trzy eko­sys­te­my. Ze wzglę­du na sta­ły do­pływ wo­dy z trzech źró­deł, Fa­ra, Faw­war i Kelt, do­li­na jest sie­dli­skiem bar­dzo wie­lu ga­tun­ków dzi­kich zwie­rząt, mię­dzy in­ny­mi li­sów, gó­ral­ków przy­ląd­ko­wych, jasz­czu­rek, je­żo­zwie­rzy oraz roz­ma­itych ga­tun­ków pta­ków: cza­pli, so­ko­łów, zi­mo­rod­ków, or­łów i kru­ków. Wo­dy po­to­ku pły­ną­ce­go uedem ob­fi­tu­ją w ża­by, kra­by i ry­by.

Ścież­kę zna­leź­li­śmy bez tru­du. Po wej­ściu do ka­nio­nu zwie­dzi­li­śmy po­zo­sta­ło­ści pierw­sze­go, jak się uwa­ża, klasz­to­ru na je­ro­zo­lim­skim pust­ko­wiu, za­ło­żo­ne­go przez ży­ją­ce­go w trze­cim wie­ku pu­stel­ni­ka świę­te­go Cha­ri­to­na. W 275 ro­ku, pod­czas piel­grzym­ki do Je­ro­zo­li­my, Cha­ri­ton do­stał się w rę­ce ban­dy­tów, któ­rzy za­bra­li go do ja­ski­ni w do­li­nie Fa­ra. Tra­dy­cja gło­si, że je­go opraw­cy po­umie­ra­li po wy­pi­ciu wi­na za­tru­te­go przez ja­do­wi­te­go wę­ża. Cu­dow­nie ura­to­wa­ny z rąk po­ry­wa­czy Cha­ri­ton po­sta­no­wił za­miesz­kać w ja­ski­ni ja­ko pu­stel­nik, a po śmier­ci zo­stał po­cho­wa­ny w jej po­bli­żu. Po krót­kiej wi­zy­cie w ru­inach po­dą­ży­li­śmy sta­rą dro­gą do sta­cji ben­zy­no­wej z cza­sów bry­tyj­skie­go man­da­tu. Ota­cza­ły ją drze­wa eu­ka­lip­tu­so­we. Tu za­czy­nał się wy­bu­do­wa­ny w pierw­szym wie­ku przez He­ro­da akwe­dukt, któ­ry do­pro­wa­dzał wo­dę do na­stęp­ne­go źró­dła, Ajn Faw­war, a stam­tąd do Ajn Kelt i da­lej, na przed­mie­ścia Je­ry­cha.

Me­an­dru­ją­ca ścież­ka za­pro­wa­dzi­ła nas dość szyb­ko do miej­sca, w któ­rym bi­ło źró­dło Ajn Fa­ra. Kon­trast mię­dzy ja­ło­wo­ścią oto­cze­nia a zie­lo­no­ścią do­li­ny Fa­ra był wprost ude­rza­ją­cy, przy­po­mi­nał o prze­obra­ża­ją­cej mo­cy wo­dy. Do­li­na roz­kwi­ta naj­buj­niej pod ko­niec zi­my i wcze­sną wio­sną. W po­ło­wie wio­sny dzi­kie kwia­ty za­czy­na­ją wy­sy­chać, du­żo wcze­śniej ani­że­li na wzgó­rzach wo­kół Ra­mal­lah, któ­re są po­ło­żo­ne spo­ro wy­żej.

Wę­dru­jąc po ka­nio­nie, mie­li­śmy uczu­cie, że znaj­du­je­my się w ogrom­nej, głę­bo­kiej niec­ce ze stro­my­mi ska­ła­mi po obu stro­nach. Tam­tej zi­my, w 1993 ro­ku, wo­da na­peł­ni­ła część do­li­ny do ta­kiej wy­so­ko­ści, że moż­na by­ło tam pły­wać. Dzień był upal­ny, jed­nak po­sta­no­wi­li­śmy nie wcho­dzić do wo­dy. Żad­ne z nas nie wspo­mnia­ło o tym gło­śno, ale obo­je my­śle­li­śmy o za­mor­do­wa­niu w tej oko­li­cy ży­dow­skie­go osad­ni­ka przez be­du­iń­skich chłop­ców kil­ka mie­się­cy wcze­śniej. Pen­ny, ze swo­imi ja­sny­mi wło­sa­mi i ja­sną kar­na­cją, mo­gła­by zo­stać wzię­ta za osad­nicz­kę.

Kie­dy po przej­ściu na­tu­ral­ną stro­mi­zną do­tar­li­śmy do głę­bo­kie­go od­cin­ka uedu, zo­ba­czy­li­śmy wiel­ką cza­plę ło­wią­cą ry­by. Usły­szaw­szy nas, za­ło­po­ta­ła sze­ro­ki­mi, cięż­ki­mi skrzy­dła­mi i nie­chęt­nie wzbi­ła się w po­wie­trze, a po­tem przy­sia­dła na wy­so­kiej ska­le i za­cze­ka­ła z do­koń­cze­niem po­sił­ku do na­sze­go odej­ścia. Zro­bi­ło mi się przy­kro, że czu­ła się zmu­szo­na od­le­cieć z na­sze­go po­wo­du. Po­nie­waż je­dy­nym mo­rzem w oko­li­cy by­ło Mo­rze Mar­twe, wi­dok pta­ka po­lu­ją­ce­go na ry­by wśród na­szych pu­styn­nych wzgórz był praw­dzi­wą rzad­ko­ścią. Pod­nio­słem gło­wę, by na nie­go po­pa­trzeć, i za­uwa­ży­łem na ska­łach, nie­co wy­żej od miej­sca, w któ­rym wy­lą­do­wał, do­glą­da­ją­cych sta­da owiec mło­dych be­du­iń­skich pa­ste­rzy. Oni tak­że nas ob­ser­wo­wa­li. Po­ma­cha­łem im przy­jaź­nie. Nie wi­dzia­łem, że­by po­ma­cha­li nam w od­po­wie­dzi. By­ła to ner­wo­wa wę­drów­ka w nie­spo­koj­nych cza­sach.

