69,90 zł
Oda, jak wyjaśnia słownik języka polskiego, to pieśń pochwalna, nie pozbawiona patosu. I ja go nie uniknę, bo – niech mi wieszcz przebaczy – pieśń moja będzie także odą do młodości, która minęła mi na wędrówce. Będzie też – i tu o wyrozumiałość proszę Karen Blixen – jako ostatni po Bieli i Dali tom trylogii, moim pożegnaniem z Afryką. Tą sprzed „Wieku Informacji”. Tą, którą poznałem w udręce i ekstazie, na jakie już dziś nie mam czasu, siły i odwagi. Być może wrócę jeszcze na kontynent w kształcie serca, ale będzie to już podróż inna. Aby nie drażnić losu, który i tak okazał się dla mnie aż nadto łaskawy. Edil znaczy po amharsku „los”. Właściwie i taki tytuł mogłaby mieć ta książka. Bo opowiada o losie kraju i splata z nim losy pojedynczego człowieka.
Wracałem do Etiopii coraz bardziej inny. A ona wciąż nowe objawiała mi twarze. Ta książka próbuje opisać zmiany w życiu nas obojga. Wydaje mi się dzisiaj opowieścią o przemijaniu. I o pamięci. Jest, co nieuchronne, zapisem utraty. Ale i, raz jeszcze, kroniką zachwytu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 305
Zrozumienie minionego jest mi niedostępne. Przeszłość jawi się w istocie jako ziemia daleka i obca. Nie mnie, a innym to się wydarzyło. Przeglądam strony, częstokroć naiwne, i nie rozpoznaję autora. Dawne ścieżki. Trzydzieści lat życia, emocji, zachwytu, niepokoju, jak ująć w spójną formę? A jak opowiedzieć tysiące (miliony – ktoś zauważy i też będzie mieć rację) lat historii odległego kraju?
Oda, wyjaśnia słownik języka polskiego, to pieśń pochwalna, niepozbawiona patosu. I ja go nie uniknę, bo – niech mi wieszcz przebaczy – pieśń moja będzie także odą do młodości, która minęła mi na tej wędrówce. Stanie się też – i tu o wyrozumiałość proszę Karen Blixen – jako ostatni po Bieli i Dali tom trylogii, moim pożegnaniem z Afryką. Tą sprzed „Wieku Informacji”. Tą, którą poznałem w udręce i ekstazie, na jakie już dziś nie mam siły, czasu i odwagi. Być może wrócę jeszcze na kontynent w kształcie serca, ale będzie to podróż inna. Aby nie drażnić losu, który i tak okazał się dla mnie aż nadto łaskawy. Edil znaczy po amharsku: los. Właściwie i taki tytuł mogłaby mieć ta książka. Bo opowiada o losie kraju i splata z nim losy pojedynczego człowieka.
Zacząłem podróż dwudziestoparoletni. Kończę, zmierzając w stronę sześćdziesiątki. A co zdarzyło się w drodze, to historia miłosna. Namiętność do kraju i ludzi. Do samej drogi wreszcie. I jak w miłości bywa, jest czas uniesień i są chwile zwątpienia; lęki, złość i wdzięczność; ucieczki, powroty.
Wracałem do Etiopii coraz bardziej inny. A ona wciąż nowe objawiała mi twarze. Ta książka próbuje opisać zmiany w życiu nas obojga. Wydaje mi się dzisiaj opowieścią o przemijaniu. I o pamięci. Jest, co nieuchronne, zapisem utraty. Ale i, raz jeszcze, kroniką zachwytu.
Forma jej migotliwa. Strony dziennika spotykają się z tekstami o wielkiej historii; wywiady o fotografii z listami od przyjaciół z oblężonego miasta; fragmenty z pogranicza poezji przenikają w raporty Amnesty International. Kogoś ta mozaika zirytuje, to pewne. Inny pojmie, że w ten sposób, na przestrzeni dziesięcioleci, próbuję za każdym razem patrzeć z innej perspektywy.
Właśnie: patrzenie, widzenie. „Co raz zostało zobaczone, nigdy już nie powróci do chaosu”. Dla mnie to kwestie najważniejsze. Jest w końcu Oda kolekcją blisko stu fotografii, wybranych z tysięcy. I od nich się wszystko zaczęło.
Pytają: po co moje książki. A jakże inaczej zaświadczę, że te istnienia pojedyncze zdarzyły się, raz tylko, od początku aż do końca czasu?
Ta książka żyła we mnie pod tytułem Mahlet. Ostatecznie wydał mi się nazbyt hermetyczny. Ale dlaczego z początku wybrałem to słowo, wyjaśnię.
Mahlet. Tak miała na imię dziewczyna, która w lutym 2023 roku zmarła w lesie pod Hajnówką. Że była istotą o pozaziemskiej urodzie wspomnę, ale nie ma to przecie znaczenia. W długą zimową noc nikt nie zdążył z pomocą. Z ogarniętej kolejną wojną Etiopii Mahlet próbowała przedostać się do naszego świata. Myślę często o jej samotności w tamtej chwili. O jej lęku, nadziei, rozpaczy. O jej ostatnim oddechu.
Chcę, z szacunkiem, zadedykować tę książkę pamięci Mahlet Kassa.
W Etiopii, gdzie każde imię opowiada historię, Mahlet znaczy: Pieśń Pochwalna. Oda.
Marcin Kydryński nad Liwcem, 2 lipca 2025
Na prośbę kilkorga bohaterów Ody ich imiona lub inicjały zostały zmienione.
Będę wdzięczny, jeśli Czytelnik sięgnie po etiopskie historie z tomu Biel. Rozdziały: Dwie opowieści o okrucieństwie; Andrew Wilson; Siedem notatek z Etiopii pomogą w pełnym zrozumieniu tej książki.
Nic, co minione, nie jest przeszłością ostatecznie zamkniętą. Przeszłość trwa w teraźniejszości, uczestniczy też w kształtowaniu przyszłości.
– Ryszard Kapuściński
11 czerwca 2025, środa, godzina 22.29, Warszawa, 13. piętro
Pełnia księżyca pełznie nisko nad miastem. Jak plaster lipcowego pomidora, przekrwiona źrenica, piłka do koszykówki. Nie widziałem w życiu księżyca o takiej barwie. Ale przecież kiedyś to już się zdarzyć musiało. Ktoś patrzył na taki księżyc dawno i daleko. Spotykają się nasze oczy, odległe w przestrzeni i czasie, w akcie spóźnionego powinowactwa. Dotykają się i splatają spojrzenia nad niepojętą przestrzenią minionego. Ona i ja, tak dalecy, tak bliscy, skoro widzimy to samo w bliźniaczą noc wiosenną. Choć nie istniały jeszcze wtedy słowa, które mogłyby opisać takie piękno.
14 listopada 2019, czwartek, Muzeum Narodowe, Addis Abeba
Choć już dorosła, gdy idzie lekko pochylona przez łąkę, kryje się cała w wysokiej trawie. Waży zaledwie trzydzieści kilogramów. Sypia zwykle w koronie drzewa, tam czuje się bezpieczna. Sprawnie ostrzy badylki, nim upoluje rybę albo jaszczurkę, ale woli owoce.
Myślę o niej z czułością. W mej wyobraźni ma mądre oczy. Patrzę w nie chciwie, spragniony odpowiedzi. Jak brzmi jej głos – tego się nie dowiem. A przecież mówi ze znajomymi, mają zapewne wspólne plany. Jeszcze nie wieczór przy ognisku. Ale spacer nad rzeką – z pewnością. Jeszcze razem nie muzykują, nie siadają przed skalną sztalugą, by z nagłej potrzeby doświadczania piękna naszkicować lotną antylopę w biegu przez sawannę. Czy ta drobna dziewczyna, spragniona dotyku, tuli się do przyjaciół? Czy jeden jest jej szczególnie miły? Czy szuka jego towarzystwa? Czy tęskni? Czy kocha? Jakim dźwiękiem, zanim otrzyma imię, woła ją ojciec jej dziecka?
Czy zdąży zostać matką? Nie jest przecie w prostej linii moją krewną. Raczej daleką kuzynką, którą znam z rodzinnych opowieści, nim spotkamy się po raz pierwszy.
Dziś, trzy miliony dwieście tysięcy lat później, Lucy leży w niewielkiej gablocie pośrodku muzealnej sali. Obok niej koleżanki i koledzy niewiele doprawdy młodsi, o milion lat, półtora. Cóż to jest w perspektywie kosmicznej, w dziejach wszechświata? W historii człowieka jednak to czas znaczący, skoro dzień Ukrzyżowania minął niespełna dwa tysiące lat temu. Patrzę na znakomicie zachowaną szczękę i zdrowe, jak się zdaje, zęby, które ponad trzy miliony lat temu w Afarze, gdzie dziś tylko piach i żwir, znajdowały soczyste pędy, owoce, nasiona.
Imię „Lucy” nadali jej w 1974 roku paleoantropolodzy za ulubioną piosenką Beatlesów. Wolę jej imię amharskie, które brzmi Dinkenesh i znaczy: jesteś piękna.
Gdy przed trzema laty odkryto w tym regionie szczątki starszego od Lucy o sześćset tysięcy lat mężczyzny (czy to właściwy ton pisania o Australopiteku anamensis?), jego czaszkę nazwano bezosobowo i wyjątkowo niefortunnie: MRD. Jak mniemam, Francuzi nie uznali tego za dobry żart.
Choć wśród naukowców trwa wyścig: kto znajdzie istotę starszą i bardziej kompletną, nasza jaźń nie czyni różnicy między 3,2 a 3,8 miliona lat. Niektóre fragmenty kości liczą sobie ponad 4 miliony. Wokół szkieletu słynnej dwudziestopięciolatki – w takim wieku bowiem Lucy zastygła na wieczność – znaleziono trzynaście innych postaci.
Pamiętam spacery wąwozem Olduvai, spojrzenie na odciśnięty w skamieniałym błocie ślad stopy praczłowieka, któremu nie nadano imienia, a jedynie swoisty tytuł naukowy: Homo habilis, człowiek zręczny, bo sprawność nadgarstka pozwalała mu na finezyjne posługiwanie się dłońmi i przedmiotami.
Pamiętam wyprawę do Lodwar i dalej, nad jezioro Turkana, gdzie półtora miliona lat temu moi dalecy przodkowie krzesali już ogień. Skwar. Sól. Wiatr. Kamień. Czerwień termitier. Szmaragd wody. To po kenijskiej stronie jeziora Richard Leakey znalazł kości najbliższego mojego krewnego, Homo erectus. Człowiek wyprostowany jeszcze nie wymyślił granic innych niż krawędź pastwiska. Żył zatem i na północnym, dziś etiopskim brzegu jeziora, gdzie wielokrotnie spotykałem ludzi niejako „w połowie drogi”. Między pierwszym ogniskiem a misją na Marsa. Mursich, Bodi, Dassanechów, Hamerów. I część mnie wtedy nieodmiennie wracała do domu praojców.
Przodkowie, których dzieci przedsięwzięły wędrówkę znad jeziora Turkana na północ, by po tysiącach pokoleń stać się moimi rodzicami, nie mają imion. Tym samym trudniej im zaludnić naszą wyobraźnię.
Jej, nie matce przecie, a kuzynce, los przygotował takie zadanie. Spośród tysięcy. Musi nieść to brzemię. Lucy pozostaje, zapewne także dzięki wdzięcznemu żeńskiemu imieniu zamiast numeru katalogowego, symbolem. Dla wielu symbolem dumy, że choć trwało to jakiś czas, to jednak zaszliśmy tak daleko. „Yeti, Szekspira mamy!” Dla innych symbolem wstydu, że tak szybko udało nam się zdewastować świat, który Lucy oglądała zachwyconymi oczami. Dla innych jeszcze symbolem zażenowania, bo przecież to niemożliwe, żeby moja Zosia… z tego? Dla innych może znakiem spisku, bo w Księdze napisano inaczej.
Co czuję, stojąc nad… trumną Lucy? Bo przecież to jest trumna. Nie inna od tej na Jeziorze Tana, gdzie za szkłem widzę kości króla Fasilidesa. Myślę o nagłym przyspieszeniu w dziejach Ziemi, która trwać mogła jeszcze miliardy lat we względnym spokoju praw natury, gdyby nie Lucy i jej daleka rodzina znad jeziora Turkana. Gdyby w nieobjętej kadzi czasu także Homo erectus, jak wcześniej krewni Lucy, australopiteki, zmarł bezpotomnie. Czy kto inny wymyśliłby muszkiet, niewolnictwo, reality show i bombę atomową?
Pojawiają się, nieuchronne: jak długo jeszcze? co się wydarzy? I wreszcie: jak to się skończy? Myśl, która zarazem przeraża i koi: nikt, jakkolwiek sumiennie badałby rzeczywistość, nie zna odpowiedzi na te pytania.
3 listopada 2019, Simien Lodge, góry Simien
O świcie na jeziorze łódki z papirusu i ostatnie frazy kościelnych pieśni. Myśl, że jedno i drugie istnieje tu od piętnastu wieków, niezmienne. Radość z trwania. Takimi łodziami podróżowali Egipcjanie w czasach faraonów. Z takiej łodzi delikatnie, by tafla wody nie drgnęła, spuszczono w toń koszyk z małym Mojżeszem. Nagłe wzruszenie, gdy w rozpędzonym, płynnym, migotliwym świecie odnajdujemy to, co pozostało niezmienione.
I jednocześnie pewna niekonsekwencja, którą czuję w sobie. Z jednej strony, zwłaszcza wędrując po Afryce, pragnę doświadczać odrębności, zachowania tradycji, istnienia w „bezczasie”. Podoba mi się, w Etiopii szczególnie, to zamknięcie, także geograficzne. Odseparowanie, które zagwarantowało jej, jedynemu regionowi kontynentu, suwerenność. Wspomina się czasem w podobnym kontekście Liberię, lecz to wydaje się fałszywe. Wszak Liberia powstała jako przystań dla uwolnionych w Ameryce niewolników, niejako więc a priori, wielkopańskim gestem zakładano, że nie zniewoli się ich ponownie. Co ważniejsze jednak, to sami wyzwoleńcy poniekąd skolonizowali rdzenną ludność wilgotnego lasu.
W Etiopii zatem cenię cnoty, które we własnym kraju uznaję za katastrofę. Każdy ruch nowej polskiej władzy, który w Bahyr Darze uważałbym za nomen omen dar: wyłączenie, separacja, uwstecznienie, oddanie prymatu Kościołowi, ślepe zapatrzenie w historię do punktu, w którym pisze się ją na nowo, wreszcie ta obowiązkowa duma, której nijak przejąć ani pojąć nie potrafię – w Polsce budzą mój sprzeciw. Tu są doskonale zrozumiałe.
Może to jest kwestia perspektywy. Bliski mi jest pogląd profesora Bartoszewskiego, który widział Polskę jako tę brzydszą siostrę, którą nikt nie jest zainteresowany, co powinno ją motywować do działania. Zobaczyć się w perspektywie Włoch, Francji, Anglii, w skali ich dokonań, ich kultury, historii. Znać i przyjąć z godnością, bez wstydu, swoje miejsce na peryferiach. Postarać się o zaproszenie do szlachetnego grona, lecz zapracować na to samemu, skoro już urodziliśmy się bez posagu i urody.
Inaczej w Etiopii. Jeśli jest na kontynencie jeden kraj, który istotnie ma powody do dumy – zakładając na chwilę wbrew rozsądkowi, że jakakolwiek duma z osiągnięć przodków ma sens – to właśnie ten Dach Afryki. Przez pięć lat okupowany, lecz niezdobyty nigdy. Z trwałą historią pisaną od stu pokoleń. Ze szczątkami praczłowieka, z najzdrowszą dietą świata. Z autentyczną, głęboką wiarą – kto pójdzie na codzienne ośmiogodzinne msze, ten zrozumie różnicę między wiarą Etiopczyków a powierzchowną, odpustową religijnością. Z architektonicznym cudem skalnych kościołów, które – jakkolwiek liczą sobie blisko dziesięć wieków – codziennie służą tysiącom ludzi. Z wielokulturowością, dziesiątkami języków, ras, tradycji i ich szorstkim niejednokrotnie, ale jednak współistnieniem. Wreszcie, choć przyznaję, że tego nie da się zmierzyć: oto kraj największej urody pejzażu i ludzi. Jest powód do szczęścia raczej niż dumy. Powód, by to chronić, zatrzymać, ocalić.
Wielokrotnie latałem nad górami i płowymi pustkowiami Etiopii. Pojedyncze stare chaty z gliny, o okrągłych spiczastych dachach krytych liśćmi powoli ustępują dziś miejsca klockom z drutu i blachy falistej. W stronę osad prowadzą strome ścieżki. Marsz do najbliższej wsi zajmuje kilka dni. W porze deszczowej nawet i te drogi przestają istnieć. Zmieniają się w rwące potoki błota. Miałem wrażenie, że patrzę na ludzi doskonale odizolowanych od programów informacyjnych, pocztówek z Paryża, podatków, prądu i pism ilustrowanych czy pozostałych elementów, jakie składają się na nasze życie. Wystarczy im piękno pejzażu, plony z własnego pola, pokora wobec sił natury i płomień wieczornego ogniska. Sądziłem, że muszą to być ludzie, których ominęły pycha cesarstwa, upokorzenie socjalizmu czy imperialne ambicje kolejnych władców.
O tym odosobnieniu, tej wolności od terroru nadążania, o ludziach żyjących na uboczu myślę z tęsknotą i kroplą zazdrości. Bo choć przez blisko wiek zmieniło się tak wiele, ich świat przetrwał nieomal nietknięty.
Jest Etiopia, by porwać się na brawurowe sformułowanie: Włochami Afryki. Niewykluczone, że instynktownie pojął to generał Oreste Baratieri, ruszając na Aduę, a pokolenie po nim Benito Mussolini.
Otwartość, zniesienie granic, dążenie do raza cósmica, w której trudno już powiedzieć, kto jest jakiego koloru, współistnienie w ramach swoistych zjednoczonych stanów, świeckie państwa – te wizje, które zdają mi się tak kuszące w Europie – w Etiopii są nie do zaakceptowania. Co jednemu pomoże, drugiemu zaszkodzi, by na etiopskiej prowincji odwołać się do polskiego ludowego porzekadła.
9 listopada 2000, Ethiopia Hotel, Gambela
Spojrzenie z wysoka pomaga zrozumieć historię kraju i mentalność jego mieszkańców. Etiopia to twierdza. Nie musi to być widok z samolotu. Gdy podróżujesz z Erytrei na południe w stronę Gonderu i dalej do Addis, jedziesz drogą, która łączy Aksum i Debark. Innych większych arterii nie ma, choć region zajmuje powierzchnię średniej wielkości europejskiego kraju. Szosa pnie się serpentynami, wydaje ci się, że w pionie. Gdy wychylisz się przez poręcz paki ciężarówki, masz wrażenie, jakbyś był w awionetce. Nie minie kilka godzin, a znajdziesz się tak wysoko, że u stóp, daleko w dole, zamglą się szczyty niedostępnych gór. To tu powstała wiara, która w nieomal niezmienionej formie, w warunkach ścisłej izolacji, trwa do dzisiaj. I to ona spaja połowę stumilionowej społeczności kraju.
Etiopska odrębność, nieprzystawalność do pozostałych krajów kontynentu zawsze budziła szacunek.
To kraj, który niezrażony piętrzącymi się z tego powodu nieporozumieniami, ma własny kalendarz. W nim zaś dwanaście miesięcy po trzydzieści dni i jeden miesiąc pozostałych dni pięciu. Doba zaczyna się o wschodzie słońca, więc nasza godzina siódma rano jest w Etiopii pierwszą. Era zaczyna się od innej daty narodzenia Jezusa, wyliczonej przez Anonniosa z Aleksandrii na rok dziewiąty. Ich kolejny rok zaczyna się naszego 11 września. A opisują to wszystko własnym pismem, sylabowym alfabetem kilkuset znaków. W pisowni nie obowiązują sztywne zasady ortografii, dopuszczalna jest spora dowolność, indywidualny rys. W zależności od tego, kto zapisuje – czy też może warto powiedzieć: „interpretuje” – tekst, te same słowa mogą wyglądać inaczej.
Ortodoksyjny Kościół etiopski zwany jest Tewahedo, co w języku gyyz oznacza: „jednorodny”. Ta jednorodność dotyczy natury Chrystusa, którą wyznawcy rozumieją jako nierozdzielną, ludzką i boską w jednym, nie zaś, jak w rzymskokatolickim lub wschodnim, podwójną. Gyyz, dziś używany nieomal wyłącznie w liturgii, powstał w Aksum w czwartym wieku. Do dziewiętnastego stulecia był językiem literackim. W nim powstała epopeja Kebra Nagast, która wywodzi historię cesarskiej dynastii wprost od biblijnego Salomona. Spośród wielu języków współczesnej Etiopii tigrinia, którym do dziś mówią w okolicach Aksum i w Erytrei, najbardziej przypomina gyyz.
Tak, nie przypadkiem Evelyn Waugh, gdy w 1930 roku pojawił się jako korespondent na koronacji cesarza Hajle Syllasje, z uśmiechem porównywał rzeczywistość etiopską do tej z Alicji w Krainie Czarów. I ja, po latach ucieczek i powrotów, gdy spośród wszystkich krajów Afryki zdecydowałem się wybrać jeden, by móc wracać do niego przez resztę życia, uczyć się go, próbować zrozumieć, skłaniać z miłością głowę przed pięknem jego pejzażu i urodą mieszkańców, postanowiłem, że będzie to Etiopia.
Szaszemenie, luty 1994
Moses mówi, że zbliża się koniec świata. Wyjaśnia przy tym, jak mogę go uniknąć. Apokalipsa ma się zdarzyć wkrótce, choć ani formy katastrofy, ani dokładnej daty Moses nie precyzuje. Ci jednak, którzy w porę zamieszkają w dolinie Wielkiego Rowu, ocaleją. Niczym w nowej Arce, dodaje.
– Pamiętaj, aby kiedy się zacznie, być jak najdalej. – Najdalej od czego? – próbuję uściślić, ale nie zwraca uwagi. – Etiopia to dobre miejsce, żeby cię nikt nie znalazł. To koniec świata. Ale stanie się początkiem, zobaczysz. – Kto miałby mnie szukać? – pytam. – Los? – Tu stawia znak zapytania.
Na mojej osiemnastowiecznej mapie Aethiopia sięga aż po Przylądek Zielony, tereny dzisiejszego Senegalu. To echo myśli greckiej: słowo „Etiopia” oznaczało wtedy „Ląd Ludzi Spalonych Słońcem”. Grecy wierzyli, że odległą krainę odwiedzają bogowie.
W dziewiątym wieku przed Chrystusem Homer w Odysei wspomina Etiopów jako eschatoe andron – najdalszych ludzi. Prawdopodobnie do tego sformułowania nawiązuje tytułem swojej słynnej książki Evelyn Waugh. Choć ukazała się w Polsce jako Daleko stąd, w oryginale jej tytuł brzmi Far Away People. Homer sugeruje, że Etiopowie żyją na bezkresnych obszarach: „na obu krawędziach Ziemi, zarazem w świecie zachodzącego słońca, jak i w rejonie brzasku”. Podobnie o Etiopach pisze Ajschylos, jakoby należeli do narodu czarnych, w najdalszej ziemi, w fontannie słonecznych promieni.
Homer w Iliadzie wspomina ich jako ludzi bez skazy, najszlachetniejszych z wybrzeża Punt, które należy do Boga. Także Herkules i Bachus w opowieściach starorzymskich Diodora z Sycylii obaj byli olśnieni pobożnością Etiopów, to ich ofiary sprawiały bowiem bogom najwięcej radości. Diodor wszelako, pisząc o Etiopach, przysięgał, że są całkiem dzicy, a ich natura zwierzęca. Ciała ich plugawe – twierdził, ich pazury są długie jak u bestii, pozostają dalecy od wzajemnej ludzkiej życzliwości i w żaden sposób nie kultywują nawyków cywilizacyjnych znanych reszcie świata. A jednak tam właśnie wielu mędrców antyku umiejscawia raj. Wróci do tej wizji myśl średniowieczna.
Diodor Sycylijski w Bibliothece wspomina o wyprawie Jambolosa z Etiopii na wyspę, gdzie mieszkańcy są słusznego wzrostu, proporcjonalnej budowy. Dość podobni do siebie, o ciałach silnych i giętkich jednocześnie. Mają czupryny, brwi i rzęsy, ale żadnych innych włosów. Ich uszy są lepiej rozwinięte niż nasze, a podwójny język pozwala im rozmawiać z dwiema osobami naraz. Klimat jest umiarkowany. Nikt nie cierpi z powodu zimna. Wody nie brakuje. Gorące źródła, chłodne strumienie. Rodzą się tam zwierzęta niezwykłe a nieszkodliwe i użyteczne. Dożywa się lat stu pięćdziesięciu. Mieszkańcy tej krainy odchodzą ze świata, kładąc się na roślinie, która usypia ich na zawsze.
W dniu narodzenia Chrystusa Rzym, z milionem mieszkańców, jest największym miastem świata. Pozostanie nim przez osiemnaście stuleci, póki podobnej liczby nie osiągnie Londyn. Kto tłum tak wielki wyżywi? Samej kukurydzy Rzymianie zjadają blisko milion kilogramów dziennie. Większość plonu pochodzi z pól północnoafrykańskich kolonii cesarstwa. Każdego roku osiemset statków krąży między portem w Ostii a wybrzeżami Egiptu, skąd przez Suez kupcy wypuszczają się na Morze Czerwone i dalej, do Indii. Jak arabscy żeglarze od tysiącleci, kupcy wykorzystują zmienne monsuny. Ale dynamika handlu w regionie sprawia, że potrzebna jest także codzienna wiedza praktyczna. Gdzie powstają nowe porty. Skąd można przywieźć róg nosorożca, a gdzie znajdziemy przedmioty z szylkretu. Skąd wziąć piżmo cywety, a gdzie są najtańsi niewolnicy, cynamon i słonie. Wreszcie – gdzie i za ile kupimy kadzidło i mirrę. Tę ostatnią wiedzę muszą mieć legendarni Trzej Królowie, ale przede wszystkim kapitanowie okrętów handlowych. Dlatego księga spisana przez nieznanego egipskiego wędrowca okazuje się tak przydatna.
Periplus Morza Erytrejskiego, swoisty przewodnik po regionie w drodze do Indii, po raz pierwszy opisuje port Adulis. Leży on w pobliżu dzisiejszej Massawy. To z tego portu płyną w świat nieprzebrane bogactwa królestwa Meroe, z terenu dzisiejszego środkowego Sudanu. Stąd ruszają w morze kupcy królestwa Aksum. Podróż do portu trwa dla nich osiem dni. To niewiele. Z wnętrza kontynentu karawany przez pustynię wędrują miesiącami.
Wybrzeże Morza Czerwonego nie zna deszczu. Powietrze stoi i wrze. Kilka dni drogi na osłach w głąb lądu, trawersem w poprzek stromizny, po klifach krawędzi Wielkiego Rowu Tektonicznego i człowiek wreszcie oddycha. Twarz muska rześki wiatr, noce są chłodne, doliny bujne i żyzne. Bywa, że wędrujące monsuny odpoczywają w tych górach i przynoszą aż dwie pory deszczowe – i dwa obfite plony w roku.
Dobre miejsce do życia. Dobre do pracy, dobre do odpoczynku. A człowiek wypoczęty chętnie zajmie się polityką i sztuką. To Aksum. Zaranie dzisiejszej Etiopii.
Abisyńczycy utrzymują, że ich ród trwa nieprzerwanie od z górą dwóch mileniów. W Afryce jedynie cywilizacja egipska ma głębsze korzenie, ale próżno szukać ścisłego związku współczesnych Egipcjan z mieszkańcami ziemi faraonów. Od szóstego do trzeciego wieku przed naszą erą plemiona z południowej Arabii, zwanej Felix – Szczęśliwą, w poszukiwaniu lepszego miejsca do życia i handlu przepływają Morze Czerwone i osiedlają się na arkadyjskiej wyżynie. To ludy semickie. Niejednokrotnie znaczące cywilizacje państw-miast, jak królestwo Saba. Szczepią swój język, zwyczaje i prawa wśród rdzennych chamickich mieszkańców, łączą się z nimi, by wydać na świat przodków dzisiejszych Tigrajczyków i Amharów. Wśród tych plemion jest społeczność Habaszat. Od niej po wiekach weźmie nazwę Abisynia. Jest i lud Agazjan. Echo tego słowa pozostanie w nazwie języka gyyz, w którym Abisynia zapisze swe święte księgi.
Ze spotkania tak odmiennych kultur rodzi się królestwo Aksum. W jego kamiennych pałacach zamożni kupcy negocjują z przedsiębiorczymi Rzymianami. Goszczą posłów i handlarzy z wielkiego Bizancjum. Są pierwsze wieki naszej ery. Oba cesarstwa wyznają wiarę chrześcijańską. To nie tylko religia ich nowych przyjaciół w interesach, lecz także, w odróżnieniu od wcześniejszych hołdów składanych wielu bogom – myśl monoteistyczna. Sprzyja centralizacji władzy. Niewykluczone, że również dlatego królowie Aksum są jej przychylni.
U progu czwartego wieku grecki mędrzec Meropiusz płynie do kraju Agazi, jak zwie się zachodnie wybrzeże Morza Czerwonego. W wyprawie towarzyszą mu krewni. To dwaj młodzieńcy z syryjskiego Tyru: Frumencjusz i Edezjusz. Oni jako jedyni ocaleją z rzezi, gdy piraci złupią grecki statek. Wzięci do niewoli, trafią do króla Aksum Ylle Alady. Po latach staną się zaufanymi władcy. Edezjusz służy na dworze. Frumencjusz, chłopak żywej inteligencji, zachwyca aksumskiego monarchę wiedzą, charyzmą, urodą ducha. Król chce mieć go zawsze przy sobie. Długo dyskutują też o istocie nowej wiary. Gdy Ylle Alada umiera, zostawia nieletniego następcę tronu, który na wychowanie trafia właśnie do Frumencjusza. Tam chłopiec słyszy chrześcijańskie modlitwy, pieśni, psalmy.
Młody władca, gdy wchodzi w wiek męski, pozwala opiekunowi na powrót do domu. Ale Frumencjusz nie płynie do Tyru, lecz wędruje do Aleksandrii. Do patriarchy Atanazego. Opowiada przejęty, że w głębi Afryki rodzi się już wiara w Jezusa. Żarliwa i chłonna. Jeśli czegoś jej brakuje, to kapłanów. Prosi patriarchę o wysłanie do Aksum biskupa, by pod jego opieką trwało tam światło nowej wiary. Atanazy wie, że nie znajdzie człowieka o większej pasji, doświadczeniu, o lepszej znajomości lokalnego języka i zwyczajów. Pierwszym patriarchą Etiopii czyni więc samego Frumencjusza, który wraca do Aksum i wkrótce zmienia się w mit, w legendę o Abbie Selamie, Ojcu Pokoju. Król, który przyjmuje swego dawnego opiekuna, ma na imię Ezana.
Frumencjusz przekonuje, by władca wraz z całym dworem i poddanymi uwierzył w dobroć Jezusa Chrystusa. „Najważniejsza jest dobroć” – mówi być może do zgromadzonych, ale przez kolejne wieki jego słowa zostaną na tej ziemi wielokrotnie wypaczone i zapomniane.
Jest rok 330, mniej więcej. Sześć wieków przed podobnym wydarzeniem nad Wisłą.
Kto przyjedzie dziś do Aksum, niewiele zobaczy z dawnej wielkości królestwa. Pojedyncze artefakty. Ale trwają wciąż, przez stulecia, monumentalne obeliski. Wykute ze skał, idealnie symetryczne, strzeliste kamienne wieże. Największy z nich przewyższał podobne budowle egipskie. Leży, pęknięty na części, w pobliżu katedry. Nieopodal tronu, na którym koronowano wszystkich władców Abisynii aż do dnia w końcu dziewiętnastego stulecia, kiedy Menelik II przyjmie koronę w prowincji Szewa.
Królestwu Aksum zagrażają Agawowie, chamickie plemię, które od niepamiętnych czasów zamieszkuje rozległe wzgórza południa. To ich północne szczepy złączyły się z semickimi kupcami z Arabii i stworzyły cywilizację Aksum. Południowe zaś pozostały pogańskie lub należały do archaicznej formy judaizmu, którą do dziś wyznają Falasze – „etiopscy Żydzi”. Pod wodzą królowej znanej w historii jako Judyta najeżdżają Aksum, łupią kościoły, detronizują króla i mordują ukrytych na szczycie najwyższej góry jego męskich potomków.
Początkowo niedościgli w okrucieństwie, Agawowie z czasem asymilują się z ludami, które przybyli unicestwić, i sami przyjmują wiarę w Chrystusa. Po latach chaosu konstytuuje się linia kolejnych władców znanych jako dynastia Zagwe. Dla wielu: uzurpatorska. Być może pamięć o nich zetlałaby i zgasła, gdyby nie król Lalibela i jego kościoły. Nie do wyobrażenia, póki samemu się ich nie zobaczy. Zasługują na osobne opowiadanie.
Od swej piastunki Umm Ayman, która była Etiopką, i od swego dziadka Abd al Muttaliba, wędrownego kupca, który znał ponoć te ziemie, usłyszał o kraju Habasz młody Mahomet.
To musiały być dobre, serdeczne słowa. Gdy uczniowie Mahometa w pierwszych latach islamu byli prześladowani w Arabii, prorok polecił im udać się właśnie do Abisynii; kraju, gdzie próżno szukać złego człowieka. Po latach, kiedy islam mieczem zjednywał kolejnych wyznawców, Mahomet miał rzec pono: zostawcie Abisyńczyków w pokoju. Nie posłuchano go. Z wypraw zbójeckich w góry Abisynii przywożono do Mekki dobra rozmaite, a wśród nich ludzi do pracy. To z Etiopii właśnie pochodzili zniewoleni rodzice Bilala Ibn Rabaha, pierwszego muezina w historii.
Wojny z armiami islamu trwać będą aż do dwudziestego pierwszego stulecia, gdy granica z Somalią pozostaje sporna.
W średniowieczu krążą wieści, jakoby Etiopowie mieli moc odwracania biegu Nilu. Wenecki uczony Alessandro Zorzi słyszy w szesnastym wieku od etiopskiego mnicha Abby Rafaela, że cesarz Etiopii może w każdej chwili odebrać muzułmanom wody wielkiej rzeki. Nie robi tego zaś wyłącznie z troski o los Jerozolimy, którą wyznawcy islamu niechybnie zburzyliby w akcie zemsty.
(W wieku międzyplanetarnych podróży to wciąż temat aktualny. Budowa tamy na Nilu Błękitnym pozostaje istotą konfliktu między Etiopią, Sudanem a Egiptem).
Na przestrzeni wieków niewiele sprawdzonych wiadomości dociera z afrykańskiej górskiej twierdzy do Europy. Nikt nie podróżuje w tamtym kierunku. Prędzej spotyka się wędrujących Etiopczyków. W 1306 roku ksiądz z Genui opowiada, że udało mu się spędzić kilka dni w fascynującym towarzystwie trzydziestu pielgrzymów z Abisynii. Wracali z podróży do Awinionu i Rzymu. W Genui czekali na sprzyjający wiatr. Być może natchniony tą historią inny poddany papiestwa, Pietro Rombulo, wybiera się – i dociera jako pierwszy Europejczyk – do Etiopii wiek później, w 1407 roku.
A może młodego Pietro inspirują legendy o Księdzu Janie, który jakoby władał w sercu afrykańskiego kontynentu wielkim chrześcijańskim imperium.
W czasach krucjat Europejczycy znaleźli pocieszenie w myśli, że gdzieś na Wschodzie, w samym sercu islamu, trwa królestwo mężnego chrześcijanina, który pewnego dnia ruszy na czele swych wojsk, by odbić Jerozolimę z rąk niewiernych.
Już w 1165 roku krąży w sferach dworskich Europy list napisany jakoby przez samego Jana. Władca w nim przysięga, że w jego kraju znajduje się fontanna młodości i kto w jej wody ciało zanurzy, wieki całe żyć będzie. Płyną tam rzeki, których dno wyściełają wyłącznie szlachetne kamienie. Hoduje się mrówki, które potrafią wydobywać złoto.
Jednym z cudów naszej ziemi jest piaszczyste morze bez wody – chwali swą ziemię rzekomy Jan, mając zapewne na myśli inferno Afaru. Piasek tam jest w ruchu, jak morskie fale. Nie można go przebyć, przeto nikt nie wie, co za nim się kryje. Nasza dobrotliwość – kontynuuje skromnie – pozwala przyjmować wszystkich pielgrzymów i gości. Obce nam są kradzież i pochlebstwo, zachłanność i niezgoda. Mamy bardzo piękne żony – zapewnia – ale odwiedzają nas tylko cztery razy w roku, jedynie dla prokreacji. Później każda z nich, uświęcona przez nas jak Batszeba przez Dawida, wraca do swoich pokojów.
Ta wizja samotnych, niedopieszczonych śniadych piękności zapewne mąci w głowie niejednemu średniowiecznemu ascecie.
Wreszcie Jan opowiada o lustrze, w którym jest w stanie zobaczyć, co się dzieje jednocześnie w każdym z jego siedemdziesięciu dziewięciu królestw. Ostatnia historia, na wieki przed epoką powszechnej inwigilacji, jakże prorocza.
Krążą legendy o górze Amara, która ma być jakoby twierdzą Jana. Słowo to znaczy „Raj”. John Milton pisze w Raju utraconym:
…ni góry Amary, gdzie dzieci Swoje trzymali władcy Abisynii Pod strażą, mimo, że niektórzy twierdzą, Jakoby tam mógł być ów Raj prawdziwy, Gdzieś w Etiopii na linii Równika, U źródeł Nilu, otoczony skałą Lśniącą, a trzeba piąć się tam dzień cały.
Pochodzenie tych opowieści nie jest jasne. Niewykluczone, że dotarły do Europy przez Aleksandrię, jako że Kościół etiopski miał od początku silne związki z koptyjskim. Mówi się, że były one pokłosiem wizyty Lalibeli w Jerozolimie w dwunastym wieku, nim jeszcze został królem i w mieście Roha kazał wykuć w skale kościoły, przed których majestatem do dziś padamy na kolana.
Jakkolwiek było, pokusa, by nawiązać kontakt z legendarnym władcą, pomaga portugalskim misjonarzom w podjęciu decyzji o wyprawie do Etiopii.
W 1487 roku król portugalski Jan posyła na wyprawę swego zaufanego Pedro de Covilhão, by odnalazł mityczne ziemie. Wędrowiec zostaje przyjęty z przyjaźnią przez abisyńskiego władcę, ale nie może opuścić górskiego królestwa.
Trzydzieści lat później, gdy Vasco da Gama otwiera morską drogę do Indii, portugalscy misjonarze pod wodzą Rodrigo de Limy cumują w porcie Massawa i wędrują dalej lądem, na dwór cesarza Lebny Dengela.
Lebna okazuje się przyjazny Europejczykom, choć niezadowolony z prezentów i zniechęcony kłótniami, które dzielą przybyszów. Covilhão wciąż żyje, a jego wiedza o zwyczajach królestwa i znajomość języka okazują się bezcenne. Misjonarze zostają w Abisynii sześć lat, a po powrocie do Portugalii jeden z nich, Francisco Álvares, opisuje odległy kraj w księdze Prawdziwa Relacja z Ziem Króla Jana.
Przedstawia stolicę cesarstwa jako zbiorowisko namiotów. Pięć z nich, na środkowym wzgórzu, stanowi siedzibę królewską. Także w namiotach mieszczą się kościoły: Świętej Marii i Krzyża Świętego, kolejny służy za królewski skarbiec.
Nieopodal biwakuje królowa i kuchmistrze, w pobliskim namiocie orzeka sąd. Całe królestwo jest w nieustannej drodze, a cesarz wędruje na dorodnym mule prowadzonym przez sześciu służących. Orszak rozpoczyna dwudziestu zbrojnych, a z nimi bieżą cztery lwy spięte solidnym łańcuchem.
Oddany sprawom wiary Lebna o każdej godzinie dnia i nocy gotów jest wezwać mnicha Álvaresa na zawiłą teologiczną dysputę. Cesarz święci zarówno niedzielę, jak i szabat, a w całym królestwie, jak w judaizmie, obrzezuje się chłopców w niemowlęctwie.
Ogromne wrażenie robi mnogość kościołów, klasztorów i miejsc kultu. Zdumiewa Álvaresa pradawna praktyka odseparowania całej rodziny królewskiej na wysokim wzgórzu o stromych, niedostępnych ścianach. To ma zapobiegać koteriom i buntom. Patrząc na historię Europy, trudno nie przyznać abisyńskiemu władcy racji w tej zapobiegawczej przebiegłości.
Gdy Portugalczycy opuszczają ziemię cesarza, Lebna stawia czoła największemu wyzwaniu. Abisynia pozostaje ze wszystkich stron otoczona państwami islamu: Ifat i Adal. Od czternastego wieku trwa w stanie wojny z Hararem. W kolejnym stuleciu sułtan Stambułu Selim podbija Egipt, a niedługo później, w 1517 roku, Turcy lądują w portach Morza Czerwonego. Ahmad Ibrahim, dowódca Adalu, znany jako Leworęczny, wsparty i uzbrojony przez Turków, rusza na Abisynię. Dziesiątkuje wojska cesarskie. Jak niegdyś Judyta w Aksum, i on morduje całą królewską rodzinę ukrytą na szczycie wzgórza, pali kościoły, łupi skarby.
Lebna znajduje schronienie w górach interioru. Mówi się, że zamieszkuje w klasztorze na świętej górze Debre Damo. Prosi o pomoc Portugalczyków, ale umiera, nie doczekawszy dnia, kiedy syn Vasco da Gamy, Krzysztof, przybędzie z odsieczą. Przyjmie go już Klaudiusz, syn zmarłego władcy. W serii bitew to jedni, to drudzy ogłaszają zwycięstwa. Da Gama ginie w walce. Klaudiusz zbiera rozbite wojska i staje do bitwy nad Jeziorem Tana. Tam polegnie Leworęczny i nieliczni z rozgromionych najeźdźców żywi przekroczą granicę w panicznej ucieczce.
W siedemnastym i osiemnastym stuleciu poddani Kościoła etiopskiego podlegają wciąż patriarsze z Aleksandrii. Tylko on może namaścić Abunę, głowę lokalnego Kościoła. Dlatego wysiłki Portugalczyków, by nawrócić Abisynię na jedyną, ich zdaniem, słuszną drogę wiary, nie mają szans powodzenia. Dwaj władcy, którzy przyjmują katolicyzm, giną w rebeliach. Ich potomek, Fasilides, wypędza ostatnich jezuitów i zakazuje katolikom wstępu do królestwa. Abisyńczycy zamykają się w swej odwiecznej wierze, nieufni, niechętni, a wręcz wrodzy wobec przybyszów z daleka.
Tej wrogości doświadczę i ja wieki później, ukamienowany pod Gonderem.
Na swą stolicę Fasilides wybiera właśnie Gonder, wioskę na północnym brzegu Jeziora Tana, i tam, po stuleciach tułania się z namiotami, buduje pierwszy w dziejach cesarstwa kamienny pałac. To nie zapewnia trwania dynastii. Następcy Fasilidesa, tchórzliwi i nieudolni, są jedynie marionetkami w rękach potężnych magnatów ziemskich, swoistej abisyńskiej szlachty. Bywa, że sześciu cesarzy walczy ze sobą o jedynowładztwo. Na półtora wieku Abisynię przesłania cień chaosu i rzezi. Niewielu śmiałków z Europy wybiera się do górskiego królestwa.
Wszelako zapisy portugalskich ekspedycji, pióra ojców Álvaresa, Páeza i Lobo, inspirują do podróży szkockiego szlachcica nazwiskiem James Bruce.
To wielki człowiek, w całej dwuznaczności słowa. Pewna dama w Londynie, najwyraźniej entuzjastyczna bywalczyni cyrku, tak komentuje posturę podróżnika: „To najogromniejszy człowiek, jakiego można zobaczyć za darmo”.
Bruce dociera do źródła Błękitnego Nilu. Nie jest kaznodzieją, reformatorem, moralistą. Los niewolników jest mu obojętny. W niczym nie przypomina swojego rodaka, o wiek późniejszego Roberta Livingstone’a. Czysta ciekawość, pasja i namiętność pchają Bruce’a do wnętrza Afryki. Poszukiwacz przygód, ale jeszcze nie awanturnik.
Przywozi z Etiopii historie, które na epokę ustalają wizerunek kraju w oczach Europejczyków, choć jego opowieści nikt nie traktuje poważnie. Bruce mówi o ludziach z kolczykami w całym ciele, nacierających się bydlęcą krwią. Opowiada o dziewięcioletnich żonach i matkach. W drodze z Aksum do Gonderu spotyka trzech Etiopczyków, którzy zgłodniawszy, obalają na ziemię krowę i wycinają z niej spore porcje ciała. Następnie zalepiają rany gliną i odpędzają zwierzę, sami posilając się surowym, jeszcze ciepłym mięsem.
W Gonderze Bruce świadkuje ucztom, gdzie także wycina się mięso ze spętanych przy stołach bydlątek, pije do nieprzytomności i bez zakłopotania poszukuje zmysłowego zaspokojenia. Szkot wspomina, że gdy para przy stole zapragnie miłości, jej sąsiedzi nieznacznie tylko zakrywają nieskromną scenę połami swoich szat. Kiedy po głośnych dowodach spełnienia para wraca do ucztowania, biesiadnicy piją zdrowie kochanków, by wkrótce przyglądać się kolejnym chwilom szczęścia w innej części komnaty.
Bruce zatrzymuje się na dworze rasa (powiedzielibyśmy dziś: barona, cesarskiego ministra) Mikaela. To postać szekspirowska. Lub, jeśli ktoś woli, Frank Underwood swojej epoki. Człowiek ten nie waha się dwukrotnie zamordować panujących władców, by na ich miejscu umieścić swoich protegowanych, którymi bez trudu steruje. Gdy Bruce spotyka go po raz pierwszy, Mikael jest akurat zajęty osobistym wyłupywaniem oczu jeńcom z ludu Galla. Jego żołnierze wracają z potyczek, mając przytroczone do włóczni odcięte genitalia wrogów. Ten zwyczaj przetrwa do progu stulecia, kiedy to Etiopczycy pokonają Włochów pod Aduą.
Jakkolwiek olśniony urodą kraju, rzucony na kolana widokiem wodospadów Tys Ysat, o których z egzaltacją pisze w swojej książce wspomnień jak o najpiękniejszym miejscu na ziemi, Bruce pozostaje całkowicie nieczuły na etiopską sztukę malarską, tak ważną od wieków dla tradycji kraju.
W Europie „nawet najgorsi malarze szyldów nie płodzą takich bohomazów”, mówi o fresku w klasztorze na wyspie Jeziora Tana.
Bez większego szacunku napisze też o tych dziełach dwieście lat później Waugh. W kościele etiopskim „tradycyjne wzory kopiuje się i kopiuje ponownie, z niewielkimi zmianami. Kiedy zaczynają blaknąć, a kościół na to stać, wzywa się malarza, by je odnowił, tak jak w Europie wzywa się tapeciarza”.
Co jednak robi wrażenie na angielskim reporterze, to królewskie insygnia. Waugh odwiedza muzeum, w którym bierze do rąk „koronę zdobytą przez generała Napiera pod Magdalą i przekazaną Victoria and Albert Museum, oraz ogromny, wydrążony kamień, który pewien abisyński święty nosił jako nakrycie głowy”.
Wydaje się możliwe, że wspomniany przedmiot mógł być po prostu dzwonem. Wiele takich kamiennych, wydrążonych instrumentów widziałem w klasztorach na Jeziorze Tana. Są wciąż w codziennym użytku. Tam także miałem w rękach koronę cesarza Tewodrosa, zwanego w naszej literaturze Teodorem. Zapewne tę samą koronę, której dotykał Waugh. Z pewnością zaś tę, która zdobiła głowę jednego z najbardziej ekscentrycznych władców w nowożytnej historii. A spora w tej dziedzinie konkurencja. Dziś korona spoczywa za szkłem w muzeum przy jednym z klasztorów.
Gdy wędrowałem po Etiopii w końcu lat dziewięćdziesiątych, skarby królewskie mnisi trzymali w szopie z trzciny i blachy falistej, zamykanej na skobel. Poprosiłem, by pozwolili mi niektóre z nich wziąć w dłonie.
Ciężka. Wygląda jak zespawany ze stali, wielopiętrowy tort weselny. Zdumiewająca jest historia właściciela tej korony. Cesarza, o którym mówi się, że był twórcą zjednoczonej Etiopii. Prekursorem poczynań Menelika II i Hajle Syllasjego. Jest wszelako w jego życiorysie silny rys szaleństwa. I to ono, jak zwykle, wydaje się szczególnie interesujące. Zwłaszcza że przyniosło konsekwencje na skalę światową.
Teodor naprawdę ma na imię Kassa, a jego ród nie wywodzi się od biblijnego Salomona. W epoce, którą nazwalibyśmy z naszej perspektywy rozbiciem dzielnicowym, wychowuje się na dworze jednego z książąt. Gdy po śmierci protektora odmówiono Kassie schedy, zostaje rozbójnikiem o sporych ambicjach i politycznej misji. Swoistym Robin Hoodem odległej afrykańskiej prowincji. Rozbija kolejno armie skłóconych ze sobą książąt, pozostaje wkrótce sam na polu bitwy i koronuje się na cesarza. Przybiera imię Tewodros.
To, co dzieje się później, jest kroniką determinacji, okrucieństwa, obłędu i farsy. Cesarz wędruje po kraju z wojskiem i ze świtą kilkudziesięciu tysięcy ludzi, rozstawiając co noc nowe miasto namiotów. Jednoczy mieczem kolejne prowincje, wyrzyna do ostatniego człowieka separatystycznych buntowników, jak wieki po nim wciąż robić będzie Mengystu czy – ze szczególnym talentem i pasją – pokojowy noblista Abiy Ahmed.
Powstanie silnej, jednej władzy w regionie nie może ujść uwadze światowych mocarstw. Anglicy budują Kanał Sueski i widzą szansę na pozyskanie partnera u brzegów Morza Czerwonego. Walter Plowden, urzędnik brytyjski, który przebywa wtedy w Etiopii, zostaje mianowany konsulem. Przyjmuje misję rozpoczęcia rozmów o sojuszu.
Moglibyśmy chyba powiedzieć, że cesarz Teodor żyje według słów: „letnich wyplują usta Pana”. Każde uczucie jest w jego życiu wrzące, ostateczne. Zaprzyjaźnia się z Walterem tak serdecznie, że gdy Anglik ginie zabity pod Gonderem przez okolicznych wieśniaków, władca w akcie zemsty morduje ponad dwa tysiące swoich poddanych w całej okolicy, by nie przeoczyć winnych.
Królowa Wiktoria wysyła na miejsce Plowdena nowego konsula, nazwiskiem Charles Duncan Cameron. Niefortunnie powierza mu też misję zbadania, czy w okolicach sudańskiej Kassali da się uprawiać bawełnę. Trwa wojna secesyjna w Ameryce, dostawy tego surowca z Nowego Świata wstrzymano. Dla Teodora Sudan jest jednak terytorium wrogim, a układanie się z nim, handlowanie – aktem zdrady stanu. W liście prosi Wiktorię o zajęcie jasnego stanowiska w konflikcie i wsparcie w walce z islamem.
Ten jeden list okazuje się ważny. Cesarz nie otrzyma na niego odpowiedzi. Ktoś w Londynie gubi pismo, o czym jednak władca nie mógł wiedzieć. Gdyby ów anonimowy urzędnik ministerstwa dostarczył był (had he delivered…) list do adresatki. Gdybyż cesarz mógł wówczas po prostu zadzwonić (had he been able to call…), jakże inaczej potoczyłyby się koła historii.
Tymczasem Teodor uznaje, że go zlekceważono. Tego nie robi się – ani wówczas, ani dzisiaj – nie tylko afrykańskim przywódcom o wybujałym ego. Urażony w swojej dumie, Teodor podejrzewa intrygę i zdradę Brytyjczyków. Gdy Cameron wraca z Kassali, cesarz więzi go wraz ze wszystkimi europejskimi gośćmi dworu. Są wśród nich misjonarze, są niemieccy rzemieślnicy, ich żony (często Etiopki) i dzieci. W sumie kilkadziesiąt osób.
Rozpoczyna się kilkuletnia mediacja, wymiana niezliczonych listów, w których na przemian Teodor upokarza się, unosi, grozi, błaga o wybaczenie, szantażuje, żartuje, wieszczy katastrofy. Analiza tych tekstów tworzy portret jednego z najbardziej oryginalnych władców w dziejach.
Do królowej brytyjskiej pisze, że jest „nieuczonym Etiopczykiem bez wykształcenia”, i prosi, by „doradziła mu, a nie go obwiniała”.
Do mediatora królewskiego Hormuzda Rassama mówi: „Nieraz słyszałem, że nazywano mnie szaleńcem, ale nigdy w to nie wierzyłem. Jednakże po tym, jak postąpiłem z wami dziś po południu, doszedłem do wniosku, że to prawda. Ale jako chrześcijanie powinniśmy być zawsze gotowi do wybaczania swoim bliźnim”.
Co zrobił cesarz mianowicie? Wtrącił posłańca w kajdanach do lochu w twierdzy Debre Tabor razem z pozostałymi więźniami, w sprawie których nieszczęśnik mediował. A wcześniej przecież wymienia z Rassamem listy, w których zapewnia go o przyjaźni, obdarowuje prezentami – wręcza mu na przykład dwa lwiątka. Pisze do brytyjskiego mediatora między innymi tak: „Im bliżej jestem ciebie, tym bardziej czuję się szczęśliwy”.
A uwięziwszy go wraz z resztą zakładników: „Z mocy Bożej przybywam do ciebie. Och, mój przyjacielu, nie myśl, że żywię ku tobie choć trochę nienawiści. Naraziłem cię na twoje obecne położenie po to, żebym wreszcie mógł poznać ludzi z twego kraju…”.
Ma wkrótce poznać ich bardzo wielu.
Na oczach Europejczyków Teodor ułaskawia etiopskich więźniów, których częstokroć jedynym przewinieniem jest niewłaściwe spojrzenie w stronę dwunastoletniej żony cesarza lub roześmianie się w obecności władcy. Po chwili jednak wpada w szał i ułaskawionych już więźniów własnoręcznie siecze szablą, strąca do przepaści. Podczas jednej z takich awantur naliczono sto dziewięćdziesiąt siedem ofiar cesarskiego gniewu.
Konsula Camerona jednak nie uwalnia. I w ten sposób doprowadza do być może najbardziej kuriozalnej sytuacji w historii. Największe światowe mocarstwo epoki powołuje ogromną armię i wysyła ją na wielomiesięczną ekspedycję do nieomal niedostępnego kraju wyłącznie w obronie honoru. W imię zasad.
Brytyjska armada złożona z żołnierzy wielu nacji, ras i języków, z kilkudziesięcioma tysiącami zwierząt jucznych, w tym dziesiątkami indyjskich słoni, wyrusza na kilkuset statkach z Bombaju, by po trzech miesiącach marszu przez kaniony, przepaście i przełęcze północnej Etiopii stanąć pod twierdzą w Magdali, gdzie Teodor trzyma więźniów.
„Marzę o dniu, kiedy zobaczę zdyscyplinowaną armię europejską” – mówi chwilę wcześniej Teodor do jednego z uwięzionych niemieckich rzemieślników. Drwi jednocześnie z własnych żołnierzy, nazywając ich bandą obszarpańców.
Widzi zdyscyplinowaną armię, wedle życzenia. A widok musi być wspaniały. Młody Henry Morton Stanley, późniejszy niestrudzony odkrywca wnętrza kontynentu, być może największa legenda dziewiętnastowiecznej Afryki, jest korespondentem wojennym dla dziennika „New York Herald”. Opisuje pochód armii przez Wyżynę Abisyńską.
„Na przodzie szła kawaleria, żołnierze w karmazynowych czapkach i zielonych mundurach, oficerowie w srebrzystych hełmach na głowach. Za nią postępowali piechurzy, wśród nich pułk irlandzki, w którym wielu białych z policzkami ogorzałymi od indyjskiego słońca nosiło brody, a także Beludżowie w zielonych kurtkach z czerwonymi wyłogami, w fezach owiniętych długimi zielonymi szarfami na kształt turbanów. […] Pochód zamykała kolumna transportowa z działami i zapasami, ciągnąca się na ponad dziesięć kilometrów, a w jej szeregach maszerowali przedstawiciele niemal połowy nacji Indii i Bliskiego Wschodu: Turcy, Persowie, Egipcjanie, Arabowie, sikhowie, muzułmanie i hinduiści”.
Marszałek polny lord Robert Napier jedzie na słoniu, w otoczeniu eskorty. Przynajmniej takim przedstawiają go kronikarze tej kampanii, gdy spotyka się ze zbuntowanymi przeciw Teodorowi władcami etiopskich prowincji, by pozyskać ich wsparcie. Rozmach ekspedycji przypomina opisy marszu perskiej armii króla Dariusza na Grecję z Dziejów Herodota.
Bitwa pod Magdalą w święta Wielkiej Nocy 1868 roku jest krótka. Opiewany w ludowych podaniach słynny moździerz etiopski, który ciągnąć musiało pięciuset ludzi, symbol cesarskiej siły, rozpada się przy inauguracyjnym wystrzale. W pierwszym szturmie ginie ponad siedmiuset Etiopczyków, podczas gdy w brytyjskiej armii umiera w wyniku odniesionych ran dwóch żołnierzy. Historyk Niall Ferguson w Imperium twierdzi wręcz, że nie zginął nikt. Cesarz Teodor popełnia samobójstwo.
Więźniowie zostają uwolnieni po czterech latach udręki. Co zdarza się później, nie ma precedensu w dziejach. Wielka armia, zamiast okupować zdobyty kraj, zamiast rabować i gwałcić, wycofuje się, nie krzywdząc nikogo, po własnych śladach. Zabiera parę pamiątek. Jakieś rękopisy w gyyz, trochę biżuterii. I odpływa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
