O krok - Monika Rafalska - ebook + książka

O krok ebook

Monika Rafalska

0,0

Opis

Przejmująca opowieść young adult o żałobie, pierwszej miłości i pokonywaniu przeciwności dzięki wsparciu drugiej osoby.

Marika pogrąża się w rozpaczy po stracie matki. Ojciec, widząc, że córka nie może sobie poradzić z bólem, postanawia przeprowadzić się do Sopotu. Tam w nowej szkole Marika poznaje Michała. Zaprzyjaźniają się i decydują razem wyjechać na obóz. Podróż jednak nie przebiega według planu i jest wstępem do wielu niebezpiecznych przygód.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 135

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



O KROK

O krok

Text © Monika Rafalska, 2026

Redakcja: Magdalena Zielonka

Korekta: Angelika Kotowska

Ilustracje: Wioleta Smyk

Projekt okładki: Kristiāna Budkevica

BOOKEA POLAND sp. z o.o.

Romana Dmowskiego 3/9

50-203 Wrocław

www.lavapublishing.pl

Wydrukowano w Europie

ISBN 978-83-975478-1-0

Monika Rafalska

O KROK

Rozdział 1

Słońce chyliło się ku zachodowi, a Marika, jak każdego wieczoru, rozmyślała o swoim życiu i zastanawiała się, dlaczego to właśnie ją musiał spotkać taki los. Zwykle tym rozmyślaniom towarzyszyły łzy. Marice zmarła matka, która była jej najlepszą przyjaciółką. Umiała znaleźć rozwiązanie każdego jej problemu, bez względu na to, czy był on większy, czy też mniejszy. Opiekowała się nią przez cały czas i kochała ponad wszystko. Kiedy nagle zabrakło ciepłych, matczynych słów i ramienia, które wieczorami pochłaniało wszystkie troski w czułym uścisku, cały świat Mariki legł w gruzach. Poczuła się samotna i opuszczona. Nikt nie mógł ulżyć jej w cierpieniu. Nawet ojciec, który cierpiał przecież nie mniej niż ona, nie wiedział, jak ma uleczyć ranę w sercu córki. Oddaliła się od niego. Całymi dniami siedziała skulona na łóżku i wylewała strumienie łez, a gdy nie miała już siły płakać, leżała wpatrzona w sufit, nieobecna i odległa niczym pozbawiona życia lalka. Schowana przed całym światem, nie odzywała się do ojca ani słowem. Nie potrafiła wyobrazić sobie powrotu do normalnego życia.

Jej ojciec z początku wszystko to doskonale rozumiał, ponieważ sam długo nie mógł się otrząsnąć po stracie ukochanej osoby, lecz po pewnym czasie zaczął się bardzo martwić o córkę. Marika zachowywała się tak, jakby już nic w życiu się dla niej nie liczyło, a miała przecież dopiero piętnaście lat. Gdy tylko wracała ze szkoły, natychmiast zamykała się w swoim pokoju. Wychodziła z niego tylko na kolację, którą jadła w milczeniu, nie spoglądając nawet na ojca. Potem znów wracała do pokoju, gdzie wieczorem zasypiała. Ojciec słyszał, jak w nocy kilkukrotnie budzi się z krzykiem i, nie mogąc już zasnąć, płacze lub snuje się po pokoju do samego rana. Próbował ją wtedy pocieszać, lecz bez skutku. Nie mógł już tego wytrzymać. Ból rozszarpywał mu serce. Gdy widział córkę w takim stanie, oczy napełniały mu się łzami, lecz nie chciał, żeby zobaczyła, jak on bardzo cierpi. Czuł, że musi coś zrobić. Wtedy podjął decyzję, że on i Marika natychmiast muszą wyprowadzić się z tego mieszkania, aby móc oderwać się od tego, co się stało. Tutaj było zbyt wiele wspomnień wiążących ich z mroczną przeszłością. Ubrania, buty, książki, kolorowe czasopisma, które tak lubiła jego żona – wszystko to budziło bolesne wspomnienia i nie pozwalało normalnie funkcjonować. Pan Piotr zdecydował jednak, że sama zmiana mieszkania nie wystarczy, i że dla swojego dobra powinni z Mariką całkiem odseparować się od tego miasta. Postanowił, że z Gdyni przeniosą się do Sopotu, a dokładniej na jego obrzeża. Po paru dniach znalazł w Internecie idealne miejsce dla siebie i córki – mały domek jednorodzinny, w którym mogliby odbudować wzajemne relacje i zacząć nowy rozdział w życiu, pamiętając o bolesnej stracie, lecz nie uginając się pod nią.

