37,00 zł
Komisarz Salvo Montalbano jakiego znamy: refleksyjny, sarkastyczny i pochłonięty kulinariami, ma problem. I to niejeden. Zmaga się z upływem czasu i zniecierpliwioną partnerką Livią. Co gorsza, Sycylię nęka kryzys migracyjny, który paraliżuje pracę komisariatu w Vigacie, wystawiając bohatera na codzienne dramaty.
W centrum uwagi pojawia się piękna właścicielka atelier krawieckiego Elena Biasini, a raczej… jej ciało. Elena zostaje bowiem brutalnie zadźgana nożycami. Ktoś chciał, żeby jej śmierć wyglądała na zbrodnię w afekcie. Ale Montalbano odrzuca to, co oczywiste.
Śledztwo, opisane w sposób pełen sarkazmu i sycylijskiego humoru, prowadzi do ukrywanej przeszłości, do Bellosguardo na północy Włoch i tajemnicy samobójstwa sprzed lat. Jaki sekret skrywała elegancka krawcowa?
Andrea Camilleri i komisarz Montalbano powracają po raz dwudziesty czwarty z kryminałem, który zanurza się w sycylijską rzeczywistość, gdzie nic nie jest czarno-białe.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 272
Tytuł oryginału:L’altro capo del filo
© 2016 Sellerio Editore, Palermo © Copyright for this edition by Oficyna Literacka Noir sur Blanc, 2026 © Copyright for the Polish translation by Lucyna Rodziewicz-Doktór
ISBN 978-83-8403-097-4
Opieka redakcyjnaDorota Jabłońska
Opracowanie redakcyjneAnna Suligowska-Pawełek
KorektaAleksandra Kubis, Anna Burger
Projekt okładkiKatarzyna Kaczmarek
Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.
Siedzieli w Boccadasse na małym balkonie i w milczeniu rozkoszowali się wieczornym chłodem.
Przez cały dzień Livia miała paskudny humor, zawsze dopadała ją chandra, gdy zbliżał się czas powrotu Montalbana do Vigaty. Ponieważ była boso, poprosiła znienacka:
– Przyniesiesz mi kapcie? Zimno mi w stopy. Najwyraźniej się starzeję.
Komisarz spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Dlaczego tak na mnie patrzysz?
– Starzejesz się od stóp?
– A co, nie wolno?
– Wolno, ale myślałem, że najpierw starzeją się inne narządy.
– Nie bądź taki wulgarny – odgryzła się Livia.
Komisarza zatkało.
– Ale o co ci chodzi?
– Już ty wiesz o co.
– Nie chciałem być wulgarny. Miałem na myśli takie narządy jak wzrok czy słuch...
– Raczysz iść w końcu po te kapcie?
– Gdzie są?
– A gdzie mają być? Przy łóżku. Takie w kształcie kota.
Montalbano wstał i ruszył do sypialni.
Wprawdzie kapcie zapewniały stopom ciepło, ale on ich nie znosił, ponieważ wyglądały jak, wypisz wymaluj, dwa białe koty z czarnymi ogonami. Oczywiście nigdzie ich nie mógł znaleźć.
Najwyraźniej leżały pod łóżkiem.
Komisarz się schylił i pomyślał: „Plecy! Oto kolejna część ciała, która daje znać o zbliżających się starczych dolegliwościach”.
Wyciągnął rękę i zacząć macać.
Poczuł plusz jednego z kapci i już miał go wyciągnąć, gdy zaskoczył go silny ból.
Błyskawicznie cofnął rękę. Na grzbiecie dłoni widoczne były głębokie zadrapania, z których pociekło odrobinę krwi.
Czyżby czaił się tam prawdziwy kot?
Ale w Boccadasse nie było kotów.
Zapalił nocną lampkę, zdjął ją z szafki i poświecił, żeby sprawdzić, co go podrapało.
Nie wierzył własnym oczom.
Jeden kapeć wyglądał jak kapeć, drugi zaś zamienił się w prawdziwego kota, który, z położonymi po sobie uszami i najeżoną sierścią, mierzył go groźnie wzrokiem.
Co to za dziwy?
Ogarnął go niepohamowany gniew.
Podniósł się, odstawił lampkę, poszedł do łazienki, otworzył szafkę z lekami i zdezynfekował ranę.
Po czym wrócił na balkon i usiadł bez słowa.
– A kapcie gdzie? – spytała Livia.
– Sama je sobie weź, jeśli masz odwagę.
Livia popatrzyła na niego z niesmakiem, z politowaniem pokręciła głową, wstała i weszła do mieszkania.
Montalbano obejrzał ranę na dłoni. Krew już nie ciekła, ale zadrapanie było głębokie.
Livia wróciła, usiadła i założyła nogę na nogę. Na stopach miała kapcie.
– A kota nie znalazłaś? – zapytał Montalbano.
– Co ty wygadujesz? – odparła Livia. – U mnie nigdy nie było żadnego kota.
– W takim razie kto mi to zrobił? – Komisarz pokazał jej ranę.
Nagle z wielkim zdziwieniem stwierdził, że na ręce niczego nie ma. Skóra jest całkiem zdrowa, nietknięta.
– To, czyli co? Bo ja nic nie widzę.
Montalbano schylił się bez zapowiedzi i zerwał jej ze stopy kapcia.
– Ten twój fałszywy pluszak mnie podrapał – powiedział z oburzeniem i wyrzucił winowajcę z balkonu.
W tym momencie Livia wrzasnęła tak głośno, że...
...że Montalbano się obudził.
Nie byli w Boccadasse, lecz w Vigacie, a Livia spała spokojnie u jego boku. Przez okno wpadało mdłe poranne światło.
Montalbano doszedł do wniosku, że to będzie wietrzny dzień.
Wzburzone morze głośno huczało.
Wstał i poszedł do łazienki.
Półtorej godziny później Livia pojawiła się w kuchni. Komisarz przygotował jej śniadanie, a sobie zrobił podwójną porcję kawy.
– Jak się umawiamy? – zapytała Livia. – O trzynastej mam autobus na lotnisko, do Punta Raisi.
– Żałuję, że nie dam rady cię tam zawieźć, ale nie mogę zostawić komisariatu nawet na godzinę. Sama widziałaś, jak to u nas wygląda. Zrobimy tak: zadzwoń, gdy będziesz gotowa, przyjadę po ciebie i podwiozę cię na autobus.
– Dobrze – odparła Livia. – Ale tym razem dotrzymasz słowa i pojawisz się w Boccadasse? Bez wykrętów.
– Obiecałem, że będę, więc będę.
– Z nowym garniturem – dodała Livia.
– Tak. Z nowym garniturem – odpowiedział Montalbano przez zaciśnięte zęby.
Przez tych kilka dni pobytu Livii w Vigacie kłócili się dzień w dzień przez co najmniej dwie godziny.
Od razu po przylocie, kiedy tylko Livia wysiadła z samolotu i jeszcze zanim przytuliła Montalbana na powitanie, podzieliła się wspaniałą nowiną:
– Czy wiesz, że Giovanna wkrótce ponownie wychodzi za mąż?
Montalbano wytrzeszczył oczy:
– Giovanna? Jaka Giovanna? Twoja przyjaciółka? A za kogo? I co z dziećmi?
Livia się roześmiała i dała mu znak głową, żeby poszedł po samochód.
– O wszystkim opowiem ci po drodze.
Gdy ruszyli, komisarz wrócił do przesłuchania:
– A co ze Stefano? Jak on to przyjął?
– A jak miał przyjąć? Bardzo dobrze. Są po ślubie od ponad dwudziestu lat.
Montalbano miał coraz większy mętlik w głowie.
– Ale jak człowiek z dwudziestoletnim stażem małżeńskim i dwójką dzieci może się cieszyć, że jego żona wychodzi za innego?
Livia dostała takiego ataku śmiechu, że aż łzy napłynęły jej do oczu i musiała wypiąć pas bezpieczeństwa, żeby chwycić się za brzuch.
Chwilę jej zajęło, zanim się uspokoiła, i dopiero wtedy zaczęła mówić:
– Co ci przyszło do głowy? Coś ty sobie pomyślał? Giovanna wychodzi powtórnie za Stefana.
