Oda. Zeszyty etiopskie 1994-2024 - Marcin Kydryński - ebook + książka

Oda. Zeszyty etiopskie 1994-2024 ebook

Marcin Kydryński

0,0
69,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Oda, jak wyjaśnia słownik języka polskiego, to pieśń pochwalna, nie pozbawiona patosu. I ja go nie uniknę, bo – niech mi wieszcz przebaczy – pieśń moja będzie także odą do młodości, która minęła mi na wędrówce. Będzie też – i tu o wyrozumiałość proszę Karen Blixen – jako ostatni po Bieli i Dali tom trylogii, moim pożegnaniem z Afryką. Tą sprzed „Wieku Informacji”. Tą, którą poznałem w udręce i ekstazie, na jakie już dziś nie mam czasu, siły i odwagi. Być może wrócę jeszcze na kontynent w kształcie serca, ale będzie to już podróż inna. Aby nie drażnić losu, który i tak okazał się dla mnie aż nadto łaskawy. Edil znaczy po amharsku „los”. Właściwie i taki tytuł mogłaby mieć ta książka. Bo opowiada o losie kraju i splata z nim losy pojedynczego człowieka.

Wracałem do Etiopii coraz bardziej inny. A ona wciąż nowe objawiała mi twarze. Ta książka próbuje opisać zmiany w życiu nas obojga. Wydaje mi się dzisiaj opowieścią o przemijaniu. I o pamięci. Jest, co nieuchronne, zapisem utraty. Ale i, raz jeszcze, kroniką zachwytu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 305

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Mapa

Parę słów o tej książce

Zro­zu­mie­nie minio­nego jest mi nie­do­stępne. Prze­szłość jawi się w isto­cie jako zie­mia daleka i obca. Nie mnie, a innym to się wyda­rzyło. Prze­glą­dam strony, czę­sto­kroć naiwne, i nie roz­po­znaję autora. Dawne ścieżki. Trzy­dzie­ści lat życia, emo­cji, zachwytu, nie­po­koju, jak ująć w spójną formę? A jak opo­wie­dzieć tysiące (miliony – ktoś zauważy i też będzie mieć rację) lat histo­rii odle­głego kraju?

Oda, wyja­śnia słow­nik języka pol­skiego, to pieśń pochwalna, nie­po­zba­wiona patosu. I ja go nie uniknę, bo – niech mi wieszcz prze­ba­czy – pieśń moja będzie także odą do mło­do­ści, która minęła mi na tej wędrówce. Sta­nie się też – i tu o wyro­zu­mia­łość pro­szę Karen Bli­xen – jako ostatni po Bieli i Dali tom try­lo­gii, moim poże­gna­niem z Afryką. Tą sprzed „Wieku Infor­ma­cji”. Tą, którą pozna­łem w udręce i eks­ta­zie, na jakie już dziś nie mam siły, czasu i odwagi. Być może wrócę jesz­cze na kon­ty­nent w kształ­cie serca, ale będzie to podróż inna. Aby nie draż­nić losu, który i tak oka­zał się dla mnie aż nadto łaskawy. Edil zna­czy po amhar­sku: los. Wła­ści­wie i taki tytuł mogłaby mieć ta książka. Bo opo­wiada o losie kraju i splata z nim losy poje­dyn­czego czło­wieka.

Zaczą­łem podróż dwu­dzie­sto­pa­ro­letni. Koń­czę, zmie­rza­jąc w stronę sześć­dzie­siątki. A co zda­rzyło się w dro­dze, to histo­ria miło­sna. Namięt­ność do kraju i ludzi. Do samej drogi wresz­cie. I jak w miło­ści bywa, jest czas unie­sień i są chwile zwąt­pie­nia; lęki, złość i wdzięcz­ność; ucieczki, powroty.

Wra­ca­łem do Etio­pii coraz bar­dziej inny. A ona wciąż nowe obja­wiała mi twa­rze. Ta książka pró­buje opi­sać zmiany w życiu nas obojga. Wydaje mi się dzi­siaj opo­wie­ścią o prze­mi­ja­niu. I o pamięci. Jest, co nie­uchronne, zapi­sem utraty. Ale i, raz jesz­cze, kro­niką zachwytu.

Forma jej migo­tliwa. Strony dzien­nika spo­ty­kają się z tek­stami o wiel­kiej histo­rii; wywiady o foto­gra­fii z listami od przy­ja­ciół z oblę­żo­nego mia­sta; frag­menty z pogra­ni­cza poezji prze­ni­kają w raporty Amne­sty Inter­na­tio­nal. Kogoś ta mozaika ziry­tuje, to pewne. Inny poj­mie, że w ten spo­sób, na prze­strzeni dzie­się­cio­leci, pró­buję za każ­dym razem patrzeć z innej per­spek­tywy.

Wła­śnie: patrze­nie, widze­nie. „Co raz zostało zoba­czone, ni­gdy już nie powróci do cha­osu”. Dla mnie to kwe­stie naj­waż­niej­sze. Jest w końcu Oda kolek­cją bli­sko stu foto­gra­fii, wybra­nych z tysięcy. I od nich się wszystko zaczęło.

Pytają: po co moje książki. A jakże ina­czej zaświad­czę, że te ist­nie­nia poje­dyn­cze zda­rzyły się, raz tylko, od początku aż do końca czasu?

Ta książka żyła we mnie pod tytu­łem Mah­let. Osta­tecz­nie wydał mi się nazbyt her­me­tyczny. Ale dla­czego z początku wybra­łem to słowo, wyja­śnię.

Mah­let. Tak miała na imię dziew­czyna, która w lutym 2023 roku zmarła w lesie pod Haj­nówką. Że była istotą o poza­ziem­skiej uro­dzie wspo­mnę, ale nie ma to prze­cie zna­cze­nia. W długą zimową noc nikt nie zdą­żył z pomocą. Z ogar­nię­tej kolejną wojną Etio­pii Mah­let pró­bo­wała prze­do­stać się do naszego świata. Myślę czę­sto o jej samot­no­ści w tam­tej chwili. O jej lęku, nadziei, roz­pa­czy. O jej ostat­nim odde­chu.

Chcę, z sza­cun­kiem, zade­dy­ko­wać tę książkę pamięci Mah­let Kassa.

W Etio­pii, gdzie każde imię opo­wiada histo­rię, Mah­let zna­czy: Pieśń Pochwalna. Oda.

Mar­cin Kydryń­ski nad Liw­cem, 2 lipca 2025

Na prośbę kil­korga boha­te­rów Ody ich imiona lub ini­cjały zostały zmie­nione.

Będę wdzięczny, jeśli Czy­tel­nik się­gnie po etiop­skie histo­rie z tomu Biel. Roz­działy: Dwie opo­wie­ści o okru­cień­stwie; Andrew Wil­son; Sie­dem nota­tek z Etio­pii pomogą w peł­nym zro­zu­mie­niu tej książki.

Część pierwsza

Nic, co minione, nie jest prze­szło­ścią osta­tecz­nie zamkniętą. Prze­szłość trwa w teraź­niej­szo­ści, uczest­ni­czy też w kształ­to­wa­niu przy­szło­ści.

– Ryszard Kapu­ściń­ski

Wom­bitu, Lali­bela, 6 stycz­nia 2020

1. Rdzawa pełnia

11 czerwca 2025, środa, godzina 22.29, War­szawa, 13. pię­tro

Peł­nia księ­życa peł­znie nisko nad mia­stem. Jak pla­ster lip­co­wego pomi­dora, prze­krwiona źre­nica, piłka do koszy­kówki. Nie widzia­łem w życiu księ­życa o takiej bar­wie. Ale prze­cież kie­dyś to już się zda­rzyć musiało. Ktoś patrzył na taki księ­życ dawno i daleko. Spo­ty­kają się nasze oczy, odle­głe w prze­strzeni i cza­sie, w akcie spóź­nio­nego powi­no­wac­twa. Doty­kają się i spla­tają spoj­rze­nia nad nie­po­jętą prze­strzenią minio­nego. Ona i ja, tak dalecy, tak bli­scy, skoro widzimy to samo w bliź­nia­czą noc wio­senną. Choć nie ist­niały jesz­cze wtedy słowa, które mogłyby opi­sać takie piękno.

2. Kuzynka Łucja

14 listo­pada 2019, czwar­tek, Muzeum Naro­dowe, Addis Abeba

Choć już doro­sła, gdy idzie lekko pochy­lona przez łąkę, kryje się cała w wyso­kiej tra­wie. Waży zale­d­wie trzy­dzie­ści kilo­gra­mów. Sypia zwy­kle w koro­nie drzewa, tam czuje się bez­pieczna. Spraw­nie ostrzy badylki, nim upo­luje rybę albo jasz­czurkę, ale woli owoce.

Myślę o niej z czu­ło­ścią. W mej wyobraźni ma mądre oczy. Patrzę w nie chci­wie, spra­gniony odpo­wie­dzi. Jak brzmi jej głos – tego się nie dowiem. A prze­cież mówi ze zna­jo­mymi, mają zapewne wspólne plany. Jesz­cze nie wie­czór przy ogni­sku. Ale spa­cer nad rzeką – z pew­no­ścią. Jesz­cze razem nie muzy­kują, nie sia­dają przed skalną szta­lugą, by z nagłej potrzeby doświad­cza­nia piękna naszki­co­wać lotną anty­lopę w biegu przez sawannę. Czy ta drobna dziew­czyna, spra­gniona dotyku, tuli się do przy­ja­ciół? Czy jeden jest jej szcze­gól­nie miły? Czy szuka jego towa­rzy­stwa? Czy tęskni? Czy kocha? Jakim dźwię­kiem, zanim otrzyma imię, woła ją ojciec jej dziecka?

