Opowieść o korsarzu Janie Martenie - Janusz Meissner - ebook

Opowieść o korsarzu Janie Martenie ebook

Janusz Meissner

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Lublinie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 1105

Rok wydania: 1965

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



I

IW

SPIS WAŻNIEJSZYCH POSTACI

SPIS WAŻNIEJSZYCH POSTACI

17 U- 2025

IW

OPOWIEŚĆ O KORSARZU JANIE MARTENIE

CZARNA BANDERA CZERWONE KRZYŻE ZIELONA BRAMA

JANUSZ MEISSNER

OPOWIEŚĆ O KORSARZU JANIE MARTENIE

CZARNA BANDERA CZERWONE KRZYŻE ZIELONA BRAMA

WARSZAWA • 1965

Wydanie:

Okładkę projektował STANISŁAW KAŻMIERCZYK

Ilustrował ANTONI UNIECHOWSKI

ISzka Blbliotyfc

• Lublin

CZARNA BANDERA IV CZERWONE KRZYŻE IV ZIELONA BRAMA III

PRINTKD IN POLAND

Państwowe Wydawnictwo „Iskry", Warszawa L965 r. Nakład 30.000 + 280 egz. Ark wyd. 45,5. Ark. druk. 42,75. Papier druk. sat. V kl., 70 g, 61 X 8G z f-ki z Włocławka. Oddano do składania w listopadzie 1964 r. Druk ukończono w lipcu 1965 r. Drukarnia Dziełowa we Wrocławiu — £am. 1253/A Cen^ zł 50.—

CZARNA BANDERA

SPIS WAŻNIEJSZYCH POSTACI

Alvaro Pedro — jezuita, sekretarz rezydenta w Ciudad Rueda.

Belmont Ryszard de — Francuz, kapitan okrętu «Arrandora», później «Toro». Burnes Percy (Sloven) — marynarz z okrętu «Zephyr».

Car otte Piotr — Francuz, kapitan okrętu «Vanneau». ........

Drakę Franciszek — Anglik, korsarz, kapitan okrętu «Golden Hind» («Złota Łania*-).

Herrera y Gamma Wincenty — gubernator Vera Cruz.

Hoogstone William — Anglik, porucznik okrętu «Ibex».

I n i k a — córka indiańskiego kacyka Quiche-Mędrca.

Klops — marynarz z okrętu «Zephyr».

Kuna Jan (Marten) — korsarz, kapitan okrętu «Zephyr», Polak.

Kuna Karol — brat Jana Martena.

Kuna Katarzyna — matka Jana Martena. t

Kuna Mikołaj — kaper polski, ojciec Jana Martena.

Lengen Elza — mieszczka z Antwerpii. ^

Maddock Gerwazy — korsarz angielski, kapitan okrętu «Knight».

M a 11 o k — Indianka, babka Iniki.

Paliwoda Maciej — rzemieślnik gdański, ojciec Jadwigi. Paliwodzianka Jadwiga — córka Macieja Paliwody.

Pociecha Tomasz — Kaszub, główny bosman okrętu «Zephyr».

Q u i c h e-M ę d r z e c — kacyk indiański, władca kraju Amaha.

Ramirez Diego de — gubernator Ciudad Rueda, Hiszpan.

Ramirez Blasco de — syn Diega, kapitan okrętu «Santa Maria». Schultz Henryk — gdańszczanin, porucznik okrętu «Zephyr».

Stauffl Herman — żaglomistrz okrętu «Zephyr».

T e s s a r i (Cyrulik) — Włoch, marynarz okrętu «Zephyr».

T o t n a k — Indianin, wódz plemienia Haihole.

Uatholok — kapłan indiański bożka Tlaloka.

V izella Francesca de — żona gubernatora portugalskiego na Jawie. Wedecke Zygfryd — członek senatu gdańskiego.

White Salomon — Anglik, kapitan okrętu «Ibex».

SPIS OKRĘTÓW I STATKÓW

Holk kaperski «K a r o 1 i n a» — własność Gotlieba Schultza i sp. Kapitan — Mikołaj Kuna.

Kogga kaperska «C z a r n y G r y f» — własność Gotlieba Schultza i sp. Kapitan — Mikołaj Kuna.

Galeona «Z e p h y r» — własność Mikołaja Kuny. Kapitan — Mikołaj Kuna, później Jan Marten Kuna.

Okręt korsarski «G o 1 d e n H i n d» («Złota Łania>*) — własność Franciszka Drakę.

Okręt wojenny «R e v e n g e» — własność Elżbiety, królowej Anglii. Kapitan — Jan Hawkins Młodszy.

Okręt korsarski «G olden Hind» («Złota Łania») — własność Franciszka Drakę.

Kapitan — Franciszek Drakę.

Statek «C astro V e r d e» — własność spółki portugalskiej.

Statek «T o r o» — zdobyty przez Martena. Kapitan — Ryszard de Belmont.

Statek «Santa V e r o n i c a» — zdobyty przez Martena. Kapitan — Henryk Schultz. Fregata «V a n n e a u» — własność Piotra Carotte. Kapitan — Piotr Carotte.

Fregata «K n i g h t» — własność Gerwazego Maddocka. Kapitan — Gerwazy Maddock.

CZĘŚĆ I

CASTRO YERDE

ROZDZIAŁ I

Jan Kuna, zwany Martenem, szyper korsarskiego okrętu «Zephyr», stał na pokładzie i patrzył w górę, gdzie na szczyt grotmasztu wspinała się szybko czarna bandera z wizerunkiem złotej kuny rozciągniętej w skoku. Pod tęgim tchnieniem północno-wschodniego pasatu ciężka jedwabna materia zwijała się i rozwijała jak wąż czy też smok o długim ogonie, połyskując w słońcu złotym haftem. Na szczycie przedniego masztu, tuż pod „jabłkiem" rzeźbionym w kształt orła, powiewała już inna flaga, prostokątna, o czterech polach z herbami Tudorów, angielskimi lampartami i irlandzką harfą.

Upewniwszy się, że czarno-złote godło «Zephyra» zostało należycie umocowane, Marten odwrócił się i objął wzrokiem cztery inne okręty spowite obłokami dymu po odpaleniu salw armatnich.

Dwie duże trzymasztowe karawele manewrowały z bocznym wiatrem, okrążając smukły, znacznie mniejszy angielski okręt o niskich kasztelach — zapewne po to, aby użyć przeciw niemu swych dział z drugiej burty. Na ich masztach powiewały czerwono-żółte flagi hiszpańskie. Anglik — «Golden Hind», jak brzmiała jego nazwa, którą Marten zdołał odczytać na rufie — szedł pełnym wiatrem wprost pomiędzy nie a największy, czteromasztowy statek frachtowy z opuszczonymi i porwanymi przez pociski żaglami dryfował bokiem, poddając się fali. Jego biało-niebieska flaga wskazywała na przynależność portugalską, a stan omasztowania i ożaglowania zdradzał, że ogień działowy napastnika był celny i skuteczny. Ten napastnik widocznie sam z kolei stal się celem ataku okrętów hiszpańskich, lecz — jak dotąd — wymykał im się bardzo zręcznie.

Marten podziwiał w duchu bystrość jego orientacji: żadna z kara-wel nie mogła go teraz razić nie ryzykując przy tym, że pociski podziurawią burty i pokład portugalskiego statku. Lecz wiedział także, iż ów statek tylko przez krótką chwilę będzie osłaniał Anglika, który musiał go minąć. Dlatego, chcąc zwrócić uwagę obu walczących stron na «Zephyra», podniósł na przednim maszcie również angielską banderę. Spodziewał się w ten sposób odciągnąć choćby jeden z hiszpańskich okrętów, a zarazem umocnić na duchu załogę «Złotej Łani», zanim jeszcze sam wmiesza się do bitwy.

Ale Hiszpanie, pewni swojej przewagi, mając tuż blisko jednego wroga, widocznie postanowili skończyć najpierw z nim, a dopiero potem pokonać drugiego, któuy mu przybywał z odsieczą. Zaufali ilości swych dział i potędze ognia, z pewnością znacznie większej od tej, jaką rozporządzali tamci dwaj; nie wzięli jednak w rachubę ich zręczności w manewrowaniu lekkimi, zwinnymi okrętami.

Oto w chwili gdy obie karawele wykonały zwrot i gdy podwójne rzędy paszcz armatnich skierowały się przeciw «Złotej Łani», jej szyper nagle zmienił kurs, wykręcając w lewo, tuż za rufą Portugalczyka. Prawie jednocześnie zagrzmiały jego cztery falkonety umieszczone na tylnym kasztelu, a jedna z kul strzaskała reje fokmasztu bliższej karaweli. Wielki czworokątny żagiel spadł na pokład, sprawiając tam nagłe zamieszanie, a salwa wymierzona w burtę Anglika chybiła o kilka jardów.

W tej samej chwili opustoszały dotąd pokład statku portugalskiego zaroił się ludźmi. Marten ujrzał z daleka kłębki dymu, a potem usłyszał bezładną, gęstą palbę z hakownic, od której na angielskim okręcie padło kilku marynarzy. Druga karawela wykręcała obszernym łukiem w lewo, odcinając odwrót Anglikom, a jej przednie działa zagrzmiały raz po raz dwiema salwami z górnego i dolnego pokładu.

To przyśpieszyło decyzję Martena. «Zephyr», lecąc jak na skrzydłach, znalazł się wreszcie w odległości skutecznego ognia, a jeśli jego interwencja miała uratować «Złotą Łanię», był już wielki czas, aby działać. Kanonierzy z zapalonymi lontami stali przy działach tuż za celowniczymi, którzy rychtowali lufy; główny bosman, Tomasz Pociecha, czekał na znak szypra, aby skoczyć w głąb luku, na dolny pokład do swoich baterii; sternik, Henryk Schultz, patrzył na Martena z góry, gotów do manewru; bosmani i chłopcy trwali nieruchomo u burt przy brasach w oczekiwaniu na rozkaz obrócenia rej. Wszystkie spojrzenia utkwione były w wysokiej, barczystej postaci

kapitana, czujne, wyostrzone, płonące niecierpliwością. On zaś stał pośrodku głównego pokładu, rozstawiwszy szeroko nogi, duży, mocny, jak tęgi młody dębczak z rodzinnych pomorskich lasów. Nozdrza drgały mu wciągając słony powiew pasatu; zdawały się wietrzyć zapach prochu i krwi, którą miał przelać. Krwi hiszpańskiej, tak samo, a może nawet bardziej nienawistnej niż krew gdańskich patry-cjuszy, z którymi kiedyś w przyszłości także miał się policzyć.

Nie myślał teraz o nich; przed sobą miał Hiszpanów, a los walki, do której się gotował, był niepewny. Po raz ostatni rozejrzał się po swojej załodze i ukradkiem rzucił spojrzenie w tył, za rufę. Spodziewał się, że ujrzy tam na horyzoncie maszty i żagle «Ibexa». Lecz jego towarzysz, Salomon White, spóźniał się. «lbex» nie dorównywał szybkością «Zephyrowi». Nie można było liczyć na jego pomoc, która wyrównałaby szanse wobec przewagi Hiszpanów.

Marten postanowił wszystko postawić na jedną kartę: minąć pierwszą karawelę, na której zapewne nie zdołano jeszcze nabić powtórnie dział u prawej burty, i zaatakować tę, która odcinała odwrót Anglikowi.

— Dwa rumby w prawo! — zawołał.

— Ay, ay, dwa rumby w prawo! — powtórzył bosman przy sterze.

«Zephyr» pochylił się wchodząc na łuk zakrętu, a gdy padła następna komenda: „prosto ster!" — wstał, posłuszny i zwinny, jakby sam dźwięk tych słów kierował jego biegiem, chyżym jak lot mewy.

