Wydawca: The Facto Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 367 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ogólna teoria wszystkiego - Igor Zalewski

"Ogólna teoria wszystkiego" to zbiór przezabawnych, błyskotliwych tekstów, dających więcej przyjemności niż seks i zwalczających depresję skuteczniej niż prozac. Książka powinna być przepisywana przez lekarzy osobom, które dopadł globalny pesymizm. Autor łączy angielski humor z polską rzeczywistością i doprawia ten koktajl kilkoma obrazkami z dalekiego świata. Świeże i przenikliwe. Lektura doskonała i na poranną sesję w toalecie, i na grecką plażę. Każdą inną sesję i plażę również.

Opinie o ebooku Ogólna teoria wszystkiego - Igor Zalewski

Fragment ebooka Ogólna teoria wszystkiego - Igor Zalewski

Wydanie I

Copyright © Igor Zalewski 2009

Copyright © The Facto 2009

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-61808-07-7

Opracowanie: kaziki.pl Projekt okładki: Wika Wojciechowska

Foto na okładce: Bartek Syta

Wydawca: The Facto Sp. z o.o.

ul. Hoża 70/1 5, 00-682 Warszawa

www.thefacto.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

konwersja.virtualo.pl

WĘDRÓWKI LUDÓW

Pocztówka z krainy All Inclusive

Ponieważ w końcu dopadła nas jesień, i to ta niezłota, zapraszam Państwa na wypad do ciepłych krajów. To z mojej strony żadna fanaberia. Listopadowe wakacje to – sądząc z oblężenia biur podróży i tłoku w samolotach – jakiś nowy zwyczaj Polaków. Lećmy zatem wygrzać kości w krainie All Inclusive.

Gdyby dzisiaj powstawał remake filmu Wielkie żarcie, którego bohaterowie zażerają się na śmierć, powinno się go nakręcić w krainie All Inclusive. Oryginalne dzieło powstało we Włoszech w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku i pokazuje dekadencję zachodniej burżuazji, która dogadza swoim podniebieniom i innym organom w wielce wyrafinowany sposób. Dzisiaj dogadzanie bardzo się zdemokratyzowało i przekroczyło mnóstwo granic. Biorą w nim udział nie tylko proletariackie masy Europy, ale i tłumy Rosjan, którzy są szczególnie wdzięcznym obiektem obserwacji, acz nie w pełnym słońcu, bo wtedy ich biżuteria oślepia.

Kraina All Inclusive ma zazwyczaj cztery albo pięć gwiazdek i kusi luksusem. Bardzo szybko można się jednak przekonać, że podstawowym warunkiem luksusu nie są tryskające wodą fontanny ani lampy błyszczące jak z witryny Svarowskiego, lecz brak innych ludzi. A bywalcy krainy Al muszą się pogodzić z tłokiem, jak z pociągu relacji Warszawa – Zakopane pod koniec ferii w roku 1985.

Kto wydał pieniądze, żeby się znaleźć w krainie All Inclusive, ten baczy, by nie były to pieniądze zmarnowane. To znaczy korzysta ze wszystkich uroków Al. Już na śniadanie zjada trzy śniadania i wypija wiaderko darmowych alkoholi (lokalnej produkcji, czyli made in Al). Niektórzy, wyszedłszy zwycięsko z boju przy bufecie, zżerają piętrzące się na talerzu zwały jedzenia już w drodze do stolika, by jak najszybciej wrócić po kolejną porcję.

Po śniadaniu jest drugie śniadanie i nie można odpuścić kanapek i ciastek, bo zwyczajnie szkoda. Wkrótce potem nadchodzi obiad, podczas którego ma się do wyboru z piętnaście dań, wszystkie równie bezsmakowe, ale trzeba jeść, żeby mieć siłę dojść na podwieczorek. Kto się spóźni, będzie musiał ścierpieć, że jego lody zostały pochłonięte przez stado moskwiczan, sądzących, że mordu w Katyniu dokonali Japończycy. Zagarnęli nam całe Kresy (oczywiście nie Japończycy), więc tych kilku gałek nie można im zostawić.

I już tylko kolacja, ale to niestety główny posiłek, na którym jest największy wybór jedzenia, więc nie można jej sobie odpuścić. Każda wzgardzona kluska woła: „Jestem twoja, przecież mnie kupiłeś!”. A swojego wszak się nie zostawi komu innemu. Zwłaszcza że się cham pcha. Dobrze chociaż, że te wszystkie smakołyki można przez cały dzień popychać spirytualiami. Inaczej by się człowiek zaczopował na amen.

Oznaką przynależności do krainy All Inclusive są plastikowe bransoletki, które trzeba ciągle mieć na przegubie. Jak się taką zgubi, trzeba wybulić 15 dolców. Ten rodzaj konsumpcyjnych kajdan skłania do refleksji, bo Al pobudza też intelektualnie. Przebywając tam, każdy musi w końcu dojść do wniosku, że Karol Marks nie miał racji: ilość wcale nie przechodzi w jakość. Niestety, zazwyczaj jest już 10 kilogramów za późno.

10-11.11.2007

Picie jest gdzie indziej

Podróżowanie to oczywiście wspaniała sprawa. Warto jednak zastanowić się, co jest dokładnie takiego wspaniałego w tułaczce z dala od domu. Boja dopiero niedawno na to wpadłem. A wcześniej za istotę sprawy uważałem jakieś drugoplanowe kwestie.

Owszem, miłą rzeczą jest wylogowanie się z codzienności. Dzwoni do ciebie jakiś bałwan i suszy głowę – jego zdaniem – ultraważnymi sprawami, które są przecież najzwyczajniejszymi bzdetami. Ale w ojczyźnie trzeba je traktować poważnie. Dalekie kraje to już jednak całkiem znośne alibi, w dodatku znacznie przyjemniejsze niż pobyt w szpitalu z powodu zatorowości płucnej. „Wybacz, ale jestem w Gibraltarze. Czy to nie mogłoby poczekać do mojego powrotu?” Tylko wyjątkowy bydlak będzie nas nadal zamęczał po takim tekście.

