Ostatnia miłość. Romans pornograficzny dla młodzieży i rodziców - Jadwiga Bogusławska, Jerzy Seipp - ebook

Ostatnia miłość. Romans pornograficzny dla młodzieży i rodziców ebook

Jadwiga Bogusławska, Jerzy Seipp

3,8

Opis

ONA jako nastoletnia uczennica zakochała się w jego książkach.
ON miał właśnie obchodzić srebrne wesele z czwartą żoną.
ONA w dniu swoich 18. urodzin postanowiła do niego napisać.
ON odpisał jej bardzo uprzejmie.
ONA napisała ponownie, że jest on wszystkim, czego ona chce od życia.
ON odpisał, że jest od niej 40 lat starszym alkoholikiem i socjopatą.
ONA wyznaje, że go kocha, i że pragnie spotkać się z nim.
ON wyjeżdża po nią na dworzec, aby go zobaczyła i zrozumiała swoją pomyłkę.

Reszta to już historia.
Miłości.
Wielkiej Miłości.
Ostatniej Miłości.

Wiecie, jak spędzamy z Emilką czas, kiedy się spotykamy? Owszem, rozbieramy się do naga. Tak, idziemy do łóżka. A potem przyklejamy się do siebie całym ciałem i tak objęci leżymy godzinami. Czasem rozmawiamy, czasem tylko wpatrujemy się w swoje twarze i głaskamy je. Samotność dalej wrzeszczy na nas zza okna, ale w tych chwilach nie ma do nas dostępu. A kiedy się żegnamy na dworcach, nasza rozpacz, gdyby ją zmierzyć fizycznie, zmiażdżyłaby miasto.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 418

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,8 (5 ocen)
3
0
1
0
1

Popularność




KRÓTKA DYGRESJA ZAMIAST WSTĘPU

Kiedy widzicie Państwo pięćdziesięciolatka całującego się z osiemnastoletnią dziewczyną, nie wypierajcie się, że pierwsza myśl, jaka przychodzi Wam do głowy, to pieniądze. Żaden inny katalizator – Waszym zdaniem – nie ma prawa wpływać na taką relację. Sztuka? Intelekt? Weź, spadaj.

Poznałem Emilkę, przepiwszy najpierw wszystko, co miałem do przepicia, a to, że wciąż jechałem na Wyborowej i winiaku zamiast Boryga i tektury[3], zawdzięczałem jedynie Miłości Wiernej i Wybaczającej, która nigdy nie była małostkowa i wiedziała, że Artysta może czasami zarobić, ale potrzebuje do tego osobnego szczęścia, niemającego nic wspólnego z jakością jego stworzenia.

Przyznaję się bez bicia, że kiedy z Emilką miziamy się na dworcach czy w tramwaju, Wasze pomieszane, pełne odrazy spojrzenia szukające policjanta, żeby zrobił z nami porządek, sprawiają mi wciąż kupę radości:

 

„Spytaj milicjanta, on ci prawdę powie!

Spytaj milicjanta, on ci wskaże drogę!” (Dezerter)[4]

 

Ale to tylko połowa przyjemności. Seippowie są od pokoleń tak głęboko katolicką rodziną – mam w herbarzu księży, zakonnice, mój własny ojciec konferował z prymasami – że gdy ktoś próbuje mnie prześcignąć, że niby jest lepszym katolikiem ode mnie, wystawiam wtedy zaciśniętą pięść i oświadczam: „Nawet żebyś się zesrał jak ta haŝkowska sójka, to mi nie podskoczysz”[5]. Bo ja swój katolicyzm mam wpojony krwią: żebym przypadkiem nie zbłądził, ojciec tak mnie bił, że krew bryzgała po ścianach, na głowie miewałem strupy, a czasami też nie mogłem siedzieć w szkolnej ławie („Seipp! Czego się tak wiercisz?”).

Jak już byłem dorosły i złamałem rękę, doktor nie mógł się nadziwić: „Pan nawet nie wie, ile katolicyzmu odkryłem w pana szpiku!”. Panna, która robiła mi pedicure, doznała objawienia, zebrała moje obcięte paznokcie jako relikwie i dzisiaj jest znaną stygmatyczką. Kiedy chciałem zostać barmanem i oddałem kał do badania – lekarz wyszedł z laboratorium i klękając przede mną, obwieścił na całą przychodnię: „Oto święty człowiek!”. Ja z kolei w studenckich czasach sparafrazowałem znany wierszyk na użytek nocnych rozmów Polaków:

 

Są w mej duszy rachunki krzywd,

Obca dłoń ich też nie przekreśli,

Ale krwi nie zachowa nikt:

Wytoczę ją z waszej piersi i pieśni![6]

 

Kiedy okazało się, że Emilka pochodzi z ultrakatolickiej rodziny i zabraniają jej mnie kochać – przyznaję, zagościł na mych ustach banan od ucha do ucha. To wtedy wpadłem na pomysł skomponowania tej książki z naszej korespondencji, a felieton Dowód ontologiczny na istnienie Twoich Majtek jako bytu koniecznego uważam za jeden z najlepszych tekstów, jakie napisałem w ostatnim czasie. Baw się dobrze, mój Czytelniku, a jeżeli coś kogoś w tej książce obrazi – to znaczy, że warto było ją napisać.

 

4-10-2012

 

Zacznę od tego, że Pańską twórczość poznałam, mając lat czternaście i szersze pojęcie o świecie obserwowanym przez okno pochłanianej literatury niż o życiu samym w sobie. Natrafiłam na Angielkę zupełnie przez przypadek, w małej księgarni. A jednak z jakiegoś nie w pełni zrozumiałego powodu stała się jedną z najważniejszych książek w moim życiu, czytaną dziesiątki razy i wraz z latami coraz lepiej rozumianą.

Dopiero niedawno wpadłam na pomysł przeszukania internetu w poszukiwaniu innych Pana książek i tak trafiłam na stronę www.seipp.pl. Wyjątkowo zaciekawiły mnie Pana filmy, zapewne w dużej mierze dzięki niesamowicie obrazowym opisom dotyczącym ich powstawania. Skłoniły mnie one do refleksji nad moim pokoleniem, w którym intelekt i szeroko rozumiana erudycja są zdegradowane do roli szpanerskiej ozdoby. Nie mam pojęcia, jak było „wtedy”, bo mój świat nie nauczył mnie tak czuć, tak przeżywać. A ja, również w imieniu całego pokolenia, ze wstydem zauważam, że jesteśmy po prostu tępymi głupcami, których zainteresowanie kulturą i sztuką pozostaje na poziomie troglodytów.

Kończąc ten marny wywód – piszę z pytaniem o Animację. Czy istnieje możliwość obejrzenia filmu? Jeśli tak, to gdzie go szukać?

Z poważaniem

Emilia Tomaszewska

DYGRESJA ITeoria chaosu

TO, co się stało z moim życiem 1 listopada 2012 roku, aż się prosi o analizę przyczyn, które do tego doprowadziły, zwłaszcza u takiego wielbiciela teorii chaosu jak ja. Uważam, że muszę się cofnąć aż do kwietnia roku 1988: dwadzieścia cztery lata temu! Ojciec Emilki, porządny katolik, spokojnie walił konia w Szczecinie i smarkaczowi nawet do głowy nie przyszło, że za sześć lat z jego spermy narodzi się Cud Prawdziwy i Miłość Ostateczna. A tysiąc dwieście pięćdziesiąt kilometrów dalej, w Londynie, osiem lat od niego starszy i zadowolony z siebie Artysta dostawał właśnie pierwszą lekcję dorosłości: Wielka Miłość wyrwała mi serce gołymi rękami, gdy stwierdziła, że odchodzi i zabiera ze sobą nie tylko majtki i telewizor, ale także naszą czteroletnią córeczkę, czyli Tatusiowy Skarb, jakżeby inaczej.

Próbowałem zapić się na śmierć, ale nie udało się – z Anglii spłynęła na mnie łaska Miłości Wiernej i Wybaczającej. Skończyło się na tym, że obezwładniony przez delirki, kończynami trzepiący o podłogę i obłażony przez wyimaginowane robactwo, błagałem ją, żeby mnie ratowała. Miałem szczęście, że nie była matką Polką, której ksiądz wbił do głowy, że „powinna dźwigać swój krzyż”. Wtedy zdechłbym w trymiga. Za to Miłość Wierna twardo zostawiała mnie sam na sam z demonami, powtarzając ze łzami w oczach: „Wrócę, jak zaczniesz się leczyć”.