Następnego dnia, gdy Marika była w szkole, pojechał do Sopotu, aby obejrzeć nowy dom. Nie był on zanadto luksusowy, ale wygód w nim nie brakowało i z pewnością mógł spełnić potrzeby dwuosobowej rodziny. Cena również była dość przyzwoita. Pan Karwowski postanowił więc go kupić. Wieczorem oznajmił córce, że się przeprowadzają. Marika przyjęła tę wiadomość z wielkim spokojem, gdyż od śmierci matki zazwyczaj tłumiła w sobie emocje. Wieczorem przemyślała całą tę sprawę i obiecała sobie w duchu, że musi się jakoś pozbierać. Liczyła na to, że nowe miejsce pomoże jej otrząsnąć się z rozpaczy i odświeżyć relacje z ojcem. Zasnęła z nadzieją na lepsze jutro...

Rozdział 2

Minął miesiąc, odkąd Karwowscy wprowadzili się do nowego domu w Sopocie. Marika oswoiła się już trochę z panującymi tu warunkami, lecz bez względu na zmianę otoczenia, każdej nocy śnił jej się wciąż ten sam okropny koszmar, w którym stała nad przepaścią, trzymając swoją mamę za rękę. Była bezsilna. Ręka mamy stawała się coraz bardziej mokra, aż w końcu wyślizgiwała się z jej uścisku i mama wpadała w głąb przepaści. Marika patrzyła na to oczyma pełnymi łez i głośno krzyczała. Budziła się wtedy cała spocona i do rana płakała. Nadal nie mogła pogodzić się z myślą, że nie ma już ukochanej mamy i czuła się, jakby to ona była winna jej śmierci. Mimo usilnych starań, nie mogła pozbyć się ciężkiego i duszącego uczucia, które zalegało w jej piersi i mówiło, że gdyby wtedy nie nalegała na spacer do parku, mama by nie zachorowała i byłaby dalej z nimi. Jej matka była zmęczona i nie miała ochoty wychodzić, ale Marika, zachwycona padającym za oknem śniegiem, uparła się, że muszą nacieszyć się mroźną pogodą i urządzić bitwę na śnieżki. Następnego dnia wieczorem mama zaczęła okropnie kaszleć, z czasem choroba przerodziła się w zapalenie płuc i Sylwia Karwowska trafiła do szpitala, a po kilku tygodniach już jej nie było. Ojciec wyjaśniał Marice, że matka już wcześniej miała duże problemy z sercem, które niestety zbagatelizowała, jednak dziewczyna nie potrafiła uwolnić się od poczucia winy, które paliło ją od środka jak ogień. Od tamtej pory tłumiła w sobie zachwyt nad życiem, który był ważną częścią jej osobowości, i przestała cieszyć się drobiazgami, a widok śniegu wywoływał w niej jedynie smutek. Marika nie czuła się sobą, nie wiedziała, kim jest ta nijaka i smutna dziewczyna, która się pod nią podszywa. Ciężar przeszłości całkiem ją przygniótł i nie potrafiła przywrócić do życia dawnej siebie, choć bardzo by chciała.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy Marika miała pierwszy raz pójść do nowej szkoły. Pan Karwowski przygotował jej obfite śniadanie i wszystkie książki niezbędne do nauki.

– Marisiu... – odezwał się nieśmiało do córki. – Spójrz na mnie, proszę.

Dziewczyna podniosła oczy na ojca.

– Posłuchaj... – zaczął. – Wiem, że twoja mama chciałaby, żebyś była...

– Tato, nie chcę o niej rozmawiać – przerwała mu.

– Dobrze, nie będę cię do niczego zmuszać. Powiedz mi, kiedy będziesz gotowa na tę rozmowę – powiedział ojciec.

– Wątpię, czy to kiedykolwiek nastąpi – powiedziała cicho. – Skończmy już, tato. Muszę iść do szkoły. Nie chcę się spóźnić pierwszego dnia. – Nie żegnając się z ojcem, zabrała plecak i wyszła z domu.

Weszła do klasy, w której miała się uczyć. Przy biurku siedziała już nauczycielka. Była dosyć młoda, miała długie, kręcone blond włosy i okulary na nosie. Marika przeprosiła grzecznie za spóźnienie.

