54,00 zł
Antologia mrocznych i niesamowitych opowieści z języka japońskiego, ułożona przez Katarzynę Sonnenberg-Musiał. Jej podstawą jest wydana w 1986 r. w PIW-ie Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite z prozy japońskiej, zmodyfikowana i poszerzona o takich autorów jak Kenzaburō Ōe czy Abe Kōbō. To proza, która eksploruje obszary między życiem a śmiercią, jawą a snem, zdrowiem a zaburzeniem – panorama tradycyjnych japońskich motywów, jak i tematów inspirowanych zachodnim modernizmem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 601
Rok wydania: 2025
Część zgromadzonych tu tekstów miała pierwodruk w antologii Ballada o Narayamie. Opowieści niesamowite, którą Blanka Yonekawa (później Blanka Kurata) przygotowała dla PIW-u w 1986 roku. Opowiadanie Śmierć w środku lata Yukio Mishimy w przekładzie Henryka Lipszyca po raz pierwszy ukazało się w tomie Mishimy Zimny płomień, wydanym przez Świat Książki w roku 2008.
© Copyright for the Polish edition by Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2025
Oshin Jizō, Natsu no kutsu, Jojōka by Yasunari Kawabata, copyright © 1925, The Heirs of Yasunari Kawabata. Used by permission of The Wylie Agency (UK) Limited; Mahō no chōku © 1950, Kōbō Abe, Baberu to no tanuki © 1951, Kōbō Abe, Mukankei na shi © 1964, Kōbō Abe. Polish translation rights arranged with the Estate of Kōbō Abe through Japan UNI Agency, Inc., Tokyo; Manatsu no shi by Yukio Mishima, copyright © 1935, Yukio Mishima. Used by permission of The Wylie Agency (UK) Limited; Sora no kaibutsu Aguii by Kenzaburō Ōe, copyright © 1964, Kenzaburō Ōe. Used by permission of The Wylie Agency (UK) Limited; Kubi no tobu onnaby Yumiko Kurahashi, © 1983 by Yumiko Kurahashi
Wstęp, noty, Opowieść o morskich potworach, Niezwykłe spotkanie, Mumia, Jenot z wieży Babel, Śmierć bez związku, Aguii, zjawa z nieba, © copyright and copyright for the Polish translation by Katarzyna Sonnenberg-Musiał; Świątobliwy bonza z gory Kōya, Szkaradne oblicze, Królestwo w miniaturze, Piekieł wizerunek niezwykły, Pieśń liryczna, W górach przy księżycu, © copyright for the Polish translation by Blanka Irena Kurata; Tatuaż, Park Asakusa, Zaczarowana kreda, © copyright for the Polish translation by Anna Zielińska-Elliott; Dwóch kalekich mężczyzn, Szczęście, © copyright for the Polish translation by Aleksandra Szczechla; Oshin Jizō, Letnie buty © copyright for the Polish translation by Beata Kubiak Ho-Chi; Śmierć w środku lata, © copyright for the Polish translation by Henryk Lipszyc; Kobieta z latającą głową, © copyright for the Polish translation by Renata Sowińska-Mitsui
Projekt okładki
Tomasz Frycz
Redaktor prowadzący
Kamil Piwowarski
Opracowanie redakcyjne
Maciej Libich
Korekta
Małgorzata Denys,
Renata Kuk,
Maciej Korbasiński
Wydanie pierwsze, Warszawa 2025
Państwowy Instytut Wydawniczy
ul. Foksal 17, 00-372 Warszawa
tel. 22 826 02 01 e-mail: [email protected]
Księgarnia internetowa www.piw.pl
Polub PIW na Facebooku! www.fb.com/panstwowyinstytutwydawniczy
Opracowanie typograficzne: Agnieszka Malicka
ISBN 978-83-8196-620-7
Tradycja japońskich opowieści niesamowitych sięga początków tamtejszej literatury. Już w zredagowanej na cesarski rozkaz Księdze dawnych wydarzeń (Kojiki) z VIII wieku pojawiają się licznie podania ludowe pełne nadnaturalnych stworzeń i niezwykłych zjawisk. Rozwój literatury grozy (kaiki bungaku), której głównym celem było zadziwienie czy przestraszenie odbiorcy, przypada na wiek XVII, a najbardziej znani twórcy okresu Edo – tacy jak Saikaku Ihara (1642–1693) i Akinari Ueda (1734–1809) – prezentowali swój kunszt właśnie w opowieściach niesamowitych. Wykształciły się wówczas trzy zasadnicze nurty: buddyjski, ludowy oraz inspirowany literaturą Chin. Sugestywne obrazy i motywy wędrowały między gatunkami i rodzajami literackimi, często wykorzystywali je zawodowi gawędziarze, a także twórcy przedstawień teatralnych. Popularne były spotkania zwane hyaku monogatari kaidan kai (dosł. posiedzenia stu opowieści niesamowitych), podczas których goście siadali w kole i przy świetle lampionów snuli fabuły o duchach i zjawach. Wiele z tych historii stanowiło mrożące krew w żyłach trawestacje znanych przekazów, nierzadko egzotyzowanych. Poza wywołaniem efektu grozy miały one wyjaśniać zjawiska naturalne lub służyć krytyce instytucji społecznych i politycznych.
Wraz z końcem okresu Edo i pojawieniem się obcych statków u granic Japonii opowieści niesamowite ustąpiły miejsca nowoczesnej prozie inspirowanej twórczością pisarzy amerykańskich i europejskich. Sanyūtei Enchō, znany twórca rakugo (scenicznej gawędy), we wstępie do swojej sztuki Shinkei Kasane ga fuchi (1859, To, co zdarzyło się naprawdę na moczarach Kasane) pisał: „Przedstawię dziś opowieść niesamowitą, choć te chylą się ku upadkowi i nie są wystawiane. Można rzec nawet, że dziś nie ma już duchów. Wszystko jest rozstrojem nerwowym. Panowie od modernizacji nie znoszą kaidan”. W dobie programowej nowoczesności okresu Meiji popularność zyskała powieść polityczna. Także europejski naturalizm trafił w Japonii na podatny grunt. A jednak, mimo oświeceniowych tendencji epoki i ponurej diagnozy Enchō, japońscy twórcy sięgali wciąż do rodzimego skarbca niesamowitości, łącząc tradycyjne motywy kaidan z technikami narracyjnymi literatury obcej. Widoczny był wpływ takich pisarzy jak Charles Dickens, Iwan Turgieniew, Nikołaj Gogol, Guy de Maupassant, Émile Zola czy Edgar Allan Poe.
Wszystkie utwory prezentowane w tej antologii pochodzą z XX wieku, kiedy literatura grozy ponownie rozkwitła w Japonii. Antologię otwierają dwa opowiadania Kyōtarō Izumiego (pseud. Kyōka), pisarza przełomu XIX i XX wieku, który czerpał z japońskiej tradycji literatury niesamowitej. Kyōka wierzył w istnienie rzeczywistości nadprzyrodzonej, a słowom przypisywał szczególną moc pośredniczenia między dwoma światami: naturalnym i nadnaturalnym. Inspirował się także – choć w mniejszym stopniu niż inni pomieszczeni tu autorzy – twórcami zachodnimi, zwłaszcza Edgarem Allanem Poe i Gerhartem Hauptmannem, którego Dzwon zatopiony (Die versunkene Glocke, 1896) przełożył wspólnie z germanistą i krytykiem literackim Shin’ichirō Tobarim (pseud. Chikufū). Literaturę, w której pojawiają się elementy niesamowite, nazywał kaii bungaku (literaturą dziwnych zjaw) i z nieufnością podchodził do wszelkich prób racjonalizacji zjawisk niezwykłych.
Świątobliwy bonza z góry Kōya (Kōya hijiri, 1900) to historia podróży do osobliwego i niebezpiecznego miejsca, pełnego dzikich gadów czy krwiożerczych pijawek, z którym wiąże się tajemnica straszliwej epidemii i tragicznych losów wielu podróżnych. Opowieść wędrownego mnicha poznajemy za sprawą narratora, który – wraz z tytułowym bonzą – zatrzymał się na noc w gospodzie w Tsurudze, malowniczej miejscowości nad Morzem Japońskim, otoczonej z trzech stron górami. Kyōka znał z dzieciństwa owe górskie krajobrazy, zimą pokryte grubymi warstwami śniegu, a wiosną rozbrzmiewające szumem strumieni. Opowieść zdaje się toczyć z nurtem wody, która równocześnie daje i odbiera życie. Podobna ambiwalencja cechuje nie tylko całą przyrodę, lecz także napotkaną przez mnicha (i kluczową dla opowiadania) kobietę, która skrywa mroczny sekret.
Styl Kyōki jest wysmakowany, poetycki, plastyczny, pełen nawiązań do klasycznej japońszczyzny i folkloru. Narracja stopniowo porządkuje świat i wyjaśnia tajemnicze doświadczenie mnicha. Bonza, snując opowieść, unika kaznodziejskiego tonu, choć jego podróż jest w istocie próbą charakteru, podczas której należy pokonać lęk, desperację czy pożądanie. Mnich opowiada jednak nade wszystko o drodze wiodącej do poznania własnych pragnień i ograniczeń, a metamorfozy innych postaci, o których wspomina, oświetlają jego własną przemianę.
Akcja Opowieści o morskich potworach (Kaiiki, 1906), drugiego opowiadania Kyōki zawartego w niniejszej antologii, rozgrywa się nad brzegiem morza, o zmroku, kiedy człowiek traci ostrość spojrzenia i osądu. Japońskie określenie zmierzchu – tasogare – pochodzi od pytania: „Kim jesteś?”. Owa niepewność związana jest u Kyōki z tożsamością niepokojącej istoty, która nieoczekiwanie pojawia się u drzwi domu bohaterki. Posępna, tajemnicza postać, która nasuwa skojarzenie z umibōzu – morskim potworem przypominającym mnicha bez twarzy – wydaje się bytem zawieszonym między tym, co namacalne, a tym, co nieuchwytne, tak jak zmierzch zawieszony jest między dniem a nocą.
W Opowieści o morskich potworach przyroda jest potężną siłą, która wymyka się moralnej ocenie. Morze budzi tu zarówno podziw, jak i przerażenie, będąc przestworem duchów, które zapewniają obfitość połowów, ale też niosą zniszczenie. Opisy natury są plastyczne i żywe, silnie oddziałują na wyobraźnię i zmysły czytelnika. Kyōka czerpie z tradycji ustnych opowieści, dbając o bogactwo środków stylistycznych. Dramatyczne zdarzenia podczas pewnej morskiej podróży, stanowiące oś fabularną opowiadania, relacjonuje tu młody, niedoświadczony chłopiec. Mimo to jego elokwencja i swada – nietypowe dla wieku i statusu – nie budzą zdziwienia, Kyōka nie chce bowiem odwzorowywać żywej mowy, lecz raczej budować atmosferę narastającej grozy i prowadzić czytelnika ku niespodziewanemu zakończeniu.