Fajne jest też to, że w lokalnej telewizji nie ma Leppera ani Dody, a ich odpowiednicy mówią w języku, którego się nie rozumie. I nie bez znaczenia jest aspekt poznawczy. Inna kuchnia, cudowne widoki, romantyczne zakątki, fascynujący ludzie. Ale… Tak mówiąc między nami, to natknięcie się na kogoś naprawdę frapującego, kto w dodatku chciałby z nami rozmawiać, jest mniej prawdopodobne niż to, że następnym prezydentem zostanie Władysław Frasyniuk. Zaś magiczne labirynty wąziutkich uliczek znajdują się w co trzecim miasteczku na południe od Dunaju i ich magia szybko zaczyna przechodzić w deja vu. Co zaś do kuchni… Bardzo przyjemnie wyskoczyć czasem do tajskiej knajpki, ale proszę sobie wyobrazić, że przez trzy tygodnie trzeba jeść ryż już na śniadanie, a krewetki są obowiązkowe jak wuzetka w Misiu.

Co zatem sprawia, że podróże są tak cudowne? Otóż to, że w ich trakcie można żłopać na potęgę i nigdy nie ma się kaca. Cóż, młody czytelnik pewnie w tym momencie pogardliwie wydmie wargi i prychnie, że on i tak nigdy nie ma kaca. Do czasu, mój młody przyjacielu. Do czasu. Pamiętam, że jakieś sześć, siedem lat temu, za najlepszych czasów Radiostacji, musiałem wstawać o szóstej, żeby przed ósmą rano, po lekturze codziennej prasy, mądrzyć się do mikrofonu na wszelkie możliwe tematy. I bez większego wysiłku robiłem to, tankując poprzedniego dnia do drugiej, trzeciej nad ranem, a - znajomi to potwierdzą – nie wylewam za kołnierz. Dzisiaj na samą myśl o tym, że po rozrobieniu konkretniejszej flaszki miałbym zrywać się o świcie i zmuszać mózg do produkowania jakichś myśli, robi mi się słabo jak Tuskowi po ostatnich wyborach. Kac bowiem to straszliwa, destrukcyjna siła, której pojawienie się zwiastuje koniec młodości i wejście w mniej rozdokazywany okres wieku średniego.

Istnienie kaca ma oczywiście swój sens. Raz, że pozwala zaoszczędzić zdrowie. Dwa, że chroni przed alkoholizmem. Trzy, dba o wzrost gospodarczy. Każdy z nas pamięta te kacowe dni, gdy jedyną rzeczą, jaką robiło się w robocie, było siedzenie. Niby jesteś, niby podpisałeś listę obecności, niby pracujesz, ale tak naprawdę najbardziej skomplikowaną czynnością, z którą możesz sobie poradzić, jest oddychanie. Bo już odpisanie na maila jest nad podziw skomplikowane. Ale po jednym takim upodleniu człowieka trawią wyrzuty sumienia i potem pracuje bardzo – nomen omen - sumiennie, zalewając się wyłącznie w weekendy.

Kiedy jednak człowiek wyjeżdża w świat – i to nawet niekoniecznie jakoś strasznie daleko – zachodzi w nim cudowna zmiana, którą powinni zająć się naukowcy albo chociaż Archiwum X. Pijesz raz i następnego dnia nic złego się nie dzieje. Pijesz ponownie i znowu jesteś na chodzie. Możesz zwiedzać, myszkować po zaułkach, połykać przestrzeń albo paradować po plaży z wciągniętym brzuchem. Wcale nie musisz leżeć w zaciemnionym pokoju i czekać na następny dzień, by wrócić ze świata półżywych. Ale najpiękniejsze jest to, że każdego następnego ranka jest podobnie, niezależnie od tego, ile w siebie wiejesz wina, brandy, porto, piwa czy tequili.

Ale natura jest mądra i stawia nam kolejną przeszkodę w naszej drodze do samodestrukcji. Jest nią wątroba, która potrafi odezwać się nawet w Cieśninie Magellana. „Wątroba?!” – może prychnąć pogardliwie młody czytelnik, który sądzi, że nie ma tego organu. Do czasu, mój młody przyjacielu. Do czasu.

wrzesień 2007

Spieszmy się poznawać świat

Dwa razy w tygodniu z polskich lotnisk wylatują do Egiptu samoloty wiozące Polaków chcących się wygrzać na słoneczku. Lotniska są ciasne, lotów sporo, robi się tłoczno, a we wczasowiczach narasta irytacja pomieszana z artykułowaną głośno dumą, że oto ma miejsce polska inwazja na Egipt.

Te „mocarstwowe” zapędy błyskawicznie wyparowują w Afryce. Nie za sprawą prażącego słońca, ale z powodu tłumów, nieprzebranych tłumów Rosjan. To oni dokonują prawdziwej inwazji, a Polacy rozpływają się w ich masie, niczym cukier w herbacie. Osamotnieni, w tym rosyjskim żywiole czujemy się niezbyt komfortowo. I nawet nie o to idzie, że Rosjanie to hałaśliwi nuworysze – bo jak ktoś spędzał kiedyś wakacje pośród na-bąblowanych jak messerschmitty proletariackich Brytyjczyków, to nie ma prawa narzekać. Chodzi o to, że taka sytuacja wyzwala w nas szczególny, historyczny atawizm. Przewaga liczebna Rosjan, jak bardzo byśmy nie byli nowocześni i odcięci od przeszłości, wzbudza w nas specyficzny lęk połączony – niestety – z głęboko zakodowaną niechęcią. Ten ogrom, ta wielkość, ta liczba to swoiste memento mori, które potrafi rzucić ponury cień na słoneczny wyjazd…

Ale zostawmy skomplikowane historyczne relacje z naszym wschodnim sąsiadem. Bo raczej chciałbym spojrzeć w przyszłość i ogłosić: śpieszmy się poznawać świat. Bo wkrótce zostanie zadeptany.

Dotychczas próżniacza klasa turystów była dość nieliczna. Rekrutowała się z państw dostatnich, czyli z Ameryki Północnej i Europy Zachodniej, do której powoli doszlusowujemy my. To jedynie niewielka część światowej populacji, ale wystarczyło, by Ziemia stała się miejscem, w którym trudno o odosobnienie. Nielicho trzeba się natrudzić, by móc opowiedzieć znajomym, że miało się całą plażę dla siebie. A obcowanie z miejscem bardziej zurbanizowanym zawsze oznacza jedno: tłok. Najbardziej dotkliwe jest to w Rzymie, gdzie ludzie nie mieszczą się na chodnikach i wypierają z ulic samochody.

Teraz do tego tłoku powoli wpływa rosyjska rzeka. To jednak dopiero początek. Rosjanie mają na razie kilka ulubionych miejsc na świecie, które nieomal kolonizują. I jest ich stosunkowo niewielu, bo większość głowi się, jak dożyć do pierwszego, a niejaki hotel na Cyprze wybrać. Ale to tak ogromy naród, że i jego ułamek to ogromna liczba.

A dalej, za Rosjanami, są narody jeszcze liczniejsze. Dzisiaj sytuacja, w której Chińczycy czy Hindusi stają się masowymi turystami, to abstrakcja. To tam się jeździ, a nie oni jeżdżą (chyba że na emigrację). Ale to się zmieni i to prawdopodobnie szybciej, niż się spodziewamy. Gospodarki obu tych, liczących miliardy ludzi, narodów rozwijają się błyskawicznie i zapewne niebawem forpoczty Hindusów obwieszonych aparatami fotograficznymi ruszą w świat, w zgodzie z globalnymi trendami.

A wtedy słowo „tłok” nabierze zupełnie innego znaczenia.

24-25.11.2007

Jak odkryć Jacka Vettriano

Dwa lata temu pojechaliśmy na wakacje do Rumunii. Transylwania wspaniała, choć wygląda inaczej niż w horrorach, co jest o tyle zrozumiałe, że wcale ich tam nie kręcono. Sigishoara, niesamowite średniowieczne miasteczko, w którym urodził się Vlad Dracula, zwany Palownikiem, bo skutecznie zniechęcił Turków do najazdu, nadziewając ich na pale dziesiątkami tysięcy. W samym środku Rumunii mnóstwo ludzi mówiących po węgiersku, gorzka pozostałość nazbyt surowej kary nałożonej na bratanków przez Traktat Wersalski. Poza tym mamałyga, prześliczne wioski, drogi gorsze niż u nas (to jednak możliwe) i zbyt bezczelnie oszukujący kelnerzy. Skoro tak, to spadamy do Serbii.

Serbowie okazują się przede wszystkim wielcy. Dwumetrowych kolesi na ulicach Belgradu tylu, ilu dwustukilowych Amerykanów w Miami. Wyglądają więc groźnie, ale – wbrew obiegowym mądrościom z filmów akcji – nie wszyscy są zbrodniarzami. Gorzej, są szalenie sympatyczni i chętnie dyskutują o piłce. Trzeba tylko uważać, żeby kibicom Partizana nie wyznać miłości do Crvenej Zvezdy i na odwrót, bo można dostać w ryja. Belgrad to energetyczne miasto, gdzie można się wyszaleć przy muzyce cygańskich kapel, a na kacu podumać nad efektami NATO-wskich nalotów, które szczerzą się ruinami tu i ówdzie.

Ale my jesteśmy za starzy na szaleństwa i za młodzi na dumanie. Chcemy się wybyczyć nad morzem. Świetnie się składa, Czarnogóra właśnie ogłosiła niepodległość. Miło będzie się byczyć w tak radosnych okolicznościach. Wsiadamy do naszego grata i jedziemy. Przebijamy się przez jakieś niebywałe góry, które nie mają końca. Wreszcie wybrzeże, a tam… przerażające tłumy. Czarnogóra jest bez wątpienia przepiękna (zresztą ma fantastyczną nazwę – Montenegro, jak to brzmi!), ale nic z tego piękna nie widać, wszystko jest oblepione ludzkim mrowiem. Cóż, riwiera jest malutka, turystów dużo, zagęszczenie jak w tokijskim metrze. I wszystko po słowiańsku tandetne, zaśmiecone, głośne, doprawione muzą techno. Bez sensu, przejechać pół Europy, żeby trafić do Jastrzębiej Góry.

Co robić? Uciekać. Ale dokąd? Jesteśmy w miasteczku Bar, z którego odpływa prom do Bari w południowych Włoszech (trasa Bar – Bari – Bar, doskonała, żeby odpłynąć). Mieliśmy plany bałkańskie, a nie apenińskie, ale trudno, trzeba się wyrwać z okrążenia armii plażowiczów. Wypływamy, dopływamy i odkrywamy południowe Włochy, które są istnym rajem. Każdy polski emeryt powinien tam mieć daczę.

Ale to dopiero początek naszych odkryć. Szukamy miejsca, żeby zacumować na dłużej, i dojeżdżamy do miasteczka Rodi Garganico na półwyspie Gargano. Ot, typowe miejsce w południowej Italii. Tu kościółek z XIII wieku, tam ryneczek z XIV, ówdzie wieża z XII, bieluteńkie kamieniczki też pewnie pradawne, a wszystko oczywiście piętrzy się nad Adriatykiem i jest takie kompletnie nieprzejęte własną urodą.

Czym prędzej chcemy się tym nacieszyć, najlepiej napychając żołądki włoskimi frykasami. Moja ukochana podlewa wszystko winem, ja – człek niewinny – grappą. Na lekkim rauszu wracamy do hoteliku, a po drodze przechodzimy obok miejscowego pacykarza, prezentującego swe prace. I nagle oboje zakochujemy się w dziwnym, wielkim obrazie przedstawiającym scenę jak z Felliniego. Na plaży tańczy para, a dwoje służących osłaniają parasolami. Podchmieleni, kupujemy płótno za bodaj 200 euro. W naszym hoteliku mnóstwo jest dzieł naszego malarza, w ogóle, całe miasto jest nimi upstrzone, ale – pisząc to, mam nadzieję, że poczciwiec nigdy tego nie przeczyta – wszystkie są okropne, tylko ten nasz jeden cudowny. Hiperrealistyczny, jakby kadr wycięty z filmu, zmuszający do myślenia o namalowanych ludziach. Kim są, jaka jest ich historia, co było wcześniej i co będzie potem?

Przywieźliśmy obraz do domu, powiesiliśmy go na głównej ścianie, a potem… zaczęliśmy go spotykać w różnych miejscach.

W końcu pojęliśmy, że to jedynie kopia jakiegoś dzieła, które musi być znane. Zaczęliśmy przeczesywać internet i wreszcie okazało się, że prawdziwym autorem sceny, która szarpnęła jakąś struną w naszych duszyczkach, jest niejaki Jack Vettriano. Jak łatwo można się domyślić po nazwisku – Szkot. Jego obrazy na aukcjach idą za kilkaset tysięcy funtów, a kogo nie stać, może je sobie od czasu do czasu obejrzeć w Tate Gallery. Albo kupić kalendarz z reprodukcjami (co zresztą uczyniliśmy).

Vettriano to malarz popularny, wręcz modny, ale my mogliśmy na niego nigdy nie trafić. Gdyby nie przesyt mamałygą w Rumunii, imprezami w Belgradzie, gdyby nie tłok w Czarnogórze, gdyby nie to, że istnieje linia Bar – Bari – Bar, i gdyby nie to, że właśnie w Rodi Garganico nie mieliśmy już sił, żeby jechać dalej, i że rozochociła nas grappa, to nigdy nie zakochalibyśmy się w tym płótnie. I nie wiedzielibyśmy o istnieniu Jacka Vettriano oraz innych jego obrazów, które jakimś cudem trafiają do nas, jakby malował je specjalnie dla nas.

Czy ta historyjka coś pokazuje? Moim zdaniem to, że świat, malejąc, jednocześnie niesamowicie zgęstniał. Owszem, można go teraz przemierzyć w 80 dni nawet zygzakiem po pijaku, od bieguna do bieguna, taki jest malutki. Ale łatwo, szalenie łatwo się w nim pogubić, tak bogata jest obecnie jego, przepraszam za słowo, oferta. Uważam się za człowieka w miarę kulturalnego, ale jako ktoś, kto nie jest smakoszem malarstwa współczesnego, mogłem przez całe życie omijać malarza, który jest mi wyjątkowo bliski. I tak jest pewnie ze wszystkim. W ogromnym natłoku wydarzeń, dzieł i produktów możemy nigdy nie poznać pisarza, który pisze książki, jakie zawsze chcieliśmy przeczytać. Czy muzyka komponującego muzykę, od której zalalibyśmy się łzami. Albo gry komputerowej, która zrobiłaby z nas mistrza świata gier komputerowych, chociaż nigdy wcześniej nie trzymaliśmy konsoli w ręku.

Naukowcy twierdzą – acz w sumie mogą nam wcisnąć wszystko – że wszechświat powstał w wyniku wielkiego wybuchu. Kiedyś była tylko drobinka niewyobrażalnie gęstej materii. Potem nastąpiła eksplozja i kosmos jest jej efektem. I wciąż się powiększa, oddalając od miejsca wybuchu. Jeśli tak jest, to nasz świat podąża w stronę odwrotną do wszechświatowych trendów, pod prąd. Staje się coraz mniejszy i przy tym coraz bardziej gęsty. Niedługo trudno będzie się przez niego przedrzeć nawet za pomocą googli.

1-2.03.2008

Wikingowie a sprawa polska

Nocny prom do Aten przypomina nieco niegdysiejsze pociągi do Zakopanego. Podobne tłumy, podobnie zażarta walka o miejsca, podobne sterty plecaków i toreb. Tylko nart nie ma.

Właśnie odbywa się półfinał mistrzostw świata Włochy – Niemcy, więc wciskam się do zatłoczonej cafeterii, w której czczony jest jedyny telewizor na statku. O dziwo, przy stoliku okupowanym przez stado jakichś blondasów ocalało jedno miejsce siedzące. Pytam, czy mogę je zająć. „Tak, jeśli nienawidzisz Niemców” – odpowiada podpita (a chyba nawet ujarana) młodziutka Szwedka. Przerażony tym oralnym aktem ksenofobii, rozglądam się wokół, czy gdzieś nie czai się jakiś szpicel Unii Europejskiej. Szwedce na pewno by się upiekło, bo nieletnia, aleja mógłbym zostać włączony do jakiejś rezolucji albo raportu.

Cóż, ze wstydem wyznaję, że usiadłem. Nie to, żebym nienawidził Niemców, a nawet nie był to akt solidarności z prezydentem Kaczyńskim, ale po prostu chciałem obejrzeć ten półfinał. Ponieważ jednak cokolwiek ciekawego zdarzyło się w nim dopiero w ostatnich pięciu minutach dogrywki, miałem sporo czasu, by przyjrzeć się siedzącym obok Szwedom. Albo innym Norwegom, bo niestety języków tych nacji kompletnie nie odróżniam.

Skandynawowie budzą we mnie coś w rodzaju poczucia rasowej niższości. Głupio się do tego przyznać, nawet przed samym sobą, ale tak niestety jest. Przy nich moja pewność siebie ździebko topnieje. Wszyscy dorodni jak arbuzy z Rumunii. Faceci – co drugi atleta. Kobiety wyglądają tak, jak chciałyby wyglądać wszystkie kobiety, tylko że one mają to tak same z siebie. Nic nie muszą farbować. Angielszczyzna byle dzieciaka – zawstydza. Kultura osobista – nawet moja ciocia nie mogłaby się przyczepić. No i do tego dochodzi jeszcze Nokia, Ericsson, Volvo, Absolut, seksualne wyzwolenie, ABBA i najniższy poziom korupcji na świecie. A to przecież nieliczny lud z raczej ponurej i depresyjnej Północy.

Konserwatyści burzą się, że w Skandynawii państwo wypiera rodzinę. Coś w tym jest. Ostatnio kilkunastoletni brat pewnego naszego znajomego z Bergen pozwał do sądu matkę, ponieważ ta pędziła go do nauki i odganiała od narkotyków. I oczywiście wygrał. Ale po południu Europy latem zasuwają blond rodzinki w składzie, o którym marzy Marian Piłka. Model dwa plus cztery wcale nie jest rzadki. Brzdące dzielnie i solidarnie noszą wielkie plecaki – widać jeszcze nie wiedzą, że mogą szukać pomocy w sądzie. I jakoś trudno uwierzyć, że te dzieci płodzone są wyłącznie dla ulg i pieniędzy. Rodzice wyglądaj ą, jakby je kochali.

Z kolei liberałowie od lat są przerażeni horrendalnym poziomem skandynawskich podatków. Od lat wieszczą krach tamtejszej gospodarki. I od lat krach nie następuje.

Tak, na Północy jest kilka rzeczy, które mogą się nie podobać (bo nie można zapominać o Dogmie). Nie zmienia to faktu, że kilku innych rzeczy możemy im zazdrościć nie tylko my, ale i cała Europa. I to pocieszające dla nas, Polaków. Bo jakieś 1200 lat temu Skandynawowie kojarzyli się głównie z rabowaniem, gwałceniem i paleniem. Najeżdżali Paryż i nawet podbili Sycylię. Gdyby istniał wtedy Parlament Europejski, na pewno by potępił Wikingów. Ponieważ nie istniał, zajmowali się tym papieże. A jednak Normanom udało się zmienić wizerunek – radykalnie i gruntownie. Teraz wszyscy ich lubią. No i są bogaci.

Tyle że zabrało im to trochę czasu. My pracujemy nad sobą dopiero kilkanaście lat i jako społeczeństwo wykonaliśmy naprawdę wielki krok naprzód. Ci, którzy niecierpliwią się, że jeszcze nie jesteśmy wszyscy jak z żurnala, nie rozumieją historii. Albo wierzą w czary.

20.07.2006

Mister Gadżet

Azja – ta bardzo daleka, po której mam teraz przyjemność się szwendać – ma hysia na punkcie nowoczesności. I potrafi ją doskonale dopasować do swej tradycji. Uliczne knajpki, parujące dziwnymi zapachami, domki dla duchów i świątynie wcale nie gryzą się z lustrzanymi drapaczami chmur, piętrzącymi się tuż obok. Ridley Scott malujący w Łowcy androidów obraz przyszłości miał niezłą intuicję, inkrustując go chińskimi znaczkami, czerwonymi lampionami i ryżem.

Singapur to ultranowoczesne miasto (czy raczej państwo) z chyba najdoskonalszym na świecie systemem komunikacji publicznej. Stolica Malezji, Kuala Lumpur, liczy mniej więcej tyle samo mieszkańców co Warszawa, ale futurologiczną architekturą wyprzedza naszą stolicę o jakieś trzydzieści lat. Pewnym pocieszeniem jest to, że większe są tam nie tylko wieżowce, ale i korki.

Obsesja nowoczesności dopada także zwykłych obywateli, o ile oczywiście mogą sobie na nią pozwolić finansowo. Czasem ten sympatyczny świrek przybiera rozmiary wręcz groteskowe, jak w przypadku pewnego pana, który w towarzystwie żony i dwóch mam wypłynął na wycieczkę po kilku tajlandzkich wysepkach. I stał się konkurencją dla przepięknych widoków, odwalił bowiem niezwykły spektakl, stając się bezwiednie mimowolnym bohaterem krótkiego rejsu.

Ekwipunek potrzebny na taką wyprawę jest raczej skromny: ręcznik, klapki, maska z rurką. Dlatego już na starcie skośnooki Mister Gadżet wzbudził zainteresowanie. Wgramolił się bowiem do łodzi z gigantycznym plecakiem (z gatunku tych, które mają niestworzoną liczbę klamerek, pasków i zatrzasków niewiadomego przeznaczenia), jeszcze większą torbą, kilkoma mniejszymi pakunkami oraz futerałem na sprzęt fotograficzny, do którego przytroczony był monstrualny statyw.

I tak się zaczęło. Najpierw Chińczyk wyjął z plecaka coś, co po rozłożeniu okazało się nieprzepuszczającym wilgoci postplastikowym (bo nie był to zwykły plastik) workiem typu Ocean 40. Do niego starannie zapakował swojego canona i kilka pomniejszych gadżetów. Następnie wyjął coś, co po rozłożeniu okazało się postdrucianą (bo nie były to zwykłe druty) przezroczystą siatką, a może raczej klatką, do której włożył plecak, i karabińczykiem przymocował ten pakunek do… No cóż, nie miał do czego. Sam zaś oblekł się w piankę najnowszej generacji, założył piankowe obuwie do połowy łydki i zainstalował aerodynamiczna rurkę, której nie straszne było nawet tsunami.

A potem – przez całą wycieczkę – wyjmował, przekładał, rozwijał, wkładał, rozstawiał, zwijał, zatrzaskiwał, zmieniał gumowe obuwie (do kostki) na inne, a kombinezon na piankowe kąpielówki i w ogóle nieustannie coś robił, bowiem ten cały ultranowoczesny ekwipunek komplikował mu najprostsze czynności, a reszta wyprawy obserwowała go ze współczuciem pomieszanym z rozbawieniem. W dodatku pływał dość nieporadnie.

Z nowoczesnością trzeba zatem ostrożnie, żeby nie przeszkadzała, zamiast pomóc. A poza tym – i jest w tym coś sympatycznego – pianka nie czyni pływaka, aparat fotografa, a dobre oprogramowanie muzyczne – Beethovena. Wciąż potrzeba czegoś więcej.

19-20.01.2008

Koktajl dwuskładnikowy

IV RP istnieje. I to nie ta chroma, co poległa niedawno, ale znacznie lepsza, z bogatszym wyposażeniem i bajerami. Miejsce jakby wyjęte z marzeń pogrobowców niedoszłej koalicji PO-PiS, której pewnie już nigdy nie będzie. Oczywiście to nie Polska, a nawet nie Irlandia. To Singapur.

Miasto-państwo na czubku Półwyspu Malaj skiego wygląda, jakby przez lata rządził nim obóz IV Rzeczpospolitej, a nie Lee Kuan Yew. Oczywiście gdyby naprawdę panoszyli się tam Gosiewski z Nowakiem, to właśnie otwierano by z hukiem 25. kilometr autostrady i radośnie świętowano fakt, że dach nowego lotniska mniej przecieka. Chodzi raczej o to, że Singapur wygląda jak wspólna, pisowsko-platformerska projekcja marzeń o państwie idealnym.

Duch PiS objawia się tam w prawnym zamordyzmie. A bez złośliwości – w iście szwajcarskim porządku. Teorię o „wybitym oknie” potraktowano w Singapurze wyjątkowo konsekwentnie. Jedzenie czy picie w metrze karane jest bardzo wysoką grzywną, śmiecenie również, a za przemyt gumy do żucia można trafić do pierdla. Alkohol jest horrendalnie drogi i oczywiście nie można go żłopać na ulicy. Za posiadanie narkotyków – czapa. Brzmi to groźnie, ale efektem jest sterylna czystość na ulicach, która robiłaby wrażenie nawet w Europie.

Obwieszeni bronią funkcjonariusze nie warują jednak na każdym skrzyżowaniu. Są zapewne gadżety a la Zbigniew Ziobro – kamery, mikrofony, podsłuchy. Nie ma za to przestępczości (acz zawsze może się pojawić! – przestrzegają billboardy) oraz korupcji. A to w Azji rzadkość, która czyni z Singapuru doskonałe miejsce do robienia biznesu.

I tu zaczyna się sen Platformy Obywatelskiej. Singapur to mała wyspa, bez bogactw naturalnych, która dzięki niskim podatkom i ciężkiej pracy stała się ekonomicznym rajem. Oraz wielkim sklepem. Całe miasto to jeden ogromny dom towarowy, przyciągający ludzi z całego świata niewiarygodnie niskimi cenami. Ja nie miałem w planach żadnych zakupów, ale musiałbym być idiotą, żeby kupować laptopa w Media Markt, skoro w Singapurze był połowę tańszy.

Zyski z handlu powodują, że miasto kwitnie. Dosłownie. Nigdzie w Azji nie ma tak wielkich i wspaniale utrzymanych ogrodów. I nigdzie życie nie jest tak łatwe, nawet dla zupełnie zagubionego cudzoziemca. Doskonały system oznaczeń prowadzi cię za rękę, dokąd tylko chcesz. Nikt nie oszukuje i nie naciąga. Ultranowoczesne metro nie wygląda jak metro, ale raczej jak hall biurowca. Tuneli i szyn nie widać. Gdy wjeżdża pociąg, rozsuwają się drzwi, które wydawały się wejściami do wind, a za nimi otwierają się drzwi do wagonu. Oczywiście to nie motorniczy wyhamował tak precyzyjnie pociąg, by ustawić go wejście w wejście. Motorniczych nie ma, są komputery.

Nie ma też korków, co w czteromilionowym mieście zakrawa na cud. System dróg jest tak przemyślany, że ruch odbywa się płynnie nawet w godzinach szczytu. Bez problemu można dojechać do muzeum na wystawę rzeźb ze starożytnej Grecji.

Po wizycie w Singapurze myślę sobie, że rodzima mieszanka restrykcyjnego prawa i liberalnej gospodarki mogła być całkiem niezłym koktajlem, speedującym bardziej od red bulla. Na razie dodaje skrzydeł komu innemu.

25.01.2008

Piekielna plaża

Każdego turystę w Kenii – o ile nie ma tam akurat powyborczych zamieszek – wiezie się do domku Karen Blixen na przedmieściach Nairobi. W jej dawnej rezydencji urządzono muzeum słynnej pisarki. Nie ma na nie jednak wyłączności. Musi je dzielić z Meryl Streep i Robertem Redfordem, którzy zagrali w Pożegnaniu z Afryką.

Przewodnik niby opowiada o słynnej pisarce (podobno nie tylko mąż zdradzał ją, ale i ona męża, tak że w gruncie rzeczy nie wiadomo, kto kogo zaraził syfilisem), ale z czasem coraz więcej miejsca poświęca hollywoodzkim gwiazdom. „Tu pani Streep siedziała i wczuwała się w rolę. A tu pan Redford uciął sobie drzemkę. Tu oboje siusiali” – w głosie oprowadzającego słychać dumę. W końcu okazuje się, że rezydencję Blixen wypełniają nie tylko sprzęty z początku XX wieku, ale i filmowe rekwizyty, odziedziczone po ekipie. Te drugie otoczone są kultem równie wielkim jak pierwsze.

W sumie farma Karen Blixen to dość smutne miejsce, ale dobrze ilustrujące zjawisko filmowej turystyki. Ludzie jeżdżą, żeby zobaczyć miejsca znane z filmów. Nowa Zelandia sporo zawdzięcza Władcy Pierścieni, Tunezja Gwiezdnym wojnom, a rzeka Kwai mostowi, który budowali nad nią w czasie wojny brytyjscy jeńcy. Co zabawne, tamtego mostu już nie ma, inny stoi – a raczej wisi – w innym miejscu, ale tłumy i tak walą, żeby go zobaczyć.

Podobnie jest z „tytułowym bohaterem” filmu Niebiańska plaża. Ponieważ zagrał w nim Leonardo di Caprio, miejsce stało się najpierw obiektem pielgrzymek jego fanów, a potem urocza zatoczka na tajskiej wyspie Ko Phi Phi (mniejszej, bo są dwie bliźniacze) stała się obowiązkowym przystankiem wszystkich rejsów po okolicy. Okolicy – dodajmy – w której podobnych rajskich miejsc jest bez liku. Żadne nie może jednak pochwalić się główną rolą w hollywoodzkim przeboju.

Byłem na tej niebiańskiej plaży. To straszliwe miejsce, bardziej kojarzące się z Szeregowcem Ryanem niż z filmem o błogim zakątku w tropikach. Co chwila do brzegu przybijają nowe łodzie motorowe i wysadzają na plaży desant obładowanych sprzętem fotograficznym zwiedzaczy, którzy rozsypują się po piasku w poszukiwaniu wolnego miejsca (to mission imposible) oraz szturmują jedyny w okolicy kibel, gdzie są narażeni na atak bronią chemiczną. Kąpiel w lazurowej wodzie nie jest prosta, ponieważ przy brzegu cumuje jednocześnie jakieś trzydzieści-czterdzieści łodzi motorowych i niełatwo się między nimi przepchnąć.

Ajednak to miejsce, hm, metafizyczne. Skłania bowiem do refleksji o niebie i piekle. Wszak człowiek wybierał się na plażę niebiańską, a trafił do piekielnej. Zadanie pytań o istotę niebiańskości i piekielności było w tej sytuacji oczywistością. Tak jak odpowiedź: to, co odróżnia jedno od drugiego, to liczba ludzi na kilometr kwadratowy. Piekło wcale nie jest straszne z powodu swego ognia, bulgoczących kotłów, wideł i szczypiec do szarpania członków. Autorzy wszystkich Sądów ostatecznych się mylili. Tak jak mylili się w wyobrażeniu nieba, w którym co prawda nikt nikogo nie gotował, ale ludzie też tłoczyli się jak reporterzy w Sejmie.

Dostojewski w swoich Wspomnieniach z domu umarłych pisał, że najgorsza w więzieniu wcale nie jest izolacja, ale wręcz przeciwnie – brak samotności. Nieustannie przebywa się w towarzystwie innych ludzi, od których nie można się odgrodzić ani uciec. Bez wątpienia tak samo, tylko jeszcze gorzej, jest w piekle. Tłum, tłum, tłum i kompletny brak intymności. Nie można zamknąć się w swoim pokoju albo iść do lasu na spacer. Mieszkać pół życia w wielkim mieście to jedno, ale wieczność spędzona w tłoku to już zupełnie co innego.

Niebo zaś – jak twierdzą prześmiewcy – jest nudne. Możliwe, ale jest przynajmniej przestronne. To najbardziej ekskluzywne miejsce, jakie można sobie wyobrazić. Nie znoszę door selection, ale tym razem pokornie zniosę wszystko, żeby się tam tylko dostać. Ciekawe, czy spotkam tam Leonarda di Caprio?

marzec 2008

W Paryżu, czyli nigdzie

Nie ma racji Michał Wiśniewski, gdy w jednej ze swych piosenek domaga się likwidacji granic. Nie mają racji pacyfiści i hippisi. Granice to wspaniały wynalazek. Niech istnieją jak najdłużej!

Postanowiłem pokazać córce Paryż. Układ był prosty: ona da się zaciągnąć do Luwru i poudaje zachwyt katedrą Notre Dame, a w zamian za to ja przemogę swą niechęć do amerykańskiej popkultury i spędzę z nią dzień w Disneylandzie. Tak naprawdę niczego nie musiałem przemagać, ale dystans wobec Myszki Miki dawał mi lepszą pozycję wyjściową w ewentualnych negocjacjach co do szczegółów wyprawy.

Od Polski nie było łatwo się oderwać. W samolocie dość nieszczęśliwie usiadłem w pobliżu dwóch menedżerów medialnych, którzy toczyli debatę na temat przyszłości stacji TVN Turbo oraz innych kanałów tematycznych TVN. Nie dość, że byli blisko, to jeszcze mówili ciekawie, więc nie udało mi się nie podsłuchiwać.

Ale w tym samym samolocie pojawiły się też oznaki tego, że już prawie jesteśmy za granicą. Na przykład wielką estymą wśród pasażerów cieszył się jakiś Japończyk siedzący tuż przed nami.

Wylewnie, wręcz ceremonialnie witali się z nim podróżni przechodzący do swoich miejsc i miałem wrażenie, że jestem jedyną osobą, która nie zna tej postaci. Nie był chyba ani szefem jakuzy, ani prezesem Sony, bo nie leciał klasą biznesową, ale budził wielkie poruszenie. A ja nie wiedziałem, kim jest – i bardzo dobrze.

Całkowicie wylogować z rzeczywistości udało mi się jednak dopiero w Paryżu. Przyszło to tym łatwiej, że z językiem francuskim mam mniej więcej tyle wspólnego, co Przemysław Gosiewski z elokwencją. Czołówki gazet krzyczały coś wielkimi nagłówkami, z których nic nie rozumiałem. Na zdjęciach byli jacyś ludzie – oczywiście nie wiedziałem, kto zacz.

Podobnie było z okładkami kolorowych magazynów – prężyły się na nich miejscowe gwiazdy, a ja nie musiałem mieć wyrzutów sumienia, że ich nie kojarzę. W Polsce też nie kojarzę, ale wtedy mam wyrzuty. Z wielkich plakatów reklamowych uśmiechały się jakieś postaci i stroiły głupie miny. Żadna z nich nie była Gerardem Depardieu, więc nie musiałem snuć refleksji w rodzaju: „Kurde, taki wielki aktor, a sprzedał się proszkom na biegunkę!”.

W Disneylandzie dystans od „tu i teraz” powiększył się oczywiście do rozmiarów kosmicznych. Do głowy nie przyszło mi, żeby pomyśleć o Renacie Beger, Adamie Lipińskim czy o sytuacji w Tańcu z gwiazdami. A także o tym, czy ewentualny sukces Kingi Rusin w tej edycji będzie pstryczkiem w nos Tomasza Lisa. I czy – by udowodnić, że i on jest jednak człowiekiem sukcesu – Lis wystąpi w następnej serii.

O tym wszystkim zupełnie nie myślałem, natomiast dumałem sobie, jak fajną rzeczą jest granica. Najlepiej taka jak w Unii Europejskiej – prawie niewidoczna. Przekraczasz ją i pstryk-jesteś w innym świecie, bez tego, co ci drenuje mózg w domu.

Wystarczy pojechać na Słowację i już gęby w telewizji zupełnie inne, już Olivier Janiak nie budzi sensacji samym swym pojawieniem się. Fantastyczna rzecz te granice. Proszę sobie wyobrazić, że ich nie ma i wszyscy w Europie mówimy tym samym językiem (na przykład niemieckim!). Zeby uciec od codzienności, trzeba by czmychać aż na Antarktydę. Ci, którzy chcą granice likwidować, to zbrodniarze!

Ideę granic pieściłem w głowie także, spacerując po Luwrze (na czym to polega, że w muzeum po dziesięciu minutach zaczynają boleć nogi? W Disneylandzie łaziliśmy dziesięć razy więcej i nic), kiedy nagle moja córka nieco rozczarowana malarstwem weneckim z XV wieku, zapytała: „Tato, a z tymi taśmami Beger, to o co chodzi właściwie?”.

Niestety, dopadli mnie i tutaj.

5.10.2006

Manuel to Zdzisiek

Na tydzień przed wyborami czmychnąłem do Londynu, żeby odpocząć od rozkoszy kampanii. I nieco się zdziwiłem, bo w stolicy Wielkiej Brytanii najpopularniejszym językiem wcale nie jest angielski. Myślicie, że polski? Pudło! Londyn rozbrzmiewał po hiszpańsku, jakby inwazja Wielkiej Armady w roku 1588 jednak się udała.

Myślałem, że przez pomyłkę poleciałem do Madrytu. Ale nie. Lejące się hektolitrami piwo, pijackie śpiewy i stada nawalonych jak messerschmitty nastolatek paradujących po nocy (raczej zimnej) w minispódniczkach i koszulkach na ramiączkach upewniły mnie, że to jednak Anglia. Na Południu tak się nie uchlewają. W Londynie wręcz przeciwnie i pewnie dlatego tak dobrze się tam czujemy.

Ale wróćmy do Hiszpanów. Było ich zatrzęsienie. Ale nie przyjechali, żeby dorobić, tylko odwrotnie – żeby przepuścić trochę pieniędzy. Modnie ubrani, ufryzowani, pachnący, pewni siebie, okupujący drogie restauracje, szturmujący najlepsze sklepy na Oxford Street i wykupujący antyki w Notting Hill, gdzie trudno znaleźć Hugh Granta i Julię Roberts. Zamiast nich są Hiszpanie. Całe tłumy Hiszpanów.

Tak sobie na nich patrzyłem i przypomniał mi się Hotel Zacisze. To kapitalny – bo angielski – serial komediowy, w którym John Cleese gra mocno pokręconego właściciela zajazdu, dręczonego przez jędzowatą żonę i co odcinek popadającego w absurdalne kłopoty. Jednym z tych kłopotów był Manuel – wąsata tania siła robocza z Hiszpanii. Manuel nie był rozgarnięty, tylko wydawało mu się, że mówi po angielsku, plątał wszystko niczym Monika Olejnik w czasie debaty Kwaśniewski – Kaczyński i był groteskowy. Wspólnie ze swym pryncypałem byli bardziej niebezpieczni niż tsunami i Nelly Rokita razem wzięte.

Gdyby Hotel Zacisze powstawał dzisiaj, Manuel miałby na imię Zdzisiek. Ale serial kręcono w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku i wtedy Polakami byli przybysze z Półwyspu Iberyjskiego. Teraz taki Manuel byłby postacią wydumaną i całkowicie nierealistyczną. Bo Hiszpanie nie przyjeżdżają już na Wyspy pracować na zmywaku. Trzydzieści lat wystarczyło im, by dźwignąć się na znacznie wyższą półkę. Z zarobkowych emigrantów przepoczwarzyli się w weekendowych gości, smakujących angielską kulturę i szkocką whisky. Być może wśród tych eleganckich Manuelów, których widziałem nad Tamizą, wielu poznało już wcześniej Londyn od kuchni. Ale to już dla nich odległa przeszłość. Teraz wszędzie wchodzą głównym wejściem i mówią do nich „sir”.

Oczywiście chodzi mi o to, że z nami będzie podobnie. To wymaga trochę czasu, ale spory dystans już pokonaliśmy i to nie dzięki cudom gospodarczym, tylko własnej ciężkiej pracy. O ile coś nie pierdyknie na świecie – odpukać – to my sami, a nie dopiero nasze dzieci, będziemy się zatrzymywać w Savoyu i z hotelowego balkonu spoglądać na Tate Gallery i gmach OXO. I ciekawe, w jakim języku będą wtedy mówić hotelowi boye?

24.10.2007

Europa konduktorów

Lipiec upłynął mi na poszukiwaniu formuły. Jeździłem sobie po Europie i wypatrywałem kryterium. Czegoś, co mogłoby posłużyć za uniwersalny klucz do wszystkich krajów. Taki, że wystarczy tylko rzucić okiem i wiesz, z kim masz do czynienia. Bez korzystania z rocznika statystycznego i przyswajania wiedzy o dochodzie narodowym brutto, stopniu korupcji oraz kulturalnych i naukowych osiągnięciach. No, mówiąc po ludzku, zastanawiałem się, co jest miarą rozwoju cywilizacyjnego.

Najpierw poszedłem na łatwiznę i uznałem, że dobrym miernikiem jest architektura. Przejeżdżasz przez polskie wsie i od razu widzisz, że coś jest tu nie w porządku. Nawet kościoły – które na całym świecie stanowią okazję do architektonicznych orgii – u nas bywają obrzydliwe. O domach nie ma już co wspominać. Tak jakby DNA Polaka miało defekt w miejscu odpowiadającym za kształtowanie krajobrazu.

No tak, ale powyższe kryterium przesądza o tym, że jesteśmy jednym z najmniej cywilizowanych narodów globu. Ludzkość ma bowiem zakodowaną potrzebę, żeby mieszkać w ładnych miejscach. My nie mamy. Ale czy to znaczy, że stoimy niżej od Słowaków? Niedoczekanie! I kryterium trafiło do kosza.

Następna była kuchnia. Miło się testowało. Ale z badań wynika, że najpierw są Włosi, potem długo, długo nic, wreszcie Francuzi, a na samym końcu Angole i Szwedzi. Czyli prawie jak na Mundialu. Podejrzane. I w sposób oczywisty niesłuszne. Do kosza.