Gdy tyl­ko wy­sie­dli­śmy z tak­sów­ki, któ­ra przy­wio­zła nas w oko­li­ce Wa­di Kelt, zo­rien­to­wa­li­śmy się, że pra­wie bie­gnie­my przez wzgó­rza, któ­re by­ły jak brą­zo­wy go­be­lin. Wpa­dli­śmy w eu­fo­rię. Na co dzień tkwi­li­śmy w Ra­mal­lah oto­czo­nym po­ste­run­ka­mi przy każ­dej z dróg wy­jaz­do­wych, więc otwar­te prze­strze­nie, brak mu­rów czy in­nych ba­rier i ogrom nie­ba przy­pra­wi­ły nas o ra­do­sny za­wrót gło­wy. Kon­ty­nu­owa­li­śmy marsz w gó­rę wznie­sie­nia aż do wy­stę­pu skal­ne­go, skąd zo­ba­czy­li­śmy roz­cią­gnię­ty w do­le ka­nion, i wte­dy ru­szy­li­śmy w dół.

Na­szej grup­ce prze­wo­dził Sa­ba, cięż­ki i roz­cheł­sta­ny, z wy­cią­gnię­ty­mi na wierzch po­ła­mi ko­szu­li i przy­dłu­gi­mi no­gaw­ka­mi, któ­ry­mi po­włó­czył po zie­mi. Na po­cząt­ku oku­pa­cji, kie­dy Sa­ba miał oko­ło pięt­na­stu lat, je­go oj­ciec zo­stał wy­gna­ny przez wła­dze izra­el­skie do Jor­da­nii. Zo­sta­wił żo­nę i dwóch mło­dych sy­nów. Po je­go wy­jeź­dzie Sa­ba mu­siał za­opie­ko­wać się ro­dzi­ną. Cią­ży­ła mu ko­niecz­ność prze­ję­cia obo­wiąz­ków ro­dzi­ciel­skich wo­bec młod­sze­go bra­ta. Mi­mo upły­wu lat na­dal czuł żal, że skra­dzio­no mu mło­dość. Jest jed­nym z naj­lo­jal­niej­szych lu­dzi, ja­kich znam. Po ukoń­cze­niu li­ceum wy­je­chał z Ra­mal­lah i wstą­pił do od­dzia­łów pa­le­styń­skie­go zbroj­ne­go ru­chu opo­ru w po­łu­dnio­wym Li­ba­nie. Póź­niej od­sia­dy­wał ka­ry w izra­el­skich wię­zie­niach, a mi­mo to uda­ło mu się stu­dio­wać hi­sto­rię w Ka­irze i Pa­ry­żu. W swo­ich tek­stach na­uko­wych wy­ka­zy­wał tę sa­mą śmia­łość co w ży­ciu, kie­dy pi­sał o spra­wach, od któ­rych in­ni ucie­ka­li, na przy­kład o ko­la­bo­ra­cji i do­ko­na­nych przez Izra­el ma­sa­krach, któ­rych nikt nie udo­ku­men­to­wał. W sto­sun­ku do głów­nej frak­cji OWP, Fa­ta­hu, i jej przy­wód­cy Ja­se­ra Ara­fa­ta był re­wi­zjo­ni­stą. Cho­ciaż czy­nił wiel­kie po­stę­py w swo­jej ka­rie­rze aka­de­mic­kiej, brak jak­że waż­nej oj­cow­skiej mi­ło­ści i opie­ki w cza­sie, gdy ich naj­bar­dziej po­trze­bo­wał, na­zna­czył go na za­wsze, zo­sta­wił bo­le­sne po­czu­cie niż­szo­ści i nie­do­ce­nie­nia.

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Pa­le­sti­nian Walks. No­tes on a Va­ni­shing Land­sca­pe

Pro­jekt okład­ki i stron ty­tu­ło­wych: Prze­mek Dę­bow­ski

Re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Pa­sic­ka

Ko­rek­ta: Bar­ba­ra Gą­sio­row­ska, Pau­li­na Le­nar

Kon­sul­ta­cja me­ry­to­rycz­na: dr Mar­cin Rzep­ka

Kon­wer­sja do for­ma­tów EPUB i MO­BI: Mał­go­rza­ta Wi­dła

Co­py­ri­ght © by Ra­ja She­ha­deh, 2007, 2008

Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by An­na Sak, 2010, 2023

Zdję­cia w książ­ce: John Tor­dai

Wy­da­nie trze­cie

ISBN 978-83-67016-94-0

Wy­daw­nic­two Ka­rak­ter

ul. Gra­bow­skie­go 13/1, 31-126 Kra­ków

ka­rak­ter.pl