Równie zaskakujący jest finał opowiadania Piekieł wizerunek niezwykły (Jigoku hen, 1918), uznawanego za jeden z najwybitniejszych tekstów Ryūnosukego Akutagawy (1892–1927). W tym przypadku źródłem trwogi i zachwytu jest nie przyroda, lecz sztuka, która domaga się ofiary z życia. Yoshihide, malarz na dworze wielmoży z Horikawy w Kioto, gotów jest poświęcić wszystko, by ukończyć zlecony mu obraz piekieł. Pisząc to opowiadanie, Akutagawa, mistrz ironii i niedopowiedzenia, inspirował się literaturą klasyczną, zwłaszcza trzynastowiecznym zbiorem Uji shūi monogatari (Pokłosie z Uji. Opowieści), w którym malarz tworzy dzieło, obserwując, jak płonie jego rodzinny dom. Akutagawa wykorzystał istniejącą już fabułę, by ukazać ścisły związek twórczej pasji i destrukcji. Wydarzenia osadził w przeszłości, aby swobodniej pisać o tym, co uniwersalne. Nie precyzował czasu akcji, podobnie jak autorzy pierwowzoru, którzy posłużyli się frazą: „Ima wa mukashi”, czyli „Dawno temu…”. Jednocześnie sięgnął po nowoczesną narrację, która kwestionuje samą siebie, skłaniając czytelnika do refleksji nad istotą prawdy i granicami poznania.
W Niezwykłym spotkaniu (Kikai na saikai, 1921), drugim z utworów Akutagawy, wydarzenia rozgrywają się we współczesności, a istotną rolę odgrywa kontekst wojny chińsko-japońskiej (1894–1895). Młodą i piękną Oren, konkubinę Makino – antypatycznego mężczyzny w średnim wieku, który brał czynny udział w walce na froncie w Chinach – nękają niezrozumiałe wspomnienia i wizje, nieraz bardziej namacalne niż rzeczywistość. Z czasem wyobrażenia i fakty zaczynają się ze sobą splatać, tworząc przedziwny wzór, tak że nie sposób odgadnąć, co jest prawdą, a co przywidzeniem. Również w tym opowiadaniu narracja podważa własną wiarygodność: historię opowiada ktoś, kto zasłyszał ją od znajomego lekarza, a jednak czytelnik zyskuje niekiedy wgląd w najintymniejsze doświadczenia bohaterki. Czyja ocena wydarzeń jest bliższa prawdzie? I czym właściwie jest prawda?
Park Asakusa – pewien scenariusz (Asakusa Kōen – aru shinario, 1927) Akutagawy to utwór niezwykły zwłaszcza pod względem formy. Składa się z siedemdziesięciu ośmiu osobnych scen, a w każdej z nich wzrok przykuwają charakterystyczne szczegóły. Kamera – oko narratora – uważnie śledzi poczynania pewnego chłopca, który gubi się w ulicy pełnej kramów. Kolejne kadry ukazują jego daremne próby odnalezienia ojca w tętniącej życiem, a przy tym złowieszczej i niepokojącej dzielnicy Tokio. Akutagawa, jak w innych swoich tekstach, tworzy ciąg plastycznych, powiązanych ze sobą i przesyconych symbolicznym znaczeniem obrazów.
Utwory te świadczą o różnorodności, z jaką Akutagawa wyrażał to, co budzi w nas grozę. Pisarz z niezwykłą wprawą posługiwał się nawiązaniami do klasycznych dzieł japońskiej literatury, wykorzystywał symbolikę marzeń sennych, a także wplatał szeregi osobliwych znaków, świadomie rezygnując z narracyjnej spójności, by oddać stan ducha bohaterów. Kwestia spójności i znaczenia fabuły była jednym z tematów słynnej debaty, jaką toczył na łamach czasopisma „Kaizō” (Nowy Kształt) z Jun’ichirō Tanizakim (1886–1965), kolejnym ważnym pisarzem tej antologii. Tanizaki, jeszcze jako młody pisarz, wyrażał sprzeciw wobec naturalizmu i autobiografizmu, a jego wczesne utwory stanowią „fantastyczną i romantyczną afirmację pożądania i zła”. Tatuaż (Shisei, 1910) to opowiadanie, w którym jak w soczewce skupiają się jego fascynacje modernizmem i groteską. Można tu odnaleźć – obecne również w późniejszych utworach – opisy sadystycznych i masochistycznych praktyk. Perwersyjne pragnienia ucieleśnia postać pięknej kobiety, która zyskuje demoniczną wręcz władzę nad tym, kto zadawał jej ból.
Tajemnicza metamorfoza to ważny motyw Szkaradnego oblicza (Jinmenso, 1918), opowiadania, które dowodzi zainteresowania Tanizakiego kinematografią. Narracja osnuta jest wokół filmu nieznanego autorstwa, którego bohaterka zmienia się – tyleż fizycznie, co psychicznie – pod wpływem dziwnej narośli na kolanie. Przedstawiona na ekranie historia w niewyjaśniony sposób wpływa na odbiorców, którzy tracą poczucie rzeczywistości, zwłaszcza jeśli oglądają film w samotności. Obraz na ekranie przestaje być fikcją i zyskuje władzę nad ich życiem. Szkaradne oblicze proponuje czytelnikowi nowoczesne ujęcie zagadnienia obecnego już w taoistycznej myśli Zhuangzi: kto śni, a kto jest śniony? Kto ogląda, a kto jest oglądany? Co jest rzeczywistością, a co fikcją?
Podobne odwrócenie ról i znaczeń następuje w opowiadaniu Tanizakiego Królestwo w miniaturze (Chiisana ōkoku, 1918). Numakura, nowy uczeń gimnazjum, tworzy w swej klasie system zależności i wpływów, który wymyka się spod kontroli i zaczyna kształtować rzeczywistość. Nie sposób stwierdzić, skąd bierze się siła oddziaływania młodzieńca i dlaczego wymyślona przez niego struktura zyskuje przewagę nad światem realnym. Tanizaki w autobiografii Yōshō jidai (1956, Młodzieńcze lata) wspomina, że postać Numakury, chłopca, który w tajemniczy sposób podporządkowuje sobie rówieśników i wzbudza osobliwy respekt dorosłych, została zainspirowana kolegą Tanizakiego ze szkolnej ławy. W Królestwie w miniaturze jego przywódcze siły zyskują niewątpliwą aurę niesamowitości.
Prezentowana w antologii wczesna twórczość Tanizakiego jest głęboko modernistyczna i zapowiada nurt zwany w literaturze japońskiej ero guro nansensu, nonsensem erotyczno-groteskowym, który – jak zauważa Sadami Suzuki – pojawił się wśród zamożniejszych warstw społecznych na fali modernizmu jako odpowiedź na znużenie miejskim życiem. Erotyzm, nonsens, szybkość, humor, jazz i kobiece nogi: tak atmosferę lat trzydziestych w Japonii opisywał Yasunari Kawabata. Erotyzm może być tu rozumiany nie tylko jako wyraz pragnień o podłożu seksualnym, lecz także jako skupienie na tym, co pobudza ludzkie zmysły.
Atmosfera ero guro nansensu, wymykająca się ramom poznania rozumowego, mająca u podstaw zarówno osiągnięcia dziewiętnasto- i dwudziestowiecznej kryminalistyki, jak i psychoanalizę Sigmunda Freuda, przenika twórczość Ranpo Edogawy, pisarza, bez którego trudno dziś sobie wyobrazić antologię opowieści niesamowitych literatury japońskiej. Edogawa przejawiał szczególne zainteresowanie magicznymi latarniami, zwierciadłami, lupami, lunetami i kalejdoskopami, czyniąc z nich symbol niesamowitości, a także siłę napędową swoich opowieści – przedmioty odbijające rzeczywistość rozszerzały i rozszczepiały jego narrację. Edogawa chętnie sięgał zwłaszcza po motyw lustrzanego odbicia. Czasami, jak w Kagami jigoku (1926, Piekło luster), czynił to w sposób dosłowny, ukazując straszliwą pułapkę percepcji wzrokowej, innym razem metaforycznie, tworząc paralele między miejscami, sytuacjami, bohaterami. Motyw lustrzanego odbicia pojawia się także – choć w nieco zawoalowanej postaci – w opowiadaniu Dwóch kalekich mężczyzn (Nihaijin, 1924), w którym okaleczone postacie niejako odbijają swoje historie, przeglądając się w nich jak w zwierciadle. Rozmowa kaleki wojennego i somnambulika, który twierdzi, że dopuścił się zbrodni, prowadzi do nieoczekiwanej puenty, podającej w wątpliwość wcześniejszą ocenę zdarzeń.
Jeśli nonsens erotyczno-groteskowy uznać za jeden z nurtów, w których niesamowitość znajdowała swój nowoczesny wyraz, drugim jest niewątpliwie rozwijający się pod wpływem europejskiego modernizmu tak zwany neosensualizm (jap. shinkankakuha), obecny zwłaszcza we wczesnych utworach Yasunariego Kawabaty. To, co budzi lęk, w neosensualizmie przyjmuje postać ciągu sugestywnych, luźno ze sobą połączonych obrazów. Znaczenie sprowadza się tu do bodźców zmysłowych, zwłaszcza wzroku, a pisarz sięga po techniki malarskie czy filmowe.
W pierwszej scenie OshinJizō (1925), opowiadania ze zbioru Tanagokoro no shōsetsu (Opowieści z wnętrza dłoni), Kawabata opisuje posąg bóstwa Jizō, który stoi w cieniu kasztana na tyłach górskiego zajazdu. Z owym posągiem wiąże się opowieść o kobiecie imieniem Oshin, która po śmierci męża pracowała w domu schadzek. Wspomina ją pewien mężczyzna, przywołując obraz pięknej, młodej dziewczyny. Jednak gdy ponownie ujrzy posąg, dozna bolesnego rozczarowania rzeczywistością, która nie może mierzyć się z barwnym wspomnieniem: „Kropla brązowego, jesiennego deszczu – łupina spadła akurat na ogoloną głowę Oshin Jizō”. Plastyczność opisu odgrywa istotną rolę także w opowiadaniu Letnie buty (Natsu no kutsu, 1926). Niecodzienne spotkanie woźnicy z tajemniczą dziewczynką wieńczy scena, podczas której dziewczynka niczym „biała czapla” wznosi się ku domowi poprawczemu na wzgórzu.
Pieśń liryczna (Jojōka, 1932), trzecie prezentowane opowiadanie Kawabaty, ukazuje niepokojące doświadczenie bohaterki za pomocą kolorów, zapachów i niezwykłych szczegółów. Tatsue jako dziecko posiadała zdolność przewidywania przyszłości, dzięki czemu bezbłędnie odkrywała właściwe karty w noworocznej grze, a nawet uchroniła młodszego brata przed utonięciem. Teraz zwraca się do nieżyjącego już kochanka, który porzucił ją niegdyś dla innej kobiety, a tęsknotę i żal przedstawia w formie lirycznych obrazów. Nawiązuje do książki Raymond; or, Life and Death, której autor – fizyk i wynalazca sir Oliver J. Lodge – przekonuje, że po śmierci syna na froncie I wojny światowej zdołał skomunikować się z nim przez media. Tatsue szuka w opisie Lodge’a pocieszenia, lecz ostatecznie za najbardziej poetycką (i dodającą otuchy) uznaje buddyjską koncepcję wędrówki dusz.
Opowiadania Atsushiego Nakajimy nie noszą znamion wpływu neosensualizmu czy nonsensu erotyczno-groteskowego, mimo że pisarz podkreślał rolę Ranpo Edogawy w rozwoju nowoczesnej prozy japońskiej. W utworach Nakajimy widać fascynację literaturą chińską, starożytnymi kulturami, a także biografią Roberta Louisa Stevensona, szczególnie historią jego podróży na Samoa. Fascynacja starożytnością znalazła wyraz w Mumii (Miira, 1941), opowiadaniu inspirowanym lekturą Herodota, Plutarcha i pism Howarda Cartera. Nakajima opowiada o wyprawie Kambyzesa II przeciwko Egiptowi i oblężeniu Memfis – miasta znanego z potężnej świątyni boga Ptaha – by ukazać niezwykłą metamorfozę fikcyjnego bohatera, Paryskusa; pyta o istotę tożsamości człowieka i znaczenie pamięci dla jego samoświadomości. Natomiast opowiadanie Szczęście (Kōfuku, 1942), otwierające cykl Nantōtan (Opowieści z wysp południowych), inspirowane jest kulturą Mikronezji, gdzie Nakajima spędził niespełna rok (od lipca 1941 do marca 1942). Autorprzedstawia losy nędzarza i jego pana, którzy mieszkają na jednej z wysp Palau – bogacz trapiony jest snami o ubóstwie, sługa zaś znosi trudy dnia codziennego dzięki snom o luksusie. Nakajima pyta więc, co jest prawdziwsze i co ma większą moc: sen czy rzeczywistość?
Śmierć jest centralnym zagadnieniem w utworach Kimifusy (Kōbō) Abe, który zwykł mawiać, że jest „człowiekiem bez ojczyzny”, podkreślając w ten sposób kosmopolityczny charakter swoich utworów. Istotnie, trudno doszukiwać się w nich aluzji do klasycznej literatury japońskiej, rozbudowanych opisów przyrody czy poetyckich niedopowiedzeń. Narracje te przypominają raczej drobiazgowe analizy zmagań jednostki z systemem: społecznym, politycznym czy kulturowym. To studia absurdu w duchu Franza Kafki, które próbują opisać dojmującą samotność człowieka. Zaczarowana kreda (Mahō no chōku, 1951) chyba najlepiej ukazuje malarską wyobraźnię Kōbō Abe, a także jego wielką wprawę w posługiwaniu się detalem. Świat opowiadania staje się płótnem, na którym zaznaczone zostają „szmaragdowa zieleń południowego wiatru”, „wzruszająca żółcień chromowa nadpływająca od strony piekarni” czy „smutny błękit paryski ryby smażonej na dole przez gospodynię”. Argon, główny bohater utworu, jest artystą zmagającym się z głodem – nie tylko fizycznym, ale też duchowym – co wiedzie go do niezwykłej metamorfozy, a czytelnika konfrontuje z pytaniami o związek sztuki z rzeczywistością i o granice zmysłowego poznania.
Niesamowitość wyobraźni i rola artysty w świecie powracają w opowiadaniu Jenot z wieży Babel (Baberu no tō no tanuki, 1951), które uznać można za rozbudowaną polemikę z surrealizmem. Czym dla artysty jest wzrok? Co łączy słowo i rzecz samą w sobie? Jaki jest związek wyobraźni z rzeczywistością? Czym jest samopoznanie? Co oznacza wolność twórcza? Pytania, które stawia tekst, można by mnożyć. Zarazem w tym wczesnym utworze widać to, co dla pisarza charakterystyczne: drobiazgowo skonstruowany i przesycony ironią świat, rządzący się żelazną logiką, której kwestionowanie musi skończyć się porażką. Jak w Procesie Kafki, każdy bunt wobec systemu okazuje się zarazem tragiczny i śmieszny. Młody poeta-wizjoner pewnego dnia zostaje ograbiony z cienia, czego przewrotnym skutkiem okazuje się także utrata ciała. By zrozumieć, co właściwie się wydarzyło, wyrusza w podróż do wieży Babel. Jego przewodnikiem zostaje pewien jenot, który rości sobie pretensje, by decydować o jego losie, ba, zdaje się nawet wiedzieć o wszystkich decyzjach, które podejmie bohater.
Ostatnie z opowiadań Kōbō Abe w tej antologii, Śmierć bez związku (Mukankei na shi, 1964), ukazało się niedługo po słynnej Kobiecie z wydm (Suna no onna, 1962). Tu także pojawia się motyw zamknięcia bohatera, choć nie pośród piasków, lecz w ciasnej przestrzeni własnego pokoju, w której pewnego dnia, wróciwszy z pracy, znajduje martwe ciało. Izolacja w tym przypadku nie wynika z zewnętrznych ograniczeń, ale z wewnętrznego przekonania, że należy znaleźć najbardziej logiczne wyjście z absurdalnej sytuacji. Mężczyzna, poszukując spójnego i konsekwentnego rozwiązania, zamyka sobie kolejne drogi ucieczki. Podobnie jak jenot z wieży Babel, tworzy hipotezy, które odwracają porządek rzeczy i wytrącają czytelnika z równowagi. W eseju SF no ryūkō ni tsuite (1962, O popularności SF) Abe, odwołując się do twórczości Poego, stwierdził, że istotą fantastyki naukowej są nowe hipotezy, na podstawie których buduje się systemy praw odmienne od tych znanych z codzienności. Chodzi o to, by meandry argumentacji bohaterów wywołały w czytelniku efekt zdumienia. Osiągnięciu tego efektu służy precyzja słowa, które – choć powoduje zdumienie – wydaje się jedynym sposobem na oswojenie nowej rzeczywistości.
Śmierć w środku lata (Manatsu no shi, 1952) Yukio Mishimy to pierwsze w tej antologii opowiadanie powojenne. Mishima opisuje w nim zależności między przyrodą a uczuciami bohaterów, szkicując piętno, jakie śmierć wywiera na tych, którzy pozostali przy życiu – mówi o tym również motto ze Sztucznych rajów Baudelaire’a: „W pełni lata jeszcze bardziej porusza nas śmierć”. Potężne morskie fale i ostre promienie słońca, w których „wyczuwa się niemal wściekłość”, to znaki nieuchronnej tragedii. Przyroda wokół uzdrowiska położonego na półwyspie Izu (podobnie jak w Opowieści o morskich potworach Kyōki) ukazuje straszliwe oblicze. W niewyjaśnionych okolicznościach uśmierca trzy osoby. Idylliczne uzdrowisko staje się dla głównej bohaterki symbolem niepojętej straty. Kobieta musi zmagać się z poczuciem winy i obsesyjnie wyczekuje zapowiedzi kolejnych nieszczęść. „Wizja świata, w której wszystko naznaczone jest jakimś mrocznym fatalizmem”, staje się dla niej źródłem pocieszenia, choć dla jej męża rzeczy, które wymykają się rozumowi, po prostu nie istnieją.
W opowiadaniu Kenzaburō ŌeAguii, zjawa z nieba (Sora no kaibutsu Aguii, 1964) Kenzaburō Ōe. Czytelnik poznaje tu historię narratora, który widzi tylko na jedno oko. Kwestia wzroku i postrzegania ma tu znaczenie metafizyczne. Ōe powiedział w jednym z wywiadów, że jednoocy bohaterowie stali się jego obsesją, czymś, czego sam nie pojmuje. Narrator Aguii, zjawy z nieba przedstawia historię znajomości z muzykiem, który uchodzi za szaleńca, utrzymuje bowiem, że nawiedza go dziwna, niewidoczna dla innych postać. To on jednak, choć jednooki, uczy narratora, jak patrzeć na świat z uwagą i empatią. Trudno rozstrzygnąć, kto obcuje z rzeczywistością, a kto żyje w ułudzie.
Ostatnie opowiadanie antologii – Kobieta z latającą głową (Kubi no tobu onna, 1985)Yumiko Kurahashi – ukazuje zmagania bohaterki z rzeczywistością i własnymi wyobrażeniami. Kurahashi w sposób niezwykle plastyczny pisze o ludzkim obłędzie, dowodząc, że granica między rzeczywistością a szaleństwem jest nieostra.
Niniejsza antologia jest przypomnieniem i rozwinięciem wyboru dokonanego w 1986 roku przez Blankę Kuratę (wcześniej Yonekawę). Prezentowane tu opowieści niesamowite stanowią niezwykłą panoramę tematów i technik dwudziestowiecznej prozy japońskiej. Eksplorują tajemnicze obszary między życiem a śmiercią, jawą a snem, zdrowiem a obłędem. Przyciągają zmysłowością opisów i zwodzą niezwykłością przedstawianych zjawisk. Widać w nich wpływ tradycyjnej literatury japońskiej kaidan oraz fascynację demonicznością, groteską i zachodnim modernizmem. Wiele utworów mierzy się z tajemnicą śmierci, szkicując kłębowisko emocji związanych ze stratą. Przyroda jawi się tu jako źródło piękna, ale i grozy, a mroczne postaci wyłaniające się z lasów i mórz stanowią zagrożenie dla człowieka. Czy jest to jednak zagrożenie prawdziwe, czy wyobrażone? Trudno powiedzieć. Granica dzieląca rzeczywistość i urojenie jest przecież zatarta.
Autor powieści i dramatów wciąż żywych w japońskiej kulturze. Urodził się w Kanazawie, prefektura Ishikawa, w rodzinie grawernika. Pasję do literatury zaszczepiła w nim matka, która zmarła, gdy chłopiec miał dziewięć lat. W 1890 roku Kyōka przeprowadził się do Tokio, by spróbować sił jako zawodowy pisarz. Tam został uczniem Tokutarō Ozakiego (pseud. Kōyō), który przyjął go pod swój dach, redagował jego utwory i pomagał mu je wydawać. W 1894 roku ukazało się słynne opowiadanie Kyōki Giketsu kyōketsu (Krew szlachetna, krew heroiczna), później zaadaptowane na potrzeby teatru Shinpa jako Taki no Shiraito, a w 1933 roku także zekranizowane. Uznanie w środowisku literackim Kyōka zyskał za sprawą opowiadań Yakō junsa (Nocna warta) i Gekashitsu (Sala operacyjna) opublikowanych w 1895 roku na łamach czasopisma „Bungei Kurabu” (Klub Literacki). Jego kolejne utwory, które przeciwstawiały się powszechnemu wówczas naturalizmowi, cieszyły się popularnością wśród czytelników i krytyków, głównie dzięki elementom folkloru, tradycyjnej stylistyce, bogatemu językowi i atmosferze niesamowitości doskonale obrazowanej w prezentowanych tu utworach: Świątobliwy bonza z góry Kōya (1900) i Opowieść o morskich potworach (1906).
I
– Nie sądziłem, by mi się jeszcze kiedy miała przydać ta mapa sporządzona przez sztabowców. Pomyślawszy jednak o drodze, która mnie czekała, podwinąłem rękawy podróżnego kimona, zbyt grubego i zbyt ciepłego, i wydobyłem starą mapę w twardej, składanej oprawie. Szlak z Hidy do Shinshū wiedzie przez wielkie góry, ani jednego lasku, gdzie by można odpocząć. Na prawo szczyty i na lewo szczyty. Tak blisko, że wierzchołka, zda się, dosięgniesz ręką; jedna góra przechodzi w drugą, szczyt na szczycie, ani ptaka, ani chmury. A na całej drodze, pod szerokim niebem, tylko ja jeden, skryty pod parasolem przed palącym słońcem, tak jasnym, tak rozpalonym do białości, nad rozłożoną mapą – powiedział wędrowny mnich. Złożył teraz pięści na poduszce i oparł na nich głowę.
Ze świątobliwym bonzą poznaliśmy się w podróży z Nagoi do Tsurugi w prefekturze Echizen. Zanim stanęliśmy w tej gospodzie, nie spostrzegłem ani razu, aby dawał folgę strudzonemu ciału. Teraz się wreszcie położył. Nie było w nim cienia wyniosłości.
Od miejscowości Kakegawa na trasie Tōkaido jechaliśmy w jednym wagonie. Mnich siedział cierpliwie w kąciku ze zwieszoną głową; niczym nie zwrócił mojej uwagi. Na stacji Owari wszyscy pasażerowie, co do jednego, wysiedli, zostaliśmy w przedziale we dwóch. Pociąg odchodził z dworca Shinbashi rano o dziewiątej trzydzieści, do Tsurugi przyjeżdżał wieczorem. Na dworcu w Nagoi – była akurat pora obiadu – kupiłem pudełko sushi. Bonza kupił to samo. Po otwarciu pokrywek zobaczyliśmy ryż skąpo tylko posypany suszoną rybą z jarzynami. Coś takiego!
– Och, sama marchew i suszona dynia! – wykrzyknąłem rozczarowany.
Teraz bonza, który powściągał dotąd rozbawienie, spojrzawszy na mnie, głośno zachichotał. Było nas tylko dwu, szybko nawiązaliśmy znajomość. Dowiedziałem się, że jedzie do Echizen, by odwiedzić świątynię Eiheiji – choć sam należy do innego zgromadzenia – a w Tsurudze zatrzyma się na nocleg. Ja zaś jechałem do Wakasy i również byłem zmuszony przenocować w Tsurudze. Postanowiliśmy odbyć dalszą podróż wspólnie. Mnich opowiedział mi, że należy do klasztoru znajdującego się na górze Kōya. Starszy ode mnie, mógł mieć lat czterdzieści pięć lub sześć, przystępny, bardzo poprawny, uprzejmy, o miłym obejściu. Nosił sukienne palto, biały flanelowy szalik, wełniane rękawice i czapkę podobną do tureckiego fezu, na nogach japońskie skarpety z jednym palcem oraz drewniaki. Na pierwszy rzut oka wyglądał raczej na członka sekty religijnej czy wręcz człowieka świeckiego.
– Gdzie też stajesz, młodzieńcze, na nocleg? – zapytał.
Poskarżyłem się na niewygodę przygodnych oberży i gospód.
– Senna, drzemiąca służąca, przypochlebny oberżysta; przejdę się korytarzem, gonią mnie nachalne spojrzenia. A już najgorsze ze wszystkiego, wręcz nie do zniesienia, że ledwo się skończy kolacja, gaszą światło, wnoszą nocny lampionik i w bladym, nikłym świetle: „Dobranoc!”, jak rozkaz. A mnie się sen nie ima do późnej nocy, co za przykre uczucie! Noce są teraz długie. Od chwili wyjazdu z Tokio myśl ta nie daje mi spokoju! O ile pan nie ma nic przeciwko, może ulokowalibyśmy się razem…?
Przystał z chęcią; w pielgrzymkach po tej części kraju, powiedział, nocuje zawsze w pewnej znajomej gospodzie.
– Kiedyś była czynna, teraz jednak, odkąd ciesząca się wzięciem córka gospodarzy opuściła dom, szyld zdjęto. Aczkolwiek bliscy znajomi mogą się tam zatrzymywać jak dawniej, a dwoje staruszków traktuje gości serdecznie, po domowemu, więc o ile pan zechce, tylko że być może… – przerwał i odstawił pudełko – …do jedzenia będzie tam tylko marchewka i dynia!
Bonza zaśmiał się na całe gardło. Był teraz niefrasobliwy, mniej surowy, niż mi się na pierwszy rzut oka wydawało.
II
Kiedyśmy mijali Gifu, niebo było jeszcze pogodne, potem jednak ukazało się słynne niebo północy: w okolicy Nagahamy i Maibary zachmurzyło się, słońce świeciło blado, panował chłód. Od Yanagasy zaczął padać deszcz. Ściemniało się coraz bardziej, do deszczu przyłączył się śnieg.
– Śnieg pada!
– Ano pada – odrzekł mnich. Wcale go to nie obeszło, na niebo nawet nie spojrzał. Nie był też szczególnie zainteresowany, kiedy wskazałem słynne Shizugatake ani gdy unosiłem się nad pięknem jeziora Biwa. Kiwał tylko głową.
W Tsurudze od samego dworca aż do miasteczka – cóż za głupi zwyczaj! – z obu stron osaczają podróżnych i przejść im spokojnie nie dają długie szeregi naganiaczy hotelowych z lampionami i firmowymi parasolami. Jeden przez drugiego hałaśliwie wykrzykuje nazwę hotelu. Najgorliwsi zręcznie wyłuskują ci z ręki bagaże i biorą jak swego: „Tak jest, dzięki, panie, proszę tędy!”. Przez tłum, który mnie omal nie przyprawił o ból głowy albo atak szału, mnich, wbiwszy wzrok w ziemię, przeszedł jak piskorz przez oka sieci, spokojnie; nikt go za połę nie ciągnął. Ja na szczęście za nim. Doszliśmy do miasta. Odetchnąłem z ulgą.
Ciągle padało, ale już nie deszcz ze śniegiem. Prószył śnieżek sypki i lekki. Ulice Tsurugi były puste, wszystko już pozamykano. Krocząc wśród płatków białego śniegu, mijając biegnące pod kątem prostym ulice miasta i wielkie skrzyżowanie, dotarliśmy po przebyciu czterech stai do wspomnianej gospody.
Był to dom stary i dostojny, choć nie odznaczał się bogatym wystrojem. Wewnątrz przepyszne drewniane słupy, nowiutkie, twarde maty. Między dwoma krańcami olbrzymiego paleniska płonął ogień. Wisiał nad nim drewniany drąg z rzeźbionym karpiem, którego żółte łuski błyszczały tak mocno, jakby zrobiono je ze szczerego złota. Na drągu zawieszono przeogromny, wspaniały kocioł do gotowania ryżu.
Właściciel gospody, łysawy, jakby z tonsurą, sterczał tam, zatknąwszy obie dłonie w bawełniane rękawy, i ani ręki do ognia nie wyciągnął! Jego żona – sympatyczna w obejściu, miłe wrażenie sprawiająca staruszka. Kiedy bonza opowiedział jej o niefortunnym obiedzie, z uśmiechem zastawiła nam cały stół przysmakami: drobnymi gotowanymi rybkami, zupą z soczewicy z kapustą morską i tartą rzepą, flądrą z rusztu. Ze słów staruszki i całego jej zachowania wynikało, że mnicha traktowano tu jak bliskiego znajomego, a i mnie, jako jego towarzysza, przyjęto serdecznie.
Niezadługo przygotowano na piętrze posłania. Izba z niskim pułapem przeciętym na ukos belką stropową, grubą, żeby ją z ledwością dwu chłopa objęło, biegnącą przez całą długość od szczytu do szczytu. Budowla solidna, nie drgnie, gdyby nawet z góry wznoszącej się za domem zeszła lawina.
Położyłem się od razu i z przyjemnością, tym bardziej że obok materaców ustawiono piecyk – ceramiczną donicę wypełnioną gorącym popiołem. W ten sam sposób przygotowano posłanie dla bonzy. On jednakże nie skorzystał z piecyka; ułożył się obok na zimnym materacu. Nie rozebrał się, ani nawet pasa nie rozwiązał. Wsunął się na posłanie, położył skulony na brzuchu, narzucił na siebie rękawy nocnego kimona, a łokcie położył na jaśku. O, doprawdy inaczej, niż śpią wszyscy ludzie, bo twarzą do poduszki!
Na pewien czas zaległa cisza, więc żeby nie zasnął – bo ja, jak już mówiłem w pociągu, długo leżę bezsennie – z młodzieńczą prostotą poprosiłem go, aby trochę ze mną porozmawiał i, współczując mojej bezsenności, opowiedział jakąś ciekawą historię ze swoich pielgrzymek. Skinął na to głową.
– Ja również, podobnie jak ty, nie mogę zasnąć od razu, a w ogóle nie potrafię spać, leżąc na wznak, zawsze kładę się tak jak teraz. A i to nie zasypiam w jednej chwili. Cóż, młodzieńcze, nie myśl jednak, że co mnich powie, musi być zaraz nauką, wykładem moralności czy kazaniem…
Po czym zaczął opowiadać.
Później dowiedziałem się, że mój przygodny znajomy był opatem ze świątyni Rikuminji, wielką znakomitością i wybitnym kaznodzieją.
III
– Zaraz przyjdzie tu na nocleg jeszcze jedna osoba, wędrowny kramarz, handluje przedmiotami z laki i pochodzi jak ty z prefektury Wakasa. Młody człowiek, a charakter kryształowy – rzekł bonza. – Zupełnie inny niż tamten młodzian sprzedający leki, z prefektury Toyama, którego spotkałem w wędrówce po prefekturze Hida w herbaciarni u podnóża góry, jak ci to opowiedziałem na początku. Tamten był z gruntu zepsuty. Tego dnia, kiedy miałem przebyć górską przełęcz, po trzygodzinnej wędrówce od miejsca ostatniego noclegu, bo zdecydowałem przejść kilka stai w chłodzie poranka, dobiłem wczesną porą właśnie do owej herbaciarni. Było pogodnie i już gorąco dawało się we znaki. A że szedłem, pospieszając ile sił, zaczęło mnie palić pragnienie, w gardle zaschło. Jak tylko tam dotarłem, poprosiłem o herbatę. Niestety, wody jeszcze nie zagotowano, gdyż pora była bardzo wczesna, a i ścieżka górska rzadko uczęszczana; miejsce odludne, wokoło kwitnący powój i ani jednego dymu z komina. Przed ławą wystawioną na dwór dla odpoczynku przepływał niewielki strumień. Stuliłem dłoń, żeby nabrać wody. Wtem tknęła mnie pewna myśl. Oto od pewnego czasu szerzy się w tej okolicy straszna choroba. We wsi Tsuji, którą minąłem po drodze, cały teren pokryty był śladami wapna!
– Siostro! – zawołałem na dziewczynę z herbaciarni. – Ta woda… to płynie ze studni? – Kluczyłem nieskładnie, nie wiedząc, jak zacząć.
– Nie, panie, z rzeki – mówi ona.
Zastanawiające, myślę sobie.
– Tam na dole, we wsiach, panuje zaraza. A ta woda skąd, czy nie z Tsuji płynie?