Marten skinął na głównego bosmana, wskazał mu cel.

— Reje i żagle — powiedział głośno. — Musicie je znieść za pierwszym razem.

Brodatą, zarośniętą aż po oczy twarz Pociechy wykrzywił grymas, który miał być uśmiechem. Podniósł ogromną, sękatą dłoń i uczynił ruch naśladujący pociągnięcie nożem po gadle. Potem znikł pod pokładem.

Tymczasem załoga hiszpańskiego okrętu, który ostrzelał «Złotą Ła-nię» i teraz zbliżał się do niej od strony zawietrznej, szykowała się do abordażu: kilkudziesięciu ludzi z długimi bosakami w rękach tłoczyło się u burty, a inni, stojąc na przednim kasztelu, usiłowali z góry zarzucić liny z hakami na wanty Anglika, aby przyciągnąć go do siebie. Druga karawela zostawała coraz bardziej w tyle, a jej dowódca widocznie zdecydował się na zwrot, bo wykręcała powoli w lewo, jakby z zamiarem ominięcia pozostałych dwóch okrętów i podejścia do «Złotej Łani» od przodu.

Wtem huknęły cztery działa «Zephyra» z dolnego pokładu lewej burty, a w sekundę po nich jeszcze trzy ustawione pomiędzy przednim a środkowym masztem. Spiżowe lufy skoczyły w tył, szarpnęły linami, lawety poddały się nieco i wróciły na miejsca, chmura czarnego dymu na chwilę przesłoniła widok. Gdy wiatr ją rozwiał, okrzyk tryumfu wyrwał się z piersi puszkarzy. Ani jeden żagiel nie pozostał na grotmaszcie, a jego reje bądź zwisały na poły zerwane, bądź runęły na pokład szerząc zamieszanie i spustoszenie wśród załogi.

Marten skoczył do steru.

— Gotuj zwrot! — zawołał.

Schultz pobiegł na dziób, starsi bosmani odkołkowali brasy, ludzie zaczęli ciągnąć, a «Zephyr» gwałtownie wykręcił w prawo pod wiatr, przeciął spienioną bruzdę wody, którą przed chwilą pozostawił za rufą, znów nabrał pędu i pognał w ślad za drugą karawelą.

Mijając z bliska wciąż dryfujący statek portugalski, Marten odczytał jego nazwę ułożoną ze złoconych liter na rzeźbionych ścianach przedniego kasztelu: «Castro Verde», a potem ze swych dziesięciu arkebuz ostrzelał pokład, na którym kłębili się w nieładzie marynarze zapędzani przez kapitana i jego pomocnika do stawiania żagli. Salwa «Zephyra» spędziła ich do kasztelu, a umieszczeni na marsach wyborowi strzelcy Martena razili z muszkietów każdego, kto odważył się stamtąd wychylić.

Lecz Marten nie zamierzał jeszcze rozprawić się ostatecznie z Portugalczykiem, który nie wydawał się groźny. Obie hiszpańskie kara-wele — pomimo uszkodzeń, jakim uległo ożaglowanie jednej z nich — nadal miały przewagę. Każda musiała liczyć co najmniej czterdzieści armat i około trzystu lub czterystu ludzi załogi. «Złota Łania» mogła ich mieć co najwyżej dwustu, jej artyleria nie przekraczała trzydziestu kartaunów i falkonetów, a «Zephyr» był od niej prawie

0 połowę mniejszy. Marten pomyślał, że osiemnaście dział «Ibexa»

1 jego hakownice bardzo by się teraz przydały...

Ta przelotna myśl ani na chwilę zresztą nie odwróciła jego napiętej uwagi od rozgrywającej się bitwy; nie miał czasu nawet na jedno spojrzenie ku północy, skąd mógł nadpłynąć White. Sam ujął ster, a bosman, który dotychczas trzymał uchwyty koła, usunął się o krok w tył, aby mu zrobić miejsce.

Bliski huk dział znowu targnął powietrzem, pociski z piekielnym wyciem i chichotem przeleciały obok burty «Zephyra» i wpadając do morza wzniosły potężne wytryski wody, a rój kul z muszkietów zaświstał przeciągle nad pokładem, klaszcząc o kolumny masztów, dziurawiąc żagle i odłupując drzazgi od ścian tylnego kasztelu. Jakiś człowiek spadał z góry, czepiając się po drodze want i lin, aż z łoskotem rozpłaszczył się na wznak u stóp Martena, rzygając krwią. Szyper spojrzał na jego twarz i zmarszczył brwi; stracił jednego z najlepszych muszkieterów.

— Odpowiedz im! — zawołał do Schultza.

Trzy oktawy zagrzmiały z przedniego kasztelu wymiatając trzy bruzdy wśród załogi hiszpańskiej karaweli, lecz sześciofuntowe lekkie pociski nie mogły wyrządzić poważniejszych szkód jej burtom. Marten nie liczył zresztą na to; czekał sposobnej chwili, by dać Tomaszowi Pociesze okazję użycia dwóch półkartaunów, które miał na dolnym pokładzie.

«Zephyr», żeglując z bocznym wiatrem, płynął teraz niemal dwukrotnie szybciej niż ciężki okręt hiszpański; dopędzał go, a Marten postanowił minąć go z lewej strony, przypuszczając, że hiszpańscy pu-szkarze nie zdążyli ponownie nabić lewoburtowych armat.

Te przypuszczenia potwierdziły się, gdy bukszpryt «Zephyra» znalazł się na jednej linii z rufą Hiszpana: grad kul z hiszpańskich muszkietów i hakownic przeszył powietrze, nie donosząc zresztą do celu i tylko burząc wodę u burty korsarskiego okrętu, ale artyleria karaweli milczała.

Marten roześmiał się. Mały, dwustułasztowy «Zephyr» — niedościgniony «Zephyr», zwinny jak drapieżny ptak — raz jeszcze brał górę nad potężnie uzbrojonym, trzykrotnie większym wrogiem.

W tej chwili siedem armat bluznęło dymem i ogniem, «Zephyr» ugiął się, jakby z wysiłku, a okręt hiszpański, trafiony poniżej linii wodnej i nad nią, wykręcił w prawo, pochylił się na lewo i wypadłszy spod wiatru załopotał rozpaczliwie żaglami.

Wrzask radości rozległ się na pokładzie i nagle umilkł jak ucięty nożem. Z obłoków dymu na wprost dzioba «Zephyra» wyłoniła się druga karawela, przecinając mu drogę tak blisko, że nie sposób ją było wyminąć. Oba okręty szły ku sobie pod ostrym kątem: hiszpański z ogołoconym grotmasztem, ale z żaglami pełnymi wiatru na masztach przednim i tylnym, «Zephyr» zaś z działami, które jeszcze dymiły po oddanej salwie. W owej chwili nie miało to zresztą znaczenia. Starcie z potężną masą karaweli tak czy owak mogło skończyć się tylko strzaskaniem mniejszego okrętu. Wysoka, okuta żelazem sztaba, wyniosły kasztel i sterczący przed nim skośnie gruby dębowy bukszpryt górowały nad pokładem «Zephyra» jak stroma skała, o którą musiał się rozbić.

Lecz Marten nie stracił zimnej krwi. Jednym rzutem ramienia wprawił w ruch koło sterowe z taką szybkością, że rozpędzone szprychy zalśniły w słońcu jak gładka, wypolerowana tarcza, a «Zephyr» — posłuszny jak dobrze ujeżdżony koń ściągnięty wędzidłem — zwinął

się w miejscu i burta w burtę przytarł do wysokiego kadłuba. Rozległ się trzask, zgrzyt i pisk twardego drewna ścierającego się w miażdżącym zwarciu.

Zdumieni i zaskoczeni Hiszpanie patrzyli z góry na to, co się stało, nie mogąc pojąć, dlaczego ich karawela nie rozcięła na dwoje małego okrętu. Zanim się opamiętali, zgraja dziko wrzeszczących korsarzy z toporami, nożami i pistoletami w rękach wtargnęła na ich pokład.

Cofnęli się zrazu przed tym wściekłym natarciem, lecz spotrzegłszy, że mają przed sobą zaledwie kilkudziesięciu napastników, ruszyli przeciw nim ze wszystkich stron, usiłując zepchnąć ich pod przedni kasztel, skąd zaczęły padać gęste strzały z ręcznej broni palnej. Ta ostatnia dywersja zmieszała korsarzy, ale sytuację uratowali główny bosman, Tomasz Pociecha, i cieśla Broer Worst. Obaj mieli topory, którymi władali zaiste z siłą olbrzymów. Pod ich ciosami okute dębowe wrota kasztelu rozpadły się w drzazgi, a gdy wejście stanęło otworem, runęli tam we dwóch, pociągając za sobą jeszcze z dziesięciu innych.

Hiszpański oficer, który ośmielił się stawić im czoło, został rozpłatany od głowy do pasa przez olbrzymiego Worsta. Pociecha, waląc obuchem, szerzył spustoszenie wśród stłoczonych żołnierzy, którzy nie mogli teraz ani strzelać, ani też użyć skutecznie swoich pik i halabard na długich drzewcach. Dziesięciu wyjących wniebogłosy diabłów dźgało nożami, wypruwało im wnętrzności, rąbało i kłuło krótkimi mieczami torując sobie drogę naprzód. Rozległy się wołania o litość; przerażeni Hiszpanie rzucali broń, padali na kolana, wznosili ręce w górę i — umierali albo zalani krwią walili się na oślizły pokład.

Tymczasem na zewnątrz wrzała walka pomiędzy niespełna trzydziestu ludźmi Martena a całą niemal pozostałą załogą karaweli. Było tam więcej miejsca i ogromna przewaga Hiszpanów zdawała się przechylać szalę zwycięstwa na ich korzyść. Na próżno Marten z ociekającym krwią rapierem w ręku raz po raz rzucał się w tłum wrogów; na próżno wspierali go najdzielniejsi bosmani z żaglomistrzem Hermanem Staufflem na czele. Szeregi regularnej piechoty morskiej cofały się wprawdzie przed tymi wściekłymi wypadami, ale z boków nacierały inne, a na rufie oficerowie gromadzili rezerwy, aby przedostać się z nimi na opustoszały pokład «Zephyra», gdzie pozostał tylko SchultŁ z kilku chłopcami okrętowymi.

Marten wiedział, że jeśli dotąd jeszcze «Zephyr» nie został zaatakowany bezpośrednio, to tylko dlatego, iż Hiszpanie liczyli się z możliwością wysadzenia go w powietrze przez zrozpaczoną załogę. Lecz gdy ujrzał dwudziestu hiszpańskich muszkieterów wspinających się

na wanty fokmasztu, zrozumiał, że teraz zbliża się klęska: jego ludzie zostaną wystrzelani jak zwierzyna zapędzona w ślepy zaułek, skąd nie ma odwrotu... Pozostało mu poddać się lub zginąć broniąc się do ostatka w przednim kasztelu, który zdobyli Worst i Pociecha.

Bez namysłu wybrał to drugie. Przeleciało mu przez głowę, że — być może — zdoła przedostać się stamtąd na niższe pokłady karaweli i podpalić prochownię. Byłby to koniec lepszy niż niewola i śmierć na powrozie, poprzedzona wymyślnymi katuszami.

Obejrzał się na Stauffla i wskazał mu rozwalone wrota kasztelu.

— Tam! — krzyknął — Wszyscy!

Sam cofał się osłaniając ten odwrót z garstką swych najstarszych kaszubskich bosmanów, którzy służyli na «Zephyrze» jeszcze pod Mikołajem Kuną, a jego, Jana Martena, znali od dziecka. Każdy z nich walczył za czterech; każdy bez wahania oddałby życie za młodego szypra; każdy — tak jak on — wybrałby raczej śmierć z bronią w ręku niż hańbę hiszpańskiej niewoli, nawet gdyby ta niewola nie groziła męką i stryczkiem.

Gdy byli już u wejścia do kasztelu, Marten ostatnim spojrzeniem objął swój okręt, omiótł wzrokiem błękitny horyzont i nagle ujrzał zbliżającą się od północy wyniosłą, białą piramidę żagli. Serce skoczyło mu w piersi, a gorąca fala krwi buchnęła do twarzy: «Ibex» przybywał z odsieczą!

— White! White płynie! — zawołał głośno.

Ten okrzyk powtórzony przez kilku bosmanów wzniecił wśród korsarzy dziką radość; dodał im sił, jak tęgi łyk wina — spragnionym. Nie zważając na nic wypadli z kasztelu i raz jeszcze rzucili się naprzód, wbijając się klinem w piechotę, która prysła na obie strony przed tym niespodziewanym natarciem.

Niemal w tej samej chwili gdzieś blisko gruchnęła przeciągła salwa, cień padł na pokład karaweli, a z want fokmasztu jeden po drugim zaczęli spadać muszkieterowie jak chrabąszcze otrząsane z drzewa.

To «Złota Łania» sczepiła się z przeciwległą burtą Hiszpanów i raziła ich gęstym ogniem, a chmara angielskich marynarzy sypnęła się z tyłu i z boku na oniemiałych z przerażenia piechurów.

Teraz nic już nie mogło powstrzymać straszliwej rzezi. W ciągu kilku minut pokład karaweli zaścielony został trupami i rannymi, a tylny kasztel, w którym zabarykadowało się paru oficerów z niedobitkami, objął ogień podłożony przez bosmana ze «Złotej Łani».

Jej kapitan, szczupły, niewysoki mężczyzna o kędzierzawych ogni-storudych włosach i gęstych brwiach wygiętych w wysokie łuki nad

jasnoniebieskimi oczyma, rozglądał się po owym krwawym pokładzie, jakby szukając wzrokiem tego, komu zawdzięczał nieoczekiwaną pomoc w rozprawie z Hiszpanami. Dojrzał go wreszcie: Marten, zziajany, mokry od potu i krwi, ukazał się na czele kilkunastu ludzi. Zmierzał w stronę płonącego kasztelu, a jego gniewna twarz i błyszczące oczy wyraźnie wskazywały, że bynajmniej nie życzy sobie pożaru i gotów jest zaatakować z kolei tych, którzy go wzniecili. Krzyknął na nich z daleka, a gdy to nie odniosło żadnego skutku, zwrócił się do swoich i już miał wydać jakiś rozkaz, gdy szyper «Złotej Łani» wyrósł mu pod bokiem i spokojnym, opanowanym głosem zapytał:

— Kim jesteście?

Marten spojrzał na niego z góry i uczynił ruch, jakby go chciał usunąć z drogi, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili. We wzroku, w postawie, w tonie pytania tego człowieka, o głowę niższego niż on, było coś, co nakazywało szacunek.

— To wasz okręt? — spytał znów tamten wskazując ruchem głowy «Zephyra».

— Mój — odrzekł Marten. — Zdobyłem tę karawelę i..;

— Jestem kapitanem «Złotej Łani» — przerwał mu angielski szyper wyciągając do niego dłoń. — Nazywam się Drakę. Francis Drakę.

Marten cofnął się o krok.

— Jak?! — spytał zdumiony. — Drakę?

Machinalnie ujął jego rękę i zamknąwszy ją w swojej potężnej dłoni potrząsał nią raz po raz.

— Drakę!... — powtarzał. — Drakę! To wy? Do licha...

Nazwisko najsławniejszego z angielskich żeglarzy podziałało nań

jak haust tęgiej gorzałki przełkniętej omyłkowo zamiast wody: nie mógł złapać tchu, nieomal się ksztusił.

Drakę roześmiał się.

— Zgaście ogień! — zawołał odwracając głowę ku swoim marynarzom.

Spełnili ten rozkaz w milczeniu, z wyraźną niechęcią, jakkolwiek biała szmata wysunięta na zewnątrz kasztelu od dłuższej chwili świadczyła, że Hiszpanie pragną się poddać.

Kapitan «Złotej Łani» znów spojrzał w oczy Martena.

— Dziękuję — powiedział. — Zjawiliście się tutaj w samą porę. Chciałbym wiedzieć, do kogo należy «Zephyr».

Marten opanował się wreszcie.

— Nazywam się Jan Marten — rzekł.

— Jesteście Anglikiem?

— Jestem korsarzem pod opieką królowej. W moim kraju nazywam się Kuna. To po polsku — wyjaśnił — to samo co Marten.

— A ten? — spytał Drakę wskazując zbliżający się okręt White'a.

— Przyjaciel — odrzekł Marten. — Trochę się spóźnił.

W tej chwili podszedł do nich Pociecha, trącił Martena w ramię i szepnął mu coś, czego Drakę nie zrozumiał Marten drgnął, rozejrzał się po morzu.

Druga karawela pochylała się coraz bardziej na burtę, widocznie tonąc; spuszczano z niej łodzie i tratwy. «Castro Verde» z rejami ogołoconymi z żagli nadal dryfował z wiatrem, lecz na horyzoncie, daleko na południu, można było dostrzec cztery białe plamki, których kształt nie pozostawiał żadnych wątpliwości: okręty!

Marten odwrócił się gwałtownie i spotkał pogodny wzrok Drake'a.

— To moi — powiedział kapitan «Złotej Łani». — Też się trochę spóźnili. Tylko wy przybyliście na czas.

— Aha — mruknął Marten uspokojony. — Myślałem...

— Co chcecie zrobić z tą karawelą? — zapytał Drakę.

— Zatopić ją — odrzekł Marten bez namysłu. — Nie lubię żywcem palić ludzi. Nawet Hiszpanów.

Drakę uśmiechnął się nieco ironicznie.

— Wolicie, żeby potonęli?

— Pozwolę im spuścić łodzie. Portugalczykom także.

W jasnych oczach Drake'a zamigotały iskierki. Zmarszczył lekko brwi.

— Czy uważacie, że zdobyliście także «Castro Verde»? — zapytał nie zmieniając tonu.

— Zaraz go zdobędę — odparł Marten. — Zanim jeszcze wasze okręty znajdą się na odległości skutecznego ognia.

Drakę roześmiał się.

— A niech was!... — powiedział. — Podobacie mi się, słowo daję! Nikt nie będzie do was otwierał ognia — dodał. — Zabierzcie sobie ten statek — należy wam się. Tylko — jeżeli chcecie przyjąć dobrą radę — nie zatapiajcie go zbyt śpiesznie i nie puszczajcie wolno wszystkich, którzy się na nim znajdują. Jest tam niezgorszy ładunek i — być może — kilku ludzi wartych niezgorszego okupu.

Marten spojrzał na niego przyjaźnie.

— W takim razie możemy to zrobić razem — rzekł. — Po połowie.

Ale Drakę potrząsnął głową.

> — Wiem, że sami dacie sobie radę. Ja mam dosyć zdobyczy: takiej

ilości złota i srebra nie widzieliście jeszcze w życiu; myślę, że nikt w całej Anglii tyle na raz nie widział.

— Ho-ho! — wykrzyknął Marten z odcieniem niedowierzania. — Odkryliście nowy Tenochtitlan?

— Być może — odparł wymijająco Drakę.

ROZDZIAŁ II

Zdobycie portugalskiego statku «Castro Verde» odbyło się bez rozlewu krwi. Podczas gdy «Ibex» i «Złota Łania» trzymały go w szachu, «Zephyr» sczepił się z nim za pomocą długich bosaków, a Marten wszedł na pokład na czele połowy swej załogi. Broń ręczna — muszkiety, pistolety, szpady, czekany i topory, noże i sztylety leżały pośrodku pokładu rzucone na stos, a załoga — oddzielnie oficerowie, oddzielnie marynarze — stała uszykowana w kilka rzędów, tak jak tego zażądał zwycięski korsarz.

Kapitan, niski, krępy człowiek o smagłej cerze i siwiejącej brodzie, wspierał się na swojej szpadzie, patrząc spode łba na Martena z takim wyrazem chmurnej twarzy, jakby zamierzał stawiać opór i nie dać się rozbroić. Lecz gdy Marten zatrzymał się przed nim i wyciągnął rękę po broń, dobył ją z pochwy i ująwszy oburącz klingę uderzył nią na płask o kolano. Ten gest, mający na celu złamanie szpady, aby nie mogła służyć wrogowi — chybił: stal wygięła się, ale nie pękła, a Marten roześmiał się głośno.

To się nie tak robi — powiedział, ujmując błyskawicznym chwytem rękojeść. — Daj pochwę.

Portugalczyk płonąc wstydem i gniewem puścił klingę, w obawie, aby ostrze nie przecięło mu dłoni, po czym drżącymi rękami odpasał srebrną, grawerowaną pochwę i rzucił przed siebie. Marten schwycił ją w lot, wsunął szpadę i bez żadnego widocznego wysiłku zgiął ją w kabłąk przed twarzą kapitana. Jęk pękającej stali i chrupnięcie srebrnej pochwy rozległy się w ciszy; złamana broń błysnęła w promieniach zachodzącego słońca, zatoczyła wysoki łuk w powietrzu i wpadła w morze za burtę.

— Dziękuję — mruknął Portugalczyk.

Marten już na niego nie patrzył. Zainteresowały go cztery żelazne falkonety ustawione skośnie przy burtach na przednim, wyższym pokładzie.

— Przydadzą się nam — powiedział do swego porucznika.

Henryk Schulz skinął głową. Jego niezwykle długi, cienki nos, zwisający nad górną wargą, poruszał się lekko, jakby obwąchiwał działa. Pociągła, blada, melancholijna twarz nie zmieniała wyrazu, ale zmrużone ciemne oczy ciekawie myszkowały po pokładzie.

— Zobaczymy, co jest w środku? — zapytał oblizując usta końcem języka.

— Tak — odrzekł Marten. — Zostaw tu Pociechę. Stauffl pójdzie z nami. i ten — wskazał portugalskiego kapitana.

Zeszli ciasną, krętą schodnią na samo dno statku. Portugalczyk prowadził ich w milczeniu, odpowiadając krótko, gdy Marten rzucał jakieś pytania. Na najniższym poziomie, od dzioba do rufy, ciągnął się długi ciemny korytarz przecięty w kilku miejscach grodziami z mocnych belek. W każdej z tych grodzi były małe, okute żelazem drzwi, które kapitan otwierał prostym kluczem zwalniającym wewnętrzne zasuwy i zostawiał otwarte.

W obszernych ładowniach sięgających lukami aż ku górnemu pokładowi piętrzyły się bele bawełny, paki z koszenilą, worki z badianem, imbirem, kardamonem, pieprzem, skrzynki cynamonu, gwoździków, owoców muszkatowca, migdałów pistacjowych i innych „korzeni". Silny aromat jak przeźroczysta, wonna mgła wisiał w powietrzu, zapierając oddech.

Wyżej w przewiewnych pomieszczeniach był skład żywności; wisiały długie, wąskie płaty suszonego mięsa, stały wory mąki i kaszy, skrzynie sucharów, beczki z wodą i winem, a dalej — zwoje lin, płótno żaglowe i żelastwo. Wreszcie — kilka beczek prochu i kule armatnie ułożone w specjalnych zagrodach.

Na widok tych bogactw Schultz doznawał raz po raz gwałtownego skurczu w krtani. Ostra, wystająca grdyka podskakiwała mu w górę, krople potu spływały po twarzy, a palce rąk zaciskały się jak szpony.

Herman Stauffl, tęgi, rumiany jak dojrzałe jabłko, wytrzeszczał z podziwu swoje dziecinne niebieskie oczy i nieustannie poruszał w górę i w dół lewym przedramieniem, jak zawsze, gdy bywał czymś podniecony. Był mańkutem, a ów charakterystyczny odruch pochodził od rzucania nożem, w której to groźnej sztuce żaglomistrz «Zephyra» nie miał sobie równego między wszystkimi korsarzami Anglii, Niderlandów i Francji.

Jan Kuna zwany Martenem śmiał się głośno i od czasu do czasu klepał po plecach portugalskiego kapitana, który aż przysiadał wskutek tych przyjaznych karesów, choć korsarski szyper miarkował swą niedźwiedzią siłę.

Zaiste było co podziwiać i z czego się cieszyć. Tak cennego łupu, zdobytego z taką łatwością, żaden z nich się nie spodziewał, gdy przed niespełna dwoma tygodniami «Zephyr» i «Ibex» opuszczały Plymouth. Oto w ciągu godziny stali się ludźmi zamożnymi; po odliczeniu dziesięciny, należnej skarbowi jej królewskiej mości, nawet najmniejszy udział zwykłego majtka przedstawiał okrągłą sumkę, którą można bądź odłożyć na starość, bądź umieścić na procent w zyskownym przedsiębiorstwie, bądź przehulać w niezliczonych szynkach.

Marten dopiero teraz uświadomił sobie, jak hojnym sojusznikiem okazał się Drakę. Mógł przecież zażądać co najmniej trzeciej części, jeśli nie połowy zdobyczy; mógł pokusić się o zagarnięcie tego statku wyłącznie dla siebie, bo wszak walka przeciw «Złotej Łani» w obliczu zbliżających się czterech angielskich okrętów byłaby przedsięwzięciem bardzo ryzykownym.

Chyba nie wie, z czego zrezygnował — pomyślał Marten.

Wtem przeleciało mu przez głowę, że w postępowaniu Drake'a kryje się podstęp. Czyż nie było prawdopodobne, iż Drakę grał na zwłokę? Z chwilą gdy przybędą tamci czterej, któż im się oprze?

Zaniepokoił się, ale po chwili odrzucił tę możliwość. Po pierwsze to, co ze słyszenia wiedział o Drake'u, nie zgadzało się z taką zdradą. Po wtóre — Drakę już kilkakrotnie wracał ze skarbami z Indii Zachodnich, a sława tych jego wypraw nie pozostawiała wątpliwości, że i tym razem towarzyszyło mu powodzenie. -

Tak, Francis Drakę nie kłamał: jego powrót po trzyletniej podróży mógł być tylko nowym wielkim tryumfem. Martenowi obijały się o uszy zdumiewające wieści o tej wyprawie dokoła świata; o dziesiątkach zdobytych okrętów hiszpańskich, o zrabowanych i spalonych miastach na wybrzeżach Meksyku, Peru i Chile, o odkryciu Nowego Albionu, o złocie i srebrze zagrabionym w Zacatecas, Potosi i Veta Mądre.

Drakę wracał z olbrzymim łupem; każdy z jego okrętów był pływającym skarbcem. Nie narażałby żadnego z nich na zatopienie przez takiego człowieka, jakim okazał się Jan Kuna zwany Martenem, a czegóż innego mógł się po nim spodziewać, gdyby podstępnie doprowadził go do ostateczności? Z drapieżców walczących o zdobycz najczęściej zwycięża ten, który jest głodny, a jeśli ginie pod przewagą sytych, zadaje wiele ran śmiertelnych.

Mimo tych rozważań Marten zapragnął jak najprędzej znaleźć się znów na pokładzie «Zephyra». Tylko tam czuł się pewnie; tylko stamtąd mógłby stawić czoło wszelkim niespodziankom.

— Dość — powiedział nagle do kapitana «Castro Verde». — Chcę zobaczyć waszych pasażerów.

Portugalczyk spojrzał na niego ponuro i ruszył przodem. Wspięli się na wyższy poziom i przemierzali teraz szerszy korytarz, z którym krzyżowały się boczne przejścia ku burtom i strzelnicom między pomieszczeniami załogi. Wszędzie panowała głucha, śmiertelna cisza, mącona jedynie dudniącym odgłosem ich kroków. Podłoga pod nogami unosiła się i opadała rytmicznie, grodzie pochylały się z prawa na lewo i z lewa na prawo, smugi światła wpadające z boków przez strzelnice i od góry przez skylighty zataczały eliptyczne kręgi w półmroku. U końca korytarza na rufie wiła się w górę tylna schodnia, jak wąż unoszący głowę przed ukąszeniem ofiary.

Wtem, w chwili gdy minęli ostatnie poprzeczne skrzyżowanie, spoza małych drzwi z okratowanym okienkiem, które pozostały za nimi, rozległ się zduszony okrzyk i łoskot padającego ciała, a w sekundę potem drzwi otwarły się gwałtownie i wypadł z nich jakiś człowiek o zmierzwionych włosach i dawno nie golonym zaroście, odziany w strzępy cienkiej, niegdyś białej koszuli i czarnych atłasowych pan-talonów. W ręku miał zwykły długi rapier o szerokiej mosiężnej gardzie, za pasem — zatkniętą machetę bez pochwy. Wyglądał groźnie, a w jego przenikliwych, ciemnych oczach płonęła desperacka odwaga.

Schultz i Stauffl skoczyli pod ściany, a Marten odwrócił się błyskawicznie, unosząc za kołnierz przerażonego Portugalczyka i stawiając go przed sobą jak wypchany wiórami manekin. Ten manewr, wykonany w mgnieniu oka, świadczący o niezwykłej sile młodego korsarza, wywołał najpierw zdumienie, następnie zaś błysk uśmiechu na twarzy uzbrojonego obszarpańca.

— Rzućcie broń! — zawołał Marten uprzedzając jakikolwiek jego ruch lub słowa.

Człowiek z rapierem nie zareagował na to wezwanie; skłonił się lekko, okrągłym gestem przyłożył gardę rapiera do piersi i... w tej samej chwili dwa noże jeden po drugim utkwiły tuż nad jego głową w deskach otwartych drzwi.

Stauffl opuścił ramię i zezował ku Martenowi w oczekiwaniu na jego znak, aby od ostrzeżeń przejść do czynów decydujących. Lecz Marten nie dał żadnego znaku, mimo iż rapier zatoczywszy płynne półkole salutu pozostał nadal w ręku intruza.

Ten ostatni spojrzał w prawo i w lewo na dwie jednakowe kościane rękojeści noży, które jeszcze drgały na lśniących klingach, wbitych głęboko w twarde drewno, potrząsnął z uznaniem głową i zwracając się do Martena rzekł:

— Nie należę do załogi tego statku. Przed chwilą byłem tu więźniem. Myślę, że przynajmniej w części jestem winien panu wdzięczność za okazję do wyjścia z tej nory.

Zręcznie przerzucił rapier w powietrzu, chwycił go za klingę i podał rękojeść Martenowi.

— Nazywam się de Belmont — pochylił głowę. — Kawaler Ryszard de Belmont, kapitan korsarskiego okrętu «Arrandora», który niestety spoczywa już na dnie, i to w bardzo złym towarzystwie pewnej portugalskiej fregaty, dość daleko stąd. Czy mam oddać również tę drobnostkę? — zapytał sięgając do pasa po ciężką machetę.

— Nie — odrzekł Marten. — Zatrzymajcie także ten szpikulec, kawalerze de Belmont — roześmiał się swobodnie. — Co do mnie, to jestem kapitanem okrętu «Zephyr» i nazywam się Jan Marten. To jest mój porucznik, Henryk Schultz.

— Panowie... — wytworny oberwaniec skłonił się im obu kolejno — jest mi niezmiernie miło.

Schultz patrzył na niego nie zmieniając ani na chwilę wyrazu swej melancholijnej, bladej twarzy. Tylko w jego zmrużonych oczach można było dostrzec odcień podejrzliwej niechęci. Natomiast Stauffl otworzył gębę z podziwu i przysłuchiwał się dziwacznej w jego mniemaniu, potoczystej wymowie kawalera de Belmont, pierwszego człowieka, który nawet nie mrugnął powieką, gdy dwa noże utkwiły o cal od jego głowy.

Kapitan «Castro Verde» milczał również, ze wzrokiem wbitym w podłogę, a gdy Marten puścił go wreszcie, aby uścisnąć dłoń Bel-monta, zatoczył się na poręcz schodni i odetchnął z ulgą: nabrzmiałe żyły na jego czole i szyi świadczyły, że przez dłuższy czas był bliski uduszenia się w żelaznym chwycie korsarza.

— Nie chciałbym teraz sprawiać kłopotu swoją osobą — mówił dalej de Belmont ze swobodą światowca. — Zdaje mi się, że panowie się śpieszą. Może by jednak poprosić mego dotychczasowego... hm... gospodarza, aby zamknął te drzwi. Obawiam się, że człowiek, który mnie tam pilnował, przez pewien czas nie zdoła chodzić o własnych siłach, ale dla pewności...

Schultz, który stał najbliżej zajrzał do ciasnego wnętrza. Poza prostą ławą, stołem i twardą pryczą z tarcic nie było tam innych sprzętów. W ciemnym kącie majaczył nieruchomy kształt ludzki rozciągnięty na podłodze.

— Lepiej go stąd zabrać — mruknął Schultz.

Skinął na Stauffl a i we dwóch wywlekli nieprzytomnego marynarza na korytarz. Ujrzawszy jego zwalistą postać, Marten uniósł brwi w górę, a potem z uznaniem popatrzył na Belmonta.

— Widzę, że sami niezgorzej daliście sobie radę z tym drabem — powiedział z uśmiechem.

— Oh, interesował się bardziej armatnią kanonadą niż moją osobą — odrzekł niedbale kawaler de Belmont. — Skorzystałem z jego roztargnienia, aby go rozbroić, a następnie... — wykonał gest uderzenia gardą po głowie. — Co z nim zrobimy? — spytał. — Jest zdaje się dosyć ciężki.

Marten dał znak Staufflowi.

— Nasz żaglomistrz się nim zaopiekuje. Przyślesz mu kogoś do pomocy, Henryku — zwrócił się do Schultza. — Chodźmy.

Kapitan «Castro Verde» poprowadził ich na górę, do tylnego kasztelu. Po drodze Marten półgłosem wydawał Schultzowi jakieś polecenia. Porucznik skinął potakująco głową i ruszył ku wyjściu na pokład. De Belmont zamierzał odejść wraz z nim, lecz korsarz go zatrzymał.

— Chciałbym, żebyście poszli ze mną — powiedział. — Na pewno rozumiecie lepiej ich mowę niż ja.

Belmont z niesmakiem spojrzał po strzępach swojej odzieży, ale Marten stanowczo ujął go pod ramię.

— To nie będzie dworska wizyta. Przebierzecie się później.

Pasażerowie — trzej mężczyźni i dwie kobiety — czekali w obszernej, niskiej kajucie, która zajmowała całą szerokość rufy. Panował tam przepych — jeśli nie królewski, jak go osądził Marten, to w każdym razie nie spotykany na zwykłych statkach. Ściany wykładane politurowanym drzewem, wschodnie dywany, ciężkie, wyściełane fotele obite adamaszkiem, stoły i ławy z mahoniu i palisandru.

Na jednej z tych ław w głębi siedział siwowłosy starzec w pozie pełnej godności, wspierając się na hebanowej lasce ze złotą gałką. Na jego długich, cienkich palcach błyszczały dwa pierścienie — jeden z rozetą z szafirów, drugi z wielkim diamentem.

Obok, na pół zwrócona ku niemu, spoczywała młoda, niezwykle piękna kobieta o ciemnych, wysoko upiętych włosach, ujętych w złocistą siatkę i „bramkę" sadzoną perłami. Miała na sobie lekką błękitną suknię, zdobną w białe weneckie forboty i bryzy spięte pod szyją kosztowną szkofią ze złota i drogich kamieni. W ręku trzymała ogromny, oprawny w kość słoniową wachlarz z białych piór, który zasłaniał ją do połowy. Poruszała nim lekko od czasu do czasu, co wywoływało cichy dźwięk maneli na przegubie dłoni. Pod zmarszczonymi łukami brwi trzepotały jej ciemne, długie rzęsy, jak motyle skrzydła, kryjąc oczy, których spojrzenia Marten na próżno oczekiwał.

Po obu stronach ławy, nieco w tyle, stali dwaj mężczyźni — jeden w sile wieku, czarno ubrany, z koronkową krezą dokoła grubej, krótkiej szyi i ze złotym łańcuchem, którego ogniwa spływały mu aż na wydatny brzuch; drugi — młody, o nalanej, bladej twarzy i cofniętym podbródku. Jeszcze dalej, w kącie, kuliła się jakaś postać dziewczęca tłumiąc łkania w chusteczce, którą trzymała przy oczach.

— Kim oni są? — spytał Marten, zwracając się do Belmonta.

Wytworny oberwaniec trącił końcem rapiera milczącego Portugalczyka, powtórzył pytanie w jego ojczystym języku, po czym, wysłuchawszy zwięzłej odpowiedzi, wyjaśnił: ,

— Ma pan przed sobą, kapitanie Marten, ekscelencję Juana de To-losa, pełnomocnika królewskiego do spraw Indii Wschodnich. Ta piękna i dumna pani, która żadnego z nas nie chce obdarzyć spojrzeniem, jest jego córką i nazywa się seniora Francesca de Vizella. Jej mąż jest obecnie gubernatorem Jawy. Opasły szlachcic z łańcuchem — to don Diego de Ibarra, właściciel rozległych dóbr ziemskich na Jawie, skąd wraca do swoich winnic w dolinie Duero. Pochlebiam sobie, kapitanie, że znam się na dobrych winach; lepszego porto na próżno szukałby pan po całym świecie. Mam nadzieję, że wśród zapasów na pokładzie «Castro Verde» znajdzie się także baryłka tego nektaru, stanowiąca prywatną własność don Diega, i że zdołamy ją osuszyć przed końcem tej czarującej podróży, jakkolwiek osobiście wolę wino burgundzkie.

— Dobrze, a ten wymoczek? — spytał niecierpliwie Marten wskazując palcem bladego młodzieńca.

— Szlachetnie urodzony caballero Formoso da Lancha, sekretarz osobisty jego ekscelencji — odrzekł Belmont. — Jedna z pierwszych rodzin w Traz os Montes. Natomiast ładniutka i bardzo zmartwiona morenita, która zalewa się łzami nie zaniedbując przy tym zerkać na was z wielkim upodobaniem, co zdaje się dowodzi jej dobrego gustu, pełni obowiązki cameristy seniory Franceski.

Marten spojrzał na dziewczynę i rzeczywiście pochwycił błysk jej czarnych oczu. Roześmiał się ubawiony bystrością obserwacji swego przygodnego tłumacza, lecz zaraz potem na jego czole ukazała się zmarszczka, a rysy twarzy przybrały wyraz powagi i lekkiego zakłopotania. Przygryzał ciemnego wąsa, który wił mu się miękko nad górną wargą; zdawał się ważyć w myśli losy tych pięciorga ludzi i milczał.

De Belmont wypytywał o coś półgłosem portugalskiego kapitana, wspaniały starzec patrzył nieruchomo przed siebie kamiennym wzrokiem, pani de Vizella poruszyła kilka razy wachlarzem i opuściła dłoń, przy czym kosztowne bransolety zadzwoniły jękliwie, a dwaj stojący za nią mężczyźni wymienili krótkie spojrzenie.

— Służba tych państwa znajduje się na pokładzie, wraz z załogą — powiedział Belmont.

— Służba? — powtórzył Marten.

— Tak. Sześć osób, nie licząc cameristy.

— Do diabła z ich służbą — mruknął Marten. — Myślę, co z nimi zrobić...

W tej chwili Juan de Tolosa wolno uniósł się ze swego miejsca i opierając się na lasce postąpił dwa kroki naprzód.

— Kapitanie Marten — przemówił po angielsku — czy zechce mnie pan wysłuchać?

Marten patrzał na niego trochę zaskoczony. Tolosa, wysoki, suchy, wyprostowany, zdawał się spoglądać nań z góry, jakkolwiek nie dorównywał mu wzrostem. Jego córka wstała także i podeszła bliżej. Dopiero teraz można było dostrzec, że jest w ostatnich miesiącach ciąży, co jeszcze bardziej zmieszało Martena. Spotkał jej wrogi, pełen pogardy wzrok. Odwróciła głowę i wyrzekła do ojca kilka gniewnych słów, po czym oddaliła się ku przeciwległej ścianie i znów usiadła w głębokim fotelu.

— Słucham — powiedział Marten.

— Jestem dość bogaty, aby wam zapłacić każdą cenę za jej życie i zdrowie — rzekł starzec. — Senior Ibarra z pewnością także wynagrodzi was tak, jak się z nim ułożycie, a krewni tego młodzieńca dadzą za niego okup równej wartości.

— Gdzie i kiedy? — spytał niedbale Marten.

— Nie wiem, dokąd płyniecie — odrzekł senior Tolosa. — Gdybyście jednak zechcieli zawinąć do" Bordeaux albo do La Rochelle, to można by...

— Nie wybieram się do żadnego z portów francuskich — przerwał Marten.

Tolosa niecierpliwie wzruszył ramionami.

— Chcę zapłacić za naszą wolność taką sumę, która pozwoliłaby wam na spokojne życie aż do śmierci... — zaczął wyniośle.

Ale Marten roześmiał się tylko.

— Nie ma takiej sumy, za jaką zgodziłbym się na „spokojne życie", tak samo jak nie ma ceny, za którą sprzedałbym swój okręt. Musi pan to zrozumieć, ekscelencjo.

Odwrócił się, bo w tej chwili do kajuty wszedł Henryk Schultz.

— Wszystko gotowe — powiedział półgłosem.

Marten skinął głową.

— Ci dwaj przesiądą się na «Ibexa» — wskazał na don Diega i kawalera da Lancha. — White ma się z nimi dobrze obchodzić. Kobiety zajmą twoją kajutę na «Zephyrze». A pan, ekscelencjo — zwrócił się do Tolosy — zostanie na «Castro Verde» pod opieką mego porucznika.

Tolosa zbladł i zachwiał się usłyszawszy ten wyrok. Spojrzał z rozpaczą na córkę. Lecz seniora de Vizella uśmiechała się lekko.

— Uspokój się, ojcze — powiedziała. — Ten mozo nie ośmieli się mnie tknąć. A jeżeli, to... por Dios! Nie będzie mnie miał żywej!

Cztery fregaty poprzedzane przez «Złotą Łanię» zatoczyły szeroki łuk dokoła miejsca, gdzie woda pieniła się gwałtownie od bąbli powietrza wydzierających się z kadłuba hiszpańskiej karaweli. Jej pochylone w tył maszty pogrążały się coraz bardziej, a czerwono-żółta flaga szamotała się rozpaczliwie na wietrze, póki nadbiegająca fala nie zlizała jej z powierzchni morza. Wtedy pięć flag angielskich zjechało w dół i wzniosło się z powrotem w górę, a «Zephyr», «Ibex» i «Castro Verde» odpowiedziały podobnym salutem.

Ryszard de Belmont, umyty, ogolony, pachnący i wyświeżony, z kruczoczarnymi puklami lśniących włosów odczesanymi na tył głowy, odziany w śnieżnobiałą koszulę z najcieńszego flamandzkiego płótna, czarne aksamitne pantalony do kolan i lekki kaftan z miękkiej sarniej skóry, stał na rufie «Zephyra» obok Martena, który patrzył ku wschodowi, gdzie majaczyły jeszcze w zapadającym zmierzchu żagle hiszpańskich łodzi i tratew z obu zatopionych karawel.

— Za trzy lub cztery dni powinni wylądować — powiedział Marten. Jesteśmy w pobliżu brzegu.

— Mieli szczęście, że trafili na was — odrzekł Belmont. — Drakę zapewne nie troszczyłby się o nich tak dalece.

— Drakę leżałby teraz na dnie, gdyby nie ja — zauważył Marten chełpliwie. ,

Belmont spojrzał na niego z boku i uśmiechnął się.

— Zyskaliście w nim przyjaciela — powiedział. — To warte jeszcze więcej niż ten pryz — wskazał ruchem głowy portugalski statek, który kołysał się obok z żaglami ustawionymi w dryf.

«Złota Łania» mijała ich w odległości kilkudziesięciu jardów. Francis Drakę stał na wzniesionym pokładzie rufy za plecami sterującego

bosmana. Wiatr rozwiewał mu rude włosy o miedzianym blasku. Gdy okręty zrównały się, uniósł w górę prawą rękę i zawołał:

— Spotkamy się w Anglii, kapitanie Marten! Znajdziecie mnie w Deptford!

— Do zobaczenia, kapitanie Drakę! — odkrzyknął Marten. — Spotkamy się na pewno!

Potem zwrócił się do Belmonta i ująwszy się pod boki rzekł:

— Moja przyjaźń, kawalerze de Belmont, warta jest właśnie tyle, ile przyjaźń Drake'a. Chyba że tę wartość mierzyłby ktoś wyłącznie liczbą dział i okrętów albo wagą posiadanego przez każdego z nas złota i srebra. Przypuszczam, że wy do takich nie należycie?

Belmont patrzył na niego z coraz większym zainteresowaniem.

Nie można powiedzieć, żeby ten bałtycki awanturnik grzeszył skromnością — pomyślał. — W każdym razie to, czego dokonał, świadczy, że lepiej nie wchodzić mu w drogę. Nawet w obronie czci pięknej pani de Vizella... — dodał w duchu.

— Nie należę — powiedział głośno. — Ale potrafię ocenić także siłę działowego ognia i potęgę złota. Wprawdzie nie można okupić złotem szczerej przyjaźni, lecz można za jego pomocą nabyć i uzbroić okręt. A ja, kapitanie Marten, straciłem swoją «Arrandoręi»...

Nuta goryczy zadźwięczała w ostatnich jego słowach i Jan Kuna zwany Martenem natychmiast ją odczuł i zrozumiał.

— Nie mogę wam ofiarować ani tego pryzu — rzekł wskazując wyniosłą nazwę «Castro Verde» — ani nawet udziału, jaki otrzymają moi ludzie ze sprzedaży ładunku. Mogę wam tylko zaproponować stanowisko pierwszego sternika na «Zephyrze» — takie, jakie tu zajmuje Schultz. Przyjmujecie?

Kawaler de Belmont zdawał się wahać, co widocznie gniewało Martena. Musiał obsadzić pryz swoimi ludźmi pozostawiając tam część załogi portugalskiej i zabierając także kilku bosmanów White'owi. Skutkiem tego sam został bez porucznika i pomoc Belmonta bardzo mu była potrzebna. Z drugiej strony uważał swą propozycję za niezwykle wielkoduszną. Wszak ten człowiek, pokonany przez los, nie posiadający nic zgoła, jeszcze przed paru godzinami był więźniem w rękach swych wrogów, a oto w tej chwili otwiera się przed nim okazja, której pozazdrościłby mu niejeden równie doświadczony marynarz w znacznie bardziej sprzyjających okolicznościach. A ten wahał się zamiast z wdzięcznością pochwycić taką sposobność!

— Możecie na mnie liczyć do końca podróży — przemówił wreszcie, a Marten poczuł się tak, jakby mu wyświadczono niczym nie opłaconą usługę.

ROZDZIAŁ III

Salomon White, szyper korsarskiej fregaty «Ibex» z niejakim trudem wspiął się po trapie opuszczonym z burty «Zephyra» i postukując drewnianą kulą, która zastępowała mu lewą nogę, wolno pokuśtykał w stronę rufy. Schultz wydał jakieś polecenie wioślarzom małej łodzi, która ich tu przywiozła, i zrównawszy się ze starym korsarzem powiedział:

— Możecie mu zaproponować po piętnaście szylingów za funt. Cena rynkowa wynosi około dwudziestu pięciu. W ten sposób każdy z nas zarobi po trzy tysiące gwinei oprócz swego udziału.

White zatrzymał się i z bliska popatrzył mu w oczy. Światło księżyca odbijało się od jego łysej czaszki obciągniętej gładką, żółtawą jak pergamin skórą, tworząc dokoła głowy rodzaj aureoli wśród resztek rzadkich, siwiejących włosów na skroniach i za odstającymi uszami. Pomarszczone policzki, przypominające sczerniałą, zasuszoną gruszkę, otoczoną białawą pleśnią zarostu, i nos ostry, zakrzywiony jak dziób drapieżnego ptaka — tonęły w cieniu. Tylko para jarzących źrenic świeciła w głęboko zapadłych oczodołach, zdając się przenikać na wskroś każdego, na kim spoczęło ich palące spojrzenie.

Henryk Schultz nie lubił takich spojrzeń. Cofnął się odruchowo.

— Co wy?

White podniósł górną wargę w złym uśmiechu, obnażając kilka spróchniałych zębów.

— Wiem przypadkiem, że rynkowa cena koszenili wynosi ponad trzydzieści szylingów za funt — powiedział cicho. — Jeżeli chcesz ze mną robić interesy, nje staraj się mnie oszukać, rozumiesz?

— Nie miałem takiego zamiaru — odparł Schultz tonem pełnym urazy. — Dobiliśmy już niejednego targu i chyba nie straciliście na tym, prawda? Jeżeli rzeczywiście jest tak, jak mówicie...

— Wiem, co mówię — warknął White. — Trzydzieści szylingów, ani pensa mniej!

— Może panowie zechcecie wejść — rozległ się za ich plecami uprzejmy głos, w którego tonie można było pochwycić lekki odcień ironii.

Schultz drgnął i omal nie uskoczył w bok, jakby chluśnięto mu na grzbiet ukropem; White wyprostował się i rzucając przez ramię szybkie spojrzenie w tył, machinalnie sięgnął ku rekojeści noża, który miał za pasem.

— Kapitan Marten oczekuje panów z wieczerzą — mówił dalej kawaler de Belmont na swój dworny sposób — a seniora Francesca

de Vizella zaszczyci nas swoim towarzystwem przy stole. Tędy, panowie — skłonił się lekko, wyciągając rękę w kierunku wejścia do tylnego kasztelu.

White pogardliwie wzruszył ramionami.

— Znam drogę — mruknął. — Nie trzeba mi jej pokazywać.

Ruszył przodem i wszedł do jasno oświetlonej kajuty, którą istotnie znał dobrze, lecz która teraz wydała mu się odmieniona jak pod działaniem czarodziejskiego zaklęcia. Proste sprzęty dębowe, które tu stały jeszcze wczoraj, zostały zastąpione kosztownymi meblami o bogato rzeźbionych oparciach i fryzach, podłogę zaścielały dywany, a niski mahoniowy stół lśnił polerowanym blatem jak gładka tafla lodu, w której przeglądały się naczynia srebrne, chińskie misy farfu-rowe i weneckie kryształy.

Na widok tego wszystkiego White zmarszczył brwi i utkwił chmurne spojrzenie w twarzy kawalera de Belmont, jakby milcząco oskarżając go o jakieś przestępstwo. Jego purytańska prostota wzdragała się przed zbytkiem. Skłonny był przypuszczać, że cały ten przepych jest dziełem szatana i że Belmont przy pomocy sił piekielnych zdołał już opętać Martena.

A może ta kobieta?... — pomyślał.

Nie widział jej jeszcze, lecz od Schultza wiedział, że jest żoną portugalskiego dygnitarza, „papistką" — jak wszyscy Hiszpanie i Portugalczycy, których jednakowo nienawidził.

Miał zasiąść przy stole w jej towarzystwie! Ta myśl odbierała mu spokój, nurtowała w nim jak trucizna we krwi. W jakim celu Marten zmuszał go do tego? Czy to był tylko kaprys, czy też może ów Belmont wraz z nią uknuł jakiś podstęp przeciw nim wszystkim?

Belmont podszedł do ciężkiej kotary z granatowego aksamitu, która zasłaniała wewnętrzne przejście do kajuty Schultza, uchylił ją, jakby zamierzał przekroczyć próg, lecz usłyszawszy podniesiony, gniewny głos kobiecy, zawahał się.

— Raczej umrę z głodu i pragnienia! — doszły go ostatnie słowa.

Uśmiechnął się i opuścił zasłonę.

— Zdaje się, że signora de Vizella nie jest przy apetycie — powiedział na pół do siebie.

W tej chwili po drugiej stronie trzasnęły drzwi, ciężka materia szarpnięta na bok zakołysała się gwałtownie i Jan Marten wszedł do swojej kajuty. Miał zmarszczone brwi, a oczy płonęły mu gniewem, lecz spotkawszy zdziwione i zaciekawione spojrzenie trzech mężczyzn, nagle parsknął śmiechem.

— Łatwiej jest zdobyć portugalską karawelę niż przekonać tę damę, że nic nie zagraża jej czci! — powiedział. — Siadajcie: nie jesteśmy godni jej towarzystwa, ale mam nadzieję, źe jakoś to przeżyjemy.

Podeszli do stołu, White przeżegnał się i zaczął półgłosem odmawiać modlitwę. Schultz pobożnie złożył dłonie, odwrócił się nieco, aby go nie widzieć, i poruszał ustami utkwiwszy wzrok w kryształowym kielichu.

Nie był pewien, czy nie popełnia śmiertelnego grzechu odmawiając modlitwę tuż obok heretyka, niejako razem z nim, i w dodatku wobec Martena, o którym wiedział, że jest synem czarownicy, Katarzyny Skórzanki, i wnukiem Agnieszki, spalonej na stosie. Któż mógł zaręczyć, że Jan nie ucieka się do pomocy szatana w swych zdumiewających przedsięwzięciach? Od lat siedmiu, od czasu gdy «Zephyr» wymknął się duńskiej flocie strzegącej Sundu, Martenowi towarzyszyło niezmienne szczęście; uchodził cało z śmiertelnych niebezpieczeństw, nie imały się go kule, nie został nawet draśnięty w żadnej z bitew, choć dokoła niego ludzie padali jak kłosy przy żniwie. Zginął jego ojciec, Mikołaj Kuna, śmierć skosiła połowę dawnej gdańskiej załogi «Zephyra», każdy z pozostałych miał ciało pokryte bliznami po ranach, tylko on jeden nie stracił ani kropli krwi własnej, przelewając tyle cudzej...

Od owego czasu — od śmierci swej matki i ucieczki przez Sund i Kattegat na Morze Północne — Jan nie był w kościele, nie spowiadał się, nie pościł. Zerwał z księżmi, związał się z heretykiem Whi-te'em, a oto teraz przygarnął tego Belmonta, który — podobnie jak on sam — nie uczyni nawet znaku krzyża, zanim zasiądzie do stołu.

— Ale nas zbaw od złego, amen — wyszeptał i westchnąwszy z głębi piersi, powtórzył jeszcze po dwakroć to zaklęcie, z myślą o dwu pozostałych — Angliku i Francuzie.

Marten czekał cierpliwie, aż skończą, a Belmont przyglądał im się spod oka, nie okazując zresztą większego zainteresowania tym obrządkiem, jakkolwiek nic z tego, co się tu działo, nie uszło jego uwagi.

Usiedli wreszcie wszyscy czterej i gdy zaspokoili pierwszy głód, Marten zapytał White'a, co jego zdaniem należy teraz uczynić: wracać najkrótszą drogą do Anglii czy też wykorzystać posiadane zapasy i dalej szukać szczęścia między archipelagiem Zielonego Przylądka a Wyspami Kanaryjskimi i Madeirą.

— Wracać — odrzekł White bez namysłu. — Wracać tak szybko, jak tylko zdołamy. Nie rozumiem, na co tu czekamy; dlaczego nie odpłynęliśmy razem z okrętami Drake'a, skoro Opatrzność pozwoliła nam je spotkać.

Marten podniósł do ust puchar napełniony winem. Pił i spoglądał

przez kryształowe szkło na surową, chmurną twarz starego korsarza. W szlifowanych wklęsłościach i rozetach kielicha jak w soczewkach odbijały się zwielokrotnione twarze Belmonta i Schultza. Dostrzegł błysk szybkiego spojrzenia, jakie ten ostatni wymienił z White'em, i zauważył ironiczne skrzywienie ust Belmonta, który w milczeniu obserwował ich obu.

Ukrywają coś przede mną — pomyślał. — A Belmont wie o tym.

Od dawna przejrzał ich drobne oszustwa przy sprzedaży łupów. Nie dbał o to; nie miał ochoty wdawać się w drobiazgowe obliczenia i kontrolować ich kramarskie transakcje. Zapewne i teraz ten pośpiech podyktowany był jakąś spekulacją handlową, na której spodziewali się zyskać nieco więcej, niż wyniósłby ich udział.

— Pryz miał połamane reje i pozrywane żagle — rzekł odstawiając opróżniony puchar. — Trzeba je było wymienić. Poza tym musiałem pomieścić portugalską załogę na łodziach Hiszpanów, i to w ten sposób, żeby nie powyrzucali się nawzajem za burty. Nie przyjęto ich tam zbyt gościnnie: ledwie starczyło miejsca dla wszystkich, a przecież nie mogłem pozbywać się szalup z «Castro Verde».

— Jeszcze by tego brakowało — mruknął White. — Tak czy owak piekło ich pochłonie.

— A co pan o tym sądzi, kawalerze de Belmont? — spytał Marten.

— O piekle czy o powrocie? — uśmiechnął się zagadnięty.

— O powrocie lub o dalszej podróży.

Belmont spojrzał najpierw na White'a, potem na Schultza, wreszcie wprost w oczy Martena.

— Nie należę do podziału, jeśli chodzi o «Castro Verde» — rzekł po krótkim wahaniu. — Zatem w moim interesie leżałoby zdobycie innego pryzu. Ale taka sposobność może się nam przydarzyć równie dobrze w drodze powrotnej. Będziemy płynąć pod wiatr, a zatem nie wprost, lecz raz jednym, raz drugim halsem. Będziemy musieli dostosować szybkość «Zephyra» i «Ibexa» do szybkości «Castro Verde», który nie może się z nimi równać pod tym względem. Wreszcie... — zawiesił głos i ująwszy swój kielich przyjrzał mu się pod światło. — Wreszcie — powtórzył — o ile mi wiadomo, teraz jest najlepszy okres dla uzyskania wysokiej ceny za korzenie, a także za koszenilę w Anglii.

Umilkł i uniósł kielich w górę.

— Za wasze zdrowie, kapitanie — powiedział skłaniając lekko głowę. — I za wasze, panowie — zwrócił się kolejno w stronę Schultza i White'a.

Marten trącił się z nim swoim pucharem. Schultz przybladł jeszcze bardziej, tak że jego żółtawa twarz nabrała ziemistego odcienia. White, który nie pił nic oprócz wody, machinalnie sięgnął po kubek, przy czym ręka zadrżała mu widocznie.

Nastraszył ich — pomyślał Marten. — Z pewnością coś wie.

— Co się tyczy koszenili — ciągnął dalej kawaler de Belmont — wiem, że płacą za nią w hurcie po osiemnaście szylingów za funt.

Marten roześmiał się zadowolony.

Tym razem nie uda im się nic zarobić — pomyślał ubawiony.

— Słyszałeś? — spytał głośno, zwracając się do Schultza, który odetchnął z ulgą.

— Słyszałem o piętnastu — odrzekł porucznik spuszczając oczy. — Ale...

— Kawaler de Belmont ma z pewnością bystrzejszy słuch, skoro słyszał o osiemnastu — przerwał mu Marten. — Przypuszczam, że zechce ci pomóc, jeśli sam nie zdołasz znaleźć kupca, który by tyle zapłacił.

— Oczywiście — potwierdził Belmont uprzejmie.

White wstał, uczynił znak krzyża i oświadczył, że wraca na swój okręt. Marten powstrzymał go; należało przecież ustalić, kiedy i w jakim kierunku popłyną, jak będą się porozumiewali oraz jaki szyk zachowają w drodze.

Omawianie tych szczegółów przerwały im głośne okrzyki, dochodzące z pokładu. Załoga «Zephyra» piła pod gołym niebem zdrowie swego kapitana.

— Pójdę do nich — powiedział Marten. — Wrócę za chwilę. Zaczekajcie.

White zacisnął zwiędłe usta. Gdy za Martenem zamknęły się drzwi, dziki wrzask podniósł się na zewnątrz.

Kochają go — pomyślał Belmont. — Poszliby za nim do piekła, gdyby im kazał. — Spojrzał na swoich milczących towarzyszy, nalał sobie wina i sącząc je powoli, mówił z przerwami wprost przed siebie, jakby sam z sobą rozważał sprawę, która zaprzątała go całkowicie w tej chwili:

— Funt koszenili w Londynie dochodzi do trzydziestu trzech szylingów. W zimie cena podskoczy do trzydziestu sześciu. Ale nie będziemy czekali do zimy i prawdopodobnie nie uzyskamy więcej niż trzydzieści dwa szylingi za funt. Ponieważ w imieniu nas trzech zaofiarowałem kapitanowi Martenowi po osiemnaście, cała transakcja przyniesie nam osiem tysięcy czterysta gwinei...

Odstawił opróżniony kielich.

— To jest o dwa tysiące czterysta więcej, niż pan przewidywał! — zwrócił się nagle do Schultza, jakby uderzony tym wynikiem swoich obliczeń.

Schultz spojrzał na niego leniwie spod opuszczonych powiek i wierzchem dłoni otarł kropelki potu, które wystąpiły mu nad górną wargą.

— I co jeszcze? — spytał.

— Pozostawałaby tylko sprawa podziału tej sumy — odparł Bel-mont. — Myślę, że skromna nadwyżka należy się temu, kto ją potrafił uzyskać, to jest mnie. Resztą podzielimy się we trzech. Tym sposobem każdy z was otrzyma po dwa tysiące oprócz swego udziału.

— To już wszystko? — spytał znów Schultz.

— Jeśli chodzi o koszenilę, wszystko — odrzekł Belmont. — Co do innych transakcji porozumiemy się w Londynie albo w Plymouth. Zawsze gotów jestem pomóc wam, poruczniku, jeżeli...

Urwał nagle i błyskawicznym ruchem zwrócił się ku White'owi.

— Zostaw pan to, kapitanie — powiedział rozkazującym tonem.

Schultz patrzył na nich zdumiony. W ręku Belmonta lśnił pistolet

oprawny w srebro i kość słoniową. Porucznik nie potrafiłby powiedzieć, skąd się tam wziął, kiedy kawaler de Belmont zdołał go dobyć. Prawa dłoń White'a przez mgnienie oka błądziła jeszcze u boku, gdzie w skórzanej pochwie tkwił długi toledański sztylet, po czym opadła w dół.

— Ręce na stół! — rozkazał Belmont. — Ta zabawka może wystrzelić — dodał pokazując zęby w uśmiechu.

White przeszył go wściekłym spojrzeniem, ale usłuchał.

— Pana Boga waszego się bójcie, a on wras wyrwie z ręki wszystkich nieprzyjaciół waszych. A przychodniów7, którzy gościami są u was, te będziecie mieć za sługi — wyszeptał.

Ani Schultz, ani Belmont nie mogli słyszeć tych słów: zagłuszył je nowy, jeszcze głośniejszy wybuch wrzasków i okrzyków, od których zadrżały ściany kasztelu. To kapitan «Zephyra» z kolei pił zdrowie swojej załogi.

Seniora Francesca de Vizella klęczała u wezgłowia swego łoża, które Marten kazał przenieść z portugalskiego statku i ustawić w kajucie po prawej stronie kasztelu «Zephyra». Usiłowała skupić się wyłącznie na modlitwie. Ale myśli rozpierzchały się co chwila, a Najświętsza Panna, której obraz w promiennej aureoli przywoływała w pamięci, zdawała się nie słuchać jej słów; odwracała słodką twarz, oddalała się, znikała za mgłą i przed wzrokiem Franceski — pomimo

zamkniętych powiek — zjawiały się kolejno postaci ojca, don Diega de Ibarra, kawalera da Lancha, kapitana «Castro Verde» i jego świetnych oficerów. Zaraz potem tłum korsarzy zmiatał je precz, jak wicher zmiata liście opadłe z drzew na drodze. Słyszała ich okrzyki, huk wystrzałów, zgiełk bitwy i łomot własnego serca.

Nie bała się śmierci, była odważna. Natomiast wzbierał w niej gniew. Gniew i pogarda, zarówno dla portugalskiego kapitana i tych jego oficerów, jak dla Hiszpanów. Nigdy nie uwierzyłaby, że trzy duże okręty mogą ulec tak nieznacznym siłom korsarzy; że garstka rozbójników — parobków, jak ich nazywała w myśli — zdoła w ciągu pół godziny rozgromić paruset żołnierzy portugalskich. Lecz przekonała się o tym na własne oczy. Portugalscy i hiszpańscy caballeros, szlachcice z najlepszych rodzin, drżeli przed jakimś cudzoziemskim vaquero, przed człowiekiem z gminu, który powinien by zostać wy-chłostany za każde słowo, jakie ośmielał się wypowiedzieć do nich; za każda spojrzenie, jakim ją obrzucał! Widziała jego twarz, gdy mówił do jej ojca, jakby mu był równy. Ba! — jakby rozmawiał z pierwszym lepszym ze swoich zbirów, nie z namiestnikiem króla! Wyraz tej twarzy, drwiący uśmiech, wzrok dumny i twardy, gniewne zmarszczenie brwi — nic nie uszło jej uwagi. Jak śmiał ten prostak! Jak śmiał...

Gdyby tu był don Emilio... — pomyślała o mężu i przygryzła wargę. — Don Emilio i ten korsarz?... Nie! Lepiej, że nie ujrzała ich razem. Don Emilio nie zdołałby przecież poskromić takiego człowieka nie mając za sobą władzy i siły, jaką rozporządzał w zwykłych okolicznościach.

Jego postać nie była imponująca, jeśli nie otaczał jej cały zastęp wysokich urzędników, oficerów i adiutantów. Don Emilio był znacznej tuszy, niewielkiego wzrostu, a jego wyniosłość i wspaniałość uwydatniały się tylko wówczas, gdy zasiadał w rzeźbionym krześle u stołu Rady Królewskiej albo gdy jechał otwartym powozem, niedbale spoglądając z góry na tłum. Bez splendoru swego urzędu, oko w oko z młodym, zuchwałym kapitanem «Zephyra», mógłby się wydać równie bezradny jak kawaler da Lancha lub don Diego de Ibarra. Może nie potrafiłby nawet zachować tej godności, jaką umiał okazać jej ojciec...

Lepiej, że jestem sama — myślała Francesca. — Najświętsza Panna mi dopomoże; uczyni cud; nie pozwoli, abym musiała targnąć się na własne życie w obronie przed hańbą; uwolni mnie z rąk tego zbója. A ja Jej to wynagrodzę: będzie miała własny kościół, nie tylko ołtarz u Świętego Krzyża w Alter do Chao.

Wstępowała w nią otucha. Czyż nie za sprawą Opatrzności ów korsarz aż dotąd nie ośmielił się jej tknąć? Cóż go powstrzymywało? Jej stan, bliskie macierzyństwo? Dla takich jak on z pewnością nie miało to żadnego znaczenia! A przecież na swój prostacki sposób okazywał jej pewne względy.

Co zamierzał? Czy skusiła go obietnica wysokiego okupu? Zatrzymała się przez chwilę na tym pytaniu. Na pół świadomie przyznała przed sobą, że wolałaby odkryć inną przyczynę jego powściągliwości. Czy zabrał ją tu, na swój okręt, aby łatwiej dokonać gwałtu czy też, aby ją przed gwałtem obronić?

Po raz pierwszy taka myśl zaświtała w jej głowie. Ujrzała w wyobraźni zgraję pijanych marynarzy wyłamujących drzwi i rzucających się na nią. Przebiegł ją dreszcz obrzydzenia i zgrozy. Mogło się tak stać; mogło ją to spotkać.

— Lecz teraz już się nie stanie — wyszeptała z ulgą.

Poczuła jakiś cień wdzięczności dla Martena i natychmiast zganiła się za to. Cała jej wdzięczność należała się Przenajświętszej Madonnie, Madonnie z Alter do Chao w dobrach rodziny Tolosa naturalnie, gdyż tę miała na myśli. A jednak Marten...

Znów o nim pomyślała! Gniewało ją, że ustawicznie zakrada się do jej myśli. Nienawidziła go przecież, pogardzała nim, ale zarazem nie mogła się oprzeć czemuś... czemuś, co chyba graniczyło z podziwem.

Gdyby był szlachcicem — myślała dalej — gdyby nie moja ciąża, gdybym go spotkała przed rokiem... Quien sabe?...

Przeraziła się: o czym ja myślę?! Uczyniła znak krzyża, zaczęła bić się w pietsi.

Odejdź ode mnie, szatanie!

rozdział iv

Henryk Schultz leżał na wznak, utkwiwszy wzrok w niskim pułapie kapitańskiej kajuty. Jeszcze przed wieczerzą na «Zephyrze» zdążył zapoznać się dokładnie z wykazami, rachunkami i frachtami «Castro Verde»; obliczył nie tylko swój udział w zdobyczy, ale także przybliżoną sumę zysków ubocznych i prowizji przy sprzedaży ładunku i pryzu.

Gdybym posiadał dwa razy tyle, ile mam — myślał — przestałbym pływać. Wróciłbym do Gdańska. Przystąpiłbym do spółki ze stryjem Gotliebem. Kupiłbym dom. A może otworzyłbym kantor bankowy. Albo założyłbym spółkę armatorów. Miałbym filię w Antwerpii

i w Londynie. Miałbym agentów we wszystkich większych portach. Tak, gdybym posiadał dwa razy tyle, ile mam, z pewnością przestałbym pływać.

Henryk Schultz miał usposobienie marzycielskie, lecz był zarazem człowiekiem praktycznym: wcielał swoje marzenia w czyn, i to od wczesnej młodości, właściwie od dzieciństwa.

Mając lat jedenaście został sierotą. Opiekował się nim stryj, Got-lieb Schultz, bogaty kupiec gdański, współwłaściciel kilku statków handlowych i okrętów kaperskich. Lecz stryj Gotlieb miał dwóch synów i tylko oni byli przeznaczeni na dziedziców wielkiego majątku. Tylko oni nosili piękne, kosztowne ubrania, kształcili się w gimnazjum, pobierali lekcje obcych języków, jeździli powozem do kościoła na msze. Henryk nie mógł nawet marzyć o czymś podobnym.

Jadał i sypiał ze służbą, czyścił obuwie swoim stryjecznym braciom, biegał na posyłki. Sam nauczył się czytać, pisać i rachować. Rozleglejszą wiedzę zdobywał dorywczo z zasłyszanych rozmów, z ukradkiem przeglądanych zeszytów i książek, od swych szczęśliwszych rówieśników ze szkolnych burs przyklasztornych, z którymi utrzymywał stosunki handlowe dostarczając im słodycze i łakocie kupowane na Długim Rynku, i wreszcie nad Motławą, gdzie od wiosny do późnej jesieni panował nieustanny ruch i gwar portowy.

Tam czuł się najlepiej. Mógłby z zawiązanymi oczyma trafić do wszystkich składów pszenicy i żyta, wskazać obcemu przybyszowi, gdzie może sprzedać jęczmień, owies i proso, gdzie mieszczą się olbrzymie stosy drewna — belek, desek, dylów, kłód cisowych, sosnowych i jodłowych, sterty wańczosu i klepek dębowych; gdzie w długich, spiętrzonych szeregach stoją beczki ze smołą i wory z popiołem.

Znał nazwiska wszystkich znaczniejszych kupców gdańskich i wiedział, dokąd jadą ich ciężkie wozy konne załadowane angielskim i holenderskim suknem, cienkimi włoskimi jedwabiami i aksamitami, baryłkami francuskich i portugalskich win, skrzyniami niderlandzkiej porcelany, workami i plecionkami z łyka, zawierającymi figi, daktyle, cytryny, pomarańcze, korzenie.

Włóczył się po nabrzeżu, gdzie wyładowywano śledzie ze Skanii, żelazo ze Szwecji, sól z Francji; kręcił się po mostach i rynkach, wdawał się w rozmowy z marynarzami z Mechleburgu, Holzacji, Fryzji, Inflant i Anglii, wskazywał im gospody, ułatwiał kontakty z maklerami i tłumaczami, ofiarowywał swoje pośrednictwo cudzoziemskim kupcom i polskim szlachcicom, przyglądał się i przysłuchiwał zawieranym transakcjom, zapoznawał się z próbkami towarów, z ich cenami, z kwitami, wekslami i umowami.

Czasem otrzymywał parę groszy lub kufelek piwa za te drobne usługi, częściej jednak częstowano go kopniakiem i obelgami, jeśli się upominał o zapłatę. Nie zniechęcał się jednak.

W sierpniu, od św. Dominika do św. Heleny a często i dłużej — aż do św. Grzegorza — przez dwa do trzech tygodni trwał w Gdańsku wielki doroczny jarmark. Do portu zawijało ponad czterysta cudzoziemskich statków i niezliczona ilo^ć barek, szkut, komięg, kogg, tratew spławianych Wisłą, do miasta zaś przybywały setki i tysiące szlachty — kolaskami, za którymi ciągnęły całe tabory podwód i wozów.

U wejścia na Motławę od świtu do zachodu słońca czuwali strażnicy i pachołkowie pana Zygfryda Wedecke, członka senatu i zawiadowcy ruchu w przystani. Długa drewniana bariera zamykająca wejście unosiła się raz po raz w górę, aby przepuścić statek, szyper po uiszczeniu opłat wracał z Komory Palowej na jego pokład, przyjmował pilota i statek wolno sunął środkiem koryta, aby zacumować się u nabrzeża, w miejscu przeładunku.

Łodzie i łódki, płaskie lichtugi i czworokątne komięgi podchodziły do burt, tragarze uginali się pod ciężarem przenoszonych towarów, wtaczali z brzegu po trapach i pomostach beczki z żywnością dla załogi, opuszczali na linach i blokach skrzynie, wory, pakunki, ładowali je na wozy, krążyli tam i z powrotem, z lądu na pokład i z pokładu na ląd, roili się jak mrówki, zlani potem, uznojeni i brudni. W pobliżu, na mostach, u wylotów ulic zbiegających zewsząd ku rzece, na placach wyczekiwali bednarze i stolarze nie posiadający własnych warsztatów i żyjący z doraźnych napraw. Łatali skrzynie, nabijali obręcze na uszkodzone beczki, zbijali rozpękłe paki. W tłumie uwijali się maklerzy, pośrednicy, faktorzy, tłumacze, pokątni bankierzy, spekulanci, oszuści, złodzieje, handlarze, przekupnie. Różnojęzyczny gwar, wrzawa okrzyków, skrzypienie dźwigów, zgrzyt bloków, turkot wozów, zgiełk czyniony przez rzemieślników mieszały się ze stukiem siekier i chrapaniem pił dochodzącym z Lastadii, gdzie budowano nowe statki, i z Brabancji, gdzie przeprowadzano ich remonty i naprawy.

Obroty zbożem, drewnem, smołą, potażem, lnem, woskiem, miodem i solonym mięsem z jednej, a winem, jedwabiami, dywanami, suknem, cyną, oliwą, owocami południowymi i przedmiotami zbytku z drugiej strony — sięgały zawrotnych sum. Potem statki naładowane płodami polskiej ziemi wychodziły na Bałtyk i płynęły do swoich portów, a szlachta hucznie i strojnie rozjeżdżała się do dworów, uwożąc z sobą zamorskie frykasy, gdańskie meble i drogie materie.

W Gdańsku zostawało złoto: floreny, funty, gwinee i skudy, czerwone złote i dukaty. Gdańsk bogacił się. Patrycjusze miejscy budowali coraz wspanialsze domy, kupowali posiadłości ziemskie i letnie rezydencje, wznosili kościoły, ozdabiali swój Dwór Artusa niczym królewski pałac. Na ulicy Panieńskiej, na Długiej, Browarniczej, Ogarnej, na Długim Rynku, nad ciemnymi wodami leniwej Motławy i nad bystrą, spienioną Radunią wyrastały coraz piękniejsze kamieniczki z trójkątnymi szczytnicami ujętymi po bokach w kamienne ślimaki, girlandy, kule, iglice, ozdobione rzeźbami i figurami. Kute żelazne kraty i balustrady otaczały przedproża, na których stawiano ławy i stoły, gdzie bogacze zażywali wieczornego wypoczynku przy szklanicach miodu, piwa i wina.

Słynny architekt Jan Brandt budował największy i chyba najwspanialszy w Polsce kościół Mariacki z wysoką wieżą, w której zawisło sześć spiżowych dzwonów. Jednocześnie wznoszono trzy inne świątynie: Św. Piotra i Pawła, Św. Jana i Św. Trójcy, a odbudowywano kościół Św. Bartłomieja i Św. Barbary. Na Ratuszu Prawomiejskim u szczytu strzelistej wieży ze złotym hełmem stanął pozłacany posąg króla Zygmunta Augusta, a wnętrze siedziby władz miejskich uświetniały rzeźby, malowidła i sprzęty wykonane przez najsławniejszych w Europie artystów.

Gdańsk bogacił się, lecz Henryk Schultz był nadal biedny. Wiedział przy tym, że zdobycie bogactw dla człowieka tak biednego jak on jest prawie niemożliwe. Biedacy mieszkali w starych czynszowych ruderach, gnieździli się całymi rodzinami w zbutwiałych szopach na przedmieściach, pracowali ciężko, głodowali i prawie nigdy nie udawało im się poprawić swego losu. Kto się urodził biedakiem, umierał w biedzie po nędznym życiu. Na to aby zacząć się dorabiać, trzeba było mieć coś na początek. A Henryk Schultz nie miał nic.

Gdybym się zaciągnął na statek — myślał wtedy — może bym do czegoś doszedł. Zarabiałbym po dziewięć marek pruskich rocznie. Miałbym wyżywienie przez osiem miesięcy w roku. Mógłbym kupować i przewozić bezpłatnie po pół łaszta towaru na własny rachunek. A później, zostawszy bosmanem, zarabiałbym po osiemnaście marek i mógłbym przewozić cały łaszt towaru. Tak, gdybym został chłopcem okrętowym, pewnie bym do czegoś doszedł...

Oprócz statków handlowych na Motławę wchodziły często okręty kaperskie, przeważnie trójmasztowe holki o pojemności stu dwudziestu lub stu pięćdziesięciu łasztów albo małe, kilkudziesięciołasztowe krajery, których załogę stanowiło sześciu czy ośmiu ludzi. Lecz Henryk dowiedział się wkrótce, że nawet najmniejszy z nich przynosił armatorom dochody wyższe od zysków handlowych. Dowiedział się także, iż załogi uczestniczą w podziale zdobyczy, a ta ostatnia wiadomość skierowała jego marzenia ku okrętom kaperskim.

Gdyby mi się poszczęściło — myślał — zostałbym kaprem. Sam sprzedawałbym swój udział. Po kilku latach zdołałbym zebrać tyle, że mógłbym założyć małe przedsiębiorstwo maklerskie. Wtedy kupowałbym udziały innych kaprów i zaopatrywałbym ich okręty. Gdyby mi się poszczęściło, zostałbym kaprem...

Droga Henryka do tego celu wiodła nie przez port i nie bezpośrednio przez protekcję stryja, choć Gotlieb Schultz w owym czasie był współwłaścicielem studwudziestołasztowej koggi kaperskiej «Czarny Gryf».

Henrykowi nie podobał się ten okręt. Był to stary jednomasztowy, niezgrabny statek handlowy o klinkowym obiciu kadłuba, płaskim dnie, wysokich kasztelach na dziobie i rufie, uzbrojony w kilka sze-ściofuntowych oktaw i dwa ćwierćkartauny. Jego szybkość nie przekraczała nigdy pięciu węzłów, a każdy sztorm groził mu wywróceniem i zatopieniem.

Dopóki «Czarnym Gryfem» dowodził Mikołaj Kuna, jeden z najlepszych kaprów na Bałtyku, okręt zarabiał na swoje utrzymanie i nawet przynosił pewien zysk udziałowcom. Lecz przed dwoma laty szyper wypowiedział umowę, a wraz z nim porzuciła służbę większość załogi. Nowy kapitan, Jan z Grabin, nie miał takiego doświadczenia jak poprzedni; było to jego pierwsze dowództwo. Toteż znaczniejsza zdobycz rzadko wpadała w ręce załogi, a Gotlieb Schultz pragnął wycofać się ze spółki i czekał tylko na sprzyjające okoliczności, aby jak najkorzystniej odstąpić swój udział.

Henryk upatrzył sobie inny okręt. Piękny, nowy okręt, zbudowany w Elblągu i spuszczony na wodę w roku 1570. Okręt, którego właścicielami byli tylko dwaj ludzie: jego budowniczy, Wincenty Skóra, i zięć tego ostatniego, Mikołaj Kuna.

Ów okręt nazywał się «Zephyr».

Lecz do załogi «Zephyra» niełatwo było się dostać. Nawet na chłopców okrętowych dobierano tam młodzieńców już obeznanych z morskim rzemiosłem — ludzi zdolnych, silnych, odważnych, synów i wnuków marynarzy. Służyć na «Zephyrze» było nie lada zaszczytem, a ci, których ten zaszczyt spotkał, nosili się dumnie i buńczucznie, choć przecież trafiali się pomiędzy nimi także biedacy i sieroty po kaprach gdańskich i królewskich. Kto dostał się na «Zephyra» i wytrzymał próbną podróż, mógł być pewien dobrych zarobków. Kto się odznaczył, wkrótce zostawał marynarzem. Kto ulegał kalectwu, mógł liczyć na sprawiedliwą odprawę, a jeśli ginął — to ze świadomością, że jego rodzina oprócz odprawy otrzyma podwójny udział w zdobyczy.