Obca agentka - Titus Müller - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Obca agentka ebook i audiobook

Muller Titus

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Ria ma dziesięć lat, gdy jej rodzice zostają zabrani przez Stasi. Zostaje rozdzielona z młodszą siostrą i umieszczona w rodzinie adopcyjnej. Od tamtej pory Ria wiedzie pozornie normalne życie w Berlinie Wschodnim.

Dopiero gdy zachodnioniemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) rekrutuje ją jako informatorkę, dostrzega swoją szansę. Z pomocą zachodnich służb specjalnych Ria pragnie zemścić się na NRD i w końcu odnaleźć siostrę.

Ale latem 1961 roku dowiaduje się o potwornym planie, który może na zawsze odmienić jej los i przyszłość obu państw niemieckich…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 391

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 35 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Róża Cieślińska-Dziekiewicz

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



1.

 

Fiodor Sorokin wpisał w formularz meldunkowy fałszywe nazwisko i zmyślony adres gdzieś w Dortmundzie.

– Jak długo pan zostanie, panie Budeit? – zapytał recepcjonista, przyjmując formularz z grzecznościowym uśmiechem. Zerknął na rubrykę z datą wyjazdu. Gość pozostawił ją pustą.

– Tak długo, jak będzie trzeba – odparł Sorokin. – Cztery, może pięć dni.

– Jest pan tu służbowo?

Fiodor nie odpowiedział, rzucił mu tylko chłodne spojrzenie. W końcu skinął głową.

– Pokażę panu pokój. – Recepcjonista obszedł kontuar hotelowy i chciał chwycić skórzaną walizkę w kolorze rdzawobrązowym, ale Sorokin był szybszy. Nie zwracając większej uwagi na ten fakt, pospieszył, by znaleźć się choć przy windzie jako pierwszy i nacisnąć przycisk przywołania. Stali w milczeniu, czekając na windę. Nagle recepcjonista zagadnął:

– Jest pan pierwszy raz w Monachium?

Minęły dwa lata od jego ostatniej wizyty, wtedy to zabił ukraińskiego polityka na emigracji, Lwa Rebeta. Ale Stepan Andrijowycz Bandera miał być zadaniem trudniejszym.

– Tak, pierwszy raz – odpowiedział. – Może mi pan polecić jakąś restaurację?

Recepcjonista polecił Böttnera albo Röttnera przy Theatinerstraße, było to i tak bez znaczenia, bo Sorokin najzwyczajniej nie słuchał.

Trzy lata temu Bandera okazał się silniejszy od jednego agenta, rok później od kolejnego. Otrzymał wystarczająco dużo ostrzeżeń, a więc tym bardziej będzie przygotowany. Był ukraińskim bohaterem narodowym i przywódcą OUN, Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.

Wjechali na górę. Pracownik hotelu otworzył pokój i zrobił gest zapraszający do środka, jakby chodziło co najmniej o luksusowy penthouse. Sorokin wsunął recepcjoniście w dłoń pięciomarkową monetę i zamknął drzwi. Usiadł na krześle przy biurku.

Miał tam wejść. Zabić człowieka, bez hałasu, bez śladu i zniknąć. Makarow nie wchodził w grę. Ryzyko, że nawet z tłumikiem ktoś usłyszy strzał, było zbyt duże. Bandera pracował między innymi dla BND1, a ci z pewnością mają wystawionych ludzi na czatach. Gdy tylko padną strzały, znajdą się w budynku w okamgnieniu. A w mieszkaniu Bandery mogły czekać kolejne niespodzianki.

Sorokin wyjął z walizki akta i zaczął ponownie przeglądać zebrane informacje. Bandera podczas wojny dowodził własną, niewielką prywatną armią. Pod kryptonimem „Konsul II” pracował dla Wehrmachtu, potem się od nich odwrócił i ogłosił powstanie niepodległego państwa ukraińskiego, a tego Niemcy nie mogli tolerować. Osadzili go w Sachsenhausen, lecz po trzech latach wypuścili na wolność, by kierował ukraińskim oporem przeciwko Armii Czerwonej. Oszukał ich i znów poszedł własną drogą. Od tamtej pory próbował oderwać Ukrainę od Związku Radzieckiego przy pomocy OUN, stając się naturalnym sprzymierzeńcem BND. Dochodziły do tego informacje zdobywane dzięki prowadzonej przez niego działalności wywrotowej i przekazywane na Zachód. Od piętnastu lat żył w ukryciu. W Republice Federalnej posługiwał się fałszywym nazwiskiem, ożenił się i wychowywał troje dzieci.

Sorokin wrył sobie w pamięć twarz z fotografii, potem wyjął luźne kartki z teczki, poszedł do łazienki, położył dossier w umywalce i podpalił je. Płomienie rzuciły na pomieszczenie upiorne, niebieskawe światło. Gdy również zdjęcie spłonęło, zmieniając się w pergaminowy czarny pył, rozdrobnił spopielone resztki i spłukał je w umywalce.

Spał dobrze, jak zawsze, kiedy sytuacja tego wymagała. Poduszka była twarda, łóżko wygniecione, a mimo to przebudził się w pełni sił. Nic mu się nie śniło. Na śniadanie zjadł miskę płatków owsianych i banana, pierwszego od dwóch lat, a wszystko to popijał prawdziwą kawą parzoną z palonych ziaren. Potem ruszył w miasto, musiał się bowiem przygotować.

Znał „walizki charakteryzatorskie”, jakimi dysponowała wschodnioniemiecka bezpieka i których używali również niektórzy agenci KGB. Zasoby peruk, doklejanych zarostów, różnych okularów, kosmetyków zmieniających odcień skóry. Dla niego takie rekwizyty nie miały większego znaczenia. Odciągały tylko uwagę od sedna sprawy.

Chcąc zamaskować swój wygląd należało pamiętać o historii stojącej za każdą postacią. Trzeba było stać się kimś innym. Wejść w jego codzienne zachowania. Na dworcu ważniejsza była walizka niż sztuczna broda. Na ulicy handlowej siatka na zakupy, a nie peruka.

Wąs, który dziś przykleił, był tylko drobiazgiem, swojego rodzaju dopełnieniem wizerunku.

Znacznie ważniejszy był wózek dziecięcy. Pchał go w stronę Kreittmayrstraße.

Martwiło go tylko, że wózek wygląda jak całkiem nowy, choć poplamił go mlekiem i przejechał kołami po piaskownicy na placu zabaw, to i tak uważny człowiek zwróci uwagę, że praktycznie był nówką.

Zbliżając się do domu pod numerem siedem, pochylił się nad wózkiem i mocniej otulił lalkę kocykami, które kupił. Widoczny pozostawił jedynie czubek głowy, odsłaniając tylko niewielki fragment, resztę zakrywała naciągnięta głęboko na czoło czapeczka. Dodatkowo ustawił osłonę przeciwsłoneczną pod takim kątem, że chcąc zajrzeć do środka, trzeba było niemal wpaść twarzą do wózka.

Od razu dostrzegł ustawionych na czatach ludzi. Jeden stał po przeciwnej stronie ulicy z gazetą w ręku, drugi siedział na ławce niedaleko wejścia do domu. Zbyt dobrze ogoleni, by uchodzić za włóczęgów.

Jeśli ten z ławki będzie próbował go zatrzymać i wciągnąć w bójkę, tamten po drugiej stronie wykorzysta osłonę w postaci zaparkowanego auta i będzie strzelać. To więcej jak pewne i oceniając sytuację, nie była to dobra pozycja wyjściowa.

Mimo to podszedł do drzwi kamienicy. Gość z ławki podniósł się i ruszył w jego stronę.

– Mama nie miała czasu? – zagadnął.

Sorokin udał zaskoczonego.

Po chwili, już bardziej pojednawczym tonem, tamten zadał kolejne pytanie:

– Jak mały się nazywa?

– To dziewczynka – odpowiedział Sorokin stłumionym głosem. – Luisa. Właśnie śpi. Zostawię ją na chwilę w sieni. Człowiek jest czasem wdzięczny za moment spokoju.

Agent próbował zajrzeć do wózka, ale osłona przeciwsłoneczna wyraźnie stała na przeszkodzie, a wnętrze tonęło w cieniu, zakrywającym wszystko.

„Powinienem był wymiąć spodnie” – pomyślał Sorokin. Dobrze, że przynajmniej chlusnął sobie odrobiną mleka na ramię. W tej chwili zauważył, jak wzrok faceta zatrzymał się właśnie na podłużnej białej plamie.

– Do kogo pan idzie?

– Do ciotki. – Sorokin pewnym ruchem podszedł do tablicy z dzwonkami i wybrał nazwisko zapisane kobiecą ręką. Nacisnął przycisk.

Gdy ponownie odwrócił się w kierunku wózka, zobaczył, że mężczyzna po drugiej stronie ulicy złożył gazetę, obszedł zaparkowane auto, zamierzając przejść przez jezdnię, prosto na niego.

Robiło się gorąco.

Przy tętnie sto siedemdziesiąt pięć nic nie było w porządku: wzrok zawodził, kontrola znikała. Jednak ktoś, kto po raz trzeci albo czwarty brał udział w strzelaninie, potrafił utrzymać nerwy na wodzy. Jego puls osiągnął teraz poziom stu dziesięciu do stu dwudziestu uderzeń na minutę.

„Kiedy otworzą te przeklęte drzwi?” – pomyślał. Zastanawiał się, czy nie stanąć jeszcze bliżej tablicy z dzwonkami, tym samym zasłaniając widok i spróbować szybko nacisnąć inny przycisk, ale nawet sam ruch w stronę tablicy mógłby wzbudzić podejrzenia u tych dwóch. Kto nie miał nic do ukrycia, temu było wszystko jedno, czy poczeka chwilę dłużej pod drzwiami.

Przy częstotliwości tętna powyżej stu czterdziestu pięciu zaczynały się nieprzyjemne objawy. Złożone ruchy stawały się trudne. Nie można było też dobrze skoordynować rąk.

Przy tętnie sto siedemdziesiąt pięć mózg się wyłączał, a ster przejmowało śródmózgowie, co z kolei dla procesów rozpoznawczych nie wróżyło nic dobrego. Pole widzenia zawężało się, krew odpływała z zewnętrznych mięśni, do wewnętrznych, w celu ich usztywnienia i ograniczenia utraty krwi w razie urazu. Człowiek nie potrafił sobie nawet przypomnieć numeru alarmowego. Z takim tętnem wybierało się potrójne zero albo inne bzdury.