– Nic się nie stało – powiedziała uprzejmie nauczycielka, ukazując białe zęby w szerokim uśmiechu. – Ty jesteś pewnie naszą nową uczennicą, Marika Karwowska, tak? – zapytała.

Marika odpowiedziała na pytanie skinieniem głowy. Chociaż bardzo chciała, nie mogła odwzajemnić jej uśmiechu. Po prostu nie mogła. Miła nauczycielka zaprowadziła ją do ławki i zaczęła prowadzić lekcję. Marika czuła się dziwnie. Wszyscy uczniowie, którzy siedzieli wokół niej, przyglądali jej się badawczo.

Na przerwie Marika odseparowała się od rówieśników i usiadła na pustej ławce w spokojniejszej części korytarza. Zaczęli podchodzić do niej uczniowie i przedstawiać się. Jednak ona czuła, że robią to z polecenia wychowawczyni, a nie z własnej woli.

Po miesiącu nauki w nowej szkole Marika została przez rówieśników nazwana „smutaską”. Rzadko kiedy się odzywała, a jej twarz nie znała czegoś, co nazywało się uśmiechem. Swoim obojętnym sposobem bycia szybko ucinała wszelkie próby nawiązania znajomości ze strony kolegów i koleżanek, więc w końcu przestali się starać i zamiast tego zaczęli omijać ją szerokim łukiem, jak gdyby mogła zarazić ich swoim mrocznym nastrojem jak chorobą. Marika zdawała sobie sprawę, że zaprzepaszcza swoją szansę na nowy początek i odnalezienie się w tej szkole, ale po prostu nie potrafiła normalnie żyć, nie mając u boku swej najlepszej przyjaciółki – mamy. Choć ojciec starał się jak mógł, nie był w stanie jej zastąpić.

Rozdział 3

„Dlaczego życie jest takie ciężkie?” – pytała w myślach Marika.

Choć minął już rok od śmierci jej matki, dziewczyna czuła się tak, jakby stało się to wczoraj. Nadal cierpiała. Udawała przed ojcem, że wszystko jest w porządku, ale wcale tak nie było. W szkole, owszem, dobrze się uczyła, bo pod tym względem nigdy nie miała problemów, lecz nie zawarła żadnych przyjaźni, ani też bliższych znajomości. Była samotna i z własnej woli odizolowana od reszty rówieśników. Na wszystkich wyjazdach i imprezach szkolnych dziewczyny z jej klasy trzymały się razem, a ona stroniła od towarzystwa, nie chciała do nich dołączyć. Przez większość czasu miała ochotę stać się niewidzialna, a jej jedyną odskocznią od ponurej rzeczywistości były książki. Od zawsze dużo czytała – była to pasja, którą dzieliła z mamą – i kiedy sięgała po książkę, wydawało jej się, że jest bliżej niej. Chwile spędzone na lekturze były jedynymi, które dla odmiany przywoływały miłe wspomnienia, a nie tylko te związane z chorobą i żałobą. Przewracanie kolejnych stron coraz to nowych historii było dla niej równie naturalne jak oddychanie, jednak teraz stało się to też ucieczką od prawdziwego świata, do którego powrót był jak podmuch mroźnego powietrza.

Któregoś dnia Marika przyszła do szkoły z tak bardzo podpuchniętymi oczami, że uczniowie, jak to zwykle nastolatki, zaczęli się z niej naśmiewać i mówili, że „wygląda jak sowa”. Niektórym mogłoby się to wydawać śmieszne, lecz nie jej i nie w okresie życia, w którym się znajdowała. Marika nie wytrzymała i rozpłakała się, ponownie rozmyślając nad wszystkim. Dlaczego jej to zrobili? Nikt nie wiedział, jak bardzo cierpi, nikt nie wiedział, jak bardzo tęskni za matką. Ci, którzy śmiali się z niej, wcale jej nie znali. Nie wiedzieli, przez co przechodzi. Została sama ze swoim cierpieniem i sama musiała się z nim uporać. Jednak nie było to takie łatwe.

Kiedy wróciła do domu, natychmiast pobiegła do swojego pokoju, aby ojciec nie mógł zobaczyć jej łez. Zamknęła za sobą drzwi i padła na łóżko. Pragnęła być sama. Po chwili jednak usłyszała ciche pukanie i do pokoju wszedł jej tata. Szybko otarła łzy, które spływały po jej policzku, podniosła się z pozycji leżącej i usiadła na łóżku. Ojciec usiadł obok niej.

– Marisiu... – zwrócił się do niej pieszczotliwie i na chwilę zamilkł, aby pozbierać myśli i zatrzymać łzy, które cisnęły mu się do oczu. – Nie mogę sobie darować, że jesteś taka smutna. – Znów przerwał z obawy, że to, co powie, nie pocieszy jego córki. – Proszę, zrozum, chociaż może trudno w to uwierzyć, bez względu na to, co się stało, życie toczy się dalej i nie da się zatrzymać go w miejscu. Nie możesz przez cały czas chować się przed całym światem i wylewać łez nad losem, który już się nie zmieni. Musisz postarać się odnaleźć w sobie siłę i wyjść do ludzi, umówić się z koleżankami, zacząć cieszyć się życiem, które mimo swojej nieprzewidywalności, jednak jest piękne. Twoja mama z pewnością chciałaby dla ciebie jak najlepiej.

– Tato! Nie mogę... Nie umiem... Po prostu nie wyobrażam sobie normalnego życia, rozumiesz? Jej nie ma! Odeszła! Już nigdy z nią nie porozmawiam! Już nigdy jej nie przytulę! Nigdy nie usłyszę od niej „Wszystko będzie dobrze, kochanie”... Och, dlaczego?! – Marika zalała się łzami. Ojciec przygarnął ją do siebie ramieniem.

– Nie płacz, córeczko – mówił, gładząc ją po głowie. – Twoja mama cały czas nas obserwuje i nie podoba jej się, że jej ukochana dziewczynka płacze z jej powodu. Ona chciałaby, żebyś była tak samo wesoła i uśmiechnięta jak wcześniej. Pamiętaj, że ona wcale cię nie opuściła i zawsze, gdziekolwiek się znajdziesz i cokolwiek będziesz robiła, poczujesz jej obecność i wsparcie, bo odnajdziesz ją tu, – położył rękę na piersi – w swoim sercu... – Głos mu się załamał i łzy, do tej pory wstrzymywane, zaczęły jedna za drugą spływać po policzkach. Jednak teraz wcale się ich nie wstydził. – Skarbie, razem sobie poradzimy. Postarajmy się, zróbmy to dla niej – powiedział, ochłonąwszy nieco. – Zrobiło się już bardzo późno, a jutro masz szkołę.

Postaraj się zasnąć, kochanie, dobrze?

– Dobrze, tato – odparła Marika, pociągając nosem.

– Pamiętaj... – zaczął pan Karwowski, zatrzymując się w drzwiach, jakby przypomniał sobie, że nie powiedział czegoś bardzo ważnego. – Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć... W każdej sprawie możesz mi zaufać. Wiedz, że zawsze stoję za tobą murem i bardzo cię kocham, córeczko... Dobranoc – skończył, wyszedł z pokoju i udał się do kuchni.

Usiadł na krześle i wyciągnął album ze zdjęciami. Zaczął oglądać te, na których byli razem – on, żona i córka. Byli tacy szczęśliwi. Nerwowym ruchem przesunął ręką po krótkich brązowych włosach poprzetykanych tu i ówdzie siwizną, po czym ukrył twarz w szczupłych dłoniach. Łzy spływały mu po policzkach jak krople rosy po liściach.

„No daj spokój, chłopaki nie płaczą” – pomyślał, lecz to było silniejsze od niego.

– Sylwuniu... Nie martw się, nie pozwolę, żeby nasz największy skarb cierpiał. A ty pamiętaj, że cię kocham i czekaj na mnie... – wyszeptał, kierując swój szept ku niebu...

Rozdział 4

Marika, jak na większości przerw pomiędzy lekcjami, siedziała samotnie na ławce na szkolnym podwórku i czytała. Promienie słońca przyjemnie ogrzewały jej twarz i wpadały złotymi refleksami w jej długie, jasnobrązowe włosy, które spływały falami na jej pochylone plecy. Delikatna twarz Mariki przybrała wyraz skupienia, podczas gdy dziewczyna śledziła wzrokiem kolejne linijki tekstu. Cieszyła się chwilą z dala od szkolnego zgiełku, ciekawskich oczu i wytykających ją palców. Nie miała pretensji, że nikt nie chce się z nią przyjaźnić. Ona sama nie miała na to ochoty. Słowo „przyjaciółka” wywoływało w niej bezwiedny napad smutku i przerażenia.

– Cześć – usłyszała za plecami wesoły, miły głos.

Odwróciła się i ujrzała dosyć wysokiego, przystojnego blondyna o niebieskich oczach. Wyglądał na nieco starszego od niej. Zdziwiła się. Nie wiedziała, co powiedzieć.

– Cześć... – odparła nieśmiało.

– Miło widzieć, że ktoś w tej szkole jeszcze czyta książki z własnej, nieprzymuszonej woli – powiedział chłopak z uśmiechem na twarzy, wskazując na książkę w jej ręku, po czym przekrzywił głowę, jakby nad czymś się zastanawiał. – Tylko czemu taka fajna dziewczyna siedzi tu sama z przygnębioną miną?

– Przepraszam cię, muszę już lecieć na lekcje – odparła. Po prostu nie chciała rozmawiać z obcym chłopakiem o powodach swojego smutku. Poszła w kierunku szkoły, zostawiając go zdezorientowanego na szkolnym podwórku.

Wieczorem, siedząc na łóżku, długo rozmyślała o tym zdarzeniu. Zastanawiała się, dlaczego taki chłopak zainteresował się nią i tym, że jest smutna. Nie wiedziała na razie, co o tym myśleć. Zaczęła mieć wyrzuty sumienia, że tak szybko odeszła i nawet nie zapytała go o imię.

Następnego dnia w szkole, po trzeciej godzinie lekcyjnej, jak zwykle na długiej przerwie, jadła obiad w szkolnej stołówce. Gdy pochylała głowę nad talerzem, nagle usłyszała nieśmiały głos:

– Hej, mogę się dosiąść? – Był to ten sam chłopak, z którym wczoraj rozmawiała na podwórku (o ile tę krótką wymianę zwrotów grzecznościowych można nazwać rozmową).

Podniosła oczy i po krótkim wahaniu odparła:

– Jasne, siadaj...

Chłopak, trzymając swój obiad na tacy, odsunął krzesło i usiadł przy stoliku. Przez chwilę siedzieli w milczeniu.

– Wiesz – zaczął – nasza znajomość nie zaczęła się chyba zbyt fortunnie.

– To prawda – potwierdziła cicho Marika.

– Przepraszam, że byłem wścibski. Nie chciałem wczoraj, żebyś poczuła się czymś urażona.

– Ty mnie przepraszasz? – zdziwiła się Marika. – Przecież to ja odeszłam praktycznie bez słowa i generalnie nie byłam zbyt miła.

„Chociaż odezwałeś się do mnie z własnej woli jako pierwszy w tej szkole” – dodała w myśli. Oboje poczuli się jakoś nieswojo.

– Mam pewną propozycję – powiedział. – Zacznijmy naszą znajomość od nowa, dobrze?

– Dobrze – odparła.

– Jestem Michał – powiedział chłopak, wyciągając rękę w stronę Mariki i posyłając jej czarujący uśmiech. – Chodzę do trzeciej C.

– A ja Marika – przedstawiła się, ściskając jego rękę. – Pierwsza B.

– Marika, bardzo piękne imię – zauważył. Marika uśmiechnęła się. Na jej twarzy po raz pierwszy od czasu śmierci matki zagościł prawdziwy, niczym niewymuszony uśmiech.

Po chwili usłyszeli dzwonek, który niestety wołał na lekcje.

– Było mi bardzo miło cię poznać, z pewnością się jeszcze zobaczymy. Czuję to – powiedział Michał, przysuwając krzesło, i po chwili zniknął w szkolnym korytarzu.

– Ja też to czuję – szepnęła do siebie Marika.

Coś podpowiadało jej, że ta znajomość może spowodować zmiany w jej życiu.

Marika, rozmyślając o swojej nowej znajomości (właściwie pierwszej zawartej w tej szkole), siedziała przy biurku i próbowała powtórzyć, a także zrozumieć materiał na sprawdzian z matematyki, który miał się odbyć nazajutrz. Jednak, mimo najszczerszych starań, kompletnie nic nie wchodziło jej do głowy. Nie ukrywając, matematyka była dla niej czarną magią już w podstawówce, a niestety w liceum program był jeszcze trudniejszy. Ze wszystkich innych przedmiotów była bardzo dobra, jedynie matma sprawiała jej ogromną trudność.