Ostatnie uderzenie serca - Raymond Nader - ebook

Ostatnie uderzenie serca ebook

Raymond Nader

0,0

Opis

Sięgnij po PIERWSZĄ i JEDYNĄ na świecie biografię Raymonda Nadera, libańskiego mistyka, który od 30 lat rozmawia ze św. Szarbelem. Zobacz wypalony na jego ramieniu ślad dłoni św. Szarbela, którego pochodzenia nie potrafią wyjaśnić lekarze!

Raymond Nader już jako trzynastolatek musiał walczyć na wojnie. W pierwszej bitwie z dziesięcioosobowego oddziału cudem przeżył tylko on. Wielokrotnie więziony i torturowany za wiarę, jako dowódca był „numerem 1” do zlikwidowania podczas czystek wśród oficerów chrześcijańskich sił zbrojnych.

Poznaj trudne, ale pełne Bożego działania losy człowieka, któremu św. Szarbel wciąż przekazuje orędzia dla całego świata. Zainspiruj się i odkryj, co masz do zrobienia między swoim pierwszym a ostatnim oddechem.

Raymond Nader przez kilkanaście lat wytrwale jeździł do klasztoru, w którym mieszkał św. Szarbel. Modlił się tam, pytając Boga o sens życia i o to, co dzieje się z człowiekiem po śmierci. Odpowiedzi otrzymał dzięki mistycznym spotkaniom ze św. Szarbelem, który na dowód tych spotkań zostawił na ramieniu Libańczyka ślad swojej dłoni.

Raymond Nader to wysoki rangą wojskowy, inżynier elektromechanik i fizyk jądrowy. Jeśli cenisz sobie naukowe podejście do życia, stawiasz trudne pytania lub zmagasz się z kryzysem wiary, w historii Raymonda Nadera znajdziesz odpowiedzi na wiele pytań:

  • Po co przyszedłeś na ten świat?
  • Dlaczego jesteś tu TERAZ?
  • Co masz do zrobienia między pierwszym a ostatnim oddechem?

Wbrew temu, co sądzą niektórzy ludzie, nie ma między nauką a wiarą żadnego konfliktu i przekonujemy się o tym coraz pełniej, w miarę jak dokonujemy kolejnych naukowych odkryć.

W historii Raymonda nie brakuje spektakularnych cudów. Są one znakami, które pokażą Ci, na co warto zwracać w życiu uwagę i w którym kierunku iść, by poznać Boga.

Ta treść skłoni Cię do poszukiwania swojej misji i miejsca w świecie. To historia o sile, męstwie, wytrwałości i radzeniu sobie z trudnościami, która pokazuje, co znaczy kochać i jak ogromną wartością jest rodzina.

O autorze: Raymond Nader - Libański katolik-maronita, dyrektor chrześcijańskiej telewizji Noursat. Od 1994 r. nosi na ramieniu odcisk dłoni św. Szarbela. Od tamtego czasu doświadczył kilkudziesięciu spotkań ze św. Szarbelem.

Jako zaufany współpracownik patriarchy maronitów, kard. Becharry Boutrosa al-Rahiego, podróżuje po całym świecie, dając świadectwo wiary i przekazując orędzia św. Szarbela.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 125

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ostatnie uderzenie serca

Raymond Nader dla RTCK SA

Autor: Raymond Nader

Produkcja: RTCK SA

Nowy Sącz 2024

Wydanie II

© RTCK SA 2024

ISBN: 978-83-68230-25-3

978-83-68230-26-0 – EPUB

978-83-68230-27-7 – MOBI

978-83-68230-28-4 – PDF

Redakcja

dr Krystyna Sadecka

Konsultacja merytoryczna

dr hab. prof. UŚ Aleksander Bańka

Korekta

Edyta Buff

Hanna Miera

Skład i łamanie

Adam Gutkowski

Projekt okładki

Katarzyna Halota

Tłumaczenie fragmentów orędzi św. Szarbela z języka angielskiego

s. Chiara Anna Burzyńska SSND

Zdjęcie Autora na okładce oraz zdjęcia na s. 7, 8, 108, 132–133, 136, 143, 148, 164, 170

Dorota Czoch

Zdjęcia na s. 44, 46, 51, 56,82–32, 99, 102, 106, 113, 117

Aleksander Bańka

Pozostałe zdjęcia

Prywatne archiwum Autora

Wersje epub i mobi:Barbara Wrzos, Graphito, www.graphito.pl

Niniejszym zaświadcza się, że Raymond Nader jest osobą odpowiedzialną za Rodzinę św. Szarbela (Aylet Mar Charbel) oraz reprezentuje ją przed Kościołem i władzami państwowymi.

Prosimy Boga o pomoc w jego pracy apostolskiej na chwałę i pożytek Jego Kościoła.

W imieniu władzdiecezji w AramounAntoine Nabil AndariWikariusz GeneralnyPatriarchy Antiocheńskiegow regionie Jounieh1 lipca 2010 r.

RTCK wydawnictwo książki, ćwiczenia rozwojowe, kursy

RTCK SA

ul. Grunwaldzka 17

33-300 Nowy Sącz

tel. 531 009 119

[email protected]

www.rtck.pl

Dołącz do społeczności ludzi, którzy chcą robić to, co kochają.

Zapisz się na www.rtck.pl, a będziemy Cię wspierać na tej drodze, wysyłając wartościowe materiały!

WPROWADZENIE

Znamy się z Raymondem od 2015 roku i serdecznie przyjaźnimy. Spotkaliśmy się podczas mojej pierwszej podróży do Libanu, którą odbyłem, aby lepiej poznać życie i duchowość św. Szarbela oraz zobaczyć miejsca z nim związane. Jak wiele wydarzyło się od tamtego czasu! Raymond stał się dla mnie jedną z najbliższych mi osób – traktuję go jak starszego brata – a on z kolei wciąż przypomina mi, jak drogi jestem jego sercu i że nosi mnie w swoich myślach oraz w modlitwie. To dla mnie niezwykła Boża łaska.

Niepojętym zrządzeniem Opatrzności nasze drogi skrzyżowały się i od tego czasu towarzyszymy sobie duchowo w tych zadaniach, które realizujemy osobno, oraz współtworzymy te, do których Bóg powołuje nas wspólnie. Noszę nieustannie głęboko w sercu nasze podróże po Libanie śladami św. Szarbela, zgłębianie starochrześcijańskich korzeni maronickiej duchowości, w którą Raymond mnie wprowadzał, godziny spędzone na rozmowach oraz wspólną posługę modlitwą i świadectwem w wielu parafiach w Polsce. Dla mnie braterstwo w Chrystusie, które nas łączy, to jedna z najpiękniejszych przygód mojego życia.

Raymond Nader to człowiek niezwykły, od którego wiele się uczę. Jest dyrektorem największej chrześcijańskiej telewizji satelitarnej na Bliskim Wschodzie (dziewięć kanałów satelitarnych, dwanaście programów), nadającej i głoszącej Ewangelię w języku arabskim do całego świata muzułmańskiego. To również człowiek, który założył RodzinęŚwiętego Szarbela, czyli wspólnotę działającą na sposób trzeciego zakonu libańskich maronitów, która ma misję szerzenia kultu tego Świętego na całym świecie.

Jednak Raymond to przede wszystkim człowiek, który ma głębokie, mistyczne doświadczenie spotkania ze św. Szarbelem. Od 1994 roku nosi na ramieniu odcisk dłoni Świętego. Regularnie dostaje również orędzia od Szarbela, które przekazuje do zatwierdzenia patriarsze maronickiemu; część z nich została dopuszczona do publikacji i powszechnego obiegu.

Aleksander Bańka przedstawia Raymonda Nadera w Wydawnictwie RTCK (24 czerwca 2019 r.)

Raymond jest posłany przez swojego biskupa z misją głoszenia Ewangelii i przekazywania orędzia św. Szarbela – ma do tego odpowiednie rekomendacje oraz oficjalne dokumenty potwierdzające jego misję. Jest zaufanym współpracownikiem maronickiego patriarchy, kardynała Becharry Boutrosa al-Rahiego, z którym często podróżuje po całym świecie. W swojej apostolskiej posłudze reprezentuje Kościół maronicki – jeden z katolickich Kościołów Wschodnich, który sprawuje swą liturgię w obrządku wywodzącym się z rytu antiocheńskiego, z licznymi elementami rzymskimi. Doktrynalnie nie różni się on niczym od Kościoła rzymskokatolickiego, jedynie jego liturgia celebrowana jest w nieco innym rycie, a żonaci mężczyźni w Kościele maronickim mogą być kapłanami, co jest tradycją na Bliskim Wschodzie. Jednocześnie Kościół maronicki jest od samego początku najbardziej wiernym papieżowi Kościołem katolickim na Wschodzie. Jesteśmy z maronitami braćmi w wierze. Sam Raymond wielokrotnie odwiedzał Polskę i jak mówi, Polska jest jego drugim domem.

Aleksander Bańka i Raymond Nader w czasie konferencji w Wydawnictwie RTCK (24 czerwca 2019 r.)

Raymond wiele razy opowiadał o tym, co zdarzyło się tamtej wyjątkowej nocy w Annaya, kiedy Szarbel pozostawił mu na ramieniu odcisk swojej dłoni. Jest to historia tak niezwykła i „nie z tej ziemi”, że wzbudziła zainteresowanie wielu dziennikarzy z całego świata. Nigdy jednak Raymond Nader nie opowiedział nikomu tak obszernie i w sposób tak pełny historii swojego życia i swojego nawrócenia – fakt, że zdecydował się na to właśnie we współpracy z polskim Wydawnictwem RTCK oraz że jego książka ukazuje się w języku polskim, jest dla nas, Polaków, wielkim zaszczytem i wyróżnieniem. W tej książce Raymond dzieli się wieloma nowymi szczegółami swoich spotkań ze św. Szarbelem, którymi nigdy wcześniej się z nikim nie dzielił. Dokonuje także pogłębionej refleksji nad tekstami orędzi św. Szarbela. Niech jego opowieść i jego świadectwo umacnia nas i otwiera szerzej nasze serca na Boże działanie.

dr hab. prof. UŚ Aleksander Bańka

OD WYDAWCY

Siedzieliśmy z naszym przyjacielem prof. Aleksandrem Bańką w uczelnianej kawiarence na Uniwersytecie Śląskim, popijając kawę. Styczniowy dzień był dość ponury, zdaje się nawet, że siąpił deszcz. Nie przeszkadzało nam to. Nasze serca były ożywione i gorące – zwrócone w stronę Libanu, niewielkiego kraju na Bliskim Wschodzie, którego nazwa pojawia się w Biblii aż 72 razy i który w pełni zasługuje na miano Ziemi Świętej, gdyż chodził po nim sam Jezus Chrystus.

Jednym z bohaterów naszej rozmowy z Aleksandrem był św. Szarbel. Olek wspomniał, że przygotowuje właśnie pobyt w Polsce dla Raymonda Nadera. Z opowieści Olka i innych źródeł wiedzieliśmy już wówczas, że Raymond Nader to libański katolik-maronita, który od wielu lat nosi na ramieniu ślad dłoni św. Szarbela i przekazuje światu jego orędzia. Czuliśmy się zafascynowani tym, w jak cudowny sposób Pan Bóg działa w życiu tego człowieka.

Pojawiło się w naszych sercach pragnienie, by zaprosić Raymonda do nas, do RTCK. Nie wiedzieliśmy jeszcze, kiedy, i nie mieliśmy pojęcia, jak to się stanie, ale wierzyliśmy, że jest to możliwe. Wracaliśmy do domu pełni wiary. „Powierz Panu swą sprawę, zaufaj, ON sam będzie działał”.

Pół roku później, dokładnie 24 czerwca 2019 roku, gościliśmy Raymonda Nadera na konferencji w RTCK. Poznaliśmy się również prywatnie i przekonaliśmy się, jak bardzo autentyczny, a zarazem pokorny jest to człowiek. W jego spojrzeniu jest coś absolutnie wyjątkowego. Bije z niego niezwykła Boża obecność, a jednocześnie nie znamy chyba drugiego tak trzeźwo stąpającego po ziemi człowieka.

Od tamtej konferencji nie było dnia, byśmy nie wzywali dla naszej firmy i naszych rodzin wstawiennictwa św. Szarbela. Libański eremita, obok św. Ignacego, na stałe znalazł swoje miejsce w naszej południowej firmowej modlitwie, a jego ikona stoi na jednym z wydawniczych biurek.

Raymond Nader odwiedził nas ponownie w czerwcu 2023 roku, aby podzielić się z nami szczegółami ze swojego życia i swoich spotkań ze św. Szarbelem, o których nigdy wcześniej nikomu nie opowiadał. Książka, którą trzymasz w dłoniach, dojrzewała blisko cztery lata. To jeden z tych projektów, przy którym nie obyło się bez walki, pokonywania trudów i wielu przeciwności.

To, że wydajemy jako RTCK pierwszą na świecie autobiografię człowieka, który rozmawia ze św. Szarbelem i przekazuje jego orędzia dla całego świata, to dla nas ogromna łaska i przywilej.

Święty Jan Paweł II, odwiedzając Liban w 1997 roku, powiedział, że Liban to coś więcej niż kraj – to przesłanie. Oddajemy w ręce Czytelników przesłanie Raymonda Nadera – Libańczyka o żywym sercu. To mocna i inspirująca lektura, która zabierze Cię w podróż pomiędzy pierwszym a ostatnim uderzeniem serca.

Ekipa Wydawnictwa RTCK

* * *

To był straszny dzień. Moja pierwsza bitwa na tej wojnie i od razu najtrudniejsza. Walczyłem w dziesięcioosobowym oddziale. Zewsząd padały strzały, ludzie krzyczeli…

Jeden z moich przyjaciół oddychał jeszcze. Podczołgałem się do niego. Był cały w krwi. Siedziałem na ziemi i płakałem, zupełnie bezradny; nie wiedziałem, jak mu pomóc. Miałem trzynaście lat. Byłem tylko dzieckiem, któremu ktoś dał do ręki karabin…

Słyszałem, jak bije jego serce. Słyszałem to bardzo wyraźnie, bo miałem ucho tuż przy jego piersi. Bicie jego serca zwalniało i zwalniało, aż w końcu w pewnym momencie wszystko ucichło…

Wróciłem do domu. Długo nie mogłem się otrząsnąć. Ciągle słyszałem to ostatnie uderzenie serca.

Tamtego dnia zginęło dziewięciu moich przyjaciół. Ocalałem tylko ja.

„WOJNA PRZYSZŁA POD MÓJ DOM…”

‘THE WAR HAS COME TO MY HOUSE…’

Miałem szczęśliwe dzieciństwo. Ot, normalne dzieciństwo w małej wiejskiej miejscowości. Było beztrosko, szczególnie wiosną i latem, gdy pola pokrywały się kwiatami, a nocami można było leżeć na plecach i godzinami wpatrywać się w wygwieżdżone niebo. Całe dnie biegaliśmy z chłopakami po łąkach, goniąc motyle i ptaki.

W naszej wiosce wszyscy się znali. Mieszkaliśmy z rodzicami, z babcią, dziadkiem i wujkami w jednym domu, ale nie dlatego, że nie było innej możliwości. W Libanie to normalne, że żyjemy w dużych rodzinach i trzymamy się razem.

Pierwsze miesiące życia (1961–1962 r.)

Miałem wspaniałą kochającą się rodzinę. Było tak wesoło, tak spokojnie… Nawet moja szkoła… W niczym nie przypominała szkół, jakie teraz znamy. Wśród kolegów i nauczycieli czułem się autentycznie szczęśliwy! Pamiętam, że szedłem do szkoły z wielkim entuzjazmem. Uwielbiałem się uczyć i szło mi to naprawdę dobrze; z moim wysokim IQ wygrywałem różne konkursy. Szczególnie lubiłem przedmioty matematyczne i przyrodnicze. Był taki czas, że na temat fizyki, biologii i kosmologii czytałem wszystko, co mi wpadło w ręce.

* * *

To były lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte. Moda na zapuszczanie włosów i spodnie z białymi paskami po bokach dotarła także do Libanu. Z długimi włosami i bródką wyglądałem jak rasowy hipis i tak też myślałem o świecie. Kochałem muzykę i wolność, do wszystkich byłem nastawiony pokojowo.

Z sześcioma kolegami założyliśmy zespół. Ja grałem na bębnach i gitarze. Było tak dobrze! Wierzyliśmy, że świat należy do nas. Co złego mogło nam się przydarzyć? Wówczas nie wiedziałem jeszcze, jak bardzo się mylę. Nie wiedziałem też, jak szybko będę musiał dorosnąć.

Moje dzieciństwo skończyło się nagle, z dnia na dzień. Byłem w dziewiątej klasie, gdy doszło do pierwszych zamieszek we wschodnim Bejrucie i jego okolicach, a potem stopniowo wojna domowa objęła cały Liban.

Któregoś dnia zebraliśmy się z chłopakami na dobrze nam znanym bejruckim skwerku, bo mieliśmy mieć próbę. Zostawiłem przyjaciół dosłownie na chwilę, gdyż byliśmy bez śniadania, i postanowiłem, że skoczę do pobliskiej piekarni po coś do jedzenia. Bomba spadła, gdy wychodziłem z piekarni. Usłyszałem ogłuszający huk, samochody płonęły, a moi przyjaciele leżeli martwi na ulicy, rozerwani na kawałki pociskiem z Tall az-Zatar1. Zginęli wszyscy, cała szóstka. Gdybym nie poszedł po śniadanie, zginąłbym także i ja.

Tamtego dnia zrozumiałem, że nie mam wyboru. Wojna przyszła pod mój dom. Zdecydowałem, że odkładam gitarę, a biorę do ręki karabin. I tak trzynastolatek z długimi włosami dołączył do chrześcijańskich sił zbrojnych Libanu.

Byłem jednym z najmłodszych żołnierzy w historii Libanu, ale wówczas nikt nie zawracał sobie tym głowy. Dali mi broń, przeszedłem krótkie szkolenie w posługiwaniu się karabinami maszynowymi, granatami i tym podobnymi rzeczami i ani się obejrzałem, a już znalazłem się na froncie, który przebiegał tuż za moim domem… Z hipisa przeobraziłem się w żołnierza. Nie wiedziałem, co to strach, szedłem tam, gdzie toczyły się najkrwawsze walki. Pchałem się pod ostrzał wroga, ryzykowałem. Chciałem umrzeć. Chciałem iść w ślady swoich kolegów. „Gdzie oni są? – pytałem. – Czy ich już nie ma? Czy zamienili się w popiół?”…

Z braćmi (1976 r.)

Od początku nienawidziłem tej wojny. Nie prosiłem się o nią. Nie poszedłem na nią, bo tak chciałem. Nie chciałem walczyć, nie chciałem zabijać. Wojna była najgorszą podróżą mojego życia i gdybym dziś mógł wybierać, nie pchałbym się po raz drugi na front. Wówczas jednak czułem, że nie mam wyboru. Jednego dnia szedłem do szkoły, pewny, że nic mi nie grozi, szczęśliwy, a drugiego patrzyłem na zakrwawione zwłoki przyjaciół.

Kiedy koledzy z zespołu zginęli na bejruckim skwerze, pomyślałem: „Muszę bronić tego, co jest dla mnie ważne. Muszę stanąć w obronie mojej wioski, moich rodziców, mojego Kościoła, moich ludzi. Nie mogę dopuścić do tego, by wojna zabrała mi jeszcze kogoś z moich bliskich. Albo pozwolę, by przyszli i zabili moją matkę, mojego ojca, moje rodzeństwo, a mój dom zrównali z ziemią, albo będę się bronił”. Broniłem się więc i walczyłem, ale nie dlatego, że nienawidziłem tych Palestyńczyków. Po prostu nie widziałem innego wyjścia. Podejrzewam zresztą, że ludzie, do których strzelałem, mogli czuć się równie bezsilni i zdezorientowani jak ja. No ale to oni mnie zaatakowali, więc co miałem robić? Krzyknąć im: „Chodźcie i zabijcie nas”?

Dziś chcę jasno powiedzieć, że nie brałem nigdy udziału w żadnej wojnie, która nie wiązałaby się z samoobroną. Walka o władzę, o wpływy, o terytoria – nie mam i nie chcę mieć z tym nic wspólnego, zresztą nigdy bym się w coś takiego nie zaangażował. Zawsze kierowała mną miłość do tego, co stało za mną, a nie nienawiść do człowieka, którego widziałem przed sobą.

* * *

Krwawe masakry i pogromy stały się odtąd moją codziennością. Ataki terrorystyczne, miny… Ludzie wokół mnie wciąż ginęli. Każdego dnia.

Przed wojną mieszkaliśmy obok siebie w zgodzie. Nikt w sąsiedztwie nie miał broni, nikt nie umiał się nią posługiwać. Tuż obok był obóz palestyński wypełniony uzbrojonymi ludźmi, ale my byliśmy nastawieni pokojowo. Myśleliśmy: „Dlaczego Palestyńczyk miałby przyjść i strzelać do ciebie lub Syryjczyka?”. A potem nas zaatakowali…

Z moją rodziną (1976 r.)

Żebyśmy jeszcze byli wyszkoleni, to może potrafilibyśmy stawić lepszy opór i skuteczniej się obronić. Ale nie byliśmy. Nie było na to czasu, wszystko działo się szybko. Za szybko. Rano budziłeś się obok kolegi z oddziału, a wieczorem tego samego dnia widziałeś go w drewnianym pudełku…

1 Obóz uchodźców Tall az-Zatar powstał w 1948 roku. Mieścił się w północno-wschodnim Bejrucie i był największym oraz najlepiej umocnionym obozem palestyńskim.

SEKRET DZIADKA

GRANDPA’S SECRET

Pytania o Boga zadawałem sobie na długo przed wojną.

W mojej rodzinie wiarę traktowano bardzo poważnie. Rodzicie i dziadek wciąż mówili mi o Chrystusie, o Matce Bożej, o świętych; praktyki religijne były dla mnie czymś naturalnym. Wspólnie modliliśmy się, chodziliśmy razem na msze święte i nikomu nie przychodziło do głowy, że mogłoby być inaczej. A jednak już jako dziecko miałem kilka problemów z wiarą.

Problemem był mój dziadek, który był… księdzem1. I wcale nie chodzi mi o to, że mój dziadek robił coś nagannego albo dawał złe świadectwo. Wręcz przeciwnie! Dziadek był dla nas wszystkich autorytetem i najważniejszą osobą w rodzinie. Podziwialiśmy go! We mnie jednak zasiał wątpliwości. Mój problem polegał na tym, że nie bardzo wiedziałem, czym właściwie dziadek się zajmuje i jaki sens ma jego praca.

Najpierw powiedziano mi, że dziadek współpracuje z Bogiem. Ale co on właściwie robi? Co wytwarza? Co produkuje? Z moim tatą, który był fryzjerem, nie miałem podobnych dylematów. Wielokrotnie obserwowałem jego pracę, widziałem ludzi, którzy wchodzą do środka z jedną fryzurą, a wychodzą z inną. Podobnie było z wujkiem, który pracował jako stolarz… Tu także wszystko wydawało się oczywiste. Po prostu wujek brał kawałki drewna, zanosił je do swojego zakładu, a potem wynosił z tego zakładu gotowe stoły, krzesła i inne przedmioty. Dla mnie więc „normalna” praca polegała na tym, że coś powstawało, coś ulegało zmianie, coś stawało się doskonalsze, lepsze, bardziej pożyteczne. Ale jaki sens miała praca mojego dziadka?

Mój dziadek-ksiądz

Wiedziałem, że mój dziadek pracuje z Bogiem w kościele, więc gdy przychodziła niedziela i szliśmy do kościoła, to rozumiałem to trochę tak, że idę odwiedzić mojego dziadka w jego zakładzie pracy. Tak na marginesie, chodzenie w niedzielę do kościoła wspominam jako istny koszmar. Dla mnie jako dziecka msza była po prostu nudna, a w dodatku ciągnęła się w nieskończoność. Posłusznie chodziłem z moją rodziną do kościoła, powstrzymując się na zewnątrz od okazywania niezadowolenia, ale w głębi duszy czekałem tylko na to, aż msza się skończy. No i oczywiście obserwowałem z uwagą, co robi mój dziadek.

Najbardziej byłem zdziwiony tym, że na koniec ceremonii ludzie ustawiają się w kolejce, podchodzą do mojego dziadka, otwierają usta, a dziadek podaje każdemu do ust kawałek chleba. Problem w tym, że to ja te hostie wypiekałem w naszym domu! W każdą sobotę wypiekaliśmy ich z babcią setki! Połowę od razu zjadałem, a reszta trafiała do kościoła. No i co? Następnego dnia widziałem na mszy ludzi, którzy ustawiali się w kolejce tylko po to, by każdy mógł dostać do ust jedną taką hostię. Nie mogłem się temu nadziwić! Kombinowałem, że przecież byłoby dla nich lepiej, gdybym ich nauczył, jak się robi te chlebki, bo wtedy mogliby sobie je wypiekać sami i najadać się nimi do syta. A tak, muszą tu przychodzić, nudzić się na mszy, a na koniec ustawiać w kolejce, żeby dostać tylko jeden kawałek?! Dla mnie było to tyleż niezrozumiałe, co po prostu kompletnie nieracjonalne!

Zatem praca mojego dziadka pozostawała dla mnie zagadką i wciąż nurtowało mnie, jaki jest jej sens. A że byłem dzieckiem dociekliwym, to gdy msza się kończyła, podchodziłem do dziadka niezmiennie z tym samym pytaniem: „Co ty robisz w życiu? Czym się zajmujesz? Jaki sens ma twoja praca?”.

W końcu dziadek odsłonił mi swój sekret. Powiedział mi tak: „Kiedy się modlę w czasie Eucharystii, Bóg, który jest miłością, zstępuje z nieba i wchodzi w ten opłatek. Ludzie, którzy go przyjmują, napełniają się miłością i mogą się nawzajem kochać”. I dodał: „Kiedy dorośniesz, to zrozumiesz”. No więc postanowiłem szybko dorosnąć.

* * *

W szkole dowiedziałem się, że Bóg jest Tym, który wszystko stworzył: galaktyki, gwiazdy, mnie, mojego dziadka… Wszystko. Pomyślałem sobie: „On musi być naprawdę wielki”.

Potem odkryłem Jezusa.

Na I Komunię Świętą dostałem od chrzestnej mamy bardzo ładnie wydaną książkę zatytułowaną Najpiękniejsza historia świata. To była Ewangelia, tyle że opowiedziana przystępnym językiem, w dodatku z przepięknymi ilustracjami. Przeczytałem ją jednym tchem i… zakochałem się w Jezusie. Cóż to za wspaniały człowiek! Wskrzesza umarłych, zatrzymuje burzę, uzdrawia chorych… Na końcu robi się trochę smutno, bo umiera, ale na tym przecież nie koniec, bo zmartwychwstaje, a więc ostatecznie wygrywa! Prawdziwy bohater.

W miarę jak dorastałem, dziecięca biblia przestawała mi wystarczać, sięgnąłem więc po prawdziwą Biblię. Czytałem ją codziennie i bardzo mi się to podobało. Dni mijały, a ja coraz bardziej kochałem Jezusa.

Niedziela Palmowa (1965 r.)

Sprawa nie była jednak prosta: Jezus jest Bogiem, ponieważ tak zostało napisane w Biblii. Miałem więc już jakby „dwóch bogów”: jeden był Stwórcą wszechświata, a drugim był Jezus Chrystus, o którym czytałem w Biblii – tak to sobie wówczas układałem w głowie. Był też „trzeci bóg”, ten z Eucharystii. No a przecież uczono mnie, że to jeden i ten sam Bóg… Jakby tego było mało, później dowiedziałem się jeszcze o „czwartym bogu”…

Któregoś dnia byłem z tatą na farmie i przyglądałem się krowom. Zauważyłem, że one w gruncie rzeczy robią to samo, co ludzie, a ich życie jest bardzo podobne do naszego. Jedzą, piją, śpią, mają dzieci, a potem umierają. Zapytałem tatę, jaka jest różnica między mną a krową. Był trochę zaskoczony tym pytaniem, ale chyba zdążył się już przyzwyczaić do tego, że jego syn miewa różne dylematy. Odpowiedział mi, że różnica polega na tym, iż człowiek ma w środku Boga, a krowy Go nie mają. Powiedziałem: „Jak to? Przecież krowy robią to samo co ludzie!”, ale on raz jeszcze powtórzył: „Ty masz w środku Boga, a krowa nie ma”.

W dniu I Komunii Świętej (1969 r.)

Rozmyślałem o tym wszystkim i czułem się coraz mocniej zagubiony. Bóg był Stworzycielem, Bóg był Chrystusem, Bóg był w Eucharystii i Bóg był we mnie w środku… Zacząłem Go szukać. I nie przestawałem zadawać pytań na miarę mojego dziecięcego umysłu.

Te pytania zawsze były podobne. Jaki jest sens życia i gdzie tak naprawdę jest Bóg? Dlaczego nie mogę Go zobaczyć, dotknąć, porozumieć się z Nim? Uznałem, że skoro stworzył wszechświat, to chyba musi być między gwiazdami. Może w jakiejś odległej galaktyce? Wtedy właśnie zacząłem interesować się fizyką i postanowiłem zgłębić budowę kosmosu. Wczytywałem się w naukowe opracowania o gwiazdach, galaktykach, o powstaniu wszechświata. Sięgałem po wszystko, co mogło pogłębić moją wiedzę, ponieważ sądziłem, że w ten sposób odkryję Boga. Można powiedzieć, że zająłem się nauką z tego właśnie powodu: bo chciałem wytłumaczyć jakoś sekret mojego dziadka.

Dziś uśmiecham się do tych wspomnień. Z perspektywy czasu widzę, że były to spokojne poszukiwania i pokojowo zadawane Bogu pytania. Do czasu…

1 Kościół maronicki jest Kościołem katolickim obrządku wschodniego, w pełnej komunii ze Stolicą Apostolską. W Libanie Kościół maronicki ma swój własny obrządek, inny niż łaciński. W tym obrządku msza święta sprawowana jest w języku arabskim z elementami syriackiego (dialekt aramejski). W kościele maronickim dopuszcza się kapłaństwo żonatych mężczyzn (źródło: maronici.pl i opoka.org.pl).

„TY NIE ISTNIEJESZ!”

‘YOU DO NOT EXIST!’

Kiedy jesteś dzieckiem, nic nie jest poważne. Nawet pytania o Boga. Życie płynie beztrosko. Żartujesz, śmiejesz się, grasz w piłkę, w zabawie możesz być, kim tylko zechcesz. Bawisz się w sklep albo w podchody, albo… w wojnę. Lecz w chwili gdy wszyscy twoi przyjaciele z zespołu giną od wybuchu bomby, podczas gdy ty kupujesz właśnie śniadanie, albo gdy słyszysz, jak serce twojego kolegi z oddziału uderza po raz ostatni, życie nagle staje się poważne. Bardzo poważne.

Azrael – tak o nim mówimy w Libanie. Anioł śmierci. Któregoś dnia stajesz oko w oko z aniołem śmierci i nagle zaczyna się robić naprawdę poważnie. W czasie wojny nie zadajesz już sobie wielu pytań. Zostaje tylko jedno, za to najbardziej poważne z możliwych: o życie i o śmierć.

W czasie wojny codziennie ktoś traci życie i codziennie możesz zobaczyć, jak któryś z twoich kolegów pada. Trzymasz jego ciało na rękach, a jego serce bije po raz ostatni. Mówisz swojemu przyjacielowi: „Żegnaj, stary”, a potem patrzysz, jak wkładają jego ciało do białego pudełka. Salwy w powietrze, ludzie płaczą, mdleją, a ty wiesz, że póki trwa wojna, będziesz czekał na swoją kolej. Bo być może jutro to ciebie będą żegnać. I być może jutro to ty zostaniesz zamknięty w takim samym białym pudełku.

Pogrzeby były dla mnie okazją do medytacji. Szedłem za trumną i rozmyślałem… Gdzie jest teraz ten facet? Jak to możliwe, że jeszcze wczoraj był silnym mężczyzną, śmiał się, żartował, a dzisiaj leży w tym pudełku? Czy to jest koniec? Czy jest coś po drugiej stronie? Jeśli umrę dzisiaj, to gdzie będę jutro? Czy będzie dla mnie w ogóle jakieś „jutro”?

Było mi z tymi dylematami ciężko. Bardzo ciężko. Mierzyłem się ze śmiercią, moim największym wrogiem, i każdego dnia rzucałem w niebo kolejne znaki zapytania: Po co Bóg mnie stworzył? Jaki jest sens życia, skoro i tak któregoś dnia wszyscy pomrzemy? Kula leci prosto na ciebie, bomba wybucha tuż obok miejsca, w którym stoisz. Rak, wypadek samochodowy… – wszyscy jesteśmy wrzuceni w śmierć. A gdybym stanął metr dalej? Gdyby to u mnie zdiagnozowano nowotwór? Gdybym poleciał poprzednim samolotem? Gdzie bym teraz był? Dokąd bym poszedł?

Pierwsze lata wojny; w górach Libanu (1976 r.)

Co robimy na tej planecie? Owszem, urodziliśmy się tutaj, ale nikt nas nie zapytał, czy chcemy przyjść na świat, czy nie. Nie można było nas o to zapytać, bo jeszcze nie istnieliśmy. Tak więc rodzimy się na świecie, ale niczego sobie nie wybieramy: ani kraju, ani rodziców, ani języka, ani szkoły… Niczego. Spadamy na ten świat niczym skoczkowie spadochronowi i oto jesteśmy. Dorastamy gdzieś, w jakimś losowym miejscu na planecie, aż nadchodzi dzień, w którym zaczynamy zadawać sobie naprawdę poważne pytania: Skąd „spadłem”? Dlaczego jestem właśnie tutaj i właśnie teraz? I co będzie ze mną, kiedy już znajdę się w białym pudełku…

* * *

Mijały lata, wojna trwała, a ja wciąż szukałem.

Walczyłem przez piętnaście lat i w tym czasie doświadczyłem chyba wszystkiego, czego można doświadczyć na wojnie. Moje życie biegło trzytorowo. Każdego dnia dzieliłem mój czas na trzy części: walczyłem, studiowałem i modliłem się. Szedłem równocześnie tymi trzema ścieżkami, wiedząc, że na którejś z nich wcześniej czy później spotkam Boga.

Właściwie to spodziewałem się, że najszybszą ścieżką okaże się ta związana z walką. Po prostu któregoś dnia kula dosięgnie właśnie mnie, a wtedy zobaczę Go twarzą w twarz i w końcu wszystko mi się wyjaśni. Tak właśnie wówczas myślałem – że wojna będzie moją drogą do poznania Boga i znalezienia odpowiedzi na moje pytania.

Równolegle szukałem Boga w nauce, bo zakładałem, że jeśli nie zostanę jednak zabity, to być może w ten sposób uda mi się Go znaleźć. Miałem plan, że dowiem się wszystkiego o budowie wszechświata, o gwiazdach i odległych galaktykach. Zająłem się inżynierią, bo chciałem wiedzieć, z czego dokładnie jest zrobiony świat. Zresztą, jak już mówiłem, myśl, by poznać budowę kosmosu, była we mnie od zawsze. Od wczesnego dzieciństwa miałem zwyczaj, że spoglądałem w niebo i pytałem dorosłych, dlaczego na niebie są gwiazdy. Nikt nie potrafił mi tego wyjaśnić, a ja chciałem wiedzieć, bo dla mnie to wszystko od zawsze było związane z Bogiem. Więc gdy w dzieciństwie ktoś pytał mnie, kim będę, kiedy dorosnę, zawsze odpowiadałem tak samo: że będę inżynierem jądrowym. Wprawdzie nie bardzo wiedziałem wtedy, czym zajmuje się inżynieria jądrowa, ale wyobrażałem sobie, że taki inżynier musi być bardzo mądrym człowiekiem, który zna odpowiedzi na najtrudniejsze nawet pytania.

Tuż po ukończeniu szkoły poszedłem na naszą bejrucką uczelnię i oświadczyłem dziekanowi, że chcę zostać inżynierem jądrowym. Zaczął się śmiać. Powiedział, że w Libanie nie ma elektrowni jądrowych, więc na uczelni nie prowadzą takiego kierunku. Nie miałem pieniędzy, aby wyjechać na studia za granicę, dlatego zapytałem o inny kierunek studiów, jak najbardziej zbliżony. Wtedy dziekan doradził mi, żebym został inżynierem elektromechanikiem. Tak zrobiłem i pięć lat później miałem już w kieszeni dyplom.

Z towarzyszami broni (1983 r.)

Nie zadowoliłem się nim i nie zapomniałem wcale o moim marzeniu. Tak się złożyło, że gdy byłem na ostatnim roku studiów, pojawiło się w Libanie pewne zagraniczne towarzystwo naukowe, które prowadziło na mojej uczelni rekrutację libańskich inżynierów. Należało tylko przystąpić do testu. Student, który zdobędzie najwięcej punktów, miał w nagrodę dostać stypendium na studia w Wielkiej Brytanii. Napisałem ten test najlepiej ze wszystkich i dostałem to stypendium. Pojechałem do Wielkiej Brytanii i zacząłem się specjalizować w inżynierii jądrowej. Czułem się absolutnie szczęśliwy. To było coś niesamowitego, móc w końcu odkrywać tajemnice wszechświata.

Wróciłem do Libanu z głową nabitą informacjami o galaktykach, gwiazdach, atomach i komórkach. Dowiedziałem się, jak jest stworzony wszechświat, ale nadal nie znałem odpowiedzi na najważniejsze pytania. Po co jest życie? Dlaczego Bóg nas stworzył? Po co stworzył gwiazdy i galaktyki? Jaka jest relacja między Nim a nami – ludźmi? No i w końcu: Czego Bóg chce ode mnie – Raymonda Nadera?

Tak więc z jednej strony byłem absolutnie szczęśliwy, bo udało mi się zdobyć dużo wiedzy, a z drugiej czułem się coraz bardziej sfrustrowany, gdyż nadal nie znajdowałem odpowiedzi na kluczowe dla mnie kwestie.

* * *

Szukałem dalej. Robiłem konsekwentnie te same trzy rzeczy: walczyłem, studiowałem i modliłem się. W tym czasie założyłem rodzinę, na świat zaczęły przychodzić nasze dzieci. Nie był to dla mnie łatwy czas, nie był to też łatwy czas dla mojego kraju. Sytuacja polityczna była mocno skomplikowana i niestabilna.

Ostatecznie załamał mnie moment, w którym po wielu latach zmagań wojennych z Syryjczykami i Palestyńczykami chrześcijanie zaczęli walczyć między sobą. Zawsze nienawidziłem wojny, ale wcześniej miałem przynajmniej poczucie, że w tej naszej walce jest jakiś sens, że walczymy w obronie naszych wartości i wiary. Teraz – gdy zobaczyłem, jak chrześcijanie zwracają się przeciw chrześcijanom i jak głupio postępujemy, walcząc ze sobą – zrozumiałem, że przegraliśmy tę wojnę.

Tak wyglądałem na pierwszym roku studiów (1979 r.)

To właśnie wtedy przestałem się modlić. Byłem zły na Boga. Jak On mógł do tego dopuścić?! Dla żołnierza przegranie wojny to coś druzgocącego. To jest nawet gorsze niż utrata życia. Bo jeśli tracisz życie na wojnie, to ma to jakiś sens – stajesz się bohaterem. Ale przegrana wojna oznacza, że zmarnotrawiłeś krew swoich przyjaciół. Z całą jaskrawością dotarło do mnie, że tysiące moich przyjaciół, których pożegnałem przez ostatnie lata, oddało życie na darmo.

Wspominam ten okres jako bardzo mroczny. Nie tylko przestałem się modlić i czytać Biblię, ale postanowiłem w ogóle usunąć Boga ze swojego życia. Zrobiło się naprawdę ciemno. Miałem w sobie ogromną pustkę. I wściekłość. Chciałem się zemścić na kimś, na kimkolwiek, wyładować jakoś tę złość. Czułem się słaby, pusty, bezużyteczny. Nic nie mogłem zrobić. Uznałem, że moje życie się skończyło i że nic już nie pozostało do zrobienia, tylko czekać na śmierć.

Któregoś wieczoru, to był rok 1993, pojechałem do Annaya. Wyważyłem drzwi i wszedłem do eremu. Byłem wściekły. Spojrzałem w gwiazdy i wykrzyczałem Bogu prosto w to rozgwieżdżone niebo: „Ty nie istniejesz! Ciebie nie ma!”…

* * *

Niedługo po tamtej pamiętnej nocy, 23 czerwca 1993 roku przyszedł na świat Rudi, mój drugi syn, i przyniósł mi wiadomość. Przyszedł na świat w najlepszej dla mnie chwili, gdy bardzo potrzebowałem kogoś, kto pojednałby mnie z Bogiem…

Liban był wtedy pod syryjską okupacją. Jeszcze gdy moja żona była w ciąży, kilka razy trafiałem do syryjskiego więzienia. Pamiętam, raz nie wiedziała nawet, że mnie aresztowali. Wróciła do domu, a mnie nie było, więc chodziła po bazach wojskowych i pytała: „Gdzie jest mój mąż? Czy ktoś widział mojego męża?”. Nikt niczego nie wiedział, nikt nie wiedział, gdzie jestem ani dokąd mnie wywieźli. Wtedy w Libanie nie bardzo przejmowano się prawami człowieka. Każdego można było zabrać z domu, porwać, każdy mógł zniknąć. Miałem szczęście, że w końcu mnie zwolnili i mogłem wrócić do domu, do żony.

W centrum dowodzenia (1982 r.)

Tak więc Rudi przyniósł dla mnie wiadomość i ta wiadomość uderzyła mnie prosto w serce.

Kiedy Rudi miał 40 dni, ciężko zachorował. Zabraliśmy go do szpitala. Pamiętam, trzymałem Rudiego na rękach, gdy pielęgniarka przyszła, by zrobić mu zastrzyk w rękę. Miał maleńką rączkę. Tak małą, że pielęgniarka nie mogła sobie poradzić ze znalezieniem właściwego miejsca na wkłucie. W dodatku płakał, kopał, wił się tak, że nie sposób było go utrzymać. Zupełnie jakby czuł, że ktoś zamierza zadać mu ból – robił wszystko, aby nie zostać zranionym.

Jako dowódca jednostki (1986 r.)

Trzymałem syna mocno, z całej siły, chcąc umożliwić pielęgniarce wykonanie zastrzyku. To było jedyne wyjście. Wiedziałem, że postępuję dobrze, że w ten sposób pomagam mojemu dziecku. A że kopie? Odmawia? Krzyczy? W porządku. Nie chce zostać zraniony. Rozumiałem, dlaczego zachowuje się w ten sposób, wiedziałem jednak, że ten zastrzyk jest dla jego dobra, że Rudi potrzebuje tego leku, aby odzyskać zdrowie.

Kiedy już pielęgniarka zrobiła zastrzyk, Rudi uspokoił się, a niedługo potem zasnął. Położyłem go na łóżku, moja żona czuwała przy nim. Ja sam poszedłem do Annaya. Spojrzałem w niebo usiane gwiazdami i powiedziałem: „Dobrze. Dostałem wiadomość. Kopałem, odmawiałem, krzyczałem, a Ty trzymałeś mnie mocno. Teraz już wiem, dlaczego. Jesteś przecież moim ojcem. Robiłem te wszystkie rzeczy, bo miałem problemy. Nie chciałem dłużej cierpieć. Ale Ty wiesz więcej. Jesteś moim ojcem, więc masz prawo trzymać mnie mocno”.

Tak właśnie Rudi pojednał mnie z Bogiem, a ja poczułem, że niebo znowu się dla mnie otwiera. I znów zacząłem Go odwiedzać w Annaya.

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej