O krasnoludkach i sierotce Marysi - Maria Konopnicka - ebook + audiobook

O krasnoludkach i sierotce Marysi ebook i audiobook

Maria Konopnicka

5,0

Opis

O krasnoludkach i sierotce Marysi” to baśń literacka Marii Konopnickiej, poetki i nowelistki okresu realizmu. Jest ona uznawana za jedną z najwybitniejszych polskich pisarek.

Bohaterami tej wspaniałej baśni jest gromada krasnoludków, które pomagają ubogiej gęsiarce, sierotce Marysi, odnaleźć jej zagubione gąski.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 218

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 17 min

Lektor: Mikołaj Muller

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



Maria Konopnicka

Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-330-5
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Wstęp

Czy to bajka, czy nie bajka,

Myślcie sobie, jak tam chcecie. A ja przecież wam powiadam: Krasnoludki są na świecie!

Naród wielce osobliwy. Drobny, — niby ziarnka w bani: Jeśli które z was nie wierzy, Niech zapyta starej niani.

W górach, w jamach, pod kamykiem, Na zapiecku czy w komorze, Siedzą sobie Krasnoludki W byle jakiej mysiej norze.

Pod kominem — czy pod progiem — Wszędzie ich napotkać można: Czasem który za kucharkę Poobraca pieczeń z rożna...

Czasem skwarków porwie z rynki, Albo liźnie cukru nieco, I pozbiera okruszynki, Co ze stołu w obiad lecą.

Czasem w stajni z bicza trzaśnie, Koniom spląta długie grzywy, Czasem dzieciom prawi baśnie... Istne cuda! Istne dziwy!

Gdzie chce — wejdzie, co chce — zrobi, Jak cień chyżo, jak cień cicho, Nie odżegnać się od niego, Takie sprytne małe licho! ............ Zresztą myślcie, jako chcecie, Czy kto chwali, czy kto gani, Krasnoludki są na świecie! Spytajcie się tylko niani.

Jak nadworny kronikarz króla Błystka rozpoznawał wiosnę

I

Zima była tak ciężka i długa, że miłościwy Błystek, król krasnoludków, przymarzł do swojego tronu. Siwa jego głowa uczyniła się srebrną od szronu, u brody wisiały lodowe sople, brwi najeżone okiścią stały się groźne i srogie; w koronie, zamiast pereł, iskrzyły krople zamarzniętej rosy, a para oddechu osiadała śniegiem na kryształowych ścianach jego skalnej groty. Wierni poddani króla, żwawe krasnoludki, otulali się jak mogli w swoje czerwone opończe i w wielkie kaptury. Wielu z nich sporządziło sobie szuby i spencery z mchów brunatnych i zielonych, uzbieranych w boru jeszcze na jesieni, z szyszek, z huby drzewnej, z wiewiórczych puchów, a nawet z piórek, które pogubiły ptaszki, lecący za morze.

 Ale król Błystek nie mógł się odziewać tak ubogo i tak pospolicie. On zimą i latem musiał nosić purpurową szatę, która od wieków służąc królom krasnoludków, dobrze już była wytarta i wiatr przez nią świstał. Nigdy też, za nowych swoich czasów nawet, bardzo ciepłą szata owa nie była, ile że z przędzy tych czerwonych pajączków, co to wiosną po grzędach się snują, utkana, miała zaledwie grubość makowego listka.  Drżało więc królisko srodze, raz wraz chuchając w ręce, które mu tak zgrabiały, że już i berła utrzymać w nich nie mógł.  W kryształowym pałacu, wiadomo, ognia palić nie można. Jakże?! Jeszcze-by wszystko potrzaskało: posadzki i mury.  Grzał się tedy król Błystek przy blasku złota i srebra, przy płomieniach brylantów, wielkich jak skowrończe jaja, przy tęczach, które promyk dziennego światła zapalał w kryształowych ścianach tronowej sali, przy iskrach, lecących z długich mieczów, któremi wywijały dzielne krasnoludki, tak z wrodzonego męstwa, jak i dla rozgrzewki. Ciepła wszakże z tego wszystkiego było bardzo mało, tak mało, że biedny stary król szczękał zębami, jakie mu jeszcze pozostały, z największą niecierpliwością oczekując wiosny.  — Żagiewko, mówił do jednego z dworzan — sługo wierny! Wyjrzyj no na świat, czy nie idzie wiosna?  A Żagiewka kornie odpowiedział:  — Królu, panie! Nie czas na mnie, póki się pokrzywy pod chłopskim płotem nie zaczną zielenić. A do tego jeszcze daleko!...  Pokiwał król głową, a po chwili znów skinie i rzecze:  — Sikorek! A może ty wyjrzysz?

