Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kiedy budzi się obok martwego mężczyzny, wie tylko jedno – od tej chwili wszystko, co powie, może ją pogrążyć.
Hubert nie żyje. Policja twierdzi, że zabiła go śmiertelna mieszanka narkotyków. Jeden ze świadków znika bez śladu, a śledczy próbują ustalić, co tak naprawdę wydarzyło się w domu Na Łąkach.
Kobieta, która spędziła z Hubertem jego ostatnią noc, krok po kroku odtwarza swoją historię. Opowiada o życiu w nowym domu, przypadkowej znajomości, fascynacji, która wymknęła się spod kontroli, i o ludziach, których pozornie połączył tylko wspólny adres.
Jednocześnie z mroku wyłania się inna opowieść. Historia dziewczyny wychowanej w domu, gdzie strach był codziennością, a milczenie obowiązkiem. Historia krzywd, o których wszyscy chcieli zapomnieć.
W miarę jak granica między przeszłością a teraźniejszością zaczyna się zacierać, okazuje się, że niektóre tragedie rzucają cień na całe życie. Bo są krzyki, których nie słychać. I takie, które rozbrzmiewają latami.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 286
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Klaudia Muniak, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Karolina Guzik
Redakcja: Magdalena Białek
Korekta: Agnieszka Śliz, Anna Zientek
Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68889-95-6
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
Hubert chwyta mnie za biodra i przyciska bliżej siebie. Moje ciało drży, dreszcze rozchodzą się falami, robi mi się od nich potwornie słabo. Cierpnie mi skóra na karku i przedramionach. W jego dotyku nie ma delikatności. Zdejmuje mi bluzkę; ledwo się jej pozbywa, rozpina mi spodnie. Jego ruchy są zachłanne i niemal agresywne, nieznoszące sprzeciwu. Kiedy zostaję w samej bieliźnie, dopada mnie niepewność tak wielka, że muszę się zatrzymać.
– Zaczekaj – wysapuję.
– Na co? – prycha.
Zaglądam mu w oczy. To, co w nich widzę, nie pozostawia złudzeń, z kim poszłam do łóżka. Hubert nie tyle lubi dominować, co chce, żeby kobieta była mu podległa. Bierze to, na co ma ochotę, i niekoniecznie pyta, czy robi to we właściwy sposób.
– Może… – odzywam się, lecz moja myśl kończy się jedynie cichym jękiem. Ląduję na brzuchu, przewrócił mnie z zaskakującą łatwością. Żaden z niego atleta, ale bez dwóch zdań ma wprawę.
– Nie przyszedłem tu na pogaduchy – wyszeptuje mi do ucha, a potem błyskawicznie pozbywa się moich majtek. Nie muszę nawet unosić bioder, rozrywa materiał i głowę daję, że sprawia mu tu frajdę. Bezrefleksyjnie szarpie zapięcie od mojego biustonosza. Ta część mojej bielizny również trafia na posadzkę.
– Założyłeś prezerwatywę? – upewniam się.
– Jasne – rzuca. Oddycha przy tym głębiej, słyszę wyraźnie, że jest podniecony. Za moment również to czuję.
Hubert wchodzi we mnie szybko, wręcz brutalnie. Doświadczam dyskomfortu, którego nie mam jak zamanifestować, bo napiera na mnie ponownie. Wbijam twarz w poduszkę, dłonie zaciskam na jej rogach i wierzę, że zaraz będzie lepiej.
Kolejne pchnięcia są jednak nie mniej gwałtowne. Hubert porusza się we mnie w tempie, którego się nie spodziewałam. Do samego końca pieprzymy się na jego zasadach. Kiedy się ze mnie wysuwa, czuję nieprzyjemne pulsowanie w kroczu. Rwą mnie pachwiny i piecze mnie skóra. Oddycham nierówno, a serce bije mi jak wściekłe. Pompuje krew do moich tętnic z siłą, która przyprawia mnie o bolesny ucisk w skroniach. Wiem, że płoną mi policzki.
– Już idziesz? – wysapuję.
Hubert zdążył zdjąć prezerwatywę i rozgląda się za swoimi bokserkami.
– Ledwo zaczęliśmy… – Kładę dłoń na jego barku.
Zerka w moją stronę jakby od niechcenia. Mruży przy tym powieki. Nie mogę powiedzieć, że nie wygląda pociągająco. Jest przystojnym facetem i nikt mu tego nie odmówi.
– Dokąd się tak spieszysz? – Dźwigam się do pozycji siedzącej, dłoń przesuwam na jego kark. Masuję mu go z wyczuciem.
– Skończyliśmy – bąka.
– No coś ty – rzucam, a potem pochylam się bliżej jego ucha, by wyszeptać: – Najlepsza zabawa dopiero przed nami.
Hubert leży z głową wykręconą w moją stronę. Jego twarz jest upiornie blada. Oczy ma szeroko otwarte, a źrenice nienaturalnie zwężone. Wargi potwornie mu posiniały, pokryły się jakąś lepką, mało estetyczną mazią. Zauważam, że zsiniały mu nie tylko usta, niebieskawe końcówki jego palców ostro kontrastują z pozbawionymi koloru dłońmi. Mam ochotę go dotknąć i sprawdzić, czy wyczuję puls, ale bijąca od niego pustka nie pozostawia żadnych złudzeń.
Wybiegam z pokoju. Po drodze zaplątuję się w jego dżinsy. To dobrze skrojone spodnie, Hubert nigdy nie wyglądał tandetnie. Strzepuję nogawkę z grzbietu stopy, jakby materiał mnie parzył, i wypadam na korytarz. Pędzę schodami w dół. Na klatce panuje półmrok, jednak nie zaprzątam sobie głowy zapalaniem światła. Z ostatnich trzech stopni zeskakuję. Ląduję wyjątkowo niezdarnie, czuję ból. Klnę pod nosem, tylko skręconej stopy mi teraz brakuje.
Kuśtykam do drzwi jedynego pokoju na parterze i walę w nie pięścią tak mocno, że pieką mnie knykcie. Kostki mam już wściekle czerwone, ale dobijam się dalej.
Mateusz wreszcie otwiera. Jest zaspany, włosy sterczą mu na wszystkie strony, ma na sobie jedynie czarne bokserki.
– Co jest, do chuja? – mamrocze, rozcierając policzki obiema dłońmi.
– Mati… – wyduszam z siebie.
– Wiesz, która jest godzina? – mówi wciąż na wpół śpiący.
Kręcę głową.
– Ja też nie – warczy. – Ale rano. Wcześnie. Może nawet jeszcze noc.
– Chodź na górę – dukam.
– Co?
– Do mojego pokoju.
– Co ty odpierdalasz? – Jego wzrok nabiera ostrości, zaczyna przyglądać mi się z podejrzliwością, która sprawia, że robi mi się gorąco. – Gdzie Hubert?
– Po prostu chodź – mówię.
Mateusz się śmieje, jakbym opowiedziała wyborny dowcip. Jego beztroska działa na mnie jak płachta na byka. Chwytam go za ramię. Mocno, tak że czuję strukturę jego mięśni.
– Chodź ze mną na górę – cedzę przez zęby. – Musisz coś zobaczyć.
Chłopak przestaje się śmiać. Patrzymy sobie w oczy. Nie mam pojęcia, co ujrzał w moich źrenicach, ale wyrywa ramię z uścisku i zaczyna się ubierać. Ze zniecierpliwieniem obserwuję, jak wkłada spodnie, zasuwa rozporek, a potem rozgląda się za koszulką. Nie może jej znaleźć. W końcu z niej rezygnuje.
– Nie wiem, co ty odpierdalasz – rzuca, wychodząc na korytarz – ale niech ci będzie.
Idę za Mateuszem po schodach. Serce chce mi wyskoczyć z piersi, dłonie mam tak mokre, że ślizgają się po poręczy. Nie mogę jednak jej puścić, czuję, że jeśli to zrobię, przewrócę się. Tyle dzieje się w mojej głowie, że zapominam nawet o bolącej kostce.
Docieramy wreszcie do mojego pokoju. Mati wchodzi do środka, sama przystaję w progu. Wyglądam zza ramienia współlokatora i przekonuję się, że Hubert leży w tej samej pozycji co wcześniej. Nie dowierzam, że spodziewałam się innego widoku.
Mateusz podchodzi bliżej łóżka, pochyla się, jakby i on wątpił w to, co widzą jego oczy. Robi jeszcze jeden krok, a potem staje jak wryty. Kark mu wyraźnie sztywnieje, mięśnie na jego plecach również się napinają.
– Ja pierdolę! – wrzeszczy, odskakując od łóżka.
Sama również się cofam o krok.
– Co jest, kurwa?! – Obraca się gwałtownie w moją stronę. – Co to ma być, do chuja?!
Chłopak patrzy na mnie wytrzeszczonymi oczami, panika wręcz się z nich wylewa. Nogi mam jak z waty, chwytam się poręczy, żeby nie upaść.
***
Zjawia się karetka pogotowia, a zaraz po niej przyjeżdża radiowóz lokalnej jednostki policji. Dwóch funkcjonariuszy rozstawia nas po kątach. Chłopakom każą czekać w swoich pokojach, Wiolę lokują w kuchni. Mnie przypada korytarz. Jeden z mundurowych pyta, co się stało. Opowiadam, staram się mówić składnie, jednak nie jestem pewna, czy i na ile mi to wychodzi. Nadal cała się trzęsę. Policjant mi nie przerywa, za to robi zapiski, wydaje mi się, że dość skrupulatne.
– I tyle? – upewnia się, kiedy milknę.
– Później to już przyjechaliście.
Mundurowy zamyka służbowy notatnik, po czym chowa go do tylnej kieszeni spodni.
– Co teraz? – pytam, obejmując się ramionami, jakby było mi zimo.
– Zaraz przyjedzie ktoś z komendy miejskiej – oznajmia.
Dochodzeniówka, no jasne, myślę, mocniej zaciskając dłonie na swoich przedramionach. W końcu mamy zgon.
Niedługo w domu zjawia się postawny mężczyzna. Jego aparycja budzi respekt. Gdybym spotkała go po zmroku w ciasnym zaułku, przestraszyłabym się. Ma posturę karka z siłowni. Oblewa mnie zimny pot na myśl, że zaraz zacznie mnie przepytywać.
Facet w pierwszej kolejności udaje się jednak na piętro. Mundurowy, który wcześniej ze mną rozmawiał, nakazuje mi zostać na dole. Docierają do mnie strzępki dyskusji, funkcjonariusze komentują stan zwłok, policjant z dochodzeniówki dopytuje o telefon Huberta. Są w moim pokoju na tyle długo, że nachodzi mnie myśl, iż może poradzą sobie beze mnie. Moje nadzieje pryskają dosłownie moment później. Śledczy wraca na parter i od razu do mnie podchodzi.
– Komisarz Kostecki, Komeda Miejska Policji w Krakowie – przedstawia się, pokazując mi swoją legitymację służbową. Robi to na tyle szybko, że nie mam szans się jej dobrze przyjrzeć. – Wyrzucała pani coś do śmieci? – Z marszu przechodzi do konkretów.
– Nie.
– A któryś ze współlokatorów?
– Nie wiem. Chyba też nie.
W domu zjawia się więcej osób. Mężczyźni mają na sobie odzież ochronną. Na ich widok Kostecki przerywa ze mną rozmowę. Prowadzi techników na górę. Odprowadzam ich wzrokiem, słyszę, że dyskutują. Robią to jednak na tyle cicho, że nie jestem w stanie rozszyfrować poszczególnych słów. Wydaje mi się, że mija co najmniej kwadrans, zanim policjant do mnie wraca.
– Wchodziła pani do pokoju po tym, jak z niego wybiegła, żeby zaalarmować domowników? – pyta.
– Nie.
– A czy oprócz pani był ktoś w pani pokoju przed tym, jak przyjechaliśmy?
Zatrzymuję dłużej wzrok na śledczym. Ma całkiem przyjemny wyraz twarzy, a spojrzenie zaskakująco łagodne.
– Wchodził ktoś do pani pokoju? – powtarza pytanie.
– Mateusz – przyznaję, czując nagłą suchość w ustach.
– Kto to?
– Mieszka tu, na dole. – Wskazuję na drzwi od pokoju współlokatora.
– I gdzie on teraz jest?
– Nie wiem. Wyszedł, zanim przyjechała karetka.
Komisarz kiwa głową w milczeniu, rozgląda się przy tym po korytarzu, jakby się spodziewał, że odpowiedzi, których szuka, będą wypisane na ścianach. W końcu ponownie skupia swoje spojrzenie na mnie.
– Pojedzie pani ze mną na komendę.
– Na komendę?
– Pani chłopak nie żyje – przypomina mi. – Leży martwy w pani pokoju.
– Nie byliśmy parą.
– Sama pani widzi, że jest sporo do wyjaśnienia.
Przełykam ślinę tak głośno, że jestem pewna, iż Kostecki to usłyszał. Protesty nie mają sensu. Wsiadam do radiowozu niczym przyłapana na gorącym uczynku kryminalistka. Poranne korki już odpuściły, ale i tak dotarcie na Siemiradzkiego zajmuje nam ponad pół godziny. Przez cały ten czas policjant w ogóle się nie odzywa.
Budynek komendy miejskiej to ceglany gmach. Fasadę na wysokości ostatniego piętra otynkowano na jasno. Im jesteśmy bliżej budynku, tym bardziej pęcznieje we mnie przekonanie, że już z niego nie wyjdę. Chyba że w kajdankach.
Komisarz Kostecki wysiada z radiowozu, po czym podchodzi do tylnych drzwi i zamaszyście je przede mną otwiera. Podnoszę się z siedzenia, czując nieprzejednaną sztywność w całym ciele. Moje nogi przypominają kłody, które nie chcą się przemieszczać.
– Tędy. – Policjant wskazuje mi drogę.
Wchodzimy do budynku. W milczeniu przemierzamy korytarz z rzędem pozamykanych drzwi. Śledczy wprowadza mnie do jednego z pokojów. Dostrzegam trzy biurka, każde zawalone papierzyskami. Zgaduję, że to miejsce, w którym funkcjonariusz urzęduje na co dzień.
– Zaraz do pani wrócę – oświadcza, podsuwając mi krzesło.
Posłusznie zajmuję miejsce, które dla mnie przygotował.
– Potrzebuje pani czegoś?
– Nie.
– Może wodę?
– Może być.
Rozglądam się po pomieszczeniu. To naturalne, że tu jestem, mówię sobie. Hubert zmarł w moim pokoju. W moim łóżku. W mojej pościeli. Znów obejmuję się ramionami, jakby było mi zimno, wiem, że czeka mnie niełatwa przeprawa. Zerkam przy tym za siebie, bo nie opuszcza mnie wrażenie, że ktoś się mi przygląda. Rzeczywiście, nie zostałam w pokoju sama. Umundurowany policjant kręci się przy wejściu i nie spuszcza ze mnie wzroku.
Wracam do taksowania ścian. Mimowolnie analizuję wszystko, co się wydarzyło. W głowie kłębią mi się pytania, którymi Kostecki zasypał mnie jeszcze w domu.
Mija dobre pół godziny, a policjant nie wraca. Nie wiem, czy to celowe działanie, czy śledczego coś nieoczekiwanie zatrzymało, ale zaczynam coraz bardziej się denerwować. Prześlizguję się wzrokiem po blacie biurka, powtarzając sobie, że to naturalne. W moim pokoju zmarł człowiek, muszą mnie przesłuchać.
Funkcjonariusz wreszcie przychodzi. Przyprowadza ze sobą kobietę, która dorównuje mu wzrostem. Zmieniam zdanie: to jej aparycja budzi respekt. Do tego policjantka ma ostre rysy twarzy. Zresztą spojrzenie również.
– Aspirant Anna Tomczyńska. – Komisarz wskazuje na swoją towarzyszkę, zajmuje przy tym miejsce w fotelu naprzeciw mnie.
Zdobywam się na nieznaczne skinięcie głową.
– Woda dla pani. – Śledczy przesuwa papierowy kubek w moją stronę.
– Dziękuję – bąkam, zaglądając do środka, jakbym musiała się upewnić, co faktycznie znajduje się w jednorazowym naczyniu.
– Jak się pani czuje? – zagaduje Kostecki życzliwym tonem. Powiedziałabym nawet, że zbyt życzliwym.
– Bywało lepiej – odpowiadam, zerkając na funkcjonariusza badawczo. Nie chcę się nabrać na pozorną przychylność. Może policjant próbuje mnie w ten sposób podejść.
– Nic pani nie boli?
– Nie.
– Jakieś zawroty głowy albo… luki w pamięci?
– No nie.
Komisarz wpatruje się we mnie wyjątkowo ciemnymi oczami, dla odmiany tęczówki Tomczyńskiej są jasne, blado niebieskie, niemal popielate. Otulająca nas cisza zaczyna mi ciążyć.
– Okoliczności nie są przyjemne, rozumiem, że ta rozmowa może być dla pani trudna – stwierdza w końcu mężczyzna. – Ale musimy porozmawiać o tym, co się wydarzyło.
– Rozumiem – mamroczę jeszcze bardziej zaskoczona jego postawą. W domu się tak ze mną nie cackał. Próbuję wywnioskować, co się zmieniło.
– Możemy zaczynać? – pyta tymczasem śledczy.
– Tak – potwierdzam krótko.
– Nagramy naszą rozmowę – informuje, zerkając przelotnie na swoją towarzyszkę.
Policjantka kładzie na biurku dyktafon. Mimowolnie spoglądam na urządzenie.
– To standardowa procedura – zapewnia Kostecki.
– Rozumiem – odburkuję.
Śledczy prosi o podanie imienia i nazwiska. Odrywam wzrok od sprzętu, który rejestruje wszystko, co mówię, dopiero gdy niezbędne formalności mamy załatwione. Kostecki oddaje mi dowód osobisty, po czym otwiera sfatygowany notes. Wydaje mi się, że to ten sam notatnik, który miał ze sobą w domu. Komisarz wpatruje się w zapiski, mam wrażenie, że dłużej, niż jest to potrzebne. I intensywniej, niż bym się spodziewała. Nawet nie mruga. Mija co najmniej minuta, zanim wreszcie unosi głowę.
– Proszę opowiedzieć, co się stało.
Nabieram głębiej powietrza, bo już to przecież zrobiłam. Zerkam na pracujący dyktafon. Zginął człowiek, oficjalne zeznania są konieczne, powtarzam sobie po raz enty.
– Obudziłam się – podejmuję – a Hubert… tak leżał. Tak jak go widzieliście. To znaczy pan widział. Nieruchomy. Z sinymi ustami i tą białawą śliną dookoła. Nie mam pojęcia, co się stało, ale ten widok był… po prostu przerażający. Wybiegłam z pokoju, z tego wszystkiego o mało nie spadłam ze schodów.
Kostecki zagląda do notatnika, jakby sprawdzał, czy to, co mówię, pasuje do tego, co zeznałam wcześniej. Czuję, że wewnętrzna strona moich dłoni pokrywa się wilgocią. Nie sądziłam, że podobna weryfikacja może być tak stresująca.
Usiłuję odchrząknąć to, co zalega mi w gardle, ale kolejne próby kończą się niepowodzeniem. Jesteśmy dopiero na starcie, a mnie już zawodzi głos.
– W porządku? – Komisarz unosi na mnie spojrzenie.
– Tak – mówię. – Chociaż nie. Nic nie jest w porządku. W moim pokoju zszedł człowiek. Leżałam obok nieboszczyka.
– Domyślam się, że to trudne doświadczenie. – Policjant nie przestaje okazywać mi swojej empatii. Powinno mnie to uspokoić, ale prawda jest taka, że wyrozumiałość śledczego działa na mnie zupełnie odwrotnie. – Proszę dać znać, gdy poczuje pani, że potrzebna jest przerwa.
Prycham bezgłośnie, bo przygotowałam się na kilkunastominutową rozmowę, w porywach godzinną, ale po tym, co usłyszałam, chyba powinnam zweryfikować swoje nastawienie.
– Przejdźmy do pytań – zarządza Tomczyńska.
Przenoszę spojrzenie na policjantkę. Nie wierzę, że jest aż tak oschła, że to jej naturalny sposób bycia. Ale odgrywanie złego gliny wychodzi jej znakomicie.
– Co panią łączyło z Hubertem Niewiadomskim? – pyta Kostecki.
Wracam wzrokiem do komisarza. Spogląda na mnie wyczekująco, jednak nie mogę powiedzieć, że ze zniecierpliwieniem. Biorę głębszy wdech.
Kiedy dzwoni budzik, w pokoju jest zupełnie ciemno. Z trudem unoszę powieki. Pierwsza próba wyłączenia alarmu kończy się niepowodzeniem, udaje mi się to dopiero za drugim razem. Opadam z powrotem na łóżku i słyszę krople deszczu rozbijające się o parapet. Ich dudnienie jest wręcz przytłaczające. Trzaski nieszczelnej szyby w oknie również nie działają mobilizująco. Czuję się kompletnie wypompowana z energii.
Sprawdzam godzinę w naiwnej nadziei, że jest środek nocy. Jęczę, bo powinnam wstać już dziesięć minut temu. Na myśl, że gdybym mieszkała sama, mogłabym zostać w łóżku jeszcze co najmniej przez pół godziny, dopada mnie zniechęcenie tak wielkie, że rozważam pomysł uduszenia się własną poduszką. Wystarcza jednak, że przypomnę sobie smród, jaki będzie unosił się w toalecie, jeśli Sylwek wejdzie do niej przede mną, żebym wyskoczyła z łóżka.
Udaje mi się skorzystać z łazienki, zanim chłopak zacznie się do niej dobijać. Wracam do swojego maleńkiego pokoiku. Pomieszczenie, w którym mieszkam, jest tak ciasne, że starczyło w nim miejsca jedynie na łóżko, wąską szafę i malutkie, naprawdę malutkie biurko. Fotel się już nie zmieścił; żeby skorzystać z blatu, muszę usiąść na materacu. Kiedy znajduję wreszcie wygodną pozycję i zaczynam robić makijaż, słyszę, jak dom ożywa.
– Pospiesz się! – Mateusz pogania Sylwka, który okupuje toaletę. – Muszę się odlać, do chuja pana!
– Wiola, wpuść mnie na moment. – Radek z kolei dobija się do łazienki. – Tylko zęby umyję – zapewnia.
Dziewczyna ulega, a po chwili para zaczyna się kłócić.
Pokój, który zajmuję, graniczy z łazienką, co rzecz jasna, nie daje żadnych innych korzyści poza tą, że od czasu do czasu mogę podsłuchać jakąś ciekawą wymianę zdań. Przysłuchiwanie się kakofonii porannych toalet i wieczornych kąpieli moich współlokatorów już nie jest tak przyjemne. Słyszałam już naprawdę wiele, wiem, jakie dźwięki wydaje Wiola, gdy Radek ją posuwa, a po odgłosie wpadania moczu do sedesu potrafię rozpoznać, który z chłopaków okupuje toaletę. A mieszkam tu od zaledwie kilku tygodni.
Tuszuję rzęsy, podczas gdy Wiola nadal wrzeszczy na Radka, rozkręciła się na całego. Zdaje się jednak, że chłopak nie zamierza wyjść, dopóki nie załatwi wszystkich swoich porannych potrzeb fizjologicznych. Mam wrażenie, że to ich codzienny rytuał, że bez niego nie są w stanie rozpocząć kolejnego dnia.
Kończę się malować, kiedy zaczynają trzaskać drzwi. Najpierw z domu wychodzi Sylwek, który jest hydraulikiem, potem Radek i w końcu jego dziewczyna. Radek pracuje jako programista i zwyczajnie mnie wkurza, ale Wiola mi imponuje. Pracuje w laboratorium, zajmuje się naprawdę interesującymi badaniami. Doceniam również fakt, że tu mieszka. W przeciwnym razie tylko ja przejmowałabym się stanem sanitarnym naszej wspólnej łazienki.
Schodzę wreszcie na dół, idę prosto do kuchni. Jeszcze nie nauczyłam się ignorować sterty naczyń na suszarce. Każdego ranka podziwiam tę skomplikowaną konstrukcję, to jakiś pieprzony cud, że nie runęła. Wyczekuję dnia, kiedy się zawali.
Wrzucam do tostera dwie kromki chleba. Gotowe grzanki smaruję masłem, kładę na nich po plastrze żółtego sera i parzę kawę. Siadam przy stole. Zaraz jednak muszę od niego wstać. Na blacie jest tyle okruchów, że nie mam innego wyjścia, jak się ich pozbyć, zanim zacznę jeść. Dom, w którym wynajęłam pokój, przypomina akademik, z tą różnicą, że mieszkają tu dorośli ludzie.
Kiedy wgryzam się w kanapkę, do kuchni wchodzi Mateusz. Roztacza wokół siebie woń przetrawionego alkoholu. Chłopak zajmuje pokój na dole, klitkę, która chyba w zamyśle tego, kto budował dom, miała być pomieszczeniem gospodarczym. Obecny właściciel przerobił je jednak na kwaterę do wynajęcia.
– Siema – rzuca.
– Hej – odpowiadam, taksując go uważnie. Jeśli ma kaca, zupełnie tego po nim nie widać. Może jedynie zdradzają go nieco ciemniejsze niż zwykle worki pod oczami.
– Pożyczysz chleba? – pyta.
– Częstuj się. – Nie muszę tłumaczyć, gdzie znajdzie pieczywo.
Mateusz smaruje kromkę pasztetem. Podejrzewam, że i ten pasztet nie jest jego. Je na stojąco przy kuchennym blacie, ewidentnie się spieszy.
– Kumpel jest u mnie – bełkocze pomiędzy jednym kęsem a drugim. – Dasz mu coś do żarcia?
– A mam inne wyjście? – Zerkam na współlokatora.
Niemal w tym samym momencie drzwi od kuchni się uchylają.
– No sama oceń – rzuca Mateusz, wskazując w tamtą stronę.
Do środka wchodzi młody mężczyzna, któremu trudno odmówić atrakcyjności. Jest wysoki i barczysty. Włosy ma w nieładzie, ale zdaje się, że są starannie przycięte.
– Cześć – odzywa się nieznajomy, a moje serce przyspiesza. – Hubert. – Chłopak wyciąga ku mnie dłoń.
Podaję mu swoją i się przedstawiam. Teraz moje serce już dudni tak, jakby miało mi zaraz połamać żebra.
– Lecę – oznajmia Mateusz.
Hubert unosi rękę w kierunku kolegi, a ten znika z kuchni.
– Mam cię nakarmić – mówię, kiedy zamykają się drzwi za Mateuszem.
Chłopak przenosi na mnie spojrzenie.
– Taki kumpel to skarb – mówi.
– Pewnie – przytakuję. – Zrobi imprezkę, potem przygotuje śniadanie…
– Trochę wczoraj przedobrzyliśmy – przyznaje Hubert.
– Nie da się ukryć.
– Nie mogłaś spać? – Unosi znacząco jedną brew.
– Mieszkam nad kuchnią. – Wskazuję na sufit. – Więc wyobraź sobie, jak wyglądała moja wczorajsza noc.
– Następnym razem, jak nie będziesz mogła zasnąć, to po prostu przyłącz się do nas – rzuca z rozbrajająco zadziornym uśmiechem.
– Mam to traktować jak zaproszenie? – Wstaję od stołu, by pozmywać po sobie naczynia.
– Jasne. – Opiera się plecami o kuchenny blat.
– W takim razie skorzystam.
– Trzymam za słowo.
Zerkam na Huberta, a ten posyła mi kolejny zawadiacki uśmiech. Ciepło z moich trzewi dociera do samych kończyn.
– Jadłaś już? – pyta.
– Właśnie skończyłam.
– Szkoda.
Kątem oka widzę, że robi zawiedzioną minę. Odwracam się twarzą w jego stronę. Podobnie jak po Mateuszu, nie widać po nim żadnej niedyspozycji. Nie zauważam nawet podków pod oczami.
– Dlaczego szkoda? – zagajam.
– Bo zdaje się, że mieszkasz tu od niedawna.
– Zaledwie trzy tygodnie – potwierdzam, zerkając na suszarkę obok zlewu. Zastanawiam się, jak upchnę na niej naczynia, które właśnie umyłam.
– Pracujesz gdzieś w okolicy?
– A co? – rzucam, sięgając po ścierkę. Uznaję, że najbezpieczniej będzie, jeśli po prostu wytrę wszystko do sucha. – Chcesz mnie wyrwać na stwierdzenie, że chyba się gdzieś już wcześniej widzieliśmy? Albo że wpadliśmy na siebie w tramwaju?
Chłopak znów się śmieje, a mi robi się już zwyczajnie gorąco.
– Nic z tego – oświadczam. – Nie ze mną takie numery.
– Okej, będę musiał wysilić się bardziej.
– Tu znajdziesz chleb… – Ręce mam już wolne, więc pokazuję nowemu znajomemu, gdzie leży moje jedzenie. – A z lodówki to po prostu weź sobie coś z którejkolwiek półki. Tu każdy każdemu podbiera żarcie. Wiesz, że w zeszłym tygodniu wypiłam niemal pięć litrów mleka?
– Będziesz miała mocne kości. – Hubert znów wesoło się śmieje. Ma ostro zarysowaną szczękę, nadaje mu to pociągającą hardość. Podobnie jak króciutki zarost, który ją pokrywa.
– Smacznego – rzucam, odrywając się od blatu. – I… – Zatrzymuję dłużej wzrok na chłopaku. – Na razie.
– Do zobaczenia – odpowiada, po czym odprowadza mnie wzrokiem do wyjścia.