Uczciwie komunikuję, że naprawdę chciałem umrzeć – półtora litra wódki na dobę, dzień w dzień, powinno przecież załatwić sprawę – ale miłość okazała się silniejsza. Narodziny naszego syna też pewnie pozbawiły mnie determinacji. We wrześniu 1993 roku żona zawiozła mnie do przychodni odwykowej i tak rozpocząłem drugie życie. Emilki wciąż jeszcze nie było na świecie, nie dokonało się nawet owo słynne „napoczęcie”.

Angielkę zacząłem pisać dwa lata później, kiedy trafiło mnie w końcu kłonicą w łeb za przyczyną prostego tekstu modlitwy franciszkańskiej (cytuję skrót): „O Panie, spraw, abyśmy mogli nie tyle szukać pociechy, co pociechę dawać; nie tyle szukać zrozumienia, co rozumieć; nie tyle szukać miłości, co kochać”. Nagle inaczej spojrzałem na siebie, rodzinę, swoje życie. Zmieniłem się. Nie chciałem już być tym „złym”. Zapragnąłem się nawrócić. O tym, myślałem, jest Angielka. Nieprawda, jak się dowiem później od czytelników. Jest to powieść o bezgranicznej samotności.

Bo popadłem w potworną depresję. Oglądałem życie tego „dobrego” jak kogoś obcego. Nic nie czułem: miłość umarła? Alkoholu bałem się jak ognia, bo wiedziałem, że wtedy będę bić syna, cudów nie ma. Byłem już taki „dobry”, że – o zgrozo! – dogadałem się nawet ze swoim ojcem! Czyli to miało być to moje trzeźwe życie? Jeszcze dzień–dwa i będę nucił z tatusiem w kościółku: „o szczęście niepojęte, Bóg sam odwiedza mnie”? Postanowiłem walczyć.

Pić nie chciałem, zdecydowałem się za to na „szukanie miłości”. Trwało wiele lat, i wychodziłem z tych prób raczej poturbowany, ale pewnie większość moich kobiet doznała jeszcze gorszego rozczarowania. Okazało się, że bez miłości kochać się już nie umiem i nie chcę. W domu wciąż byłem „dobry”, dzieci rosły zdrowo, tata nie pił – czegóż chcieć więcej od życia?

W 2004 roku wydałem w końcu Angielkę – Emilka skończyła właśnie dziesięć lat. Idąc za ciosem, napisałem Królewnę. Tu już nie bawiłem się w półśrodki. To JEST powieść o miłości wielkiej i ostatecznej, takiej poza śmierć i grób. „Z Bogiem i choćby mimo Boga!”[7]. Prawdziwej, niepohamowanej, nieuznającej odpowiedzialności, wstydu, szacunku czy myślenia o przyszłości. Lecz kiedy zacząłem rozmawiać z czytelnikami na temat Królewny, znowu okazało się, że książka nie jest dokładnie o tym, o czym myślałem. Że to jest powieść o Marzeniu o takiej miłości. O które trzeba walczyć i za które należy zapłacić każdą cenę. Każdą. O moim własnym Marzeniu.

Bo mijały lata – umarł mój ojciec, umarła matka. Umarła młodsza siostra. Ja byłem coraz starszy, coraz bardziej siwy, trzeźwy i przerażony, że moje Marzenie się nie spełni, bo też zbliżam się do wykopanego już dla mnie grobu. Z tego strachu zacząłem o nim głośno mówić. Żona wyśmiała mnie, nazywając obleśnym grubasem. Dorosły syn wzniósł się na wyżyny ironii i sarkazmu, wreszcie postawił mnie przed lustrem i wytłumaczył: „Tata, ty już nie możesz spodobać się młodej dziewczynie, zrozum to wreszcie”. Przyjaciele radzili kurwy. I tak w końcu wszyscy razem przekonali mnie. Że to już koniec. Że to się nie wydarzy. Nigdy. Nigdy. Nigdy. Pewnie nie wiedzieli, co sprawili swoimi kpinami: bez mojego Marzenia odechciało mi się żyć.

Wiedziałem, że ani nie wejdę pod pociąg jak Stachura[8], ani nie zawinę sobie plastikowej torby na głowie jak Kosiński[9]. Moja śp. Mamusia miała za to powiedzenie: „Jak ginąć, to z hukiem, jak spadać, to z wysokiego konia!”. Wypić półtora litra, narozrabiać, a potem się nie obudzić – to było coś dla mnie. W listopadzie 2010 roku, po ponad siedemnastu latach trzeźwości, wszedłem do sklepu i kupiłem flaszkę. Tak rozpocząłem swoje trzecie życie – Emilka w tym momencie już czyta Angielkę, raz za razem, od deski do deski.

O Marzeniu przestałem myśleć. Zachlewałem je tak ostro, że faktycznie stało się niepotrzebne.

6-10-2012

Kochana Emilko, twój mail nie tylko zachwycił mnie – wręcz zburzył mój chwilowy spokój. W swoim pracowitym życiu znałem tylko jedną Emilię: mówiłem do niej „babciu”. Dzisiaj dla mnie jesteś wyjątkowa już z powodu samego imienia, przepięknego.

Bardzo chciałbym napisać ci coś mądrego o wrażliwości i wynikającej z niej potrzebie „czegoś więcej” od życia, niż proponuje nam zastany świat. Ale zdeletowałem już dwa akapity, bo w korespondencji nie chcę wzbudzać w tobie jeszcze większego niepokoju. Dużo czytasz, więc wszystkiego dowiesz się sama, po kolei, na spokojnie. Pamiętaj tylko, żeby swoje życie kochać.

Gdybym był młodszy, chętnie zapytałbym cię, czy jesteś z Warszawy, ale potem wstydziłbym się sam przed sobą przez całą bezsenną noc. W każdym razie Animacji nie da się na razie obejrzeć prywatnie, chyba że masz dostęp do projektora szesnaście milimetrów, wtedy teoretycznie można by zorganizować pokaz, wymyślając najpierw jakieś hasło, np.: dla biednych psów, koników czy szerzenia kultury wśród młodzieży.

A już całkowicie serio, ciekawi mnie, czym się zajmujesz z tak obudzoną świadomością?

Pozdrawiam serdecznie.

Jerzy

PS Mam nadzieję, że nie dotknąłem cię, pisząc per „ty”. Często spotykam się z młodzieżą i pierwsze, o co proszę, to żeby nie mówili do mnie per „pan”. Czuję się wtedy jeszcze starszy.

 

Dziękuję bardzo za szybką i – będę szczera – mało spodziewaną odpowiedź. W kwestii imienia – obecnie potrafię je już lubić, choć mając dziesięć lat, zapewne bym w to nie uwierzyła. Tak się zdarzyło, że właśnie temu imieniu zawdzięczam to, kim jestem – i to, kim nie jestem.

Już jako dziewięciolatka miałam bardzo silny charakter, cechy przywódcze i nieokiełznaną wyobraźnię. Ale gimnazjaliści raczej nie przejmują się konsekwencjami brania na celownik małej dziewczynki o dziwnym, „innym” imieniu. I tak właśnie, uciekając przed ich uwagą, zwróciłam się do świata, który oferował zarówno izolację, jak i niezliczone możliwości przeżywania – świata książek. Historia zapewne nieszczególnie oryginalna. Sumując mój kilkuletni pobyt poza rzeczywistością – zyskałam namiastkę intelektu i widmo „czegoś głębszego”, w czego istnienie z czasem zaczęłam mocno powątpiewać, podobnie jak w istnienie Boga i życzliwość ludzi (tak, zdaję sobie sprawę z wkradającego się patosu, ale postanawiam zrzucić to na karb moich rodzących się w olbrzymich bólach zdolności pisarskich). Do strat z kolei można zaliczyć wszystkich przyjaciół, urodę i zdolność do naturalnych interakcji międzyludzkich. Wszystko to dzisiaj staram się odbudować, wciąż zadając sobie pytanie, czy to ma być ten świat, o którym czytałam.

Przyznam się tutaj od razu do iście młodzieńczej dekadencji. Walczę z nią, walczę, ale z tego co słyszałam, kolejnym etapem po niej jest już tylko podszyty frustracją cynizm. Mam osiemnaście lat – tak, haniebnie wydało się, jak młoda jestem – i chociaż cynizm przychodzi mi wyjątkowo naturalnie, to w oczach ludzi starszych ode mnie muszę wyglądać śmiesznie. Jak dziecko próbujące udowodnić dorosłym dookoła, że też jest dorosłe, lub jakbym śmiała twierdzić, że wiem coś o życiu.

