O czym nie śniło się dorosłym - Joanna Wachowiak - ebook + książka

O czym nie śniło się dorosłym ebook

Joanna Wachowiak

0,0
24,90 zł

lub
Opis

Zabawne, ciepłe i pogodne opowiadania, których bohaterem jest przedszkolak Bartek. Bartek miewa niezwykle barwne i obfitujące w przygody sny. Zwykle mają one związek z tym, co się zdarzyło w przedszkolu i w domu, o czym rozmawiał z rodzicami i z kolegami, z jego marzeniami i obawami. Spotyka więc w swoich snach czarownicę Babę Łamagę, jest posiadaczem pięknej dżdżownicy Lusi, której zazdroszczą mu wszystkie dzieci, pies rozmawia z nim ludzkim głosem, a mama zyskuje dodatkową parę rąk. Staje się też Bartek w snach kamieniem, ptakiem, a nawet – niestety – strażakiem. Każde opowiadanie pozostawi czytelnika z uśmiechem na twarzy.

W serii książek o niezwykłych snach Bartka ukazały się (i w takiej kolejności można czytać) :
O czym nie śniło się dorosłym
“Ja chyba śnię”
“Bartek, Lenka i sny”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 48

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Copyright © Joanna Wachowiak

Copyright © Wydawnictwo BIS 2013

ISBN 978-83-7551-717-0

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. 22-877-27-05, 22-877-40-33

e-mail:[email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Po powrocie z przedszkola jakoś nie mogłem sobie znaleźć miejsca. Trochę pobawiłem się pociągiem, ale szybko mi się znudziło. Zacząłem budować garaż dla samochodzików, ale ledwo ułożyłem parę klocków, zmieniłem zdanie. Potem namówiłem mamę i tatę, żebyśmy pograli w grę, taką z planszą, kostką i pionkami, ale jak zaczęliśmy grać, odechciało mi się. Pooglądałem bajki, ale też tylko przez chwilę – nie spodobały mi się.

– No to co właściwie masz ochotę robić? – spytał tata.

– Tak właściwie to… mam ochotę położyć się już do łóżka – odpowiedziałem. – W piżamie i do rana.

Jak tylko znalazłem się w łóżku, zasnąłem. Tata nie zdążył nawet przyjść poczytać mi książki.

Spałem sobie smacznie, gdy nagle…!

Obudził mnie huk i rumor, coś walnęło, załomotało, a na koniec – łup! ciężko upadło.

Poderwałem się i usiadłem na łóżku. Zapaliłem nocną lampkę i zobaczyłem, że drzwi szafy są szeroko otwarte i część ubrań leży na podłodze, choć przecież kiedy kładłem się spać, w pokoju był porządek.

Wtem usłyszałem:

– Ojojoj… Moje plecy… Ojojoj…

I tuż obok mojego łóżka zobaczyłem gramolącą się z podłogi… czarownicę. Od razu wiedziałem, że to czarownica, bo miała miotłę, długi nos i długą czarną suknię, do której przyczepiło się trochę pajęczyn. Miała też spiczastą czarną czapkę, z której czubka zwisała moja skarpetka.

– Ojej… uch – stękała, podnosząc się.

Przez to stękanie i jęczenie w ogóle nie wyglądała strasznie.

– Co, do licha? – Podrapała się palcem z długim paznokciem po głowie i rozejrzała dokoła. – Na chatkę Baby Zgagi to nie wygląda…

Gdy rozglądała się po pokoju, moja skarpetka zabawnie dyndała jej wokół głowy. Parsknąłem śmiechem, a wtedy czarownica spojrzała na mnie.

– A… Nie boisz się? No i dobrze. Miałam lecieć do znajomej czarownicy na spotkanie z koleżankami, a znalazłam się tu. Zdaje się, że wpadłam przez szafę… Miotła mi się zepsuła, czy co? – Potrząsnęła nią. – Muszę ją zabrać do mechanika… No nic, jak wpadłam, tak wypadnę. Spieszę się, bo jak się spóźnię, to potrawki z żab dla mnie jędze nie zostawią…

Po czym wsiadła na miotłę, skierowała ją w stronę szafy i ruszyła. Ale daleko nie poleciała. Łup! Grzmotnęła w szafę i fiknęła kozła do tyłu. Usłyszałem jakieś chrupnięcie.

– Nic pani nie jest? – zawołałem. – Chyba coś sobie pani złamała.

– Oj, złamałam, złamałam… – jęknęła czarownica. – Różdżkę złamałam! Ładne rzeczy. A dziś piątek, do tego wieczór.

– To co? – spytałem zaciekawiony.

– Jak to co? – obruszyła się czarownica. – Wszystko pozamykane. Będę musiała czekać do poniedziałku, żeby ją gdzieś naprawić!

Wyglądała na bardzo zmartwioną, aż mi się jej żal zrobiło.

Nagle coś mi przyszło do głowy.

– A może skleić różdżkę taśmą klejącą?

– Hm… – zastanowiła się czarownica. – Można spróbować.

