Obietnica Klary - Krystyna Bartłomiejczyk - ebook + audiobook + książka

Obietnica Klary ebook i audiobook

Bartłomiejczyk Krystyna

4,0

Opis

Młoda nauczycielka, Klara, przeprowadza się na wieś, by wypełnić złożoną obietnicę i zamieszkać w odziedziczonym po babci domu, zwanym Zaciszem.

 

Ten wiejski zakątek, położony nad stawem pośród drzew, wydaje się prawdziwą oazą spokoju. Dziewczyna nie spodziewa się, że już wkrótce, za sprawą niezwykłego, zamieszkującego strych intruza, jej życie nabierze rozpędu, a spontanicznie podejmowane decyzje okażą się mieć zaskakujące konsekwencje.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 483

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 41 min

Lektor: Julia Konarska

Oceny
4,0 (27 ocen)
10
9
7
1
0

Popularność




Copyright © by Krystyna Bartłomiejczyk Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2019
Wszelkie prawa zastrzeżoneAll rights reserved Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.
Redakcja:Sylwia Drożdżyk-Reszka
Korekta:Justyna Jakubczyk
Projekt graficzny okładki: Marta Grabowska
Zdjęcia na okładce: Copyright © by Eva-Katalin (iStock)
Skład i łamanie: Justyna Jakubczyk
ISBN 978-83-66473-11-9
Słupsk/Warszawa 2019
Wydawnictwo [email protected]turainspiruje.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Rozdział 1

Dzień miał się ku końcowi. Przez korony majestatycznych dębów sączyły się dogorywające promienie słońca, ślizgały po liściach i w wąskich ukośnych smużkach padały na podłoże, tworząc na nim jaśniejsze plamy. W powietrzu unosiła się ziemista woń mchu i wilgotnej ściółki. Starą drogą, którą niegdyś jeździli drwale prowadzący wycinkę, dziarsko kroczył wysoki chłopak – rudy, piegowaty, ubrany w koszulkę poplamioną trawą, spodnie bojówki i znoszone adidasy.

Nie działo się nic niepokojącego, mimo to intuicja szeptała mu, że jest obserwowany. Kilka kolejnych niedbałych kroków, łagodny zakręt w prawo, kolejna kępa gęstych krzaków rosnących wzdłuż drogi, sekunda wahania i nonszalancja przegrała z ciekawością. Okręcił się na pięcie i krzyknął w stronę zarośli.

– Ej, ty tam, wyłaź! – Między gałęziami mignęła twarz z jasną grzywką opadającą na czoło i szybko zniknęła. Najwyraźniej intruz nie zamierzał zastosować się do jego rozkazu. – Ale już! – ponaglił go niecierpliwie. – Mam pomóc?!

Za plecami usłyszał suchy trzask patyków. Zrobił błyskawiczny zwrot i ujrzał, jak zza dębu wysuwa się krępa postać z uszami jak u koali.

– To ja – powiedział chłopak. Jego głos wibrował między butą a lekkim strachem.

Rudzielec popatrzył na kępę krzaków po jednej stronie drogi, popatrzył na kolegę z klasy po stronie przeciwnej i lekko zbaraniał. Myślał o tym, że jakoś przeoczył moment, w którym znienawidzony Gacuś posiadł umiejętność błyskawicznego przemieszczenia się.

– No co ty nie powiesz? – wycedził. – Jakoś nie zauważyłem. Ciebie w ogóle tu nie ma.

– Aha. – Gacek okrążył go, dbając o to, aby dzieląca ich odległość pozostawała bezpieczna, po czym się zatrzymał. – To do kogo gadasz?

– Do siebie. Lubię pogadać z kimś inteligentnym.

– Aha. – Z drwiącym uśmiechem ni to przytaknął, ni to podał w wątpliwość jego słowa.

– Snujesz się za mną, Gacku, jak smród po gaciach. Pytam, po co?

– Kogo pytasz? Przecież mnie tu nie ma.

Rudzielec nie zaszczycił kolegi odpowiedzią i ruszył w swoją stronę. Co chwila jednak oglądał się za siebie i za każdym razem przekonywał się, że Gacek podąża za nim krok w krok. Kiedy się zatrzymywał, ten robił to samo, a gdy znowu ruszał – ruszał za nim, zachowując wciąż tę samą odległość.

– Chyba nie łapiesz, tępaku. – Podszedł do chłopaka, który pozwolił mu zbliżyć się na odległość trzech kroków, zanim zaczął się cofać. – Nie Potrzebuję Twojego Zakichanego Towarzystwa, jasne?

– A ty jesteś głąb kapuściany – wysyczał Gacek.

– A ty ćwok.

– A ty zakuta pała. Ciekawe, dokąd tak zasuwasz? Do studni życzeń?

– Co ty mi tu przesłuchanie urządzasz?

– Jasne, że do studni, hi, hi! I co? Odwalisz abrakadabrę, a ze studni wyskoczy świadectwo, tak? Może jeszcze z paskiem, co?

Miki wsunął rękę do kieszeni, napotykając chłodny metal monety. To była zapłata za nieskończenie ważniejsze życzenie niż jakieś durne świadectwo.

Wczoraj spytał matkę, jak by to było, gdyby był z nimi ojciec, a ona odparła, że to akurat jest niemożliwe. „Jest jak jest i pogódź się z tym – powiedziała – losu nie można odwrócić”. Odwrócić może nie, ale zmienić na lepsze, owszem. Życie pełne jest niespodzianek i zwrotów, i wszystko może się zdarzyć. Weźmy Amelkę Zawadzką, dla której nawet skok przez próg był ogromnym wyzwaniem. Dopóki nie pojawiła się w ich szkole pani Klara. Wystarczyło, że nauczycielka powiedziała, iż nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko takie, które wydają się niemożliwe. Trzeba czegoś pragnąć z głębi serca, a wtedy można to osiągnąć. No i Amelka tak bardzo zapragnęła, że od razu poczuła się zdolna przeskoczyć nie tylko przez kozioł, lecz także przez Mount Everest.

A teraz Miki poczuł posmak nadziei, że jego „niemożliwe” też stanie się możliwe. Może nie od razu, może jutro, może za rok, może nawet za kilka lat, ale się stanie.

– Zaraz odwalę abrakadabrę i z barana zmienisz się w osła – prychnął, wyszarpując dłoń z kieszeni. Moneta zatoczyła wysoki łuk i upadła wprost pod nogi Gacka, który schylił się, by ją podnieść.

– Łooo... Pięć złociszy. – Zagwizdał. – Hojny jesteś.

– Oddawaj, ale już!

– Sam sobie weź. – Gacek uniósł rękę wysoko nad głową.

Miki skoczył jak żbik, wbił palce w brzeg monety i szarpnął z całej siły, odzyskując cenny pieniążek. A potem mocno pchnął Gacka. Pozwoliło mu to rozładować tylko część gniewu, który w nim narósł, toteż zastanawiał się, czy nie poprawić, ale nie było takiej potrzeby. Gacek poleciał na zarośla, odbił się jak sprężyna, po czym gruchnął twarzą do ziemi. No i wtedy dostał dokładnie to, na co sobie zasłużył.

Krzaki jęknęły ludzkim głosem i równocześnie prychnęły nieludzko, i wyprysło z nich coś czarnego, nastroszonego jak pióropusz. Wbiło się pazurami w plecy leżącego chłopaka, który zawył przeraźliwie, zagłuszając syczenie zjeżonej bestii. Dopiero po chwili udało się mu strząsnąć z siebie stwora. Skoczył na równe nogi, czerwony na twarzy, z obłędem w oczach, zrobił ósemkę i popędził na oślep w tempie ewakuacyjnym, bębniąc piętami o ziemię.

Miki czuł się tak, jakby przeżył najwspanialsze chwile w życiu.

– Dobra robota, kotku – mruknął, patrząc w ślad za Diablo znikającym między drzewami. Trudno go było nazywać „kotkiem”, nawet przy dobrych chęciach. Wyglądał tak, jak się nazywał – czarny jak smoła, szpetny jak sam diabeł i ważył jak na diabła przystało.

Chłopak przerzucił spojrzenie na gęste zarośla i podrapał się po głowie. Miał niemal pewność, że wciąż ukrywają postać z bladą twarzą mieszczucha o włosach dojrzałej pszenicy. I – co musiał przyznać z niejakim uznaniem – o stalowych nerwach.

Stłumił w sobie chęć wywabienia go z kryjówki i ruszył dalej, pogwizdując.

Wierchom nie można było ufać. W jednej chwili szło się po ścieżce, a w następnej patrzyło się już poprzez sklepienie z koron drzew, daremnie wypatrując skrawka nieba. Niewielu ludzi odważyło się zapuścić w głąb lasu. Mieszkańcy Oleska dorastali w cieniu historii o zakapturzonym wędrowcu snującym się po leśnych bezdrożach, który pojawiał się znikąd, wprawiał ludzi w stan graniczący z obłędem, po czym rozpływał się w czeluściach nocy.

Miki nie wierzył w te bajeczki, teraz jednak tak do końca nie był przekonany, że były wyssane z palca. Odczuwał lekki niepokój, słysząc złowróżbne pohukiwanie sowy, szmer listowia przywodzący na myśl żałosną skargę, skrzypienie drzew niczym chrypliwe zawodzenie. Wtedy wyobraźnia wbrew rozsądkowi układała odstręczające obrazki Obłędnika.

Gdzieś z tyłu dobiegł cichy, lecz wyraźny, niemożliwy do pomylenia trzask, jaki wydaje wyschnięta gałązka pękająca pod naporem ciężaru. Zdusił okrzyk strachu. Za chwilę usłyszał ten sam dźwięk, nie dalej jak pięć metrów od siebie, a po nim szurgotanie, stłumione sapanie i kolejny trzask. Sądząc po odgłosach, ocenił, że ktoś zbliżał się do niego raz z tyłu, raz z prawej, jakby lawirował między drzewami.

Ogarniająca go panika wzrosła, gdy usłyszał cichy jęk. Spojrzał za siebie. Wyraźnie widział ciemny zarys jakiejś postaci. Serce podeszło mu do gardła, poczuł, jak miękną mu kolana i włosy stają dęba na karku.