W związku z Warszawą – nie, moja rodzina pochodzi z Wilna, od kilku pokoleń mieszka w Szczecinie. A szkoda, bo na warszawskim uniwersytecie znajduje się mój wymarzony kierunek studiów – dziennikarstwo, na które będę starała się dostać, choć rodzice próbują mi uświadomić, że nie mam absolutnie żadnych szans na samodzielne życie w stolicy. Mój wiek jest dla nich powodem do twierdzenia, że chcieliby mieć jeszcze życie przed sobą, dla mnie jest raczej kwestią lekkiego upokorzenia – mam wrażenie, że podcina mi skrzydła, które nawet nie zdążyły wyrosnąć. Chciałabym podróżować po świecie zamiast ciągle się uczyć, do czego nie mam wystarczająco dużo ambicji. To chyba przekonanie, że tylko gdzieś daleko może się coś wydarzyć.

Chciałabym mieć już czterdzieści lat, własne mieszkanie i kilka kotów. Zaszyć się w domu po przeżyciu wszystkich zbędnych pierwszych razów oraz kryzysów egzystencjalnych i pisać powolutku powieści, które czytać będzie jedynie małe grono dziwnych osób, a filisteria tego świata nie zauważy zupełnie.

Tak, wiem, jak to naiwnie brzmi, powrócę więc do twojej książki. Opisane są w niej dzieje rodziny i spoczywającej na niej klątwy. Pewnego dnia, tłumacząc sobie metaforę tego wątku, doszłam do wniosku, że klątwa dotyczy chyba i mojej familii. Od czterech pokoleń (bo o tylu wiem i znam charaktery) nad pierworodnymi dziećmi ciąży znamię pewnego typu sukinsynizmu, który dotyka na przemian córki i synów. Ja sama jestem ostatnim przedstawicielem tych dziwaków lubujących się w literaturze, nabierających mimowolnej mizantropii, którzy, krążąc niczym zjawy we własnym patosie, kochają zbyt mocno i lubią zbyt słabo. Dlatego też nie jestem pewna, czy wolno mi wycierać sobie usta całym moim pokoleniem, czy też może powinnam pogodzić się ze swoim dziwactwem. Żyję snami. Wymysłami o sobie samej.

PS Najmocniej przepraszam za ten przydługi wywód – sam jesteś sobie winny. Wystarczyło przybrać ton zdawkowy, chłodnawy, a zapewne żadne jęczenia nastolatek by się nie pojawiły.

PS 1. Szkoda, że film nie został w żaden sposób przegrany. Czytając o nim, myślałam sobie, że to naprawdę byłoby… widowisko. Ale to pewnie bajdurzenie osoby, która przeżyła swoje zakochanie w bitnikach, Morrisonie i całej radosnej menażerii lat 60., mając o nich blade pojęcie osoby żyjącej w XXI wieku.

8-10-2012

Hej, na podstawie tego, co czytam, nie mam cienia wątpliwości, że nie będziesz przejmowała się opinią rodziny na temat swoich wyborów w życiu – to tak à propos studiów. Co dobrze rokuje twoim pisarskim ambicjom. Nie wiem, na ile się zagłębiałaś w moją stronę internetową, ale polecam ci tekst Kim jest poeta? Czym jest poezja?.

Szczecin kojarzy mi się z moim ulubionym pisarzem Bogdanem Ruthą. Kiedyś tam (krótko) mieszkałem i w małym pokoiku ze słabą żarówką przeczytałem wszystkie jego powieści. Te książki można dziś kupić za grosze na Allegro, ale polecam najpierw pierwszą lepszą wypożyczalnię.

Myślałem też, co ci doradzić, żeby wesprzeć twoją arogancję, czyli co mogłoby dać ci jak najszybsze zaplecze intelektualne, abyś mogła rozmawiać jak równy z równym nawet ze starymi pisarzami. I wiesz, że wpadłem na pewien pomysł?

Czarno-białe filmy Ingmara Bergmana z lat 1951–1969. Zrobił ich wtedy ponad dwadzieścia, ale jak obejrzysz chociaż połowę – jeżeli dobrze cię oceniam – to tak jakbyś skończyła trzy–cztery fakultety uniwersyteckie. Nawet najwięksi intelektualiści będą musieli nieźle się napocić, żeby dorównać ci w analizie życia bez trzymania się sukienki Pana Boga i twórczości jako sposobu na radzenie sobie z chaosem i przypadkowością. Zwłaszcza że z wiekiem pamięć płata figle i bez trzystu gram wódki w organizmie nie chce nam się już męczyć. Jestem pewien, że gdzieś w Szczecinie te filmy muszą być, zacznij od uczelni – filmoznawstwo? historia sztuki? Na Jagiellońskim puszczali nam takie filmy na zajęciach.

Natomiast co do innej z twoich myśli: „Chciałabym mieć czterdzieści lat”, oświadczam bez wahania: mówicie bzdury, koleżanko. Nie ma nic gorszego od starości. A żeby mieć własne mieszkanie czy choćby pokój, nie trzeba być starym: ja swój pierwszy – służbówkę cztery i pół metra – wynajmowałem w wieku osiemnastu lat, i to za opiekę nad psami. A ponieważ nigdy nie umiałem istnieć bez miłości, przeżyłem ich wiele. I nagle pewnego dnia okazało się, że jeszcze wczoraj byłem atrakcyjny, a dzisiaj jestem jak powietrze: niewidzialny. Życie jest tak nieprawdopodobnie krótkie, stara i brzydka będziesz już tak niedługo, że lekceważąc dzisiaj swoje osiemnaście lat, doprowadzisz się do tego, że po czterdziestce będziesz pełna pretensji i nienawiści. Aż dziwne, że napisała to wielbicielka Angielki.

No nic, chętnie pokibicuję ci w twoich ambicjach intelektualnych, bo faktycznie tutaj jesteśmy zgodni: to dzisiaj ewenement.

„Rozważaj wszystkie składniki i badaj stopień i proporcje: (po pierwsze) inteligencji, czyli tego, co różni nas od innych zwierząt; (po drugie) wiedzy, jako że są to drożdże (po trzecie) intelektu, rozumianego jako analizę tej drugiej i prowadzącego do (po czwarte) świadomości, geniuszu, absolutu” (Jerzy Seipp, Avakak).

I tak trzymać.

DYGRESJA IIKim jest poeta? Czym jest poezja?

[esej przygotowany na wieczór poetycki]

Można o dzieciach pisać tak:

„A po tych wydarzeniach Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: «Abrahamie!» A gdy on odpowiedział: «Oto jestem» – powiedział: «Weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę». Nazajutrz rano Abraham osiodłał swego osła, zabrał z sobą dwóch swych ludzi i syna Izaaka, narąbał drzewa do spalenia ofiary i ruszył w drogę do miejscowości, o której mu Bóg powiedział. Na trzeci dzień Abraham, spojrzawszy, dostrzegł z daleka ową miejscowość. I wtedy rzekł do swych sług: «Zostańcie tu z osłem, ja zaś i chłopiec pójdziemy tam, aby oddać pokłon Bogu, a potem wrócimy do was». Abraham, zabrawszy drwa do spalenia ofiary, włożył je na syna swego, Izaaka, wziął do ręki ogień i nóż, po czym obaj się oddalili.

Izaak odezwał się do swego ojca Abrahama: «Ojcze mój!». A gdy ten rzekł: «Oto jestem, mój synu» – zapytał: «Oto ogień i drwa, a gdzież jest jagnię na całopalenie?». Abraham odpowiedział: «Bóg upatrzy sobie jagnię na całopalenie, synu mój». I szli obydwaj dalej. A gdy przyszli na to miejsce, które Bóg wskazał, Abraham zbudował tam ołtarz, ułożył na nim drwa i związawszy syna swego Izaaka, położył go na tych drwach na ołtarzu. Potem Abraham sięgnął ręką po nóż, aby zabić swego syna”.[10]

 

Ten tekst zna każdy z nas. A ponieważ jest to Pismo Święte, słuchamy go jako tekstu objawionego, od dwóch tysięcy lat, pokolenie za pokoleniem. Czyli – czy zdajemy sobie z tego sprawę, czy nie – musi mieć on wpływ na nasze życie, i moim zdaniem ma. Niebagatelny. Wystarczy go tylko odczytać nie z punktu widzenia dwóch starszych panów z brodami rządzących światem – ojca i Boga, ale z punktu widzenia dziecka. Tego właśnie chłopczyka, Izaaka, któremu tatuś kłamie, że idą zrobić coś ważnego, a tak naprawdę zamierza obezwładnić go i zarżnąć dla załatwienia swoich spraw z Panem Bogiem.

