Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Są zbrodnie, o których mówi cały świat. Są też takie, o których świat wolał zapomnieć.
2 maja 2014 roku Odessa spłynęła krwią. Miasto, które przez pokolenia było symbolem wielokulturowości, otwartości i niezwykłej atmosfery, stało się areną brutalnych starć, przemocy i śmierci. Dom Związków Zawodowych na Kulikowym Polu zamienił się w płonącą pułapkę, a tragedia tego dnia do dziś pozostaje jednym z najbardziej kontrowersyjnych i bolesnych epizodów współczesnej historii Ukrainy.
„Odessanie. Krwawe cienie przemilczanej zbrodni” to książka wyjątkowa, ponieważ historia opowiadana jest z perspektywy człowieka, który był tam, gdy wszystko się zaczynało.
Janek Sanocki, polski oficer Straży Granicznej i ekspert unijnej misji EUBAM, przez dwa lata mieszkał i pracował w Odessie. Obserwował miasto przed Majdanem, podczas rewolucyjnego wrzenia i w chwili, gdy polityczne napięcie przerodziło się w otwartą przemoc. Widział ludzi, ulice i atmosferę miasta, której nie można odnaleźć w oficjalnych komunikatach ani telewizyjnych relacjach.
Co naprawdę wydarzyło się w Odessie?
Dlaczego zginęli ludzie?
Kto ponosi odpowiedzialność za tragedię?
Dlaczego przez lata narastały sprzeczne narracje, oskarżenia i przemilczenia?
I czy prawda o tamtym dniu może pomóc zrozumieć drogę prowadzącą Ukrainę ku wojnie?
Ta książka prowokuje. Budzi emocje. Zmusza do zadawania niewygodnych pytań. To świadectwo człowieka znajdującego się w samym środku historii, uzupełnione próbą zrozumienia mechanizmów politycznych, społecznych i narodowościowych, które podzieliły kraj i jego mieszkańców.
„Odessanie” to głos przeciwko zapomnieniu. Głos tych, których pochłonęły płomienie historii.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 334
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Bądź tak uprzejmy i spróbuj przemyśleć następujący problem – na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło, i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie. Oto cień mojej szpady. Ale są również cienie drzew i cienie istot żywych. A może chcesz złupić całą kulę ziemską, usuwając z jej powierzchni wszystkie drzewa i wszystko, co żyje, ponieważ masz taką fantazję, żeby się napawać niezmąconą światłością?
Jesteś głupi.
Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata
PROLOG
Nazywam się Janek Sanocki. Jestem emerytowanym oficerem Straży Granicznej. W grudniu 2012 roku wyjechałem na Ukrainę na kolejną misję międzynarodową. Tym razem w ramach European Union Border Assistance Mission to Moldova and Ukraine (EUBAM Moldova-Ukraine) – doradczej agendy Unii Europejskiej z siedzibą w Odessie.
Zadaniem EUBAM było (i nadal jest) wspieranie służb granicznych Ukrainy i Mołdawii w zakresie dostosowania zasad kontroli granicznej do standardów obowiązujących w UE, do której Ukraina aspiruje formalnie od 1993 roku.
Uchwałą Rady Najwyższej Ukrainy z dnia 2 lipca 1993 parlament przyjął dokument stwierdzający, że celem ukraińskiej polityki zagranicznej jest perspektywiczne członkostwo we Wspólnotach Europejskich. W tym samym roku w Kijowie otwarto Przedstawicielstwo Komisji Europejskiej.
Na tę misję zakwalifikowałem się w drodze konkursu, do którego zgłosiłem się w odpowiedzi na zapotrzebowanie EUBAM na doświadczonego oficera europejskich struktur straży granicznych, a to za zgodą moich służbowych przełożonych.
Po przejściu wstępnych procedur sprawdzających i zdaniu egzaminów kwalifikacyjnych zostałem zatrudniony w Komórce Kontroli Jakości (QCC) tej Misji.
Po ośmiu miesiącach pracy wystąpiłem o przeniesienie do pracy doradczej w misyjnym Biurze Polowym, ulokowanym na terenie portu morskiego w Odessie, gdzie szesnaście miesięcy byłem ekspertem do spraw granicznych.
Przez cały czas spędzony w Odessie mieszkałem w secesyjnej kamienicy położonej w starym centrum. Poznawałem miasto i jego mieszkańców, zabytki, historię i współczesność, a także bliższe i dalsze rejony południowej Ukrainy. Pokochałem atmosferę tego otwartego na świat, tolerancyjnego i wielokulturowego miasta.
W najkoszmarniejszych snach nie mogłem przewidzieć, że stanę się świadkiem wydarzeń, które położyły się krwawym cieniem na historię współczesnego świata.
Jestem żołnierzem, nie politologiem. Wiernym pacyfistycznym ideałom oficerem Straży Granicznej RP, który znalazł się w sytuacji upoważniającej do własnej oceny wspominanych wydarzeń. Oceny, która wymaga ode mnie czegoś więcej: podzielenia się uwagami o zagrożeniach istotnych dla bezpieczeństwa naszego państwa. Co niniejszym czynię – w oparciu o moje doświadczenie, skromną wiedzę, o obserwacje i rozmowy poczynione w trakcie służby w ukraińskiej Odessie.
Nie wiem, jak potoczą się losy miasta moich marzeń.
Wiem natomiast, że Odessa na zawsze zostanie w mojej pamięci. Odessa Mama jest jedyna na świecie.
Na Ukrainie toczy się obecnie krwawa bratobójcza wojna.
Według oficjalnego przekazu podawanego przez ukraińskie media rozpoczęła się w dniu 24 lutego 2022 roku pełnoskalową agresją Rosji na „pokojowo nastawiony, niewinny kraj”.
Powyższe stwierdzenie jest jedynie półprawdą. Milczeniem pomija się fakt, że ten rzekomo niewinny kraj od lat był pogrążony w niezwykle krwawej, okrutnej wojnie domowej. Konflikcie toczącym się na jego wschodnich rubieżach niemal od początku 2014 roku.
Jak doszło do tego, że naród ukraiński pchnięty został do walki między sobą? Jakie były przyczyny geopolityczne, historyczne, społeczne i kulturowe, które doprowadziły do tego, że żyjące w symbiozie ludy rusińskie zaczęły mordować się wzajemnie w długoletniej, krwawej wojnie?
Mało kto zna odpowiedź na te pytania, choć propaganda obu zwaśnionych stron podsuwa ich uproszczone, kłamliwe, do tego skrajnie sprzeczne wersje.
Szanowny Czytelniku!
Wojna jest najstraszniejszą z możliwych ostatecznością, a wojna bratobójcza jest aktem niczym nie usprawiedliwionej politycznej głupoty.
Zawsze, podkreślam: za wszelką cenę trzeba rozmawiać i dążyć do porozumienia.
Na wiele pytań nie znam odpowiedzi, i zapewne już ich nie poznam. Ale mieszkając dwa lata na Ukrainie, obcując na co dzień z jej obywatelami, zdobyłem wiedzę, jakie polityczne i społeczne aspekty mogły zostać wykorzystane do poróżnienia Ukraińców z braćmi Rosjanami.
W naszym dokumencie chcemy podzielić się z Tobą wiedzą o tej płaszczyźnie podziału, którą wykorzystano do wskrzeszenia konfliktu. Nie wskażemy sprawców, bo ich nie znamy. Określamy ich jednym słowem: POLITYCY.
Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że nie ma jednej, jednolitej Ukrainy. Ten olbrzymi kraj był, i nadal jest, podzielony na dwie części, na dwa światy. Na część wschodnią, nawiązującą do wielkomocarstwowej tradycji rosyjskiej i pozostającą w kręgu prawosławia obrządku moskiewskiego, oraz na zachodnią, aspirującą do znalezienia się wśród państw z kręgu cywilizacji zachodniej.