– Obłędnik!!! – wrzasnął skrzekliwie, rzucając się do ucieczki.

Zawtórował mu równie przerażony głos.

Dokładnie w momencie, kiedy Miki wybiegł z lasu, na drugim jego końcu to samo zrobił tajemniczy osobnik. Nie wiedział, kim jest Obłędnik, ale brzmiało groźnie, więc wolał tego nie sprawdzać.

Gdyby nie był tu obcy, pewnie trzymałby się szosy, która prowadziła wzdłuż zbitej ściany lasu i lekko opadała w kierunku Oleska. Ponieważ jednak nie znał tych stron, lecz głównie dlatego, że unikał ludzi, zbiegł z głównej drogi, jeszcze zanim zaczęła się wiejska zabudowa, i skręcił w kamienistą ścieżkę znajdującą się tuż za przystankiem. Dosłownie kilka sekund wcześniej wyłuskały ją z mroku reflektory odjeżdżającego autobusu. Nie wiedział, czy ma to uważać za znak, a jeśli tak – dobry czy też zły, lecz czuł, że powinien iść właśnie tam.

Dopóki nie pokonał zakrętu, nie było widać żadnego domu, wkrótce jednak przekonał się, że to, co brał za polną ścieżkę, w gruncie rzeczy było uliczką odgraniczoną płotami lub żywopłotami z ciernistych krzewów. Zaraz za zakrętem wyrósł parkan, zza którego wystawał łupkowy dach z mansardą. Po chwili wyłoniło się kilka następnych domów. W sumie naliczył ich pięć. Niezupełnie o to mu chodziło, ale skoro już się tu dostał, nie było innego sposobu, jak znaleźć bezpieczne schronienie, w którym mógłby przeczekać najgorsze. Niczego nie zdziała, chaotycznie biegając po okolicy. Najpierw opracuje jakąś strategię, dopiero potem ruszy w dalszą drogę. Zajmie mu to dzień, góra dwa.

Zatrzymał się przy skromnym domku okolonym ciemnym płotem. Wewnątrz znajdowało się podwórko przecięte na pół utwardzoną ścieżką, łączącą furtkę z gankiem. Niedaleko musiał znajdować się jakiś zbiornik wodny, przypuszczalnie staw, sądząc po głośnym kumkaniu żab. Ale nie to było główną zaletą domu, lecz położenie. Usytuowany był na samym końcu uliczki, na odludziu, jeśli nie liczyć pokaźnych rozmiarów willi naprzeciwko, która stała odsunięta od drogi i była zasłonięta do wysokości półpiętra starannie przystrzyżonym żywopłotem. Nie wiedzieć czemu, wydała mu się wyjątkowo wroga. Miał wrażenie, że okna domu przyglądają się mu jak czyjeś kpiące oczy i wzgardliwie szydzą z jego niemocy.

Usiadł na ziemi, ponieważ po całodziennej włóczędze nogi bolały go nieznośnie i odmawiały posłuszeństwa. Bokiem oparty o płot, wpatrywał się w dom, który wzbudził jego zainteresowanie. W przeciwieństwie do nieprzyjaznej willi vis-à-vis emanował spokojem i życzliwością, był wręcz wymarzony na tymczasowe przytulisko. Co więcej – łatwo dostępny. Wystarczyło odsunąć rygiel i wejść do środka, żadna filozofia.

Wstał i chwilę kręcił się przy furtce, jakby jeszcze niezdecydowany, a wtedy czyjaś ręka odsunęła zasłonkę w oknie. Błyskawicznie padł na ziemię i znieruchomiał. Pojął, że musi działać rozważnie i być cierpliwy, choć akurat cierpliwość nie była jego największą cnotą. W dodatku ogarniała go coraz większa senność. Z całych sił z nią walczył, czując podświadomie, że poddanie się jej byłoby niewybaczalnym błędem.

Chyba jednak się zdrzemnął, bo kiedy otworzył oczy, wszystkie domy wokół pogrążone były w głębokiej ciemności. Rozprostował zdrętwiałe nogi, rozmasował kark, po czym wsunął palce w szczelinę w płocie i odsunął rygiel. Bramka otworzyła się bezdźwięcznie. Nisko pochylony, przebiegł otwartą przestrzeń i z bijącym sercem przywarł do ściany plecami. Chwilę stał bez ruchu, z głową spuszczoną w dół i zamkniętymi oczami, jak gdyby wsłuchując się w swoje myśli, wreszcie zaczął przesuwać się na tyły domu.

Los mu sprzyjał. Okno na poddaszu było uchylone, przysłonięte zasłonką, którą poruszał lekki powiew wiatru. Choć umieszczone dość wysoko, z łatwością się tam dostał po drzewie rosnącym obok. Znacznie trudniejsze okazało się znalezienie w sobie dość sił, by się podciągnąć na rękach do gzymsu. Udało mu się dopiero przy trzeciej próbie. Przerzucił prawą nogę do wewnątrz i siedząc okrakiem na parapecie, chwilę szacował wzrokiem wysokość. Po czym nabrał powietrze w płuca i zeskoczył.

W powietrzu czuć było zapach kurzu, starego papieru, drewna i mysich odchodów. Srebrzysty rogal wypełniał poddasze światłem sprawiającym wrażenie nierealnego, wydobywając z mroku kontury łóżka – w tej chwili najbardziej kuszącej rzeczy na świecie. Intruz ruszył po podłodze upiornie skrzypiącej pod stopami. Szedł na palcach, by zminimalizować odgłosy. Wyciągniętymi rękami macał powietrze, aby zabezpieczyć się przed wpadnięciem na przeszkodę. W pewnym momencie poczuł, jak jego palce zanurzają się w czymś gęstym i lepkim. Rozsądnie powstrzymał krzyk zgrozy. Cofnął rękę z odrazą i otrzepał ją z pajęczyny, jednocześnie boleśnie uderzył kostką o coś twardego. I tym razem powstrzymał się od krzyku, zakrywając w porę usta. Kiedy wreszcie dotarł do łóżka, zwalił się na siennik jak kłoda. Źdźbła słomy zakłuły go w plecy, był jednak zbyt zmęczony, by o tym myśleć. W jednej chwili pogrążył się we śnie.

Nie wiedziała, co ją obudziło. Podeszła do okna, usiłując zbagatelizować myśl, że ktoś jest w domu, tak jak wcześniej zbagatelizowała wrażenie, że ktoś kręci się przy ogrodzeniu. Ostatecznie uznała to za grę cieni układających się w ludzką postać.

Otworzyła okno i wyjrzała na zewnątrz. Wiatr przybrał na sile, mocno poruszał listowiem i szumiał w koronie drzewa. Pewnie to mnie obudziło – pomyślała. Albo mysz. Mieszkała przecież na obrzeżach wsi, w otoczeniu lasu, łąki i stawu. Obecność dzikich lokatorów była równie oczywista jak słońce, księżyc albo tykanie zegara. Mogły to być również oznaki zmęczenia domu, który trzeszczał, skrzypiał i stękał jak stary znużony życiem człowiek. Jeszcze nie przywykła do tych pojedynczych chrobotów i poskrzypywań, które pojawiały się znienacka i szybko milkły, jak gdyby ich nigdy nie było.

Wróciła do łóżka, zgasiła lampkę. Wkrótce zapadła w drzemkę, z której budziła się co kilka minut, wsłuchując się w ciszę i upewniając, że nic się nie dzieje. Za którymś razem wyraźnie coś usłyszała, jakby jęk sprężyn w łóżku, gdy zmienia się pozycję. Zarzuciła szlafrok, wskoczyła w przydeptane kapcie. Nie panikowała, wiedziała, jak sobie z tym radzić. Jeśli już, to czuła dziwny niepokój, niemający nic wspólnego z uczuciem zagrożenia. Mimo to zajrzała pod łóżko i do wszystkich szaf, zamknęła drzwi frontowe na zamek, podomykała okna, a pod klamkę drzwi strychowych wsunęła kij od szczotki. Upewniwszy się, że w mieszkaniu nic jej nie grozi, położyła się do łóżka, nie wyłączając światła.

Długo leżała na plecach przykryta kołdrą aż po brodę, nasłuchując. Odgłosy się nie powtórzyły, ale to dziwne uczucie jej nie opuszczało. Nieodparte i uporczywe, że coś się zdarzy, a najbliższe dni okażą się dla niej naprawdę wielkim wyzwaniem.

Obudził się skołowany, z przeświadczeniem, że stało się coś ważnego. Przez chwilę leżał nieruchomo, usiłując pozbierać rozsypane fragmenty wspomnień – podejrzenia, oskarżenia, ból niemal fizyczny... I ciotka blada jak papier... „Złodzieja przyjęłam pod dach...” Jezu, czy tylko mu się to przyśniło? Nie, to nie był sen. Na myśl o tym poczuł rosnącą gulę w krtani. Znowu. Jak wtedy, gdy pakował rzeczy do plecaka, a potem dawał nogę. Nie kierował się w konkretną stronę, nawet nie próbował zapamiętywać drogi. W pierwszej kolejności musiał znaleźć się możliwie jak najdalej od miasta, by nie dać się złapać.

Gdzieś z dołu dolatywały go odgłosy krzątaniny. Rozlegały się dźwięki muzyki, trzaski otwieranych i zamykanych drzwiczek, podzwanianie naczyń wstawianych do zlewu. Usiadł i się rozejrzał. Wnętrze pomieszczenia rozświetlały smugi światła wpadające przez niewielkie okno. Ujrzał dwudrzwiową szafę i kufer wyglądający, jakby miał ze sto lat, lampę z abażurem z frędzlami, konia na biegunach, słomianą kukłę w ogrodniczkach z łatami na kolanach i w postrzępionym słomkowym kapeluszu, dyndającą na belce stropowej jak wisielec. Wszędzie leżała gruba warstwa kurzu, a w kątach zasnutych lekką pajęczyną walała się masa równie bezużytecznych rupieci. Przymknął oczy. Starał się myśleć o czymś miłym, jednak nie potrafił skupić się na niczym poza wczorajszym dniem i pustką w brzuchu.