– Ano z Tsuji – przytakuje niewzruszona.
Dobrze, że spytałem. No, posłuchaj dalej!
W tej samej herbaciarni zatrzymał się przede mną ów wędrowny przekupień, o którym wspominałem. Obchodził okolicę, sprzedając driakiew, a wyglądał tak: prążkowane kimono bez podszewki, tkany pas, za który zatknął zegarek, taki, jakie się podówczas nosiło, oczywiście kalesony, płócienne onuce i słomiane łapcie, na szyi zawieszony prostokątny tłumoczek z lekami owinięty zielonkawożółtą płachtą. Miał także złożoną, natłuszczoną starannie, papierową pelerynę, którą osłaniał w potrzebie cenny ładunek, oraz dwubarwny bawełniany parasol. Słowem, wyglądał na domokrążcę, którym zresztą był. Zadbany i schludny, na pierwszy rzut oka sprawiał przyzwoite wrażenie. Lecz kiedy przychodził na nocleg, przebierał się w lekkie obszerne odzienie, popuszczał pasa i drobnymi łyczkami ciągnął samogon, drugą ręką łapiąc dziewkę służebną za grube kolana; taki to był junak!
– Hej, klecho! – ubliżył mi z miejsca przekupień. – Co tam wygadujesz? Kto nie potrafi znaleźć godziwej kobity, ten zaraz do klasztoru, na mnicha! Ale życie ci miłe, co? Dziw doprawdy! Nie odpowiada… Popatrz, dziewczyno! Tak to jest, jeszcze myśli, że przyszłość przed nim!
Spojrzeli na siebie z dziewczyną i rechoczą.
Widzisz, byłem wtedy młody, gwałtownie poczerwieniałem, nie mogąc się zdecydować, czy wypić wodę zaczerpniętą dłonią.
Puk, puk, kramarz wytrzepuje popiół z fajki.
– Ej, nie krępuj się, możesz się cały skąpać! A jakby ci zaszkodziło, dam lekarstwo. Po to tu jestem! Nie tak, siostro? Ale nie myśl sobie, że za darmo. Błogosławiona driakiew, skromnie licząc, trzysta za porcję. Chcesz, to kupuj. Ja tam nie mam jeszcze takich grzechów, żebym zmiłowania bonzy potrzebował. – I do dziewczyny: – Zresztą ty może posłuchasz sobie kazania?
Tu kramarz trzepnął służącą po plecach.
W końcu wziąłem nogi za pas! Przyznaj, że niezręczny to temat dla mnicha: niewieście kolana, plecy…! No, dość o tym!
IV
Gniew mnie ponosił i żeby ochłonąć, nierozumnie przyspieszyłem marszu. Szedłem jak strzelił górską drogą brzegiem pól. Nie uszedłem kilkudziesięciu metrów, a tu droga poczęła biec stromo pod górę. Z wzniesienia ukazała się jak na dłoni wstęga ścieżki wygięta łukowato, zupełnie jak ziemny szlak usypany ludzką ręką. Zrobiłem kilka kroków i spostrzegam, że za mną kroczy ów przekupień i już mnie dogania.
Mimo to nie zamieniłbym z nim słowa, gdyby się nawet odezwał, nie miałem chęci wdawać się w rozmowy. Przekupień, przez którego spotkała mnie taka konfuzja, rzucił w moją stronę spojrzenie z ukosa, minął mnie i wysforował się naprzód. Przystanął chwilę na zakręcie i wbił w ziemię czubek parasola, tam, gdzie się dróżka wznosiła wyżej, na mały kopczyk, po czym opadała w dół. Zszedł niżej i zniknął mi z oczu.
Wspinałem się za nim; to się wdrapywałem wybrzuszoną ścieżką, to znowu schodziłem.
Przekupień szedł naprzód, ale zatrzymywał się, a przystając, rozglądał się na boki, jakby co złego zamierzał. Chcąc nie chcąc, postępowałem za nim i… och, pojąłem teraz przyczynę jego ostrożności!
W tym miejscu droga się rozwidlała, jedna ze ścieżek obrośnięta z obu stron wysoką trawą biegła nagle w górę bardzo stromo. Na rozdrożu stał samotny cyprys o pniu grubym na kilkanaście łokci, który by ledwo pięciu ludzi objęło. Ścieżka okrążała drzewo, przy niej zaś leżało, jeden przy drugim, kilka złomów skalnych, głazów jakby świeżo odłupanych. Ja jednakże od początku wiedziałem, że to nie jest właściwa droga. Właściwą była niewątpliwie ta, którą szedłem dotąd, szeroka i stroma. Przejdę nią jeszcze z osiem stai i dojdę na górę i na przełęcz.
Tak też postanowiłem. Przeszedłem przez pustą dróżkę. A teraz o cyprysie. Rozpościerał się na niebie jak tęcza nad widnokręgiem nieogarnionych okiem pól. U stóp drzewa niczym wielkie węgorze wiły się, unosząc podłoże, splecione mnogimi skrętami korzenie. Spomiędzy korzeni tryskał wartki strumyczek; szukając sobie ujścia, spływał na ścieżkę, którą właśnie zamierzałem ruszyć. Cała zalana była wodą.
Dziwne, woda nie tworzyła tu kałuży, przeciwnie, prąd był bystry. Przed sobą w pewnej odległości widzę kępę krzaków, do których, na dobre ćwierć stai, woda płynie jak rzeka. Przez wodę tę przejść można, niczym po moście, po kamieniach rozmieszczonych na odległość kroku – nie ulega wątpliwości, że ułożyła je ludzka ręka. Nie taka to przeszkoda, żeby się rozbierać i brodzić po mokradle, ale jak na główną drogę nazbyt to niewygodne, konie by tędy nie przeszły.
Przekupnia też to zmyliło; zmienił kierunek marszu i wielkimi krokami wspinał się zboczem na prawo, nie tam, gdzie trzeba. Widziałem, jak obszedł cyprys, a potem wychynął wyżej, nad moją głową. Z góry spojrzał w moją stronę.
– Hej! Droga do Matsumoto tutaj!
Znowu zrobił dufnie kilka kroków, ale zaraz przechylił się przez skałę.
– Jak się będziesz grzebać, to cię Echo porwie! Ono i w biały dzień nikogo nie szczędzi – rzucił drwiąco. Po czym przeszedł wyżej, skryły go głazy i trawy.
Popatrzyłem w górę, widziałem jeszcze przez pewien czas czubek jego parasola, coraz bardziej niewidoczny wśród gęstych gałęzi, wreszcie na dobre zniknął w gąszczu.
– Hej, hop! – To wieśniak. Przeskakuje beztrosko po kamieniach. Biodra owinął matą z rogoży, ręką podtrzymuje chyboczące się na ramionach nosidła.
V
Nie muszę ci powtarzać, że aż do tego miejsca nie spotkałem po drodze nikogo, prócz oczywiście tamtego przekupnia. On wskazał mi inną drogę, a brałem pod uwagę, że jako wędrowny handlarz winien się orientować, więc choć mu nie wierzyłem, począłem się wahać. Rozłożyłem wobec tego moją starą mapę, którą zresztą starannie przestudiowałem, zanim wyruszyłem, i właśnie sprawdzałem trasę.
– Chciałbym was o coś spytać – mówię do chłopa.
– Bardzo proszę – powiada grzecznie góral, widząc mnicha.
– Nic znów takiego ważnego. Czy ta droga biegnie tędy? Tędy prosto?
– Wy, dobrodzieju, do Matsumoto idziecie? Tak, to tędy, cóż mówić, po ostatnich deszczach droga zmieniła się w rzekę.
– A długo jeszcze tej wody?
– Tyle, ile jej widać. Będzie do tamtych krzaków. Dalej droga taka jak ta, na szerokość wozu. Tam, gdzie są te krzaki, był kiedyś wielki dwór, siedziba medyka. Bo tu wtedy wieś stała. Jak trzynaście lat temu przyszła wielka woda, zostało jeno pustkowie. A i ludzie poginęli. Odmów tu, wasza wielebność, modlitwę za ich dusze.
Wieśniak odpowiedział mi wyczerpująco, dowiedziałem się więcej, niż pytałem. Wiem już wszystko dokładnie, cóż, kiedy przekupień zabłądził.
– Dokąd prowadzi tamta droga? – pytam, wskazując ścieżkę, którą poszedł domokrążca.
– To stara droga, sprzed pięćdziesięciu lat. Prowadzi też do prowincji Shinshū, ciągnie się blisko na trzydzieści stai. Nie, tamtędy się nie przejdzie! Raz, w zeszłym roku, zabłądził tu pątnik, a szedł razem z dziećmi. Co za rwetes się zrobił, choć był to obszarpaniec taki, żebrak, no ale ludzkie życie drogie! Pogoniło za nim trzech policjantów i dwunastu naszych ze wsi poszło. Zebrali się w gromadę, ruszyli w góry; ledwo go odnaleźli i sprowadzili z powrotem. Niech też dobrodziej nie idzie aby tędy na przełaj, byle sobie drogę skrócić. Lepiej się pomęczyć, choćby w polu zanocować, a tamtędy nie iść. Tak… Szczęśliwej drogi!
Rozstałem się z wieśniakiem i już postawiłem nogę na kamieniu w wodzie, gdy zatrzymała mnie myśl o handlarzu leków. Na tamtej drodze nie było pewnie aż tak niebezpiecznie, jak słyszałem, ale bądź co bądź nie mogłem go zostawić na pastwę losu. Zresztą bonza musi być gotowy i na to, żeby spędzić noc pod gołym niebem; dogonię go i zawrócę. A potem poszlibyśmy razem starą drogą, cóż w tym strasznego! O tej porze roku ani wilki nie grasują, ani duchy gór, rzek i lasów, strachy żadne w biały dzień nie chodzą, jakoś to będzie, pomyślałem. Oglądam się za siebie: po uczynnym wieśniaku ani śladu. Dobrze! Z twardym postanowieniem zboczyłem na górską ścieżkę. Nie pchnęła mnie do tego rycerskość ani szlachetny zapał, nie; jak już mówiłem i zdawałem sobie sprawę, byłem bojaźliwy, nawet wody z rzeki bałem się napić w obawie o życie. Dlaczego więc tam poszedłem?
Prawdę mówiąc, gdyby to był ktoś całkiem mi obcy, z kim się minąłem po drodze, zostawiłbym go swemu losowi. Lecz chodziło tu o sprzedawcę leków, którego uznałem za ordynarnego gbura. Zatem gdybym go porzucił, nie mógłbym oprzeć się wrażeniu, iż uczyniłem to naumyślnie.
Bonza opowiada, leżąc wciąż na brzuchu z brodą opartą na rękach.
– W takim razie modlitwa w moich ustach niewiele byłaby warta.
VI
No więc słuchaj. Obchodzę dookoła cyprys, drapię się w górę, głaz po głazie, idę między drzewami i ścieżką przez gęste trawy, ciągle naprzód i naprzód.
Przebywam pagórek, na który się wspiąłem, wyrasta przede mną następny, dłuższą chwilę kroczę wśród rozległych łąk. Wstęga drogi opada w dół, szersza niż właściwa trasa, którą szedłem dotąd.
Góra pośrodku i dwie linie dróg, na wschód i zachód, przywodzą na myśl orszaki wielmożów, które podążały tędy, podpierając się na halabardach. W tej rozległej perspektywie sprzedawca leków jest jak ziarnko maku. Już nie śledzę go wzrokiem, zmierzam miarowo przed siebie: mizerny robaczek pod rozżarzonym od gorąca niebem. Im szerszy widok roztacza się przede mną, tym bardziej niepewnie, nieswojo się czuję.
Kiedy postanowiłem wędrować przez prefekturę Hida, liczyłem na to, że co kilkanaście stai znajdę nocleg i miskę kaszy, bo na czterdzieści stai powinno być kilka przydrożnych gospód, gdzie można by się zatrzymać. W marszu byłem wytrzymały, nogi mnie nie zawodziły. Szedłem i szedłem.
Teraz z kolei wyrosły po obydwu stronach ścieżki wysokie ściany skalne, więc idąc, zahaczałem niemal o nie ramionami. Niedługo dotrę pewnie do słynnej górskiej przełęczy Amō. Ściągnąłem mocniej rzemyki sandałów.
Później dowiedziałem się, że na tym wzniesieniu znajduje się główny budynek świątyni Rentaiji, pod której fundamentem zieje rozpadlina dająca ujście wiatrom, w owej jednak chwili nie rozglądałem się na boki, nie zważałem nawet na pogodę, podążając śpiesznie przed siebie.
I teraz, młodzieńcze, chcę ci opowiedzieć o dalszej wędrówce: nie dość tego, że ścieżka uciążliwa, wprost nie do przebycia, to najgorsze były węże. Sunie taki powoli, łeb ma po jednej stronie ścieżki, a ogon – gdzie? – jeszcze kryje się w trawie po drugiej stronie.
Mówię ci, gdy napotkałem pierwszego, nogi się pode mną ugięły i jak stałem, w kapeluszu, z bambusowym kijem w ręku, przysiadłem.
Z natury bowiem nie znoszę, czy – mówiąc ściślej – okropnie boję się węży. No ale wtedy szedłem na ratunek człowiekowi.
Wąż – szu, szu – szmyrgnął ogonem, uniósł się, przybierając kształt sierpa, rozejrzał i momentalnie zniknął w trawie. Stanąłem wreszcie na nogi, ruszam, lecz po przebyciu kilkuset kroków znowu wąż. Wygrzewa się rozłożony na ścieżce. Ani łba, ani ogona nie widać, leży. Ach!, przeskakuję go z okrzykiem lęku, gad ucieka. Trzeci, którego napotkałem, ruchy miał powolne i grubości był niezwykłej, o, gdyby mnie oślizgły zaatakował, miałbym się z pyszna! Natychmiast przebiega mnie zimny dreszcz, każdy włosek na ciele staje mi dęba, pokrywam się cały gęsią skórką niczym ryba łuską, a moja twarz chyba zmienia się w maskę węża. Przysłaniam ręką oczy.
Oblewam się ze wstrętu lodowatym i kroplistym potem, a choć nogi się pode mną uginają, nie mogę przecież stanąć; ze strachem biegnę dalej i, wyobraź sobie, nowy wąż na mojej drodze!
Tym razem gad jest przecięty, to tylko część węża, od połowy ciała do ogona, rana lśni na błękitno, leci z niej żółtawa ciecz, cielsko rusza się, drga konwulsyjnie.
W popłochu rzucam się do ucieczki. Po namyśle jednak zawracam: tamtego gada, co go minąłem po drodze, mam za sobą. Nie, za żadną cenę nie przejdę nad nim po raz drugi! Ach, żebym wiedział, wolałbym iść prosto do piekła, ale nie tu, za nic! Łzy mi popłynęły. Bądź pochwalony, Buddo Amido, modliłem się. I teraz na samo wspomnienie aż mi się zimno robi.
Bonza potarł dłonią czoło.
VII
Nie pora już, żeby zawrócić, zbieram więc całą odwagę. Leży przede mną, jak mówiłem, tułów węża długi na kilka łokci. Zbaczam w trawę, obchodzę go z dala, ale wciąż mi się wydaje, że teraz się natknę na resztę, na brakującą połowę. Ogarnia mnie trwoga i nogi drętwieją. Potykam się o kamień, padam. Boleśnie tłukę sobie kolano.
Teraz chodzenie sprawia mi trudność, ale cóż, czyż mam się tu przewrócić i zginąć z gorąca?! Pocieszam sam siebie. Prostuję się, przeciągam mięśnie i wędruję w kierunku przełęczy. Strasznym lękiem przejmują mnie gęste opary, które w upale unoszą się nad zaroślami, na ścieżce walają się pod nogami krągłe kule, jakby jaja wielkiego ptaka.
Idę tak co najmniej osiem stai wzgórzem, gdzie się roją wielkie węże, skręcam za ogromną skałę, przekraczając korzenie drzew. Droga zdaje mi się zbytnio uciążliwa, więc znowu patrzę na mapę. Nie ma mowy o pomyłce, a i z tego, co słyszałem, wnioskuję, że jest to zaznaczona na mapie stara, nieuczęszczana droga. Wcale mi to nie dodaje otuchy; na szacownej starej mapie cienka czerwona linia, kreseczki drobne jak kolce kasztana, oznaczają las. Zresztą ani trudne podejścia, ani węże i gąsienice, ani jaja ptasie i opary z łąk nie są tu zaznaczone, wobec czego składam plan i chowam za pazuchę. Z żarliwą modlitwą w sercu staję do marszu. Jeszcze nie zdążyłem tchu zaczerpnąć, kiedy niemiłosiernie wychynął przede mną Wielki Wąż.
Straciłem do cna głowę, wąż ten wydał mi się tutejszym Duchem Gór; odrzuciłem kij i padłem na kolana, wpierając dłonie w nagrzaną ziemię.
– Przebacz i wysłuchaj mojego błagania, pozwól mi przejść tędy! Pójdę ostrożnie, by ci nie zakłócić południowego snu. Pozbyłem się też, jak widzisz, mego kija.
Tak oto prosiłem gorąco z głębi duszy. W odpowiedzi usłyszałem szelest. Wiedziałem, że to sunie Wielki Wąż, długi na trzy łokcie, cztery, pięć… kilkanaście! Smyknął, roztrącając na boki głębokie trawy, i zniknął jak strzała po drugiej stronie ścieżki. Zakołysały się wtedy wszystkie łańcuchy górskie i pagórki. Zadrżałem, wstałem z klęczek, przejęło mnie zimno. Spostrzegłem, że nadleciał halny.
Od tego momentu towarzyszył mi huk wichru zwielokrotniony przez echo. Jakby się w głębi gór otworzyła czeluść, z której dna wyrwał się orkan, wir powietrzny. I jakby modły moje zostały wysłuchane, węże znikły, upał zelżał. Odzyskałem odwagę, stąpałem raźniej.
Po niedługiej chwili podmuchy wiatru stały się lodowate; spojrzawszy przed siebie, pojąłem, co było tego przyczyną. Oto rozciągał się przede mną wielki bór.
Nieraz zdarzało mi się słyszeć opowieści, że na przełęczy Amō z jasnego nieba pada deszcz, że są tam bory, których od pradawnych czasów nie tknęła siekiera drwala, lecz w drodze, którą dotychczas przebyłem, drzew widziałem tak niewiele. Czyżbym teraz na odmianę – zamiast węży – miał napotkać wielkie wędrujące kraby?! Sandały moje dostały dreszczy.
Wkrótce się ściemnia. Rozróżniam cyprysy, sosny, obrostnice, gdzieniegdzie z wysoka pada blady pojedynczy promień słońca, oświecając czarną ziemię. Promienie przenikają między gałęzie. Miejscami wygląda to pięknie: lśni czerwono, błękitno świetlny zygzak. Czasem czuję na palcach stopy krople; to woda zebrana w liściach spada z wysokości na dół srebrnym sznureczkiem. Szeleszczą nieznane mi, wiecznie zielone drzewa, lecą z nich, szemrząc, liście i sypią mi się na kapelusz lub opadają za mną, gdy przechodzę. Wędrowały one z gałęzi na gałąź przez dziesiątki lat może, i teraz wreszcie dotkną ziemi.
VIII
Nie muszę chyba dodawać, jak nieswojo się czułem. Cokolwiek małodusznie z mojej strony, bo przecież dla początkującego bonzy miejsce jakby wymarzone do modlitwy. W każdym razie byłem rześki, zapomniałem o zmęczonych nogach i pomyślałem sobie, że przebyłem pewnie dwie trzecie drogi. Wtedy z drzewa, z wysokości kilku łokci, coś mi spadło na kapelusz. Jakby ołowiany ciężarek, czy może owoc. Kilka razy potrząsnąłem głową, lecz to coś, przyczepione mocno, nie spadało. Wobec tego beztrosko sięgam ręką. Śliskie, chłodne.
Wygląda jak meduza, nie widzę gęby ani oczu, no ale jest to jakieś żywe stworzenie. Ze wstrętem próbuję je odrzucić; ono jednak, prześlizgnąwszy się między palcami, przysysa się i zawisa na czubku kciuka. Kiedy je odrywam, z palca leci strużka krwi. Przerażony, podnoszę zranioną dłoń do oczu i w zgięciu łokcia widzę drugiego robaka, grubego na trzy palce, długiego na kilka cali. Leśna pijawka. Patrzę oszołomiony: na moich oczach robak pęcznieje, pewnie dlatego, że pije żywą krew. Na matowym, ciemnym i śliskim ciele lśnią brunatne pręgi. Podługowaty robak ssący krew… No, pijawka! Nie sposób pomylić, choć taka wielka, że z początku się nie połapałem. Na żadnym polu, w żadnym starym bagnie nie napotka się pijawek tej wielkości!
Gwałtownie wymachuję łokciem, lecz pijawka trzyma się mocno, nie chce puścić, toteż przejęty wstrętem odrywam ją ręką; muszę mocno pociągnąć, nim z mlaśnięciem odpadnie. Szybkim ruchem rzucam ją na ziemię i spostrzegam, że setki, tysiące pijawek zasiedliło i zajęło całą ziemię pod nogami, jak okiem sięgnąć, a nowych wciąż przybywa. Tam, gdzie w lecie nie dociera słońce, grunt jest miękki, pijawek rozdeptać nie sposób.
Czuję swędzenie na szyi, trę otwartą dłonią. Ręka prześlizguje się po wilgotnawym ciałku. Och, pijawka pod piersią, a w szarfie następna! Pobladły sprawdzam dalej: na ramieniu cały sznur. Mimo woli podskakuję, otrząsam się, wybiegam pędem spod wielkiej gałęzi. W biegu odrywam pijawki, które zdążyłem na sobie odnaleźć.
Straszne, straszne! Tamta gałąź musi być pełna pijawek. Odwracam się; nie odróżniam poszczególnych gałęzi pokrytych niezliczoną mnogością czarnych stworzeń, gałęzi obleczonych w jedną wielką pijawkową skórę. Aha, w tym rzecz! Lecz i z prawa, i z lewa, i na gałęzi przede mną nie ma miejsca, gdzie by ich nie było! Krzyczę ze strachu. I cóż! Z góry leci na mnie deszcz pijawek. Chudych, czarnych, pręgowanych.
Spadają na moje nagie stopy, jedną warstwą i drugą, ustawiają się w rzędy, że nie widać spod nich sandałów. Piją i pulsują; ciała wydłużają się i skracają. Na ten widok bliski jestem utraty zmysłów! Dziwna myśl przychodzi mi do głowy.
Owe przeraźliwe górskie pijawki mają tu swoją siedzibę od zamierzchłych czasów. Czekają, aż nadejdzie człowiek. A kiedy wyssą wreszcie określoną porcję krwi, spełni się ich życzenie. Miliony pijawek wyplują z siebie krew – wszystką krew ludzi, których kiedykolwiek ssały – i rozpuści się ziemia. Cała wielka góra spłynie krwią i błotem, przemieni się w nieogarnione bagno. Zarazem wielkie drzewa w borze, dokąd nigdy nie dociera słońce, zmienią się, jedno po drugim, w pijawki olbrzymy. Tak to będzie, być może… o, na pewno…!
IX
Ludzkość zginie nie od ognia, który spadnie z nieba, nie pęknie od niego cienka powłoka ziemska, ani nie przez morze ogromne, które wszystko zaleje i pochłonie w falach. Zacznie się od tego, że w prefekturze Hida drzewa w lasach zmienią się w pijawki. Na koniec w błocie i krwi pływać będą czarne pręgowane ciałka – taki właśnie będzie przyszły świat, który zniszczy teraźniejszy.
Te oto myśli snuły mi się osłupiałemu po głowie.
Faktycznie, gdy wszedłem w las, nic nie wskazywało niebezpieczeństwa, a jednak co mnie spotkało! Teraz, kiedy ruszę dalej, wszystkie drzewa zaczną się zmieniać w pijawki, począwszy od korzeni. Nic mnie nie uratuje. Takie najwidoczniej moje przeznaczenie. A i natrętne myśli o pijawkach – też pewnie prorocze; tak jasno widzi się tylko przed śmiercią.
Skoro tak czy owak śmierć mi pisana, zrobię choćby jeden krok do przodu, niechże zobaczę cząstkę wielkiego bagna krwi i błota, którego nie przeczuwa żaden śmiertelnik.
Tak w duchu postanowiwszy, odrzuciłem lęk i odrazę. Gdzie tylko zdołałem ręką sięgnąć, zdrapywałem z ciała pijawki, szarpałem, wyrywałem, ściągałem. Machając rękami, tupiąc nogami – jakby w jakimś tańcu – ruszyłem przed siebie.
Najpierw miałem wrażenie, że przybyło mi ciała w dwójnasób, a nieznośne swędzenie mocno dało mi się we znaki, potem z kolei ciało jakby sklęsło, uczułem szczypiący ból. Idąc, doświadczałem na przemian to jednego, to drugiego.
Wreszcie, kiedy już całkiem z sił opadłem, wyszedłem – uśmiech losu – z pijawkowego boru jak z tunelu. Pokłoniłem się widocznemu daleko w górze wąskiemu księżycowi.
Ach, rzuciłem się całym ciałem na górską ścieżkę z jedną myślą: na miazgę rozgnieść robaki! Tarzałem się po ziemi, nie zważając na żwir ani kolce. Podniosłem się, zostawiając na miejscu trupy kilkunastu pijawek; odbiegłem dalej, trzęsąc się jeszcze, i stanąłem.
O, wyszedłem na głupca! Naokoło w górach, z dala od lasu grożącego bagnem krwi, słychać dźwięki cykad, słońce chyli się ku zachodowi, w doliny napływa zmierzch. Co tam, żeby mnie tu nawet wilki zjadły, skończę przynajmniej szybko. Droga łagodnie opada w dół; zakładam bambusowy kij na ramię – no, klecho! – chwieję się i uciekam.
Tak byłem uradowany, że gdyby nie ukąszenia pijawek, gdyby nie swędzenie, ból, łaskotanie, począłbym tu – na górskiej ścieżce w prefekturze Hida – na całe gardło wyśpiewywać sutry, tańcząc i przytupując! Przyszedłem na tyle do siebie, że zastanawiałem się, czyby nie zużyć nieco driakwi, którą miałem przy sobie, i nie natrzeć nią bolesnych ranek. Szczypię się, czuję, że żyję! No, w porządku, lecz co z przekupniem? Z tego, co widziałem, jeden wniosek: spoczywa zatopiony w krwawym błocie. W ciemnym borze zwłoki, sama skóra. Miliony nikczemnych, wstrętnych pijawek wysysają szpik z kości; próżno i darmo szukać, przekupień zaginie bez wieści!
Tak rozmyślając, schodzę po stoku, droga mi się dłuży. Słyszę szum strumienia. Nagle natykam się na groblę. W dolinie słychać rzekę. Ach, myślę sobie, jakaż to byłaby rozkosz, zanurzyć się z głową, obmyć w wodzie ciało obolałe od ukąszeń! Nie troszczę się o nic, niechby i mostek się zawalił, będzie, co ma być! Nie zważam na niebezpieczeństwo, idę mostem; choć się chwieje, przechodzę bez trudności. Po przeciwnej stronie wzgórze, jeszcze raz pod górę, dzięki ci, człecze ciało, żeś mnie tu doniosło!
X
Tak już jestem zmachany, że mowy nie ma, abym zdołał pokonać tę wyniosłość, myślę sobie. Raptem dobiega mnie, z kierunku, w którym idę – ihaha! – rozgłośne rżenie konia. Jeździec jakiś czy przejeżdżające fury? Nie tak dawno przecież, bo tego samego ranka, rozstałem się z uczynnym wieśniakiem, a teraz mam wrażenie, jakbym od lat całych nie widział człowieka! Jeśli są tam konie, napotkam i ludzi. Dodało mi to otuchy, hej, nie poddawać się, jeszcze krok!
Prędko dochodzę do górskiej zagrody. Drzwi i okna pootwierane, furtka – nie nazwiemy jej szumnie bramą – też otwarta, wychodzę znienacka na zaniedbane tyły domu. Jest tam jakiś mężczyzna. Wyrastam tuż przed nim, błagalnym głosem mówię, jakbym wołał o pomoc:
– Poratujcie mnie, proszę, poratujcie! Dzień dobry.
Tamten milczy. Głowa na chwiejnej szyi, przechylona na bok, tak że ucho niemal dotyka ramienia, infantylny, bezmyślny, świdruje mnie okrągłym okiem – półgłówek. Ma na sobie przykrótkie kimono, rękawy ledwie sięgają łokci, i wykrochmaloną narzutkę zawiązaną na tasiemki, lecz ubiór ten go nie chroni. Z przodu sterczy brzuch, wielki jak bęben, gładki i lśniący, z wystającym pępkiem, niczym dynia z resztką ogonka! Głupek skrobie się jedną ręką po brzuchu, drugą wymachuje w powietrzu jak widmo. Nogi bezsilnie wyrzucone przed siebie. Gdyby jego ciała nie podtrzymywały kości, złożyłby się jak prześcieradło! Ma lat dwadzieścia kilka. Unosi górną wargę, gęba rozdziawiona, malutki nos, wypukłe czoło. Włosy obcięte na krótko, z przodu jak szczotka, z tyłu zakrywają uszy, sterczą na wszystkie strony. Głupi, a może głuchy chłopak wygląda tak, jakby miał się zamienić w ropuchę. Wystraszyłem się, choć nic mi nie zagraża, ale cóż to za dziwadło! Prawdziwy odmieniec!
– Chciałbym się zapytać… – Próbuję go znowu zagadnąć, ale porozumieć się nie zdołam. Chłopak trwa z otwartymi szeroko ustami, porusza tylko głową, z chrzęstem przenosząc ją na lewe ramię.
Ojej, to stworzenie gotowe jeszcze zamiast odpowiedzi chwycić mnie znienacka, wykręcić ręce, zgnieść, zadławić! Cofnąłem się, lecz zaraz przystanąłem. W tej zapadłej okolicy głupek nie mieszka przecież sam jeden!
– Hej, jest tam kto?! – wytężyłem głos.
Zza domostwa odpowiedziało mi rżenie konia.
– Kto tam? – rozległ się od komórki kobiecy głos.
Dzięki ci, Panie! A może na białej kobiecej szyi dostrzegę łuski i wypełznie na mnie, zamiatając ogonem po ziemi?
– Och, dobrodziej!
Staje przede mną niewiasta piękna, filigranowa, łagodna, o czystym głosie.
– Tak…
Oddycham pełną piersią, kłaniam się, nic nie mówiąc. Kobieta przysiada na podwiniętych nogach, całym ciałem zwraca się ku mnie, ogląda mnie, stojącego bezradnie w zapadającym zmierzchu, od stóp do głów.
– Dobrodziejowi czego trzeba?
Nawet spocząć nie prosi, najwidoczniej nie zajmują się tu obsługą podróżnych. Jeśli zaraz nie poproszę, stracę szansę. Przybliżam się zamaszyście, grzecznie się kłaniam.
– Idę przez góry do Shinshū. Czy daleko stąd do jakiejś gospody?
XI
– Będzie ze trzydzieści stai.
– Nie ma tu domu, gdzie bym mógł przenocować?
– E, nie ma. – Kobieta patrzy mi w twarz bez zmrużenia oka, chłodnym wzrokiem.
– Choć, prawdę powiedziawszy, nawet gdyby była tu o rzut kamieniem dobra gospoda, w której można by wytchnąć do rana, to nie zdołałbym zrobić dalej ani kroku! Litości, kobieto, prześpię się choćby w komórce albo w stajni – dodaję.
Bo wiedziałem, że koń, którego rżenie słyszałem, należeć musi do zagrody, jako że innej nie było w okolicy.
Kobieta myślała chwilę, po czym obróciła się na stronę. Sięgnęła po płócienny worek i jakby przelewała wodę, przytrzymując dłońmi brzegi worka, przesypała zeń całą zawartość do miski stojącej u kolan. Popatrzyła na mnie.
– O – powiedziała – niech dobrodziej zostanie. Mam ryżu akurat tyle, że wystarczy. Nasze górskie domy zimne, ale w lecie nocą ciepło, źle nie będzie. Rozgośćcie się!
Nie dopowiedziała jeszcze, kiedy klapnąłem ciężko na przyzbie.
Kobieta podniosła się szybkim ruchem, stanęła wyprostowana.
– Ale, dobrodzieju, o jedno muszę cię prosić!
Na te słowa znów się zaniepokoiłem.
– Tak, tak, oczywiście…
– O, to nic takiego, tylko widzisz, nade wszystko uwielbiam słuchać opowiadań o stolicy. Proszę cię, nic nie mów, nawet gdybym najgoręcej prosiła! Pamiętaj o tym, nawet żebym się upierała, nie odpowiadaj ani słowem. Choćbym cię błagała na kolanach, nie daj się przymusić! – zagadkowo powiedziała kobieta.
Cóż, zwykłe przekomarzanie się kobiety z gór, bezgranicznie dalekich, odgrodzonych od świata bezdennymi przepaściami.
Prośba nie wydała mi się szczególnie trudna do spełnienia, kiwnąłem głową.
– Dobrze, proszę bardzo. Zastosuję się sumiennie do twej prośby.
Na to kobieta rzekła poufale, wyzbywszy się nieufności: – Skromnie tu u nas, ale wejdźcie, dobrodzieju. Rozgośćcie się, proszę. Przyniosę wam zaraz miskę z wodą do umycia nóg.
– O nie, nie potrzeba. Dajcie mi tylko szmatę do wytarcia. I, o ile możecie, jakiś wilgotny ręcznik. Miałem przygody po drodze. Tak się podle czuję, że skórę bym z siebie darł, chętnie przetrę plecy. Jeśli wam to nie sprawi kłopotu…
– No, musieliście się porządnie spocić, taki był gorąc. Zaraz… wiadomo, że największą rozkoszą dla podróżnego jest gorąca kąpiel w gospodzie. A tu co mówić o wannie, nawet herbaty jeszcze nie podałam! Ale u stóp wzgórza płynie czysty strumień, może pójdzie dobrodziej tam się obmyć?
Na te słowa gotów byłem lecieć jak na skrzydłach.
– O tak, z wielką przyjemnością!
– Pokażę dobrodziejowi drogę, ja też właśnie idę do strumienia wypłukać ryż.
Wsunęła pod pachę miskę z ryżem, zeszła z drewnianego podestu okalającego domostwo, a widząc moje słomiane sandały, schyliła się i wyciągnęła spod podestu parę używanych drewnianych trepów. Stuknęła jednym o drugi, otrzepując je z kurzu, i postawiła przede mną.
– Proszę włożyć, a sandały zostawić tutaj.
Podziękowałem.
– Skoro masz dobrodziej tu pozostać, taki widać los, żeśmy się zeszli, czuj się, proszę, jak u siebie w domu.
Gospodyni była w jak najlepszym humorze.
XII
– No to proszę, chodźmy – powiedziała kobieta z miską ryżu pod pachą. Za wąską szarfę kimona wetknęła ręczniczek. Powstała. Falujące na wietrze włosy zebrała w węzeł, wpięła w nie grzebyk, umocowała zapinkę. Jakże pięknie wyglądała!
Pospiesznie zzułem sandały i wsunąłem trepy. Podniosłem się i patrzę – stoi głupek, łypie na mnie okiem, tak samo jak przedtem. Język mu się plącze, bełkoce:
– Cho-o-odź, cho-o-odź… – Podnosi ospale rękę i gładzi się po kosmatym łbie. – Bonza, dobro-o-dziej…
Kobieta unosi głowę, uśmiecha się, na policzkach tworzą jej się dołeczki, i trzykrotnie energicznie potakuje. Czuję litość dla kaleki, nie przyglądam się otwarcie, lecz zerkam z boku, spostrzegam jednak, że na niej nie czyni to żadnego wrażenia i szykuje się do odejścia. Chłopak przyjął do wiadomości odpowiedź, stoi teraz gnuśnie, skubiąc pępek.
W tym momencie zza krzaka kaliny ukazuje się jakiś mężczyzna. Dostał się tu pewnie przez furtkę na tyłach domu. Na nogach słomiane łapcie, w ustach fajka, u pasa kwadratowy skórzany woreczek ozdobiony figurką netsuke. Podszedł i przystanął koło nas.
– Witajcie, dobrodzieju!
Kobieta zwróciła się ku przybyłemu:
– Jak tam było, wujku?
– Ano właśnie, cóż… głupi i nieułożony, o tym myślisz, co? O, lisem trzeba być, żeby go do pożytecznej pracy skłonić! Moja już w tym głowa! Dam sobie radę. Za dwa, trzy miesiące będzie po kłopocie. Jutro co trzeba dostanę i przyniosę.
– Serdeczne dzięki.
– Zrobię, co potrafię. A panienka dokąd się wybiera?
– Do potoku pod górkę.
– Razem z młodym bonzą? A nie wpadnijcie czasem do wody! Zaczekam tu, aż wrócicie. – Chłop ciężko siadł na drewnianym podeście, aż klasnęło.
– Co też mówicie, wujku? – Kobieta uśmiechnęła się, zerkając na niego.
Odsunąłem się na bok:
– Pójdę sam…
Przybysz buchnął gromkim śmiechem:
– Ha, ha, ha! Idźcież prędzej!
– Słuchajcie, wujku, rzadki to dzień, żebym aż dwu gości miała. Choć Jirō żadne dla was towarzystwo, posiedźcie tu z nim, odpocznijcie i poczekajcie, aż wrócę. Nie wiadomo, kiedy się znów zobaczymy.
– Dobra, dobra – odparł tamten, z tymi słowy przysunął się do chłopaka i kułakiem, jak młotem, gruchnął go w plecy. Głuptak wypiął brzuch, wykrzywiając wargi jak do płaczu, zaśmiał się jednak od ucha do ucha. Niemile mnie to dotknęło, odwróciłem się szybko. A kobieta wcale się nie przejęła. Mężczyzna zakrzyknął, rozdziawiając gębę: – A bacz, żebym ci przez ten czas nie skradł twego chłopa!
– Tylko na to czekam! No, chodźmy nareszcie.
Czułem na plecach spojrzenie mężczyzny. Kobieta wiodła mnie wzdłuż ściany domu, lecz nie w stronę krzaka kaliny, jak się spodziewałem. Znaleźliśmy się przy bocznej furtce. Na lewo ujrzałem stajnię. Dobiegł moich uszu stukot, jakby klaskanie końskich kopyt po drewnianym klepisku. Zaczynało już zmierzchać.
– Tędy zejdziemy na dół. Ślisko nie jest, ale ścieżka bardzo zła, proszę uważać – powiedziała.
XIII
W miejscu, w którym mieliśmy zejść na dół, rosła sosna, smukła, niesłychanie wysoka, cienka i wybujała, z pniem gładkim, bez jednej gałązki aż do samej korony. Przeszliśmy pod nią. Poprzez koronę drzewa przeświecał blady księżyc w nowiu, taki sam jak wszędzie. Idąca przodem kobieta zniknęła mi z oczu. Objąwszy pień sosny, szukałem jej wzrokiem; stała w dole, pode mną. Popatrzyła w górę.
– Uważajcie, dobrodzieju, tutaj stromy spadek. A może nie zdołacie zejść w tych trepach, tobym wam dała moje sandały?
Zły na siebie za opóźnienie, śpieszę, nawet gdybym miał spaść na łeb na szyję, byle prędzej obmyć się po pijawkach.
– O nie! Co najwyżej pójdę boso, proszę się nie trapić! Doprawdy, przepraszam panienkę za kłopot!
– E, jaka ja tam panienka…! – Kobieta roześmiała się dźwięcznie; śmiech w tonacji wyższej niż dotychczas.
– Słyszałem, że tak właśnie nazwał panią znajomy. Jest więc pani mężatką?
– Na jedno wychodzi, w porównaniu z tobą, dobrodzieju, starucha ze mnie! O, chodźcież szybciej, nieźle w tych sandałach, tylko trzeba uważać na kolce, żeby się nie pokłuć. Poza tym mokro tu, wilgotno, nieprzyjemnie pewnie?
Mówiąc, szła przede mną. Uniosła nagle połę kimona, biel rozbłysła w ciemnościach jak śnieg, ginęła i ukazywała się na przemian w rytm jej ruchów. Schodziliśmy tak coraz niżej, kiedy z zarośli przy ścieżce wylazła ropucha.
– Brr! – Otrząsam się ze wstrętem.
Kobieta, wyrzucając wysoko pięty, biegnie naprzód.
– Nie widzisz, że mam gościa? Włazisz ludziom pod nogi, myślisz tylko o swojej wygodzie! Jedzcie sobie owady, ropuchy, a nam dajcie spokój! Schodźcie, panie, spokojnie, droga wolna. Miejsce tu takie głuche, że się każde stworzenie do ludzi garnie. Coś podobnego, wstyd mi, rozmawiam z nimi jak z przyjaciółmi!
Ropucha znowu się pokazała, lazła powoli, roztrącając trawę. Kobieta gibkim ruchem skręciła w bok.
– Przejdziemy po tym pniu, bo ziemia miękka, rozsypuje się pod nogą. Inaczej się nie da.
Leżał tam porośnięty trawą bardzo gruby pień powalonego drzewa; wspiąłem się nań, trepy mi się ślizgają. Wielki pień. Kiedy się po nim przejdzie, słychać już bystry szum strumienia, mniej więcej dziesięć kroków dalej. Oglądam się za siebie: wysokiej sosny już nie widać, księżyc w nowiu wisi nisko, skryty w połowie za wzgórzem, z którego zeszliśmy. Szczyt oświetlony, bliski, jak na wyciągnięcie ręki, lecz wysokość niezmierzona.
– Tędy, tędy – odezwała się kobieta. Stała w dole. – No, jeszcze troszeczkę.
Wokół lite skały i głazy, korytem skalnym płynie woda. Potok. Z bliska nie szumi tak ogłuszająco jak z daleka, kiedy huczy grzmotem, krusząc skały, a widok piękny, jakby kto rozsypał sznury pereł. Stok następnego wzniesienia tworzy przeciwległy brzeg. Wierzchołek góry pogrążony jest w ciemności, jednak od połowy do podnóża, gdzie pada światło księżyca, dostrzegam głazy większe i mniejsze, spiczaste i najeżone jak muszla ślimaka lub okrągłe niczym piłki albo złomy kwadratowe, jakby cięte mieczem. Gdzie okiem sięgnąć – skały coraz to zalewane wodą, rzekłbyś: małe górki.
XIV
– Dobrze, że potok dziś przybrał, można umyć się tutaj.
Kobieta stała na płaskim kamieniu, podkurczając palce bosych stóp białych jak śnieg. Zamoczyła dłoń w wodzie.
Brzeg, na który zeszliśmy, woda potoku zalewała obficiej niż przeciwległy; utworzyła się tu u stóp góry mała osłonięta zatoczka, której wylot zamykał ów płaski kamień. Nie widać było, gdzie się rzeka kończy ani skąd wypływa. Po przeciwległej stronie skalista góra najeżona przeplecionymi ze sobą złomami skał i kamieniami. W górnym biegu potok toczy z chlupotem swoje wody dalej i dalej, to przykrywa, to odsłania rzeczne głazy – wszystko w srebrzystej księżycowej poświacie niby w srebrzystej zbroi – gdzie się obrócić, potok błyska i migocze bielą jak rozkołysana wstęga.
– Jaki piękny strumień!
– Tak, woda płynie z wodospadu. Kto wędruje przez nasze góry, słyszy ten szum z każdego miejsca, w którym się znajduje, zupełnie jakby huczał tajfun. Czyście go nie słyszeli, dobrodzieju, idąc tutaj?
Ach, rzeczywiście! Ten sam szum usłyszałem przecież, wchodząc do lasu, gdzie mnie opadły pijawki.
– Mnie się zdawało wtedy, że to wiatr szumi w drzewach…