Linia podziału nie jest jasno określona. Ani na mapach, ani umownie. Wschód kraju, bardziej rozwinięty przemysłowo i bogaty w surowce, posługuje się językiem rosyjskim, a ukraiński uznaje bardziej za dialekt regionalny niż za swój rodzimy. Na zachodzie kraju dominuje język ukraiński i religia greckokatolicka, uznająca zwierzchność katolickiego papieża, choć w liturgii pozostająca w obrządku wschodnim.
W historii najnowszej, która pozostaje w pamięci żyjących we wschodnich rejonach, czczona jest pamięć ojców i dziadów, którzy w składzie Armii Czerwonej maszerowali na Berlin, aby „dobić zwierza w jego legowisku”. Oni mają prawo być dumni ze swojego wkładu w zwycięstwo nad faszyzmem.
Zachód Ukrainy odrzucił te tradycje, choć do Armii Czerwonej wcielono i posłano na front niemały odsetek tamtejszej ludności. Wielu poległo w walce z hitlerowskimi Niemcami.
Odrzucono jednak nie tylko wspólną historię z Rosją, ale zakazano kultywowania prawosławia, jako religii wrogiego państwa.
Scenę polityczną zdominowały tradycje patriotyczno-nacjonalistyczne. Na czoło bohaterów narodowych wysunięto bojowników Ukraińskiej Powstańczej Armii, jej członków uznano za kombatantów walczących o niepodległość, a przywódców ideowych i wojskowych ogłoszono Bohaterami Ukrainy. W pamięci historycznej wyeksponowano wszelkie wątki antyrosyjskie, łącznie z „chwalebnym” udziałem Ukraińców w walkach przeciw Armii Czerwonej w składzie kolaboranckich oddziałów SS i ukraińskiej policji pomocniczej.
Jeszcze kilka słów o Odessie, mojej nieodwzajemnionej miłości i brutalnie zgwałconej kochance.
Wielu mieszkańców Odessy miało silne powiązania z Rosją. Kiedy Ukraina odzyskała niepodległość w 1991 roku, Odessę zamieszkiwała duża grupa etnicznych Rosjan, którzy mieli krewnych i znajomych w swoim starym państwie.
Szacunkowy podział demograficzny kształtował się następująco:
Rok 1939
Żydzi – ٣٣٪, Rosjanie – ٣٠,٩٪, Ukraińcy – ٢٩,٦٪, Polacy – ١,٥٪, Niemcy – ١,٤٪, Bułgarzy, Mołdawianie i Ormianie – po około ١٪.
Rok 2021
Ukraińcy – 61,6%, Rosjanie – 29%, Rumuni – 1,3%, Żydzi – 1,2%, Polacy – 0,2%, Mołdawianie, Białorusini i Ormianie – po około 2%.
W dniu 4 listopada 1950 roku została sporządzona w Rzymie Europejska konwencja o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.
Dział Prawa i Wolności, Artykuł 2 – Prawo do życia. Ustęp 1 stanowi:
Prawo każdego człowieka do życia jest chronione przez ustawę. Nikt nie może być umyślnie pozbawiony życia, wyjąwszy przypadki wykonania wyroku sądowego, skazującego za przestępstwo, za które ustawa przewiduje taką karę.
Ukraina ratyfikowała Konwencję 9 listopada 1995 roku, Federacja Rosyjska dopiero 5 maja 1998 roku.
CZĘŚĆ PIERWSZA LUDZIE
Historia pełna jest wojen, o których każdy wiedział, że nie wybuchną.
John Enoch Powell
Rozdział 1
Miało być normalnie. Pokojowo, spokojnie, służbowo, granicznie…
Odessę miałem w pamięci od momentu, gdy jako dziesięcioletni dzieciak przeczytałem powieść Walentina Katajewa Samotny biały żagiel. Było to podczas zorganizowanej przez PKP kolonii letniej w Turznie w powiecie toruńskim. Książka zaś wyciągnięta została przypadkowo z półki bibliotecznej szkoły, w której zorganizowano tę kolonię.
Od kiedy zaczął mnie fascynować kierunek wschodni? Może rzeczywiście od tego pamiętnego lata podczas lektury książki o Odessie?
A może dopiero po tym, gdy na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku moja urodzona na Kresach mama zabrała mnie w swoje rodzinne strony?
Na litewskiej Wileńszczyźnie zobaczyłem wówczas przepiękną, nieskażoną zachodnią cywilizacją przyrodę: sosnowo-mieszane lasy i jeziora, a wśród nich zrujnowane i zaniedbane pałace „polskich panów”. Bolesne świadectwo historii tych niegdyś polskich ziem.
Przede wszystkim poznałem tam wspaniałych, otwartych, szczerych i gościnnych ludzi, którzy gotowi byli dzielić się z nami – dalekimi krewnymi przybyłymi z „bogatej” Polski – wszystkim, co mieli. A mieli niewiele. Ci ludzie żyli nader skromnie, niektórzy nawet na granicy ubóstwa.
Niewyobrażalnie poruszyła mnie bynajmniej nie tylko przysłowiowa gościnność obcych skądinąd dalekich krewniaków, którzy w okresie trwającej wówczas transformacji ustrojowej w Republice Litewskiej często nie mieli środków do życia. Posiadali jednak coś bezcennego: jakby wrodzone poczucie obowiązku ugoszczenia swoich nieznanych pociotków.
Najczęściej na gościnnym stole pojawiały się tłuczone ziemniaki i jakieś kiszonki. Czasem gotowano do nich parówki. Zdarzyło się, że gospodarz wyjął z ula plastry miodu i podał je pokrojone w prostokąty. Zawsze natomiast prostym zakąskom towarzyszył własnej produkcji lub „pożyczony” od sąsiada wyborny, mocny bimber, najczęściej żytni. Podczas biesiady zawsze królowała życzliwa szczerość, jak też chęć przychylenia nieba przybyszom z Polski. Wszystko zgodnie z odwieczną słowiańską maksymą „Gość w dom, Bóg w dom”.
Jeden z naszych dalszych krewnych po mieczu, syn brata mojego dziadka Jakuba, zapłakał, kiedy nas zobaczył. Bynajmniej nie z radości, a z żalu i rozpaczy, że nie ma w domu nic, czym mógłby nas ugościć.
– Drodzy goście, a nie napilibyście się dobrej, chłodnej, studziennej wody? – zapytał daleki wuj, rozkładając ręce w geście przeprosin.
– Bardzo chętnie – potwierdziliśmy z uśmiechem. Było nam naprawdę głupio, że zacnemu chłopu zrobiliśmy przykrość i kłopot.
Po chwili wuj przyniósł wiaderko tej wody. Była naprawdę dobra. Wyjęliśmy przywiezioną z kraju Kiełbasę Krakowską i Wódkę Wyborową. Podczas biesiady i wspomnień usiłowałem wręczyć mu sto dolarów, lecz on kategorycznie odmówił przyjęcia jakichkolwiek pieniędzy.
– Janku – powiedział, patrząc mi prosto w oczy – jeśli chcesz mi pomóc, to możesz zrobić to w inny sposób…
Potem wyłuszczył problem. Otóż jego ojciec, czyli kuzyn mojej mamy, podczas wojny wcielony był do II Armii Wojska Polskiego. Walczył pod Budziszynem, i nawet za walkę miał otrzymać jakieś medale.
– Gdzieś się zawieruszyły – powiedział mój biedny krewniak.
Polska ambasada w Wilnie przyznaje jakąś rentę, czy zapomogę, potomkom polskich żołnierzy z Wileńszczyzny walczącym z Niemcami.
– Zrobię, co w mojej mocy – obiecałem wujowi.
Przyznaję, że po powrocie do kraju zrobiłem wszystko, żeby pomóc krewnemu. Starania zacząłem od napisania listu do Centralnego Archiwum Wojskowego w Rembertowie, nie spodziewając się żadnej odpowiedzi. Najmniej potwierdzenia, że brat mojego dziadka figuruje w jakichkolwiek zasobach archiwalnych. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w odpowiedzi przysłano mi, i to w dość krótkim czasie, całą historię przebiegu służby wuja, jego udziału w walkach, otrzymanych odznaczeń i medali. Oczywiście niemal natychmiast przesłałem pismo do zainteresowanego. Wuj wykorzystał je właściwie, ponieważ po jakimś czasie przesłał mi podziękowania wraz z informacją, że otrzymał zapomogę. Przyznana kwota pieniężna wypłacana jest regularnie każdego miesiąca, i choć jest raczej symbolicznie skromna, mimo wszystko umożliwia mu przeżycie.
Poruszyło mnie coś jeszcze.
Rejony, które pokazała mi mama, były stosunkowo zamożne w czasach, kiedy Litwa była jedną z republik ZSRR. Ludzie żyli w godziwych warunkach materialnych. Ze względu na obfitość jezior powstały rybne sowchozy, czyli państwowe gospodarstwa rybne. Sowchozy dawały ludziom pracę i niezłe zarobki. Rynek zbytu ryb był bowiem olbrzymi – cały ogromny Sowietskij Sojuz. Sowchoźnikom wybudowano bloki mieszkalne, i niektórzy z moich krewnych mieszkali w takowych. Ci starsi żyli jednak nadal w starych, drewnianych, wileńskich domkach z charakterystycznymi gankami zdobionymi drewniano-koronkowymi daszkami.
Pomimo że egzystowali nader skromnie, obejścia były zadbane, pełne kolorowych kwiatów. Wokół przycupnęły nieśmiało ogródki warzywne i niewielkie sady owocowe. W kilkuizbowych domkach było czysto i przytulnie. Pachniało serdecznym domowym ciepłem: palonym drewnem, suszonymi ziołami i owocami. W niektórych z nich centralne miejsce zajmował wielki piec.
Mama powiedziała mi wówczas, że w czasach jej dzieciństwa sypiała zimą właśnie przy takim piecu, na zapiecku.
Oprócz kresowej specyfiki tego cudnego regionu, bogactwa nieskażonej smrodliwą cywilizacją przyrody i uwarunkowanej kulturowo natury zamieszkujących tam Kresowiaków pochodzenia polskiego, litewskiego i białoruskiego, matka otworzyła mi oczy na zagmatwane losy tych ludzi, a to w wyniku kaprysów wspólnej skądinąd historii.
Najpierw zaprowadziła mnie na wiekowy cmentarz, gdzie chowani byli nasi przodkowie. Rodzinne skromne groby stały blisko siebie, łatwo było więc ocenić tę perfidię historii Polaków na Kresach. Na nagrobnych tablicach te same polskie nazwiska moich przodków zapisywane były inaczej w zależności od epoki, w której przyszło im umrzeć. W czasach II RP z końcówką -ski, -ska. Za czasów litewskich nazwiska kończyły się na -skas lub -iene, czasmi -czius. Gdy przodek chowany był za Sojuza, te same nazwiska kończyły się z rosyjska: -skij, -skaja, a na pomnikach zapisywano je cyrylicą.
Teraz już wiem, że nie należy winić za to historii, lecz cynicznych, rządnych władzy polityków, którzy nie pozwalali na zapisywanie nazwisk zgodnie z poczuciem narodowym, lecz pod groźbą śmierci lub zsyłki na Sybir nakazywali ich przekształcanie stosownie do wymogów aktualnej władzy politycznej.
Niemniej jednak imponował mi fakt, że niemal wszystkie spotkane tam osoby rozmawiały biegle w trzech językach: polskim (z przepięknym i miłym dla ucha charakterystycznym kresowym zaśpiewem), litewskim i rosyjskim.
Co charakterystyczne, już podczas naszej wizyty antagonizmy narodowościowe budziły się we wszystkich grupach zamieszkałej tam ludności.
Kazia, jedna z naszych dalszych krewniaczek, u której mieszkaliśmy na typowym blokowiskuna przedmieściach Wilna, zareagowała gwałtownie, gdy jej syn przyprowadził do domu dziewczynę o imieniu Natasza. Przedstawił ją, a wtedy jego matka pociągnęła mnie za rękaw w stronę kuchni.
– Janek, czy u was w Polsce jest takie imię? – zapytała wzburzona.
– Owszem, rzadko, ale się zdarza – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, choć ostrożnie. Nie wiedziałem bowiem, do czego zmierza moja rozmówczyni.
– A widzisz, u was tylko się zdarza, ale to nie jest polskie imię! Tylko kacapskie. Ja nie chcę w mojej rodzinie widzieć Rosjanki. Żadnego kacapa! – wykrzyczała jeszcze bardziej wzburzona Kazia.
Odczułem lekkie zdziwienie. Ta, tak patriotycznie nastawiona matka Polka, nazwała swoich synów Arunas i Algirdas. Czy to z kolei było po polsku? Ze względów kurtuazyjnych nie zapytałem.
Ale gdy jeden z jej synów pokazywał nam utrwalony na kasecie wideo film z wesela swojego przyjaciela, zauważyłem, że tam wszyscy posługiwali się różnymi językami, nie wyłączając rosyjskiego. Tańczyli i śpiewali pod melodię Biełyje rozy rosyjskiej grupy Łaskawyj Maj, by po chwili podrygiwać w takt polskich Majteczek w kropeczki. Chyba dla zachowania ekumenicznej równowagi puszczano też melodie litewskie.
Tak to powoli ulegałem fascynacji dalekimi Kresami. Wyniesioną z rodzinnego domu ichnią kuchnią, gdyż moja mama prowadziła tylko taką. Znam i uwielbiam cepeliny (kartacze), bliny z omastą, babki i kiszki ziemniaczane, chłodniki i barszcze.
Moja ówczesna fascynacja, a służyłem wtedy na przejściu granicznym lotniska Kraków-Balice, nakazała mi wykupić w krakowskim biurze turystycznym magiczną objazdową wycieczkę o zachęcającej nazwie „Kresowa przygoda”. Tym razem nie po Litwie, ale po ukraińskich południowych rubieżach Kresów. Obejmowała wiele miejsc grających istotną rolę w naszej historii, w tym zwiedzany przez całe dwa dni Lwów. Stamtąd wspomnę tylko biedne staruszki cierpliwie czekające na parkingach na przyjazd autobusów z Polski. Witały nas śpiewną lwowską gwarą Szczepcia i Tońcia, zachęcały do nabywania wypieków własnej produkcji. Ich przepyszne pierożki z różnorakim nadzieniem kupowali niemal wszyscy, aby choć w ten sposób polepszyć im byt.
Zwiedziłem renesansowe miasto Żółkiew, założone przez hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego.
A potem już tylko ulegałem historycznej magii polskich Kresów: Kamieńca Podolskiego, Chocimia, Krzemieńca – miasta Juliusza Słowackiego, Zbaraża, Podhajców nad rzeką Koropiec i wielu innych miejscowości.
Zapamiętałem z tej wycieczki kilka epizodów raniących moją patriotyczną duszę. Okopy Świętej Trójcy pomalowane w żółto-niebieskie pasy. Tablicę przed wejściem na teren twierdzy w Kamieńcu Podolskim wieszczącą, że właśnie w tym miejscu więziony był ukraiński rozbójnik, który walczył z bogatymi i dzielił się z biednymi. U nas o nim nikt nie słyszał, ale legenda przypominała tę naszą o Janosiku. Poza oznaczeniem, że budowla jest zabytkiem historycznym, nie spotkałem żadnej informacji o tym, kto i w jakim celu ją wzniósł.
Zarówno w Kamieńcu, jak i w Chocimiu wyeksponowane były lochy upamiętniające „umęczony lud ukraiński”. Marnego słowa o Polakach.
W Podhajcach urządzono izbę tortur, i tu przekaz był jasny. Przewodnik podkreślał, że to jezuici męczyli w ten sposób prawosławny lud, który nie chciał dać się nawrócić na katolicyzm. Podobnie było w Chocimiu, gdzie przewodnik oznajmił, że ta wielka twierdza należy do „uciemiężonego ludu ukraińskiego, który wzniósł ją własnymi rękami”. Ukraińcy stale podkreślali krzywdę ludu i bezwzględność jego ciemiężycieli, Polaków.
Nie wiem, czy moi chłopscy przodkowie zamieszkujący Kresy Wschodnie mieli wówczas jakąkolwiek świadomość narodową. Myślę, że raczej mieli jedynie świadomość przynależności do swojego pana, którym był właściciel dworu i olbrzymiego majątku ziemskiego. Do czasu formalnego zniesienia pańszczyzny pan był również ich właścicielem.
Moi pradziadowie traktowani byli zatem niczym własność, o czym świadczą wileńskie księgi notarialne z pierwszej połowy XIX wieku. Otóż panowie hrabiowie określonego w tych księgach herbu do pierwszej połowy XIX wieku zapisywali w księgach wieczystych swoje dobra ruchome i nieruchome: ziemię, lasy, folwarki, wioski oraz zamieszkujących włości chłopów. Wśród nich znalazłem nazwiska nie tylko moich prapradziadów, ale także sąsiadów, z którymi dziadkowie repatriowali się do Polski po drugiej wojnie światowej. Osiedlali się w pobliżu siebie bynajmniej nie po to, by mieć pod ręką swojego wroga. Ale po to, by działać społem, wspierać się w biedzie i wspólnie cieszyć się radościami nowego życia. Ci nieprzypadkowi sąsiedzi żenili między sobą dzieci, trzymali do chrztu wspólnych potomków, chowali przodków. W ten sposób podtrzymywali długowieczną, zrazu sąsiedzką, a potem już rodzinną więź. Tak zdarzało się również w mojej rodzinie.
Wracając do pamiętnej „Kresowej przygody” i przedstawianej w jej trakcie martyrologii „biednego ludu ukraińskiego”, myślę, że w obecnym kontekście historycznym bezsensowne jest szukanie jakiejkolwiek krzywdy narodowej. Naówczas były zupełnie inne uwarunkowania geopolityczne. Posthitlerowski świat wyglądał inaczej, przyszło nowe, wolne, bezwojenne…
Dalece niesłuszna jest obecna ocena minionych czasów. Bo jakaż to „narodowa krzywda”, skoro wówczas brak było poczucia narodowej przynależności?
Do czasu uwolnienia chłopów pańszczyźnianych dekretem carskim w 1864 roku należeli oni do swojego prawowitego pana. Uprawiali jego ziemię lub odrabiali pańszczyznę za dzierżawione grunty. Nic tu nie miała do rzeczy ich religia ani też poczucie narodowej przynależności.
Jakże niesprawiedliwie jest oceniać, że jedna nacja wykorzystywała drugą. Chłopi wykorzystywani byli bowiem nie jako Polacy, Białorusini, Litwini czy Ukraińcy, ale jako poddani swojego pana. Formalnie i kulturowo stanowili czyjąś własność, bo taki był wówczas porządek świata.
Jakiś czas później ponownie udałem się na europejski Wschód, na wycieczkę nazwaną „Białe noce”. Podczas trwania zjawiskowych białych nocy odwiedziłem Sankt Petersburg, stolicę rosyjskich carów. Niesamowicie olśniewające jest jasne niebo w środku nocy, nieprawdopodobnie piękne jest też samo miasto, choć nie ukrywam, że przytłaczały mnie jego ogrom i snobistyczny zbytek. Nie wiem dlaczego, ale wszystko tam wydawało mi się za duże. Zbyt, za bardzo. Komnaty pałaców w Carskim Siole i Peterhofie, muzeum Ermitaż oraz bulwary nad Newą.
Próbowałem sobie wyobrazić, co odczuwa Rosjanin z tego miasta, oglądając wnętrza Zamku Królewskiego na Wawelu albo w Warszawie. Po prostu inna skala, inna perspektywa, z czego ludzie mojego pokroju nie zdają sobie sprawy. A może to tylko pogarda dla skromności i ubóstwa?
Dlaczego wspominam te wycieczki i związane z nimi wrażenia? Ponieważ miały istotny wpływ na moje późniejsze plany zawodowe. I prywatno-służbowe ambicje.
Kolejne moje marzenie dotyczące wyprawy na dalszy Wschód nie zostało dotychczas spełnione. Zamierzałem bowiem odbyć jesienną podróż życia. Dokąd? Koleją Transsyberyjską do Władywostoku, z popasem nad jeziorem Bajkał. A po drodze zobaczyć Gruzję.
Kiedy natomiast zacząłem poważnie myśleć o wyjeździe w głąb nowej Rosji, świadomy tego, że mnie nareszcie stać, nasza Kompania Reprezentacyjna Wojska Polskiego maszerowała dumnie po Placu Czerwonym podczas majowego Dnia Zwycięstwa, następnie dała długo oklaskiwany przez mieszkańców Moskwy rewelacyjny pokaz musztry paradnej.
Było to w 2012 roku, w okresie tak zwanego resetu w stosunkach politycznych między naszymi krajami. Zaczęły się bowiem ocieplać na niwie politycznej, gospodarczej i społecznej.
Wobec sprzyjającej koniunktury, w obliczu możliwości otrzymania rosyjskiej wizy, silnego złotego i wymienialnego rubla postanowiłem nie odkładać na potem mojego podróżniczego chciejstwa. Rosja wyciągała do mnie dłoń, kusiła pięknymi, nieskażonymi zachodnią cywilizacją i tandetnym plastikiem, zapierającymi dech w piersiach widokami: górami, dzikimi puszczami, bezkresnymi stepami i naturalnymi, prostymi smakami.
Ale…
Właśnie wtedy otrzymałem służbową propozycję, otwierającą przede mną drogę na południowy wschód Europy. Konkretnie do mołdawskiego Kiszyniowa. Za tym wyjazdem kryła się także moja wymarzona, opiewana w Samotnym białym żaglu, tajemniczo multikulturowa ukraińska Odessa, gdzie w drodze do Mołdawii miałem spędzić kilka dni. Mój służbowy los zrządził inaczej. W Odessie zostałem na całe dwa długie i bogate we wrażenia lata.
Ale po kolei.
Wtedy, gdy w 2012 roku Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej organizowane były przez Polskę wspólnie z Ukrainą, ja pracowałem, a raczej służyłem, w Komendzie Głównej Straży Granicznej w Warszawie. Z racji doświadczenia wyniesionego z wcześniejszej pracy dla Europejskiej Agencji Granicznej Frontex zaangażowany zostałem do koordynowania działań w ochronie granicy państwowej podczas trwania tych mistrzostw.
Frontex jest jedyną agencją Unii Europejskiej, która ma swoją siedzibę w Polsce, w Warszawie. Jej zadaniem jest wsparcie państw członkowskich w ochronie granic zewnętrznych Unii Europejskiej. Agencja, która obecnie (dane z 2025 roku) liczy około trzech tysięcy pracowników, została utworzona 26 października 2004 roku.
W dniu 6 lutego 2006 roku zostałem dokładnie pięćdziesiątym pracownikiem tej organizacji. Przepracowałem w niej cztery lata na stanowisku eksperta narodowego, pierwszego Polaka na stanowisku operacyjnym, nie pomocniczym.
Wraz z grupą zatrudnionych przez Frontex ekspertów z wielu krajów opracowałem między innymi podręcznik dla służb granicznych. Zawierał on kompendium wiedzy, wskazówki i wytyczne, w jaki sposób należy organizować ochronę granic w trakcie wydarzeń międzynarodowych niosących za sobą masowy przepływ osób przekraczających granice państwowe. Migrantów turystycznych, ekonomicznych, politycznych i innych. Właśnie podczas takich wydarzeń jak międzynarodowe zawody piłkarskie.
Mając odpowiednie wieloletnie doświadczenie zdobyte chociażby podczas długoletniej służby na lotnisku w podkrakowskich Balicach, na poważnie i z pełną determinacją zająłem się koordynacją wielu przedsięwzięć na naszych granicach. A to celem zapewnienia sprawnej kontroli licznych grup kibiców wszystkich drużyn uczestniczących w tej imprezie na terenie naszego kraju i Ukrainy.
W realizację zadania włożyłem niemały wysiłek osobisty, co zostało docenione przez moich ówczesnych służbowych przełożonych. Poza znaczną nagrodą pieniężną uzyskałem zgodę szefów naubieganie się przeze mnie o oddelegowanie do pomocy w organizacji ochrony granic Unii Europejskiej z Ukrainą i Mołdawią, które to państwa zgłosiły wcześniej formalny akces do struktur Unii Europejskiej. Mogłem tego dokonać, ubiegając się o oddelegowanie do pracy w unijnej misji EUBAM.
W celu zakrojonej na szeroką skalę pomocy tym państwom (Ukrainie i Mołdawii) w dostosowaniu systemu ochrony granic do standardów obowiązujących w UE, uruchomiona została w 2005 roku Misja Unii Europejskiej ds. Pomocy Granicznej dla Mołdawii i Ukrainy o nazwie EUBAM (EuropeanUnion Border Assistance Mission).
Co oczywiste, otrzymanie zgody najwyższych przełożonych w strukturze Straży Granicznej nie wiązało się z zapewnieniem przyszłego zatrudnienia w charakterze pracownika EUBAM.
Sam EUBAM natomiast sporadycznie zamieszczał na swojej oficjalnej stronie internetowej informacje o naborze na wolne miejsca pracy. Zgoda przełożonych była niezbędną procedurą, aby zgłosić swoją kandydaturę na dane stanowisko, ale o ostatecznym zatrudnieniu decydowały władze Misji. A to po przeprowadzeniu merytorycznej selekcji zgłoszonych kandydatów. Ostatnim i decydującym kryterium była rozmowa online z trzyosobową komisją egzaminacyjną. W skład niej wchodziły osoby ze ścisłego kierownictwa EUBAM.
Aplikowałem wówczas na stanowisko szefa nowo tworzonej Stacji Polowej (Field Office) w mołdawskim Kiszyniowie.
Jako że spełniałem wszystkie wymogi formalne i merytoryczne, moja kandydatura została wstępnie zaakceptowana.
W wyznaczonym dniu, a było to w połowie września 2012 roku,niecierpliwieoczekiwałem decydującej rozmowy z komisją kwalifikacyjną. Miałem wątpliwości, czy mój angielski jest wystarczająco biegły.
Czy się nadaję?
Przyznam, że po przygodach podczas misji UNPROFOR na linii konfrontacyjnej w byłej Jugosławii, gdzie trafiłem nie jako pogranicznik, ale jako policjant, utkany byłem z samych wątpliwości.
Rozmowa, a raczej cała seria pogawędek z trzema osobami funkcyjnymi, przebiegła dla mnie wyjątkowo pomyślnie.
Hurra! Accept!
Na jej zakończenie poinformowano mnie, że nie później niż do dwóch miesięcy będę wezwany do Odessy, gdzie na wstępie odbędzie się parodniowe szkolenie. Po jego ukończeniu zostaną mi powierzone obowiązki na nowym stanowisku.
W połowie listopada otrzymałem pisemne zaproszenie do przyjazdu do Odessy w pierwszych dniach grudnia. Dołączono do niego informację o dokonaniu rezerwacji hotelu w pobliżu siedziby Misji.
Do Odessy leciałem z warszawskiego Okęcia w pierwszą sobotę grudnia 2012 roku samolotem Antonow, należącym do ukraińskiej Kompanii Lotniczej Aerosvit.
Na pokład weszło nie więcej niż czterdziestu pasażerów.
Po około trzech godzinach lotu wylądowałem w Odessie.
Odeskie lotnisko przypominało trochę to moje krakowskie, gdzie pracowałem w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Było jakby z zamierzchłej epoki – niewielkie, bez nowoczesnej infrastruktury lotniczej, siermiężne. Sprawiało wrażenie prowincjonalnego.
Posługiwałem się paszportem dyplomatycznym, toteż umundurowany na zgniłobutelkowy kolor ukraiński pogranicznik spytał mnie tylko, czy celem mojej podróży jest polski konsulat, czy misja EUBAM.
– EUBAM – odpowiedziałem krótko. – Będę tam zatrudniony.
– Witam w Odessie kolegę po fachu – powiedział z uśmiechem Ukrainiec, stemplując mój paszport.
Pomyślałem sobie wówczas, że przecież właśnie tutaj, na tym lotnisku, mógłbym służyć radą i pomocą w zakresie dopasowania tego lotniczego przejścia granicznego do standardów unijnych. Byłoby to fajne wyzwanie. W takiej roli czułbym się niczym ryba w wodzie.
Niestety, nie było zapotrzebowania na eksperta do tej placówki.
Wyszedłszy z dworca lotniczego, skierowałem się do pierwszego w kolejce samochodu opatrzonego tabliczką Taxi.
Kierowcą starawego białego Volkswagena Transportera okazał się trzydziestokilkuletni wesołek, który od razu, zanim jeszcze wsiadłem, zapytał, skąd przyleciałem. Gdy dowiedział się, że z Polski, powiedział, że wielokrotnie przejeżdżał przez nasz kraj w drodze do Niemiec, gdzie pracował na budowach. Za zarobione tam pieniądze japrignał etu maszynu (sprowadziłem ten samochód). A kiedy wygadałem się, że przyjechałem do pracy, nie pytając o szczegóły, wręczył mi wizytówkę, oferując swoje usługi transportowe.
Wizytówkę obejrzałem dopiero w hotelu, i ogarnęło mnie zdziwienie. Na białym kartoniku wypisane było imię i nazwisko naszego króla: Stanislav Poniatowskiy – taxi driver. Pomyślałem, że może to być żart tego odeskiego wesołka. A może miał w kieszeni różne zestawy internacjonalnych wizytówek z historycznymi nazwiskami charakterystycznymi w różnych krajach? Taki autorski, sprytny chwyt marketingowy grający na emocjach cudzoziemców?
Kiedy po kilku miesiącach Poniatowski odwoził mnie na lotnisko, spytałem go o to. Stwierdził, że naprawdę tak się nazywa. I nic nie wie o tym, że w Polsce był król o takim samym mianie. Kazał mówić do siebie Stas. Pochodził z małej miejscowości pod Odessą.
Co ciekawe, Stas miał bardzo prosowieckie poglądy. Gdy później korzystałem z jego usług, wielokrotnie wychwalał politykę Stalina, przede wszystkim sposób sprawowania władzy twardą, bezwzględną, zakrwawioną ręką.
Raz zdarzyło mu się przesadzić w peanach na cześć tego sowieckiego kacyka. Przypomniałem mu o niechwalebnych czasach masowego głodu na Ukrainie w latach 30. ubiegłego wieku, który był efektem zbrodniczej i nieludzkiej polityki jego idola. Z pełnym przekonaniem zaczął wówczas uzasadniać, że dzięki polityce brutalnej kolektywizacji Stalin mógł wybudować przemysł ciężki, uzbroić kraj, i w rezultacie wygrać drugą wojnę światową.
– Gdyby nie taka polityka, nie byłoby SowietskogoSojuza – stwierdził rozemocjonowany Stas.
Na moje stwierdzenie, że i tak już nie ma wielkiego ZSRR, taksówkarz obarczył winą „zdrajcę” Gorbaczowa.
Podczas pobytu na Ukrainie wielokrotnie spotykałem się z podobnymi opiniami. Wielu starszych mieszkańców Odessy z nostalgią wspominało potężny, w ich mniemaniu, Związek Radziecki – państwowego kolosa, z którym „musiał się liczyć cały świat”.
W przeddzień wylotu z Warszawy otrzymałem jeszcze jeden ważny dokument. A mianowicie list elektroniczny od urzędnika misji, w którym informowano mnie o szczegółach rezerwacji i warunków pobytu w Hotelu Lermontowski, o oficjalnej wspólnej kolacji w Restauracji Mario w dniu przybycia, o terminie i tematyce szkolenia wstępnego oraz o konieczności przybycia na pierwsze spotkanie w ubraniu określanym jako business clothes, czyli na galowo. List podpisała osoba pełniąca funkcję Trust Officer.
Jako że słowo trust znane mi było w znaczeniu „zaufanie”, jak też jednoznacznie kojarzyło się z napisem na jednodolarowym banknocie, moim pierwszym skojarzeniem było, że list wystosował kapelan misji. Nie zdziwiło mnie to zbytnio, ponieważ w strukturze organizacyjnej mojej macierzystej formacji granicznejrzeczywiście istnieje taka funkcja. Kapelani zastąpili oficerów politycznych, których drzewiej również nie darzyłem ani sympatią, ani zaufaniem. Zawsze uważałem, że struktury militarne, ale i wszystkie inne państwowe, powinny być apolityczne. Co do zasady. Sprawy sumienia powinny pozostać sprawami prywatnymi – i właśnie tak należy kształtować nowoczesne państwo. Wolne od jakiejkolwiek religii i ideologii.
Hotel Lermontowski znajdował się na odeskim Starym Mieście, w pobliżu słynnego nadmorskiego bulwaru. Przypominał naszą architekturę z lat 90.: nieco pstrokatą, kiczowatą, betonowo-szklaną. Mój pokój był wprawdzie niezbyt duży, ale wygodny i czysty. Miałem w nim spędzić pięć noclegów.
Padał śnieg z deszczem, wiał silny, porywisty, zimny wiatr. Ulice i chodniki pełne były brudnej, wodnistej brei. Było też niebezpiecznie ślisko.
W kantorze w pobliżu hotelu wymieniłem trochę dolarów na lokalną walutę – hrywnę. Zapamiętałem ówczesny kurs: jeden dolar kosztował osiem hrywien.
W pobliskim sklepiku kupiłem słodycze i napoje, aby bez potrzeby nie wychodzić na zewnątrz i na ten ziąb. Czekałem na samochód, który parę minut przed dziewiętnastą miał mnie zabrać na wspólną kolację z misyjnym „kapelanem”. Kapelan okazał się kobietą, reprezentantką służb celnych Irlandii. Jak wyjaśniło się zaraz potem, jej funkcja nie miała nic wspólnego z dbałością o sferę religijno-duchową. Bardziej o naszą wygodę i komfort psychiczny podczas pobytu na misji.
Sympatyczna Irlandka powiadomiła na wstępie, że jest „osobą zaufania”, do której możemy się zwracać ze wszystkimi swoimi problemami.
„A więc nie kapelan, a raczej mieszanka politruka z opiekunem klienta” – pomyślałem, odwołując się do nasuwającej mi się analogii ze strukturą organizacyjną WOP-u za PRL-u, gdy podobną funkcję sprawował specjalnie przeszkolony oficer polityczny.
W trakcie tego spotkania okazało się także, że tego dnia do EUBAM w Odessie przybyło tylko siedmioro nowych „misjonarzy”. Pięciu Niemców, których zakwaterowano w Hotelu London, jedna oficer słowackiej Straży Granicznej, oraz ja – skierowany do Lermontowskiego polski oficer SG.
Jeszcze wtedy nie zastanawiałem się, dlaczego nie zamieszkaliśmy razem. Oszołomiony byłem nowym wyzwaniem, nowym zadaniem, co najistotniejsze – ścielącą się do mych stóp samą wymarzoną Odessą, czarnomorskim miastem z rosyjskiej powieści dla młodzieży.
Spotkanie informacyjne trwało około dwóch godzin.
Przybliżono nam kilka ogólnikowych zasad dotyczących celów EUBAM oraz zadań na najbliższe dni. W tym tematykę specjalistycznego szkolenia w dniach następnych.
Po kolacji i następującym po niej spotkaniu zostaliśmy poinformowani, że do hoteli zostaniemy również odwiezieni samochodem służbowym misji, lecz w poniedziałek rano nie możemy liczyć na służbowy transport. Musimy stawić się w recepcji misji przy ulicy Ujutnej o godzinie 8:20. Ubrani na galowo, jak zaznaczono w liście poprzedzającym wylot do Odessy.
W poniedziałek rano wbiłem się w ciemny wyjściowy garnitur, białą koszulę, stosowny krawat i eleganckie błyszczące lakierki. Zaopatrzony w plan miasta z wyrysowaną trasą dziesięciominutowego marszu do odeskiej siedziby EUBAM, z podniesionym czołem wyruszyłem po kolejną przygodę.
Nie wątpiłem, że i tu spotka mnie wiele nowych doznań. Nie dość, że za granicą zwykłem ściągać na siebie dziwne przypadki, to jeszcze śniłem o nich od lat.
Pierwsze z całej plejady doznań czekało już po pięciu minutach. Albowiem przede mną pojawiła się olbrzymia kałuża, wylewająca się od przydomowego brzegu chodnika aż na środek jezdni.
Jak już wspominałem, od dnia mojego przyjazdu padało. Raz śnieg, raz śnieg z deszczem przerywany całkiem rzęsistym deszczem. Ta natomiast kałuża nijak nie dała się wyminąć. Postanowiłem nie przechodzić jej środkiem, mniemając, że tam może być najgłębiej. Wybrałem miejsce bliższe jezdni, zaraz potem śmiało w nie wdepnąłem.
– O kurwa! – wyrwało mi się mimowolnie, kiedy moja obuta w piękny lakierek stopa zanurzyła się po łydkę w mętnie brunatnej pośniegowej brei.
Utopionej stopy już nie cofałem, tylko odbiłem się na niej, aby wylądować po drugiej stronie kałuży. Co innego można było zrobić? Niewiele. Wylać z buta wodę, potraktować przygodę jak chrzest bojowy nowej misji i z pieśnią na ustach przeć dziarsko po następne przygody.Rozejrzałem się jeszcze, czy aby ktoś z przechodniów nie usłyszał moich bluzgów. Nikt nie zareagował.
Używany przeze mnie wulgaryzm jest powszechnie znany także w krajach rosyjskojęzycznych. Ale tam nie uchodzi za szczególnie dosadny. Z biegiem czasu poznałem inne, dużo mocniejsze.
Po dotarciu do siedziby EUBAM przy Ujutnej zebrano nas, nowo przybyłych, w największej sali na parterze budynku. Przywitano dobrym słowem i niemal z marszu przystąpiono do egzaminowania z języka angielskiego.
Trwało to długo.
Przebrnąłem przez wielostronicowe arkusze zawierające pytania dotyczące gramatyki, słowotwórstwa, wyrażeń fachowych. Były pytania wymagające krótkiej rozprawki. Ja dostałem pytania o opisanie mojej drogi do Odessy i moich oczekiwań w zakresie realizacji zadań w trakcie tej delegacji. Odsłuchaliśmy długiego tekstu o podróżnych rozmawiających o połączeniach kolejowych na głośnym peronie. Potem rozdano nam kolejne formularze z pytaniami dotyczącymi szczegółów tej konwersacji. Dostaliśmy też tekst pisany, który należało przeczytać, a następnie odpowiedzieć na zestaw pytań dotyczących przeczytanego tekstu.
To naprawdę nie było łatwe.
Po przerwie kawowej nie ogłoszono wyników, ale kilka osób wezwano przed oblicze eubamowskich kadrowców.Nie znaliśmy się na tyle, by rozmawiać ze sobą na temat pierwszego egzaminu. Może stawiano tam jakieś dodatkowe warunki, może wyznaczono terminy poprawkowe? Może podziękowano i odsyłano do domu?
Sporą część szkolenia poświęcono historii Ukrainy, z uwzględnieniem dążenia Ukrainy do integracji z EU. A to tuż po wrześniu 1993 roku, kiedy w Kijowie została otwarta Delegatura Komisji Unii Europejskiej.
Z zainteresowaniem śledziłem wykład dotyczący lokalnych tradycji i zwyczajów, czyli co wypada, a co nie.
– Jak traktować ukraińskie kobiety? Nigdy nie wyciągać pierwszemu ręki na przywitanie, a dłoń podać tylko wtedy, gdy ona pierwsza wyciągnie rękę do mężczyzny.
– Nie witać się przez próg.
Akurat te dwa punkty nie zdziwiły mnie zbytnio, bo u nas dobre wychowanie także nakazuje, aby to kobieta pierwsza podawała rękę, a witanie się przez próg uznaje za nieeleganckie.
– Nie traktować spóźnienia jako wyrazu lekceważenia czy wręcz za obrazy, bo spóźnienia są naturalne i powszechne.
– Nie podnosić drobnych monet leżących na ziemi, bo to przynosi pecha i jest w złym tonie.
Równie ciekawe wydało mi się „praktyczne” szkolenie na temat czyhających na obcokrajowców przykrych niespodzianek i różnego rodzaju pułapek. Kilka z nich utkwiło mi w głowie choćby dlatego, że pomimo wyraźnie wyartykułowanych ostrzeżeń nie wszystkich udało mi się uniknąć.
Ostrzegano nas przed zagrożeniami epidemiologicznymi, kryminalnymi, infrastrukturalnymi i komunikacyjnymi, takimi jak:
– Szerzące się choroby weneryczne, przede wszystkim HIV (AIDS);
– Duża skala prostytucji i narkomanii;
– Niski poziom opieki zdrowotnej;
– Niespotykana w EU skala ubóstwa i związane z nią ogromne dysproporcje społeczne;
– Kradzieże kieszonkowe, oszustwa pieniężne, nagminne podrabianie kart płatniczych (zalecano wymianę pieniędzy w bankach i dokonywania płatności gotówkowych);
– Inscenizowane bójki uliczne i różnego rodzaju pokazy, podczas których widzowie są okradani;
– Wałęsające się wszędzie bezpańskie psy, które poruszają się w sforach. Choć nie są zbyt agresywne, wiele z nich przenosi różne choroby;
– Obsypujące się z budynków, balkonów i dachów wielkie płaty tynku, które mogą spaść na głowę idącemu chodnikiem przechodniowi;
– Zwisające zimą z dachów, tarasów, balkonów, gzymsów i rynien sople lodu, które również mogą spaść na głowę;
– Pozbawione w wyniku kradzieży dekli i włazów studzienki kanalizacyjne, do których można wpaść;
– Stare i awaryjne piecyki gazowe, z których może się ulatniać zagrażający życiu tlenek węgla (czad);
– Niezwykle przebiegli złodzieje kieszonkowcy, którzy stosują różne, niespotykane gdzie indziej metody. Kilka z nich omówiono szczegółowo;
– Uliczne pokazy ptaszników oferujących zrobienie fotografii z ptakiem na ramieniu. Dalej, rozrzucanie na chodniku banknotów lub portfeli z pieniędzmi. Kiedy przechodzień schyla się po nie, przy nim pojawia się osobnik, który proponuje podział znaleziska. Zaraz potem wzywa „przypadkowo” przechodzącego milicjanta (prawdziwego lub przebierańca), wnosząc oskarżenie o kradzież mienia. Ów „milicjant” domaga się pokaźnej łapówki za odstąpienie od czynności służbowych;
– Złodzieje używający brzytew do „otwierania” noszonych na plecach toreb lub plecaków;
– Mieszkania na poziomie piwnicy, których niczym nie zabezpieczone wnęki z oknami zachodzą czasami aż do połowy chodnika. Przechodzień, który nie patrzy pod nogi, może wpaść do takiej wnęki;
– Nonszalanccy kierowcy niezważający na pieszych przechodzących po pasach;
– Alkohole i produkty spożywcze niewiadomego pochodzenia. Ostrzegano przed nabywaniem bardzo tanich alkoholi, które zwykle pochodzą z nielegalnej produkcji;
– Policjanci, którzy wyłudzają łapówki, często działający w porozumieniu ze złodziejami i mafią. Także zaaranżowane kolizje w ruchu drogowym.
– Żebractwo.
Ostrzegano nas przed:
– Licznymi grupami żebrzących dzieci pochodzenia romskiego;
– Obnoszeniem się na ulicach miasta z kosztownościami i ubieraniem się w stylu zamożnych turystów zagranicznych, którzy szczególnie przyciągają uwagę grup przestępczych;
– Piciem wody z kranu, bo w Odessie woda jest silnie zanieczyszczona;
– Występującymi powszechnie od maja do lipca alergiami wynikającymi z zapylenia powietrza, pochodzącego z licznych drzew;
– Mięsem kupowanym na ulicznych straganach i w kioskach;
– Komarami roznoszącymi choroby tropikalne oraz innymi insektami.
Jako że kilka naszych stacji polowych ulokowano w pobliżu granicy Ukrainy z Naddniestrzem (Naddniestrzańską Republiką Mołdawską), dość obszernie poruszono także tę istotną kwestię, głównie w kontekście historycznym i politycznym.
Samozwańcza NRM nazwana została w terminologii misji „Transnistrią”. Sztuczne państewko o powierzchni 4163 kilometrów kwadratowych jest wciśniętym między Mołdawię a Ukrainę pasem ziemi o długości około dwustu kilometrów i średniej szerokości dwunastu do piętnastu kilometrów. A w niektórych miejscach nawet tylko około sześciu kilometrów. Co najistotniejsze, Naddniestrze nie zostało uznane na arenie międzynarodowej.
Republika powstała w wyniku buntu przeciwko dążeniom Mołdawii do zjednoczenia z Rumunią i wprowadzenia języka mołdawskiego jako jedynego języka urzędowego.
Transnistria, zamieszkana w większości przez ludność rosyjskojęzyczną, ogłosiła secesję już w 1990 roku. Aby zapobiec dezintegracji, Mołdawia wysłała tam swoje wojska. Krwawe walki toczyły się w latach 1991 i 1992. Lokalne oddziały separatystówwsparte zostały przez liczne wojska rosyjskie stacjonujące w Naddniestrzu.
Jak nam powiedziano, za czasów Związku Radzieckiego Rosjanie rozwinęli tam przemysł zbrojeniowy oraz zbudowali liczne magazyny broni i amunicji. Zbrojeniówka miała także dostarczać istotnych komponentów do urządzeń precyzyjnego naprowadzania rakiet.
Stacjonująca w NRM armia rosyjska czynnie wsparła insurgentów, a Mołdawianie ponieśli sromotną porażkę. W tej kolejnej nieznanej światu europejskiej wojnie poległy tysiące żołnierzy.
Po podpisaniu porozumienia pokojowego rosyjskie wojska pozostały w Transnistrii w ramach mandatu ONZ, czyli jako regularne siły pokojowe. Pomimo późniejszych rezolucji ONZ Rosja nie wycofała stamtąd wojsk i do dzisiaj je tam utrzymuje. Co istotne dla późniejszych zdarzeń, które wpłynęły na polaryzację światowej geopolityki, rosyjska baza wojskowa znajduje się tylko pięćdziesiąt kilometrów od Odessy.
Dużo mówiono o strukturze geograficznej tego dziwnego kraju.
Cytuję: „To taka kiszka wzdłuż prawego brzegu granicznej rzeki Dniestr”.
Położono nacisk na informację, że Republika Naddniestrzańska ma silne wsparcie ze strony Rosji, która praktycznie utrzymuje ją finansowo. I że niemal wszystkie gałęzie gospodarki kontroluje powiązany z Rosją olbrzymi holding gospodarczy Sheriff.
Ani słowem nie wspomniano natomiast na temat zagrożenia, jakie ta rosyjska enklawa może stanowić dla Odessy, a przede wszystkim dla naszej misji.
Zastanowiło mnie, dlaczego unijni szkoleniowcy nie uczulili nas na bodaj najistotniejszy aspekt pobytu na Ukrainie: doskonałej wręcz okazji do penetracji wywiadowczej ze strony obcych służb specjalnych (głównie rosyjskiego GRU, FSB i SWR), podejmowania prób docierania do pracowników misji, a nawet jawnego werbowania ich do współpracy.
Dla mnie, przeszkolonego oficera polskiej Straży Granicznej, oczywiste było, że skoro Rosja, pomimo nacisków organizacji międzynarodowych, nie wycofała z Naddniestrza swoich wojsk, to tę enklawę chce wykorzystać w przyszłości, broniąc swojego doskonale uplasowanego strategicznie militarnego przyczółku.
Już podczas tego pierwszego spotkania ugruntowała się we mnie niepokojąca myśl, że zapewne Rosja wzmacnia Transnistrię constans, wykorzystując jako bazę do dalszych działań. Także wywiadowczych. Że postrzega ją jako swój niezatapialny lotniskowiec.
Podobnie traktuje graniczący z Polską i Bałtykiem obwód królewiecki, gdzie już wtedy zgromadziła potężne siły uderzeniowe, w tym rakiety dalekiego zasięgu zdolne do przenoszenia głowic jądrowych.
Myślałem wówczas, że założona przez Katarzynę II jako okno na świat Imperium Rosyjskiego Odessa musi pozostawać w sferze zainteresowania Federacji Rosyjskiej. Choćby z tego powodu, że w Sewastopolu na Krymie znajduje się rosyjska baza wojskowa i że stacjonuje tam nowocześnie wyposażona Flota Czarnomorska. Te dwa oddalone od siebie około stu pięćdziesięciu mil morskich Port Odessa i Port Sewastopol są kluczowe w kontrolowaniu szlaków morskich prowadzących przez Morze Czarne i Morze Śródziemne na otwarte akweny oceaniczne.
Gros prelekcji skoncentrowanych było stricte na bezpieczeństwie indywidualnym.
Nie wiem, kto w UE odpowiadał za bezpieczeństwo tajemnicy i chronił misję EUBAM przed potencjalnym przenikaniem do niej agentury państw uznawanych za obce politycznym i gospodarczym interesom Unii Europejskiej. Jadąc na tę misję, spodziewałem się, że to my – unijni pogranicznicy i celnicy – będziemy stanowić jej swoistą tarczę, że podczas specjalistycznego szkolenia zostaniemy ostrzeżeni, przygotowani i wyczuleni na możliwość docierania do nas kadrowych pracowników i agentury obcych służb specjalnych. Dalej, na podejmowane próby uwikłania nas w szemrane układy, korumpowanie, udział w przestępstwach natury kryminalnej, drogowej, czy nawet seksualnej – a w rezultacie na próby pozyskania do współpracy.
W mojej ocenie takowe przeszkolenie byłoby niezbędne, aby uodpornić nas na wszelkie działania szkodzące interesom UE i unijnej agencji EUBAM, która zatrudniła nas na tak strategicznych odcinkach granicy zewnętrznej.
Szkolenie trwało bite cztery dni. Od rana do późnego popołudnia, z przerwami na kawę i lunch.
Trzeciego dnia podczas dłuższej przerwy kawowej zagadnął mnie sympatyczny Włoch. Miał na sobie ciemnogranatowy uniform z insygniami EUBAM.
– Helloł! Ty jesteś Janek Sanocki z Polski? – zapytał, uśmiechając się do mnie bardziej niż służbowo.
– Yes. I am – odpowiedziałem, odwzajemniając uśmiech. Kojarzyłem go już, był bowiem jednym z organizatorów szkolenia i szwendał się w pobliżu.
– Jestem Giorgio. Dostałem zadanie doprowadzenia ciebie przed oblicze mojego szefa.
Spojrzałem na niego zdumiony.
– Kogo?
– Szefa Quality Control Cell (Komórki Kontroli Jakości).
– Why there? (Dlaczego właśnie tam?) – zapytałem.
Im bardziej Giorgio szczerzył białe zęby, tym bardziej ja byłem zdumiony jego tupetem. Kontrola jakości? O! To coś nowego.
– Teraz?
– Tak. Mam cię przekonać do pracy u nas. Zapraszam!
– Why not? OK! Let’s go! – odrzekłem, uważnie przyglądając się Makaroniarzowi.
Cieszył się niczym głupi do sera, ale mimo tej maniery wydawał mi się serdecznie otwarty. I sympatyczny.
Już w drodze na górne piętro budynku Giorgio zapewniał mnie, że praca w tej komórce kontrolnej będzie dla mnie wielkim wyróżnieniem.
„Aha? – pomyślałem. – Chyba spodobałem się komuś”.
Napomknąłem, że miałem być skierowany do Kiszyniowa.
– Ale tam już jest pełna obsada etatowa. Zgodnie z decyzją kierownictwa misji szefem placówki w Kiszyniowie zostanie niemiecki celnik. Na pewno nie polski oficer straży granicznej – odpowiedział Włoch, wzruszając ramionami.
– Rozumiem – odrzekłem oszczędnie.
Ale nie rozumiałem.
Przemknęło mi przez myśl, że zdecydowaną większość z nowo przybyłych stanowią właśnie celnicy, a nasza unijna agenda, co wielokrotnie podkreślano podczas szkolenia, powołana została głównie do dostosowania przepisów celnych.
Jako doświadczony żołnierz i okrzepły w boju pogranicznik zdawałem sobie także sprawę, że decyzje kadrowe, czyli de facto polityczne, nie podlegają dyskusji. Nie czas i miejsce, by się z nimi spierać.
Dyplomatycznie przemilczałem mój komentarz o potencjalnym zrobieniu mnie w konia. Po raz kolejny, bo przecież cały czas miałem z tyłu głowy sytuację „kadrową” z misji UNPROFOR w byłej Jugosławii. Tam miałem trafić w charakterze doradcy granicznego na spokojną granicę Macedonii, a wylądowałem jako policjant na linii konfrontacyjnej między Serbią a Chorwacją. W samym centrum wojennego kotła.
Uff!
Nie zaproponowano mi powrotu do kraju, tylko nowe stanowisko w Głównej Kwaterze Misji. I nowe wyzwanie. No i tu, w Odessie, mieście moich dziecięcych marzeń inspirowanych kolonijną lekturą.
Kiedy zatem stanąłem przed obliczem mojego nowego szefa, także Włocha, nie okazałem żadnego zdziwienia, żadnych negatywnych emocji. Wręcz przeciwnie – starałem się być wyluzowany i pogodny.
Szef QCC o imieniu Mario nie mówił za wiele, co raczej nie pasowało do natury klasycznego Włocha. Przed chwilą Italianiec Giorgio zalewał mnie jowialnie uśmiechniętym potokiem słów, przekonując, jaki to spotkał mnie zaszczyt możliwości pracy w tak ważnej komórce. Podkreślał, że jego szefem jest bardzo profesjonalny urzędnik celny z Włoch. A tu natknąłem się na niemiłego, oschłego, włoskiego gbura.
„O kurczę – pomyślałem, słuchając syntetycznego wywodu Maria. – Dwóch skrajnie różnych Makaroniarzy na jednego Polaka? To trochę za wiele”.
Pomyślałem również, że nie będzie mi tam lekko, łatwo i przyjemnie, bo przecież oni obaj są celnikami. Że cała praca związana ze sprawami stricte granicznymi spadnie tylko na mnie.
Na dobitkę nowy szef stwierdził, że wkrótce nasz zespół zasili jeszcze jeden pracownik. Też celnik, który właśnie zakończył misję w Afryce i obecnie przygotowywany jest do relokacji stamtąd do Odessy.
– O, cholera! Wykrakałem sobie! – mruknąłem sobie a muzom.
Po tej krótkiej prezentacji powściągliwy szef powierzył mnie opiece Giorgia, który miał mnie nauczyć pracy na nowym stanowisku.