Muzyka umilkła, z hukiem trzasnęły frontowe drzwi, a po niedługim czasie dał się słyszeć warkot uruchamianego silnika. Jednym skokiem zerwał się na równe nogi. Przysunął się do okna, przez chwilę ciesząc się widokiem błękitnego nieba i słuchając ptaków ukrytych w koronie drzewa. Wyciągnął szyję, zaintrygowany dziwnymi odgłosami kwakania. Szeroką ścieżką, wzdłuż której rosły stare wierzby o skręconych konarach, wędrowały trzy kaczki, zabawnie kołysząc się na krótkich łapkach i trzęsąc kuprami.

Odprowadził je rozbawionym spojrzeniem aż do pokrytego rzęsą czegoś, co było większe od stawu, ale nie było jeziorem. Przy drewnianym pomoście do połowy zanurzonym w wodzie kołysała się łódź przypominająca szalupę. Za stawem, jak okiem sięgnąć, widział szachownicę pól łagodnie opadających ku kotlinie, a po prawej stronie nieskończoną wstęgą ciągnął się las. To, co nocą wydało się mu wrogie, zamieszkałe przez niewidzialną istotę strzegącą swoich tajemnic i pragnącą usidlić intruza, za dnia stało się całkiem przyjazne.

Kiedy ustał warkot silnika, ruszył w stronę drzwi. Chwycił za klamkę i poruszył nią, wyczuwając jakiś opór. Szarpnął kilkakrotnie, opór jakby się zmniejszył, lecz drzwi ani drgnęły. Naparł na nie barkiem, wkładając w to wszystkie siły. Rozległ się głuchy stuk i drzwi otworzyły się tak gwałtownie, że stracił równowagę i omal nie spadł ze schodów.

– Halo?... – zawołał, wstrzymując oddech. Na palcach zszedł po drewnianych schodach. Zatrzymał się na chwilę, jakby w oczekiwaniu, że ktoś zaraz wyskoczy z któregoś z pomieszczeń, a on nie będzie umiał wytłumaczyć się ze swojej obecności, na korytarzu panował jednak spokój. Słychać było jedynie dźwięk lodówki i tykanie zegara, brzmiące w ciszy wręcz ogłuszająco.

Bez trudu znalazł łazienkę. Umywszy ręce, przyjrzał się w lustrze swojemu odbiciu. To, co zobaczył, wyglądało jak skrzyżowanie włóczykija ze strachem na wróble. Oczy załzawione od kichania, twarz pokryta smugami brudu, pogniecione, nie pierwszej świeżości ubranie i te włosy. Najgorzej rzecz się miała właśnie z włosami. Przypominały leśną ściółkę pokrytą liśćmi, patyczkami i strzępkami lepkiej pajęczyny. Wątpił, czy istnieje sposób, aby doprowadzić je do ładu bezboleśnie. Ponownie odkręcił kurek z zimną wodą, spryskał twarz, wycierając ją zielonym ręcznikiem zdjętym z uchwytu przypominającego kołatkę, i ruszył na dalszy rekonesans.

Drzwi na końcu korytarza zaprowadziły go do kuchni. Przekroczył próg i znalazł się w skromnym pomieszczeniu o ścianach pokrytych boazerią, z segmentem po jednej stronie oraz stołem i dwoma krzesłami po drugiej. Na stole było tylko jedno nakrycie, co kazało mu przypuszczać, że mieszkająca tu osoba jest samotna. Z apetytem spałaszował resztkę twarożku z rzodkiewką, popił kawą, jeszcze niewystygłą, i krzywiąc się z niesmakiem, poszukał wzrokiem lodówki. Stała w rogu, tuż przy oknie. Wisiała na niej duża kartka z listą rzeczy do zrobienia, przymocowana magnesem w kształcie jaszczurki. Wnętrze lodówki nie porażało kulinarnym dobrodziejstwem, ale nieliczne produkty były pedantycznie poukładane na półkach. Przypił się do dzbanka z sokiem i gasił pragnienie jak smok wawelski, dopóki nie zabił gorzkiego smaku kawy w ustach. Potem opchnął z pół miski truskawek, a ponieważ wciąż był głodny, odłamał spory kawał tłustej kiełbasy. Gryzł ją z namysłem, zastanawiając się, co dalej: kontynuować ucieczkę donikąd czy zostać tutaj? Może już na zawsze?

Spodobała mu się ta myśl, tak samo jak spodobał mu się ten zakątek pełen harmonii i piękny w swej naturalnej prostocie. Widok po horyzont, słodki zapach łąk, wesoły świergot ptaków, szum lasu – złowieszczy nocą, cichutki i przyjemny w ciągu dnia.

No i ten ustronny domek, w którym zawsze ktoś by na niego czekał, a on czułby się ważny i potrzebny. Ale to raczej marzenie ściętej głowy.

Rozdział 2

Klara oparła lewą stopę o chropowaty pień sosny, przyłożyła dłonie do kolana i zrobiła kilka rozciągających skłonów. Zmieniła nogę na prawą, wykonując te same czynności. Gdy skończyła, wzięła kilka głębokich oddechów i wbiegła do lasu, gdzie czaił się jeszcze nocny chłód.

Wąska ścieżka prowadziła równolegle do drogi jakieś pięćset metrów, po czym skręcała w lewo i po dwustu metrach się rozwidlała. Wybrała prawą odnogę, która wiodła w głąb lasu, wznosząc się, a następnie łagodnie opadając aż do miejsca, gdzie Wierchy nagle się urywały, ustępując miejsca żyznym polom. Biegała rzadziej, niżby chciała, toteż szybko dostała zadyszki, ale kiedy jej organizm nareszcie się dostroił, mogła przyspieszyć. Teraz bieg sprawiał jej autentyczną przyjemność. Czuła ból mięśni, a jednocześnie przypływ energii potrzebnej, by przetrwać dzień po niespokojnej nocy. Spływał na nią balsamiczny zapach lasu, koiła cisza przerywana świergotem ptaków niewidocznych wśród leśnej gęstwiny.

Zbiegła ze ścieżki, kierując się w stronę miejsca, gdzie leżał powalony konar. Chwilę stała, zgięta wpół, trzymając się pięściami pod boki i starając nie chwytać powietrza zbyt łapczywie. Wilgotne włosy przylepiły się do karku i skroni, mokra koszulka przykleiła do ciała jak druga skóra. Sięgnęła po butelkę z wodą i zamarła, słysząc za plecami szelest. To nie był odgłos liści poruszanych wiatrem, tylko dziwne lekkie kroki. O wiele lżejsze niż kroki ludzkich stóp. Serce Klary przyspieszyło, gardło nagle wyschło na pieprz.

Wyprostowała się i możliwie jak najwolniej odwróciła. Kłopoty były o kilkanaście kroków za nią i zmaterializowały się pod postacią psa, który wpatrywał się w nią uważnie. Nic więcej. Żadnego warczenia, kłów i śliny z pyska, żadnych przejawów agresji, po prostu stał i obserwował, jakby chciał przewidzieć jej zamiary. Każdy inny na jej miejscu zagadałby przyjaźnie i poszedł w swoją stronę, ale nie Klara. Przeraźliwie bała się psów, więc teraz, wiedziona czystą desperacją, rzuciła w niego pustą butelką, ryknęła: „Ratunku!”, po czym puściła się biegiem. Suche patyki strzelały pod stopami, gałęzie szarpały ją za włosy i smagały po twarzy, lecz nie czuła bólu. Adrenalina robiła swoje.

Potknęła się o widlasty konar dębu. Rozpaczliwie machając rękami, runęła na ziemię z przeraźliwym wrzaskiem. Przeturlała się na plecy i uniosła głowę, by zorientować się w sytuacji. Zobaczyła, jak zwierzak mknie w jej stronę niczym torpeda, toteż instynktownie zakryła twarz lewym przedramieniem, drugą ręką szukała po omacku czegoś, co posłużyłoby jej do obrony. Przez trzy długie sekundy czarne ślepia wpatrywały się w nią zdezorientowane, gdy machnęła w powietrzu prężną gałązką, trafiając prosto we wrażliwy nos. Natychmiast poczuła piekący ból w nadgarstku. Nie zastanawiając się, uniosła witkę i zaczęła walić na oślep. Zwierzę puściło i z żałosnym skowytem zniknęło w zaroślach.

Podniosła się z ziemi i pognała przed siebie, lekko kulejąc. Kluczyła między drzewami, przedzierała się przez kolczaste krzewy, byle jak najdalej od psa. Wydała z siebie krótki histeryczny okrzyk, gdy wleciała z impetem na ludzką postać i powaliła ją na ziemię. Dopiero wtedy się zorientowała, że to Mikołaj Antoniuk. Panika minęła, a w to miejsce pojawiło się zmieszanie. Wyciągnęła rękę, by pomóc chłopakowi wstać.

– O rany. – Stęknął. – Ktoś panią ściga?

– Kto niby miałby mnie ścigać? – Z wysiłkiem wciągnęła haust powietrza. – Biegam.

– A to nie pani wołała o ratunek? – Przyjrzał się ciekawie jej dresowym spodniom z czerwonymi plamkami na tkaninie. – Chyba leci pani krew – zauważył.

Klara podwinęła nogawki i obejrzała nogi. Po prawej ściekała cieniutka strużka krwi od kolana, gdzie coś ostrego – może cierń, może szkło – przecięło jej skórę, gdy upadła. Chciała ją zetrzeć, ale ręce miała szare, pełne obłupanej kory i igliwia.

– Masz może chusteczkę? – spytała.

– Nie. Ale na moje oko chusteczka tu nie pomoże. Trzeba to opatrzyć. Mieszkam niedaleko, a mama jest dobra w te klocki.

– Doceniam umiejętności twojej mamy, zostawmy jednak to pielęgniarce – ucięła, zastanawiając się, czy za każdym ugryzieniem idzie seria bolesnych zastrzyków przeciwtężcowych. Już raz musiała je przyjąć, kiedy pogryzł ją bezpański wilczur.

– Pani się nie boi, mama naprawdę zna się na rzeczy – odparł i ruszył szybkim krokiem.

Klara nie była przyzwyczajona, żeby kierował nią uczeń, ani w ogóle ktokolwiek, ale ku własnemu zdziwieniu posłusznie podążyła za Mikołajem.

Wąska wiejska dróżka pomiędzy lasem a polami kończyła się przy podniszczonym, ale nadal ładnym domu z dwoma ukruszonymi kamiennymi schodkami i niepokaźnym ganeczkiem. Gęsta zielona winorośl oplatała stare mury i nachalnie wdzierała się do okien. Podchodzili do furtki, kiedy drzwi wejściowe otworzyły się z głośnym skrzypieniem i na ganku stanęła wysoka chuda kobieta ze ściereczką w dłoni. Wyglądała na jakieś czterdzieści lat, miała płomiennorude krótko przycięte włosy i intensywnie błękitne oczy.

– Co? Barykady przed szkołą? – spytała sennym, podszytym nutą ironii głosem.

Na widok jej srogiej miny Mikołaj uśmiechnął się niepewnie.

– Nie wiem, bo nie doszedłem. Mogłabyś, mamo, rzucić okiem na kolana pani psorki?

– A co się stało?

– Krwawi.

– Nic się nie stało, naprawdę. – Klara, już żałując nieprzemyślanej decyzji, zaczęła wycofywać się ku furtce. W tym momencie zabrzęczała jej komórka. Nim wyłuskała telefon z kieszeni, sygnał umilkł. – Pewnie z pracy... Muszę zająć się uczniami...

– A kto się zajmie panią? – Uśmiechnęła się pobłażliwie kobieta.

– Och, mną proszę się nie przejmować, sama się sobą zajmę – odparła, próbując przybrać swobodny ton. – Miło było panią poznać. A teraz muszę lecieć. Ładny ma pani dom – dodała ni z gruszki, ni z pietruszki.

Antoniukowa spojrzała na budynek, potem w jej stronę i uniosła brwi w zdziwieniu.

– Dziękuję. Moja nieboszczka matka zapisała go w testamencie Mikołajowi. Niezły legat. Sporządzenie ostatniej woli kosztowało więcej niż chałupa warta. Gdyby to ode mnie zależało, rozebrałabym go do fundamentów, ale co w testamencie, to święte. Taaa... To na co mam spojrzeć? Ale może najpierw wejdźmy do środka. Zapraszam.

Wprowadziła ją do sionki, a potem do obszernej kuchni. Tuż za drzwiami Klara poczuła się, jakby wskutek nieporozumienia wylądowała w niewłaściwym miejscu. Bo naprawdę tu nie pasowała. Nie była zanadto przesądna, choć mniej racjonalna strona jej natury, którą posiadała ku własnemu zdumieniu i do której nie chciała się przyznać, wolała nie kusić losu. Dlatego nigdy nie kładła butów na stole ani torebki na podłodze. A kiedy ktoś zarzucał jej niekonsekwencję, tłumaczyła, że pozostawianie ich byle gdzie jest zwyczajnym bałaganiarstwem.

Teraz miała wrażenie, że znalazła się w izbie alchemika. Na regale tłoczyły się stare książki z wytartymi grzbietami, nad piecem wisiały na haczykach dwa miedziane rondle i żeliwny kociołek, na szerokim parapecie w równym rządku stały puste kolby i buteleczki z nieznaną zawartością, a wszędzie można było dostrzec warkocze czosnku, pęczki ziół i bukiety zasuszonych polnych kwiatów. Brakowało tylko czarnego kota.

Antoniukowa udała, że nie widzi podejrzliwego spojrzenia, jakim wuefistka obrzuciła jej królestwo. Zachowując spokój, poprosiła o pokazanie kolan.

– Ale... Nie sądzę, żeby pani pomogła. – Klara usiłowała nie okazywać niechęci, lecz ta już się pojawiła w jej głosie. – Być może będzie potrzebna szczepionka... Pies mnie ugryzł...

Zachowanie nauczycielki rozbawiło Mikołaja.

– A jak wyglądał? Bo jak zdziczały, to kto wie, ile zostało pani czasu.

– Mikołaj! – rzuciła ostrzegawczo matka i zwróciła się go Klary. – Jak wyglądał?

– Nie przyglądałam się, nie miałam czasu... No dobrze, przestraszyłam się – przyznała opornie. – Głowy nie dam, ale pysk jakby wydłużony, jedno ucho klapnięte, ogon postrzępiony i albo taki futrzasty, albo utuczony... Pies oczywiście, nie ogon.

– Bryś – zawyrokował chłopak. – Jeszcze wczoraj nie miał wścieklizny.

– Zgadza się – potwierdziła Antoniukowa. – I bardziej futrzasty, niż utuczony. To tutejsza powsinoga, czasami ktoś go dokarmi, bo u Marciniakowej różnie z pamięcią. Jak pora na plotki z kumoszkami, to pamięć doskonała, jak nakarmić kozę i psa, to skleroza. Bryś naprawdę jest niegroźny, pani Stecowa, nie mogę uwierzyć, że panią ugryzł.

– O, naprawdę? Jest pani pewna, że to, co mam na ręce, to nie ślad po szmince?

Kobieta niezrażona sarkazmem Klary ujęła ją za łokieć i w skupieniu przyjrzała się ranie.

– Hm. Rzeczywiście capnął. – Zrobiła współczującą minę. – Oczyszczę ranę i coś przyłożę.

– Swoją drogą – drążył Mikołaj – bardzo to dziwne, że Bryś... Co mu pani zrobiła?

– Ja jemu?! – zawołała Klara. – To on na mnie skoczył.

– Tak sobie skoczył? – wtrąciła Antoniukowa. – Może się czegoś przestraszył... Nie sprowokowała go pani?

Irytacja Klary jeszcze wzrosła, zarazem jednak zachciało jej się śmiać, co mogło być objawem zbliżającej się histerii. Wyszarpnęła łokieć i spróbowała się odwrócić, lecz Antoniukowa przytrzymała ją za ramię.

– No i po co zaraz te nerwy – rzekła pojednawczo. – Wierzę pani. Zwierzaki czasem atakują, to normalne.

– Bryś nie atakuje... – Mikołaj spojrzał na matkę, gotów do dalszej dyskusji nad zagadnieniem, kto na kogo skoczył, ona jednak pokręciła głową, zanim zdążył dokończyć.

– Zmykaj do szkoły, ale już. – Odprowadziła wzrokiem syna, po czym ponownie zwróciła się do Klary. – Atakują. Jedne, bo mają to w genach, inne, bo czują się czymś sprowokowane. Nawet przyjazny pies potrafi chapsnąć za kostkę, kiedy czuje zagrożenie. No dobra. Najpierw zdezynfekujemy, bo wokół pełno ziemi. Zaraz się tym zajmę.

Antoniukowa przyniosła domową apteczkę. Wyjęła z niej bawełniany tampon, nasączając go jasnym płynem z jednej z buteleczek.

Po gryzącym ostrym zapachu Klara domyśliła się, że rana będzie szczypała.

– Co to jest? – Nerwowo przełknęła ślinę.

– Mocz nietoperza i przeżuta pajęczyna. Czarna magia... – szepnęła tajemniczo Antoniukowa. Uśmiechnęła się, widząc osłupienie malujące się na twarzy Klary. – Żartowałam. Zwyczajny spirytus. Zapiecze jak diabli, więc nich sobie pani pokrzyczy. Nie ma się czego wstydzić.

– Wiedziałam, że pani żartuje. Nigdy nie wierzyłam w te brednie o urokach.

– No to zalicza się pani do tych nielicznych. – Kobieta przyłożyła tampon do ranki na nadgarstku i Klara podskoczyła z bólu, gwałtownie łapiąc powietrze ustami. Próbując odwrócić jej uwagę od zabiegu, kobieta kontynuowała spokojnym głosem: – A ludzie niech sobie bredzą. Mądry uda, że nie słyszy, a osąd głupca mnie nie boli. Nie odmawiam pomocy nikomu, ludziom trzeba pomagać. Robię, co mogę, i nie ma w tym diabelskich podszeptów i herezji. Ale widzę, kto przyszedł po zioła na ból zęba, kto z ciekawości, a kto, żeby wskrzesić inkwizycję. Tym nie jestem w stanie pomóc, bo lekarstwa na głupotę jeszcze nikt nie wynalazł. Myśli pani, że gdybym umiała czarować, nie wyczarowałabym czegoś dla siebie? Nie mam szczególnych wymagań, na początek jakiś etacik, żeby mieć stały dochód... – Zacisnęła usta, jakby powiedziała więcej, niż zamierzała, i przelotnie spojrzała na Klarę.

– Już? – spytała dziewczyna, by przerwać krępującą ciszę.

– Jeszcze chwila – mruknęła Antoniukowa, podchodząc do półki. Sięgnęła po ciemny słoiczek. Odkorkowała go, palcem rozprowadziła maź po skaleczeniu, przyłożyła gazik i bandażem owinęła rękę wokół nadgarstka.

– Czy to konieczne? – Klara patrzyła na opatrunek z dezaprobatą. – Plaster nie wystarczy? Sama pani powiedziała, że rana jest powierzchowna.

– Rana to rana, a ja muszę utrzymywać swój znachorski styl – odparła kobieta żartobliwie. – No. Teraz zajmijmy się resztą. – Podciągnęła delikatnie nogawki spodni i przyjrzała się kolanom. – To tylko płytkie przecięcie – skonstatowała – wystarczy je przemyć. Bandaż nie będzie konieczny. – Nasączyła płynem do odkażania ran kolejny gazik i dokładnie obmyła skaleczone miejsca. Na koniec założyła plaster. – No i po bólu. A teraz może miałaby pani ochotę na kubek herbaty po tak przykrym wypadku?

Po tak przykrym wypadku herbata jakoś do Klary nie przemawiała. Potrzebowałaby raczej czegoś mocniejszego, żeby o nim zapomnieć.

Zwykle docierała do szkoły kwadrans przed dzwonkiem, ale tego dnia spóźniła się do pracy. Była lubiana przez Macieja Komornickiego, dyrektora placówki, dobrze jednak wiedziała, że nie pobłażał spóźnialskim i w tej kwestii nie czynił wyjątków.

Nie szukała więc wymówki, wiedząc, że to i tak strata czasu. Na szczęście nigdzie nie dostrzegła dyrektora. Szybkim krokiem przeszła przez korytarz i wbiegła na rozgrzaną i duszną salę gimnastyczną. Część uczniów siedziała na podłodze, tworząc kółko dyskusyjne, część zwisała z drabinek, część okupowała ławeczki, z książką w ręku bądź słuchawkami w uszach. Klara poszukała wzrokiem Antoniuka. Siedział na koźle w niedbałej pozie i gapił się w okno. Podeszła bliżej.