Znalazła taśmę na półce i starannie skleiła połamane końce różdżki. Potem przyjrzała się jej uważnie i machnęła parę razy w powietrzu, żeby wypróbować, jak działa.

– No i jak? – spytałem z ciekawością.

– Nie dowiemy się, dopóki nie sprawdzimy… – mruknęła i machnęła różdżką. – Czary-mary, czmychando!

Wtedy stało się coś dziwnego. Zielone krzesła stojące przy stoliku poruszyły się. Uniosły się na dwóch nogach, potem opadły i zaczęły brykać po pokoju, całkiem jak źrebaki!

– E, do licha…! Nie o to chodziło! – Czarownica postukała różdżką o rękę. – Jeszcze raz. Czary-mary, czmychando!

Krzesła wcale nie przestały galopować. Jedno zapędziło się nawet na ścianę i biegało sobie po niej w najlepsze. Na dodatek z szafy zaczęły wylatywać moje ubrania. Co to się działo! Spodnie powskakiwały na moje samochodziki i odpychając się nogawkami, jeździły po pokoju jak na deskorolkach. Skarpetki pełzały po podłodze jak gąsienice, a sweter uczepił się lampy i huśtał się na niej jak małpa na gałęzi. A bluzki i koszule? Te dopiero wyprawiały! Chwyciły się za rękawy i wirowały w powietrzu, jakby bawiły się w kółko graniaste. Zielona bluzka i czerwona, ta w paski, próbowały wspinać się po półkach z zabawkami, a koszula w kratkę machała rękawami i udawała, że pływa w powietrzu.

Patrzyłem na to wszystko z rozdziawionymi ustami. Okrągłymi ze zdumienia oczami spojrzałem na czarownicę.

– A co to niby ma być? – fuknęła, patrząc na różdżkę. – Co ty wyprawiasz? Czy ja ci kazałam robić cyrk?

I jeszcze mocniej zaczęła machać różdżką.

– Czmychando! Czmychando!

Wtedy dopiero się porobiło!

Z półek uniosły się stojące na nich książki i zaczęły fruwać po pokoju. Spomiędzy szeleszczących kartek wyglądały postaci, które były w tych książkach narysowane: dzieci, króliki, koty i inne… Niektóre były zdziwione, inne trochę przestraszone, ale były też takie, które robiły wrażenie wielce uradowanych. Z jednej książki, z czerwoną okładką, prawie wypadł miś – w ostatniej chwili chwycił się łapkami kartek i tak uczepiony latał pod sufitem, majtając nogami z uciechy.

Bardzo mi się te wszystkie sztuczki czarownicy podobały, ale ona nie wyglądała na zadowoloną.

– Słuchaj no – mruknęła, patrząc na trzymaną w ręce różdżkę. – Postaraj się lepiej, bo inaczej nigdy się stąd nie wydostaniemy, skoro miotła nie działa! Jeszcze raz: czary-mary, czmychando!

I nic.

To znaczy: krzesła brykały, ubrania rozrabiały, książki nadal fruwały, szeleszcząc kartkami, ale nic nowego się nie pojawiło. Myślałem, że tym razem niczego nie wyczarowała, ale czarownica spojrzała na mnie i gwizdnęła cicho.

– Fiu, fiu! No to się porobiło…!

Już miałem spytać, o co chodzi, gdy zauważyłem, że wyglądam jakoś inaczej. Zamiast rąk i nóg miałem zielone łapy z błonami między palcami, brzuch też był cały zielony…

– Co?! – wrzasnąłem. – Zamieniłaś mnie w żabę? Natychmiast mnie odczaruj! Nie chcę być żabą!

– Cii… – Czarownica się przestraszyła. – Nie krzycz tak, bo jeszcze ktoś usłyszy! To nie moja wina, ta złamana różdżka myli czary… No już, uspokój się…

Ale ja ze złości aż podskakiwałem na łóżku.

– Nie chcę być żabą! Nie chcę być żabą! Chcę być sobą, chłopcem! Odczaruj mnie natychmiast!

Czarownica niespokojnie zerkała na drzwi mojego pokoju.

– Dobrze, dobrze, już próbuję – usiłowała mnie uspokoić. – Użyję mocniejszego zaklęcia, tylko nie krzycz. Czary-mary…

Wtedy znów coś huknęło.

I nagle w pokoju zrobiło się całkiem jasno. Tak jasno, że aż zasłoniłem oczy.

– Co się dzieje? – usłyszałem. Ale to nie był głos czarownicy, tylko taty. – Kto zostawił krzesło na środku pokoju? Właśnie przed chwilą na nie po ciemku wszedłem.

Poczułem rękę taty na moich włosach.

– Co się dzieje, synku? Czemu krzyczałeś?

Otworzyłem oczy, zamrugałem i rozejrzałem się po pokoju.

Wszystko wyglądało całkiem normalnie, ani śladu czarów… Sobie też czym prędzej się przyjrzałem. Uff, nie jestem żabą..!

– Była tu