Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Siostra Catherine to odważna i oddana otrzymanemu powołaniu kobieta. Tutaj dzieli się codziennością eremitki, żyjącej w trudno dostępnej alpejskiej chacie. Pisze o kontakcie z surowym pięknem natury, o znaczeniu Trójcy Świętej – która przenika jej życie dzień po dniu – o roli Pisma Świętego, modlitwy brewiarzowej i nieustannej, o świętości Kościoła. Daje przykład wiary przemyślanej, zdrowej i osadzonej w konkretnej rzeczywistości. Niczego nie upiększa. Jej świadectwo jest szczere i głęboko ludzkie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 251
Data ważności licencji: 1/15/2030
Tytuł oryginału
Récits d'une ermite de montagne
© 2019, Les éditions du Relié, une marque du groupe Guy Trédaniel 27, rue des Grands Augustins, 75006 Paris
© Translation rights arranged through Cristina Prepelita Chiarasini, Agence CGR
© Copyright for this edition by Wydawnictwo W drodze, 2026
Redaktor inicjujący – Paweł Dąbrowski OP
Redaktorka prowadząca – Justyna Olszewska
Redakcja – Katarzyna Kośmicka
Korekta – Agnieszka Czapczyk, Katarzyna Kośmicka
Redakcja techniczna – Józefa Kurpisz
Projekt okładki, layoutu i skład– Krzysztof Lorczyk OP
ISBN 978-83-7906-896-8 (wersja drukowana)
ISBN 978-83-7906-897-5 (wersja elektroniczna)
Wydawnictwo Polskiej Prowincji Dominikanów W drodze sp. z o.o.
Wydanie I
ul. Kościuszki 99
61-716 Poznań
tel. 61 852 39 62
www.wdrodze.pl
Przygotowanie wersji elektronicznej
Moje życie zaczyna się naprawdę od spotkania z Bogiem, tak jakby wszystko nabrało sensu dzięki temu tajemniczemu wydarzeniu. Trudno mi mówić o tym, co działo się „poprzednio” – czy cokolwiek może poprzedzać Boga?
Przyszłam na świat i wychowałam się w ateistycznej rodzinie. Od strony matki w kilku pokoleniach wierzono raczej w człowieka, naukę i postęp społeczny; natomiast Bóg i religia… trzymano się od nich z daleka. Od strony ojca trafiały się osoby głęboko wierzące, lecz ich wiara została podkopana w latach drugiej wojny światowej, szczególnie na skutek śmierci mojego dziadka, który zginął w bardzo młodym wieku. Wiara religijna ostatecznie wygasła u mojego ojca w trakcie wojny algierskiej1.
Dopiero w samotności pustelni zdałam sobie sprawę z tego, w jak istotnym stopniu śmierć mojego młodego dziadka wpłynęła na mego ojca, a potem na moje powołanie. Historia tamtej śmierci pozostaje jednym z najważniejszych wspomnień mojego dzieciństwa, stanowi część mojej tożsamości i drogi życiowej; to tak, jak gdybym już w kołysce zyskała świadomość zła działającego w świecie oraz godności, którą można zachować pomimo grozy i zdrady.
W 1939 roku wojska niemieckie najechały zdezorganizowaną i całkowicie nieprzygotowaną Francję. Mój młody dziadek – oficer, a wcześniej inżynier górnictwa – otrzymał rozkaz wysadzenia w powietrze mostu na północy kraju w celu opóźnienia postępów wojsk nieprzyjaciela. Inwazja nastąpiła jednak wcześniej, niż się spodziewano. Wobec tego dziadek ewakuował swoich ludzi, zdetonował ładunek wybuchowy i wyleciał w powietrze razem z mostem. Miał dwadzieścia sześć lat. W świetle ustaleń dokonanych przez mojego ojca wygląda na to, że samemu dziadkowi można przypisać trzy czwarte francuskich zwycięstw wojennych z tamtego okresu.
Na tym historia się nie skończyła, ponieważ bohater nie zginął od razu: wciąż żył, chociaż urwało mu ręce i nogi. Zachował jeszcze tyle świadomości, żeby zobaczyć, jak ktoś z miejscowych kradnie jego obrączkę, ściągając ją z oderwanej dłoni, i zdejmuje buty ze strzępów jego nóg. Bardzo wcześnie dowiedziałam się zatem, że człowiek może zostać zdradzony i obrabowany przez tych, których starał się uratować za cenę własnego życia. Refleksja ta towarzyszyła mi w młodych latach.
Nie wszyscy dobrzy stali po jednej stronie, a źli po drugiej… Dziadka zabrali Niemcy i zaopiekowali się nim z całym uszanowaniem. Żył jeszcze trzy miesiące i właśnie dzięki temu moja babcia mogła zanotować jego zwierzenia. Mój tata nigdy do końca nie pogodził się z faktem, że ledwo zdążył poznać swojego ojca. Jako że zabrakło mu przykładu, sam nie bez trudności wywiązywał się ze swej roli… Wpierw służył jako oficer marynarki, później zaś organizował francuską filię amerykańskiego przedsiębiorstwa z branży naftowej. Dla swoich dzieci stał się najpierw wielkim nieobecnym, a potem niezmiernie zajętym człowiekiem! Znikał na tak długo, że zdawało się to trwać przez całe wieki, po czym wracał z fascynującymi opowieściami o podróżach i obcych krajach, które umiał odmalowywać w żywych barwach i z sugestywną ekspresją. Przedsiębiorstwo upadło jednak po pierwszych kryzysach naftowych, ojcu zaś z niemałym trudem przychodziło się przekwalifikować.
Matka była raczej artystką, humanistką i nonkonformistką. Moi rodzice niewątpliwie przeżyli wielką miłość, namiętną i zachłanną, która wszakże nie wytrzymała próby czasu: w końcu się rozwiedli, a matka wpadła w depresję. Jej nonkonformizm przejawiał się między innymi w tym, jak nas wychowywała. Pamiętam, że kiedy mój brat i ja byliśmy mali, w trakcie zmywania naczyń posprzeczaliśmy się o szklankę. Matka nas usłyszała, przyszła i wyrwała nam ją z rąk, mówiąc: „Nic na świecie nie jest warte kłótni”. I aby zamknąć sprawę, rozbiła szklankę o zlewozmywak, po czym wróciła do swoich zajęć. Nie trzeba opisywać, jakie wrażenie to na nas wywarło! Nie pamiętam, żebyśmy od tamtej pory pokłócili się z bratem.
Tego rodzaju wychowanie siłą rzeczy kształtuje osoby niezależne i wolne od materializmu. W dodatku tę postawę podzielał mój ojciec. Nawet gdy przestał pływać i wrócił na stały ląd, niczego nie posiadał. Prowadzenie własnego przedsiębiorstwa traktował raczej jako sposób na dalsze zwiedzanie szerokiego świata aniżeli szansę na zbudowanie czegoś, stabilizację, zgromadzenie dóbr. Nie ulega wątpliwości, że już wtedy odebrałam dobrą naukę życia w oderwaniu od takich przyziemnych dążeń.
Moja starsza siostra bardzo wcześnie odkryła w sobie powołanie do medycyny i oddała mu się bez reszty. Brat szybko wykazał się wielkimi zdolnościami w dziedzinie techniki i mechaniki. Jego namiętność do silników i motocykli stopniowo przeszła na maszyny wyścigowe i zawody na torze; pasję tę rozwijał jednocześnie z karierą kierownika projektu we Francji i za granicą. Ja natomiast, pomiędzy nimi dwojgiem, niczym się specjalnie nie interesowałam i nie odkryłam w sobie żadnych szczególnych uzdolnień. Poza tym byłam delikatna, słabowita, i ciągle musiałam oszczędzać wątłe siły. Podjęłam studia prawnicze, do których usilnie nakłaniał mnie ojciec, liczył bowiem na to, że zostanę radcą prawnym w jego przedsiębiorstwie. Byłam na to o wiele za młoda i nauczyłam się tylko jednego – że to nie moja droga. Czułam się znacznie lepiej w atmosferze małych firm, skrojonych na ludzką miarę, w których odpowiadały mi organizacja pracy i osobista odpowiedzialność.
Przepracowałam tak kilka lat, zanim… zanim nastąpiło wielkie spotkanie. Właśnie zresztą w środowisku zawodowym usłyszałam o modlitwie i kontemplacji. Z perspektywy lat postrzegam to nie inaczej, tylko tak, że istnieje jakieś „przed” i „po”. Przedtem ciągnął się czas oczekiwania, w którym jakby pozostawałam w zawieszeniu, żyłam w zwolnionym tempie, by nie powiedzieć – tkwiłam w martwym punkcie. Ilekroć próbowałam ruszyć w którąś stronę, natrafiałam na przeszkodę i coś zatrzymywało mnie w miejscu. Jeśli tak miało wyglądać życie… Odczuwałam jakiś wielki brak, jak gdyby nie zostało mi dane coś istotnego, aczkolwiek w ogóle nie umiałam tego nazwać. Prawdziwa droga jeszcze się nie odsłoniła. Niewątpliwie nabierała kształtu po cichu, niemniej ukazała się mojej świadomości dopiero w pewnym momencie. Stało się to w formie decydującego spotkania z Bogiem, a dokładniej – pierwszego wezwania, które On do mnie skierował przed powołaniem mnie do życia pustelniczego…
Działo się to w moim miejscu pracy, w rozmowie z młodym przełożonym, która okazała się rozstrzygająca. Któregoś dnia wszedł on do biura i zaczął żartować z tego, jak wiele teczek i papierów zalega na moim biurku. Wyznałam, że praca to moja pasja, ale trochę mnie rozczarowuje dysproporcja między wkładanym wysiłkiem a płynącym zeń zadowoleniem. Na to usłyszałam, że jeśli chcę czerpać pełną satysfakcję z pracy, to nie tędy droga; dodał, że nie znajduję zadowolenia, ponieważ nie opanowałam „techniki duchowej”. Ze zdziwieniem odparłam, że nie widzę związku.
– Źródłem szczęścia jest Bóg – odrzekł. – Praktykowanie jakiejś techniki duchowej to połączenie się ze źródłem twojego szczęścia.
Zaczął mówić o Bogu jak o żywej osobie – w tonie oczywistej i spokojnej pewności. Zafrapowana słuchałam go z niekłamanym zainteresowaniem. Dla niego Bóg nie był abstrakcyjnym pojęciem.
– Chodzi więc całkiem po prostu o technikę duchową, w źródłowym sensie słowa techne, czyli „sztuka”. Sztuka rozmawiania z Bogiem. Nie komunikujemy się z Nim tak, jak rozmawiamy ze sobą w tej chwili.
Odebrało mi mowę. Nie wiedziałam, co powiedzieć.
– Nic nie stoi więc na przeszkodzie, żebyś codziennie przez pół godziny praktykowała modlitwę, w której powtarzasz w milczeniu, w duchu, w rytmie swojego oddechu: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga żywego, ulituj się nade mną, biednym grzesznikiem”.
I zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, rozwinął przede mną długi wywód na temat wyboru najlepszej pory dnia na modlitwę zgodnie z własnym trybem życia, jak też sposobów fizycznego i psychicznego przygotowania się do niej; nie pominął wreszcie wpływu owej półgodziny na resztę dnia, poprzedzielaną aktami strzelistymi – szczerymi zwrotami do Boga, króciutkimi, samorzutnymi wylewami duszy. Zakończył z entuzjazmem, mówiąc, że niektórym osobom udaje się modlić nieprzerwanie. Owa półgodzinna modlitwa „monologiczna” – powtarzanie jednej formuły – wydała mi się dosyć pociągająca.
– Ależ spróbuj. Praktykuj to dzień w dzień. Dzięki temu twoje życie może się szybko zmienić.
Plusk! Wpadłam w tę modlitwę jak kamień w wodę. Ze zwykłego szacunku dla człowieka, który mnie do tego zachęcił, a także z uczciwości intelektualnej – ponieważ nie znalazłam żadnego ważkiego argumentu przeciwnego – potraktowałam to bardzo poważnie.
Tyle tylko, że rozmawialiśmy o Bogu, ja zaś natknęłam się raptem na kłopotliwe słowa o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. Do tego Jezusa Chrystusa nawet chciałam się modlić; że jest Panem – zgoda. Ale Syn Boży – to budziło wątpliwości. Żeby okazał mi litość – czemu nie? Ale „biedny grzesznik” już mi nie pasował; zgoła nie czułam się biedną grzesznicą. Pominęłam więc to, co mi przeszkadzało, i aby pozostać w zgodzie ze sobą, powtarzałam tylko: „Panie Jezu Chryste, ulituj się nade mną”.
Stało się jednak coś dziwnego. Na próżno starałam się uważać – wezwanie powracało bez mojego udziału do swojej pierwotnej postaci, i to systematycznie. W końcu musiałam przyjąć ten fakt do wiadomości: formuła modlitewna żyła własnym życiem, niezależnie od tego, jak się nią posługiwałam. Nie panowałam nad nią. Odniosłam intrygujące wrażenie z odkrycia, że w głębi mego ducha tajemniczo objawia się ktoś bardzo bliski – i to mnie, która do tego czasu naiwnie sądziłam, że nikt nie może ingerować w moje wnętrze!
Nie ma tak łatwo… Metodycznie próbowałam odzyskać kontrolę nad sytuacją. Przecież wystarczy świadomie wypowiadać daną frazę, czyż nie? A jednak nie. Zawsze zdarzała się jakaś przelotna chwila nieuwagi, w którą sprawnie wślizgiwała się kompletna, odtworzona modlitwa.
Niewiarygodne. Nie było to zwykłe zdanie: w owym wezwaniu zdawał się uobecniać sam Bóg, nawet jeśli człowiek początkowo myślał, że jest sam. Wyglądało więc na to, że Jezus Chrystus niezmiernie troszczy się o to, żeby Go przyzywać jako Syna Bożego i żebym ja uznała swój status „biednego grzesznika”. Uwierało mnie to, niemniej ów samodzielny byt tego aktu modlitewnego miał w sobie tyle uroku, że zostawiłam go w spokoju.
Minęły dwa tygodnie – i nagle, kiedy któregoś razu wypowiadałam w milczeniu tę modlitwę (albo ona sama rozbrzmiewała we mnie…), słowa zniknęły, a ja zostałam pochwycona, uniesiona, ogarnięta i rozpłomieniona przez strumień gorejącej miłości. W jednej chwili pojęłam, że Jezus Chrystus to rzeczywiście Bóg, który stał się człowiekiem, że On jest miłością i kocha mnie osobiście. Miłość ta jednak nie była wybiórcza, nie stawiała mnie ani poza, ani ponad innymi, każdy bowiem został najmocniej umiłowany. Wszystkie pewniki wryły się we mnie i już nigdy mnie nie opuściły. Pół godziny zamieniło się w kilka godzin, a ja nie spostrzegłam, jak ten czas upłynął.
Tak rozpoczął się w moim życiu prawdziwy przełom. Gdy uniesienie minęło – nie zmieniając formy miłosnego dialogu, jaką przybrała moja modlitwa – Bóg zaczął przemawiać do mojego umysłu. Był to bardzo jasny przekaz: musiałam uzgodnić swoje życie ze swoją nową wiarą. Ewangelie stały się moją ulubioną lekturą, ja zaś starałam się wcielać w czyn nauki Chrystusa. Dobrze wiedziałam, że daleko mi w tym do doskonałości; mimo wszystko moja codzienność i podejmowane przeze mnie wysiłki ulegały przemianie dzięki modlitwie, która zajmowała mi coraz więcej czasu w ciągu dnia. Wołanie do Chrystusa – znane też pod nazwą „modlitwa serca” – przedłużało się znacznie poza te chwile, które przeznaczałam wyłącznie na nie. Owo zdanie osiadło we mnie i odżywało w pamięci bez świadomego udziału z mojej strony, podczas gdy moja uwaga pozostawała skierowana gdzie indziej; te miłe nawiedzenia przywodziły mnie z powrotem do mojego wewnętrznego gospodarza. Modlitewna fraza powracała wielokrotnie w ciągu dnia i często nawet nocą, cichła natomiast w porach modlitwy medytacyjnej (godzina rano, godzina wieczorem). Modlitwa serca wprowadzała mnie w medytację, która nagle stawała się milcząca, ponieważ zanikało samo wezwanie.
Rozpalony strumień miłości naturalnie pozostawił we mnie głębokie i niezatarte piętno. Moje godziny modlitwy zamieniły się w miłosne spotkania, których nie opuściłabym za nic w świecie i które napełniały mnie do syta. Podczas nich trwała głęboka cisza i nic się nie działo, to znaczy nic dostrzegalnego; tylko jakaś bardzo dyskretna i sekretna Obecność dokonywała we mnie tajemniczych rzeczy bez mojej wiedzy.
Jednakże zanim jeszcze w moim życiu pojawiła się modlitwa, zdarzały się tajemnicze wypadki, przez które Bóg kształtował mnie bez mojej wiedzy. W pewnym czasie przed tamtą rozmową, która skłoniła mnie do modlitwy, przyszła do mojego biura jakaś kobieta i ku memu zdumieniu powiedziała do mnie:
– Wie pani, jeśli któregoś dnia Bóg panią wezwie, to proszę się zgodzić.
Zaskoczona, przerwałam natychmiast swoje zajęcia. Jako że nie wierzyłam w Boga, jej słowa zabrzmiały w moich uszach tak, jakby odezwała się po chińsku. Potem zaczęła opowiadać następującą historię.
Otóż w młodości pojechała na rekolekcje do pewnego klasztoru na południowym zachodzie Francji. Wyraźnie usłyszała Boże wezwanie do życia zakonnego w tym konkretnym miejscu. Powiedziała sobie jednak: „Nie. Wolę mieć męża i dzieci, być kochaną i coś znaczyć w dzisiejszym społeczeństwie”. Na koniec wyznała:
– Miałam wszystko, czego pragnęłam: bogatego i kochającego męża, dzieci, pozycję społeczną. Mimo to nigdy nie zaznałam szczęścia. Ono czekało na mnie w klasztorze, do którego nie zgodziłam się wstąpić.
Zadziwiające wyznanie tej kobiety, w którym wprost wyczuwało się gorycz, wprawiło mnie w zakłopotanie. Przebiegł mnie bardzo nieprzyjemny dreszcz, jakby wywołany dokuczliwą pewnością, że ta pani rozminęła się ze swoim powołaniem życiowym. Później o tym zapomniałam, w rzeczywistości bowiem Bóg nie mieścił się w moich planach…
Dopiero po latach, w czasie formacji zakonnej, przypomniałam sobie tę historię. W tamtym momencie nie sposób było zakwestionować szczerość i bolesność doświadczenia owej kobiety. Tak, zachodzi głęboki związek między Bogiem a szczęściem; sama więź z Bogiem prowadzi do wielkiego szczęścia, ponieważ On właśnie jest tym szczęściem. Zapewne otrzymałam wówczas zbawienne ostrzeżenie dotyczące związku między wolą własną a brakiem szczęścia. Wszyscy czymś promieniujemy, a z twarzy tamtej osoby biło, niestety, chroniczne rozczarowanie. Futrzane płaszcze, biżuteria, mieszkanie w eleganckiej dzielnicy Paryża, domy na lato, bogaty i wpływowy mąż, dobrze zapowiadające się dzieci, co najmniej zaspokojone wszelkie potrzeby osobiste, materialne i towarzyskie, ważna pozycja społeczna; brakowało tylko jednego – szczęścia.
Nie należy z tego wnosić, że życie rodzinne i społeczne ustępuje stanowi konsekrowanemu, który jakoby jedynie może człowieka prawdziwie uszczęśliwić. Wcale nie; byłaby to błędna interpretacja. Po prostu chodzi o to, że Bóg zaprosił tę osobę, zaproponował jej spotkanie, a ona wolała udać się gdzie indziej.
Nastąpiła seria decydujących zdarzeń. Mój brat uległ ciężkiemu wypadkowi. Byłam właśnie z moją siostrą, gdy odebrałyśmy telefon: brat leżał na stole operacyjnym, a chirurg nie mógł zatamować krwotoku i obawiał się najgorszego. Pielęgniarka, mająca łączność z blokiem operacyjnym, poprosiła nas, żebyśmy nie odkładały słuchawki.
Przez dobrą chwilę trwałyśmy w oczekiwaniu, blade jak ściana, patrząc na siebie i modląc się żarliwie. Nagle sobie uświadomiłam, że zbliża się godzina mszy świętej – tej modlitwy modlitw!
Ponieważ moja siostra mogła czuwać przy telefonie, ja poszłam poprosić o sprawowanie ofiary eucharystycznej w intencji brata. Od razu napełniła mnie ufność. Przyszłam akurat w porę i zdążyłam porozmawiać z księdzem, który za chwilę miał przystąpić do ołtarza. Oczywiście byłam roztrzęsiona, zarazem jednak pełna nadziei. Zaledwie msza się skończyła, zasięgnęłam najnowszych wiadomości: siostra mi oznajmiła, że chirurg zdołał powstrzymać krwawienie.
Zaiste, nie było tak, że modlitwa sobie, a życie sobie. Chrystus konkretnie zajmował się naszymi sprawami i kłopotami. Nie było mowy o tym, żeby po takim podarunku odmówić Mu tego, czego zechce. Modlitwa pozostawała w bliskim związku z życiem – sednem życia. Wdrożyć się w ustawiczną modlitwę to dla mnie znaczyło odnaleźć bezpośrednie, stałe odniesienie do Boga i stawiać Go w każdej chwili w centrum życia – inaczej mówiąc, pozwolić Mu zająć całą przestrzeń mojego życia i bytu.
Niemniej już długo przed wypadkiem brata Eucharystia stała się ośrodkiem mojego życia. To z niej czerpałam namacalną wręcz siłę do wcielania słowa Bożego w czyn; to dzięki niej odnawiałam się wewnętrznie, aby dzień po dniu coraz bardziej stawać się córką Boga Ojca, pozwalając się kształtować na wzór Chrystusa pod przewodnictwem Ducha Świętego. Moja część przymierza polegała na ustawicznej modlitwie oraz wysiłkach przybliżania się do Chrystusa ewangelicznego; Jego część obejmowała to wszystko, co czynił we mnie poprzez sakramenty. W modlitwie zauważałam obecność Boga – obecność ukrytą, tajemniczą; zauważałam ją również w trakcie mszy świętej oraz adoracji eucharystycznej: intensywniejszą, treściwszą, bardzo aktywną. Czułam się jakby magnetycznie przyciągana przez realną obecność Boga podczas mszy i jej przedłużenia – adoracji eucharystycznej.
Bóg chciał mi się ofiarować, a tego wszystkiego, czego nie mogłam osiągnąć samodzielnie, aby się w Niego przemieniać, On mógł dokonać poprzez mój udział w tym sakramencie. Czynił to w sposób nadzwyczajny, zgoła cudowny. Msza święta były niczym drzwi otwarte na nieskończoność, na absolut. Człowiek wracał na ziemię jak po uczcie. Każda powszednia rzecz nabierała niezwykłej wagi, ponieważ Bóg wybrał kawałek chleba, aby się ofiarować; żaden szczegół życia nie był już banalny, zwyczajny, wszystko bowiem mogło zostać przemienione dzięki Jego obecności.
Tak więc modlitwa stopniowo zyskiwała na znaczeniu w moim życiu. Bóg przenikał moją codzienność, zasiedlał moje myśli i troski. W pewnym momencie musiałam w pełni to sobie uprzytomnić: moje prawdziwe życie opiera się na Bogu i modlitwie, toteż codzienność musi się układać wokół nich, a nie na odwrót. I jeszcze ta świadomość, że chcę prowadzić życie nieustannej modlitwy, które mnie utożsamia i w pełni jednoczy z Bogiem. Miałam wrażenie jakiegoś objawienia moich ukrytych dążeń oraz pewność, że zostałam do tego przeznaczona. Stało się to dla mnie oczywistością, dlatego decyzja o porzuceniu wszystkiego nie sprawiała mi żadnego problemu. Należało pomyśleć serio o klasztorze, a wielość tradycji zakonnych stwarzała rozmaite możliwości. Sprawa wymagała zatem roztropności i namysłu – zwłaszcza że musiałam się wszystkiego dowiedzieć… a bez wątpienia też uporządkować niemało spraw.
Silnie oddziałało na mnie odkrycie duchowości św. Teresy z Ávili (1515–1582) i św. Jana od Krzyża (1542–1591), żywej duchowości karmelitańskiej w młodych i świeżych postaciach św. Teresy z Lisieux (1873–1897) i Elżbiety od Trójcy Przenajświętszej (1880–1906).
W żadnym razie jednak nie mogłam obrać sobie za wzór św. Teresy z Lisieux, od której oddzielały mnie zbyt wielkie, niepokonane różnice środowiska, wychowania i osobowości. Ona została obdarzona szczególnie troskliwym otoczeniem rodzinnym i wychowaniem; wiodła nadzwyczaj ułożone życie. Przebywała w nowicjacie od chwili poczęcia. Żadną miarą nie mogłam się z nią równać, aczkolwiek podziwiałam to, co Bóg dla niej uczynił. Podziwiałam jej duchowość, lecz droga dziecięctwa nie była przeznaczona dla mnie – czułam się na niej trochę skrępowana. Zarazem jednak czytałam pisma św. Teresy i chętnie się do niej modliłam – cieszyłam się z poznania jakby idealnej młodszej siostry.
Święta Teresa z Ávili z kolei też była trudna do naśladowania, jednakże to, czego Bóg dokonał w niej i w jej życiu, napełniało mnie radością i wywoływało we mnie mocny oddźwięk. Bóg wyjawił jej swoje pragnienie powoływania niektórych osób do tego, żeby więź z Nim uczyniły najważniejszą rzeczą w życiu. Owa energiczna kontemplatorka – która doradzała nowicjuszkom, żeby nie powściągały swoich wielkich pragnień duchowych, i powodowała, że odrobina szaleństwa w miłości Bożej przysparzała dobra wielu ludziom – pozwoliła mi odetchnąć pełną piersią. Czułam się wezwana do podążania tą właśnie drogą. Wstąpienie do Karmelu zarysowało się jako poważna ewentualność, która pociągała mnie ze znaczną siłą.
Znowu jednak w czasie modlitwy spotkało mnie duże zaskoczenie. W godzinie przeznaczonej wyłącznie na rozmowę z Bogiem, całkiem daleka od tego rodzaju myśli, wyraźnie usłyszałam wewnętrzny głos, którego stanowczość nie dopuszczała sprzeciwu: „Żądam od ciebie, byś mnie naśladowała w samotności pustelni”.
Słowa, które naprawdę pochodzą od Boga, mają tę cudowną właściwość, że są sprawcze. Wiadomo z absolutną pewnością, że urzeczywistni się to, co wymagane, i że Bóg zapewni do tego środki. Człowiek instynktownie czuje, że otrzyma prowadzenie, wsparcie, zachętę. Owo tak dobitne zdanie momentalnie napełniło mnie pokojem i mocą, pozwalając mi skoncentrować cały mój potencjał na tym jednym celu. Nie pozostawało nic innego, tylko przystąpić do działania; stało się to oczywiste, jasne, pewne. Ponadto istotny czynnik wewnętrznego pokoju kazał mi myśleć, że odpowiadam na wezwanie, że nie wymyślam sobie sama jakiegoś powołania i nie rozbudzam w sobie fałszywego pragnienia, aby uciec w iluzję.
Jeżeli klasztor przestał być celem, do którego kierował mnie Bóg, to jednak pozostawał on koniecznym miejscem do odbycia solidnej formacji. W ten sposób spędziłam dwa lata w pewnej wspólnocie monastycznej, gdzie korzystałam z przykładu i doświadczenia zakonnic w większości podeszłych wiekiem, ale wykształconych i radosnych. Na pytanie „Czy przyjmiecie ją do klasztoru?” mniszki odpowiedziały: „Tak, ale tylko jeśli przyjdzie z tą piękną ozdobą we włosach”. Wielce to uspokoiło mojego znajomego księdza, „Ach, to dobrze”, powiedział. „Mają poczucie humoru”. Przebywało tam również kilka młodych zakonnic, które odnosiły się do starszych sióstr z godnym podziwu szacunkiem i w duchu głębokiej wspólnoty.
Stało się to dla mnie przede wszystkim doświadczeniem eklezjalnym. Bardzo ceniłam powagę formacji. Duchowość, historia Kościoła, biblistyka, przygotowanie do potrójnych ślubów – ubóstwa, czystości i posłuszeństwa – kurs śpiewu liturgicznego, starannie odprawiane nabożeństwa, przepastna biblioteka, rozmowy; przejezdni kapłani z kraju i z różnych zakonów; regularnie przybywający kaznodzieje, spotkania, sesje… Ale nie, mimo ujmującej atmosfery wspólnoty, mimo wdzięczności za wszystko, co otrzymałam, nieodwołalnie postanowiłam pójść drogą życia pustelniczego…
Po opuszczeniu klasztoru musiałam znaleźć dla siebie pustelnię. Zakładałam, że udam się na południe Francji – gdzie znajdę zarówno wystarczające odosobnienie, jak i łagodny klimat – aby prowadzić życie w prawdziwym odcięciu się od świata i ubóstwie. Oddalenie od środowiska miejskiego, mojego regionu i rodziny pozwoliłoby również na prawdziwe zerwanie ze wszystkim ze względu na Boga.
Dowiedziałam się o grupce zakonnic prowadzących życie na poły pustelnicze. Jako że przyjmowały do swojego grona, spędziłam u nich kilka miesięcy przed znalezieniem własnego miejsca. Doszłam do wniosku, że jako osobie słabego zdrowia lepiej będą mi służyć umiarkowana samotność i nie zanadto surowe warunki bytu. Należało raczej postawić na ustawiczną modlitwę i pokorę, znacznie korzystniejsze dla duszy aniżeli popadanie w skrajności. Historia eremityzmu roi się od postaci kontrowersyjnych, równie licznych jak prawdziwi święci godni naśladowania. Wypadało zatem poszukać sobie jakiegoś miejsca niezbyt oddalonego od większego skupiska ludzi, aby tam prowadzić życie modlitewne w prostych, skromnych warunkach.
Znalazłam takie miejsce! Bez przerwy jednak, co ciekawe, pojawiały się jakieś problemy – można rzec, jeden za drugim. Widocznie moja w tym miejscu obecność nie nosiłaby Bożego błogosławieństwa; nie na takiej drodze równowagi i umiarkowania chciał mnie widzieć Bóg. Zdumiało mnie to. W obawie, że moje powołanie utknie z braku odpowiedniego miejsca – co obserwowałam u innych – udałam się do jedynej znanej mi pustelni, która pozostawała wolna: przeraźliwie surowej i krańcowo niegościnnej. Można o tym miejscu najpowściągliwiej powiedzieć tyle, że wcale go nie wybrałam, tylko je zaakceptowałam.
I tak oto minęło bez mała dwadzieścia pięć lat przebywania na grzbiecie górskim chłostanym wiatrami, w eremie dostępnym wyłącznie po dziewięćdziesięciu minutach pieszej wędrówki z wszelkimi niezbędnymi rzeczami na plecach. Aby pokonać różnicę wysokości, potrzeba praktycznie półtorej godziny wspinania się po stopniach, na szczęście wśród krajobrazu rzadkiej urody… Pustelnia bez wygód: nie ma wody ani elektryczności, ani też oczywiście telefonu. Mieszkanie składa się z malutkiej prowizorycznej chatki z desek, ale jest tam również kaplica w wiejskim stylu oraz nieduża, trudno dostępna grota, do której idzie się po wąskiej półce skalnej.
Czy naprawdę trzeba zamieszkać w grocie, aby zostać eremitą? Czy o stopniu pustelnictwa decyduje wybór wgłębienia w skale zamiast zwykłego domu nieopodal jakiejś miejscowości? Przyznaję, że grota pojawiła się w moim samotniczym życiu, chociaż wcale jej nie szukałam. Banalna z pozoru refleksja uświadomiła mi, że i tym razem było to zaproszenie – nie mój osobisty wybór, lecz Boże wezwanie.
Pewnego razu ktoś zawołał: „Ależ to nie jest prawdziwa grota, tylko szczelina skalna!”. Żyć w grocie, półgrocie czy ćwierćgrocie – to dla mnie całkowicie obojętne: nie w tym tkwi sedno życia eremickiego. Puściłam więc w niepamięć tamtą uwagę, nie nadymając tym swojej samotniczej pychy. Owo zdanie prześladowało mnie jednak uporczywie podczas modlitwy. Dla mnie sprawa była przejrzysta: zostać eremitą to przede wszystkim żyć w samotności, aby ustawicznie się modlić i poddawać się w każdej chwili uświęcającemu, jednoczącemu i przemieniającemu działaniu Ducha Bożego.
Zresztą na początku swojego samotniczego życia uznałam, że eremityzm w XX wieku nie zobowiązuje do odtwarzania warunków pradawnego życia pustelników z IV stulecia: byłby to jakiś fanatyzm, przeszkadzający w dążeniu do celu duchowego. Żyć w grocie! A dlaczego nie na pniu drzewa jak dendryci2 albo na słupie jak św. Symeon Stylita?3 Musiało ich obłazić robactwo; nie, dziękuję!
Grotę odkryłam dopiero po kilku tygodniach spędzonych na owej górze. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale poczułam do niej miłość od pierwszego wejrzenia. Pod jej urokiem całe moje rozumowanie, wszystkie moje mądre rozważania na temat dwudziestowiecznego eremityzmu momentalnie się rozwiały. To było odpowiednie miejsce: właśnie tu należało zamieszkać – stwierdziłam bez namysłu; wyjątkowe miejsce, jedyne takie przeznaczone do tego, żeby prowadzić życie modlitwy. Uderzyła mnie ta oczywistość; tutaj wszystko sprzyjało modlitwie i pozostawało jedynie to, co dla niej niezbędne – bytowe minimum. Nie było tak, że życie sobie, a modlitwa sobie: ona tworzyła jakby kościec dnia, zaś potrzeby życiowe – praca, jedzenie, sen – musiały się układać wokół niej.
Było to jasne jak słońce. Mieszkałam w grocie, zachowując chatkę na wypadek wielkiego zmęczenia lub choroby. Tak robiłam przez dwa lata.
Mimo wszystko musiałam zweryfikować słuszność swoich przemyśleń o dzisiejszym eremityzmie. Człowiek współczesny nie przywykł do tego, żeby długo siedzieć w kucki, a po wyprostowaniu się balansować chwiejnie na krawędzi skały. Nielichy upadek z kilku metrów, którego doznałam po wyjściu z groty, kazał mi się głęboko zastanowić nad nieustanną czujnością, jakiej wymagało mieszkanie w tym miejscu. Doszłam do wniosku, że chroni mnie nadzwyczaj skuteczny Anioł Stróż, skoro wyszłam z tego jedynie z siniakami: po takim upadku było to coś niezwykłego!
Co pewien czas przypominało mi się tamto zdanie: „Ależ to nie jest prawdziwa grota, tylko szczelina skalna!”.
Światło na te słowa rzuciła lektura Pisma Świętego. Nagle wersety z Pieśni nad Pieśniami przemówiły do mnie osobiście, jak gdyby zostały napisane specjalnie dla mnie:
Powstań, przyjaciółko ma, piękna ma, i pójdź! Gołąbko ma, ukryta w rozpadlinach skały, w szczelinach przepaści, ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos! (Pnp 2,13–14)4
W rezultacie spostrzegłam, że usilnie starając się żyć pod przewodnictwem Ducha Świętego – o ile mi się to faktycznie udawało… – mogę się porównywać z ową gołębicą. Tak, Umiłowany chciał słyszeć mój gołębi głos, mój głos oblubienicy, to znaczy moją modlitwę pod natchnieniem Ducha Świętego.
W końcu zwracałam baczną uwagę na wszystko, co się kojarzyło z „rozpadliną skały”. Boga nazywają Opoką niezliczone wersety psalmów, poczynając od tego, który co rano śpiewają wszystkie mniszki i zakonnice na świecie:
Przyjdźcie, radośnie śpiewajmy Panu, wznośmy okrzyki na cześć Opoki naszego zbawienia (Ps 94,1).
Ten pierwszy, zapraszający psalm, który otwiera całodzienną liturgię godzin, od razu przedstawia Boga jako Opokę, a równocześnie zachęca nas do okrzyków radości. Bóg jest skałą w najdobitniejszym sensie, ponieważ daje mocne, niewzruszone oparcie:
Złóżcie nadzieję w Panu na zawsze, bo Pan jest wiekuistą skałą! (Iz 26,4)
Dlatego człowiek, który buduje na skale, przetrwa nawałnicę i nie załamie się pod naporem doświadczeń:
Każdego (…), kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki (Mt 7,24–27).
W powyższym passusie z Ewangelii według św. Mateusza Jezus uwyraźnia różnicę między praktykowaniem wiary, decydującym o autentycznej przynależności do Boga, a samym jej wyznawaniem, które pozostaje martwą literą, zupełnym pustosłowiem; tylko w domyśle sam siebie przedstawia jako Boga, skałę. Jednakże właśnie w tym człowieku, Jezusie, apostołowie rozpoznali Boga, Skałę, Opokę:
Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus (1 Kor 3,11).
Z tego kamienia można ugasić pragnienie:
Nasi ojcowie wszyscy (…) pili ten sam duchowy napój. Pili zaś z towarzyszącej im duchowej skały, a skałą był Chrystus (1 Kor 10,1–4).
Od momentu wyjścia Izraelitów z Egiptu zapowiadany jest Chrystus – wysłannik Boży, który zostanie uderzony przez ludzi, ale napoi swoich naśladowców i rozważających Jego mękę:
Pan odpowiedział Mojżeszowi: „(…) Oto Ja stanę przed tobą na skale, na Horebie. Uderzysz w skałę, a wypłynie z niej woda, i lud zaspokoi swe pragnienie” (Wj 17,5–6).
Mieszkanie w szczelinie skalnej to było dosłownie zamieszkiwanie w zagłębieniu miłości Boga, życie w ukryciu i w bliskiej z Nim zażyłości dla podziwiania Jego chwały. Tym, co mnie urzekło w tej historii, w której Bóg objął całe prowadzenie i dokonał wyboru miejsca, jest waga, jaką On przywiązuje do realiów i konkretu.
Żyć jednak samą wodą i miłością Bożą, kuląc się w szczelinie skalnej – to dyskretnie trąci jałowością, spędzaniem czasu na niczym, bezczynnym przesiadywaniem na ziemi, unikaniem jakiejkolwiek odpowiedzialności.
„Siostra ma cały swój czas do dyspozycji…”
„Nie ma tu nic do roboty poza modlitwą…”
„Nie wiem, czym można sobie wypełniać dni w takim miejscu…”
Na czym w istocie polega bezczynność eremity? Nasuwa się tutaj ważne pytanie o treść dnia, o jego przebieg. Stwierdziłam, że doba górskiej pustelnicy zgoła nie przypomina uporządkowanego i uregulowanego życia mniszki. Zresztą między innymi brak elektryczności uzależniał mnie od światła dziennego, to zaś oznacza, że mój dzień zimowy diametralnie różnił się od dnia letniego. Zacznijmy zatem od początku, od (pozornie) zwykłego poranka we wgłębieniu Skały…
1 Chodzi o wojnę narodowowyzwoleńczą z lat 1954–1962, prowadzoną pod kierownictwem politycznym Frontu Wyzwolenia Narodowego przeciw kolonialnej zależności Algierii od Francji; zakończyła się ona podpisaniem porozumienia o zawieszeniu działań wojennych oraz uznaniu przez Francję suwerenności i terytorialnej integralności Algierii; w czerwcu 1962 r. proklamowano niepodległą Algierską Republikę Ludowo-Demokratyczną – przyp. tłum.
2 Dendryta (z grec. dendron – drzewo) – asceta spędzający życie na drzewie lub w jego wnętrzu – przyp. tłum.
3 Stylici (z grec. stylos – kolumna, słup) praktykowali „szczególną formę życia ascetycznego w cesarstwie bizantyńskim, zwłaszcza w monastycyzmie syryjskim, przede wszystkim w IV–VI w. Polegała ona na przebywaniu na słupach naturalnych albo sztucznych; niektórzy asceci z powodu braku tego rodzaju słupów żyli przykuci łańcuchami do skały albo w pieczarze, której nie opuszczali. Za inicjatora tej formy ascezy uważa się Szymona Słupnika Starszego (zm. 459 r.), którego kontynuatorami byli Szymon Słupnik Młodszy (zm. 596 r.), Daniel Słupnik (okolice Bosforu, zm. 494 r.) i jeszcze w X w. Łukasz Słupnik (zm. 979 r.). Tę formę życia, która robiła wielkie wrażenie na współczesnych, praktykowały również kobiety” (J. Lanczkowski, Życie monastyczne i zakonne. Mały słownik, przeł. T. Szafrański, VERBINUM Wydawnictwo Księży Werbistów, Warszawa 2003, s. 142) – przyp. tłum.
4 Cytaty biblijne podano za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu w przekładzie z języków oryginalnych. Biblia Tysiąclecia, wyd. 5, Pallottinum, Poznań 2015.
Siostra Catherine - jest katolicką eremitką. Nie należy do zakonu ani do żadnej innej wspólnoty. Od 1993 roku mieszka w odosobnieniu, w Alpach Południowych. W latach 1995–2020 żyła w bardzo oddalonej, trudno dostępnej pustelni bez wody i prądu. Jest autorką książek opisujących jej życie i doświadczenia duchowe.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Rozdział pierwszy. Wezwanie
Przypisy
O Autorce
Spis treści
Cover
Title Page
Strona tytułowa