– Wszystko gra, Mikołaj? – Uśmiechnęła się do niego. W odpowiedzi ledwie uniósł kąciki ust i wzruszył ramionami. Czyli nic nie gra, pomyślała, powściągając chęć, by poklepać go ramieniu. Mógłby odebrać ten gest jako próbę pocieszenia.

Znała ten typ chłopców. W każdej klasie był ktoś taki – urodzony lider nadający klasowej zbiorowości ton i tempo. Zazwyczaj była to najładniejsza dziewczyna bądź najprzystojniejszy chłopak, u których doskonałość zewnętrzna szła w parze z wysokim ilorazem inteligencji, a czasem największy luzak, jakiego nosiła ziemia. Czyli Mikołaj – pupilek szkolnej braci i koszmar nauczycieli, zwłaszcza jednej nauczycielki. Chłopak nie zabiegał o przywództwo klasowe, ale skoro już stał się niekoronowanym królem stada, mocno się pilnował, aby nie wypaść z tej roli.

Dzisiaj jednak albo instynkt stadny zawodził, gdyż króla nie otaczał wianuszek poddanych, albo ktoś przyłożył rękę do jego detronizacji. I chyba wiedziała kto.

– No, kochani, koniec leniuchowania! – Odwróciła się od chłopca i klasnęła w dłonie. Żadnej reakcji. Pokręciła głową, włożyła gwizdek do ust i dmuchnęła z całej siły. To przykuło ich uwagę. – Nie ma to jak zacząć dzień od porażenia bębenków mocną dawką muzyki, ale radzę odłączyć się od tego ustrojstwa. Jakieś komentarze? Słowa protestu? Nie? No to do szeregu... Już, już! Z życiem!

Rozległo się kilka stłumionych chichotów, z uszu poznikały miniaturowe słuchawki. Z drabinki zsunął się Staś Baranek, bodaj najniższy uczeń w klasie, i stanął przed nią w rozkroku.

– Słucham? O co chodzi? – spytała, marszcząc brwi.

– Ja nie ćwiczę.

– Dlaczego?

Uśmiechnął się, błyskając zębami.

Jestem niedysponowany.

– Od kiedy? Czy to nie ty jeszcze przed chwilą zwisałeś z drabinki?

– Zapomniałem, że boli mnie ręka, a kiedy sobie przypomniałem, już dyndałem.

– Ja zaraz zapomnę, że nie lubię wstawiać jedynek. – Klara starała się zachować łagodny ton. – A kiedy sobie przypomnę, już będziesz ją miał.

– Ciekawe za co?

– Och, jestem pewna, że coś by się znalazło. A tak z ciekawości. Czy twoja skleroza obejmuje również treningi? Nie widziałam cię na nich od miesiąca.

– Taki już jestem. – Skrzywił się. – Mój zapał szybko przechodzi do historii.

Zachowywał się arogancko i sprawiał wrażenie zbyt pewnego własnej bezkarności. Chciała trzepnąć go w ucho, ale nie zrobiła tego. Z wielu powodów.

Po dzwonku wyszła na korytarz wypełniony uczniami pędzącymi na szkolne boisko. Mijający ją dwaj chłopcy niby żartobliwie wymienili kilka ciosów. Zwróciła im uwagę, a kiedy oddalili się w pośpiechu, otworzyła drzwi do pokoju nauczycielskiego.

Przy otwartym oknie stała efemeryczna biolożka zatopiona w głębokiej medytacji, jakby czerpała energię ze słońca. Informatyk, przemierzając pokój, rozmawiał półgłosem przez zestaw słuchawkowy. Tyłem do drzwi siedziała Maryla Ekiert, matematyczka. Była ładną szatynką o soczyście czerwonych ustach i krągłej figurze, którą maskowała świetnie dobranymi ciuchami. Miejsce pod ścianą zajmowała Lucyna Baranek. Klara zazwyczaj nie kierowała się stereotypami, ale poznała ją na tyle dobrze, by zacząć myśleć, że wizerunek jędzowatej nauczycielki raczej nie wziął się znikąd. Barankowa prezentowała niechęć, a czasem wręcz pogardę do świata i ludzi i, świadomie bądź nie, wpajała ją swojemu wnukowi.

Ściągnęła torbę Maryli z krzesła i usiadła bokiem.

– Wiszę ci przysługę – powiedziała, zasłaniając usta dłonią. – Ale wiesz, że nie wolno ci tego robić. Jeśli Komornicki dowie się, że wpuściłaś dzieciaki na salę, możesz mieć przechlapane.

– A tobie nie wolno się spóźniać. Co się stało? Dzwoniłam, ale nie odbierałaś.

– Pies mnie zaatakował. – Klara uniosła zabandażowaną dłoń, a następnie szeptem zrelacjonowała spotkanie z Brysiem. – Wdzięczna ci jestem niewymownie za pomoc – rzekła na koniec – ale to na nic. Barankowa i tak doniesie, że się spóźniłam.

– Ciesz się życiem, póki jeszcze możesz.

– Jesteś najgorszą pocieszycielką, jaką w życiu spotkałam. – Klara uśmiechnęła się z wysiłkiem, usiłując opanować uczucie lęku. Kątem oka zerknęła na kobietę odpowiadającą za to, że informacje o spóźnialskich wyciekały z pokoju nauczycielskiego niczym radioaktywny jod z reaktora, i niemal natychmiast docierały do uszu dyrektora. A potem przerzuciła wzrok na Marylę. – Nawiasem mówiąc, jak się czujesz? – spytała. – Bo wyglądasz... ja wiem? No tak kiepsko, że aż się lepiej poczułam. Wszystko w porządku?

– Absolutnie.

– Jesteś za blada na „absolutnie”. Ale jeśli nie chcesz, nie mów. Domyślam się, że przez...

– Nie domyślasz się. Tym razem to mój wspaniały sąsiad, Szumny, zalazł mi za skórę.

– A co? Pomylił domy i wlazł ci do łóżka?

– Mogłaby to być przyjemna odmiana, pod warunkiem że byłby ciut przystojniejszy od konia. I pół wieku młodszy. – Maryla zachichotała. – Nie. Nie pomylił domów. Trafił, gdzie trzeba, choć urżnięty na bojowo. I w tej straceńczej odwadze ośmielił się wytknąć żonie jej rozmiary, przez które stracił ulubiony mebel do medytacji. Że niby lampucera usadziła szerokie dupsko w jego fotelu, fotel szlag trafił, a teraz on jej pokaże, gdzie raki zimują. Nie wiem, co ją bardziej ubodło, „lampucera” czy „szerokie dupsko”, może po równo, a że wody w ustach nie ma, ręce też nie od parady...

– Ejże. Chcesz powiedzieć, że spuściła mu manto?

– Z taką samą łatwością jak wodę w kibelku. A na koniec wywaliła z chałupy.

– O Jezu. To gdzie spał, że ty nie mogłaś spać? Na twoim progu?

– We własnych krzakach. I nie spał, bo mu lampucera, żona znaczy, nie dała. Wyskoczyła na balkon z piskiem, że stary pierdziel rozgniótł róże i ma się przenieść do stodoły. Darła się, że aż mnie podrzucało na łóżku. Wykrzykiwała takie rzeczy, że wolę nie pamiętać.

– Cholera. Czy ktoś może mi wyjaśnić, dlaczego ona tu jest?

– Kto? – Maryla patrzyła na Klarę niepewnie.

– Kto, kto... Lucynka. – Zerknęła na Barankową. – Czwartki ma przecież wolne. Spodziewałam się pełnego relaksu, a tu proszę. Taki żarcik. Niespodzianka. Nie powinno jej tu być.

– A kto jej zabroni? – szepnęła Maryla. – Udawaj, że jej tu nie ma. Albo jeszcze lepiej, wmów sobie, że w głębi duszy jest dobrą i wrażliwą kobietą, tylko nie umie tego okazać.

– W bardzo głębokiej głębi – mruknęła Klara.

Barankowa, zajęta sprawdzaniem prac domowych, ściągnęła ze sterty kolejny zeszyt. Otworzyła go i wgapiła się w coś z wyrazem lekkiego obrzydzenia na twarzy. Szybko się pozbierała, zamknęła zdecydowanym ruchem zeszyt i wymaszerowała z pokoju, trzymając go w palcach, jakby był spryskany pestycydami. Serce Klary zatrzepotało niespokojnie. Teraz pozostała jej już tylko egoistyczna modlitwa, żeby to nie jej tyłek był obrabiany na dyrektorskim dywaniku.

Nagle jej wzrok padł na wazon stojący na stole. Pyszniły się w nim gałązki rośliny o lejkowatych kwiatach i lancetowatych liściach. Próbowała przywołać mizerne zasoby swojej botanicznej wiedzy, lecz daremnie.

– To chyba lilia... – powiedziała w zamyśleniu. – Hm. Ciekawe, czy pyłek lilii jest trujący?

– Kogo to obchodzi? – Maryla zbyła ją machnięciem ręki, nie zagłębiając się w sens pytania.

– Mnie. Ciebie też powinno. Jak i Stefana, i wszystkich tych, którzy śnią o nieistnieniu Lucynki. Tak... Zdecydowanie podobałoby mi się jej nieistnienie na tym pięknym świecie. – Uśmiechnęła się do swoich marzeń. – Ula! – krzyknęła w stronę biolożki, aż ta się wzdrygnęła. – Czy pyłek lilii jest toksyczny? Można się nim zatruć?

– Jeśli jesteś alergikiem, lepiej nie wąchaj. Mogłabyś się zakichać na śmierć – odparła Ula. – A dlaczego pytasz?

– Tak sobie.

– Aha – powiedziała Ula, po czym zdystansowała się do otoczenia, wracając do medytacji.

– Zanim ciebie ogarnie morderczy pęd, po liliach nie będzie śladu – zawyrokowała Maryla. – Ty jej ani nie truj, ani nie wtykaj pyłków do nosa, tylko postaw się ostro. Zobaczysz, jak spotulnieje.