Przerwę na chwilę, żeby zapewnić Państwa, że nie jest moim zamiarem spierać się tu z jakąkolwiek religią, chcę tylko zadać takie kosmiczne trochę pytanie, kto to właściwie jest poeta? Malarz, kompozytor, pisarz to są konkretne zawody, łatwe do zdefiniowania. Ale poeta? Czy naprawdę można zdobyć zawód poety, nauczywszy się np. ładnie rymować? Przesunę jeszcze dalej granicę dygresji, aby uświadomić Państwu, że poezja to jedyna sztuka na świecie, do której nie potrzeba techniki. Żadnych narzędzi, żadnych praktycznych umiejętności.

Wyobraźmy sobie nagiego człowieka na bezludnej wyspie, stojącego sam na sam z Panem Bogiem i pragnącego skonfrontować swój dramat z Jego decyzjami. Malarz potrzebowałby narzędzi i zależnie od tego, jakie by znalazł, musiałby nauczyć się nimi operować, wypracować sobie technikę. Na wyspie nie ma nic. O kompozytorze nawet nie wspomnę, na piasku nut nie zapisze, a jeżeli nawet przetrwałyby parę chwil, to przecież i tak nikt tego na niczym nie zagra. Poeta jest jedynym artystą, który może podnieść się, stanąć twarzą do nieba i bez żadnych narzędzi, bez żadnej techniki, nagi, wykrzyczeć wprost: dlaczego mi to robisz? „Tyś nie ojcem świata jest, lecz… carem!”[11]. Dla skrócenia przewodu zróbmy więc założenie, że poetą człowiek się rodzi. Ale jak go rozpoznać, jeżeli do bycia poetą nie potrzeba żadnych atrybutów, np. gęsiego pióra czy zamyślonego spojrzenia w dal. Pójdę dalej: jak rozpoznać, czy przypadkiem nie urodziłem się poetą?

Dziecko przychodzi na świat, który dla niego składa się z mamy, taty i Pana Boga. Nakazy, zakazy, poniewieranie, krzyki, kary, nagrody, obowiązki, obowiązki, obowiązki, po prostu codzienność. Nauka mówienia, czytania, liczenia, wychowywanie, czyli wskazanie dziecku jego miejsca w rzeczywistości: tobie nie wolno robić tego, co ja robię, tylko masz robić to, co ci każę! Dziecko czuje i rozumie, że coś tu jest nie w porządku, ale oczywiście jest za małe, aby się przeciwstawić. Nie ma szans ani fizycznych, ani emocjonalnych.

Na jednej z lekcji religii ksiądz czyta tekst o Abrahamie i Izaaku. Z dwudziestu osób w klasie dziewiętnaścioro dzieci nawet tego nie zauważa i radośnie wybiega na podwórko. A jedno dziecko zostaje w ławce przerażone i zmartwiałe. To jak to? To na tym polega bycie dzieckiem? Że jak ten jakiś Pan Bóg sobie wymyśli, żeby powiedzieć mojemu ojcu, że ma mnie zarżnąć, to on po prostu ma złapać za nóż i to zrobić, bo jeżeli nie udowodni Bogu, że Go kocha BARDZIEJ ode mnie, ten nieźle go urządzi? Albo nawet nas wszystkich?

Od tego momentu nasze dziecko nie potrafi już patrzeć na swojego pobożnego, modlącego się ojca tak samo jak przedtem. Przecież on w każdej chwili może wstać z kolan, przeżegnać się i powiedzieć: „Chodź tam, za górkę, chcę ci pokazać coś ciekawego”. A podając czekoladkę, może w drugiej ręce chować sznurek, którym mnie zwiąże.

I tak dochodzimy do odpowiedzi na pytanie, kto z nas jest poetą. Poeta to właśnie to małe dziecko, które z zupełnie niepotrzebnie obudzonym nadmiarem świadomości od najmłodszych lat walczy o życie. Wie, że jeżeli spuści dorosłych z oka choć na chwilę, to ocknie się, związany na jakimś ołtarzu, a jego Tata, jego świat i opoka, będzie mu tłumaczył: „Nie płacz, synu, tak trzeba. To dla twojego dobra”. I poderżnie mu gardło, mrugając sobie okiem z Panem Bogiem: „Dobra robota? Teraz mi wierzysz, że kocham Cię BARDZIEJ?”.

I może dlatego język poetów nie zawsze jest tak jasny i zrozumiały jak instrukcja obsługi noża: 1. naostrzyć, 2. zarżnąć. Przemykać przez całe życie tak, żeby ojciec mnie nie zauważył, to nie jest prosta sprawa. Ale w sytuacjach, kiedy wszyscy z płaczem i krzykiem akurat uciekają przed kolejnymi rozrywkami Pana Boga: zabawą w powódź, trzęsieniem ziemi albo kolejną ludobójczą wojną, jedynym, który stanie bez strachu, odwróci się i krzyknie: „Co Ty znowu wyprawiasz?” – będzie właśnie poeta. Osobiście żadnej innej roli dla poety ani poezji nie widzę.

Zwrot akcji. Jako ludzie myślący i wychowujący własne dzieci zadajmy sobie tutaj i teraz pytanie, co każdy z obecnych rodziców odpowiedziałby dziecku, gdyby go nagle zapytało: „Tatusiu, (mamusiu), czy jakby tobie Pan Bóg kazał mnie zarżnąć, żeby udowodnić, że Go kochasz BARDZIEJ, czy zrobiłbyś to?”. Jak w katolickim domu z tego wybrnąć? Sięgnijmy do poetów, może mają na ten temat jakieś wskazówki.

Czy wiedzą Państwo, jakich jest trzech najczęściej czytanych poetów w historii? Proszę się nie martwić, ja też jeszcze wczoraj nie wiedziałem. Dla porządku tylko dodam, że to Szekspir, chiński poeta i filozof Lao-cy i Khalil Gibran. Dowiedziałem się tego przypadkowo, starając się tutaj przybliżyć Państwu postać tego trzeciego właśnie, urodzonego w Libanie poety amerykańskiego Khalila Gibrana. Przyznaję też, że byłem zaskoczony tą informacją. Ale jak zaraz dowiodę, jest to być może najlepsza wiadomość dzisiejszego wieczora.

Szekspir to nasz zachodni, chrześcijański świat i proszę: morderstwa, krew, zbrodnie i samotny człowiek, który chciałby coś zmienić. Proszę zwrócić na to uwagę, to ważne: jeżeli chcę być porządnym człowiekiem, nie mogę zaakceptować „złego” świata. Muszę się zbuntować, muszę starać się go – przez żyjących w nim ze mną ludzi – naprawić. I przeważnie zginąć. A przecież drugi z tych najczęściej czytanych poetów, Lao-cy, nauczał, że to błąd usiłować zmieniać ludzi. Wierzył, że wszyscy są dobrzy w naturalny sposób i wszystkich należy traktować tak samo. Był przeciwny prawu, zwyczajom i tradycjom (czy słyszycie te bluźnierstwa?!). Nauczał: „Bądźcie sobą, róbcie swoje”. Prawo naturalne stawiał ponad prawem stanowionym.

Mniej więcej w tym samym czasie kiedy żył Lao-cy, w kulturze greckiej – która ukształtowała Szekspira, Mickiewicza i nas wszystkich – powstają największe dzieła ludzkości, gdzie pojedynczy człowiek nie robi nic innego, tylko walczy z bogami o swoje życie! Przepraszam, że to z uporem przypominam, ale jak pięć tysięcy lat temu, tak i dzisiaj nasz kanon wychowawczy to wciąż zakazy i nakazy. „Bądź sobą, rób swoje” jest prawdopodobnie ostatnim zdaniem, jakie przyszłoby komukolwiek do głowy, gdyby jego dziecko powiedziało: „Masz rację, mama (tata), nie będę zdawał matury, bo to bez sensu, wystarczy, jak mi dasz stówę co wieczór, żebym mógł balować po klubach, bo tylko wtedy jestem sobą”. Jako katolik z dziada pradziada każdy złapie wtedy za pas i wykrzyczy: „Ja ci dam stówę, chyba batów!”. Ale ponieważ kochamy nasze dzieci i trzeba znaleźć wyjście z impasu – sięgnijmy znowu do poetów.

Lao-cy pisał, że wszechświat to „najwyższa ostateczność”. Nie mamy na niego wpływu, więc jedyne, co możemy zrobić, to osiągnąć z nim harmonię. Jak? Nie uwierzycie. Przez niedziałanie. A raczej działanie bez wysiłku: akceptowanie i harmonizowanie swego działania z nurtem wszechświata. Uczy, że posiadamy własną, naturalną moc. Jest ona niebywale krucha i delikatna, ale odkrycie w sobie tej mocy daje radość i szczęście, gdyż wtedy odnajdujemy rzeczy takimi, jakie one są w rzeczywistości, czyli jaka jest ich prawdziwa natura.

Proszę porównać: tragedie greckie, tragedie Szekspira, tragicznych bohaterów Mickiewicza czy Słowackiego – i starego Chińczyka, który mówi, że świat powinniśmy kochać, a nie z nim walczyć.

I tak dochodzimy do trzeciego najczęściej czytanego poety w historii, Khalila Gibrana. Przeżył swoje życie na początku XX wieku jako poeta praktycznie niezauważony. Mając czterdzieści lat, napisał swoje największe dzieło, poemat-książkę Prorok, ale musiało upłynąć następne czterdzieści lat, zanim ludzie spostrzegli, że oto mają w posiadaniu kilkadziesiąt kartek zapisanych bardzo mądrymi zdaniami. Od tamtej pory nie możemy się od nich oderwać, i jak już wspomniałem, jest to naprawdę dobra wiadomość. Bo to oznacza, że jest nadzieja dla naszych dzieci, a może chociaż dla ich dzieci a naszych wnuków.

Kim jest poeta, mam nadzieję, odpowiedziałem, teraz zacytuję krótki fragment Proroka Khalila Gibrana, aby odpowiedzieć na pytanie, czym jest poezja. Pamiętacie historię zdradzonego przez ojca Izaaka? A przecież można o dzieciach pisać tak:

 

„Wasze dzieci nie są waszą własnością;

są synami i córkami samej mocy życia.

Jesteście ich rodzicami, ale nie stworzycielami.

Mieszkają z wami, a mimo wszystko do was nie należą:

Możecie dać im swą miłość, lecz nie wasze idee,

ponieważ one mają swoje idee.

Możecie dać dom ich ciałom,

ale nie ich duszom, ponieważ ich dusze mieszkają w domu przyszłości,

którego wy nie możecie odwiedzać

nawet w waszych snach.

Możecie wysilać się, by dotrzymać im kroku,

ale nie żądać, by byli podobni do was,

ponieważ Życie się nie cofa

ani nie może zatrzymać się na dniu wczorajszym.

Wy jesteście jak łuk, z którego wasze dzieci,

jak żywe strzały, zostały wyrzucone naprzód;

Strzelec mierzy do celu na szlaku nieskończoności

i trzyma cięciwę napiętą całą swą mocą,

żeby strzały mogły poszybować szybko i daleko.

Poddajcie się z radością rękom Strzelca,

ponieważ on kocha równą miarą i strzały, które szybują,

i łuk, który pozostaje niewzruszony”.[12]

12-10-2012

Hej, odpowiadam dopiero teraz, ponieważ postanowiłam najpierw pogrzebać w rzeczach, które mi poleciłeś. I tu chciałabym zaznaczyć coś ciekawego. Cokolwiek napisałam w poprzednim mailu, nie zawarłam tam pytania: którędy iść? A przecież to dosyć naturalne, żeby zwyczajnie spytać o radę, zapytać, jak dążyć do celu, z czym się zapoznać. A ujmując prościej i dosadniej: pan jesteś pisarzem, napisz pan coś mądrego.

I myśląc o tym później, doszłam do wniosku, że chyba właśnie o to mi chodziło. Może przesadzam, ale w epoce dostępu do niemiłosiernego natłoku wszelkiej możliwej kultury (i jeszcze większego jej braku) dobrze jest dostać jakiś mały punkt zaczepienia.

W kwestii eseju uczucia nieco mieszane. Pierwszą część zrozumiałam – fragment o chrześcijańskich rodzicach jest niezwykle sugestywny. Bądź co bądź, zostałam wychowana w przykładnym modelu takiej rodziny – głęboko katolickiej, zapatrzonej w swoje wyimaginowane niebo, z rodzicami niewidzącymi, że najbardziej kłócą się zaraz po przyjściu z kościoła. Co więcej, koncepcja ta idealnie obrazuje postać mojego ojca, którego teraz ledwo jestem w stanie tolerować. Może wynika to z prostego faktu, że kiedy inni ludzie mówią mi, że jestem inteligentna, że powinnam dążyć do celu i marzyć, od niego zawsze słyszałam, że zostanę sprzątaczką, że wybór humanistycznego kierunku potwierdza, jak niewiele warty jest mój umysł, że on tylko czeka, żeby mnie wywalić z domu. Czasami zastanawiam się, czy ojcowie nie są po to, żeby nauczyć się nienawiści.

Ale znów rozpisuję się o własnym życiu. A naprawdę nie jestem aż tak samotna, żeby to robić. Nie mówiąc już o tym, że ty też jesteś ojcem, więc może to się wydać nieco obraźliwe.

Powracając do eseju, odpowiedź na pytanie: kim jest poeta – nie rozczarowuje. Dalej robi się trudniej: drugi poeta – pojęcie harmonii z wszechświatem, jest mi raczej obce i nie dlatego, że nie próbowałam. A ostateczne wnioski (ostatni wiersz) ładne, ale jakoś trudno w to uwierzyć. Obawiam się, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie rodzica, który nie narzuca swojego światopoglądu dziecku, nie popadając przy tym w obojętność. Tu jest pytanie, które zawsze mnie nurtowało: rodzice robią dzieci dla siebie, czy dla tych dzieci? I czym właściwie jest ta poezja? Krzykiem w przestworza?

A teraz o filmach. Jako że klasa maturalna daje mi słabe możliwości w zakresie poszukiwań w mieście, pierwsze z nich oglądam z komputera. Ale cała łatwizna się kończy, kiedy trzeba poszukać czegoś rzadszego. Co daje mi swoiste poczucie misji :) Na podstawie tego, co już obejrzałam, mogę powiedzieć, że rzeczywiście ma się do czynienia z kulturowym widowiskiem. Chociaż z pewnością nie jest to rodzaj filmów łatwych w odbiorze.

Jeśli chodzi o książki, to żeby ich poszukać, czekałam do weekendu. Jakieś sugestie, od której zacząć? A co do mojej depresyjnej gadki o byciu starym… Naprawdę wiem, że to tylko taki brak realizmu. Ludzie starsi wiedzą, jak to jest być młodym, ale w moim wieku człowiekowi zdaje się, że ma życiowe problemy i że jeśli ma być lepiej, to zapewne za wiele lat. A poza tym, szczerze przyznaję, że boję się starości. I to nie w kwestii wyglądu, bo póki co brak zmarszczek nie sprawia, że mam większą popularność niż ty teraz… Boję się tego, jak umiera umysł, zanim jeszcze umrze ciało. I taak, nie umiem pewnie docenić tego, co mam. Dla kogoś, kto za ideał nadrzędny uznaje wolność, kwestia niezależności jest równoważna z początkiem życia. A przynajmniej to próbuję sobie uświadomić. Że stoję na progu, a nie w zamkniętym pokoju.

Co do Angielki, to książka ta reprezentuje kilka wartości, z którymi nie umiałabym się identyfikować. Nie wspominając już o samym zakończeniu. Ale pewnie o to właśnie chodzi. O zauważanie tego, czego w życiu brakuje. Kto wie. Z drugiej strony, dla mnie jest to powieść o wymiarach samotności. I o tym, jak człowiek czasem chciałby być wolnym od siebie samego.

Jeżeli twój mail miał naturę retoryczną, to najmocniej przepraszam. Naprawdę nie mam w zwyczaju napastować ludzi swoimi opiniami. To chyba problem z autorytetem. Trudno mi w ogóle uznawać jakiekolwiek autorytety. Tak więc zapewne zachowuję się wyjątkowo niezgrabnie. Pozdrawiam i polecam się na przyszłość w zakresie edukacji kulturowej.

13-10-2012

No, no, „człowiek chciałby być wolnym od siebie samego” – gratuluję ładnego zdania.

Napisałem, że ci pokibicuję, więc możemy uznać znajomość za rozpoczętą.

Bogdan Rutha: Nasze ciekawe czasy, Wyspa Psów, Szczurzy Pałac, Sala pełnaksiężyców, Dozorcy słowików, Cudowne wspaniałe życie.

Na autorytet na pewno się nie nadaję, za to w gadkach przy wódeczce jestem mistrzem – chociaż okazało się, że potrafię domagać się szacunku, ale był to pojedynczy chuligański incydent, w dodatku bez temperatury intelektualnej.

Nie wspominasz nic o Królewnie. Jeszcze nie czytałaś? Zgroza…

 

Czy dobrze zrozumiałem, że już jakieś filmy Bergmana obejrzałaś? Panieneczko, nie ma tak łatwo: proszę mi pisać o swoich uczuciach po każdym obejrzanym, inaczej spłynie to po tobie i cała sprawa się zmarnuje. Albo naprawdę chcesz pisać, albo tylko się nudzisz. Bo pamiętaj: nie będziesz pisała o tych filmach dla mnie, tylko dla siebie. Ja jestem tylko takie dalekie lustereczko.

14-10-2012

„Człowiek chciałby być wolnym od siebie samego” – że w sumie mam rację, czy tragicznie się mylę? Fakt, autorytet to marne słowo. Nieodmiennie kojarzy mi się z systemem autorytarnym, a jak wiadomo, władza jest po to, żeby z nią walczyć. Że zgroza? W istocie. Tą grozą przejęta, prawie dwa tygodnie temu zamówiłam Królewnę. Na razie Empik daje mi do zrozumienia, że „zajmą się sprawą, ale za chwilę”. Z ciekawości: którą ze swoich książek uważasz za lepszą?

Teraz jestem w trakcie filmu Jak w zwierciadle. Obejrzałam Wieczórkuglarzy. Z początku miałam wrażenie pewnego niedopowiedzenia, jakby scenariusz urywał film w jednej trzeciej długości. Myśląc o tym późnej, doszłam do wniosku, że jest wręcz przeciwnie, wszystko, co mogło być powiedziane, zostało, a moment kulminacyjny jest bardziej wyraźny, niż mogłoby się wydawać.

Według mnie ten film to studium człowieka wobec podejmowanych przez niego decyzji. Wstyd bohaterów wynika z nieumiejętności akceptacji własnych wyborów i prowadzi do pogardy względem samych siebie i świata. Innym aspektem fabuły jest postawienie człowieka wobec wolności. Tego, jak czasem staje się ona brzemieniem nie do zniesienia.

To zapewne problem tych, którzy we własnym szczęściu się duszą i wymieniają je na wolność. Tak naprawdę są stworzeni do wolności, ale wolność boli, bo idąc bez celu, człowiek nie jest w stanie się nie zgubić. W swoim cyrku Albert decyduje o wszystkim, ale i to zaczyna go przerastać, bo jedyne, o czym marzy, to powrót pod skrzydła żony, na którą mógłby zrzucić odpowiedzialność za siebie samego. Życie nie zawsze daje drugą szansę. Albert i Anna odchodzą podwójnie przegrani, ponieważ nie tylko nie udało im się zmienić swojego losu, ale też zdradzili po drodze siebie samych. Możliwe, że jednak odczuwają ulgę, że ostatecznie nic się nie zmieniło. Bo takie wrażenie pozostaje po filmie. Mimo wszystkich upokorzeń żyje się dalej, bez względu na to, czy coś się udało, czy nie.

15-10-2012

Nie wygłupiaj się, „człowiek chciałby być wolnym od siebie samego” to jest fantastyczne zdanie, pamiętaj: ty nie walczysz o racje, tylko o piękne zdania, które powodują, że osiemnastoletnie pisarki in spe molestują zmęczonych pisarzy po czterdziestce.

Aha, za pamięci: nie musisz się zgadzać z niczym, co piszę. Ja mam swoje opinie, a ty możesz mieć swoje. Ty walczysz, ja umieram. W tej chwili słucham Patrz, patrz Lombardu i się rozklejam, ale to może z powodu wypicia butelki whisky Ballantines. Na szczęście mieszkam na wsi i mam wyrozumiałych sąsiadów.

Królewny nie masz prawa dostać w Empiku, ponieważ ich licencja do sprzedaży upłynęła w marcu 2011 roku, ale jak mnie ładnie poprosisz, to ci książkę wyślę. Od dwóch lat walczę o film z Królewny, wreszcie mam podpisać umowę i piję z rozpaczy, bo chyba jednak nie podpiszę: zamiast pornograficznego thrillera chcą zrobić społeczny film o krzywdach dzieci, na który pies z kulawą nogą nie pójdzie. I tyle na dziś, twoje zdrowie!

16-10-2012

Zdaję sobie sprawę, że moje wnioski na temat Bergmana nie są wystarczające nawet dla mnie samej. Jakoś tak instynktownie to do mnie trafiało, ale w kwiecistych słowach jak zwykle się zaplątałam. W zakresie interpretacji odbieram naukę typu „zdaj maturę wg wzoru”. Sama nie wiem, czy z tym walczyć, czy nie.

I bardzo ładnie proszę o Królewnę. Naprawdę. Mogę obiecać, że będę się niemiłosiernie ekscytować, czekając, aż przyjdzie. W kwestii filmu szczerze współczuję. Nie ma wielu gorszych zagrań od żerowania na litości „wrażliwej” publiki. To śmiechu warte. Jak łzy bohaterów filmu Dzieci Ireny Sendlerowej: wszyscy cierpią i rozpaczają, chociaż w zasadzie w filmie nie dzieje się im nic złego. Gdyby taka, jak opisujesz, Królewna weszła do kin, to młodzież uzna, że to pseudoumoralniający chłam, a pokolenie „rodziców”, że to społeczny dowód słuszności opinii na temat zdemoralizowanej młodzieży. Ale jeśli mnie pytać, to jacy ludzie, takie kino. Może się mylę, ale chyba ze dwadzieścia lat temu nie ukazywały się ambitne tytuły typu Baby są jakieś inne.

„Ty walczysz, ja umieram”. Hej, to takie smutne! Przeczytałam dziś Krąg ciemności Chucka Palahniuka. Niby świetna, ale jakbym to już kiedyś czytała.

Fajnie się wyobraża, jak zagłuszasz noc głośną muzyką. Ach, i również zdrowie, dzisiaj piję z okazji swoich imienin. Dlatego też pewnie piszę bzdury. Teraz chciałabym (i wznoszę za to toast), żeby ludzie mogli być wiecznie młodzi. Albo chociażby tak długo, aż życie się im nie znudzi. Kiedyś tam.

Słucham The Cure – Upstairs Room. Jedna z moich ulubionych piosenek, chociaż podobnie jak w przypadku Angielki nie mam pojęcia dlaczego.

 

Najgorsze zawsze jest to, że nie mogę spać i zamiast trzeźwieć podczas snu, aby mierzyć się z następnym dniem, piję dalej o czwartej rano. A dlaczego ci o tym piszę? Bo nasza znajomość to jednak nie przypadek: jakim prawem rocznik 1994 słucha Upstairs Room?!!! To jest wbrew instynktowi samozachowawczemu.

The Cure nie byli już moją grupą – jestem jeeeeszcze staaaarszy. Kiedy w 1988 roku moja Wielka Miłość powiedziała (cytując wspomniany wcześniej Lombard): Mam dość! – licząc na moje samobójstwo, ja wyszedłem z londyńskiego szpitala, ukradłem jej naszą pięcioletnią córkę i uciekłem do Polski. Aha, nie bez kozery będzie dodać, że przez cztery lata nie mogłem odwiedzać Starego Kraju (cytat, Królewna). Zanim ta piękna i twarda jak diament kobieta przyjechała do Polski z armią prawników i odebrała mi Julcię (masz szczęście, kutasie, że nie kazałam cię zabić. A w ogóle jak przeżyłeś?), miałem kilka wspaniałych miesięcy, bo jak wyjeżdżałem z Polski, żegnało mnie ze sto osób, i jak nagle przyjechałem, te same sto osób mnie dalej kochało. A kto nam grał? The Cure, dzień i noc. I U2. Dziwne, surrealistyczne czasy.

Wszystkiego najlepszego z okazji imienin. A toast znowu ci się udał, cytuję: „Albo chociażby tak długo, aż życie się im nie znudzi”. Królewnę wyślę bez pośpiechu, jak będę w stanie wsiąść do samochodu. Przydałby się adres. Czym się, solenizantko.

 

Tak, przyznaję się do braku instynktu samozachowawczego. Chociaż, o ile odjąć okres intensywnych poszukiwań Nowego Eleusis, to jestem zbyt wielkim tchórzem, żeby aktywnie dążyć do autodestrukcji. A świadomość wyrywa się do tego, i owszem. Instynkt stadny też ulega licznym zaburzeniom. Pytanie tylko, czy chodzi ci o piosenki, czy o całokształt zachowań?

Uwielbiam The Cure. Upstairs Room czasami kojarzy mi się z porankiem na zjeździe albo po nocy picia i obojętnej czułości z kiepskich powodów, kiedy nie jest się w stanie znieść czegokolwiek, a wszelkie próby zaczepienia myśli o jakiś przyjemny temat kończą się źle. Dom jest pusty, noc pogłębia to wrażenie. Pokój na poddaszu ma podłogę z ciemnego drewna pokrytą warstwą kurzu, przez okna dociera mdłe, białe światło pochmurnego świtu około piątej nad ranem. Nie da się zasnąć, a umysł jest pełen rozbitych myśli, które chciałoby się wyciszyć. Osoba, która towarzyszyła w nocy, teraz wymyka się bez słowa, bo właściwie nie ma co powiedzieć. Nie mówiąc już o tym, że tekst to tylko połowa „tego czegoś”.

Inną sprawą jest, z jakim kontekstem mojego króciutkiego życia się wiąże. Z nieokreślonego powodu ta piosenka towarzyszyła mi, kiedy mając lat szesnaście razem z przyjaciółką zdołałyśmy sobie wmówić, że nie byłoby w życiu nic bardziej romantycznego niż uwiedzenie czterdziestoczteroletniego nauczyciela, będącego przy okazji dyrektorem szkoły. I do tego celu bardzo dyskretnie dążyłyśmy. A prawdę mówiąc, był to po prostu inspirujący temat do wspólnego rozwijania zdolności pisarskich.

Plan naturalnie nie wypalił, bo zainteresowanie nauczycieli-tatuśków szesnastolatkami jest raczej elementem school legends. Po tym okresie został mi rysunek wymarzonego mieszkania i Upstairs Room, który właściwie nawet nie wpasowywał się w klimat.

Piszesz, że ta znajomość to nie przypadek. Co powiesz na to, że twój pierwszy mail doszedł do mnie 6 października 2012 roku o godzinie 18.46, a taka sama data, godzina i minuty, tylko osiemnaście lat wcześniej figurują w moim akcie urodzenia? Zen, człowieku, zen.

Porwałeś córkę i przemyciłeś przez granicę? Historia brzmi jak dramat sensacyjny. A ja się zastanawiałam, w jakich proporcjach pisarze zwykle przenoszą życie osobiste na karty powieści! Inna sprawa, że dla mnie na abstrakcję zakrawa już samo posiadanie tylu znajomych, z którymi ma się chęć utrzymywać relacje, choćby tylko towarzyskie. Jak o tym myślę, to chyba nie znalazłabym nawet dwudziestu pięciu. Pewnie przychodzi to z czasem, a z tego, co czytałam, prowadziłeś w pewnym stopniu dość „charyzmatyczne” życie, więc to nie aż takie dziwne.

Wiesz, jaka była moja pierwsza myśl, kiedy czytałam twoją stronę internetową? Kurczę, w ogólnym zarysie to jego życie i twórczość całkowicie bezwstydnie przypominają moją wizję własnej przyszłej osoby (fakt, dosyć – przyznaję – ubarwioną). Choć nie mam o sobie aż tak wysokiego mniemania, nie mówiąc już o tym, że przyszłość zaczyna nabierać odmiennej barwy.

Pozdrawiam i życzę odespania nocy.

19-10-2012

Wreszcie udało mi się wyjechać z domu: Królewnę wysłałem.

Charyzmatyczne życie? Właśnie dowiedziałem się, dlaczego jeden z kolegów nie odbiera moich telefonów. Otóż wyobraź sobie, jego żona zabroniła mu zadawania się z ludźmi, którzy nie wyjeżdżają samochodem rano do pracy. Zamiast tego stoją w piżamie w ogrodzie (na widoku) i dyskutując na głos o bieżących sprawach z trzema psami, machają szklanką z drinkiem do jadących do biur i urzędów.

Mam rzeczywiście mnóstwo znajomych, bo po skończonej w samotności pracy muszę być między ludźmi, łazić po ulicach i barach. Dla mnie samotny spacer między polami lub nie daj Boże w lesie jest bez sensu (mieszkam na wsi). Natomiast po mieście mogę się szlajać bez końca. Oczywiście z zakochaną kobietą wygląda to inaczej, szuka się wtedy odosobnienia, byle nie na zawsze…

Nowe Eleusis? Hofmann? Hmm. Nie jestem pewien, czy myślimy o tym samym, w każdym razie ja osobiście nie kojarzę tej metafory z alkoholem. Jeżeli się rozumiemy, to czeka nas kiedyś wspaniała podróż.

20-10-2012

Hej, zdajesz sobie sprawę, że twoje porównanie jest równie hermetyczne co moja metafora? Nie mogę się nie śmiać, myśląc o tym machaniu szklaneczką do ludzi.

Cóż, jeśli chodzi o mówienie do siebie (bo świnek morskich nie liczę), to robię to wyłącznie w chwilach największego zakłopotania/wstydu/niezręczności. Zaczynam mamrotać nieskładne strzępki myśli na głos, więc jeszcze bardziej mnie to zawstydza.

Co do nieodbierania telefonów. Ja też straciłam kontakt z przyjaciółką. Rozdzieliła nas wielka miłość – nie moja, niestety. Ogólnie rzecz biorąc, kiedy do relacji opartej w 80% na dzieleniu się najskrytszymi fantazjami wkroczyła inna osoba, wszystko zaczęło tracić sens. A szczerze powiedziawszy, jakie szanse, nawet jako przyjaciółka, miałam wobec jej pierwszego zakochania? Do tego chłopak też miał charyzmę i lubił znajdować podatne na wpływ, grube i rude dziewczęta, którym wtłaczał program odchudzająco-uzależniający.

Bywałam zakochaną dziewczynką. Zakochaną kobietą jeszcze nie byłam. Ludzie, których spotykam, są raczej zniechęcający. A jakim prawem moja nadwrażliwość ma być powodem robienia z mojej przysadki mózgowej poligonu do nabierania dojrzałości emocjonalnej dla bandy szowinistycznych i nudnych nastolatków? Pewnie piszę jak zgorzkniała idealistka.

Tak, Nowe Eleusis to określenie wzięte z książki zawierającej eseje Alberta Hofmanna. Wiesz, ludzie różnie reagują na stwierdzenie, że przesadzało się z braniem psychodelików. Chociaż w twoim przypadku wątpię w typową reakcję odpowiedzialnego obywatela. Żeby rozwinąć temat, moje nadużywanie zakończyło się, kiedy obudziłam się w środku nocy w szpitalu, mając zerowe wspomnienia z poprzedniego wieczoru i lekko uszkodzony układ krążenia. Co mnie na długo nie powstrzymało, ale przynajmniej przekonało do zachowania niezbędnego minimum odpowiedzialności.

Co do ludzi, to pewnie jestem snobem, preferując towarzystwo jedynie ciekawych. A miasta nie można nie kochać. Miasto obrazuje kwintesencję natury i człowieczeństwa jednocześnie. Uwielbiam patrzeć, jak całe tysiące małych światów wirują wokół siebie, między światłami, wieczorem. Pozdrawiam i czekam na Królewnę, wypełniając czas Małą Apokalipsą.

 

Aż nie śmiem pytać: to ile miałaś lat, kiedy nadużyłaś?!

Może to jest moment do przyznania się, że ja nadużywam od piętnastego roku życia, oczywiście alkoholu, bo w latach 70. w Polsce Ludowej wszystko inne można było jedynie próbować i to jeżeli miało się dużo szczęścia. Parkopan, krople Inoziemcowa, no i prawdziwe próbki, przysyłane pocztą przez znajomych zza granicy. (Jeszcze dwadzieścia lat temu w moim ogrodzie było poletko, które przez rok zaopatrywało mnie i grono przyjaciół – piękne czasy.) W 1978 roku wyjechałem nagle do Anglii, gdzie wszystkiego było w bród, i tak piętnaście lat później obudziłem się w szpitalu w Otwocku, przypięty mnóstwem kabelków, pani pielęgniarka krzyczała: „Panie Jurku, gdzie się pan wybiera?!”, a ja widziałem wszystko spod sufitu. Uratowali mnie, ale nie miałem wyjścia: musiałem zacząć się leczyć. Przez siedemnaście lat przeszedłem tyle terapii, że czasami zastanawiałem się, czy coś jeszcze ze mnie zostało. Przez pierwsze dwa–trzy lata byłem rośliną. W listopadzie 2010 roku podjąłem decyzję o powrocie do zgubnych nałogów i… na razie jestem hepi.

Ze zdaniem „jakie szanse, nawet jako przyjaciółka, miałam wobec jej pierwszego zakochania?” nie mogę się zgodzić: jeżeli już komuś trafia się wielka miłość, obowiązuje zasada „daj jej, Boziu, jak najgłębiej”. Wrócicie do siebie, jak miłość się skończy. Przeczytaj jeszcze raz mój esej o starym Chińczyku. Zrozumiesz.

No, no, zdanie: „Zakochaną kobietą jeszcze nie byłam” traktuję jako pierwszą erotyczną sugestię w naszej korespondencji, popartą kąśliwymi uwagami o rówieśnikach. Nie mam nic przeciwko temu, odpowiem piosenką Patelnia zespołu Cipaswdupas: „nie chcę poznawać bliżej twojej matki, tylko chcę, byś zdjęła swoje majtki”.

Jednak nie potrafię tego wysłać bez tłumaczenia się: mam nadzieję, że twoje poczucie humoru dorównuje twojej inteligencji.

 

Naprawdę to zabrzmiało aż tak sugestywnie? Miałam na myśli raczej egzystencjalne utyskiwanie. Ale nie czuję się urażona. Przyznaję się do poczucia humoru, chociaż raczej w wisielczym wydaniu.

Twoje pytanie przypommiało mi, że dzisiaj jest pierwsza rocznica mojego wyczynu szpitalnego. Obudziłam się w cudownych wręcz warunkach – też z kabelkami, a jakże, z cewniczkiem, rękoma w kolorze bladofioletowym i matką siedzącą przy łóżku, pytającą mnie: DLACZEGO? Wisienką na torcie był fakt, że leżałam na oddziale, gdzie miał dyżur mój ojciec, a pracujące tam salowe znały mnie od niemowlęctwa. Próbowali mnie zapisać na terapię do MONAR-u, ale wywinęłam się przy pierwszej okazji, bo nie cierpię psychologów i nie uważam swoich skłonności za problem. Artyści mają prawo, czyż nie? LSD sprowadzamy sobie z przyjaciółką z zagranicy. Tamta dostawa była ponoć najmocniejszą na rynku od kilku lat.

Po co w ogóle brać? Jakoś nie mogę sobie wyobrazić, że akurat ty zadałbyś takie pytanie. A odpowiedź leży gdzieś pomiędzy losem człowieka urodzonego sześćdziesiąt lat za późno a orgazmem dla wyobraźni. Zaproszenie do podróży możesz uznać za entuzjastycznie przyjęte. Tak sobie myślę, że chyba naprawdę jesteś niepoprawnym miłośnikiem autodestrukcji. I niech ci służy.

Jeszcze odrobinę o sugestiach – wiesz, w moim najbliższym gronie nikogo by chyba relacja między nami nie zaszokowała. Cóż, mając nadzieję, że mój humor jest wystarczający, idę pić (ojca nie ma w domu).

PS Byłam ostatnio w kinie, które ma projektor do odtworzenia twojego filmu, nie mają tylko lampy. Obsługa powiedziała, że spróbują coś załatwić.

23-10-2012

Hej, znalazłam dzisiaj Królewnę w skrzynce na listy. Czytam, właściwie prawie kończę. Z początku było dziwnie, szybko i nieco na siłę, ale z kolejnymi stronami znacznie lepiej się dzieje. Tylko jak w końcu jest z tym Bogiem: jest, czy Go nie ma, w twoim mniemaniu?

Pytam, bo tak się akurat złożyło, że wczoraj postanowiłam – zbierałam się na to przez kilka lat – urządzić pucz religijny. I zostałam niemal wykopana z domu i posądzona o zbyt słabe poszukiwanie kontaktu z Panem, który i tak ma przecież władzę nad moim życiem. A wszystko zaczęło się od zacytowania pewnego pisarza i jego wywodu na temat Abrahama i Izaaka… Czy honorowanie owego milowego kroku w moim domu twoim nazwiskiem było na miejscu?

Ogólnie, poza tym, że nic nie osiągnęłam, to nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się taka wolna jak w tamtej chwili. Pakowałam swoje rzeczy z przekonaniem, że oto właśnie zaczęłam panować nad własnym losem. Kilka minut. Mrzonki. Ale było fajnie.

Hej, jak myślisz, jak wiele osób jest w stanie konsekwentnie wybrać wolność zamiast szczęścia? Zawsze wierzyłam, że można mieć tylko jedno albo drugie. I zawsze miałam nadzieję, że pewnego dnia nie znajdę siebie grubej, ustatkowanej z trójką dzieci, obiadkiem na stole i zerową szansą na uwolnienie. Znając moje szczęście, pewnie już tam zmierzam. Wybacz, taki humor.

Jeszcze jedno, chociaż może to dosyć nie na miejscu pytać i metaforycznie wykopiesz mnie za drzwi. Dlaczego dwa lata temu zmieniłeś strategię w kwestii samozniszczenia? I skąd bierzesz te szczęśliwe zakończenia swoich powieści? Pozdrawiam i powracam do lektury – nachalna nastolatka.

 

Chcę cię ostrzec przed jednym: pisarze nie oceniają nawzajem swojej pracy i zdanie: „Z początku było dziwnie, szybko i nieco na siłę, ale z kolejnymi stronami znacznie lepiej się dzieje” prawie eliminuje cię z towarzystwa. Prawie, bo dopiero się uczysz. Zachwycać się można zawsze, dobrego słowa nigdy za wiele, pisać jak krytyk – nigdy.

Znowu dziwnym zbiegiem okoliczności odnoszę bolesne wrażenie, że nasze spotkanie w kosmosie nie było przypadkowe. Ale zanim zacznę płakać nad rozlanym mlekiem, dopieszczę cię. Twój akapit: „Ogólnie, poza tym, że nic nie osiągnęłam, to nie pamiętam, kiedy ostatnio czułam się taka wolna jak wtedy. Pakując swoje rzeczy, z kilkuminutowym przekonaniem, że oto właśnie zaczęłam panować nad własnym losem. Mrzonki. Ale było fajnie” jest naprawdę zawodowy. Gratuluję z całego serca. Chociaż dalej – ale to już czysto prywatnie – nie bardzo mogę się zgodzić co do „albo” – albo: szczęście lub wolność. WOLNOŚĆ JEST SZCZĘŚCIEM, przynajmniej w moim rozumieniu. A że życie wystawia za nią rachunek? Życie za wszystko wystawia rachunek, popatrz z punktu widzenia swoich bogobojnych rodziców. Oni pewnie woleliby nawet, żebyś była złodziejką, jeżeli potem chodziłabyś do spowiedzi i komunii. A ateistyczna pisarka? Pewnie nic gorszego – tak sobie w tych ograniczonych głowach wyobrażają – nie może ich spotkać. Poleć im więc przykład z mojej skarbnicy:

„Pani Śmierć sobie siedzi i pije wódkę, bo akurat nie ma nic do roboty w twojej rodzinie. Ale nagle od tej wódki miesza jej się w głowie, zrywa się od stołu, łapie kosę, macha parę razy na oślep, potem wychyla kolejną szklankę gorzały i zwala się spać. A w twojej rodzinie nawet nie będę nazywał po imieniu, co właśnie się stało. Więc przytul swojego syna (córkę) i oszczaj kontrolę ciepłym moczem, bo nie życzę ci tego, co się codziennie przytrafia innym”.

Uciekałem z domu kilka razy, pomiędzy jedenastym a szesnastym rokiem życia, a ojciec, ściągając mnie, za każdym razem powtarzał: „Dopóki mieszkasz w moim domu…” i: „dopóki nie masz osiemnastu lat…”. Nie wiedząc o tym, sam mi wbił do głowy, że jak skończę osiemnaście lat, to nie muszę nigdzie uciekać, po prostu sobie wyjdę raz na zawsze. Co też uczyniłem. Rozdział „Czcij ojca swego” z Angielki jest autobiograficzny. Oczywiście moja córka żyje, ale jak mi była odbierana sądownie ze wszystkimi szykanami, to mój stosunek do życia trochę się zmienił.

Ojciec był „prawdziwym” katolikiem, pracował całe życie dla Kościoła i długo go nienawidziłem. Potem trochę wytrzeźwiałem, a on z kolei był cudownym dziadkiem dla naszych dzieci. Umarł i…………… tęsknię za nim. Wiem, wiem, sam w to ledwo wierzę.

Dewotów bez argumentów zmuszam zawsze do przyznania się, że nie czytali niczego, ani Kierkegaarda, ani Kanta (obydwaj mocno wierzący), ani Sartre’a (niewierzący) i machając ręką, kończę dyskusje słowami powszechnie uznawanymi za obelżywe. Nie rekomenduję tego w konwersacjach z ojcem, jest różnica między młodą dziewczyną a starym pijanym chuliganem.

Byłbym zaszczycony, gdybyś uciekła dla mnie z domu, ale nie polecam: przez pół roku zaciskaj zęby, napisz maturę, wybierz uczelnię poza Szczecinem i od tej chwili będziesz NAPRAWDĘ wolna, nikt ci nie podskoczy. Siedem miesięcy? Zleci szybciej, niż dzisiaj myślisz.