Zmuszał się do spokoju i wyostrzał umysł. Podszycie rękawic było wypełnione granulatem ołowianym, więc jego ciosy zrobią swoje. Jeśli drugi obserwator sięgnąłby po broń, Sorokin użyje pierwszego z nich jako tarczy, jednocześnie wyjmując Makarowa z kabury. I tak poradzi sobie z obydwoma.

W drzwiach pojawiła się kobieta w zielonej wzorzystej zapasce.

– Pomoże mi pani wnieść wózek? – zapytał i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, on już popychał wózek do przodu.

Odruchowo otworzyła drzwi na tyle szeroko, by mógł przejść.

Jeśli prosiło się ludzi o prostą czynność, zwykle pomagali bez zastanowienia, a skłonność do udzielania pomocy była u kobiet szczególnie silna. Nieznajoma chwyciła wózek od przodu i bez słowa sprzeciwu wniosła go z nim po schodach.

Na półpiętrze rzucił okiem w dół. Drzwi wejściowe właśnie się zatrzasnęły. Obserwatorzy stali na zewnątrz i rozmawiali.

Kobieta uśmiechała się do niego, jakby miała ochotę natychmiast wyjść za niego za mąż.

– Wspaniały z pana ojciec. Zazwyczaj to matki chodzą z dziećmi na spacer, rzadko spotyka się ojca z wózkiem.– Wnoszenie wózka ją zmęczyło, ale nie przestawała się uśmiechać. – Na które piętro?

Fałszywe nazwisko Bandery zauważył na domofonie, w drugiej linijce.

– Trzecie piętro – powiedział Sorokin. – Ojej, bardzo mi przykro, że tak się pani zmęczyła, na dodatek pomyliłem dzwonki. Mam silną krótkowzroczność.

– Nie ma sprawy.

– Mała właśnie śpi, a tam na górze nikt nie otwiera. Może wyszli po zakupy czy coś. Przecież nie zostawię jej na dole przed drzwiami. Na szczęście jeszcze dużo nie waży.

– A ile ma? – zapytała kobieta.

– Pół roku.

– Mam nadzieję, że ma pan mleko ze sobą. Czy może jest nadal karmiona piersią? Jak coś, proszę śmiało mówić, mieszkam na pierwszym i mogę podgrzać wodę.

– Nie trzeba. Ale bardzo dziękuję.

Zostawili wózek na trzecim piętrze. Podziękował jej nad wyraz serdecznie, po czym kobieta zeszła po schodach z poczuciem, że pomogła umęczonemu ojcu. Po kilku stopniach zatrzymała się jeszcze:

– Naprawdę to żaden problem. Proszę po prostu zadzwonić do Weberów, chętnie pomogę.

Skinął głową i pochylił się znów nad wózkiem, jakby chciał się upewnić, czy z córką wszystko w porządku. W rzeczywistości, gdy tylko kobieta odeszła, wyjął z zagłębienia w tapicerce wózka ampułkę i fiolkę z tabletkami.

To, że KGB zamierzało podać mu dwa różne antidota, budziło już poważne wątpliwości. Opracowując antidotum, wybierało się jedną formę zastosowania, nikt nie oczekiwał, że człowiek w akcji najpierw łyknie tabletki, a potem jeszcze rozbije ampułkę.

Kazali mu połknąć tabletki wcześniej. Czy miały przygotować organizm na przyjęcie gazowego antidotum? W ampułce był zapewne azotyn izoamylu. A co zawierały tabletki?

Odłożył ampułkę i otworzył pudełko. Ostrożnie wyjął jedną z nich i przekręcił w palcach.

A jeśli to wcale nie było żadne antidotum, tylko wolno działająca trucizna? Może polityczne konsekwencje kolejnej nieudanej akcji były dla nich zbyt ryzykowne i woleli, by po wykonaniu zadania nie został nikt, kogo można by przesłuchać.

…zobowiązuję się wykonywać wszelkie rozkazy KGB w walce przeciw kapitalistycznym agresorom i zachować absolutną tajemnicę o wszystkim, czego się w związku z tym dowiem.

Podpisał się swego czasu pod tą deklaracją.

Za naruszenie tego zobowiązania podlegam pełnej surowości sowieckiego prawa.

Podczas pierwszej akcji miał jeszcze poczucie, że wypełnia wielkie, poważne zadanie dla ojczyzny. A później, kiedy trafił do Niemiec, pławił się w przekonaniu, że KGB nie miało wielu ludzi zdolnych do odegrania w przekonujący sposób roli Niemca. Może dałoby się ich policzyć na palcach jednej ręki. Miał talent językowy. Większość kolegów po fachu nawet po latach nie pozbywała się akcentu. Jego bez trudu brano za Niemca z urodzenia.

Z drugiej strony oficerowie prowadzący KGB nie lubili, gdy ktoś stawał się zbyt dobry. Uważali, że każdego można wymienić, z wyjątkiem ich samych. Nazbyt kompetentni pracownicy wydawali im się groźni.

Czy to znaczyło, że próbowali go zabić…?

Ktoś, kto wydawał rozkazy zabójstw, z pewnością nie zawaha się zlikwidować własnego człowieka.

– Cóż, jestem wolnym człowiekiem – wyszeptał. – Wolnym człowiekiem.

Odłożył tabletkę do fiolki i zamknął wieczko. Ampułka będzie musiała wystarczyć. Jeśli zabójstwo się powiedzie i zdoła odejść niezauważony, nie pozostanie już nic, co trzeba będzie „załatwić”, a przynajmniej w jego własnej sprawie.

Starannie przetarł chusteczką poręcz wózka, usuwając odciski palców. W sklepie nie miał, oczywiście, założonych rękawiczek. Nikt nie kupował wózka dziecięcego w rękawiczkach.

Wyjął pistolet gazowy. Z bronią w jednej ręce i ampułką owiniętą w chusteczkę w drugiej czekał na półpiętrze klatki schodowej. Nie spuszczał drzwi Bandery z oka. W końcu ten drań musiał kiedyś wyjść.

 

Sześćset kilometrów dalej nad Berlinem zapadał wieczór, otulając miasto lodowatą szarością. Z kominów unosił się dym. Po Kurfürstendamm przesuwał się gęsty strumień samochodów. Starsze modele, skręcając, wciąż używały kierunkowskazów ramieniowych, zaś te bardziej nowoczesne – sygnalizacji elektrycznej. Na fasadach domów zapalały się neony, reklamując w jaskrawych barwach piwo, ubezpieczenia i płyn do płukania ust. To był Zachód, tutaj życie pulsowało niemal jak w legendarnych latach dwudziestych. Hałas silników sprawiał, że odgłosy ulicy nieustannie wzrastały i opadały, niczym szum fal. Powietrze smakowało kurzem i benzyną.

A na Wschodzie?

Metro prowadziło tunelem pod granicą sektorów, a S-Bahn2 omijała ją sprytnie na powierzchni. Berlińczycy udawali, że to najnormalniejsza rzecz na świecie: miasto podzielone na dwie połowy, z których każda należała do innej światowej potęgi.

Na Wschodzie w powietrzu unosił się stęchły zapach palonego węgla brunatnego.

Wydeptane ścieżki prowadziły przez porośnięte chwastami działki gruzowisk, których wciąż jeszcze nie uprzątnięto. Przy Alei Stalina wznosiły się okazałe, ośmiopiętrowe bloki mieszkalne z windą, marmurowymi schodami, balkonami i wykafelkowaną łazienką. Aleję zbudowano na szerokość dziewięćdziesięciu metrów, była idealna do organizowania parad i defilad. Lecz z dala od tej reprezentacyjnej arterii fasady domów nadal nosiły ślady po kulach, a tynk odpadał płatami. Gdy u rzeźnika rzucili kiełbasę, kolejka ciągnęła się niemal do następnego narożnika ulicy.

Na początku Alei Stalina, przy bliźniaczych wieżach Frankfurter Tor, powstało kino, które kiedyś planowano nazwać Kosmos. Zaledwie kilka minut stąd, przy Boxhagener Straße 25, znajdował się budynek o szarym tynku, kwadratowych balkonach, z punktem przyjmowania prania na parterze i torami tramwajowymi przed wejściem głównym. W mieszkaniu na czwartym piętrze Max ustawił policyjną motorówkę na parapecie. Wypoziomował ją starannie, dbając, by była równo ustawiona obok sowieckiego śmigłowca Mi-4.

– Jak ci się podoba?

„Powinniśmy siedzieć razem w przytulnej atmosferze” – pomyślała Ria. Dlaczego nie czuła potrzeby, by wtulić się w jego ramiona?

Czy to znaczyło, że nie kocha Maxa? Odrzuciła tę myśl.

Pytań tego rodzaju nie należy zadawać sobie bez końca, a nastrój lubi bywać zmiennym. Bywały przecież dni, gdy naprawdę lubiła się do niego przytulić.

– Świetne – powiedziała i dmuchnęła na zielonkawobrązową powierzchnię herbaty ziołowej. Ostrożnie upiła łyk.

Max podniósł głowę, spojrzał na nią i roześmiał się.

– Jesteś nędzną kłamczuchą. – Wstał. – Uważaj tylko, żebyś tych modeli „przypadkiem” nie zrzuciła, kiedy mnie nie będzie. To była katorżnicza robota. Mają tu stać przez następnych dwadzieścia lat, obiecaj mi to.

Ria zakrztusiła się i zaczęła kaszleć.

– To wciąż moje mieszkanie.

Odstawiła filiżankę, podeszła do pianina i pozbierała nuty. Przeszła do korytarza, gdzie wsunęła nogi w buty. Max poszedł za nią i musnął jej usta długim i czułym pocałunkiem. Ostrożnie owinął wokół jej szyi swój kraciasty szal, wkładając jego końce za kołnierz kurtki.

– Żebyś o mnie pamiętała.

„Szczęściara ze mnie, że mam Maxa” – pomyślała.

Jeszcze raz weszła do kuchni i upiła łyk herbaty. Poczuła miłe ciepło aromatycznego naparu i było to bardzo uspakajające uczucie.

Wzięła płócienną siatkę i wyszła z mieszkania. Dwa piętra niżej, na wysokim parterze, zapukała cicho do Behmów. Drzwi się otworzyły i stanął w nich mały Geralf. Ledwie sięgał jej do pasa. Wyjęła z torby jabłko i podała chłopcu, a potem jeszcze pakunek z kanapkami.

– Tylko nie mów mamie.

– Nie powiem – obiecał Geralf. Na jego twarzy pojawiło się to charakterystyczne dla dzieci napięcie, któremu towarzyszyła śmiertelna powaga. Natychmiast rozpakował kanapki i ugryzł pierwszą z nich.

Pogładziła go po głowie, potem zagłębiła palce w rozczochrane włosy chłopca, rzucając równocześnie szybkie spojrzenie w głąb mieszkania. W korytarzu nie było zabawek, buty stały równo. Wahadło stojącego zegara kołysało się tam i z powrotem, a jego głośne tykanie rozbrzmiewało w takt samotności.

– Ona inaczej nie potrafi – powiedziała Ria. – Nigdy o tym nie zapominaj. Ona cię kocha, nawet jeśli jej tu nie ma.

Chłopiec na chwilę przestał ruszać buzią, zatrzymał się w pół kęsa. Wymamrotał coś, co brzmiało jak „w porządku”, nawet na nią nie spoglądając.

Najchętniej pocałowałaby go w czoło.

Zeszła kilka ostatnich schodów i usłyszała, jak Geralf za jej plecami zamyka drzwi, niemal bezgłośnie, zdecydowanie zbyt cicho jak na siedmiolatka. Jakby przepraszał cały świat.

Na zewnątrz, przed domem, odwinęła szal z szyi i wsunęła go do kieszeni kurtki. Delikatna wilgoć lutego przeszyła chłodem odsłonięte miejsce.

Dziś nie mogła znieść dotyku szala Maxa.

Po szynach przeszedł metalowy, brzęczący dźwięk. Tramwaj nadjechał punktualnie, a jego reflektor rozcinał wilgotne, chłodne powietrze niczym poszukujące oko cyklopa. Ria zapłaciła u konduktora i przeszła na tył wagonu, aż znalazła wolne miejsce. Zielona sztuczna skóra siedzenia była jeszcze ciepła, ktoś musiał przed momentem na nim siedzieć. Obca ciepłota była dla niej czymś nieprzyjemnym i przez moment zastanowiła się, czy nie wstać i nie poszukać innego miejsca. Lecz w tej samej chwili tamto ciepło zdążyło już zmieszać się z jej własnym.

Nauczycielka gry na pianinie na pewno zapyta o Maxa.

Ria pomyślała, że nie przećwiczyła Diabellego. Postanowiła schować go na koniec, a na wierzch położyć etiudę, może nauczycielka nie zwróci uwagi. Najlepiej będzie od razu, na samym początku, zapytać nauczycielkę o bolącą nogę, wtedy rozmowa potoczy się w innym kierunku i zostanie mniej czasu na lekcję. Przysięgła sobie, że w przyszłym tygodniu naprawdę zabierze się do Diabellego, a nauczycielka nie będzie musiała jej upominać.

Tramwaj przejechał przez Bersarinplatz i minął sklep z artykułami gospodarczymi.

Jeśli cała ta historia z Maxem potoczy się w kierunku ślubu, kupią duże małżeńskie łóżko. Potrzebowała przestrzeni podczas snu, nic nie mogło jej dotykać: żadna ręka, żaden łokieć, żadne obce kolano. Czy jest szansa, żeby z Maxem się udało? Na tyle dobrze, żeby to wszystko miało sens?

Oszczędzaliby na kanapę, a kiedyś i na używany telewizor.

Max będzie chciał dzieci.

Dzieci.

Nagła fala mdłości podeszła jej do gardła. Ria próbowała ją przełknąć, ale ta tylko się nasiliła. Pociągnęła za sznurek sygnalizacyjny. Tramwaj wydał dziwny dźwięk i z mocnym szarpnięciem zatrzymał się przy Dimitroffstraße, a drzwi się rozsunęły. Chłodne powietrze dobrze jej zrobiło. Spojrzała za odjeżdżającym tramwajem.

Potem ruszyła wzdłuż torów z powrotem do domu. Torba z nutami była ciężka, jakby niosła w niej kamienie.

Po lewej stronie stały stare kamienice, z okien sączyło się żółte światło. Dochodziły krzyki dzieci i chrapliwa muzyka z radia. Wiele z tych mieszkań było przepełnionych. Małżeństwa mieszkały w jednym pokoju u rodziców i czekały latami na pierwsze własne cztery kąty. Rozwiedzeni byli zmuszeni mieszkać nadal razem, bo nie było wolnych lokali.

A ona w wieku dwudziestu jeden lat mogła się cieszyć własnym mieszkaniem na czwartym piętrze, i choć toaletę w korytarzu musiała dzielić z rodziną Schädicków, nie przeszkadzało jej to wcale, bo kto w ogóle miał własną toaletę? Czasem bała się, że Max jest z nią tylko ze względu na mieszkanie. Od kilku dni cała kuchnia pachniała klejem. Składał u niej policyjną motorówkę i wojskowy śmigłowiec, czyż nie było to próbą zagnieżdżenia się? On myślał o nich na poważnie.

W witrynie przeczytała: „Naprawa oczek. Państwa pończochy reperuję szybko i czysto”.

W sąsiednim sklepie z kwiatami wystawiono rośliny doniczkowe o ciemnozielonych skórzastych liściach oraz samotnego cyklamena, którego różowe płatki walczyły z zapadającym mrokiem. Kwiatów ciętych niemal nigdy tu nie było, a zwłaszcza o tej porze roku.

Przypomniała sobie tytuł książki z dzieciństwa Spójrzcie, jak się do nas słońce śmieje!, a dwie ostatnie linijki wiersza zapadły jej szczególnie głęboko w pamięć:

Ten ogród pełen szczęścia lśni,

to nasza Republika, nasze dni!

 

Z okna mieszkania w piwnicy dobiegał jazz. Na talerzach perkusji zaszumiały szczotki, a dźwięki trąbki skakały radośnie ponad rytmem. Na szybie naklejono papierowe gwiazdki, pomalowane przez dzieci na żółto kredkami woskowymi.

Tu mieszkała rodzina, która przez cały dzień widziała jedynie buty i łydki przechodzących w pośpiechu ludzi. A jednak dzieci umiały dostrzec piękno i niosły swój kolorowy świat dalej.

Musiała pomyśleć o tym, jak razem z Jolanthe przymierzały potajemnie futra, płaszcze i kapelusze odwiedzających ojca gości. Jak chichotały przed lustrem i przyciskały dłonie do ust, nie chcąc się zdradzić. Jolanthe prawie znikająca w za dużym kapeluszu, z płaszczem zwisającym z chudego dziecięcego ciała niczym grube ciężkie futro, przy każdym kroku zamiatające podłogę.

Otworzyła drzwi kamienicy i zaczęła wspinać się po schodach, a każdy stopień był dla niej osobnym życiowym zadaniem.

Naprzeciwko Behmów otworzyły się nagle drzwi i stanęła w nich stara Kuntze, znowu się na nią zaczaiła.

– To przecież ta, co „lata” sobie przez granice! – warknęła. – Tam zgarnia zachodnie pieniądze, a tu korzysta z darmowej służby zdrowia. A pani to jeszcze wspiera!

Ria udała, że nie słyszy, i przeszła obok. Jeszcze tylko dwa piętra.

– Hej! Ja do pani mówię, panno Nachtmann! Doskonale wiem, że pani podtyka jedzenie temu chłopakowi. A ten pan, co u pani mieszka, on jest w ogóle zameldowany? – Głos sąsiadki niósł się po klatce schodowej.

Dlaczego tak trudno było prowadzić zwyczajne życie?

Jak to się działo, że wszystkim innym się udawało, tylko nie jej?

Nie mogła wyjść za Maxa. Tak samo jak nie mogła wyjść za kogokolwiek innego.

Weszła do mieszkania, zdjęła buty i ustawiła je starannie obok siebie, jakby to miało w czymkolwiek pomóc.

W przedpokoju pojawił się Max.

– Co się stało? Tramwaj znowu nie jeździ?

– Jeździ. – Powiesiła kurtkę na haczyku i weszła do pokoju z aneksem kuchennym. Jej herbata wciąż stała na stole. Już nie parowała. Letni napar był odrażający.

Max usiadł obok niej.

– Coś się wydarzyło?

– Dlaczego wtedy do mnie zagadałeś?

Zrobił zaskoczoną minę.

– Bo mi się spodobałaś.

– Ale przecież w ogóle mnie nie znałeś.

– Nikt nie zna drugiego człowieka, gdy dopiero co wpadnie mu w oko. O to właśnie chodzi. Zauważyłem twoje ładne nogi, twoją twarz… i to, że poruszasz się jak kotka.

– A inną też kiedyś tak zaczepiłeś?

– Co to za przesłuchanie?

Kiedy zobaczył, że ona nie reaguje na jego żartobliwy nastrój, od razu spoważniał.

– Wiesz przecież, jaki jestem nieśmiały.

Jak dobrze ona go właściwie znała?

– Wczoraj w nocy wcale mi na nieśmiałego nie wyglądałeś.

Uśmiechnął się krzywo i ujął jej dłoń.

– Ria, ja tę znajomość z tobą biorę całkiem na poważnie. Proszę cię, nie wątp w to. Wszystko się ułoży. Skończyłaś przygotowanie zawodowe, a od poniedziałku będę mieć zaszczyt być razem z panią minister, a kto może się pochwalić takim osiągnięciem?

– Z sekretarką – poprawiła go.

– W Ministerstwie Handlu Zagranicznego – dodał teatralnie. – Jestem z ciebie taki dumny.

– Nie wiem, czy jest z czego.

Klepnął ją żartobliwie po dłoni.

– No już, daj spokój.

– Gdyby moja siostra wiedziała, kim się stałam!

Czy ona naprawdę to powiedziała? Uchwyciła brzeg krzesła pod sobą i zacisnęła na nim palce.

Max odezwał się cicho:

– Co się wtedy stało?

Milczała.

– Cokolwiek to było, Ria, twoja siostra z pewnością już dawno zaczęła nowe życie. Może została inżynierką, traktorzystką albo obsługuje dźwig. W pewnym momencie trzeba zawrzeć pokój z przeszłością.

Poczuła, że zaczyna drżeć, i chwyciła się jeszcze mocniej krzesła, wstydziła się tego przed Maxem.

– A co, jeśli nigdy nie będę chciała mieć dzieci? Czy wtedy też… to znaczy…?

Przez chwilę patrzył jakby gdzieś w dal, ponad nią. Potem skinął głową.

– Tak. Wtedy też cię będę chciał.

Spojrzał jej w oczy.

– Ale powinnaś uporządkować to, co nosisz w sobie. To, co wydarzyło się dziesięć lat temu, nie może obciążać cię przez całe życie.

Znieruchomiała. Jej twarz zastygła.

– Skąd wiesz, że to było dziesięć lat temu? – Wstała.

Pokręcił głową.

– Tak tylko palnąłem. Dziesięć, dwanaście, czternaście lat, co za różnica?

– Nie. – Odstąpiła o krok. – Nie palnąłeś. Kto ci powiedział, że minęło dziesięć lat?

– Nikt. A może kiedyś… nie wiem… Ria, nie rozumiem, dlaczego tak cię to denerwuje.

– Przysłali cię do mnie rodzice zastępczy? – wyszeptała. – Masz mnie dla nich obserwować?

– Nonsens, przecież ja ich w ogóle nie znam.

– A może to Stasi3?

– Nie wiem, o czym mówisz. Ria, ja…

– Wyjdź.

Wstał.

– Nakręcasz się. Wmawiasz sobie coś.

Chciał ją objąć, lecz odepchnęła go. Złość w niej sięgała zenitu. Nienawiść również. To właśnie gniew dodawał jej sił.

Chwilę stał niezdecydowany, po czym wyszedł z kuchni. Słyszała, jak w przedpokoju wkłada płaszcz. Jeszcze raz pojawił się w drzwiach.

– Przyjdę jutro. Zobaczę, co tam u ciebie.

– Nie, Max. Oddaj mi klucz.

Wyciągnęła rękę.

Patrzył na nią wstrząśnięty. Kiedy zrozumiał, że nie ustąpi, wygrzebał z kieszeni zapasowy klucz, ten, który mu kiedyś dała, i podał jej.

– A teraz wyjdź.

– Ria!

Odwróciła się od niego.

Klnąc na czym świat stoi, opuścił mieszkanie.

Tymczasem Ria wsparła się o oparcie krzesła. Nagle zaczęło jej brakować powietrza. Gdy uczucie nie mijało, podeszła do parapetu, wzięła policyjną łódź oraz sowiecki helikopter i rzuciła nimi o podłogę tak, że rozpadły się na dziesiątki kawałków.

Przeszła do sypialni, zmiotła z łóżka kołdrę Maxa i wsunęła się pod własną. Skulona podciągnęła nogi pod brzuch i płakała w ciszy, jakby jej głos zamarł.

 

Drzwi kamienicy przy Kreittmayrstraße 7 w Monachium zatrzasnęły się, a po podłodze zaszurały buty, jakby wchodzący do budynku mężczyzna niósł coś ciężkiego. Jego kroki brzmiały topornie i wyjątkowo głośno, nie sposób było go pomylić z kobietą.

Sorokin złożył gazetę na lufie broni i zacisnął lewą dłonią chusteczkę z ampułką. Miał nadzieję, że odrzucenie tabletek nie okaże się śmiertelnym błędem.

Jedne z drzwi się otworzyły, na innym piętrze.

Usłyszał kobiecy głos:

Ależ pan dziś dźwiga ciężki pakunek.

To był głos sąsiadki, tej samej, która pomogła mu wcześniej wnieść wózek.

– Lesya ma urodziny – odpowiedział mężczyzna.

– Ach, jak te dzieci szybko rosną… Dziś wnosiłam po schodach takie słodkie maleństwo, aż trudno uwierzyć, że kiedyś będzie takie duże jak pańska trójka.

– Tak, czas szybko leci – sapnął mężczyzna, idąc w górę.

Sorokin podniósł się i bezszelestnie cofnął za zakręcające schody. Dźwięk skrzypiących stopni wskazywał, że jego cel dotarł na drugie piętro. Zadzwonił do drzwi.

Sorokin energicznie ruszył w dół.

Mężczyzna balansował kilkoma pakunkami niesionymi w rękach, był łysy, to się zgadzało, ale czy ta szczupła twarz też pasowała?

– Może panu pomóc? – zagadnął Sorokin, chcąc go zmusić do odwrócenia głowy.

Usta o wydętym kształcie, dołeczek na brodzie, wszystko pasowało.

Sorokin uniósł gazetę i strzelił.

Z lufy wydobył się syczący gaz, a jego opary uderzyły mężczyznę prosto w twarz.

Bandera upuścił pakunki i poderwał ręce, wydając z siebie chrapliwy jęk.

W tym samym momencie, mijając go, Sorokin lewą ręką zmiażdżył trzymaną w chusteczce fiolkę z przeciwodtrutką i przyłożył mu ją szybkim ruchem do nosa. Zaleciało stęchlizną.

Nie czekając nawet na agonię Bandery, poszedł dalej. Broń wsunął z tyłu za pasek spodni, tak by kurtka ją zasłaniała. Chusteczkę z odłamkami szkła wcisnął głęboko do kieszeni.

Wyszedł z budynku.

Mężczyzna na czatach spojrzał na niego.

– Jak już zaśnie, to naprawdę śpi – zaśmiał się Sorokin. – Korzystam z okazji, żeby coś szybko załatwić. Ciotka jej popilnuje.

2.

 

Oficer prowadzący BND, Hähner, siedział nad porcją wątróbki z purée ziemniaczanym i musem jabłkowym. Nikt nie potrafił tego przyrządzić tak jak jego babcia. Z zadowoleniem patrzyła, jak je, śledząc oczami każdy kęs. Już trzeci raz powtórzyła:

– Sama przyjemność patrzeć, jak młody człowiek z takim apetytem zajada.

A miał przecież prawie czterdzieści lat.

– Na pewno nic nie zjesz?

– Skubnę później troszkę musu jabłkowego – odparła.

Zadzwonił telefon. Babcia z trudem podniosła się z krzesła.

– Oho? Przecież do mnie nikt nigdy nie dzwoni.

Chciał wstać, ale zatrzymała go podniesiona ręka starszej kobiety.

– Ty grzecznie siedzisz i dalej ładnie jesz, chłopcze. Inaczej purée ci wystygnie.

Tymczasem staruszka powłóczyła nogami w stronę telefonu, który nie przestawał dzwonić.

– No już, już, idę przecież – mruknęła zirytowana, podnosząc słuchawkę. Była ciężka i omal nie wyślizgnęła się z jej ręki, więc mocniej uchwyciła śliski plastik i po chwili już próbowała przyłożyć we właściwe miejsce do ucha.

– Kto mówi, proszę?

Spojrzała na Hähnera.

– To do ciebie.

Teraz jednak wstał. Wątróbka i purée nagle zaczęły mu ciążyć w żołądku. Przejął słuchawkę.

– Hähner.

Cichy głos zapytał:

– Siedzi pan?

– Nie.

– „Wintersturma” znaleziono na klatce schodowej, przed drzwiami jego mieszkania. Martwego.

– Cholera. Po co w takim razie wystawiliśmy ludzi na czatach?

Przycisnął palec wskazujący i kciuk do nasady nosa.

– Jakieś obrażenia?

– Nic widocznego.

– Niech go zbadają toksykologicznie w zakładzie medycyny sądowej. Zakładajcie zabójstwo. Mają zadzwonić do mnie do domu, za dwie godziny. I dajcie mi numer do ludzi, którzy mieli go ochraniać.

– Są w zupełnej rozsypce.

– Numer?

Cichy głos podyktował, a on zanotował. Bez słowa podziękowania odłożył słuchawkę.

– Stało się coś złego? – spytała babcia. – Ta twoja policyjna robota nigdy się nie kończy…

Była święcie przekonana, że wnuk jest policjantem kryminalnym.

– Daj mi chwilę.

Ton ciągły krótki–długi, krótki–długi, sygnał Morse’a dla litery A, brzęczał w słuchawce. Tak bardzo był już przesiąknięty pracą w tajnych służbach, że w zwyczajnych sytuacjach doszukiwał się nawet i takich drobiazgów: zwykły sygnał oczekiwania stawał się nagle symbolem nadawania.

Spojrzał na kartkę i przekręcił zgrzytającą tarczę wybierania: 0–8–1–1, czyli Monachium. A więc nie byli w Pullach.

Wykręcił ostatnią cyfrę i nasłuchiwał.

Odezwał się męski głos. Nie czekając, aż tamten skończy mówić swoje nazwisko, powiedział:

– Hähner, z Gamma. Spaliście na służbie?

Rozmówca po drugiej stronie, jąkając się, próbował usprawiedliwić to, co się wydarzyło, zwłaszcza że cała sytuacja wstrząsnęła zarówno nim, jak i jego kolegą, z którym był w tym czasie na służbie.

– Jest jakiś podejrzany?

– Krótko przed tym do domu wszedł jakiś młody facet, około trzydziestki, udawał, że zna jedną z lokatorek. Miał ze sobą wózek dziecięcy. Sprawdziliśmy go, w środku była tylko lalka.

– Odciski?

– Żadnych.

Właśnie tak a nie inaczej wyobrażał sobie tę sytuację.

– Słyszeliście strzał?

– Nie, niczego. Ale samochody przejeżdżały na ulicy… jeśli użył tłumika… Tyle że nie ma kuli ani rany postrzałowej. Proszę posłuchać, naprawdę jest mi okropnie przykro, koledze też.

– Mam nadzieję, że już siedzicie u technika sporządzającego portrety pamięciowe? – No więc my…

– Pospieszcie się! Przekażcie portret wszystkim komisariatom policji. Niewykluczone, że ten typ wciąż jest w mieście.

Odłożył słuchawkę.

 

Ławka na przystanku tramwajowym wydała się Sorokinowi dziwnie niewygodna. Do tego farba, którą rozjaśnił włosy, wciąż jeszcze nie wyschła, a oprawki rogowych okularów uciskały, bo przecież żaden optyk ich nie dopasowywał. Szczerze nienawidził tej charakteryzacji, ale nie miał wyboru. Fałszywy dowód, przygotowany specjalnie na ucieczkę, przedstawiał go właśnie tak: blond włosy i okulary w rogowej oprawie.

Kontynuował lekturę „Spiegla”. Czytał artykuł o kanadyjskich działaniach obronnych przeciw sowieckim okrętom podwodnym uzbrojonym w rakiety, operującym pod arktycznym lodem, a równocześnie obserwował wejście Dworca Głównego w Monachium. Policyjna parka raczej go nie szukała, ale co z tamtymi trzema mężczyznami w garniturach stojącymi przy postoju taksówek? Kręcili się tam już dwadzieścia minut, rozglądając dookoła.

W wysokich szklanych oknach dworca odbijało się światło zachodzącego słońca. Wskazówka ogromnego zegara, przymocowanego na prawej połowie budynku, przesuwała się leniwie po kreskach wskazujących minuty. Pociąg międzystrefowy odjeżdżał o 19:37, czyli za dziesięć minut. Pod zadaszeniem wygiętym w łagodny łuk strumień pasażerów wypływał z wnętrza dworca.

Do mężczyzn w garniturach podszedł kolejny, podobnie ubrany. Przywitali go radośnie, po czym odeszli razem w głąb dworca. Więc jednak zwykli biznesmeni. Sorokin złożył czasopismo, podniósł się, wziął kuferek i przeszedł przez ulicę.

Nie iść za szybko. Nie iść za wolno. Nie rozglądać się. Twarz powinna mieć ten beznamiętny wyraz codzienności. Zapewne posiadali już jego szczegółowy rysopis, i choć teraz brakowało mu wąsa, to właśnie w tym miejscu spodziewano się go najbardziej. I to go niepokoiło.

Jego spojrzenie przebiegło po kioskach z tytoniem, pamiątkami i kwiatami. Zlokalizował przy tym punkt kasowy. Urzędnik za szybą przyjął jego zamówienie. Drukarka, wielkości stołu, wydrukowała kartonowy bilet, który tamten podał przez otwór w okienku kasowym. Sorokin z biletem w dłoni wszedł do głównej hali, szukając peronu.

Zielone wagony z dachami czarnymi od sadzy stały długimi rzędami za parowozami, był też jeden pociąg spalinowy, z czerwono-białym przodem, a w świetle reflektorów jarzyła się reklama zegarków Junghans.

Zanim wsiadł do pociągu pośpiesznego D 149, spojrzał jeszcze na wiszący na ścianie obraz dalekobieżnego spalinowego VT11 w kolorze bordowym, nad którym widniały słowa: GUTE REISE.

Nie zdążył jeszcze znaleźć miejsca siedzącego w wagonie, gdy na zewnątrz rozległ się już przenikliwy dźwięk gwizdka. Lokomotywa odpowiedziała trzema sygnałami pary. Drzwi zamknęły się z trzaskiem i pociąg ruszył.

 

Stefan Hähner nawet nie próbował ogrzewać mieszkania, teraz nie miało to już sensu. Gdy spakował ostatnie rzeczy do walizki, zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę.

– Ma pan coś?

– Niestety nie. Wszystko wskazuje na śmierć naturalną. Być może po prostu…

– Został zamordowany.

– Był przypadek zabójstwa insuliną cztery lata temu. My, zwykli śmiertelnicy, nie tolerujemy insuliny. Ta sama dawka, która nie szkodzi diabetykowi, a wręcz mu pomaga, dla nas jest śmiertelna. Po fakcie nie można niczego wykryć: insulina rozpuszcza się we krwi bez śladu. Co najwyżej stwierdza się podwyższony poziom cukru w prawej komorze serca. I rozszerzone źrenice.

– Czy Bandera miał rozszerzone źrenice i cukier w prawej komorze serca?

– Nie.

– Sprawdził pan wszystko inne?

– To nie był też E 605. Dokładnie zbadałem jamę ustną pod kątem odłamków szkła, na wypadek gdyby było to samobójstwo i gdyby rozgryzł ampułkę. Nic.

– Niech pan zbada jeszcze raz. I proszę wezwać Wolfganga Spanna.

– Pan Spann jest…

– Proszę go wezwać. – Hähner przerwał lekarzowi sądowemu. – Proszę razem z nim zbadać ciało centymetr po centymetrze. Gdzieś musi być ślad wkłucia.

Spojrzał na zegarek.

– Jutro przed południem zadzwonię do pana w sprawie wyników.

Odłożył słuchawkę i znów spojrzał na zegarek. O 21:48 z Dworca Zoologischer Garten odjeżdża nocny pociąg. O jedenastej miał być w Monachium, więc koło południa mógł złożyć wizytę Gehlenowi w Pullach.

Zamknął walizkę i popatrzył w okno. Miał przed oczami Banderę, jak miesza kawę, słyszał, jak opowiada o swoich dzieciach – Natalii, Andrieju i Lesyi – o żonie.

– Mordują moich chłopców – powiedział wtedy cicho Stepan. – Po prostu mordują moich chłopców.

Hähner zastukał czterema opuszkami palców w skórę walizki.

– Pieprzeni Rosjanie.

 

Około dziesiątej Sorokin patrzył z okna pociągu na feerię świetlnych reklam pełnych przepychu Norymbergi. Taki był Zachód: głośny i prowokujący. Firmy zachwalały swoje produkty we wszystkich barwach i kształtach. Mógł zrozumieć, że funkcjonariuszom to współzawodnictwo o uwagę konsumentów wydawało się naganne, to bezwstydne zabieganie o ich pieniądze. Ale sukces tych kolorowych, świecących billboardów był niezaprzeczalny. Przyszedł wraz z armią, zaraz po wojnie. Radzieccy żołnierze nosili sprane polowe bluzy, amerykańscy – atrakcyjne mundury. Rosjanie mieli zapadnięte policzki i byli głodni, za to Amerykanie rozdawali czekoladę, dobre papierosy i kawę.

Podrostek w przedziale zerwał się na równe nogi i opuścił okno. Wychylił głowę na zewnątrz.

– Nie patrz w stronę lokomotywy – upomniała matka. – Bo sadza wpadnie ci do oczu. I nie wychylaj się tak bardzo!

Welur na siedzeniu pociągu kursującego między strefami był wytarty. W plecy wbijała mu się kabura Makarowa. Sorokin wstał i zaczął rozglądać się po pociągu za kelnerem.

Przejrzał dosyć skromny wybór alkoholi, kupił podwójną kminkówkę w małej kieszonkowej butelce, po czym wrócił do przedziału i wypił. Sto mililitrów pochłonął na raz i poczuł, jak alkohol ogrzewa przyjemnie jego wnętrzności. Chłopiec siedział cicho na swoim miejscu, a matka spojrzała na Sorokina z dezaprobatą.

Wjechali do tunelu. Przez szparę w oknie do przedziału wdarły się dym i brud. Sorokin domknął okno, po czym zapadła głucha cisza.

Jego towarzysze podróży nawet się nie domyślali, jak łatwo można umrzeć. Nie pojmowali ani piękna życia, ani jego kruchości.

Chłopiec oparł się o ramię matki, a ona okryła go swoją kurtką.

Z korytarza doszły do nich teraz męskie głosy. Pomimo że stłumione, to słyszał je przez drewnianą ścianę sąsiedniego przedziału:

– Kontrola policyjna. Dokumenty, proszę.

Natychmiast oprzytomniał. Do granicy pozostawały jeszcze dwie i pół godziny, więc to nie była policja transportowa ani rutynowa kontrola. Zbeształ się w myślach jak idiota, że wypił kminkówkę, alkohol spowalniał reakcje. Uprzejmie wskazał wolne miejsce obok kobiety i chłopca i zapytał:

– Czy to pani nie przeszkadza? Robi mi się niedobrze, kiedy siedzę tyłem do kierunku jazdy.

Kobieta skrzywiła się z obrzydzeniem.

W pełni lekceważąc jej odruch, usiadł obok.

Drzwi przedziału odsunęły się i właśnie w tym momencie kobieta powiedziała zjadliwie:

– Nic dziwnego. Ten alkohol naprawdę nie był potrzebny. I to przy dziecku!

Sorokin uśmiechnął się w duchu. Lepiej nie mogło się ułożyć. Wyglądali jak typowa rodzina.

Ale trzej mundurowi najwyraźniej widzieli to inaczej. Wpatrywali się uważnie w jego twarz. Ten stojący z przodu powiedział:

– Kontrola policyjna. Pana dokument poproszę.

Dwaj pozostali trzymali dłonie na kaburach pistoletów. Zauważył to, pochylając się do wewnętrznej kieszeni torby po dokument.

Kobieta również zaczęła grzebać w swoich rzeczach, ale policjant powiedział:

– Tylko pan.

Skwitowała to przemądrzałym uśmiechem.

Tego z przodu mógł zastrzelić. Gdy zrobi to umiejętnie, kula przejdzie przez ciało i zrani jeszcze stojącego za nim, z takiej odległości musi się udać. Ale problemem był ostatni, a wszyscy trzej blokowali wyjście. Używając noża, byłby równie szybki, a przy tym bezgłośny. Podał dokument, jednocześnie ostrożnie sięgając wzdłuż boku po nóż bojowy.

Policjant porównał zdjęcie z jego twarzą.

– Pan Semmelrogge?

– Czy coś się nie zgadza? – zapytał.

– Proszę podać datę urodzenia.

– Przecież jest tam wpisana.

Dwaj policjanci z tyłu wysunęli pistolety z kabur.

Odpowiedział znudzonym tonem:

– Szesnasty listopada tysiąc dziewięćset trzydziestego.

– A dokąd pan jedzie…?

– Do Berlina. Chce pan zobaczyć bilet?

Policjant oddał mu dokument.

– Nie trzeba. Szerokiej drogi.

Po czym zasunął drzwi przedziału.

Sorokin schował dokument i patrzył za policjantami. Czy chcieli tylko naradzić się co do dalszego postępowania i zmylić go odwrotem? Dopiero gdy z sąsiedniego przedziału usłyszał to samo pytanie o dokumenty, powoli cofnął rękę z rękojeści noża.

Kobieta odsunęła się od niego tak daleko, jak tylko mogła. Najwyraźniej brała go za alkoholika.

W Erlangen policjanci wysiedli. Widział ich na peronie, jak stali i dyskutowali. Gdy pociąg znów ruszył, wyjął sfałszowany dokument i przyjrzał mu się. Zwrócił uwagę, by do zdjęcia paszportowego włożyć inne ubranie. Wtedy też mozolnie zaczesał farbowane na blond włosy na przedziałek, używając brylantyny. Zbyt duże podobieństwo przy fałszywych dokumentach było błędem i od razu rzucało się w oczy. Jeśli dokument wystawiono przed laty, a człowiek od tego czasu ani trochę się nie zmienił, było to aż nazbyt podejrzane.

Po północy, a dokładnie o 00:46, dotarli do Ludwigsstadt, ostatniej miejscowości na Zachodzie. Gdy o 1:01 pociąg ponownie ruszył, Sorokin przesiadł się z powrotem na swoją stronę wagonu. Dalsza gra nie była już potrzebna.

Rozległ się komunikat przez głośniki:

– Szanowni pasażerowie, prosimy przygotować dokumenty. Za chwilę przekroczymy granicę stref.

Pociąg zatrzymał się na prowincjonalnej stacji Probstzella. Peron był upiornie pusty, poza uzbrojonymi żołnierzami stojącymi z karabinami w pogotowiu nie było tu nikogo. Żaden pasażer nie wsiadał ani nie wysiadał. Panowała martwa cisza.

Palacz i maszynista prawdopodobnie odpoczywali po wyczerpującym podjeździe przez Las Frankoński. Sorokin sprawdził, jak leży jego kurtka. Broń musiała pozostać niewidoczna dla obcych oczu, nie chciał zwracać na siebie uwagi także po wschodniej stronie. Wyjął zachowawczo walizkę, spoczywającą do tej pory nieruchomo w siatce bagażowej. Kurtka mogła się przy tym zsunąć, dlatego wolał zrobić to teraz, a nie gdy będzie obserwowany przez kontrolujących.

Po chwili drzwi przedziału się otworzyły.

– Dobry wieczór. Kontrola paszportowa. Dokumenty, proszę.

Wraz z funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa Państwowego (Stasi ) przyszli celnicy. Kazali otworzyć walizki i przeszukali bagaż. U chłopca znaleźli komiks, który oczywiście zarekwirowali.

Pociąg stał trzydzieści minut. Potem ruszył dalej. Byli teraz w innym świecie. Saalfeld nie było Norymbergą, więc nie mogło tu być bogatej iluminacji. A jednak nawet w blasku skąpych latarni dostrzegał różnicę: na rogu domu ciężkie działa wyżłobiły bruzdy, jakby uderzano w mur siekierą. W niektórych miejscach w otwory najzwyczajniej powkładano kamienie, a stiukowa elewacja była rozszarpana odłamkami granatów i wyglądała jak w dniu, gdy grad pocisków spadł na ścianę budynku. Do tego wyblakłe napisy i ziejące pustką luki w rzędzie zabudowy, a tymczasem Zachód na rumowiskach już dawno wzniósł nowe domy. Zapewne ulicom nadano tu nazwy Niemiecko-Radzieckiej Przyjaźni, Liebknechta, Engelsa, Róży Luksemburg.

Około ósmej wjadą na berliński Dworzec Wschodni, po dwunastu i pół godziny spędzonych w tym przedziale z ponuro patrzącą kobietą i jej synem. Krótko przed siódmą pociąg zatrzyma się jeszcze w Drewitz, przed granicą z Berlinem Zachodnim, na kolejną kontrolę.

Nikt nie wiedział, gdzie on w tej chwili jest. Mógł równie dobrze wciąż być w Monachium, w Paryżu albo w Hamburgu. Mógł być też martwy. Czy to czyniło go wolnym? Strząsnął do ust ostatnią kroplę z piersiówki. Niewiarygodne, że ktoś z tą obmierzłą babą zdołał spłodzić syna.

 

Na południe od Jeny o 2:45 w ogromnym pędzie minęły się dwa nocne pociągi. Z ich okien sączyło się jasne światło. Jeden jechał do Berlina. Siedział w nim Sorokin, człowiek, który zabił. Drugi pociąg jechał do Monachium. W nim siedział Hähner, człowiek, który znał zabitego.

Gdy między składami zderzało się ciśnienie powietrza, a wagony przemykały obok siebie z wielkim łoskotem, przez ułamek sekundy mogli nawet spojrzeć sobie w oczy. Potem było po wszystkim i znowu wokoło królowała noc.

3.

 

Ria opuściła stację Plänterwald. W drodze do kolonii ogródków działkowych dopadł ją lęk. Czyżby popełniła największy błąd w swoim życiu? Przypominała sobie chwile, kiedy Max ugotował dla niej makaron, ich pierwszy pocałunek i szczery śmiech. Ich drugi pocałunek, już o wiele bardziej namiętny, bitwy na śnieżki i jego czułe pytanie, czy mógłby zostać na noc… Nigdy nie pytał o jej rodziców i to rzeczywiście było osobliwe. Ale mógł równie dobrze mieć tyle taktu i dlatego się powstrzymywał. Z pewnością zauważył, że na pytania o przeszłość odpowiadała zdawkowo.

W zasięgu wzroku pojawiły się ogródki działkowe, altany, nagie krzewy i drzewa bez liści. Ria szła wzdłuż ogrodzenia, jak wtedy, gdy była dzieckiem.

Była furtka, a za nią drewniana altana z dachem krytym papą, stara wanna służąca za zbiornik na deszczówkę, pryzma kompostowa. Przy ogrodowym stole, przykrytym odporną na warunki pogodowe plastikową ceratą, piła oranżadę, w schowku na narzędzia bawiła się zardzewiałymi gwoździami. To tutaj zaczęła nabierać zaufania do swoich przybranych rodziców i po raz pierwszy przez krótki czas nie myślała o ojcu, matce i siostrze. Odpryśnięta zielona farba altany była jej dobrze znana. Przed grządką, którą macocha właśnie z rozmachem przekopywała, jako dziesięciolatka karmiła mrówki rozmokłymi okruchami ciastek.

– Ria! – Brigitte wyprostowała się, a jej niebieskie oczy rozbłysły. – Ależ wspaniale, że nas odwiedzasz.

Zawołała Gerda. Ten zszedł z drabiny ustawionej z tyłu, przy jabłoniach i gruszach, trzymając w ręku sekator. Pozostałe ogródki wyglądały jak wymarłe. Gdy większość ludzi wciąż nosiła czapki i rękawiczki, jej przybrani rodzice znów krzątali się przy grządkach i drzewach.

Brigitte otarła grzbietem dłoni włosy z czoła, starając się nie ubrudzić twarzy.

– Poniedziałek to ten wielki dzień, prawda? Ach, maleńka…

Ria nienawidziła, gdy Gitte tak ją nazywała. Ta poufałość jej się nie należała.

– Właśnie dlatego tu jestem. Chciałam z wami porozmawiać.

Jak miała, nie wzbudzając podejrzeń, zapytać o Maxa? To takie w ich stylu, żeby przysłać jej chłopaka w charakterze opiekuna. Idealnie pasowało również do programu punktów przydzielanych pionierom w celu zdobycia odznaki „Zawsze gotów” lub „Zbiórka – baczność – w prawo zwrot – stój!”, a może do „ochrony czerwonego sztandaru, gdy jest zagrożony”. Pasowało również do marszu klasowego kolektywu pierwszego maja i do papierowych chorągiewek, którymi należało machać podczas przejścia przed trybuną, na której siedzieli towarzysze. Sposób machania też był określony i machać należało w sposób wyrażający radość ledwie dającą się utrzymać w ryzach. Ponieważ ona, Ria, poruszała chorągiewką bez przekonania, jak mokrą ścierką, w ramach kary kazano jej nieść portret Ottona Grotewohla.

Ministerstwo było logicznym zwieńczeniem drogi, na którą Brigitte i Gerd ją wprowadzili. Po szkole i nauce zawodu następował etap: „Moje miejsce pracy – moim posterunkiem walki o pokój”. Objęcie przez nią posady w Ministerstwie Handlu Zagranicznego było zaszczytem i z pewnością oboje uruchomili w tym celu swoje kontakty.

W myślach przypominała sobie rozmowy z Maxem w ostatnich tygodniach, które koncentrowały się głównie na jej posadzie w ministerstwie. Ale mężczyźni zawsze byli bardzo skupieni na sprawach zawodowych, i to wcale nie musiało znaczyć, że działał na zlecenie jej przybranych rodziców.

Powiedziała:

– Pamiętacie studenta, którego poznałam?

Brigitte rzuciła spojrzenie na Gerda.

– Tego… Maxa?

– Twierdził, że was zna.

– Naprawdę? Skąd?

Wyglądała na szczerze zainteresowaną. Ria usiadła przy stole ogrodowym, rodzice również.

– Coś z VKSK4 – skłamała.

Oczywiście, jej przybrani rodzice działali w Związku Działkowców, Osadników i Drobnych Hodowców Zwierząt, i to na wysokich stanowiskach. Nie, wysoko też nie było właściwym słowem. Nie byli przecież w „przywództwie”, bo Führung brzmiało nazistowsko, byli w kierownictwie. A właściwie nie w kierownictwie, tylko w strukturach kierowniczych. Stosując obecnie wszechpanującą poprawność polityczną, wdzierającą się dosłownie wszędzie. I tak na przykład nie mówiło się Führerschein5, tylko Fahrerlaubnis6 bo führen również było złym, nazistowskim określeniem, a słowa należało dobierać ostrożnie i poprawnie. Nawet tam, gdzie chodziło tylko o prawo jazdy.

Ostatecznie: byli w kierownictwie, bo Gerd i Brigitte kierowali. Mieli do tego predyspozycje. Kierowali w SED7, kierowali w VKSK i kierowali obcym dzieckiem, które wbrew własnej woli zostało oddane pod ich opiekę.

– To możliwe – powiedział Gerd. – Przyprowadź go kiedyś. Wygląda na to, że to coś poważnego między wami. – Uśmiechnął się. – Jeśli w zimną sobotę w lutym przychodzisz do ogrodu, to musi coś znaczyć.

Ria próbowała czytać z twarzy przybranych rodziców. Jednak nie dostrzegła na nich nawet najmniejszego śladu zażenowania lub chociażby obawy o to, że mogli zostać przez nią przyłapani. Oboje byli całkowicie skupieni na własnym świecie.

– Na razie skoncentruj się na nowej pracy – poradziła Brigitte. – Nie każdemu trafia się taka szansa.

A już komuś z twoją przeszłością tym bardziej nie – czy to chciała powiedzieć? Ria poczuła, jak wzbiera w niej gniew. Dostała swoją szansę: szansę stracić ojca i matkę. Szansę zostać rozdzieloną z ukochaną siostrą. Szansę stanąć w obcym mieszkaniu i usłyszeć, jak Brigitte, wtedy zupełnie jej obca kobieta, mówi:

– To jest teraz twój nowy dom. Chcemy, żebyś mówiła do nas: mamo i tato.

Była o krok od tego, by po raz pierwszy od lat złamać żelazną rodzinną zasadę. Może nadszedł na to czas. Zapytała:

– Gdzie jest moja siostra? Wiecie?

Brigitte znieruchomiała. Jakby przestała oddychać. Gerd zacisnął wargi. Kiedyś wysyłali Rię do łóżka bez kolacji, gdy pytała o swoją rodzinę, a jeśli nie przestawała błagać, bili ją.

Jeśli milczało się dostatecznie długo na jakiś temat, stawał się martwy, przemijał, jakby nigdy nie istniał. Tak przynajmniej myśleli, jednak mieli się przekonać, że żył w ich przybranej córce przez cały czas, że myśl o Jolanthe była zawsze obecna, ukryta, lecz niezmienna.

– Nie – wydusiła z siebie Gitte. – Nie wiemy.

Nagle w oczach macochy pojawiły się łzy, zaszły mgłą.