Czy zdąży zostać matką? Nie jest prze­cie w pro­stej linii moją krewną. Raczej daleką kuzynką, którą znam z rodzin­nych opo­wie­ści, nim spo­tkamy się po raz pierw­szy.

Dziś, trzy miliony dwie­ście tysięcy lat póź­niej, Lucy leży w nie­wiel­kiej gablo­cie pośrodku muze­al­nej sali. Obok niej kole­żanki i kole­dzy nie­wiele doprawdy młodsi, o milion lat, pół­tora. Cóż to jest w per­spek­ty­wie kosmicz­nej, w dzie­jach wszech­świata? W histo­rii czło­wieka jed­nak to czas zna­czący, skoro dzień Ukrzy­żo­wa­nia minął nie­spełna dwa tysiące lat temu. Patrzę na zna­ko­mi­cie zacho­waną szczękę i zdrowe, jak się zdaje, zęby, które ponad trzy miliony lat temu w Afa­rze, gdzie dziś tylko piach i żwir, znaj­do­wały soczy­ste pędy, owoce, nasiona.

Imię „Lucy” nadali jej w 1974 roku pale­oan­tro­po­lo­dzy za ulu­bioną pio­senką Beatle­sów. Wolę jej imię amhar­skie, które brzmi Din­ke­nesh i zna­czy: jesteś piękna.

Gdy przed trzema laty odkryto w tym regio­nie szczątki star­szego od Lucy o sześć­set tysięcy lat męż­czy­zny (czy to wła­ściwy ton pisa­nia o Austra­lo­pi­teku ana­men­sis?), jego czaszkę nazwano bez­oso­bowo i wyjąt­kowo nie­for­tun­nie: MRD. Jak mnie­mam, Fran­cuzi nie uznali tego za dobry żart.

Choć wśród naukow­ców trwa wyścig: kto znaj­dzie istotę star­szą i bar­dziej kom­pletną, nasza jaźń nie czyni róż­nicy mię­dzy 3,2 a 3,8 miliona lat. Nie­które frag­menty kości liczą sobie ponad 4 miliony. Wokół szkie­letu słyn­nej dwu­dzie­sto­pię­cio­latki – w takim wieku bowiem Lucy zasty­gła na wiecz­ność – zna­le­ziono trzy­na­ście innych postaci.

Pamię­tam spa­cery wąwo­zem Oldu­vai, spoj­rze­nie na odci­śnięty w ska­mie­nia­łym bło­cie ślad stopy pra­czło­wieka, któ­remu nie nadano imie­nia, a jedy­nie swo­isty tytuł naukowy: Homo habi­lis, czło­wiek zręczny, bo spraw­ność nad­garstka pozwa­lała mu na fine­zyjne posłu­gi­wa­nie się dłońmi i przed­mio­tami.

Pamię­tam wyprawę do Lodwar i dalej, nad jezioro Tur­kana, gdzie pół­tora miliona lat temu moi dalecy przod­ko­wie krze­sali już ogień. Skwar. Sól. Wiatr. Kamień. Czer­wień ter­mi­tier. Szma­ragd wody. To po kenij­skiej stro­nie jeziora Richard Leakey zna­lazł kości naj­bliż­szego mojego krew­nego, Homo erec­tus. Czło­wiek wypro­sto­wany jesz­cze nie wymy­ślił gra­nic innych niż kra­wędź pastwi­ska. Żył zatem i na pół­noc­nym, dziś etiop­skim brzegu jeziora, gdzie wie­lo­krot­nie spo­ty­ka­łem ludzi nie­jako „w poło­wie drogi”. Mię­dzy pierw­szym ogni­skiem a misją na Marsa. Mur­sich, Bodi, Das­sa­ne­chów, Hame­rów. I część mnie wtedy nie­odmien­nie wra­cała do domu pra­oj­ców.

Przod­ko­wie, któ­rych dzieci przed­się­wzięły wędrówkę znad jeziora Tur­kana na pół­noc, by po tysią­cach poko­leń stać się moimi rodzi­cami, nie mają imion. Tym samym trud­niej im zalud­nić naszą wyobraź­nię.

Jej, nie matce prze­cie, a kuzynce, los przy­go­to­wał takie zada­nie. Spo­śród tysięcy. Musi nieść to brze­mię. Lucy pozo­staje, zapewne także dzięki wdzięcz­nemu żeń­skiemu imie­niu zamiast numeru kata­lo­go­wego, sym­bo­lem. Dla wielu sym­bo­lem dumy, że choć trwało to jakiś czas, to jed­nak zaszli­śmy tak daleko. „Yeti, Szek­spira mamy!” Dla innych sym­bo­lem wstydu, że tak szybko udało nam się zde­wa­sto­wać świat, który Lucy oglą­dała zachwy­co­nymi oczami. Dla innych jesz­cze sym­bo­lem zaże­no­wa­nia, bo prze­cież to nie­moż­liwe, żeby moja Zosia… z tego? Dla innych może zna­kiem spi­sku, bo w Księ­dze napi­sano ina­czej.

Co czuję, sto­jąc nad… trumną Lucy? Bo prze­cież to jest trumna. Nie inna od tej na Jezio­rze Tana, gdzie za szkłem widzę kości króla Fasi­li­desa. Myślę o nagłym przy­spie­sze­niu w dzie­jach Ziemi, która trwać mogła jesz­cze miliardy lat we względ­nym spo­koju praw natury, gdyby nie Lucy i jej daleka rodzina znad jeziora Tur­kana. Gdyby w nie­ob­ję­tej kadzi czasu także Homo erec­tus, jak wcze­śniej krewni Lucy, austra­lo­pi­teki, zmarł bez­po­tom­nie. Czy kto inny wymy­śliłby musz­kiet, nie­wol­nic­two, reality show i bombę ato­mową?

Poja­wiają się, nie­uchronne: jak długo jesz­cze? co się wyda­rzy? I wresz­cie: jak to się skoń­czy? Myśl, która zara­zem prze­raża i koi: nikt, jak­kol­wiek sumien­nie badałby rze­czy­wi­stość, nie zna odpo­wie­dzi na te pyta­nia.

3. Czółna z papirusu

3 listo­pada 2019, Simien Lodge, góry Simien

O świ­cie na jezio­rze łódki z papi­rusu i ostat­nie frazy kościel­nych pie­śni. Myśl, że jedno i dru­gie ist­nieje tu od pięt­na­stu wie­ków, nie­zmienne. Radość z trwa­nia. Takimi łodziami podró­żo­wali Egip­cja­nie w cza­sach fara­onów. Z takiej łodzi deli­kat­nie, by tafla wody nie drgnęła, spusz­czono w toń koszyk z małym Moj­że­szem. Nagłe wzru­sze­nie, gdy w roz­pę­dzo­nym, płyn­nym, migo­tli­wym świe­cie odnaj­du­jemy to, co pozo­stało nie­zmie­nione.

I jed­no­cze­śnie pewna nie­kon­se­kwen­cja, którą czuję w sobie. Z jed­nej strony, zwłasz­cza wędru­jąc po Afryce, pra­gnę doświad­czać odręb­no­ści, zacho­wa­nia tra­dy­cji, ist­nie­nia w „bez­cza­sie”. Podoba mi się, w Etio­pii szcze­gól­nie, to zamknię­cie, także geo­gra­ficzne. Odse­pa­ro­wa­nie, które zagwa­ran­to­wało jej, jedy­nemu regio­nowi kon­ty­nentu, suwe­ren­ność. Wspo­mina się cza­sem w podob­nym kon­tek­ście Libe­rię, lecz to wydaje się fał­szywe. Wszak Libe­ria powstała jako przy­stań dla uwol­nio­nych w Ame­ryce nie­wol­ni­ków, nie­jako więc a priori, wiel­ko­pań­skim gestem zakła­dano, że nie znie­woli się ich ponow­nie. Co waż­niej­sze jed­nak, to sami wyzwo­leńcy ponie­kąd sko­lo­ni­zo­wali rdzenną lud­ność wil­got­nego lasu.

W Etio­pii zatem cenię cnoty, które we wła­snym kraju uznaję za kata­strofę. Każdy ruch nowej pol­skiej wła­dzy, który w Bahyr Darze uwa­żał­bym za nomen omen dar: wyłą­cze­nie, sepa­ra­cja, uwstecz­nie­nie, odda­nie pry­matu Kościo­łowi, ślepe zapa­trze­nie w histo­rię do punktu, w któ­rym pisze się ją na nowo, wresz­cie ta obo­wiąz­kowa duma, któ­rej nijak prze­jąć ani pojąć nie potra­fię – w Pol­sce budzą mój sprze­ciw. Tu są dosko­nale zro­zu­miałe.

Może to jest kwe­stia per­spek­tywy. Bli­ski mi jest pogląd pro­fe­sora Bar­to­szew­skiego, który widział Pol­skę jako tę brzyd­szą sio­strę, którą nikt nie jest zain­te­re­so­wany, co powinno ją moty­wo­wać do dzia­ła­nia. Zoba­czyć się w per­spek­ty­wie Włoch, Fran­cji, Anglii, w skali ich doko­nań, ich kul­tury, histo­rii. Znać i przy­jąć z god­no­ścią, bez wstydu, swoje miej­sce na pery­fe­riach. Posta­rać się o zapro­sze­nie do szla­chet­nego grona, lecz zapra­co­wać na to samemu, skoro już uro­dzi­li­śmy się bez posagu i urody.

