Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kiedy mężczyzna wraca „z frontu”, cała rodzina uczy się żyć na nowo. Poznaj wyjątkową historię, która przywraca męża żonie, ojca rodzinie i mężczyźnie samego siebie.
28 sierpnia 2013 r. w Ghazni sierż. szt. Michael H. Ollis osłonił własnym ciałem por. Karola Cierpicę przed zamachowcem i zginął. Świat usłyszał tę historię. Teraz przeczytasz ją oczami ocalałego żołnierza, który mówi o wdzięczności za nowe życie, także o PTSD, depresji, leczeniu, znaczeniu wspólnoty i wiary. To historia, która odkryje przed Tobą realne uzdrowienie najważniejszych w życiu relacji.
Bohaterstwo, które zmieniło dwie rodziny i tysiące serc. Poznaj w detalach jedno ocalone życie i losy odbudowanej rodziny.
Sierż. szt. Michael H. Ollis uratował życie polskiego żołnierza i za ten czyn USA najpierw uhonorowały go Silver Star, a potem podniosły odznaczenie do Distinguished Service Cross. Polska odznaczyła go Złotym Medalem Sił Zbrojnych.
O bohaterstwie Michaela i ocaleniu Karola powstały liczne reportaże, wywiady i filmy - m.in. dokument „A Teddy Bear for Michael”. Pamięć o nim żyje też w Nowym Jorku: prom Staten Island nosi nazwę „SSG Michael H. Ollis”, działa też SSG Ollis Freedom Foundation.
To wszystko jest tłem tej książki - pierwszego, osobistego świadectwa Karola Cierpicy, które pozwala zobaczyć tamten dzień i jego konsekwencje z najbliższej perspektywy.
Karol Cierpica mówi wprost o tym, co jest najtrudniejsze po powrocie żołnierza z frontu. Opowiada o milczeniu mężczyzny, napięciu, flashbackach, lęku - i o drodze, która prowadzi z powrotem do rodziny. Autor nie ucieka od prawdy o PTSD, depresji i nałogach - nazywa rzeczy po imieniu i pokazuje, że można z tego wyjść z pomocą leczenia, bliskich i wiary.
Czego konkretnie dowiesz się z książki?
To przede wszystkim opowieść o rodzinie, ojcostwie i wierze - napisana przez żołnierza, który przeszedł przez ogień i wrócił “do swoich”. Opisane są w niej prawdziwe sytuacje z pola walki, które służą zrozumieniu, skąd bierze się ból i jak się go leczy. Autor pisze jednak o nadziei. Opowiada o swojej przemianie i odbudowie relacji. Pokazuje, że w życiu mężczyzny kluczowe jest jego powołanie, które powinien wypełnić pomimo wszystko.
Karol Cierpica
Kapitan rezerwy Wojska Polskiego, były spadochroniarz 6. Brygady Powietrznodesantowej, żołnierz rozpoznania, snajper i instruktor spadochronowy. Weteran misji stabilizacyjnych w Bośni i Hercegowinie oraz w Afganistanie. Odznaczony przez Sekretarza Obrony USA Brązową Gwiazdą, Honorową Bronią Białą przez MON i Krzyżem Wojskowym przez Prezydenta RP. 28 sierpnia 2013 roku podczas zmasowanego ataku talibów na bazę w Ghazni, został ranny. Jego życie ocalił wówczas sierżant sztabowy Michael H. Ollis z US Army, który osłonił Karola i zginął na miejscu.
Po powrocie do kraju mierzył się z PTSD i depresją, z którymi zwyciężył dzięki leczeniu, wierze i wspólnocie, na jaką wówczas trafił. Dziś pracuje w branży energetycznej i mieszka w Krakowie. Jest członkiem Stowarzyszenia Rannych i Poszkodowanych w Misjach Poza Granicami Kraju oraz honorowym członkiem Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce (SWAP).
Ma żonę Basię i dwóch synów: Kubę i Michaela, który dostał imię na część wybawcy swojego taty.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 180
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Spis treści
Wstęp
rozdział pierwszyZ marzeniami się nie dyskutuje
rozdział drugi„Bóg nie stworzył pana dla hecy”
rozdział trzeci Taki był AfganistaN
rozdział czwarty Żyję dzięki Michaelowi
rozdział piąty Polsko-amerykańskie braterstwo broni
rozdział szósty niezwykły Plan
rozdział siódmy Nie musisz znać całego planu
rozdział ósmy Jesteśmy stworzeni do relacji
rozdział dziewiąty Nie trzeba mówić wiele
rozdział dziesiąty Równać do najlepszych
rozdział jedenasty Powołanie to droga mimo wszystko
rozdział dwunasty Posyła po dwóch
rozdział trzynasty Zakochany w tym, co robi
dodatek Okiem Basi
Zakończenie
Spis fotografii
O Autorze
Wierny bowiem przyjaciel potężną obroną,
kto go znalazł, skarb znalazł.
Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty
ani równej wagi za wielką jego wartość.
Syr 6, 14–15
Książkę tę dedykuję
najwierniejszemu przyjacielowi,
mojej kochanej żonie, Basi.
Chcę wam dziś opowiedzieć o przemianie, jaka stała się moim udziałem. Niech ta historia da początek zmianom także w waszych życiach.
WSTĘP
Był 28 sierpnia 2013 roku. Tego dnia miałem wolne. Było ciepło. W powietrzu unosił się kurz. Normalny dzień w wojskowej bazie w Afganistanie. Porozmawiałem z rodziną przez telefon, potem trochę pobiegałem, pogadałem z chłopakami, z którymi pełniłem służbę. I w jednym momencie wszystko się zmieniło. Stało się coś, co ostatecznie doprowadziło do ogromnej rewolucji w moim życiu, do moich ponownych narodzin, po których już nic nie miało być takie samo. Nagle usłyszałem wybuch...
To była moja trzecia misja w Afganistanie. Polskie Siły Zadaniowe, trzynasta zmiana Polskiego Kontyngentu Wojskowego – służbę w ich szeregach uważałem za zaszczyt. Bardzo mocno czuję, że byłem małą cegiełką w czymś o wiele większym, czymś ważnym i potrzebnym.
W czasie tego trzeciego – mojego ostatniego – pobytu w Afganistanie byłem młodszym oficerem operacyjnym i pracowałem w Centrum Operacji Taktycznych1, czyli – mówiąc wprost – siedziałem za biurkiem. Odpowiadaliśmy za prowadzenie wszystkich patroli wyjeżdżających w strefę działań. To była spora zmiana. Zupełnie inny rodzaj pracy i zakres obowiązków. Podczas dwóch poprzednich misji, jako dowódca sekcji strzelców wyborowych, wyjeżdżałem z chłopakami w teren; najczęściej towarzyszyły nam plutony zmotoryzowane. Chciałbym, żebyście mnie dobrze zrozumieli: te nowe obowiązki też przynosiły mi radość. Bycie odpowiedzialnym za kogoś to przecież wielki dar. A ich się nie odmawia. Otrzymuje się je po to, by móc służyć nimi innym ludziom. Tak samo jest z powołaniem – darmo danym darem, który dostajemy nie dla siebie, ale dla innych.
Podczas dwóch poprzednich misji, jako dowódca sekcji strzelców wyborowych, wyjeżdżałem z chłopakami w teren
Choć żołnierze na misji muszą być ciągle gotowi do działania – atak na bazę może się przecież zdarzyć w każdej chwili – na co dzień pracują jednak w systemie zmianowym i co jakiś czas każdy ma wolny dzień na, jak to się mówi, ładowanie baterii. Ja ładowałem je podczas biegania i ćwiczeń na siłowni. Dużo wtedy biegałem – aktywność fizyczna to dla żołnierza norma, każdy z nas wiedział, że musi być w formie, bo to część naszej pracy, naszej wojskowej tożsamości. Poza tym naprawdę miałem wtedy co odreagowywać. Na trzynastej zmianie nasza baza bardzo często była ostrzeliwana. Właśnie został zmniejszony kontyngent polskich i amerykańskich żołnierzy, co sprawiało, że aktywność terrorystów rosła. Jedno było zależne od drugiego. Talibowie doskonale przecież wiedzieli, że jest nas coraz mniej. To dlatego zwiększali intensywność działań w naszym regionie.
W końcu musiało więc dojść do ataku, ale gdy on faktycznie nastąpił, wszyscy byliśmy zaskoczeni. Wybuch. Szyby w oknach pękają. Wręcz rozsypują się na tysiące kawałeczków. To atak rakietowy? Moździerzowy? Strach. Determinacja. W takim momencie człowiek doświadcza skrajnych emocji. Na myślenie i analizowanie nie ma czasu. Działają instynkt i wyuczone wzorce zachowań. Wybiegam z campu mieszkalnego tak jak stałem, w spodenkach. W takich sytuacjach procedura jest jasna – jak najszybciej schować się w schronie. Nigdy nie wiadomo, co i gdzie spadnie jeszcze na bazę. Każdy żołnierz, gdy usłyszy komunikat: „Incoming, incoming!” z syreny połączonej z systemem przechwytywania pocisków, powinien biec do najbliższego schronu. Dlaczego ja tego nie zrobiłem? Nie wiem do dziś.
Gdy miały miejsce te wydarzenia, ja – jestem o tym przekonany – nie słyszałem żadnego alarmu. Jak to możliwe, skoro w bazie jest wiele naprawdę głośnych megafonów, a każdy z nich powtarzał tylko jedno słowo: „Incoming!”? Na nagraniach z tego dnia słychać je wyraźnie, do mnie ono jednak jakoś nie docierało. Dziwnie działa ludzki mózg.
W bazie panuje chaos. Jasne jest, że doszło do ataku. Wszystko to dzieje się blisko mnie. Po lewej stronie widzę wielką chmurę dymu. Widoczność bardzo słaba, nie wiem, kto z tej chmury może wyjść i czy w ogóle ktoś wyjdzie, a jednak odruchowo biegnę w tamtą stronę. Za każdym razem, kiedy opowiadam komuś o tej chwili, jestem poruszony. Wraca do mnie myśl, że często w naszym życiu decyzje podejmujemy w sposób w ogóle od nas niezależny. W sytuacjach stresowych automatycznie uruchamiają się wielokrotnie przećwiczone schematy zachowań. Działa pamięć mięśniowa, postępujemy w taki sposób, do jakiego zostaliśmy przygotowani. Mój przełożony już po ataku zapytał mnie: „Wiesz, czemu tam pobiegłeś? Bo wy w plutonie rozpoznawczym w czasie treningów zawsze biegliście na stanowiska ogniowe. Zrobiłeś po prostu to, co zawsze”.
Doświadczenie zdobyte w czasie mojej dotychczasowej służby kazało mi wbiec w tę kłębiącą się chmurę kurzu, kawałków wysadzonych fortyfikacji i piasku. Zobaczyłem ogromną dziurę w Hesco bastionie2, czyli ogrodzeniu, które otaczało bazę. A nie był to przecież byle jaki płot. Wysoka na kilka metrów siatka o szerokości również kilku metrów wypełniona w środku gruzem – to wszystko zostało rozerwane. Gdy zobaczyłem uszkodzenie, już wiedziałem. Jeśli jesteś żołnierzem, naprawdę wiesz, co oznacza taka dziura w ogrodzeniu, które do tej pory wydzielało dla ciebie względnie bezpieczny kawałek ziemi. Ktoś wdarł się do bazy.
Zobaczyłem ogromną dziurę w Hesco bastionie, czyli ogrodzeniu, które otaczało bazę
Zrozumiałem, że mamy do czynienia nie z atakiem rakietowym, jakie już się zdarzały, ale z kompleksowym atakiem na bazę. Wysadzone ogrodzenie, ciężarówka, która pod nie podjechała, terroryści wbiegający do środka. Szybko wracam do campu mieszkalnego po karabin, hełm i kamizelkę, po czym wybiegam z powrotem. Jest nas kilka osób, biegniemy w stronę Copperheadu, miejsca, w którym Amerykanie trzymali swoje bezzałogowce, a które dzieliło nas od wyrwy w ogrodzeniu. Razem ze mną biegnie dowódca Polskich Sił Zadaniowych generał Sokołowski, który dopiero co wrócił od dentysty. Po prostu wysiadł z toyoty, którą przyjechał, i już biegliśmy razem. Takich mamy w Polsce żołnierzy. To było dla mnie – i myślę, że dla wielu osób tam – mocne doświadczenie. Często przecież słyszymy generałów w roli ekspertów, nazywamy ich politykami, oglądamy podczas spotkań na wysokim szczeblu, ubranych w obwieszone orderami mundury, a ja miałem ogromny zaszczyt i honor służyć u boku człowieka, który nie bał się iść w pierwszym szeregu. On wiedział, że teraz nie pora na dowodzenie, od tego ma zastępcę w centrum, teraz trzeba działać.
Nadbiegamy z różnych stron bazy. Terroryści naprawdę nie mogli wybrać lepszego miejsca na swój atak. Żołnierze sił szybkiego reagowania mieszkali zupełnie gdzie indziej, a oni uderzyli tam, gdzie znajdowały się kwatery sztabu i na przykład tłumaczy – ludzi bez broni. Przez ogromną wyrwę w ogrodzeniu wbiega już do środka kilkunastu terrorystów. Są bardzo blisko – dzieli ich od nas dziesięć, może osiem metrów. Widzę ich twarze, są młodzi. To zawsze są bardzo młodzi ludzie. Dochodzi od walki na krótkim dystansie. Wtedy może się zdarzyć wszystko. Naprawdę wszystko. W pewnym momencie muszę zmienić magazynek. Przystaję i od razu przesuwam się w inne miejsce, bo kątem oka widzę, że z lewej strony nadbiega kilku chłopaków, po czym padam na ziemię.
Na początku nie dociera do mnie, co się stało. Dopiero po chwili orientuję się, że oberwałem odłamkami. Cały jestem we krwi. W pierwszym odruchu próbuję się jakoś ogarnąć i biec dalej, ale nasza akcja wydaje się już spokojniejsza. Wstaję więc i ruszam w stronę szpitala, żeby dać się opatrzyć. „To jest główne zadanie żołnierza – dbać o siebie” – myślę. W mijanym schronie widzę mnóstwo ludzi. Przez głowę przemyka mi pytanie: „Co oni tam robią, skoro trwa atak?”. Nie, tak naprawdę nie oskarżam ich. Oni tam właśnie powinni być: kapelani, tłumacze, pracownicy sztabu. Do tego nawoływała ich syrena, oni nie złamali procedury. To ja postąpiłem wbrew zasadom.
Do takich schronów, które są porozrzucane po całym terenie bazy, chcieli się właśnie dostać ci młodzi terroryści. Ich głównym zadaniem było wysadzenie się w środku. Doskonale wiedzieli, że tam w sytuacji zagrożenia gromadzą się ludzie, a chodziło o to, żeby atak spowodował jak najwięcej ofiar. Plan był naprawdę genialny. Na szczęście nie udało im się go zrealizować.
Te myśli o schronie, o ludzkich powinnościach, o naszych zadaniach i powołaniu sprawiają, że mimo wszystko wracam na pole walki. Gdyby nie one, pewnie poszedłbym do szpitala i zajął się sobą. Jednak we mnie zagrał ten żołnierski impuls, który każe najpierw troszczyć się o innych, a dopiero potem o siebie.
Wracam więc na Copperhead, ale gdy tylko wchodzę na jego teren, od razu wiem, że coś się tu zmieniło. Wokół nie słychać tej wrzawy, co wcześniej, wszystko jakby ucichło. Decyduję się więc obiec z lewej strony T-WALL-e, czyli porozmieszczane w bazie betonowe elementy, które mają zatrzymać falę uderzeniową albo służyć jako schronienie na wypadek starcia. W tym momencie pod bronią jest już dużo ludzi. Widzę dwa pojazdy polskiego QRF-u3: MRAP4 i rosomaka, ostrzeliwujące wyrwę w ogrodzeniu, ale ja przecież wiem, że to nie tam są terroryści! Już wcześniej ich zauważyłem. Ukryli się po prawej stronie. Od tego miejsca oddzielają mnie dwa samochody. Wszystko dzieje się bardzo szybko. Jeden impuls i po prostu zaczynam biec między tymi pojazdami w kierunku terrorystów. Znowu złamałem procedurę. Dokładnie tak samo, jak powinienem od razu po usłyszeniu wybuchu pobiec do schronu, tak teraz nie powinienem biec sam w stronę atakujących.
Mimo to pędzę i nagle chyba bardziej czuję, niż słyszę czy zauważam, że ktoś biegnie za mną. Odwracam się i widzę twarz młodego chłopaka, którego dotąd raczej jeszcze nie spotkałem. Dostrzegam jego wyszczerzone w uśmiechu białe zęby i oczy, które zdają się mówić: „Wszystko jest okay!”. Nieprawdopodobne było to spojrzenie. On nic nie powiedział, a jednak dał mi do zrozumienia, że wszystko będzie dobrze, bo on jest tutaj. Oczami – jak się okazuje – można powiedzieć wszystko.
Widząc go, tak po ludzku się ucieszyłem, że nie będę sam. W wojsku to niesłychanie ważne. Dziś zresztą myślę, że to bardzo ewangeliczna zasada – Jezus też wysyłał po dwóch. A Jezus to przecież najlepszy taktyk na świecie.
Uśmiech Michaela – bo jak się później dowiedziałem, tak miał na imię młody Amerykanin, który pobiegł za mną – mówi: „Stary, lecimy!”. W jego spojrzeniu mieści się tak wiele treści. Biegniemy więc, Michael jest ciągle kilka metrów za mną. Dookoła nas trwa akcja. Słychać strzały, nawoływania, krzyki. Docieramy do miejsca, w którym pochowali się terroryści. Choć może nawet nie pochowali, lecz pogubili? Cały czas prowadzą z nami walkę, trwa nieprzerwany ogień. Trudno opisać emocje czy myśli, jakie towarzyszą człowiekowi w takiej chwili. Organizm działa automatycznie, jest jak dobrze naoliwiony mechanizm, który doskonale wie, co ma robić.
Dobiegam do ostatniego z kontenerów, wśród których kryją się teraz talibowie. Kątem oka widzę toczący się obok mnie granat. Jakimś cudem nie wybucha, przynajmniej nie teraz, nie koło mnie. Nie mam czasu nawet o tym pomyśleć, za dużo dzieje się wokół. Docieram do ostatniej linii, przed sobą słyszę głosy, prowadzę w ich stronę ogień. Jest głośno. Ciepło. Chaotycznie. Dookoła słychać krzyki: bólu? zwycięstwa? śmierci? Kończy mi się amunicja, karabin wypada z ręki – jestem bezbronny. Widziałem jednak, że ktoś prowadził ze mną ogień krzyżowy. Może Michael? Odwracam się więc, szukając go wzrokiem, ale nie mogę się zorientować w sytuacji. „Ten ktoś mi pomoże, przecież słyszę, że strzela” – myślę gorączkowo. Znów ruszam biegiem. W tym momencie za moimi plecami rozlega się donośny huk wybuchu. Jego siła pcha mnie do przodu, padam na ziemię. Mało co widzę, wokół unosi się mnóstwo pyłu. „Czy żyję? Dlaczego nie umarłem? Ktoś mi pomógł? Co ja powiem żonie?” – tak naprawdę nie jestem pewien, co wtedy myślałem. Przez moją głowę mogło przebiegać któreś z tych pytań albo setki innych, a mogła w niej panować zupełna cisza. Śmierć była tak blisko. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo.
Pamiętam, że po chwili znalazł mnie mój kumpel z Centrum Operacji Taktycznych i zaprowadził do szpitala – amerykańskiego, bo ten był bliżej. Chwilę później ciągle zdezorientowany leżę na łóżku, dostaję morfinę. Kątem oka dostrzegam, że jacyś żołnierze wnoszą do namiotu chłopaka, który biegł za mną, tego, którego uśmiech mnie uspokoił i dodał mi otuchy, Michaela. Czuję, że coś jest nie tak. Nie wiem, czy faktycznie miał koszulkę naciągniętą na twarz, czy tylko mi się tak teraz wydaje. Być może lekarze walczyli wtedy o jego życie, a może nie było już o co walczyć. W każdym razie to wówczas do mojej świadomości przebija się myśl, że on nie żyje. Wtedy po raz pierwszy doświadczam uczucia, które trudno nazwać, ogarnia mnie jakaś ogromna wdzięczność. Gdy wieczorem, już do polskiego szpitala, gdzie zostałem przetransportowany, przyszli kumple Michaela, żeby się zobaczyć z człowiekiem, z którym ich przyjaciel odbył swoją ostatnią walkę, powiedziałem im, że Michael był prawdziwym bohaterem, że – poczułem to wtedy bardzo mocno – uratował mi życie.
Powiedziałem im, że Michael był prawdziwym bohaterem, że – poczułem to wtedy bardzo mocno – uratował mi życie
To na pewno najważniejszy akt tej historii. Historii, w której ktoś oddaje za kogoś życie. Najważniejszy, ale na pewno nie jedyny, bo moje życie to opowieść o tym, jak niezwykłe wybiera Bóg sposoby, by zmieniać ludzi i wzywać ich do służby na Jego chwałę.
Urodziłem się w niezwykłym miejscu. Tam, gdzie wy – w Polsce. To kraj, w którym niemal każdy skrawek ziemi jest przesiąknięty krwią polskiego żołnierza, obrońcy Narodu. Gdy usłyszymy takie stwierdzenie, raczej bez problemu się z nim zgodzimy, wiemy przecież o wojnach w XVII wieku, rozbiorach, powstaniach, obu wojnach światowych. Ale czy zdarza nam się o tym myśleć? Ja z biegiem lat coraz mocniej uświadamiałem sobie, ile musiał wycierpieć nasz kraj, a po spotkaniu Pana Boga zacząłem o tym myśleć jeszcze intensywniej. Dzieje Polski to losy wielu ludzi, który nie zawahali się oddać za nią życia.
Nie przez przypadek urodziłem się w tym miejscu, w tej konkretnej rodzinie. Nie było przypadkiem, że otaczali mnie tacy, a nie inni ludzie. Te wszystkie elementy tworzą historię każdego z nas. Podam przykład. W domu, który należał do moich dziadków, w czasie wojny działał sklep. W tym samym budynku mieszkał też oficer niemiecki, co jednak nie przeszkadzało partyzantom przychodzić i uzupełniać zapasy. Kiedy słuchałem tej historii jako mały chłopiec, nie mogło mi się to pomieścić w głowie. Moje dzieciństwo było przesiąknięte podobnymi opowieściami, i to pomimo że dziadka, który uczestniczył w tych wydarzeniach, nie pamiętam. Często za to opowiadał mi o nich tata. Mówił o walkach partyzanckich, o tych wszystkich rzeczach, które młodego chłopaka tak bardzo zajmują. Pamiętam swoje słowa z tego okresu. Kilkuletni ja mówiłem: „Chciałbym być obrońcą Ojczyzny!”, „Szkoda, że się nie urodziłem w czasach, kiedy można było walczyć o Polskę”. I rzeczywiście tak czułem.
Dziś wiem, że w podobny sposób jak mój tata działa Bóg. On przekazuje nam naszą tożsamość, umiejscawiając nas w konkretnym środowisku, które na nas wpływa i nas kształtuje.
Lata mijały, ja dorastałem. Z chłopca lubiącego się bawić żołnierzykami wyrosłem na nastolatka, który coraz bardziej czuł, że rodzinna Kielecczyzna nie jest raczej jego miejscem na świecie. Często mówiłem o tym, że chciałbym wyemigrować, pojechać gdzieś. Kierunek nie był istotny, chodziło chyba o potrzebę jakiegoś działania, o niezatrzymywanie się w miejscu. Pewnie dlatego w końcu zaciągnąłem się na ochotnika do armii. Chciałem zostać żołnierzem i miałem przeświadczenie, że to jest to. Byłem już wtedy dorosły, próbowałem też wcześniej innej pracy, nie czułem się w niej jednak na swoim miejscu. Zawód żołnierza, o którym marzyłem jeszcze w dzieciństwie, wydawał mi się idealną opcją.
Bóg zawsze spełnia marzenia serca. Pamiętajcie o tym. Ja doświadczyłem tego, gdy znalazłem się w szeregach 18. Batalionu Desantowo-Szturmowego w Bielsku-Białej. Bordowy beret, spadochroniarstwo, świadomość należenia do jakiejś elity, stanowienia części wielkiej historii, sam fakt, że prosty chłopak z małej miejscowości staje się „komandosem” – to wszystko było niezwykłe. Dziś, gdy o tym myślę, odbieram to jako ogromny dar od Pana Boga.
Po ośmiu miesiącach służby pojawia się pierwsza możliwość wyjazdu na misję zagraniczną, wówczas do Syrii. W moim sercu rodzi się pragnienie, by tam pojechać, ale nie udaje mi się załapać. Niedługo później jednak przygotowywany jest kolejny kontyngent, który ma zostać wysłany do Bośni i Hercegowiny, gdzie trwa brutalna wojna5. To pierwsza tak duża operacja polskiej armii, która wtedy jeszcze nie należała do NATO (do paktu przystąpiliśmy dopiero w 1999 roku). Tym razem uzyskuję zgodę na wyjazd. Mam niecałe dwadzieścia lat. Z radością dzwonię do mamy i znajomych, by powiedzieć im o swoim szczęściu, o tym, z jaką dumą przyszywałem do munduru Białego Orła z napisem „POLAND”, o tym, że mogę być reprezentantem naszego kraju pomagającym w zaprowadzeniu pokoju w miejscu, gdzie ludziom dzieje się krzywda. Jak trudna była to dla nich sytuacja i dlaczego nie cieszyli się razem ze mną, rozumiem dopiero teraz. Dziś ja mam dwudziestoletniego syna.
Do byłej Jugosławii dotarliśmy pociągiem. Potem przesiedliśmy się do samochodów oraz bojowych wozów piechoty BWP-1 i jechaliśmy jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do bazy. Po drodze widzieliśmy dziesiątki wiosek, gdzie nie było ani jednego domu, który nie zostałby uszkodzony w wyniku działań wojennych. A przecież nie znajdowaliśmy się na drugim końcu świata, tylko w Europie, 1200 kilometrów od Polski. To było nieco surrealistyczne, tym bardziej, że mieliśmy świadomość, iż w tym kraju jeszcze niedawno istniały obozy koncentracyjne. Że dziesięć lat wcześniej rodziny Serbów i Boszniaków6 spotykały się tu na weselach swoich dzieci, a teraz wzajemnie do siebie strzelały. Przebywanie w takim miejscu, gdy jest się żołnierzem, sprawia, że ma się poczucie bycia elementem w jakiejś większej układance, trybikiem w maszynie, która może pomóc ludziom i uzdrowić ich kraj. To taka dobra świadomość.
Do Bośni miałem pojechać na pół roku, ale wróciłem do Polski dopiero po osiemnastu miesiącach. Spodobało mi się. Kto wie, może to tam zacząłem odkrywać, że naprawdę chcę być żołnierzem. Mimo to po powrocie do kraju zacząłem myśleć o odejściu z armii. Miałem urlop do wykorzystania i zdecydowałem, że po nim rozstanę się z wojskiem. Tak się jednak nie stało. Bo armia była moim marzeniem, a z marzeniami się nie dyskutuje. To jedna z rzeczy, które chcę wam przekazać – musicie marzyć! Wszystko, co pochodzi od Boga, jest dobre, więc jeśli to On budzi w naszych sercach marzenia, nie mogą być one złe. Poza tym tylko marząc, jesteśmy w stanie iść do przodu. To marzenia są siłą napędową, która pcha nas w jedynym słusznym kierunku, do nieba.
Do Bośni miałem pojechać na pół roku, ale wróciłem do Polski dopiero po osiemnastu miesiącach. Spodobało mi się
Wiedziałem już, że służba w ramach misji pokojowych to moje powołanie, dlatego gdy pojawiła się informacja, że montowana jest ekipa, która ma wyjechać do Iraku, bardzo chciałem się w niej znaleźć. W naszym batalionie wszyscy się do tego wyjazdu zapalili, ale tym razem musieliśmy obejść się smakiem. Z jakiegoś powodu, którego do końca dziś nie znamy, nie wzięto nas pod uwagę i do Iraku pojechał ktoś inny. Zamiast tego pojawiła się opcja wyjazdu do Afganistanu.
Wcześniej jednak miało miejsce jeszcze jedno zdarzenie, o którym nie mogę teraz nie wspomnieć. Kilka miesięcy przed wylotem na misję, w czasie przepustki, pojechałem odwiedzić mojego brata. Chorował on już wtedy od kilku lat, musiał być dializowany i potrzebował dawcy nerki. Gdy wszedłem do jego domu i zobaczyłem mnóstwo tych płynów do dializy, byłem bardzo poruszony – z uwagi na moją pracę nie spotykaliśmy się zbyt często, więc stan brata stanowił dla mnie naprawdę spore zaskoczenie. Stwierdziłem wtedy, że to ja zostanę dawcą nerki, której potrzebował. Chciałem mu uratować życie! Nie powiedziałem mu tego w czasie tamtych odwiedzin, ale zwierzyłem się ze swego pomysłu żonie, gdy wracaliśmy do domu. „No pewnie. Też bym tak zrobiła” – usłyszałem od niej.
Gdy dojechaliśmy do siebie, zadzwoniliśmy do brata i powiedzieliśmy, o czym myślę. On i jego żona ogromnie się ucieszyli, zresztą chyba nie ma się czemu dziwić. Za tydzień pojechałem do nich ponownie. Pamiętam, że teściowa brata powiedziała mi: „Karol, Bóg nam ciebie zesłał”. Tak go ta jego teściowa kochała. Żeby było jasne – dziś myślę, że ta chęć pomocy nie była do końca moja. To Bóg wzbudza w naszych sercach potrzebę robienia rzeczy wielkich, bo On sam jest wielki. Motywuje nas o działań, z którymi my możemy się nawet nie zgadzać, On jednak wie, że nasze serca sobie z nimi poradzą, bo to On je stworzył.
Podjąłem decyzję, jadę do szpitala. Dostałem zwolnienie lekarskie, bo przecież byłem na poligonie, gdzie przygotowywałem się do wyjazdu na misję. Kolegom się nie przyznałem, powiedziałem, że to jakaś grypa czy coś. W szpitalu zrobili mi badania, przyjechał tam też mój brat. Niespodziewanie tego samego dnia w szpitalu zjawili się również nasi rodzice. To była mała powiatowa placówka, do której mój brat przyjeżdżał na badania i kontrole, mama i tata mieli blisko. Gdy ich zobaczyłem, zdziwiony zapytałem:
– Po co się angażujecie?
– Synku, o czym ty mówisz? Jak to: po co się angażujemy? – odpowiedzieli. – Jeden wyjeżdża na wojnę, drugi jest bardzo chory.
To było mocne. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że to, co jest pragnieniem mojego serca, niekoniecznie przynosi radość moim bliskim. Zachowałem się wtedy jak gówniarz. Rodzice dali mi życie, dali mi wszystko, przez nich otrzymałem od Boga moją tożsamość, przez nich On mnie ukształtował, a ja chyba sam chciałem być zbawcą, wtedy może jeszcze nie świata, ale brata na pewno. Jeśli ktoś – tak sobie teraz myślę – robi coś dla was, nie udawajcie, że tego nie potrzebujecie, przyjmijcie to. Oni chcieli być przy nas, przy moim ciężko chorym bracie i przy mnie, przygotowującym się do wyjazdu w jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na świecie.
Po pięciu dniach z wynikami w ręku przyjechałem z żoną do Warszawy, do Centrum Transplantologii. Wynająłem samochód, bo wtedy jeszcze nie mieliśmy własnego. Wszedłem do gabinetu lekarza, on wziął ode mnie wyniki i powiedział: „Pan nie może być dawcą nerki. Macie niezgodność antygenów krwi”. Wyszedłem z pokoju i zaczęłam płakać. Wracałem do domu, rzygałem i płakałem. Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje, moja Basia była przerażona, a ja myślałem tylko o tym, że nie mogę uratować czyjegoś życia. Miałem pretensje do Boga, ale najwięcej wyrzucałem wtedy sobie.
Wydawało mi się, że świat kręci się wokół mnie. Jak to – ja czegoś nie mogę? Ja, żołnierz? Ten, który jest powołany do ratowania ludzi? Do walki o ich dobro? Żyłem w przekonaniu, że nie ma rzeczy, których nie mógłbym osiągnąć. Wtedy Bóg pokazał mi, że to nie ja jestem najważniejszy. Dopiero po kilku miesiącach, gdy byłem już na misji, mój brat otrzymał nerkę. Dawcą była dziewczyna, która zginęła w wypadku. Lata później, gdy opowiadałem przyjaciółce tę historię i z bólem stwierdziłem, że nie mogłem ocalić brata, usłyszałem: „Karol, ale ty przecież uratowałeś mu życie. Zrobiłeś to wtedy, kiedy podjąłeś decyzję, że mu pomożesz”. Rozumiecie? Intencja. To o nią chodzi. To ona jest najważniejsza. Wzbudzajcie w swoim sercu dobre intencje i dajcie Bogu działać.
Wróćmy jednak do mojej pierwszej afgańskiej misji. Nasz batalion przygotowywał się do wyjazdu na drugą zmianę Polskiego Kontyngentu Wojskowego w ramach udziału Polskich Sił Zadaniowych w operacji ISAF (International Security Assistance Force). Udało się. Pod koniec 2007 roku wsiedliśmy do samolotów, mając w planach sześciomiesięczny pobyt w Afganistanie.