– Moja babcia mawiała, że jeśli ruszysz gówno, to śmierdzi.

– Fajna była ta twoja babcia. Robiła, co chciała, i nikt się jej nie czepiał, bo miała odpowiedź na każdą okoliczność. Wiesz, co powiedziała, gdy chcieli z Oleska zrobić kurort? – Maryla wykonała cudzysłów palcami. – Że staw dla kaczek nigdy nie będzie stawem kąpielowym, tak jak trawnik z rolki nigdy nie będzie trawnikiem z wysianej trawy. Ja też większej bzdury nie słyszałam. Na szczęście gmina wycofała się z projektu. Oficjalna wersja brzmiała, że zbyt kosztowny, ale mówiło się o korupcji, o próbie zrobienia interesu z działkami przylegającymi do stawu. I chyba coś było na rzeczy, bo poleciały głowy. Pana Baranka poniekąd też. Jego uczciwość ktoś tam gwarantował, ale i tak z wójta spadł na vice – mówiła z lekką ironią, a Klarze towarzyszyło wrażenie, że słyszy w jej słowach coś bardzo dla siebie ważnego. Chciała poprosić Marylę o szczegóły, ale ona znienacka przerwała wątek. – A, prawie zapomniałam. – Podniosła dziennik ze stołu i postukała się nim w czoło. – Mam wiadomość. Czas Barankowej minął, robi miejsce młodszym. Od września będzie emerytką. Nareszcie zapanuje tu cudowny spokój.

Klara wzruszyła ramionami.

– Hip, hip, hurra, będzie emerytką. Pewnie promieniała szczęściem, kiedy pogratulowałaś jej przejścia w stan spoczynku.

– I skąd ty to wszystko wiesz – powiedziała ze zgrozą Maryla i spojrzała na nią jak osoba, której zepsuto niespodziankę.

– Klasyka. – Klara uśmiechnęła się przepraszająco. – Podobno ta heca ciągnie się od trzech lat. Komornicki sugeruje jej przejście na emeryturę, ty gratulujesz, a ona się piekli, że nikomu do metryki nie zagląda i oczekuje tego samego od innych. Właściwie, o co jej chodzi? Ciągle powtarza, że dość ma huncwotów, ananasów i cymbałów i nie może się doczekać emerytury, a jak przychodzi co do czego, zapiera się jak diabeł przed kropielnicą.

– Mogę ci powiedzieć, dlaczego nie. Ona jest zacięta ambicjonalnie. Jako pierwsza dama Oleska i jeszcze aktywna zawodowo wiodła życie zgoła królewskie. Na emeryturze zostanie zgnębioną kurą domową. Co to za poziom dla kogoś, kto lubi grać pierwsze skrzypce?

W Klarze, która, jakby nie patrzeć, też była zacięta ambicjonalnie, a na dodatek współczuła zgnębionym i znerwicowanym kurom domowym, odezwało się coś na kształt wyrozumiałości.

– Sama nie wierzę w to, co powiem, ale chyba trochę ją rozumiem. To znaczy... Gdybym była na jej miejscu, pewnie też bym się nie śpieszyła. W kółko tylko dom, gospodarstwo, dom – jak w kołchozie.

– Teraz mówisz całkiem jak ona, tylko krócej. Nie wiem, czy wszystko rozgryzłam, bo cedzi bez kropek, ale mniej więcej o to jej chodziło.

– Ale o co?

W tym momencie wróciła Barankowa z zeszytem. Nim usiadła, rzuciła go na stół z takim hukiem, że nawet Ula z wyraźną dezaprobatą zacisnęła usta w wąską kreskę. Wymieniły porozumiewawcze uśmiechy, po czym Maryla pochyliła się do Klary.

– O to – wyszeptała jej do ucha – że nie ma się do czego spieszyć, gdyż emerytura to źródło małżeńskich niesnasek i w ogóle nieszczęście absolutne. Nawet gdyby bardzo się starała nie wleźć w domowy kierat, to przecież ktoś harować musi przy sianokosach, żniwach, zbiorze owoców, a na zatrudnienie wyrobników zza Buga już nie mogłaby liczyć. Mąż uznałby, że nie ma co wyrzucać pieniędzy w błoto, skoro ona dysponowałaby nadmiarem wolnego czasu. A konfitury i inne przetwory też nie zrobią się same, dom sam się nie posprząta, obiad nie ugotuje, lekcje Stasia same się nie odrobią.

– Sama frajda – mruknęła Klara. – Życie wiejskiej kobiety na emeryturze nie jest łatwe, to pewne. Ale żeby zaraz nieszczęście absolutne?

– Nie znasz puenty: „Wieczorem padnę na pysk, a mąż odwali resztę roboty w łóżku księgowej. Och, dziękuję, Wasza Pomysłowość. Właśnie takiej zachęty potrzebowałam”.

– No proszę cię... – Klara parsknęła gromkim śmiechem.

Ula, mimowolnie gładząca zasłonkę, konwulsyjnie zacisnęła dłoń na fałdzie i pociągnęła w dół, wyrywając karnisz i zaplątując się w muślin. Marek nieszczęśliwym trafem właśnie skończył rozmowę, wyjął słuchawki z uszu, a usłyszawszy ryk, wypuścił telefon z ręki i złapał go tuż nad ziemią. Stefan gwałtownie rozrzucił ramiona, rozdzierając gazetę na dwie asymetryczne części. Natomiast Maryla zanosiła się spazmatycznym chichotem, wijąc się na krześle jak sprężyna i omal z niego nie spadając.

Jedynie u Barankowej rozstrój nerwowy objawił się w sposób cichy i nieodczuwalny. Niespiesznie odłożyła pisak, odsunęła na bok zeszyt, odchyliła się do tyłu, zdjęła okulary, przetarła szkło rąbkiem sweterka, założyła okulary z powrotem. Wszystkie te czynności, czynione jakby od niechcenia, wyraźnie wskazywały, że żmija gotuje się do kąsania.

Z niezrozumiałych powodów Lucynka straciła nie tylko ruchliwość, lecz także dostała paraliżu organu mowy. Maryla i Klara jak na komendę odwróciły się i ujrzały Antoniuka. Stał w otwartych drzwiach do pokoju, minę miał nietęgą i ogólnie sprawiał wrażenie, jakby ujrzał upiora.

W momencie kiedy Klara patrzyła na niego, zastanawiając się, czy nim nie potrząsnąć, żeby się odpowietrzył, Barankowa nagle odzyskała aktywność życiową.

– On nie na wagarach?! – huknęła, opierając łokcie na stole. – No coś podobnego! Antoniuk zaszczycił szkołę swoją obecnością! Chyba zwołam nadzwyczajną konferencję prasową!

– Ja... Do pana Kraśko... Bo... – I na tym się jego możliwości głosowe skończyły.

Kraśko oderwał się od łączenia gazety w jedną całość i spojrzał znad okularów.

– Aleś ty dziś, synek, rozmowny, że ho, ho. Chodząca reklama gadulstwa.

– Mmmapa – Wykrztusił chłopiec. – Bo ja jestem...e... dyżurnym, psze pana, i e... przyszedłem po klucz do mapy.

– E... Nie do kanciapy? – Kraśko wyjął z kieszeni kluczyk na breloczku w kształcie amfory i wyciągnął rękę. – No rusz się, chłopie! Masz do przejścia tylko dwa metry. Dolny stojak przy ścia... – Nie dokończył, ponieważ Mikołajowi odeszło do końca śmiertelne zdumienie obecnością Barankowej i nawet odzyskał zdolność poruszania się.

– Znajdę! – Prawie wyrwał mu klucz z ręki i już go nie było.

– Będzie pan miał szczęście, kolego, jeśli znajdzie drogę do pracowni – rzekła Barankowa.

– Znajdzie. – Uspokoił ją. – Szałaput jest, ale mądry.

– Jak salomonowe portki. – Wzięła do ręki rzucony zeszyt i przekartkowała, wyraźnie czegoś szukając. – Ten chłopak jest genetycznie obciążony głupotą. Mam to tu... „Mój tata jest jak powietrze. Wiem, że jest, ale go nie widzę” – przeczytała i zamachała zeszytem triumfalnie. – Autor: Mikołaj Antoniuk.

– Yyy... I co dostał? – zainteresowała się Maryla.

Klara wstała, zaszła Lucynkę od tyłu i przez jej ramię zerknęła na kartkę.

– Jedynkę. Z plusikiem – uściśliła, tłumiąc chichot.

– Plusik pewnie za prawidłowo napisane nazwisko – mruknęła Marylka.

– Bardzo śmieszne – fuknęła Barankowa. – Za to, że wiedział, że powietrza nie widać. Poza tym umysł ma nieskażony wiedzą.

– Nie ocenia go pani zbyt surowo? – wtrącił milczący dotąd Marek Łysiak. – No owszem, on z tych, co to nie chodzą, jeśli mogą biegać, ale przynajmniej nie siedzi z nosem w komórce... – Odchrząknął. – W każdym razie jest ciekawy świata, a jeśli coś go zainteresuje, wręcz promienieje entuzjazmem. A bystry jak diabli.

– Jak sto tysięcy diabłów – warknęła Lucynka.

Rozdział 3

Piątkowy dzwonek obwieszczający koniec lekcji Klara przyjęła z ogromną radością. Jeszcze tylko nanieść oceny i uwagi do dzienników. Niby drobiazg, ale myśl, że w tym celu musi udać się do pokoju nauczycielskiego, psuła jej dobry nastrój. Wiedziała, że zastanie tam Barankową, i nawet nie próbowała marzyć, że mogłoby być inaczej. Wiadomo było, że ta nie opuszczała szkoły, dopóki pozostała w niej choć jedna dusza godna potępienia.

Klara wolnym krokiem, opierając się o poręcz, weszła na półpiętro. Marzyła o prysznicu, który zmyłby z niej intensywność ostatnich dni, i spędzeniu weekendu na zupełnym luzie.

Nie było jej to jednak dane.

Rozległ się potężny huk gdzieś w odległym końcu korytarza. Kilka sekund później usłyszała tupot nóg, zdyszany okrzyk: „Oooo! Mikiemu nareszcie się oberwie!” i zza winkla wybiegli dwaj uczniowie, omal jej nie tratując. Zanim zdążyła zareagować, zniknęli z jej pola widzenia. Ogarnięta złymi przeczuciami natychmiast przyspieszyła. Wkrótce ujrzała woźną zbierającą szkło. Obok stała pani Baranek, która trzymała za ucho Mikołaja i patrzyła mu prosto w oczy. Klara usłyszała jej słowa:

– Jesteś uziemiony, Antoniuk.

– A mogę wiedzieć, za co ty razem? – spytała Klara. – Co się stało?

Barankowa przez moment sprawiała wrażenie zaskoczonej, może nawet odrobinę zmieszanej, ale szybko doszła do siebie. Puściła ucho chłopca i wyprostowała się.

– Przecież nie za niewinność – prychnęła. – Tym razem urządził sobie boisko na korytarzu. Pogratulować pomysłu, pogratulować.

Mikołaj milczał. Wyglądał jak głęboko zranione dziecko – ze spuszczoną głową, z wypiekami na bladej twarzy i płonącym uchem. Klara odchrząknęła i spojrzała na uczniów stojących w pobliżu. Zanim jednak zdążyła zadać pytanie, zapewnili gorliwie, że nic nie widzieli, i rozpierzchli się po szkolnym korytarzu jak stonka.

Przerzuciła pytające spojrzenie na chłopca.

– To nie ja – zaprzeczył z ponurą miną. – Ja tylko stałem obok.

– A to, co trzymasz w rękach, to bukiecik fiołków – powiedziała z przekąsem polonistka. – Już ja cię znam, Antoniuk. – Mikołaj wymamrotał coś niezrozumiałego i zamierzał się odwrócić, ale błyskawicznie chwyciła go za nadgarstek. – O nie, kolego, nie tak szybko! Idziemy do dyrektora. I tym razem będziesz się miał z czego tłumaczyć. Nie dość, że wagarujesz, pyskujesz, to jeszcze bezczelnie kłamiesz!

– Chwileczkę... – Klara powstrzymała Barankową, która zdziwiona podniosła wzrok. – Po co zaraz dyrektor. Ten jeden raz chyba możemy wyjaśnić sprawę bez jego udziału.

– Nie możemy. – Barankowa ruszyła z kopyta, ciągnąc za sobą opierającego się Mikołaja.

– W porządku. Ale ma pani absolutną pewność, że to on jest winowajcą?

– Kurde mać! Mówię, że nie ja! – Nagłym szarpnięciem chłopak wyzwolił się z uścisku i pomknął przed siebie jak strzała, robiąc unik przed próbującą go powstrzymać woźną.

– Antoniuk, wracaj! Natychmiast! – wrzasnęła Barankowa. Kiedy Mikołaj zniknął za zakrętem odwróciła się do Klary i skrzyżowała ręce na piersiach. – I jeszcze się wyraża. To właśnie jest pani pupilek.

– Nie jest kryształowy, ale... Nie sądzę, żeby kłamał.

– Ach. Nie sądzi pani. I pewnie to nieistotne, że złapałam go z piłką w ręku?

– To jeszcze nie świadczy o jego winie. Mógł ją podnieść.

– To pani tak twierdzi.

– Cóż, może niebezpodstawnie? Przed chwilą widziałam Maćka Wróblewskiego, czmychał stąd, aż się za nim kurzyło. On i Stasio. Wyglądali, jakby coś zbroili.

– Mój Stasio? Wykluczone. – Barankowa uważnie się rozejrzała. Korytarz był pusty, jeśli nie liczyć woźnej zbierającej szkło. – Pani Rydzowa, widziała pani całe zajście? To Antoniuk stłukł szybę, prawda? – spytała, jakby to był pewnik.

– Ja tu nie jestem od patrzenia, a kto stłukł, nie powiem, bo nie widziałam – burknęła Rydzowa. – Jak wyleciałam z kanciapy, to był tylko chłopak Antoniukowej i trochę gapiów. No i pani. Mogę iść? – Zwróciła się nie do Barankowej, lecz do Klary.

Klara skinęła głową przyzwalająco.

Barankowa zamaszystym ruchem otworzyła drzwi do pokoju nauczycielskiego i weszła do środka. Klara podążyła za nią.

– Nie wierzę, że to Mikołaj – powtórzyła z naciskiem. – Może Staszek coś wie? Gdyby go podpytać...

– Stasia w to nie mieszaj. Mało to Antoniuk ma na sumieniu? I bez tej szyby jest o tyle od zawieszenia – odparła Barankowa, pokazując dwa palce rozstawione na pół centymetra.

Klara przysiadła na blacie szerokiego stołu i patrzyła na polonistkę w oczekiwaniu na ciąg dalszy, który jednak nie nastąpił.

– Moim zdaniem – podjęła po chwili milczenia – na sumieniu ma tyle samo, jeśli nie mniej, niż inni w tej szkole.

– A moim zdaniem jesteś subiektywna w jego osądzie, choć nie wiem dlaczego. Dla odmiany mogłabyś się zachować obiektywnie, panno Klaro – zauważyła Lucynka.

– Jestem obiektywna.

– Za ten swój obiektywizm kiedyś wreszcie zapłacisz, zobaczysz.

Przez chwilę mierzyły się wzrokiem. Klara odezwała się pierwsza.

– Chyba wcześniej, niż pani myśli. Zaraz jadę do matki Mikołaja i nie spodziewam się medalu. – Westchnęła demonstracyjnie, unosząc ręce.

– Iza miałaby znaleźć czas na rozmowę o synu? Ta dziwaczka? – Barankowa wzruszyła ramionami. – Sporo będzie ją kosztowało oderwanie się od warzenia tych cud-mikstur.

– Nie widzę nic złego w zielarstwie. Zioła Antoniukowej są nieszkodliwe, podobnie jak ona sama.

– O tak. Szumny może potwierdzić. Kabalarka niedowarzona zaserwowała mu miksturę na porost włosów, po której miał biegunkę przez trzy dni.

I co w tym dziwnego? – pomyślała rozbawiona Klara. Szumnemu bez różnicy, co w siebie wlewa: kwas z ogórków, płyn do hamulców czy miksturę do smarowania głowy.

– Zresztą, jestem przekonana, że zielarstwo to tylko przykrywka. – W głosie Barankowej zdawały się kryć lata tłumionej złości i głębokiej urazy. – Gdyby ktoś do niej zaszedł i zastał ją samą, otrzymałby coś więcej niż tylko kurację ziołami.

Klara starała się zachować zimną krew, chociaż przyszło jej to z trudem.

– Nie bardzo rozumiem, do czego ma nas doprowadzić rozmowa o życiu intymnym matki Mikołaja.

– Do wskazania winnego za zaistniały stan rzeczy? Kiedy w końcu pojmiesz, że ona próbuje zrzucić na szkołę obowiązek ujarzmienia dziecka, którego sama nie jest w stanie ujarzmić? Ale nie ze mną takie numery. Niech każdy zbiera, co sam zasiał.

– A co zasiała pani Antoniukowa? – spytała Klara zgryźliwie.

– Syna hultaja zasiała. Niedouka i obiboka. Jak można dawać przyzwolenie na myszkowanie po strychach i handel rupieciami, a przechodzić obojętnie wobec tego, że odbywa się to kosztem lekcji? Pewnie tak jej wygodniej.

– Pierwsze słyszę. Nawet jeśli, nie sądzę, żeby robił to za jej zgodą.

– Jasne. Wiarę w zabobony też wyssał z mlekiem matki bez jej zgody.

– Mikołaj i gusła? Bez przesady. Na coś takiego jest zbyt rozsądny.

– Jakieś proszalne zaklęcia i pięć złotych opłaty za życzenie, według pani to rozsądna metoda zapewnienia sobie promocji do następnej klasy?

– Ale... Skąd może pani to wiedzieć?

– A czy to ważne?

– Tak, dlatego pytam... Właściwie nieważne – przyznała Klara, ponieważ zaczęło w niej kiełkować podejrzenie, że chyba zna odpowiedź na własne pytanie. Istniało spore prawdopodobieństwo, że wiedza Barankowej pochodzi od wnuka, nie był to jednak stosowny moment, by o to rozpytywać. – Może i ma pani rację – podjęła po chwili – ale... gdyby wszyscy uczniowie byli aniołkami, my, wychowawcy, poroślibyśmy w pierze. A od czegoś tu w końcu jesteśmy.

– Czy mam rozumieć, że pani, koleżanko, twierdzi, że mam pomóc Mikołajowi, sprzątając bałagan po jego matce, bo taka jest moja powinność?

– Coś w tym rodzaju.

– Poważnie? Chciałabym wiedzieć, jak daleko każesz mi posunąć się w tej pomocy? Mam za niego usiąść w ławce?

– Niech pani nie żartuje.

– A kto powiedział, że żartuję? Naprawdę chciałabym to zrobić, obawiam się jednak, że nikt nie uwierzy, że ja to on. Trochę różnię się fizycznie od tego nygusa stulecia.

No dobrze – pomyślała Klara – w piątki Lucynka jest wesołkiem. Czas ją rozindyczyć. Niech dowie się, że tytuł nygusa stulecia nie jest zarezerwowany dla Mikołaja.

Jakby od niechcenia powiedziała więc, iż ma podobne odczucia, tyle że w stosunku do Stasia. Bycie wnukiem nauczycielki go rozbestwiło i zaczyna nazbyt ryzykować, prosząc się o kłopoty. Jej prywatna niepisana kartoteka Stasia Baranka obejmuje rozmaite przewiny, między innymi przypisywanie swoich grzeszków kolegom. Zwłaszcza Mikołajowi. Może się założyć, że odczuwa dreszczyk radości, ładując go w dodatkowe tarapaty.

Ponadto lekceważy niektórych nauczycieli, a wuef traktuje jak kupę przyklejoną do buta, chociaż ma sporo do nadrobienia w zakresie sprawności fizycznej. Na treningi siatkówki przychodzi lub nie, w zależności od nastroju, a kiedy już się pojawi, to jest roszczeniowy i wprowadza niezdrową atmosferę. Owszem, ma krzepę w rękach, ale sama krzepa jeszcze nie czyni siatkarza, a droga do sukcesu nie jest prosta. Rozumie, że chciałby pławić się w ciepełku szacunku i podziwu ze strony koleżanek i kolegów, ale jego tumiwisizm kłóci się z jego ambicjami...

Zamilkła, ponieważ błysk w oczach pani Baranek nie wróżył nic dobrego.

– I co niby mam zrobić z tymi informacjami? – wycedziła Lucynka, wkurzona jak diabli.

– Nie wiem, ale radziłabym wziąć je sobie do serca. Póki nie jest za późno.

– Chcesz powiedzieć, że zostawiłabyś Stasia na drugi rok? Z wuefu?! No proszę cię.

– Być może. – Klara odparła tonem dającym jasno do zrozumienia, że owszem, zostawiłaby, chyba że dojdą do jakiegoś konsensusu.

Oczy Lucyny pociemniały i nie ulegało wątpliwości, że odgadła, czego dotyczy ów konsensus.

– Innymi słowy, promocja Antoniuka za promocję Stasia. Tak? – Upewniła się.

– Tak jakby.

– Masz tupet, kobieto. Jeśli liczyłaś, że pójdę na taki szwindel, to się przeliczyłaś. Ty oceniasz sprawność fizyczną, ja wiedzę. Z mojego przedmiotu Antoniuk nie zasługuję na więcej niż jedynkę. Nawet ją wystawiłam.

– Ołówkiem...

– Och, to się da zmienić.

Klara nie miała ani odwagi, ani siły protestować. Cała Lucyna. Mściwa i emocjonalnie kaleka, która nie kiwnie palcem u nogi, żeby pomóc bliźniemu. Już wiedziała, właściwie wiedziała to od samego początku, że musi radzić sobie sama.

Kiedy wyszła ze szkoły, na zewnątrz królowała cudownie słoneczna pogoda, jakby w opozycji do jej nastroju. Panowało przyjemne ciepło i wiał wietrzyk, dość silny, by nieść ze sobą zapach lasu, pól i łąk oraz... Poszum głosu z parkingu za rogiem.

– Naprawdę chcesz, żebym to zrobił? – Wystraszony chłopak mówił piskliwie. – Ale przecież... Sam napis nie starczy?

– Chcesz się wycofać? – Drugi głos był lodowaty, bezkompromisowy.

– Wcale nie. Ale trochę się boję.

– Wiesz gdzie mam twój strach? W dupie. Wyluzuj, zakład to zakład, Wróblu. Ja swoje zrobiłem, teraz twoja kolej.

– Ale ty miałeś łatwiejsze zadanie.

– Jeśli chcesz być honorowy, musisz to zrobić. Zrób to, cykorze, no już. Miej to z głowy.

Klara wyjrzała zza winkla. Jakieś siedem metrów dalej Maciek Wróblewski przykucnął przy kole jej samochodu, szykując się do przebicia opony. Obok, kołysząc się na piętach, stał Staszek Baranek i patrzył na niego z nieskrywanym rozbawieniem.

– Co wy robicie?! – huknęła.

Ujrzawszy ją, chłopcy zamarli, a potem rzucili się do ucieczki.

– Maciek!... Staszek!... Wracajcie!

Maciek nawet się nie obejrzał. Skręcił w stronę szkolnej bramy, wołając:

– Ja nic nie zrobiłem! – I zniknął.

– Staszek! – krzyknęła tonem nieznoszącym sprzeciwu. – Bo zawołam babcię!

Chłopak z ociąganiem zawrócił.

– O co chodzi?

– Chciałam zamienić z tobą słówko.

– Ale to nie ja napisałem! – zapewnił.

– Słucham? – bąknęła zdziwiona, rozglądając się wokół, jakby te słowa nie były skierowane do niej. W oczy uderzył ją biały napis na masce: BRUDAS. – Zetrzyj to – poleciła ze stoickim spokojem.

– Niech ściera ten, który napisał – mruknął, obrzucając ją zuchwałym spojrzeniem, które ostatnio widywała u niego zdecydowanie częściej, niżby sobie tego życzyła.

– To pokaż ręce. – Zmrużyła oczy. – Wolno mi się domyślić, kolego, że chowasz tam kredę?

– To jeszcze nie dowód.

– To samo powiedział Antoniuk, ale jakoś nikt mu nie wierzy... – Coś pod jej nogą zalśniło w blasku słońca. Schyliła się i podniosła cienki gwóźdź. – Gwóźdź? To chciał zrobić Maciek w ramach waszego zakładu? Przebić oponę gwoździem?!

– Jakiego zakładu? – Stasio zapałał świętym oburzeniem. – Co się pani czepia?

Doprowadzał Klarę do szału. Mamrocząc w duchu litanię soczystych inwektyw, przywołała na twarz miły uśmiech. Ugłaskaj gada – pomyślała – i wyciągnij z niego, co się da.

– Zupełnie nie rozumiem, dlaczego tak się denerwujesz – powiedziała ugodowym tonem. – Przecież nic takiego się nie stało, tak? Właśnie coś mi przyszło do głowy. Gdybyś cierpiał przypadkiem na nadmiar wolnego czasu, mogłabym to jakoś wykorzystać. Chciałbyś trochę zarobić?

– Chodzi o mycie tego gra... samochodu?

– Uhm.

– To nie chciałbym. Ale może Wróbel... Nawet powinien, skoro to napisał.

– Oczywiście. Porozmawiam z nim.

Wahał się przez chwilę, wietrząc podstęp.

– Lojalnie uprzedzam, że to strata czasu. Nie kupi go pani.

Klara pomyślała, że wszystko można kupić, to tylko kwestia ceny, a głośno powiedziała:

– Lojalność to najpiękniejsza i najcenniejsza rzecz Stasiu, lecz źle pojmowana przynosi tylko szkodę i zagrożenie. Nie jest tak, że gdy przyjaciel działa na swoją zgubę, chcesz go ratować? Na pewno tak. Czasem wbrew jego woli. A czasem i wbrew sobie. Bo lojalność, Stasiu, to także odpowiedzialność za przyjaciela, umiejętność podjęcia trudnej decyzji...

– Po co ten wykład? – przerwał jej nieco ogłupiały.

– Ponieważ myślę – powiedziała z namysłem – że wiesz, kto stłukł szybę, tylko przez źle rozumianą lojalność próbujesz to zataić. Kto? – spytała szybko, nim skołowany Staś zdąży przestawić się na tryb cwaniactwa.

– Nie Maciek.

– Ale wiesz kto, prawda?

– Miki.

– Aha. – Klara westchnęła, myśląc o tym, że raczej z nim nie wygra, bo jest nieodrodnym wnukiem swojej babci. – No dobrze, możesz iść.

Klara odpaliła samochód i wyjechała z terenu szkoły. Na rozwidleniu dróg włączyła prawy migacz, jednocześnie wduszając numer Judyty w opcji szybkiego wybierania. Przyjaciółka odebrała po piątym sygnale.

– Boże. Co tak długo?

– Cześć, Klara. Zły dzień, co? – Po wszystkim, co się Klarze wydarzyło, ciepły, niski głos Judyty wydawał się cudownie krzepiący.

– Cześć. Nie był idealny. Właściwie całkiem do kitu. Jestem skonana, wkurzona, a do tego kofeina przestaje działać. Dobrze, że to koniec tygodnia, bo zrobiłabym komuś krzywdę.

– Słyszę to po każdym starciu z Barankową. Co tym razem?

– Dużo by opowiadać. Wiesz, co mnie najbardziej wkurza? – Klara wydęła policzki i wypuściła powietrze z głośnym pufnięciem. – Że nawet gdy mi się zdarzy stawić marny opór, i tak mam wrażenie, jakbym ją publicznie całowała w dupę. Matko, ależ jestem żałosna.

– Nie jesteś. Tylko trzymaj nerwy na wodzy. Jesteś nauczycielem, solą naszej ziemi, musisz mieć anielską cierpliwość. Nie daj się sprowokować.

– Mówisz to osobie, która znajduje się na granicy wyskoczenia ze skóry.

– Weź się w garść, bo długo nie pociągniesz.

– I tak umrę. A przy niej to nawet przed czterdziestką.

– O cholera. Bardzo niedobrze. Masz niedużo czasu.

– Co wy wszyscy z tym czasem... – mruknęła. – No dobrze, trochę przesadzam. Ale podnosi mi ciśnienie, a to dobry początek do wylądowania na OIOM-ie.

– Pamiętaj, że to nie ty masz problemy z emocjami.

– W każdym razie nie takie jak ona. Wiesz, że tydzień temu rzuciła książką w uczniów? Grali w piłkę pod oknem sali, w której prowadziła lekcję, i ich dzikie wrzaski nie pozwalały jej skupić myśli. A wczoraj sekretarkę nazwała nadętą prukwą, gdy ta nie wpuściła jej do dyrektora. I dobrze, musi poczekać z raportem o moim spóźnieniu, bo dzisiaj go nie ma...

– Nie może być. To znaczy akurat prukwą bym się nie przejmowała, ale już walenie czym popadnie... To nie jest jakiś tam niekłopotliwy wybuch złości. Chyba dzieje się z nią coś naprawdę niedobrego.

– Na litość boską, ona już tak ma, Judi. Umarłaby, gdyby nie przyszła do pracy z nastawieniem na wielkie bum... No i gdzie leziesz, cholerny idioto?! – Gwałtownie wcisnęła hamulec.

– Jezu słodki! – pisnęła Judyta. – Kogo przejechałaś?!

– Nikogo. Ale mogłam kota. A wracając do Barankowej...

– O nie. Statystyczne prawdopodobieństwo, iż dotrzesz tu w jednym kawałku, prowadząc samochód i rozmawiając o niej, jest praktycznie zerowe. Skończysz w śmietniku jak Stefa.

– Nie wiem, kto to, ale nie brzmi jak żart.

– Bo nie jest. Nic więcej nie powiem, chociaż aż mnie rozrywa.

– Co się stało? – spytała podejrzliwie Klara. – Oprócz lądowania w śmietniku?

– Nie teraz. Jak przyjedziesz, to się dowiesz.

– No właśnie w tej sprawie dzwonię. Zmiana planów, Judi. Raczej nie przyjadę, właściwie to nawet na pewno, bo wyskoczyła mi pilna sprawa wychowawcza. Obawiam się, że być albo nie być Mikołaja.