Góry Abi­sy­nii, 4 stycz­nia 2020

Ina­czej w Etio­pii. Jeśli jest na kon­ty­nen­cie jeden kraj, który istot­nie ma powody do dumy – zakła­da­jąc na chwilę wbrew roz­sąd­kowi, że jaka­kol­wiek duma z osią­gnięć przod­ków ma sens – to wła­śnie ten Dach Afryki. Przez pięć lat oku­po­wany, lecz nie­zdo­byty ni­gdy. Z trwałą histo­rią pisaną od stu poko­leń. Ze szcząt­kami pra­czło­wieka, z naj­zdrow­szą dietą świata. Z auten­tyczną, głę­boką wiarą – kto pój­dzie na codzienne ośmio­go­dzinne msze, ten zro­zu­mie róż­nicę mię­dzy wiarą Etiop­czy­ków a powierz­chowną, odpu­stową reli­gij­no­ścią. Z archi­tek­to­nicz­nym cudem skal­nych kościo­łów, które – jak­kol­wiek liczą sobie bli­sko dzie­sięć wie­ków – codzien­nie służą tysiącom ludzi. Z wie­lo­kul­tu­ro­wo­ścią, dzie­siąt­kami języ­ków, ras, tra­dy­cji i ich szorst­kim nie­jed­no­krot­nie, ale jed­nak współ­ist­nie­niem. Wresz­cie, choć przy­znaję, że tego nie da się zmie­rzyć: oto kraj naj­więk­szej urody pej­zażu i ludzi. Jest powód do szczę­ścia raczej niż dumy. Powód, by to chro­nić, zatrzy­mać, oca­lić.

Wie­lo­krot­nie lata­łem nad górami i pło­wymi pust­ko­wiami Etio­pii. Poje­dyn­cze stare chaty z gliny, o okrą­głych spi­cza­stych dachach kry­tych liśćmi powoli ustę­pują dziś miej­sca kloc­kom z drutu i bla­chy fali­stej. W stronę osad pro­wa­dzą strome ścieżki. Marsz do naj­bliż­szej wsi zaj­muje kilka dni. W porze desz­czo­wej nawet i te drogi prze­stają ist­nieć. Zmie­niają się w rwące potoki błota. Mia­łem wra­że­nie, że patrzę na ludzi dosko­nale odizo­lo­wa­nych od pro­gra­mów infor­ma­cyj­nych, pocz­tó­wek z Paryża, podat­ków, prądu i pism ilu­stro­wa­nych czy pozo­sta­łych ele­men­tów, jakie skła­dają się na nasze życie. Wystar­czy im piękno pej­zażu, plony z wła­snego pola, pokora wobec sił natury i pło­mień wie­czor­nego ogni­ska. Sądzi­łem, że muszą to być ludzie, któ­rych omi­nęły pycha cesar­stwa, upo­ko­rze­nie socja­li­zmu czy impe­rialne ambi­cje kolej­nych wład­ców.

O tym odosob­nie­niu, tej wol­no­ści od ter­roru nadą­ża­nia, o ludziach żyją­cych na ubo­czu myślę z tęsk­notą i kro­plą zazdro­ści. Bo choć przez bli­sko wiek zmie­niło się tak wiele, ich świat prze­trwał nie­omal nie­tknięty.

Jest Etio­pia, by porwać się na bra­wu­rowe sfor­mu­ło­wa­nie: Wło­chami Afryki. Nie­wy­klu­czone, że instynk­tow­nie pojął to gene­rał Ore­ste Bara­tieri, rusza­jąc na Aduę, a poko­le­nie po nim Benito Mus­so­lini.

Otwar­tość, znie­sie­nie gra­nic, dąże­nie do raza cósmica, w któ­rej trudno już powie­dzieć, kto jest jakiego koloru, współ­ist­nie­nie w ramach swo­istych zjed­no­czo­nych sta­nów, świec­kie pań­stwa – te wizje, które zdają mi się tak kuszące w Euro­pie – w Etio­pii są nie do zaak­cep­to­wa­nia. Co jed­nemu pomoże, dru­giemu zaszko­dzi, by na etiop­skiej pro­win­cji odwo­łać się do pol­skiego ludo­wego porze­ka­dła.

4. W krainie czarów

9 listo­pada 2000, Ethio­pia Hotel, Gam­bela

Spoj­rze­nie z wysoka pomaga zro­zu­mieć histo­rię kraju i men­tal­ność jego miesz­kań­ców. Etio­pia to twier­dza. Nie musi to być widok z samo­lotu. Gdy podró­żu­jesz z Ery­trei na połu­dnie w stronę Gon­deru i dalej do Addis, jedziesz drogą, która łączy Aksum i Debark. Innych więk­szych arte­rii nie ma, choć region zaj­muje powierzch­nię śred­niej wiel­ko­ści euro­pej­skiego kraju. Szosa pnie się ser­pen­ty­nami, wydaje ci się, że w pio­nie. Gdy wychy­lisz się przez poręcz paki cię­ża­rówki, masz wra­że­nie, jak­byś był w awio­netce. Nie minie kilka godzin, a znaj­dziesz się tak wysoko, że u stóp, daleko w dole, zamglą się szczyty nie­do­stęp­nych gór. To tu powstała wiara, która w nie­omal nie­zmie­nio­nej for­mie, w warun­kach ści­słej izo­la­cji, trwa do dzi­siaj. I to ona spaja połowę stu­mi­lio­no­wej spo­łecz­no­ści kraju.

Etiop­ska odręb­ność, nie­przy­sta­wal­ność do pozo­sta­łych kra­jów kon­ty­nentu zawsze budziła sza­cu­nek.

To kraj, który nie­zra­żony pię­trzą­cymi się z tego powodu nie­po­ro­zu­mie­niami, ma wła­sny kalen­darz. W nim zaś dwa­na­ście mie­sięcy po trzy­dzie­ści dni i jeden mie­siąc pozo­sta­łych dni pię­ciu. Doba zaczyna się o wscho­dzie słońca, więc nasza godzina siódma rano jest w Etio­pii pierw­szą. Era zaczyna się od innej daty naro­dze­nia Jezusa, wyli­czo­nej przez Anon­niosa z Alek­san­drii na rok dzie­wiąty. Ich kolejny rok zaczyna się naszego 11 wrze­śnia. A opi­sują to wszystko wła­snym pismem, syla­bo­wym alfa­be­tem kil­ku­set zna­ków. W pisowni nie obo­wią­zują sztywne zasady orto­gra­fii, dopusz­czalna jest spora dowol­ność, indy­wi­du­alny rys. W zależ­no­ści od tego, kto zapi­suje – czy też może warto powie­dzieć: „inter­pre­tuje” – tekst, te same słowa mogą wyglą­dać ina­czej.

Orto­dok­syjny Kościół etiop­ski zwany jest Tewa­hedo, co w języku gyyz ozna­cza: „jed­no­rodny”. Ta jed­no­rod­ność doty­czy natury Chry­stusa, którą wyznawcy rozu­mieją jako nie­roz­dzielną, ludzką i boską w jed­nym, nie zaś, jak w rzym­sko­ka­to­lic­kim lub wschod­nim, podwójną. Gyyz, dziś uży­wany nie­omal wyłącz­nie w litur­gii, powstał w Aksum w czwar­tym wieku. Do dzie­więt­na­stego stu­le­cia był języ­kiem lite­rac­kim. W nim powstała epo­peja Kebra Nagast, która wywo­dzi histo­rię cesar­skiej dyna­stii wprost od biblij­nego Salo­mona. Spo­śród wielu języ­ków współ­cze­snej Etio­pii tigri­nia, któ­rym do dziś mówią w oko­li­cach Aksum i w Ery­trei, naj­bar­dziej przy­po­mina gyyz.

Tak, nie przy­pad­kiem Eve­lyn Waugh, gdy w 1930 roku poja­wił się jako kore­spon­dent na koro­na­cji cesa­rza Hajle Syl­la­sje, z uśmie­chem porów­ny­wał rze­czy­wi­stość etiop­ską do tej z Ali­cji w Kra­inie Cza­rów. I ja, po latach ucie­czek i powro­tów, gdy spo­śród wszyst­kich kra­jów Afryki zde­cy­do­wa­łem się wybrać jeden, by móc wra­cać do niego przez resztę życia, uczyć się go, pró­bo­wać zro­zu­mieć, skła­niać z miło­ścią głowę przed pięk­nem jego pej­zażu i urodą miesz­kań­ców, posta­no­wi­łem, że będzie to Etio­pia.

Sza­sze­me­nie, luty 1994

Moses mówi, że zbliża się koniec świata. Wyja­śnia przy tym, jak mogę go unik­nąć. Apo­ka­lipsa ma się zda­rzyć wkrótce, choć ani formy kata­strofy, ani dokład­nej daty Moses nie pre­cy­zuje. Ci jed­nak, któ­rzy w porę zamiesz­kają w doli­nie Wiel­kiego Rowu, oca­leją. Niczym w nowej Arce, dodaje.

– Pamię­taj, aby kiedy się zacznie, być jak naj­da­lej. – Naj­da­lej od czego? – pró­buję uści­ślić, ale nie zwraca uwagi. – Etio­pia to dobre miej­sce, żeby cię nikt nie zna­lazł. To koniec świata. Ale sta­nie się począt­kiem, zoba­czysz. – Kto miałby mnie szu­kać? – pytam. – Los? – Tu sta­wia znak zapy­ta­nia.

5. Paradiso

Na mojej osiem­na­sto­wiecz­nej mapie Aethio­pia sięga aż po Przy­lą­dek Zie­lony, tereny dzi­siej­szego Sene­galu. To echo myśli grec­kiej: słowo „Etio­pia” ozna­czało wtedy „Ląd Ludzi Spa­lo­nych Słoń­cem”. Grecy wie­rzyli, że odle­głą kra­inę odwie­dzają bogo­wie.

W dzie­wią­tym wieku przed Chry­stu­sem Homer w Ody­sei wspo­mina Etio­pów jako escha­toe andron – naj­dal­szych ludzi. Praw­do­po­dob­nie do tego sfor­mu­ło­wa­nia nawią­zuje tytu­łem swo­jej słyn­nej książki Eve­lyn Waugh. Choć uka­zała się w Pol­sce jako Daleko stąd, w ory­gi­nale jej tytuł brzmi Far Away People. Homer suge­ruje, że Etio­po­wie żyją na bez­kre­snych obsza­rach: „na obu kra­wę­dziach Ziemi, zara­zem w świe­cie zacho­dzą­cego słońca, jak i w rejo­nie brza­sku”. Podob­nie o Etio­pach pisze Ajschy­los, jakoby nale­żeli do narodu czar­nych, w naj­dal­szej ziemi, w fon­tan­nie sło­necz­nych pro­mieni.

Homer w Ilia­dzie wspo­mina ich jako ludzi bez skazy, naj­szla­chet­niej­szych z wybrzeża Punt, które należy do Boga. Także Her­ku­les i Bachus w opo­wie­ściach sta­ro­rzym­skich Dio­dora z Sycy­lii obaj byli olśnieni poboż­no­ścią Etio­pów, to ich ofiary spra­wiały bowiem bogom naj­wię­cej rado­ści. Dio­dor wsze­lako, pisząc o Etio­pach, przy­się­gał, że są cał­kiem dzicy, a ich natura zwie­rzęca. Ciała ich plu­gawe – twier­dził, ich pazury są dłu­gie jak u bestii, pozo­stają dalecy od wza­jem­nej ludz­kiej życz­li­wo­ści i w żaden spo­sób nie kul­ty­wują nawy­ków cywi­li­za­cyj­nych zna­nych resz­cie świata. A jed­nak tam wła­śnie wielu mędr­ców antyku umiej­sca­wia raj. Wróci do tej wizji myśl śre­dnio­wieczna.

Dio­dor Sycy­lij­ski w Biblio­thece wspo­mina o wypra­wie Jam­bo­losa z Etio­pii na wyspę, gdzie miesz­kańcy są słusz­nego wzro­stu, pro­por­cjo­nal­nej budowy. Dość podobni do sie­bie, o cia­łach sil­nych i gięt­kich jed­no­cze­śnie. Mają czu­pryny, brwi i rzęsy, ale żad­nych innych wło­sów. Ich uszy są lepiej roz­wi­nięte niż nasze, a podwójny język pozwala im roz­ma­wiać z dwiema oso­bami naraz. Kli­mat jest umiar­ko­wany. Nikt nie cierpi z powodu zimna. Wody nie bra­kuje. Gorące źró­dła, chłodne stru­mie­nie. Rodzą się tam zwie­rzęta nie­zwy­kłe a nie­szko­dliwe i uży­teczne. Dożywa się lat stu pięć­dzie­się­ciu. Miesz­kańcy tej kra­iny odcho­dzą ze świata, kła­dąc się na rośli­nie, która usy­pia ich na zawsze.

6. Najważniejsza jest dobroć

W dniu naro­dze­nia Chry­stusa Rzym, z milio­nem miesz­kań­ców, jest naj­więk­szym mia­stem świata. Pozo­sta­nie nim przez osiem­na­ście stu­leci, póki podob­nej liczby nie osią­gnie Lon­dyn. Kto tłum tak wielki wyżywi? Samej kuku­ry­dzy Rzy­mia­nie zja­dają bli­sko milion kilo­gra­mów dzien­nie. Więk­szość plonu pocho­dzi z pól pół­noc­no­afry­kań­skich kolo­nii cesar­stwa. Każ­dego roku osiem­set stat­ków krąży mię­dzy por­tem w Ostii a wybrze­żami Egiptu, skąd przez Suez kupcy wypusz­czają się na Morze Czer­wone i dalej, do Indii. Jak arab­scy żegla­rze od tysiąc­leci, kupcy wyko­rzy­stują zmienne mon­suny. Ale dyna­mika han­dlu w regio­nie spra­wia, że potrzebna jest także codzienna wie­dza prak­tyczna. Gdzie powstają nowe porty. Skąd można przy­wieźć róg noso­rożca, a gdzie znaj­dziemy przed­mioty z szyl­kretu. Skąd wziąć piżmo cywety, a gdzie są naj­tańsi nie­wol­nicy, cyna­mon i sło­nie. Wresz­cie – gdzie i za ile kupimy kadzi­dło i mirrę. Tę ostat­nią wie­dzę muszą mieć legen­darni Trzej Kró­lo­wie, ale przede wszyst­kim kapi­ta­no­wie okrę­tów han­dlo­wych. Dla­tego księga spi­sana przez nie­zna­nego egip­skiego wędrowca oka­zuje się tak przy­datna.

Peri­plus Morza Ery­trej­skiego, swo­isty prze­wod­nik po regio­nie w dro­dze do Indii, po raz pierw­szy opi­suje port Adu­lis. Leży on w pobliżu dzi­siej­szej Mas­sawy. To z tego portu płyną w świat nie­prze­brane bogac­twa kró­le­stwa Meroe, z terenu dzi­siej­szego środ­ko­wego Sudanu. Stąd ruszają w morze kupcy kró­le­stwa Aksum. Podróż do portu trwa dla nich osiem dni. To nie­wiele. Z wnę­trza kon­ty­nentu kara­wany przez pusty­nię wędrują mie­sią­cami.

Wybrzeże Morza Czer­wo­nego nie zna desz­czu. Powie­trze stoi i wrze. Kilka dni drogi na osłach w głąb lądu, tra­wer­sem w poprzek stro­mi­zny, po kli­fach kra­wę­dzi Wiel­kiego Rowu Tek­to­nicz­nego i czło­wiek wresz­cie oddy­cha. Twarz muska rześki wiatr, noce są chłodne, doliny bujne i żyzne. Bywa, że wędru­jące mon­suny odpo­czy­wają w tych górach i przy­no­szą aż dwie pory desz­czowe – i dwa obfite plony w roku.

Dobre miej­sce do życia. Dobre do pracy, dobre do odpo­czynku. A czło­wiek wypo­częty chęt­nie zaj­mie się poli­tyką i sztuką. To Aksum. Zara­nie dzi­siej­szej Etio­pii.

Abi­syń­czycy utrzy­mują, że ich ród trwa nie­prze­rwa­nie od z górą dwóch mile­niów. W Afryce jedy­nie cywi­li­za­cja egip­ska ma głęb­sze korze­nie, ale próżno szu­kać ści­słego związku współ­cze­snych Egip­cjan z miesz­kań­cami ziemi fara­onów. Od szó­stego do trze­ciego wieku przed naszą erą ple­miona z połu­dnio­wej Ara­bii, zwa­nej Felix – Szczę­śliwą, w poszu­ki­wa­niu lep­szego miej­sca do życia i han­dlu prze­pły­wają Morze Czer­wone i osie­dlają się na arka­dyj­skiej wyży­nie. To ludy semic­kie. Nie­jed­no­krot­nie zna­czące cywi­li­za­cje państw-miast, jak kró­le­stwo Saba. Szcze­pią swój język, zwy­czaje i prawa wśród rdzen­nych cha­mic­kich miesz­kań­ców, łączą się z nimi, by wydać na świat przod­ków dzi­siej­szych Tigraj­czy­ków i Amha­rów. Wśród tych ple­mion jest spo­łecz­ność Haba­szat. Od niej po wie­kach weź­mie nazwę Abi­sy­nia. Jest i lud Aga­zjan. Echo tego słowa pozo­sta­nie w nazwie języka gyyz, w któ­rym Abi­sy­nia zapi­sze swe święte księgi.

Ze spo­tka­nia tak odmien­nych kul­tur rodzi się kró­le­stwo Aksum. W jego kamien­nych pała­cach zamożni kupcy nego­cjują z przed­się­bior­czymi Rzy­mia­nami. Gosz­czą posłów i han­dla­rzy z wiel­kiego Bizan­cjum. Są pierw­sze wieki naszej ery. Oba cesar­stwa wyznają wiarę chrze­ści­jań­ską. To nie tylko reli­gia ich nowych przy­ja­ciół w inte­re­sach, lecz także, w odróż­nie­niu od wcze­śniej­szych hoł­dów skła­da­nych wielu bogom – myśl mono­te­istyczna. Sprzyja cen­tra­li­za­cji wła­dzy. Nie­wy­klu­czone, że rów­nież dla­tego kró­lo­wie Aksum są jej przy­chylni.

U progu czwar­tego wieku grecki mędrzec Mero­piusz pły­nie do kraju Agazi, jak zwie się zachod­nie wybrzeże Morza Czer­wo­nego. W wypra­wie towa­rzy­szą mu krewni. To dwaj mło­dzieńcy z syryj­skiego Tyru: Fru­men­cjusz i Ede­zjusz. Oni jako jedyni oca­leją z rzezi, gdy piraci złu­pią grecki sta­tek. Wzięci do nie­woli, tra­fią do króla Aksum Ylle Alady. Po latach staną się zaufa­nymi władcy. Ede­zjusz służy na dwo­rze. Fru­men­cjusz, chło­pak żywej inte­li­gen­cji, zachwyca aksum­skiego monar­chę wie­dzą, cha­ry­zmą, urodą ducha. Król chce mieć go zawsze przy sobie. Długo dys­ku­tują też o isto­cie nowej wiary. Gdy Ylle Alada umiera, zosta­wia nie­let­niego następcę tronu, który na wycho­wa­nie tra­fia wła­śnie do Fru­men­cjusza. Tam chło­piec sły­szy chrze­ści­jań­skie modli­twy, pie­śni, psalmy.