 Ale Sikorkowi nie chciało się na mróz wystawiać nosa. Rzeknie tedy:  — Królu, panie! Nie pora na mnie, aż pliszka ćwierkać zacznie. A do tego jeszcze daleko!...  Pomilczał król nieco, ale iż mu zimno dokuczało srodze, skinie znów i rzecze:  — Biedronek, sługo mój! A tybyś nie wyjrzał?  Wszakże i Biedronkowi nie pilno było na mróz i zawieje. I on się kłaniał i wymawiał:  — Królu, panie! Nie pora na mnie, aż się pod zeschłym listkiem śpiąca muszka zbudzi. A do tego jeszcze daleko!...  Król spuścił brodę na piersi i westchnął, a z westchnienia tego naszła taka mgła śnieżysta, że przez chwilę w grocie nic widać nie było.  Tak przeszedł tydzień, przeszły dwa tygodnie, aż pewnego ranka jasno się jakoś zrobiło, a z lodowych soplów na królewskiej brodzie jęła kapać woda.  We włosach też śnieg tajać zaczął, a okiść szronowa opadła z brwi królewskich, i zmarzłe kropelki, u wąsów wiszące, spłynęły niby łzy.  Zaraz też i szron ze ścian opadać zaczął, lód pękał na nich z wielkim hukiem, jak kiedy Wisła puszcza, a w komnacie zrobiła się taka wilgoć, że wszyscy dworzanie, wraz z królem, kichali jakby z moździerzy.  A trzeba wiedzieć, że krasnoludki mają nosy nielada.  Sam to naród nieduży: jak krasnoludek but chłopski obaczy, staje, otwiera gębę i dziwuje się, bo myśli, że ratusz. A jak w kojec wlezie, pyta: „co za miasto takie i którędy tu do rogatek?” A wpadnie w kufel kwarciany, to wrzeszczy: „Rety! bo się w studni topię!”  Taki to drobiazg!...  Ale nosy mają na urząd, że i organiście lepszego do tabaki nie trzeba. Kichają tedy wszyscy, aż się ziemia trzęsie, życząc sobie i królowi zdrowia.  Wtem chłop po drwa do boru jedzie. — Słysząc owo kichanie, mówi:  — Oho, grzmi! Skręciła zima karku! — bo myślał, że to grzmot wiosenny. Zaraz konia przed karczmą zawrócił, żeby grosza na drzewo nie utracać i przesiedział tam do wieczora, rachując i rozmyślając, co kiedy robić ma, żeby mu czasu na wszystko starczyło.  Tymczasem odwilż trwała szczęśliwie. Już około południa wszystkim krasnoludkom poodmarzały wąsy.  Zaczęli tedy radzić, kogoby na ziemię wysłać, żeby się przekonał, czy jest już wiosna.  Aż król Błystek stuknął o ziemię berłem szczerozłotem i rzekł:  — Nasz uczony kronikarz Koszałek-Opałek pójdzie obaczyć, czy już wiosna przyszła.  — Mądre królewskie słowo! — zakrzyknęły krasnoludki i wszystkie oczy obróciły się na uczonego Koszałka-Opałka.  Ten, jak zwykle, siedział nad ogromną księgą, w której opisywał wszystko, co się od najdawniejszych czasów zdarzyło w państwie krasnoludków, skąd się wzięli i jakich mieli królów, jakie prowadzili wojny i jak im się w nich wiodło.  Co widział, co słyszał, to spisywał wiernie; a czego nie widział i nie słyszał, to zmyślił tak pięknie, iż przy czytaniu tej księgi serca wszystkim rosły.  On to pierwszy dowiódł, iż krasnoludki, ledwie na piędź duże, są właściwie olbrzymami, które się tylko tak kurczą, żeby im mniej sukna wychodziło na spencery i płaszcze, bo teraz wszystko drogie.  Krasnoludki tak dumni byli z kronikarza swego, że gdzie kto jakie zielsko znalazł, zaraz mu wieniec plótł i na głowę wkładał, tak, iż mu te wieńce resztę rzadkich włosów wytarły, i łysy był jak kolano.

II

Koszałek-Opałek zaraz się na wyprawę zbierać zaczął. Przyrządził sobie garniec najczarniejszego atramentu, potem wyszykował wielkie gęsie pióro, które, iż ciężkie było, musiał je, jak karabin, na ramieniu dźwigać; ogromne swoje księgi na plecach sobie przytroczył, podpasał opończę rzemieniem, włożył kaptur na głowę, chodaki na nogi, zapalił długą fajkę i stanął do drogi gotowy.

 Wierni towarzysze zaraz się z uczonym Koszałkiem tkliwie żegnać zaczęli, niepewni, czyli go na ziemi zła jaka przygoda nie spotka i czy go jeszcze kiedy zobaczą.  Sam król Błystek miłościwy chciał go uściskać, iż bardzo sobie Koszałka-Opałka za uczoność jego cenił, ale się ruszyć nie mógł, gdyż zupełnie do tronu przymarzły mu szaty.  Skłonił tylko ze swego majestatu złote berło nad uczonym mężem, a gdy ten rękę królewską całował, stoczyło się po królewskiem licu kilka jasnych pereł, które z brzękiem na kryształową posadzkę upadły. Były to zamarznięte łzy dobrego króla. Podjął je natychmiast skarbnik państwa Groszyk i w szkatułę drogocenną włożywszy, do skarbca zaniósł.  Cały dzień gramolił się uczony Koszałek, zanim z groty na ziemię wyszedł. Droga była stroma, korzeniami odwiecznych dębów splątana, odłamki skały, żwiry i kamyki usuwały się z pod nóg, lecąc z głuchym łoskotem gdzieś na dno przepaści; zamarzłe wodospady świeciły jak szyby lodu, po których uczony wędrowiec ślizgał się w swych chodakach, i tylko z największym trudem posuwać się mógł w górę.  Na domiar biedy, wybrał się bez jakiegokolwiek posiłku na drogę, gdyż dźwigając wielkie księgi, wielki kałamarz i wielkie pióro, nic innego unieść już nie mógł.  Byłby Koszałek-Opałek zupełnie z sił opadł, gdyby nie to, że natrafił na dobrze zagospodarowany dom pewnego przezornego chomika.  Ten chomik miał pełną śpiżarnię różnego ziarna i orzechów bukowych, z czego coś nie coś zgłodniałemu wędrowcowi udzielił, a nawet na sianie, którem dom cały był wysłany, odpocząć pozwolił, pod warunkiem, że o siedzibie jego nic a nic w wiosce nie powie.  — Bo — mówił — są tam psotne chłopaki, które jakby tylko o mnie się zwiedziały, oho! jużbym przed niemi spokojności nie miał!  Koszałek-Opałek z wdzięcznością opuścił gościnnego chomika, posilony na duchu i na ciele.  Szedł teraz wesół i raźny, poglądając z pod ciemnego kaptura po chłopskich pólkach, po łąkach, po gajach. A już ruń dobywała się i parła gwałtownie nad ziemię; już trawki młode puszczały się na wilgotnych dołkach, już nad wezbraną strugą czerwieniały pręty wikliny, a w cichem, mglistem powietrzu słychać było kruczenie żórawi, wysoko gdzieś, wysoko lecących.  Każdy inny krasnoludek poznałby po tych znakach, że wiosna już blizko, ale Koszałek-Opałek tak był od młodości pogrążony w księgach, że poza niemi nic nie widział w świecie, i na niczem nie rozumiał się zgoła.  Wszakże i on miał w sercu taką dziwną radość, taką rzeźkość, że nagle zaczął wywijać swojem wielkiem piórem i śpiewać znaną starą piosenkę:

...Precz, precz smutek wszelki, Zapal fajki, staw butelki.

 Zaledwie jednak był w połowie zwrotki, kiedy posłyszał ćwierkanie gromady wróbli na chróścianym, grodzącym pólko, płocie; urwał tedy piosenkę swą natychmiast, aby się z tą gawiedzią nie bratać, i namarszczywszy czoło, szedł z wielką powagą, iżby ona hołota wiedziała, że mężem uczonym będąc, z wróblami kompanii nie trzyma.  A że już i wioskę widać było, skręcił tedy na przydrożek, gdzie go zeszłoroczne badyle różnego chwastu prawie zupełnie zakryły, i niepostrzeżony, do pierwszej chałupy doszedł.  Wieś była duża, szeroko rozbudowana wśród poczerniałych teraz i bezlistnych sadów, a ostatnie jej domostwa opierały się o ciemną ścianę gęstego sosnowego boru.  Chaty były zamożne, świeżo wybielone, z kominów ulatywał dym siny, w podwórkach skrzypiały studzienne żórawie, parobcy poili konie i porykujące bydło, a kupki dzieci bawiły się hałaśliwie na wysadzonej topolami drodze, to w „gonionego”, to znów „w chowanego”.  Ale nad całym tym gwarem górował huk młota i dźwiękanie żelaza w poblizkiej kuźni, przed którą stała gromadka lamentujących niewiast. Obaczywszy je, Koszałek-Opałek posunął się ostrożnie wzdłuż płota, i stanąwszy za krzaczkiem tarniny — słuchał.

 — A niecnota! A zbój! — mówiła jedna. — Jak on się do kowalowego kurnika zakraść nie bał, to już przed nim nigdzie kokoszy nie skryje!  A druga:  — Co to kokoszy! To było złoto, nie kokosza! Dzień na dzień jaja niosła i to jak moja pięść! Na całą wieś takiej drugiej niema!  Tak znów insza:  — A mojego koguta kto zdusił? Nie jegoż to sprawka? To jakem zobaczyła te roztrzęsione piórka, Bóg łaskaw, żem z żalu nie padła! Jak nic byłabym za niego wzięła z pięć złotków, albo jeszcze i piętnaście groszy.  Tak znów ta pierwsza:  — A co za podstępca! Co za kat taki! A co to za moc w tych pazurach! Żeby zaś taką jamę pod kurnikiem wygrzebać! A to i chłop łopatą lepiejby nie zrobił! A że też nijakiego sposobu nie ma na takiego zbója!  Ale wtem wybiegła z chałupy przy kuźni kowalka, i nie dbając na zimno, bez kaftana, stanęła przed progiem, fartuch do oczu podniosła i z głośnym płaczem zawodzić poczęła.  — A mojeż wy czubatki kochane! A mojeż wy kogutki pozłociste! A cóż ja teraz bez was pocznę, sierota!...  Dziwił się temu lamentowi Koszałek-Opałek, słuchając to jednem, to znów drugiem uchem, bo nie mógł jakoś zrazu pomiarkować, o coby to onym niewiastom chodziło. Aż nagle stuknął się palcem w czoło, pod płotem między chwasty siadł, kałamarz odkorkował, pióro w nim umaczał, strzepnął, i otwarłszy wielką swoją księgę, takie w niej zapisał słowa:  ...„Drugiego dnia podróży mojej zaszedłem do nieszczęsnej krainy, którą tatarowie napadłszy, wybili, wydusili, lub uprowadzili w jasyr wszystkie koguty i kokosze. Zaczem kowal miecze na wyprawę kuł, a przed kuźnią rozlegał się płacz i narzekanie.”  Jeszcze to pisał, kiedy w progu kuźni stanął kowal, i huknął basem.  — Co to pomoże płakać? Tu trzeba garnek z żarem wziąć i tego nicponia z jamy wykurzyć dymem! Jużci wiadome rzeczy, że pod lasem lis w jamie siedzi. Albo go wykurzyć, albo go wykopać. Dalej Jasiek!

Duchem Stach! — chłopaków zwołać i z łopatą mi na niego! A ty, matka, nie płacz, jeno garnek z żarem szykuj! Szedłbym sam, ale że robota pilna!  I zaraz się z progu do kuźni nawrócił, a dźwiękanie żelaza znów słyszeć się dało.  Ale dwóch kowalczyków, porzuciwszy miechy, biegło przez wieś, wołając: Na lisa! Na lisa!  Zaczem i baby pociągnęły ku chatom szykować wyprawę.  A wtedy, baczny na wszystko Koszałek-Opałek znów umaczał pióro i wpisał w księgę te słowa:  „Tatarowie ci mają nieustraszonego wodza i Chana nad sobą, który się zwie Lis Wielki, a ukrywają się w leśnych norach, skąd ich ludność miejscowa wykurza armatnim dymem.”

 Zaledwie jednak skończył to pisać uczony kronikarz, kiedy go doleciała okrutna wrzawa. Spojrzy, a tu wali przez wieś gromada bab, dzieci i wyrostków z łopatami, z kijami, z garnkami, a za gromadą, naszczekując, podążają w stronę lasu „Kruczki”, „Zaboje”, inne pokurcie, szczekając i ujadając srodze. Raz jeszcze tedy umaczał pióro Koszałek-Opałek, i taką uwagę w kronice swojej dopisał:  „Na wojnę przeciw Tatarom nie chodzą w krainie tej chłopi, ale baby, dzieci i niedorosłe chłopaki; które wojsko zgiełk srogi w marszu na nieprzyjaciela czyni, lecąc przez wieś wielkim pędem; za główną zasię armią gromada psów okrutnym wrzaskiem męstwa do boju dodawa.  Co iżem własnemi oczyma oglądał, podpisem stwierdzam.”  Tu przechylił głowę, zmrużył lewe oko i podpisawszy u brzegu karty: „Koszałek-Opałek, Nadworny Historyk Króla Jegomości Błystka,” — uczynił misterny, a szeroki zakręt.  Tymczasem z tamtej strony płota zaleciał go miły dymek jałowcowy, w którym się Krasnoludki szczególnie lubują. Pociągnął Koszałek-Opałek wielkim swoim [1] nosem raz, pociągnął drugi raz, a rozchyliwszy chrósty począł pilnie patrzeć, skądby ów dymek szedł. Jakoż ujrzał pod borem siny, wijący się sznurek, a gdy dobrze okulary przetarł, zobaczył w polu niewielkie ognisko i siedzących dokoła niego pastuszków.  Poczciwy Krasnoludek niezmiernie dzieci lubił; puścił się tedy ku ognisku na przełaj ugorem, kierując się wprost na ów dymek i pociesznie przeskakując bruzdy.  Zdumieli się pastuszkowie zobaczywszy małego człowieczka w podróżnej, rzemieniem podpasanej opończy z kapturem, z księgą pod pachą, z kałamarzem u pasa i z piórem na ramieniu.  Zaraz też Józik Srokacz trącił w bok Stacha Szafarczyka, i pokazawszy palcem owego człowieczka, szepnął:  — Krasnoludek! A Koszałek-Opałek był już blizko i uśmiechał się przyjaźnie do dzieci, kiwając głową.

 Dzieci pootwierały usta szeroko i wpatrzyły się w niego jak w tęczę. Nie bały się przecież, tylko je ogarnął dziw nagły. Nie bały się, bo każde wiedziało dobrze, iż Krasnoludki nikomu krzywdy nie czynią, a jak ubogim sierotom, to i pomagają nawet. Jakoż Stacho Szafarczyk przypomniał sobie zaraz, że kiedy mu cielęta zaprzeszłej wiosny uciekły do lasu, takusieńki maluśki człowieczek pomógł mu je wyszukać i na pastwisko zagnać. Jeszcze go pogłaskał i poziomek mu w czapkę nasypał, mówiąc:  — Nie bój się! Naści, sieroto!  Tymczasem Koszałek-Opałek do ogniska podszedł, i wyjąwszy fajkę z zębów, przemówił grzecznie:  — Witajcie, dzieci!  Na co pastuszkowie odrzekli z powagą:  — Witajcie, Krasnoludku!  Ale dziewczynki skuliły się tylko, i naciągnąwszy chuściny na czoła, tak, że im ledwo czubki nosów było widać, wytrzeszczyły na przybysza niebieskie oczęta.  Koszałek-Opałek popatrzył na nie z uśmiechem i zapytał:  — Czy mogę się pogrzać przy waszem ognisku? Bo zimno!

 — Jużci, że mogą! — odpowiedział rezolutnie Jaśko Krzemieniec.  — My ta nie takie zazdrościwe! — dorzucił Szafarczyk.  — A Jaśko Srokacz:  — Niech se Krasnoludek siędą! godne miejsce!  I namykał poły od siwej sukmanki, czyniąc mu miejsce przy ogniu.  — A dopieką się ziemniaki, to se i pojeść mogą, jeśli wola! — dorzucił gościnnie Kubuś.  Tak insi:  — Pewnie, że mogą! Ino patrzeć, jak się dopieką, bo już duch idzie od nich.  Siadł tedy Koszałek-Opałek, i poglądając mile po rumianych twarzyczkach pastuszków, mówił z rozrzewnieniem:  — A mojeż wy dzieci kochane! A czemże ja wam odsłużę!  Zaledwie to jednak powiedział, kiedy Zośka Kowalczanka, zakrywszy wierzchem ręki oczy, zawołała prędko:  — A to nam bajkę powiedzą...  — Iii!... Co tam bajka! — rzekł na to Stacho Szafarczyk z powagą. — Zawszeć prawda je lepsza, niż bajka.  — Pewnie, pewnie, że lepsza! — rzekł Koszałek-Opałek. — Prawda jest ze wszystkiego najlepsza.  — Ano jak tak, — zawołał wesoło Józik Srokacz, — to niechże nam powiedzą, skąd się Krasnoludki wzięły na tym tu światu?  — Skąd się wzięły? — powtórzył Koszałek-Opałek, i już się zabierał powiadać, gdy wtem ziemniaki zaczęły pękać z wielkim hukiem. Zaczem ruszyły się dzieci wygrzebywać je patykami z żaru i z popiołu.  Uczony mąż wszakże przeląkł się srodze owego nagłego huku, i skoczywszy w bok, stanął za polnym kamykiem; dopiero z tej fortecy przypatrywał się dzieciom, jedzącym jakoweś okrągłe i dymiące kule, których nie znał. Zaczem rozwarł księgę, i oparłszy ją na owym polnym kamyku, takie w niej słowa drżącą ręką pisał:  „Lud w tej krainie tak jest wojenny i mężny, iż drobne dzieci pieką w gorącym popiele kartaczowe kule, które gdy w żarze z trzaskiem pękać poczną, co jest całkiem niebieskiemu grzmotowi podobne, wtedy chłopcy, od pieluch już śmiercią gardzący, a i mdłe dziewczątka nawet, wygrzebują one pękające z okrutnym hukiem kartacze, i dymiące jeszcze wprost do gęby kładą. Czego naocznym bywszy świadkiem, a wydziwować się takiemu rycerskiemu animuszowi nie mogąc zgoła, ku wiecznej pamiątce potomnych rzecz tę zapisuję. Dan w polu na ugorze, o przedwieczorowej porze.”  Poczem następował podpis i zakręt zamaszystszy jeszcze, niżeli poprzedni.  Tymczasem rozszedł się w polu tak smakowity zapach pieczonych kartofli, iż mąż uczony poczuł nagle jakowąś czczość w sobie i głośne burczenie żołądka.  A widząc, że one kartacze pękające najmniejszej szkody pastuszkom nie czynią, że się owszem dzieci po brzuszynach aż głaszczą od owego wybornego jadła, wyszedł z za kamyka ostrożnie i zwolna się do ogniska przybliżył. Zaraz też Zośka Kowalczanka, ukruszywszy nieco ziemniaka, podała mu go na gałązce chróstu, zachęcając, aby brał i jadł.  Nie bez trwogi Koszałek-Opałek wziął oną kruszynę w usta, ale wnet posmakowawszy, wyciągnął rękę po więcej. Kruszyły tedy dziewczątka conajpiękniej dopieczone ziemniaki i, po oskubince mu dając, tak się z nim oswoiły, że Kasia Balcerówna ostatni kęsek sama mu w usta włożyła, na co wszystkie, a najgłośniej Kasia, zapiszczały z okrutnej uciechy.

III

Podjadłszy tedy sobie, Koszałek-Opałek znów u ognia siadł, a gdy chłopcy świeżego chróstu narzucili, a iskierki po suchych gałązkach wesoło zaczęły skakać, tak pastuszkom o Krasnoludkach powiadał.

 — Drzewiej nie nazywali my się Krasnoludki, ale — Bożęta. Nie mieszkali my też pod ziemią, pod skałkami, albo pod korzeniami drzew starych, jako mieszkamy teraz, ale po wsiach, w chatach, razem z ludźmi. Dawno to było, przedawno! Jeszcze nad tym tu krajem panował wtedy Lech, który ufundował miasto Gniezno na tem miejscu, gdzie gniazda białych ptaków znalazł. Bo mówił sobie: — Jak tu ptaki w bezpieczności mieszkają, to musi ziemia cicha być i dobra.  Jakoż była.  O tych ptakach mówią ludzie, że to były orły, ale w naszych starych księgach stoi, jako to były bociany, po równinach łąkowych brodzące, które tam sobie gniazda w obfitości słały. Jak było, tak było, dość, że się cała ta kraina Lechją od owego Lecha poczęła zwać, a lud, który w niej mieszkał, też miano Lechitów przyjął. Chociaż sąsiedzi zwali go i Polanami także, iż był naród polnych oraczów i za pługiem chadzał. Co wszystko w naszych księgach starych pod pieczęcią stoi.  — A to boru wtedy nie było? — zapytał nagle cienkim głosem Józik. — Ani rzeki, ani nic?  — Jakże! — odrzekł Koszałek-Opałek. — Był bór, i to nie taki jak dziś, ale puszcza okrutna i bez końca prawie. A w puszczy mieszkał zwierz srogi i wielki, i tak ryczący, że drzewa co słabsze pękały. Ale że my, Krasnoludki, to tylko o niedźwiedziach wiemy. Powiadał mi raz pradziad mego prapradziadka, że jak go taki niedźwiedź wygarnął razem z pszczołami i miodem z lipowego dziupla, to go do pół zimy u siebie pokojowcem trzymał i bajki sobie dzień i noc prawić kazał, a sam łapę tylko cmokał i w barłogu drzemał. Dopieroż jak srogi mróz ścisnął, a niedźwiedź tęgo chrapnął, puścił się pradziad mego prapradziadka biegiem z onej puszczy i po siedmiu latach wędrowania do swoich powrócił.  Śmiały się dzieci, słuchając tej przygody, a Koszałek-Opałek tak dalej prawił:  — Ho! ho!... To były czasy!... Nad polami, nad wodami szumiały wtedy lipowe gaje, a w nich mieszkał jeden stary, stary bożek, imieniem Światowid, który na trzy strony świata patrzał i nad całą tą krainą miał opiekę.  Ale co domostw, dobytku i obejścia, to pilnowały Bożęta, które też i „Skrzatami” dla ich małości zwano.  „Każda chata ma swego skrzata,” — mawiał lud w te stare czasy, a nam też dobrze było i wesoło, bo my przy wszelakiej robocie pomagali gospodarzom naszym. To koniom owies sypali, a przedmuchiwali z plewy, żeby samo gołe ziarno się złociło; to sieczkę rznęli, to trzęśli słomę, to kury zaganiali na grzędę, żeby nie gubiły jaj w pokrzywach, to masło w maślnicy ubijali, to wyciskali sery, to dzieci kołysali, to motali przędzę, to na ogień dmuchali, żeby kasza prędzej gotowa była. Jaka tylko była robota w chacie i w obejściu, precz my się każdej chwytali ochotnie. Co prawda, nie szło to darmo! Jak nie gospodarz, to gospodyni pamiętała o nas. Zawsze w świetlicy na brzeżku ławy były kruszyny chleba i twarogu, zawsze w kubku trochę miodu albo chociaż mleka. Było z czego żyć. A wychodziła gospodyni na ogród pleć, albo z sierpem w pole, to się tylko od tego proga obejrzała, z bodni garstewkę prosa wzięła i sypiąc po izbie mówiła:

„Bożęta! Bożęta! Niech który pamięta O dzieciach, o chacie... A tu proso macie!”

 I szła spokojnie do roboty. A my, smyrk z pod zapiecka, smyrk z pod ławy, smyrk z pod malowanej skrzyni! Nuż w izbie gospodarzyć, dzieciom prawić, chłopcom koniki strugać, dziewuszkom łątki wić, warkoczyki splatać.  Nuż błony w okienkach przecierać, słonko przez nie do chaty puszczać, tę złotą jasność po kątach roznosić, to aż wszystko pachniało dokoła! Pracy, coprawda, było dość, ale tej wdzięczności ludzkiej jeszcze więcej. Nie było zmowin, ani postrzyżyn, żeby nas na nie gospodarze nie prosili:

Bożęta, Bożęta! Prosim na te święta! Na żubrze pieczenie, Na rogi jelenie, Na kura, co skacze, Na białe kołacze!

 Jużci, że my się między gości nie pchali, bo nasz naród, choć mały, zawsze bywał polityczny. Ale jak my zaczęli jeden z drugim i dziesiątym na gęślikach grać, alboli pod oknem, alboli pod progiem, to się ludzie odsłuchać nie mogli naszej kapeli, takie z niej wesele szło, taka radość, takie śpiewanie w sercu.  Hej! hej! Gdzie to te czasy! Gdzie!?

IV

Zatrzymał się Koszałek-Opałek i zwolna fajeczkę pykał, a dzieci, choć nic nie mówił, słuchały, wpatrzone w niego. Po małej tedy chwili rzekł:

 — Długo tak było, nie wiem, bo o tem nie stoi w naszych księgach. Ale się potem czasy odmieniać zaczęły. Nie stało tych dobrych Panów z Lechowego rodu; a ci nowi precz się ze sobą darli, bo ich panowało razem cości aże dwunastu. Dopieroż lud sobie owe swary uprzykrzył, tych kłótników het precz przepędził, a jednego pana znów obrał.  Ano, uciszyła się trochę ta kraina, alić ledwo że słońce zaświeciło nad nią — znów przyszła burza.  Jako szarańcza pada na posiew zbożowy, aby go wyniszczyć do źdźbła, tak na te pole lechickie padły Niemce, a ich książę chciał gwałtem naszą panią brać i sam nad nami panować. Mówię: naszą, bo choć my byli tylko Bożęta, ale w te prastare błogie czasy, jedność była i z narodem my się, jak bracia trzymali.  Pani jednak nie chciała Niemca.  — A ja wiem! — krzyknęła nagle cienkim głoskiem Kasia Balcerówna. — To była Wanda!  — A ja też wiem! — jeszcze cieniej zapiszczała Zosia Kowalczanka.  I nuż jedna przed drugą wyciągać:

Wanda leży w naszej ziemi, Co nie chciała Niemca...

 Pokiwał na to Koszałek-Opałek głową i rzekł z uśmiechem:  — A nie chciała!... Wiem! Znam!... Toć ta cała pieśń w naszych księgach stoi. Toć my od najdawniejszych czasów uczym jej małą wiejską dziatwę! Jakże!... Ja sam już ze sto dzieci jej nauczyłem. A was któż zuczył?  — A my nie wiemy.  — No, to pewno ja! Drugi raz to się zdaje, że tak w powietrzu cości gada, albo śpiewa.  — Prawda! — przywtórzyli chłopcy z powagą.  — No, to widzicie, Krasnoludki tak gadają i śpiewają! Tylo że maluśkie, to ich nie widać, jak się tam pokryją we zboża, albo w trawy na łąkach, albo między te listeczki w gaju, albo pod te kamyczki polne.  Ano dobrze!... Jak też pani Niemca nie chciała, tak się zrobiła wojna. Zaraz zaczęły na ten kraj lecieć kruki, wrony, zaraz zaczęły wilki wyć, zaraz się niebo czarnemi chmurami oblokło.  My też zaczęli głodu przymierać, bo i chleb i sery, wszystko szło dla tych wojaków, co się z Niemcami bili. Wymizerował się kraj cały, wymizerowały się i Bożęta z nim razem. Aż jak się też naszej pani serce ścisło, że wojna o nią cały naród trapi, tak zaraz w rzekę skoczyła, we Wisłę, i zaraz się utopiła. Tak dopieroż Niemce poszły precz, a u nas pokój nastał.  Ale że się czasy tak przez tę wojnę popsuły, że to na nic! Już brat bratu na zdradzie stał, już mocny tego słabszego krzywdził, już chciwiec — sierocy zagon przyorywał do swojego pola. A jako tam, gdzie krzywda i łzy sierot, szczęścia być nie może, nastały złe pany w tym kraju, co się nazywały Popiele.  — Laboga! — zapiszczała Kasia — Popiele?  — Czegoż wrzeszczysz? — ofuknął ją Stach Szafarczyk. — Cóż to za dziwota? Przecież to te Popiele, co jednego myszy zjadły!  — Przecie — przywtórzył z wielką powagą Józik Srokacz.

 Ale Koszałek-Opałek, puściwszy dymek z fajki, tak dalej prawił:  — Różnie to tam powiadają o tych myszach, tak i tak. Dawne to czasy, i dziś nikt nie dojdzie już jak było. Ale że w naszych księgach stoi, że to nie myszy były, tylko właśnie Bożęta, które się w mysie kożuszki przybrawszy, iż zima była tęga, a widząc, jako ten Popiel ze wszystkiem źle panował, hurmem się z mysich nor na niego rzuciły, i tak go poturbowały, że to na śmierć.  Tak stoi w naszych księgach. Czy to prawda, czy nie prawda, trudno wiedzieć. Ale mój prapradziad sam mi powiadał, że nim z wielkiej starości oślepł, to widział raz okrutne jezioro, a na nim srogą wieżę, gdzie się to stać miało, która to wieża do dziś się Mysią wieżą zowie! A znów jezioro — nazywa się Gopło.  Ano dobrze!  Tu, iż mu fajeczka zgasła, począł Koszałek w popiele iskierki szukać, a znalazłszy, pociągnął parę razy z cybucha, zaczem puścił kłąb dymu i tak mówił dalej:  W tych starych księgach to jest tak:  Tu parę kart brak, tu znów parę tak pożółkłych i wyblakłych, że ani przeczytać, tu znów wielka czarna rysa w poprzek, albo wzdłuż; to i nie wszystko wiedzieć można, co tam przed wieki wpisywał ktoś do nich.  Ale czy dobre były czasy, czy złe, to zaraz poznać można. Jak dobre, to z tych kart, żeby i najstarszych, taka światłość bije, właśnie jakoby słońce wzeszło; a jak złe, to się taki mrok po nich rzuca, jakby w noc ciemną, kiedy to ani gwiazd, ani miesiąca nie ujrzy nad ziemią...  Takie to są te stare księgi Krasnoludków!