– Rozwiedli się? I nic mi nie powiedziałaś?
– Nie rozwiedli.
– W takim razie po co im kolejny ślub?
– Faktycznie, niepotrzebny. Chcą potwierdzić ten, który już zawarli.
– Potwierdzić?!
Montalbano był tak skołowany, że nie czuł się na siłach, by dalej prowadzić.
Zjechał na pobocze i się zatrzymał.
– Słuchaj – rzucił poirytowany. – Ni chuja nie rozumiem, po co im to wszystko!
– Jeśli będziesz przeklinał, nie odezwę się więcej ani słowem!
Ruszyli, a wtedy Livia wytłumaczyła mu od początku, niczym dziecku, jak to jest z Giovanną i ze Stefano.
Że tych dwoje, szczęśliwie połączonych węzłem małżeńskim dwadzieścia pięć lat temu, zamierza uroczyście odnowić przysięgę.
Komisarz nie umiał się powstrzymać i zaczął drążyć:
– Odnowić? Jak badania techniczne w samochodzie? Jak kartę klubową?
Livia najpierw załamała ręce nad brakiem romantyzmu u Salva, a potem wyjaśniła, na czym polega ta uroczystość:
– Kiedy mija dwadzieścia pięć lat małżeństwa, obchodzi się srebrne gody i odnawia się przysięgę. Idzie się do kościoła razem z rodziną, z krewnymi, z dziećmi, jeśli są, z zaproszonymi gośćmi i jeszcze raz przyjmuje się sakrament. Wypowiada się złożoną kiedyś przysięgę: „Ja biorę ciebie za męża...”. To bardzo romantyczna chwila. Obrączki zostają pobłogosławione, dowiedziałam się też, że małżonkowie otrzymują po jednej świecy i wspólnie zapalają trzecią, która symbolizuje ich więź. A potem jest prawdziwe przyjęcie weselne z zabawą i podarunkami dla gości. I ty musisz tam być, bo obiecałam Giovannie i Stefanowi, że się pojawisz. Przylecisz do mnie do Boccadasse, a potem razem pojedziemy do Udine.
I to był pierwszy cios.
Drugi dosięgnął go jeszcze tego samego wieczoru, podczas kolacji, w jednej chwili odbierając Montalbanowi apetyt.
– Zajrzałam do twojej szafy – oznajmiła z powagą Livia.
– I znalazłaś w niej trupa?
– Gorzej, znalazłam zwłoki twoich garniturów. Żaden się nie nadaje. Pora, żebyś sobie sprawił porządny, na miarę.
Montalbana zlał zimny pot. Nigdy jeszcze nie był u krawca. Tak bardzo przeraziła go ta perspektywa, że nawet nie zdołał otworzyć ust.
Dopiero po chwili się otrząsnął i gdy był już w stanie cokolwiek z siebie wydusić, spróbował zmienić temat:
– Livio, jutro rano musisz jechać ze mną do komisariatu. Powiadomiłem już Bebę.
– Ale o co chodzi?
– Jako że mieszkasz w Boccadasse, możesz nie do końca zdawać sobie sprawę z dramatycznej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Łodzie przemytników przybijają do wybrzeży z większą punktualnością niż autobus z Montelusy. Imigranci przypływają setkami każdej nocy bez wyjątku. Bez względu na warunki pogodowe. Mężczyźni, kobiety, dzieci, starcy. Przypływają wychłodzeni, głodni, spragnieni, przerażeni. Nie mają nic. Cały komisariat pracuje dwadzieścia cztery godziny na dobę, żeby nad tym zapanować. A w miasteczku zorganizowały się liczne grupy wolontariuszy, którzy zbierają artykuły pierwszej potrzeby, przygotowują ciepłe posiłki, dostarczają ubrania, buty, kołdry. Beba kieruje jedną z takich grup. Pomożesz jej?
– Ależ oczywiście – odparła Livia.
Chociaż komisarz czuł się podle z tą świadomością, liczył w duchu, że jeśli Livia zaangażuje się w pomoc nieszczęśnikom, zapomni o odnowieniu przysięgi oraz o nowym garniturze.
Nazajutrz rano Montalbano zawiózł Livię do Beby, po czym stracił ją z pola widzenia i słyszenia na cały dzień.
Spotkali się dopiero wieczorem w Marinelli. Zanim Livia przystąpiła do relacjonowania tego, co robiła, zadała trzeci i ostateczny cios, rzecz jasna w porze kolacji, jakby zamierzała zmusić go do kuracji odchudzającej.
– Mimo wszystko udało mi się dzisiaj zajrzeć do pracowni krawieckiej. Niestety powiedzieli, że jutro mają zapełniony grafik i nie zdołają cię przyjąć. Byli bardzo uprzejmi i zapewnili, że uszyją garnitur na czas. Czekają na ciebie pojutrze, w dzień mojego wyjazdu, o trzeciej po południu. Szkoda, że nie będę mogła ci towarzyszyć, obiecaj mi jednak, że się tam pojawisz.
Montalbano się zdenerwował.
– Od dwóch dni nic, tylko obiecuję. Dobrze, pójdę. Podaj mi adres tej pracowni.
– Via Roma trzydzieści dwa. Brama obok sklepu papierniczego. Nie ma szyldu, ale wchodzi się z ulicy. Znajduje się na parterze. Zobaczysz, że się na pewno dogadasz z Eleną.
– Z Eleną?!
– Tak. A co?
– Przykro mi, nie idę – oznajmił stanowczo komisarz.
– Co znaczy, że nie idziesz? Przecież obiecałeś.
– Obiecałem, że pójdę do krawca, a nie do krawcowej.
– Co za różnica, krawiec czy krawcowa? Możesz mi wyjaśnić?
– Jest różnica.
– Jaka?
– Taka, że nie będę się rozbierał przy kobiecie. Nie życzę sobie, żeby kobieta mierzyła mnie w kroku, owijała centymetrem i liczyła, ile mam w ramionach, a ile w pasie. Kobieta może mnie obejmować w innym celu...
– Nie wiem, czy powinnam cię wyzwać od parszywego seksisty, czy od podstarzałego dziwkarza.
– Wyzywaj, jak chcesz, a ja i tak nie pójdę.
Livia trzasnęła wściekle kuchennymi drzwiami i zamknęła się w sypialni.
Montalbano nie zamierzał się poddawać, poszedł więc do jadalni, włączył telewizor i przez dobrą godzinę oglądał jakiś film kryminalny, z którego nic a nic nie zrozumiał. Potem zgasił odbiornik, rozłożył kanapę i żeby nie iść po pościel do sypialni, położył się w ubraniu i przykrył szlafrokiem.
Długo przewracał się z boku na bok, nie mogąc zasnąć. W końcu drzwi do sypialni się otworzyły i usłyszał głos Livii:
– Nie wydurniaj się. Chodź spać.
Bez słowa wstał i ze spuszczoną głową podreptał do pokoju, po czym położył się na samym skraju łóżka, jakby był tu tylko gościem.
Po chwili poczuł na swoim boku ciepłą rękę Livii, która zaczęła go pieścić. A wtedy poległ na całym froncie, włącznie z postanowieniem, że nie pójdzie do krawcowej.
Szczęśliwie trzeciego dnia wieczorem, po powrocie do domu, Livia ani słowem nie wspomniała o nowym garniturze i Montalbano mógł odrobić dwie poprzednie zmarnowane kolacje.
Z kolei Livia nawet nie skosztowała zupy rybnej, tak bardzo zależało jej na wyciągnięciu od komisarza informacji o pewnym człowieku, którego poznała podczas pracy z Bebą, a który wywarł na niej wielkie wrażenie.
– Natknęłam się na wysokiego, szczupłego, niezwykle eleganckiego sześćdziesięcioletniego pana w okularach. Wygląda na to, że jest za pan brat ze wszystkimi w Vigacie. Posługiwał się doskonale włoskim i przypuszczam, że równie dobrze mówi po arabsku, bo słyszałam, jak porozumiewa się z imigrantami. Nazywają go doktorem. Doktor Osman. Znasz go?
Montalbano się roześmiał.
– Jasne, że go znam, to mój dentysta. Wyjątkowy człowiek i wspaniały lekarz. Doktor starej daty, jeden z tych obdarzonych zmysłem diagnostycznym, którzy tylko spojrzą na ciebie i już wiedzą, co ci dolega.
– To prawda – przytaknęła Livia. – Skąd pochodzi?
– Jest Tunezyjczykiem. Zajmuje się nie tylko stomatologią, jest też wybitnym znawcą sztuki. Pracował jako doradca w Muzeum Bardo. Ale to nie wszystko, bo od wielu lat w okresie letnim, a ostatnio niestety także zimą, doktor Osman budzi się w nocy i jedzie do portu, żeby pomagać imigrantom jako tłumacz i lekarz.
– Chciałabym go bliżej poznać.
– Jak przyjedziesz następnym razem, zaprosimy go na kolację.
– Gdzie studiował?
– W Londynie.
– To co robi w Vigacie?
– Doktor Osman to skryty człowiek, nigdy mi o sobie nie opowiadał, ale o ile wiadomo, zaręczył się na studiach z dziewczyną z Vigaty. Ich związek się rozpadł, on jednak zakochał się w Sycylii, a przede wszystkim w morzu, tym samym, nad którym leży jego ojczyzna.
– Byłam w Tunezji. Faktycznie, z wyjątkiem języka, niewiele się różni od Sycylii.
– Zgadzam się z tobą, Livio, ale nie sądzę, żeby inni myśleli podobnie. Na dodatek, choć mamy dwa tysiące szesnasty rok, Tunezyjczycy również są zmuszeni opuścić swoje domy, ziemię, rodzinę, żeby przeżyć, jak nasza młodzież, która emigruje za pracą.
– Wiesz co, Salvo? – Livia nie kryła smutku. – Przykro mi, że jutro wyjeżdżam. Wolałabym zostać z tobą i dalej pomagać Bebie.
Montalbano ją przytulił. A gdy wieczór się pogłębiał, objęcia stawały się coraz dłuższe i coraz bardziej namiętne.
Skończyli jeść śniadanie. Montalbano wstał, podszedł do Livii, pochylił się i ją pocałował. Livia złapała go za rękę.
– Nie chcę, żebyś już wychodził. Czy możesz posiedzieć ze mną jeszcze przez chwilę?
Montalbano nie miał sumienia odmówić. Odsunął krzesło i usiadł naprzeciwko Livii. Kobieta podała mu obie dłonie, on ujął je w swoje i siedzieli tak w milczeniu, zapatrzeni w siebie jak przed laty, kiedy potrafili cały ranek spędzić na rozkoszowaniu się ciepłem rąk, zatopieni w swoich oczach.
W tym momencie zadzwonił telefon.
Żadne z nich nie miało śmiałości, żeby rozluźnić uścisk, ale znienacka temperatura wyraźnie się obniżyła. Pierwsza odezwała się Livia, zrezygnowanym tonem:
– Odbierz.
Montalbano spodziewał się Catarelli, zamiast niego usłyszał głos Fazia:
– Komisarzu, proszę o wybaczenie, ale czy mógłby pan przyjechać najszybciej, jak się da?
– Dlaczego? Co się stało?
– Stało się to, że w godzinach porannych przypłynęła łódź straży przybrzeżnej ze stu trzydziestoma imigrantami na pokładzie, w tym trzema ciężarnymi i czterema zmarłymi, z których dwoje to maluchy.
– No i co? – spytał Montalbano.
– To, że do ośrodka dla uchodźców dotarło sto dwadzieścia dziewięć osób. Jednej brakuje.
– Macie informację, czy ten brakujący cudzoziemiec to mężczyzna, kobieta...
– Tak, komisarzu, podobno to piętnastoletni chłopiec, który przypłynął bez rodziny.
W tym momencie Montalbano dostrzegł kątem oka, że Livia otwiera drzwi tarasowe. Blade światło ustąpiło miejsca wilgotnej szarudze pochmurnego dnia. Szum morza wyraźnie się nasilił.
– Problem w tym, że kwestor wyłazi ze skóry i żąda, żeby się chłopak natychmiast odnalazł. Dlatego od trzech godzin wszyscy go szukamy i w komisariacie nikogo nie ma.
– Już jadę – odparł Montalbano, myśląc w duchu, że do tej pory chłopak najprawdopodobniej dotarł już jakimś cudem do granicy z Niemcami.
Ledwo się rozłączył, a telefon znowu zadzwonił.
– Montalbano!
W jednej chwili rozpoznał władczy ton kwestora Bonettiego-Alderighiego.
Najchętniej przerwałby połączenie. W ostatniej chwili jednak zmienił zdanie, ponieważ wcześniej czy później i tak musiałby odebrać. Wziął więc głęboki wdech i powiedział:
– Przepraszam, kto mówi?
– To ja, na Boga!
– Co za „ja”?
Rozgniewany głos kwestora podniósł się o kilka decybeli:
– Kwestor! Montalbano, niech się pan obudzi!
– Przepraszam, panie kwestorze. I dzień dobry.
Bonetti-Alderighi odpowiedział na powitanie:
– Jaki dobry, kurwa! Siedzi pan i gnije w swoim domu, zamiast udać się do komisariatu i przejąć kontrolę nad tą niezwykle problematyczną sytuacją.
– O jakiej problematycznej sytuacji pan mówi?
– A czymże, pańskim zdaniem, jest fakt, że jakiś terrorysta...
– Pan wybaczy, kwestorze. To tylko biedny ucho...
Bonetti-Alderighi wpadł mu z wściekłością w słowo:
– Żaden biedny, kurwa! Otrzymałem poufną informację od komórki antyterrorystycznej. Na tej łodzi prawdopodobnie ukrył się niezwykle groźny bojownik ISIS.
– Prawdopodobnie czy na pewno?
– Montalbano, na Boga, proszę się nie czepiać słówek. Naszym zadaniem i obowiązkiem jest znaleźć go, zatrzymać i odstawić do odpowiedniego ośrodka.
– Pozwoli pan, kwestorze, że się nie zgodzę. Czepianie się słówek, jak pan raczył to ująć, jest tu kluczową kwestią. Łodzie uginają się od biednych uchodźców, którzy w większości są wyznania islamskiego, i jeśli nie zaczniemy odróżniać muzułmanów od bojowników ISIS, tylko przyczynimy się do pogłębiania dezinformacji oraz do podsycania paniki i wrogości, na co właśnie liczą terroryści.
Bonetti-Alderighi zamilkł. Ale tylko na chwilę.
– Kurwa, niech mi pan znajdzie tego terrorystę! – wrzasnął i się rozłączył bez pożegnania.
Trzy kurwy i dwa nabogi w cztery minuty. Bonetti-Alderighi ewidentnie stracił panowanie nad sobą.
Montalbano powoli wstał.
Podszedł do Livii, która wpatrywała się we wzburzone morze. Położył jej rękę na ramieniu i przyciągnął do siebie.
– Livio, wybacz mi, ale muszę już jechać.
Livia ani drgnęła.
Montalbano poszedł do sypialni po marynarkę i kluczyki do samochodu.
Wrócił do Livii.
– Czyli tak jak się umawialiśmy, będę czekał na twój telefon.
Dopiero wtedy Livia spojrzała na niego i zapytała, pokazując palcem na morze:
– Co to za tobołek?
– Jaki tobołek?
– Ta czarna rzecz, która unosi się na wodzie po lewej stronie, niedaleko portowego molo.
Montalbano wyszedł na werandę i spojrzał uważnie w kierunku wskazanym przez Livię.
Chwilę patrzył przed siebie w milczeniu, potem zszedł na plażę.
– Zostań tutaj – polecił.
Podszedł na tyle blisko, na ile się dało, ponieważ sztorm pochłonął większą część plaży. Oparł się na odwróconej do góry dnem łodzi, którą właściciel, rybak, wyciągnął rano na bezpieczną odległość.
Przyglądał się jakiś czas, po czym powolnym krokiem wrócił na werandę.
Z jego oczu wyzierała groza.
– To nie jest tobołek – powiedział.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