Młody władca, gdy wcho­dzi w wiek męski, pozwala opie­ku­nowi na powrót do domu. Ale Fru­men­cjusz nie pły­nie do Tyru, lecz wędruje do Alek­san­drii. Do patriar­chy Ata­na­zego. Opo­wiada prze­jęty, że w głębi Afryki rodzi się już wiara w Jezusa. Żar­liwa i chłonna. Jeśli cze­goś jej bra­kuje, to kapła­nów. Prosi patriar­chę o wysła­nie do Aksum biskupa, by pod jego opieką trwało tam świa­tło nowej wiary. Ata­nazy wie, że nie znaj­dzie czło­wieka o więk­szej pasji, doświad­cze­niu, o lep­szej zna­jo­mo­ści lokal­nego języka i zwy­cza­jów. Pierw­szym patriar­chą Etio­pii czyni więc samego Fru­men­cjusza, który wraca do Aksum i wkrótce zmie­nia się w mit, w legendę o Abbie Sela­mie, Ojcu Pokoju. Król, który przyj­muje swego daw­nego opie­kuna, ma na imię Ezana.

Fru­men­cjusz prze­ko­nuje, by władca wraz z całym dwo­rem i pod­da­nymi uwie­rzył w dobroć Jezusa Chry­stusa. „Naj­waż­niej­sza jest dobroć” – mówi być może do zgro­ma­dzo­nych, ale przez kolejne wieki jego słowa zostaną na tej ziemi wie­lo­krot­nie wypa­czone i zapo­mniane.

Jest rok 330, mniej wię­cej. Sześć wie­ków przed podob­nym wyda­rze­niem nad Wisłą.

Kto przy­je­dzie dziś do Aksum, nie­wiele zoba­czy z daw­nej wiel­ko­ści kró­le­stwa. Poje­dyn­cze arte­fakty. Ale trwają wciąż, przez stu­le­cia, monu­men­talne obe­li­ski. Wykute ze skał, ide­al­nie syme­tryczne, strze­li­ste kamienne wieże. Naj­więk­szy z nich prze­wyż­szał podobne budowle egip­skie. Leży, pęk­nięty na czę­ści, w pobliżu kate­dry. Nie­opo­dal tronu, na któ­rym koro­no­wano wszyst­kich wład­ców Abi­sy­nii aż do dnia w końcu dzie­więt­na­stego stu­le­cia, kiedy Mene­lik II przyj­mie koronę w pro­win­cji Szewa.

Kró­le­stwu Aksum zagra­żają Aga­wo­wie, cha­mic­kie ple­mię, które od nie­pa­mięt­nych cza­sów zamiesz­kuje roz­le­głe wzgó­rza połu­dnia. To ich pół­nocne szczepy złą­czyły się z semic­kimi kup­cami z Ara­bii i stwo­rzyły cywi­li­za­cję Aksum. Połu­dniowe zaś pozo­stały pogań­skie lub nale­żały do archa­icz­nej formy juda­izmu, którą do dziś wyznają Fala­sze – „etiop­scy Żydzi”. Pod wodzą kró­lo­wej zna­nej w histo­rii jako Judyta najeż­dżają Aksum, łupią kościoły, detro­ni­zują króla i mor­dują ukry­tych na szczy­cie naj­wyż­szej góry jego męskich potom­ków.

Począt­kowo nie­do­ści­gli w okru­cień­stwie, Aga­wo­wie z cza­sem asy­mi­lują się z ludami, które przy­byli uni­ce­stwić, i sami przyj­mują wiarę w Chry­stusa. Po latach cha­osu kon­sty­tu­uje się linia kolej­nych wład­ców zna­nych jako dyna­stia Zagwe. Dla wielu: uzur­pa­tor­ska. Być może pamięć o nich zetla­łaby i zga­sła, gdyby nie król Lali­bela i jego kościoły. Nie do wyobra­że­nia, póki samemu się ich nie zoba­czy. Zasłu­gują na osobne opo­wia­da­nie.

Od swej pia­stunki Umm Ayman, która była Etiopką, i od swego dziadka Abd al Mut­ta­liba, wędrow­nego kupca, który znał ponoć te zie­mie, usły­szał o kraju Habasz młody Maho­met.

To musiały być dobre, ser­deczne słowa. Gdy ucznio­wie Maho­meta w pierw­szych latach islamu byli prze­śla­do­wani w Ara­bii, pro­rok pole­cił im udać się wła­śnie do Abi­sy­nii; kraju, gdzie próżno szu­kać złego czło­wieka. Po latach, kiedy islam mie­czem zjed­ny­wał kolej­nych wyznaw­ców, Maho­met miał rzec pono: zostaw­cie Abi­syń­czy­ków w pokoju. Nie posłu­chano go. Z wypraw zbó­jec­kich w góry Abi­sy­nii przy­wo­żono do Mekki dobra roz­ma­ite, a wśród nich ludzi do pracy. To z Etio­pii wła­śnie pocho­dzili znie­wo­leni rodzice Bilala Ibn Rabaha, pierw­szego muezina w histo­rii.

Wojny z armiami islamu trwać będą aż do dwu­dzie­stego pierw­szego stu­le­cia, gdy gra­nica z Soma­lią pozo­staje sporna.

Wnę­trze kate­dry w Aksum, 30 listo­pada 2023

7. W stronę Arkadii

W śre­dnio­wie­czu krążą wie­ści, jakoby Etio­po­wie mieli moc odwra­ca­nia biegu Nilu. Wenecki uczony Ales­san­dro Zorzi sły­szy w szes­na­stym wieku od etiop­skiego mni­cha Abby Rafa­ela, że cesarz Etio­pii może w każ­dej chwili ode­brać muzuł­ma­nom wody wiel­kiej rzeki. Nie robi tego zaś wyłącz­nie z tro­ski o los Jero­zo­limy, którą wyznawcy islamu nie­chyb­nie zbu­rzy­liby w akcie zemsty.

(W wieku mię­dzy­pla­ne­tar­nych podróży to wciąż temat aktu­alny. Budowa tamy na Nilu Błę­kit­nym pozo­staje istotą kon­fliktu mię­dzy Etio­pią, Suda­nem a Egip­tem).

Na prze­strzeni wie­ków nie­wiele spraw­dzo­nych wia­do­mo­ści dociera z afry­kań­skiej gór­skiej twier­dzy do Europy. Nikt nie podró­żuje w tam­tym kie­runku. Prę­dzej spo­tyka się wędru­ją­cych Etiop­czy­ków. W 1306 roku ksiądz z Genui opo­wiada, że udało mu się spę­dzić kilka dni w fascy­nu­ją­cym towa­rzy­stwie trzy­dzie­stu piel­grzy­mów z Abi­sy­nii. Wra­cali z podróży do Awi­nionu i Rzymu. W Genui cze­kali na sprzy­ja­jący wiatr. Być może natchniony tą histo­rią inny pod­dany papie­stwa, Pie­tro Rom­bulo, wybiera się – i dociera jako pierw­szy Euro­pej­czyk – do Etio­pii wiek póź­niej, w 1407 roku.

A może mło­dego Pie­tro inspi­rują legendy o Księ­dzu Janie, który jakoby wła­dał w sercu afry­kań­skiego kon­ty­nentu wiel­kim chrze­ści­jań­skim impe­rium.

W cza­sach kru­cjat Euro­pej­czycy zna­leźli pocie­sze­nie w myśli, że gdzieś na Wscho­dzie, w samym sercu islamu, trwa kró­le­stwo męż­nego chrze­ści­ja­nina, który pew­nego dnia ruszy na czele swych wojsk, by odbić Jero­zo­limę z rąk nie­wier­nych.

Już w 1165 roku krąży w sfe­rach dwor­skich Europy list napi­sany jakoby przez samego Jana. Władca w nim przy­sięga, że w jego kraju znaj­duje się fon­tanna mło­do­ści i kto w jej wody ciało zanu­rzy, wieki całe żyć będzie. Płyną tam rzeki, któ­rych dno wyście­łają wyłącz­nie szla­chetne kamie­nie. Hoduje się mrówki, które potra­fią wydo­by­wać złoto.

Jed­nym z cudów naszej ziemi jest piasz­czy­ste morze bez wody – chwali swą zie­mię rze­komy Jan, mając zapewne na myśli inferno Afaru. Pia­sek tam jest w ruchu, jak mor­skie fale. Nie można go prze­być, przeto nikt nie wie, co za nim się kryje. Nasza dobro­tli­wość – kon­ty­nu­uje skrom­nie – pozwala przyj­mo­wać wszyst­kich piel­grzy­mów i gości. Obce nam są kra­dzież i pochleb­stwo, zachłan­ność i nie­zgoda. Mamy bar­dzo piękne żony – zapew­nia – ale odwie­dzają nas tylko cztery razy w roku, jedy­nie dla pro­kre­acji. Póź­niej każda z nich, uświę­cona przez nas jak Bat­szeba przez Dawida, wraca do swo­ich poko­jów.

Ta wizja samot­nych, nie­do­piesz­czo­nych śnia­dych pięk­no­ści zapewne mąci w gło­wie nie­jed­nemu śre­dnio­wiecz­nemu asce­cie.

Wresz­cie Jan opo­wiada o lustrze, w któ­rym jest w sta­nie zoba­czyć, co się dzieje jed­no­cze­śnie w każ­dym z jego sie­dem­dzie­się­ciu dzie­wię­ciu kró­lestw. Ostat­nia histo­ria, na wieki przed epoką powszech­nej inwi­gi­la­cji, jakże pro­ro­cza.

Krążą legendy o górze Amara, która ma być jakoby twier­dzą Jana. Słowo to zna­czy „Raj”. John Mil­ton pisze w Raju utra­co­nym:

…ni góry Amary, gdzie dzieci Swoje trzy­mali władcy Abi­sy­nii Pod strażą, mimo, że nie­któ­rzy twier­dzą, Jakoby tam mógł być ów Raj praw­dziwy, Gdzieś w Etio­pii na linii Rów­nika, U źró­deł Nilu, oto­czony skałą Lśniącą, a trzeba piąć się tam dzień cały.

Pocho­dze­nie tych opo­wie­ści nie jest jasne. Nie­wy­klu­czone, że dotarły do Europy przez Alek­san­drię, jako że Kościół etiop­ski miał od początku silne związki z kop­tyj­skim. Mówi się, że były one pokło­siem wizyty Lali­beli w Jero­zo­li­mie w dwu­na­stym wieku, nim jesz­cze został kró­lem i w mie­ście Roha kazał wykuć w skale kościoły, przed któ­rych maje­sta­tem do dziś padamy na kolana.

Jak­kol­wiek było, pokusa, by nawią­zać kon­takt z legen­dar­nym władcą, pomaga por­tu­gal­skim misjo­na­rzom w pod­ję­ciu decy­zji o wypra­wie do Etio­pii.

Kościół Świę­tego Jerzego, Lali­bela, Boże Naro­dze­nie, 7 stycz­nia 2020
Pusty­nia Dana­kil, 28 lutego 2024
Dolina Omo, 21 listo­pada 2015
Lali­bela, 5 stycz­nia 2020
Gon­der, pałac Fasi­li­desa, 15 listo­pada 2015
„Dumna Yatu z grze­bie­niem wetknię­tym w zamęt wło­sów”. Omo­rate, 24 lutego 2024

W 1487 roku król por­tu­gal­ski Jan posyła na wyprawę swego zaufa­nego Pedro de Covilhão, by odna­lazł mityczne zie­mie. Wędro­wiec zostaje przy­jęty z przy­jaź­nią przez abi­syń­skiego władcę, ale nie może opu­ścić gór­skiego kró­le­stwa.

Trzy­dzie­ści lat póź­niej, gdy Vasco da Gama otwiera mor­ską drogę do Indii, por­tu­gal­scy misjo­na­rze pod wodzą Rodrigo de Limy cumują w por­cie Mas­sawa i wędrują dalej lądem, na dwór cesa­rza Lebny Den­gela.

Lebna oka­zuje się przy­ja­zny Euro­pej­czy­kom, choć nie­za­do­wo­lony z pre­zen­tów i znie­chę­cony kłót­niami, które dzielą przy­by­szów. Covilhão wciąż żyje, a jego wie­dza o zwy­cza­jach kró­le­stwa i zna­jo­mość języka oka­zują się bez­cenne. Misjo­na­rze zostają w Abi­sy­nii sześć lat, a po powro­cie do Por­tu­ga­lii jeden z nich, Fran­ci­sco Álvares, opi­suje odle­gły kraj w księ­dze Praw­dziwa Rela­cja z Ziem Króla Jana.

Przed­sta­wia sto­licę cesar­stwa jako zbio­ro­wi­sko namio­tów. Pięć z nich, na środ­ko­wym wzgó­rzu, sta­nowi sie­dzibę kró­lew­ską. Także w namio­tach miesz­czą się kościoły: Świę­tej Marii i Krzyża Świę­tego, kolejny służy za kró­lew­ski skar­biec.

Nie­opo­dal biwa­kuje kró­lowa i kuch­mi­strze, w pobli­skim namio­cie orzeka sąd. Całe kró­le­stwo jest w nie­ustan­nej dro­dze, a cesarz wędruje na dorod­nym mule pro­wa­dzo­nym przez sze­ściu słu­żą­cych. Orszak roz­po­czyna dwu­dzie­stu zbroj­nych, a z nimi bieżą cztery lwy spięte solid­nym łań­cu­chem.

Oddany spra­wom wiary Lebna o każ­dej godzi­nie dnia i nocy gotów jest wezwać mni­cha Álvaresa na zawiłą teo­lo­giczną dys­putę. Cesarz święci zarówno nie­dzielę, jak i sza­bat, a w całym kró­le­stwie, jak w juda­izmie, obrze­zuje się chłop­ców w nie­mow­lęc­twie.

Ogromne wra­że­nie robi mno­gość kościo­łów, klasz­to­rów i miejsc kultu. Zdu­miewa Álvaresa pra­dawna prak­tyka odse­pa­ro­wa­nia całej rodziny kró­lew­skiej na wyso­kim wzgó­rzu o stro­mych, nie­do­stęp­nych ścia­nach. To ma zapo­bie­gać kote­riom i bun­tom. Patrząc na histo­rię Europy, trudno nie przy­znać abi­syń­skiemu władcy racji w tej zapo­bie­gaw­czej prze­bie­gło­ści.

Gdy Por­tu­gal­czycy opusz­czają zie­mię cesa­rza, Lebna sta­wia czoła naj­więk­szemu wyzwa­niu. Abi­sy­nia pozo­staje ze wszyst­kich stron oto­czona pań­stwami islamu: Ifat i Adal. Od czter­na­stego wieku trwa w sta­nie wojny z Hara­rem. W kolej­nym stu­le­ciu suł­tan Stam­bułu Selim pod­bija Egipt, a nie­długo póź­niej, w 1517 roku, Turcy lądują w por­tach Morza Czer­wo­nego. Ahmad Ibra­him, dowódca Adalu, znany jako Lewo­ręczny, wsparty i uzbro­jony przez Tur­ków, rusza na Abi­sy­nię. Dzie­siąt­kuje woj­ska cesar­skie. Jak nie­gdyś Judyta w Aksum, i on mor­duje całą kró­lew­ską rodzinę ukrytą na szczy­cie wzgó­rza, pali kościoły, łupi skarby.

Lebna znaj­duje schro­nie­nie w górach inte­rioru. Mówi się, że zamiesz­kuje w klasz­to­rze na świę­tej górze Debre Damo. Prosi o pomoc Por­tu­gal­czy­ków, ale umiera, nie docze­kaw­szy dnia, kiedy syn Vasco da Gamy, Krzysz­tof, przy­bę­dzie z odsie­czą. Przyj­mie go już Klau­diusz, syn zmar­łego władcy. W serii bitew to jedni, to dru­dzy ogła­szają zwy­cię­stwa. Da Gama ginie w walce. Klau­diusz zbiera roz­bite woj­ska i staje do bitwy nad Jezio­rem Tana. Tam pole­gnie Lewo­ręczny i nie­liczni z roz­gro­mio­nych najeźdź­ców żywi prze­kro­czą gra­nicę w panicz­nej ucieczce.

W sie­dem­na­stym i osiem­na­stym stu­le­ciu pod­dani Kościoła etiop­skiego pod­le­gają wciąż patriar­sze z Alek­san­drii. Tylko on może nama­ścić Abunę, głowę lokal­nego Kościoła. Dla­tego wysiłki Por­tu­gal­czy­ków, by nawró­cić Abi­sy­nię na jedyną, ich zda­niem, słuszną drogę wiary, nie mają szans powo­dze­nia. Dwaj władcy, któ­rzy przyj­mują kato­li­cyzm, giną w rebe­liach. Ich poto­mek, Fasi­li­des, wypę­dza ostat­nich jezu­itów i zaka­zuje kato­li­kom wstępu do kró­le­stwa. Abi­syń­czycy zamy­kają się w swej odwiecz­nej wie­rze, nie­ufni, nie­chętni, a wręcz wro­dzy wobec przy­by­szów z daleka.

Tej wro­go­ści doświad­czę i ja wieki póź­niej, uka­mie­no­wany pod Gon­de­rem.

Na swą sto­licę Fasi­li­des wybiera wła­śnie Gon­der, wio­skę na pół­noc­nym brzegu Jeziora Tana, i tam, po stu­le­ciach tuła­nia się z namio­tami, buduje pierw­szy w dzie­jach cesar­stwa kamienny pałac. To nie zapew­nia trwa­nia dyna­stii. Następcy Fasi­li­desa, tchórz­liwi i nie­udolni, są jedy­nie mario­net­kami w rękach potęż­nych magna­tów ziem­skich, swo­istej abi­syń­skiej szlachty. Bywa, że sze­ściu cesa­rzy wal­czy ze sobą o jedy­no­władz­two. Na pół­tora wieku Abi­sy­nię prze­sła­nia cień cha­osu i rzezi. Nie­wielu śmiał­ków z Europy wybiera się do gór­skiego kró­le­stwa.

Wsze­lako zapisy por­tu­gal­skich eks­pe­dy­cji, pióra ojców Álvaresa, Páeza i Lobo, inspi­rują do podróży szkoc­kiego szlach­cica nazwi­skiem James Bruce.

To wielki czło­wiek, w całej dwu­znacz­no­ści słowa. Pewna dama w Lon­dy­nie, naj­wy­raź­niej entu­zja­styczna bywal­czyni cyrku, tak komen­tuje posturę podróż­nika: „To naj­ogrom­niej­szy czło­wiek, jakiego można zoba­czyć za darmo”.

Bruce dociera do źró­dła Błę­kit­nego Nilu. Nie jest kazno­dzieją, refor­ma­to­rem, mora­li­stą. Los nie­wol­ni­ków jest mu obo­jętny. W niczym nie przy­po­mina swo­jego rodaka, o wiek póź­niej­szego Roberta Living­stone’a. Czy­sta cie­ka­wość, pasja i namięt­ność pchają Bruce’a do wnę­trza Afryki. Poszu­ki­wacz przy­gód, ale jesz­cze nie awan­tur­nik.

Przy­wozi z Etio­pii histo­rie, które na epokę usta­lają wize­ru­nek kraju w oczach Euro­pej­czy­ków, choć jego opo­wie­ści nikt nie trak­tuje poważ­nie. Bruce mówi o ludziach z kol­czy­kami w całym ciele, nacie­ra­ją­cych się bydlęcą krwią. Opo­wiada o dzie­wię­cio­let­nich żonach i mat­kach. W dro­dze z Aksum do Gon­deru spo­tyka trzech Etiop­czy­ków, któ­rzy zgłod­niaw­szy, oba­lają na zie­mię krowę i wyci­nają z niej spore por­cje ciała. Następ­nie zale­piają rany gliną i odpę­dzają zwie­rzę, sami posi­la­jąc się suro­wym, jesz­cze cie­płym mię­sem.

W Gon­de­rze Bruce świad­kuje ucztom, gdzie także wycina się mięso ze spę­ta­nych przy sto­łach bydlą­tek, pije do nie­przy­tom­no­ści i bez zakło­po­ta­nia poszu­kuje zmy­sło­wego zaspo­ko­je­nia. Szkot wspo­mina, że gdy para przy stole zapra­gnie miło­ści, jej sąsie­dzi nie­znacz­nie tylko zakry­wają nie­skromną scenę połami swo­ich szat. Kiedy po gło­śnych dowo­dach speł­nie­nia para wraca do uczto­wa­nia, bie­siad­nicy piją zdro­wie kochan­ków, by wkrótce przy­glą­dać się kolej­nym chwi­lom szczę­ścia w innej czę­ści kom­naty.

Bruce zatrzy­muje się na dwo­rze rasa (powie­dzie­li­by­śmy dziś: barona, cesar­skiego mini­stra) Mika­ela. To postać szek­spi­row­ska. Lub, jeśli ktoś woli, Frank Under­wood swo­jej epoki. Czło­wiek ten nie waha się dwu­krot­nie zamor­do­wać panu­ją­cych wład­ców, by na ich miej­scu umie­ścić swo­ich pro­te­go­wa­nych, któ­rymi bez trudu ste­ruje. Gdy Bruce spo­tyka go po raz pierw­szy, Mikael jest aku­rat zajęty oso­bi­stym wyłu­py­wa­niem oczu jeń­com z ludu Galla. Jego żoł­nie­rze wra­cają z poty­czek, mając przy­tro­czone do włóczni odcięte geni­ta­lia wro­gów. Ten zwy­czaj prze­trwa do progu stu­le­cia, kiedy to Etiop­czycy poko­nają Wło­chów pod Aduą.

Jak­kol­wiek olśniony urodą kraju, rzu­cony na kolana wido­kiem wodo­spa­dów Tys Ysat, o któ­rych z egzal­ta­cją pisze w swo­jej książce wspo­mnień jak o naj­pięk­niej­szym miej­scu na ziemi, Bruce pozo­staje cał­ko­wi­cie nie­czuły na etiop­ską sztukę malar­ską, tak ważną od wie­ków dla tra­dy­cji kraju.

W Euro­pie „nawet naj­gorsi mala­rze szyl­dów nie pło­dzą takich boho­ma­zów”, mówi o fre­sku w klasz­to­rze na wyspie Jeziora Tana.

Bez więk­szego sza­cunku napi­sze też o tych dzie­łach dwie­ście lat póź­niej Waugh. W kościele etiop­skim „tra­dy­cyjne wzory kopiuje się i kopiuje ponow­nie, z nie­wiel­kimi zmia­nami. Kiedy zaczy­nają blak­nąć, a kościół na to stać, wzywa się mala­rza, by je odno­wił, tak jak w Euro­pie wzywa się tape­cia­rza”.

Co jed­nak robi wra­że­nie na angiel­skim repor­te­rze, to kró­lew­skie insy­gnia. Waugh odwie­dza muzeum, w któ­rym bie­rze do rąk „koronę zdo­bytą przez gene­rała Napiera pod Mag­dalą i prze­ka­zaną Vic­to­ria and Albert Museum, oraz ogromny, wydrą­żony kamień, który pewien abi­syń­ski święty nosił jako nakry­cie głowy”.

Wydaje się moż­liwe, że wspo­mniany przed­miot mógł być po pro­stu dzwo­nem. Wiele takich kamien­nych, wydrą­żo­nych instru­men­tów widzia­łem w klasz­to­rach na Jezio­rze Tana. Są wciąż w codzien­nym użytku. Tam także mia­łem w rękach koronę cesa­rza Tewo­drosa, zwa­nego w naszej lite­ra­tu­rze Teo­do­rem. Zapewne tę samą koronę, któ­rej doty­kał Waugh. Z pew­no­ścią zaś tę, która zdo­biła głowę jed­nego z naj­bar­dziej eks­cen­trycz­nych wład­ców w nowo­żyt­nej histo­rii. A spora w tej dzie­dzi­nie kon­ku­ren­cja. Dziś korona spo­czywa za szkłem w muzeum przy jed­nym z klasz­to­rów.

Gdy wędro­wa­łem po Etio­pii w końcu lat dzie­więć­dzie­sią­tych, skarby kró­lew­skie mnisi trzy­mali w szo­pie z trzciny i bla­chy fali­stej, zamy­ka­nej na sko­bel. Popro­si­łem, by pozwo­lili mi nie­które z nich wziąć w dło­nie.

Korona Teo­dora, Jezioro Tana, 7 marca 1998

8. Korona Teodora

Ciężka. Wygląda jak zespa­wany ze stali, wie­lo­pię­trowy tort weselny. Zdu­mie­wa­jąca jest histo­ria wła­ści­ciela tej korony. Cesa­rza, o któ­rym mówi się, że był twórcą zjed­no­czo­nej Etio­pii. Pre­kur­so­rem poczy­nań Mene­lika II i Hajle Syl­la­sjego. Jest wsze­lako w jego życio­ry­sie silny rys sza­leń­stwa. I to ono, jak zwy­kle, wydaje się szcze­gól­nie inte­re­su­jące. Zwłasz­cza że przy­nio­sło kon­se­kwen­cje na skalę świa­tową.

Teo­dor naprawdę ma na imię Kassa, a jego ród nie wywo­dzi się od biblij­nego Salo­mona. W epoce, którą nazwa­li­by­śmy z naszej per­spek­tywy roz­bi­ciem dziel­ni­co­wym, wycho­wuje się na dwo­rze jed­nego z ksią­żąt. Gdy po śmierci pro­tek­tora odmó­wiono Kas­sie schedy, zostaje roz­bój­ni­kiem o spo­rych ambi­cjach i poli­tycz­nej misji. Swo­istym Robin Hoodem odle­głej afry­kań­skiej pro­win­cji. Roz­bija kolejno armie skłó­co­nych ze sobą ksią­żąt, pozo­staje wkrótce sam na polu bitwy i koro­nuje się na cesa­rza. Przy­biera imię Tewo­dros.

To, co dzieje się póź­niej, jest kro­niką deter­mi­na­cji, okru­cień­stwa, obłędu i farsy. Cesarz wędruje po kraju z woj­skiem i ze świtą kil­ku­dzie­się­ciu tysięcy ludzi, roz­sta­wia­jąc co noc nowe mia­sto namio­tów. Jed­no­czy mie­czem kolejne pro­win­cje, wyrzyna do ostat­niego czło­wieka sepa­ra­ty­stycz­nych bun­tow­ni­ków, jak wieki po nim wciąż robić będzie Men­gy­stu czy – ze szcze­gól­nym talen­tem i pasją – poko­jowy nobli­sta Abiy Ahmed.

Powsta­nie sil­nej, jed­nej wła­dzy w regio­nie nie może ujść uwa­dze świa­to­wych mocarstw. Anglicy budują Kanał Sueski i widzą szansę na pozy­ska­nie part­nera u brze­gów Morza Czer­wo­nego. Wal­ter Plow­den, urzęd­nik bry­tyj­ski, który prze­bywa wtedy w Etio­pii, zostaje mia­no­wany kon­su­lem. Przyj­muje misję roz­po­czę­cia roz­mów o soju­szu.

Mogli­by­śmy chyba powie­dzieć, że cesarz Teo­dor żyje według słów: „let­nich wyplują usta Pana”. Każde uczu­cie jest w jego życiu wrzące, osta­teczne. Zaprzy­jaź­nia się z Wal­te­rem tak ser­decz­nie, że gdy Anglik ginie zabity pod Gon­de­rem przez oko­licz­nych wie­śnia­ków, władca w akcie zemsty mor­duje ponad dwa tysiące swo­ich pod­da­nych w całej oko­licy, by nie prze­oczyć win­nych.

Kró­lowa Wik­to­ria wysyła na miej­sce Plow­dena nowego kon­sula, nazwi­skiem Char­les Dun­can Came­ron. Nie­for­tun­nie powie­rza mu też misję zba­da­nia, czy w oko­li­cach sudań­skiej Kas­sali da się upra­wiać bawełnę. Trwa wojna sece­syjna w Ame­ryce, dostawy tego surowca z Nowego Świata wstrzy­mano. Dla Teo­dora Sudan jest jed­nak tery­to­rium wro­gim, a ukła­da­nie się z nim, han­dlo­wa­nie – aktem zdrady stanu. W liście prosi Wik­to­rię o zaję­cie jasnego sta­no­wi­ska w kon­flik­cie i wspar­cie w walce z isla­mem.

Ten jeden list oka­zuje się ważny. Cesarz nie otrzyma na niego odpo­wie­dzi. Ktoś w Lon­dy­nie gubi pismo, o czym jed­nak władca nie mógł wie­dzieć. Gdyby ów ano­ni­mowy urzęd­nik mini­ster­stwa dostar­czył był (had he deli­ve­red…) list do adre­satki. Gdy­byż cesarz mógł wów­czas po pro­stu zadzwo­nić (had he been able to call…), jakże ina­czej poto­czy­łyby się koła histo­rii.

Tym­cza­sem Teo­dor uznaje, że go zlek­ce­wa­żono. Tego nie robi się – ani wów­czas, ani dzi­siaj – nie tylko afry­kań­skim przy­wód­com o wybu­ja­łym ego. Ura­żony w swo­jej dumie, Teo­dor podej­rzewa intrygę i zdradę Bry­tyj­czy­ków. Gdy Came­ron wraca z Kas­sali, cesarz więzi go wraz ze wszyst­kimi euro­pej­skimi gośćmi dworu. Są wśród nich misjo­na­rze, są nie­mieccy rze­mieśl­nicy, ich żony (czę­sto Etiopki) i dzieci. W sumie kil­ka­dzie­siąt osób.

Roz­po­czyna się kil­ku­let­nia media­cja, wymiana nie­zli­czo­nych listów, w któ­rych na prze­mian Teo­dor upo­ka­rza się, unosi, grozi, błaga o wyba­cze­nie, szan­ta­żuje, żar­tuje, wiesz­czy kata­strofy. Ana­liza tych tek­stów two­rzy por­tret jed­nego z naj­bar­dziej ory­gi­nal­nych wład­ców w dzie­jach.

Do kró­lo­wej bry­tyj­skiej pisze, że jest „nie­uczo­nym Etiop­czy­kiem bez wykształ­ce­nia”, i prosi, by „dora­dziła mu, a nie go obwi­niała”.

Do media­tora kró­lew­skiego Hor­muzda Ras­sama mówi: „Nie­raz sły­sza­łem, że nazy­wano mnie sza­leń­cem, ale ni­gdy w to nie wie­rzy­łem. Jed­nakże po tym, jak postą­pi­łem z wami dziś po połu­dniu, dosze­dłem do wnio­sku, że to prawda. Ale jako chrze­ści­ja­nie powin­ni­śmy być zawsze gotowi do wyba­cza­nia swoim bliź­nim”.

Co zro­bił cesarz mia­no­wi­cie? Wtrą­cił posłańca w kaj­da­nach do lochu w twier­dzy Debre Tabor razem z pozo­sta­łymi więź­niami, w spra­wie któ­rych nie­szczę­śnik medio­wał. A wcze­śniej prze­cież wymie­nia z Ras­sa­mem listy, w któ­rych zapew­nia go o przy­jaźni, obda­ro­wuje pre­zen­tami – wrę­cza mu na przy­kład dwa lwiątka. Pisze do bry­tyj­skiego media­tora mię­dzy innymi tak: „Im bli­żej jestem cie­bie, tym bar­dziej czuję się szczę­śliwy”.

Trumny cesar­skie, Jezioro Tana, 7 marca 1998

A uwię­ziw­szy go wraz z resztą zakład­ni­ków: „Z mocy Bożej przy­by­wam do cie­bie. Och, mój przy­ja­cielu, nie myśl, że żywię ku tobie choć tro­chę nie­na­wi­ści. Nara­zi­łem cię na twoje obecne poło­że­nie po to, żebym wresz­cie mógł poznać ludzi z twego kraju…”.

Ma wkrótce poznać ich bar­dzo wielu.

Na oczach Euro­pej­czy­ków Teo­dor uła­ska­wia etiop­skich więź­niów, któ­rych czę­sto­kroć jedy­nym prze­wi­nie­niem jest nie­wła­ściwe spoj­rze­nie w stronę dwu­na­sto­let­niej żony cesa­rza lub roze­śmia­nie się w obec­no­ści władcy. Po chwili jed­nak wpada w szał i uła­ska­wio­nych już więź­niów wła­sno­ręcz­nie sie­cze sza­blą, strąca do prze­pa­ści. Pod­czas jed­nej z takich awan­tur nali­czono sto dzie­więć­dzie­siąt sie­dem ofiar cesar­skiego gniewu.

Kon­sula Came­rona jed­nak nie uwal­nia. I w ten spo­sób dopro­wa­dza do być może naj­bar­dziej kurio­zal­nej sytu­acji w histo­rii. Naj­więk­sze świa­towe mocar­stwo epoki powo­łuje ogromną armię i wysyła ją na wie­lo­mie­sięczną eks­pe­dy­cję do nie­omal nie­do­stęp­nego kraju wyłącz­nie w obro­nie honoru. W imię zasad.

Bry­tyj­ska armada zło­żona z żoł­nie­rzy wielu nacji, ras i języ­ków, z kil­ku­dzie­się­cioma tysią­cami zwie­rząt jucz­nych, w tym dzie­siąt­kami indyj­skich słoni, wyru­sza na kil­ku­set stat­kach z Bom­baju, by po trzech mie­sią­cach mar­szu przez kaniony, prze­pa­ście i prze­łę­cze pół­noc­nej Etio­pii sta­nąć pod twier­dzą w Mag­dali, gdzie Teo­dor trzyma więź­niów.

„Marzę o dniu, kiedy zoba­czę zdy­scy­pli­no­waną armię euro­pej­ską” – mówi chwilę wcze­śniej Teo­dor do jed­nego z uwię­zio­nych nie­miec­kich rze­mieśl­ni­ków. Drwi jed­no­cze­śnie z wła­snych żoł­nie­rzy, nazy­wa­jąc ich bandą obszar­pań­ców.

Widzi zdy­scy­pli­no­waną armię, wedle życze­nia. A widok musi być wspa­niały. Młody Henry Mor­ton Stan­ley, póź­niej­szy nie­stru­dzony odkrywca wnę­trza kon­ty­nentu, być może naj­więk­sza legenda dzie­więt­na­sto­wiecz­nej Afryki, jest kore­spon­den­tem wojen­nym dla dzien­nika „New York Herald”. Opi­suje pochód armii przez Wyżynę Abi­syń­ską.

„Na przo­dzie szła kawa­le­ria, żoł­nie­rze w kar­ma­zy­no­wych czap­kach i zie­lo­nych mun­du­rach, ofi­ce­ro­wie w sre­brzy­stych heł­mach na gło­wach. Za nią postę­po­wali pie­chu­rzy, wśród nich pułk irlandzki, w któ­rym wielu bia­łych z policz­kami ogo­rza­łymi od indyj­skiego słońca nosiło brody, a także Belu­dżo­wie w zie­lo­nych kurt­kach z czer­wo­nymi wyło­gami, w fezach owi­nię­tych dłu­gimi zie­lo­nymi szar­fami na kształt tur­ba­nów. […] Pochód zamy­kała kolumna trans­por­towa z dzia­łami i zapa­sami, cią­gnąca się na ponad dzie­sięć kilo­me­trów, a w jej sze­re­gach masze­ro­wali przed­sta­wi­ciele nie­mal połowy nacji Indii i Bli­skiego Wschodu: Turcy, Per­so­wie, Egip­cja­nie, Ara­bo­wie, sikho­wie, muzuł­ma­nie i hin­du­iści”.

Mar­sza­łek polny lord Robert Napier jedzie na sło­niu, w oto­cze­niu eskorty. Przy­naj­mniej takim przed­sta­wiają go kro­ni­ka­rze tej kam­pa­nii, gdy spo­tyka się ze zbun­to­wa­nymi prze­ciw Teo­do­rowi wład­cami etiop­skich pro­win­cji, by pozy­skać ich wspar­cie. Roz­mach eks­pe­dy­cji przy­po­mina opisy mar­szu per­skiej armii króla Dariu­sza na Gre­cję z Dzie­jów Hero­dota.

Bitwa pod Mag­dalą w święta Wiel­kiej Nocy 1868 roku jest krótka. Opie­wany w ludo­wych poda­niach słynny moź­dzierz etiop­ski, który cią­gnąć musiało pię­ciu­set ludzi, sym­bol cesar­skiej siły, roz­pada się przy inau­gu­ra­cyj­nym wystrzale. W pierw­szym sztur­mie ginie ponad sied­miu­set Etiop­czy­ków, pod­czas gdy w bry­tyj­skiej armii umiera w wyniku odnie­sio­nych ran dwóch żoł­nie­rzy. Histo­ryk Niall Fer­gu­son w Impe­rium twier­dzi wręcz, że nie zgi­nął nikt. Cesarz Teo­dor popeł­nia samo­bój­stwo.

Więź­nio­wie zostają uwol­nieni po czte­rech latach udręki. Co zda­rza się póź­niej, nie ma pre­ce­densu w dzie­jach. Wielka armia, zamiast oku­po­wać zdo­byty kraj, zamiast rabo­wać i gwał­cić, wyco­fuje się, nie krzyw­dząc nikogo, po wła­snych śla­dach. Zabiera parę pamią­tek. Jakieś ręko­pisy w gyyz, tro­chę biżu­te­rii. I odpływa.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki