Wydawca: Klasyka Legimi Kategoria: Edukacja Język: polski Rok wydania: 1930

dzień jak co dzień (tomik) ebook

Józef Czechowicz  

(0)
0,00
Do koszyka

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka dzień jak co dzień (tomik) - Józef Czechowicz

Józef Czechowicz - dzień jak co dzień

Opinie o ebooku dzień jak co dzień (tomik) - Józef Czechowicz

Fragment ebooka dzień jak co dzień (tomik) - Józef Czechowicz

Józef Czechowicz

dzień jak co dzień (tomik)

[Dedykacja]

wiersze z lat 1927 1928 1929

wiersz jedyna dedykuję pani marji grzegorzewskiej

wiersz światło popołudniu zechce przyjąć pani marja maćkowska

wiersz wąwozy czasu zechce przyjąć pan wilam horzyca

wiersz świat zechce przyjąć pan jan wydra

wiersz narzeczona zechce przyjąć pan wiktor ziółkowski

książkę poświęcam matce mej i siostrze

daleko

wiatraki kołyszą horyzont

chaty pachną stepem

chatom źle

stoją na palcach o zachodzie ślepe

wspinają się jak konie

za chwilę się pogryzą

nie step ucichłe morze

rozlewa się wieczór bez szumu

świecące szyby otoczyły kolejowy dworzec

zachód mozolnie żuje gumę

ostajcie zdrowo matuś

z wojska napiszę list

nad parowozem dym białe kwiaty

gwizd

w niedzielę pociąg odjechał

w inną niedzielę przyjdzie

pracują czerwone obłoki pchają się ku słońcu

na stacji dzień jak co dzień tydzień jak tydzień

a szyny

szyny się nigdzie nie kończą

na wsi[1]

siano pachnie snem

siano pachniało w dawnych snach

popołudnia wiejskie grzeją żytem

słońce dzwoni w rzekę z rozbłyskanych blach

życie pola złotolite

wieczorem przez niebo pomost

wieczór i nieszpór[2]

mleczne krowy wracają do domostw

przeżuwać nad korytem pełnym zmierzchu

nocami spod ramion krzyżów na rozdrogach

sypie się gwiazd błękitne próchno

chmurki siedzą przed progiem w murawie

to kule białego puchu

dmuchawiec

księżyc idzie srebrne chusty prać

świerszczyki świergocą w stogach

czegóż się bać

przecież siano pachnie snem

a ukryta w nim melodia kantyczki

tuli do mnie dziecięce policzki

chroni przed złem

jesień

uliczka za uliczką rzucona sierpem stromo

okuty słońca mosiądzem szedł tędy młody żołnierz

złocisty talerz fryzjera kłaniał się jemu domom

a ten sam wiatr oblizywał wisły masywne połcie

za domami podzwania tramwaj jak w bramę wchodzi w powietrze

żołnierz także się wdziera w powietrze młodo idąc

jesień biegnie na przełaj na bliskim jest kilometrze

kasztan przy rogatce już rdzawo policzki wydął

no więc będzie szaro jak film się poprzemyka

już wypukłe zdarzenia cwałują ławą dokąd

takiej geografii nie ma na życiu nie ma równika

jak pilotowi trzeba powierzyć się młodym krokom

miłość

przedświt się czule czołgał

przez mroczne puszcze i haszcze

noc przed nim płynęła wołgą[3]

górą krążyła jak jastrząb

u dróg ciemnych z niebem twarzą w twarz

chaty tłoczyły się w ciżbie

miłość bez gwiazd

miłość tlała po izbach

usta spadają na usta młotem

mocno ciemność sprzęga

pierwsze uściski młode

nieskończoną są wstęgą

ciało się ciałem nakrywa

pachnącym świeżą śliwą

ramiona w gorącej przestrzeni

zamykają się ciemnym pierścieniem

tapczan twardy zgrzany jak rola

orzą chyże lemiesze[4] kolan

aż zamiast pszenic wschodzących i żyt

zaszemrze srebrem świt

zastuka do okna biało

podnieść oczy spojrzeć z uśmiechem

to kwitnącej czereśni gałąź

zgięła się pod strzechę

świat

głębokie kliny ulic noc dzień światła pokotem

lamp kule smugi w okien kwadratach

chodzą kołem zaklętym witryn sklepowych roty

świetlisty ich dwurząd ciasną ulicę oplata

za szybą krągłe pudełeczka z blachy

trumny rybek stłoczonych w śmierci oliwie strachu

za drugą kanciaste rozpycha się żelastwo

śruby haki pilniki tryskające jak wachlarz płasko