Opowieść o papierowej koronie - Józef Czechowicz - ebook

Opowieść o papierowej koronie ebook

Józef Czechowicz

0,0
3,30 zł

lub
Opis

Niniejsza powieść to debiut prozatorski Czechowicza z 1923 roku. Opublikował ją na łamach lubelskiego „Reflektora”. „Opowieść o papierowej koronie”, to dzieło, którego jednym z tematów jest niespełniona miłość. Młody Czechowicz stworzył niezwykle ciekawy utwór, którego głównym bohaterem jest Henryk, homoseksualista, zawiedziony kochanek, niedoszły samobójca. „Opowieść o papierowej koronie” stanowi świadectwo pierwszych doświadczeń i pragnień miłosnych autora, a jednocześnie w sposób znakomity odzwierciedla stan duszy młodego twórcy, który sam zmagał się z chorobą psychiczną, której ostatecznie nie przezwyciężył i której uległ.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 43




 

Józef Czechowicz

 

Opowieść o papierowej koronie

 

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Tekst wg edycji:

Józef Czechowicz

Opowieść o papierowej koronie

Lublin 1923

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-804-4

 

 

PROLOG.

 

 Zmienna jest w duszy ludzkiej fala unicestwień i stworzeń, a kolorowe miesiące wiosenne mijają w korowodzie słonecznych dni.

 Lipiec — środek Lata.

 Świt wstaje z mgieł i rośnie szara półjaśń w cichej komnacie. Nocna dysputa trwa dalej. Henryk, stojący przy oknie, mówi, patrząc na rozkwitłe grzędy maków, mówi, jakby do świtu wstającego, miast do ludzi, którzy go słuchają.

 ...Powiadacie, że jest los. Wierzycie w to straszydło całą wiarą dusz głęboko przekonanych. Lecz ja nie umiem wierzyć w to, co ślepe. Zbyt byłbym wówczas podobny do ludzi, dla których najwyższym tragizmem jest tragedja winy i kary. — Przybyszewski wierzył w ślepy los, bo wierzył w konsekwencje winy. Powiadał, że kara jest, lecz winy niema. Wierzył jednak, że i wina jest, tylko ją uniewinniał i na niewspółmierność tych momentów skarżył się boleśnie. —

 Jeśli nawet uderza nas ta arytmiczna, nieharmonijna twórczość mimowolna, to wyolbrzymienie kary, to i tak musimy to złożyć na swe barki, a nie na barki losu. Tworzymy sami winę i karę. I nieubłagalność tego następstwa leży w nas samych...

 Tu poruszył się niespokojnie ksiądz Clarus, tonący w stosie miękkich dywanów i futer, rzuconych w kącie.

 — Mistrzu, — rzekł — kocham twą duszę do szaleństwa, ale nie kocham twoich słów. One są inne niż ty. Czy ty nie czujesz wieczorem, gdy wschodzi księżyc nad pagórami, że jest On? Konieczność w nas samych, powiadasz; czemu ona nie przychodzi z zewnątrz? Od Niego?

 Widać było, że Henryk uśmiechnął się lekko. Trzej jego przyjaciele patrzyli w niego, milcząc. Całą noc rozmawiali ze sobą, a on patrzył na gwiazdy, a teraz, gdy gwiazdy zbladły, mówił sam. —

 — Jakże możesz mówić o czemś z zewnątrz, kiedy do nas nic z zewnątrz nie dochodzi. Każda dusza jest samotna i odcięta od reszty świata. Każda dusza ma tylko siebie i w sobie żyje. Jeśli jest błotem — błotem jest jej życie. A czasem jest jaśnią, a czasem dalą słoneczną, a czasem tytaniczną grozą. Bywają i dusze, które szarpią naprzemian szał djonizyjski i spokojne piękno apollińskie. Każdy jest sam, jak nurek na dnie morskiem. A ty mówisz o wpływach z zewnątrz. Głusiśmy i ślepi...

 Kiedy umilkł, straszno i niespokojnie stało się w trzech duszach.

 Ksiądz Clarus powtarzał w myśli: Każdy jest samotny...

 Postumus Porco, ten, który zawsze sceptycznie traktował Henryka, zamyślił się głęboko. Pod zmarszczonem czołem czuć było pracę ciężkiej, z nienacka logicznej myśli. — Ważyły się tam możliwości psychiczne, jak matematyczne, dokładne wartości. Krytykował.

 Zato obok, w błękitnych wielkich oczach Zygmunta błąkał się smętek, dający świadectwo prawdzie. Ten istotnie był zawsze sam, z melancholijnem pięknem swego życia. Dziecię pól na bruku miasta.

 Znowu głos Henryka przyciszony, gubiący się w makowej woni, która płynie z ogrodu wraz z wilgocią poranną.

 — Słońce?

 Jeszcze go niema. Tylko blask, tylko przedświt, złocący się na jasnem niebie.

 ... Przedziwne piękno jest w śnie niedbałym pod jabłonkami pełnemi owoców. Błogosławiony jest bezwład i bezczynność, za któremi nie wlecze się tren następstw. Czyż nie tak, czyż nie tak, drodzy?

 Lecz możesz być takiego spokoju czcicielem ten, w którym burzliwy wir się kłębi o każdej godzinie dnia? Obłąkańcze kroki moje dążą do ciszy, wiem to napewno, ale dążą przez krainy, pośrodku których znika cel wędrówki. Teraz idę przez kraj grzesznej miłości.

 Grzech powinien być wielki, jeśli się gra w duszy bolesnej. Powinien być widowiskiem z chórami, jak tragedja grecka. A mój jest jakiś dziwny, nie mierzący się miarą potęgi; jest tylko rozkoszny i straszny.

 I powiecie znów, że wina — rozkosz, a poczucie grzechu — to już kara. Nie, nie, czyste duszyczki młodzieńcze. Ty, Clarusie, codzień mówisz o grzechu urbi et orbi, lecz nie znasz jego istoty. Ani ty Zygmuncie. Zaś Postumus zna sprośność, ale grzechu i rozkoszy nie zna...

 Wspomniany porwał się z miejsca i mówił urywanym głosem:

 ... Ja czysty, czysty! Wierz mi, Sztuka i Myśl były zawsze ze mną. To, o czem myślisz, to etap na drodze Poszukiwania Życia... Niema winy!...

 Henryk patrzył nań oczyma przymglonymi nurtującą go myślą:

 — Kłamiesz...

 Tyś jest tym, który ważył się na czyny podłe. Tyś oderwał Marysię Daleką od Króla, by ją sobie rzucić pod nogi, a cna została sama z tęsknotą w sercu dziewczęcem. Tyś żądze wprowadził między nas czterech. Tyś głosił światu i rzucał na pośmiewisko miłość Achillesa i Patrokla... Intrygancie!

 Postumus skurczył się u boku Henryka i po chwili namysłu, patrząc na drgające gniewem Henrykowe usta, cedził przez zęby.

 ... Nie sądź innych, aktorze tra-gicz-ny...

 I wyszedł.

 A Henryk zwrócił się do księdza.

 — Mówiliśmy o winie i karze. Zobaczycie wkrótce pokutę. On wróci. Bo serce jest w nim, tylko dusza spróchniała...

 

WIECZÓR ZE SOBĄ.

 

1.

 

 Cicho skrzypnęły drzwi.

 Pokój Henryka. Na ścianach w półmroku ciemnemi plamami zawisły obrazy i portrety. Madonna kwiatów. Twarz ojca. Dzieweczka jakaś z nasturcją we włosach. Pod Melancholją Dürera — portret