Ria spojrzała na Gerda.

Ten tylko pokręcił głową, a na jego twarzy zauważyła rozczarowanie.

– Maleńka, zrobiliśmy dla ciebie wszystko – powiedziała Brigitte. – Wszystko. Tylko w tym nie mogliśmy pomóc. Tęsknisz za nią, prawda?

To pytanie zabolało Rię. Czy Gitte naprawdę uważała, że tęsknotę za rodziną, którą straciła, można wyrwać jak chwast, a potem spalić? Czy dla Gitte była nieprzekopaną grządką, którą wystarczyło odpowiednio intensywnie uprawiać?

Jednocześnie gniew, który odczuwała, zawstydzał ją. Brigitte i Gerd kupowali jej na jarmarku bożonarodzeniowym na Alexanderplatz watę cukrową i jabłka w karmelu. Cieszyli się, gdy wracała ze szkoły z dobrymi ocenami. Gitte piekła tort na jej urodziny, a Gerd jesienią przygotowywał dla niej latawiec. Zrobili wszystko, czego można oczekiwać od dobrych rodziców. Pytanie Rii uświadomiło im, że było to jednak za mało. Że wszystkie te wieloletnie starania okazały się niewystarczające. Zrozumiałe, że byli rozczarowani.

Ria wstała, wzięła łopatę Brigitte i zaczęła przekopywać kolejną grządkę. Wbijała szpadel w ziemię, podnosiła ciężkie bryły, odwracała je i wysuwała ostrze tylko po to, by znów wbić je w ziemię, dwie piędzie dalej na prawo. Wiedziała, że przybrani rodzice patrzą na nią w milczeniu.

– Czy zdajecie sobie sprawę – dyszała – że za każdym razem, kiedy widzę inne dziewczyny będące, podobnie jak my, siostrami, chce mi się płakać? Po prostu nie rozumiem, dlaczego tak bardzo nie chcecie, abyśmy się odnalazły. Co takiego strasznego miałoby się stać?

Przybrani rodzice milczeli.

Nie podnosząc wzroku, powiedziała:

– Może to ministerstwo wcale nie jest takie złe? Przecież w rządzie mają kartoteki na każdego z nas. Gdzieś na pewno jest coś o Jolanthe. Odnajdę moją siostrę.

Po jakimś czasie przybrani rodzice otrząsnęli się z odrętwienia i także zaczęli pracować. Ale milczenie w ogrodzie było trudne do zniesienia. Gdy po dwóch godzinach Ria się pożegnała, Gitte wciąż wyglądała na wstrząśniętą.

– Nie rób głupstw, Ria.

Wyciągnęła rękę, lecz ostatecznie nie odważyła się dotknąć dziewczyny.

Ria czuła, jakby kolce, które wystawiała na zewnątrz, obracały się teraz do środka.

– Dobrze, mamo.

– Mamo – powtórzyła Brigitte cicho, jakby musiała to słowo najpierw w sobie oswoić. Delikatny rumieniec przemknął jej po policzkach i uśmiechnęła się niepewnie.

 

Nakazał kolumnie transportowej, aby najpierw pojechali nie do Pullach, lecz do Instytutu Medycyny Sądowej, i szybko trafił do właściwej sali sekcyjnej. Ostry zapach roztworu formaliny uderzył Hähnera w nozdrza. Lekarze wciąż pracowali przy zwłokach Bandery. Tylko twarz była przykryta płótnem.

– Czy mogę? – zapytał.

Skinęli głowami.

Uniósł płótno. Skóra miała woskowy odcień, kąciki ust lekko opadły. Bandera wydał mu się mały, blady, rozczarowany. Z pewnością chciałby jeszcze żyć.

Hähner nie potrafił uwolnić się od poczucia winy. Czy wysyłał ludzi na śmierć?

Spann powiedział:

– Nie znaleźliśmy śladu wkłucia. Ale w jego twarzy tkwiły dwa maleńkie odłamki szkła.

– Te świnie.

– To jeszcze nie wszystko.

Patolog podał mu mały szarawy organ. Leżał w jego dłoniach na białych rękawiczkach niczym jakieś zwierzę. Otworzył go gładkim cięciem i rozchylił kciukami.

– Żołądek. Proszę powąchać.

Hähner przezwyciężył odruch wymiotny i pochylił się na chwilę, lecz zapach formaliny tłumił wszystko inne.

– Czuje pan zapach gorzkich migdałów?

– Nie.

Kolega stał obok z ponurą miną, wyglądało, jakby lekko uniósł ramiona.

– Między ludźmi istnieją duże różnice w zdolności wyczuwania tego specyficznego zapachu. To cecha wrodzona. Niektórzy, jak mój kolega, dopiero po pewnym czasie odczuwają drapanie w gardle.

– Czyli kwas pruski?

– Zgadza się. Cyjanowodór. Jeśli spożyje się cyjanek sodu w postaci soli, w żołądku pod wpływem soków trawiennych uwalnia się kwas pruski. To trwa. Śmierć nie następuje natychmiast. Ale ta niewielka ilość w żołądku nie była przyczyną zgonu, połknął tylko odrobinę zgromadzoną w jamie ustnej. To pewne, najpierw wdychał kwas pruski w postaci gazu. To było decydujące. Pięćdziesiąt miligramów, czyli odpowiednik jednej dwudziestej grama, wystarczyłoby, żeby dorosły człowiek zmarł w ciągu kilku sekund. Cyjanowodór blokuje niezbędny do życia proces biochemiczny, oddychanie komórkowe, czyli mechanizm, dzięki któremu każda komórka organizmu wytwarza dla siebie niezbędną do życia energię. Cyjanek wiąże kluczowy enzym oddychania komórkowego i czyni go niezdolnym do działania.

Hähner wiedział, że już sześć gorzkich migdałów potrafiło śmiertelnie zatruć dziecko, ale to, że mogło dojść do zatrucia cyjanowodorem w postaci gazu, i to jeszcze szybciej, było dla niego nowością.

Spann powiedział:

– Podejrzewam, że sprawca rozpylił mu w twarz cyjanowodór w postaci gazu za pomocą jakiegoś urządzenia.

– Dziękuję. Proszę przesłać raport do Pullach.

Hähner, niczym w transie, wrócił do samochodu i kazał się wieźć na przedmieścia.

Po krótkiej kontroli zostali wpuszczeni. Otwarto bramę rolowaną i wjechali na tajny teren, który oficjalnie należał do Zarządu Majątkiem Federalnym – Wydział Majątku Specjalnego, filia Pullach. Dawniej mieszkali tu pracownicy BND8 wraz z rodzinami: były tu szkoła, basen, lekarz, fryzjer i punkty handlowe, a wszystko to otoczone wysokimi murami z drutem kolczastym. Samowystarczalne miasteczko, którego nie było na żadnej mapie.

On sam pamiętał jeszcze schyłkową fazę i całe to zamieszanie, gdy dzieci jego współpracowników z BND przechodziły do zwykłej szkoły poza murami, a dyrekcja placówki była całkowicie zdezorientowana, bo szkoła, do której dotąd uczęszczały, w ogóle nie istniała, albo dlatego, że szkoła podana dla zmylenia, do której rzekomo dane dziecko chodziło, nigdy o tym uczniu nie słyszała. Praca Federalnej Służby Wywiadowczej była utrzymywana w tajemnicy nawet przed niemieckimi urzędami państwowymi.

Tymczasem wszyscy pracownicy mieszkali już poza terenem ośrodka, wielu z nich było zameldowanych pod pseudonimami i, rzecz jasna, aliasy te widniały także na tabliczkach przy dzwonkach. Dla świata zewnętrznego nazywali się właśnie tak i wykonywali zwyczajne zawody. Przy blisko ośmiuset zatrudnionych na terenie kompleksu nie było już miejsca na mieszkania.

Samochód zatrzymał się przed „Białym Domem” i Hähner wysiadł. Kamienny orzeł nad głównym wejściem nie trzymał już w szponach swastyki, ale po całym terenie wciąż było widać, że niegdyś była to Osada Rzeszy Rudolfa Hessa, nazwana tak na cześć „Zastępcy Führera”. Prostokątny zespół trzydziestu domów jedno- i dwurodzinnych, wszystko dokładnie wymierzone i rozmieszczone symetrycznie wokół prostokątnego zielonego placu, a na jego krańcu dawna willa Martina Bormanna. „Biały Dom” lśnił pod błękitnym niebem, a szeroka fasada z dużymi oknami o drobnych szprosach zdawała się zapraszać w swoje progi.

Wszedł do foyer z widokiem na taras ogrodowy i staw. Po lewej stronie drewniane schody prowadziły na pierwsze piętro, po prawej stał marmurowy kominek. Z tejże strony znajdowało się również przejście do biało lakierowanej jadalni, z kryształowymi żyrandolami pod sufitem zdobionym sztukateriami. Tam jadali podczas większych uroczystości, pięćdziesiąt osób i więcej. Ale generał był na górze, w gabinecie. Nie uznawał ani weekendów, ani świąt, co czasem prowadziło do sporów z pracownikami, którzy nie podzielali jego poglądu. Hähner skierował się na schody. Zapukał.

– Proszę.

Głos brzmiał jak przytłumiony, z pewnością w sobotę przedpokój był pusty, więc wołał z otwartych drzwi gabinetu. Hähner otworzył. Jak się spodziewał, dwa biurka w sekretariacie były nieobsadzone. Przeszedł prosto dalej i wszedł do wyłożonego drewnem biura Reinharda Gehlena.

Za każdym razem, gdy Hähner tu przychodził, musiał myśleć o tym, że znajdowali się w dawniej sypialni Martina Bormanna, sekretarza Hitlera i jego świadka na ślubie. Obok dużego biurka stały także sofa oraz stół z trzema krzesłami do narad.

– Z pańską twarzą nadal nie jest lepiej? – Gehlen wskazał na trzy krzesła.

Hähner wziął jedno, ustawił je przed biurkiem i usiadł.

– Niestety nie.

Czekał w milczeniu, podczas gdy tamten z uwagą lustrował jego nieruchome oko. Oczywiście Gehlen już wiedział. Mimo to Hähner wypowiedział to na głos:

– Bandera został zamordowany.

Gehlen skinął głową. Jego usta były miękko wygięte w łuk, niemalże kobieco, a mały wąs nad górną wargą starannie przystrzyżony. Prowadził luksusowy styl życia i gdyby potrafił się tylko choć trochę rozluźnić, mógłby nawet uchodzić za eleganta, ale generał z czasów wielkiej wojny wyzierał z niego przy każdym ruchu i spojrzeniu.

– Trucizna? – zapytał chłodno.

– Kwas pruski w postaci gazu. Tego nie możemy zostawić bez odpowiedzi. Jak moje źródła mają mi jeszcze ufać, skoro KGB eliminuje jedno po drugim?

Gehlen wyjął cygaro z pudełka, naciął główkę V-kształtnym podwójnym ostrzem i zapalił zapałkę.

– Niech pan nie przesadza.

– Sprawca musi zostać schwytany i postawiony przed sądem.

– On dawno jest z powrotem w Moskwie. Wszystkiemu zaprzeczą, a po cichu odznaczą go medalem, dorzucą kilkaset nowych rubli i daczę na wsi.

– Mam po prostu patrzeć, jak Rosjanie eliminują moich ludzi?

Z całkowitym spokojem Gehlen obracał cygaro nad płomieniem, aż zaczęło żarzyć się po bokach. Potem, trzymając stopkę w pewnej odległości, opalał ją powolnym ruchem nad ogniem. Machnął zapałką i odłożył ją do popielniczki. Zaciągnął się, lecz niezbyt głęboko. Wpuścił tylko trochę dymu do ust i wypuścił od razu, odchylając się lekko do tyłu.

– Polityczne zaostrzenie sytuacji nie jest w tej chwili pożądane, drogi Hähnerze. NRD stoi na krawędzi załamania, co tydzień tysiące ludzi uciekają do nas na Zachód. Prezydent Kennedy próbuje właśnie poprawić stosunki ze Związkiem Radzieckim. Jeśli schwytamy rosyjskiego zabójcę i postawimy go przed sądem, będzie to miało znaczenie polityczne.

Spojrzał w okno.

Hähner podążył za jego wzrokiem skierowanym na brązowe posągi kobiet w atrium i na staw z nenufarami.

– Czy są jakieś nowości z Berlina? – zapytał generał.

– Młoda kobieta, którą chciałem ulokować w Ministerstwie Handlu Zagranicznego, wyrzuciła swojego Romea.

– Ujawnił się?

– Nie zrobiłby tego bez konsultacji. Musiała coś wyczuć.

Gehlen z uznaniem zacisnął wargi.

– Mądra kobieta.

– Ze względu na wydarzenia w swoim życiu uważa, że rodzina to niezwykle kruchy twór. To było idiotyczne wciągać ja w ten sposób…

– Zwerbujcie ją.

– Rozmowa wprost? Teraz? Tym tylko jeszcze bardziej skieruję jej uwagę na Romea.

– Niech pan go nie wspomina.

Hähner z trudem opanował wyraz twarzy. Nie mógł zdradzić frustracji.

Gehlen pochylił się do przodu.

– Jestem w tym fachu dłużej niż pan, Hähner. Powinniśmy wykonać ruch, zanim zrobią to Czerwoni.

– Ale ta młoda kobieta jest niestabilna. Pełna nienawiści. Nawet jeśli dotąd nie było przejawów większych aktów agresji z jej strony, ta nienawiść w niej jest, to tykająca bomba. Najpierw musi uporać się z historią z Romeem i odzyskać równowagę. Dajmy jej jeszcze kilka miesięcy.

Gehlen strząsnął trochę popiołu do popielniczki.

– Można by niemal pomyśleć, że skrywa pan jakieś romantyczne uczucia do tej dziewczyny. Pańskim zadaniem nie jest chronić źródła przed wszelkimi zagrożeniami. Źródła otrzymują od nas solidne przeszkolenie. Potem muszą działać już samodzielnie i rozsądnie. Nie, Hähner, pańskim zadaniem jest pozyskiwać źródła i prowadzić je tak, aby dostarczały nam użytecznych informacji. Nie ponosi pan odpowiedzialności za śmierć Bandery.

To ostatnie powiedział jakby mimochodem. O ludziach mówił jak o figurkach cynowych. Gehlen ponosił współodpowiedzialność za jedną z największych operacji w dziejach wojny, „Operację Barbarossa”, atak na Związek Radziecki. Trzy grupy armii, w skład których wchodziło łącznie dwanaście armii, ponad trzy miliony żołnierzy. Opracował także „Operację Marita”, uderzenie na Grecję, oraz „Operację 25”, atak na Jugosławię. Trzeba było przemieścić wojska, zorganizować koncentrację sił, uzupełniać rezerwy, rysować strzałki i linie na mapach. Gehlen liczył, zamawiał analizy, przygotowywał projekty rozkazów. Ale tu chodziło o pojedynczych ludzi, a wschodnioniemiecka machina kontrwywiadowcza działała coraz sprawniej. W minionym tygodniu na jego terenie aresztowano i skazano na wysokie kary dwie kobiety, nie mówiąc już o Zeusie, który w tym miesiącu został zastrzelony w Berlinie.

– Czerwoni potrafią być bardzo przekonujący – powiedział generał. – Proszę wciągnąć tę kobietę do gry, zanim zrobią to inni.

Wciągnąć do gry. Jak mógł ją ochronić, czy był w stanie wyciągnąć ją z tego rozszalałego morza? W rzeczywistości pchał ją prosto w napierające fale.

Gehlen mówił dalej. Gdy wypalił cygaro do dwóch trzecich, odłożył niedopałek do popielniczki, bez gaszenia. Pozwolił, aby dopalił się sam.

Hähner pożegnał się. Oczywiście wykona wszystkie polecenia Gehlena. A jednak coraz bardziej odczuwał ciężar tego, co robił. Żadna informacja, jaką BND pozyskiwała dzięki swoim źródłom, nie usprawiedliwiała zgody na śmierć człowieka. Bandera, Zeus, dwie kobiety z Głównego Zarządu Policji Ludowej, jak to się stało, że w ostatnim czasie wschodnioniemiecki kontrwywiad i KGB eliminowały tak wiele jego źródeł? Coś tu się nie zgadzało.

Poprosił kierowcę, by jeszcze zaczekał. Szczegółowe akta dotyczące jego źródeł prowadzono w Berlinie, ale i tutaj znajdowały się odpowiednie materiały. Skoro już miał zwerbować Rię, należało zapewnić jej przynajmniej maksymalnie możliwe bezpieczeństwo.

Korzystając z dobudowanych przejść, wiele domów mieszkalnych przekształcono w ciągły pas zabudowy biurowej, a sądząc po sprzęcie budowlanym, w części wschodniej wznoszono teraz wokół wielkiej czeluści nowe gmachy o podobnym zastosowaniu. Kamienne schody prowadziły w dół do bunkra „Hagen” niczym do podziemi, nad którymi górowała wieża obrony bezpośredniej z brudnoszarego betonu. Tam na dole ćwiczył strzelanie, w kompleksie bunkrów dowodzenia, który zbudowano dla Adolfa Hitlera jako kwaterę główną Führera, pod trzymetrową warstwą betonu. Bunkier liczył ponad trzydzieści pomieszczeń, miał własne zasilanie awaryjne i systemy wentylacji niezależne od powietrza z zewnątrz. Hitlerowi niczego by nie brakowało. A jednak najpewniej nigdy tam nie wszedł, choć specjalnie poprowadzono tu linię kolejową, dwie trasy, aby przed wejściem mogły stać pociągi specjalne Führera i Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu.

Dla pracowników BND wojna wciąż była czymś namacalnym. Jeszcze się nie skończyła, nie wolno im było o tym zapominać. Była jedynie kontynuowana innymi środkami.

Czy to miało usprawiedliwiać śmierć? Bo na wojnie po prostu się ginęło?

– Ale nie moje źródła – powiedział. – Nie moje.

Wszedł do jednego z budynków i przeszedł znajomym korytarzem. Z wnętrza dobiegało stukanie maszyn do pisania. Ciężkie, pancerne drzwi archiwum zabezpieczonych akt stały otworem. Nocą pomieszczenie było dodatkowo chronione instalacją alarmową.

Akta Rii odnalazł szybko. Wyjął z nich formularz z prawdziwym nazwiskiem, złożył go i wsunął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Potem wypełnił nowy formularz, wymyślił nazwisko i datę urodzenia. Pocił się i nie wiedział, dokąd obrana droga go doprowadzi, ale w ten sposób spłacał dług wobec własnego sumienia. Skoro ginęło tak wielu, w Pullach mógł działać zdrajca. Wolał złamać zasady, niż wystawić kolejne swoje źródło na śmierć.

Przypisy

1 BND (niem.) – skrót od Bundesnachrichtendienst. Federalna Służba Wywiadowcza. Źródło: https://www.deutschland.de/pl/topic/polityka/bnd-verfassungsschutz-mad-sluzby-wywiadowcze-niemcy. Przypisy są od tłumaczki, jeżeli nie opisano inaczej.

2 S-Bahn (niem.) – skrót od Stadtschnellbahn, czyli szybkiej kolei miejskiej.

3 Staatssicherheit, skrót: Stasi (niem.) – potocznie Służba Bezpieczeństwa Państwowego w NRD; pełna nazwa: Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego Niemieckiej Republiki Demokratycznej (NRD), w oryginale Ministerium für Staatssicherheit, w skrócie MfS.

4 VKSK – skrót od Verband der Kleingärtner, Siedler und Kleintierzüchter (niem.) Związek Działkowców, Osadników i Drobnych Hodowców Zwierząt.

5 Fuehrerschein (niem.) – prawo jazdy.

6 Fahrerlaubniss (niem.) – prawo jazdy.

7 SED – skrót od Sozialistische Einheitspartei Deutschlands (niem.) – Socjalistyczna Partia Jedności Niemiec.

8 BND – skrót od Bundesnachrichtendienst – Federalna Służba Wywiadowcza, agencja wywiadu utworzona w Republice Federalnej Niemiec.

THE FOREIGN SPY TRILOGY

VOL. 1 – Die fremde Spionin

by Titus Müller

 

Copyright © Titus Müller 2021

Copyright © 2021 by Wilhelm Heyne Verlag, München, in der Penguin Random House Verlagsgruppe GmbH, Neumarkter Str. 28, 81673 München

Published by arrangement with Literarische Agentur Gaeb & Eggers GmbH and Booklab Literary Agency

 

Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

 

Polish translation copyright © 2026 Mariola Sternahl

 

Autorskie prawa osobiste twórcy zostały zachowane.

 

Tłumaczenie:

Mariola Sternahl

 

Redakcja:

Daria Lebida

 

Korekta:

Joanna Rodkiewicz

 

Projekt graficzny okładki:

Mariusz Banachowicz

 

Skład i łamanie wersji do druku:

Marcin Labus

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384302644

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w Internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

1.

2.

3.

Przypisy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści