41,00 zł
Fake newsy, teorie spiskowe i manipulacja faktami – to wszystko znajdziecie w ostatniej powieści Umberta Eco. „Numer 0” jest bezwzględną satyrą na współczesne media, zamkniętą w formule thrillera politycznego z elementami romansu i gorzkiej groteski. Choć akcja osadzona jest w realiach prasy analogowej lat 90., autor kreśli niepokojąco trafną, wręcz proroczą wizję świata, w którym prawda stała się towarem, a wolne media – iluzją.
Colonna, życiowy rozbitek i ghostwriter, otrzymuje propozycję nie do odrzucenia. Przez rok ma obserwować narodziny nowego dziennika, a następnie opisać ten proces w książce, która z góry jest skazana na sukces. Sęk w tym, że gazeta – rzekomo stworzona po to, by „mówić prawdę o wszystkim” – to od początku do końca blef i narzędzie szantażu politycznego. W prowizorycznej redakcji Colonna trafia na Braggadocio – dziennikarza śledczego owładniętego obsesją dochodzenia do prawdy. Rekonstruuje on alternatywną historię powojennych Włoch, łącząc w jedną logiczną całość najmroczniejsze sekrety państwa: od rzekomego ocalenia Mussoliniego, przez tajemniczą śmierć Jana Pawła I, aż po zakulisowe działania loży P2, CIA i mafii. Dla Colonny to tylko groteskowy teatr i medialna kreacja. Do czasu, gdy Braggadocio zostaje zamordowany, redaktor naczelny gazety znika bez śladu, a z mieszkania Colonny w nocy giną bezcenne dyskietki.
Czy w świecie, gdzie każdą „prawdę” można sfabrykować, najniebezpieczniejsza okaże się ta, która przypadkiem ma w sobie ziarno prawdy?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 205
Tytuł oryginału:Numero zero
Copyright © Bompiani / RCS Libri S.p.A. – Milan, 2015
For the Polish edition Copyright © 2026, Noir sur Blanc, Warszawa
Opieka redakcyjnaMonika Szewczyk
Opracowanie redakcyjneMirosław Grabowski
KorektaJan Jaroszuk, Beata Wyrzykowska, Agata Nocuń
Projekt okładkiWitold Siemaszkiewicz
ISBN 978-83-8403-152-0
Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl
Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.
Anicie
Only connect!
E.M. FORSTER
Dziś rano z kranu nie popłynęła woda.
Bek, bek – dwa beknięcia noworodka, potem już nic.
Zapukałem do sąsiadki. U nich w mieszkaniu wszystko w porządku. Pewnie zakręcił pan główne pokrętło, powiedziała. Ja? Przecież nie wiem nawet, gdzie ono się znajduje, mieszkam tu od niedawna i wracam do domu dopiero wieczorem. No dobrze, a kiedy wyjeżdża pan na tydzień, to nie wyłącza pan wody i gazu? Nie. To wielka nieostrożność; proszę mnie wpuścić, pokażę panu.
Otworzyła szafkę pod umywalką, coś tam zrobiła i woda popłynęła znowu. Widzi pan? Było zakręcone. Przepraszam panią, jestem taki roztargniony. Ach, wy single! Sąsiadka wyszła; już i ona mówi po angielsku.
Tylko bez nerwów. Złośliwe duszki istnieją jedynie w filmach, ja zaś nie jestem lunatykiem. A nawet gdybym był, nie wiedziałbym o tym pokrętle, w przeciwnym bowiem razie posłużyłbym się nim na jawie, ponieważ z prysznica cieknie; ryzykuję zawsze, że przez całą noc nie zmrużę oka, nasłuchując spadającej kropli, choć nie przebywam w dżdżystej Valldemossie. Budzę się w istocie często, wstaję i idę zamknąć drzwi do łazienki oraz między sypialnią a przedpokojem, żeby nie słyszeć tego przeklętego kapania.
Nie wchodzi w rachubę... czy ja wiem... krótkie spięcie (pokrętłem trzeba kręcić, wskazuje na to sama jego nazwa) ani mysz, bo nawet gdyby tam się dostała, nie miałaby dość siły, żeby wprawić urządzenie w ruch. To żelazne, staromodne koło (w tym mieszkaniu wszystko ma co najmniej pięćdziesiąt lat), na dodatek jest zardzewiałe. Trzeba więc było ręki – ręki istoty człowiekopodobnej. A u mnie brak kominka, przez który mogłaby się przedostać wielka małpa z rue Morgue1.
Zastanówmy się. Nie ma skutku bez przyczyny – tak przynajmniej mówią. Wykluczmy cud, bo nie pojmuję, dlaczego Boga miałby interesować mój prysznic, przecież to nie Morze Czerwone. Naturalny skutek musiał mieć zatem naturalną przyczynę. Wczoraj wieczorem przed pójściem do łóżka wziąłem lekki środek nasenny, popiłem szklanką wody. Zatem wtedy woda jeszcze była, rano zaś już nie. A więc, drogi Watsonie, pokrętło zakręcono w nocy i nie zrobiłem tego ja. Ktoś – sam lub w towarzystwie – był w moim mieszkaniu i obawiał się, że obudzi mnie nie tyle hałas robiony przez niego lub przez nich (poruszali się bezszelestnie), ile właśnie to kapanie, które dokuczało nawet im; dziwili się pewno, że w ogóle mogę spać. Jako ludzie bardzo sprytni postąpili tak, jak postąpiłaby także moja sąsiadka – odcięli dopływ wody.
A dalej? Książki rozłożone są jak zwykle w nieładzie; tajni agenci z połowy krajów świata mogliby je przejrzeć strona po stronie, niczego bym nie zauważył. Różnych szuflad i szafy w przedpokoju nie warto nawet otwierać. Jeśli czegoś szukali, to w dzisiejszych czasach musieli zrobić tylko jedno – pogrzebać w komputerze. Może w pośpiechu skopiowali wszystko i poszli sobie do domu. No i dopiero teraz, czytając po kolei dokumenty, stwierdzają, że w komputerze nie ma niczego, co mogłoby ich zainteresować.
Co chcieli znaleźć? Jest oczywiste – to znaczy nie widzę innego wytłumaczenia – że szukali czegoś, co dotyczy gazety. Nie są głupi: myśleli pewno, że porobiłem notatki o wszystkim, nad czym w redakcji pracujemy, więc jeżeli wiem coś o sprawie Braggadocia, to musiałem gdzieś to zapisać. Obecnie domyślili się prawdy – mam wszystko na dyskietce. Rzecz jasna, w nocy odwiedzili także biuro, ale moich dyskietek tam nie znaleźli. Dochodzą więc do wniosku (ale dopiero teraz), że dyskietkę trzymam pewno w kieszeni. Ale z nas durnie, chyba sobie mówią, trzeba było szukać po kieszeniach. Durnie? Gnojki. Gdyby mieli trochę oleju w głowie, nie wybraliby sobie tak obrzydliwego zajęcia.
Teraz spróbują znowu, dotrą przynajmniej do „skradzionego listu”2, dopadną mnie na ulicy, udając kieszonkowców. Muszę więc się pośpieszyć, uprzedzić ich, wysłać dyskietkę na poste restante, potem podjąć ją we właściwym czasie. Co za głupstwa przychodzą mi do głowy! Jest już jeden trup, a Simei zwiał. Oni nie potrzebują nawet wiedzieć, czy ja wiem i co. Wykończą mnie z czystej ostrożności, i tyle. Nie mogę też ogłosić w prasie, że o całej sprawie nic mi nie wiadomo, bo tym samym dałbym do zrozumienia, że o niej wiem.
Jak ja w to wszystko się wplątałem? Sądzę, że winę ponoszą profesor Di Samis i moja znajomość niemieckiego.
Dlaczego przypominam sobie Di Samisa, historię sprzed trzydziestu lat? Otóż zawsze myślałem, że to przez niego nie ukończyłem studiów i że dlatego właśnie w to wszystko się wplątałem. Zresztą Anna rzuciła mnie po dwóch latach małżeństwa, ponieważ stwierdziła – cytuję jej własne słowa – że jestem nieudacznikiem życiowym z musu; kto wie, co jej przedtem o sobie opowiedziałem, żeby dobrze wypaść.
Studiów nigdy nie ukończyłem, bo znałem niemiecki. Moja pochodząca z regionu Górna Adyga babka rozmawiała ze mną od małego w tym języku. Wstąpiwszy na uniwersytet, od razu na pierwszym roku zgodziłem się tłumaczyć książki z niemieckiego, żeby zarabiać na życie. W tamtych czasach, znając niemiecki, miało się już zawód. Można było czytać i tłumaczyć książki, których inni nie rozumieli (uważano je zaś wtedy za cenne), i zarabiało się lepiej, niż tłumacząc z francuskiego, a nawet z angielskiego. Sądzę, że dzisiaj w podobnej sytuacji są ludzie znający chiński lub rosyjski. W każdym razie musiałem wybierać: albo tłumaczę z niemieckiego, albo kończę studia. Obu rzeczy naraz robić nie mogłem. Tłumaczyć znaczyło siedzieć w domu, w cieple lub w przyjemnym chłodzie, pracować w miękkich pantoflach, a przede wszystkim przyswajać sobie masę wiadomości. Po co więc było uczęszczać na uniwersyteckie wykłady?
Z lenistwa postanowiłem zapisać się na germanistykę. Studiować będę musiał niewiele, pomyślałem, przecież i tak wszystko już wiem. Luminarzem był wówczas profesor Di Samis, który w zaniedbanym barokowym pałacu uwił sobie to, co studenci nazywali jego orlim gniazdem. Wchodziło się tam po monumentalnych schodach do obszernego westybulu; z jednej strony drzwi prowadziły do instytutu Di Samisa, z drugiej znajdowało się auditorium maximum, jak je pompatycznie nazywał, to jest sala na mniej więcej pięćdziesiąt osób.
Do instytutu wolno było wejść wyłącznie po włożeniu kapci. Leżały przy drzwiach, w ilości wystarczającej dla asystentów i dwóch lub trzech studiujących. Ci, dla których ich zabrakło, stali w kolejce na zewnątrz. Wszystko było wywoskowane – chyba nawet książki na półkach ciągnących się wzdłuż ścian. Także twarze bardzo starych już asystentów, którzy od niepamiętnych czasów wyczekiwali profesorskich nominacji.
Sala miała ogromnie wysoki sufit i gotyckie okna (nigdy nie udało mi się zrozumieć, dlaczego akurat takie w barokowym pałacu) z zielonymi szybami. O właściwej porze, to znaczy czternaście minut po określonej godzinie, profesor Di Samis wychodził z instytutu. W odległości jednego metra za nim szedł starszy asystent, a w odległości dwóch metrów – asystenci młodsi, poniżej pięćdziesiątki. Asystent starszy niósł książki, młodzież dźwigała magnetofon; pod koniec lat pięćdziesiątych magnetofony były jeszcze olbrzymie, wyglądały jak Rolls-Royce’y.
Dziesięć metrów dzielących instytut od sali Di Samis przemierzał tak, jakby było ich dwadzieścia. Nie szedł po linii prostej, lecz po krzywej – nie pamiętam już, czy była to parabola, czy elipsa – powtarzając głośno: „Idziemy, idziemy!”. Wchodził wreszcie do sali i zasiadał na swego rodzaju rzeźbionym podium. Oczekiwaliśmy, że rozpocznie słowami: „Imię moje: Izmael”3.
Wpadające przez szyby zielone światło nadawało jego złośliwie uśmiechniętej twarzy trupi wygląd; asystenci wprawiali w ruch magnetofon. Potem zaczynał: „Wbrew temu, co oświadczył niedawno mój uczony kolega, profesor Bocardo...” – i tak dalej przez dwie godziny.
Owo zielone światło sprawiało, że ogarniała mnie nieprzeparta senność, widoczna także w oczach asystentów. Wiedziałem, że cierpią. Po dwóch godzinach my, studenci, z ulgą opuszczaliśmy salę, profesor Di Samis zaś nakazywał przewinąć taśmę, schodził z podium i siadał demokratycznie w pierwszym rzędzie obok asystentów. Razem ponownie słuchali dwugodzinnego wykładu, a profesor kiwaniem głowy wyrażał zadowolenie z każdego fragmentu, który wydawał mu się szczególnie istotny. Zauważmy, że wykłady dotyczyły niemieckiego przekładu Biblii dokonanego przez Lutra. Prawdziwa rozkosz, mówili moi koledzy, patrząc po sobie bezsilnie.
Na uniwersytecie pokazywałem się bardzo rzadko, a pod koniec drugiego roku spróbowałem zaproponować profesorowi jako temat pracy magisterskiej ironię u Heinego (uznałem, że znajduję pocieszenie w słusznym moim zdaniem cynizmie, z jakim podchodzi on do nieszczęśliwej miłości; przygotowywałem się wtedy do własnych miłosnych przeżyć). „Ach, wy młodzi, wy młodzi – odpowiedział mi zmartwiony Di Samis – chcecie od razu rzucać się na współczesnych...”
Wskutek swego rodzaju objawienia pojąłem, że z magisterium u Di Samisa nici. Pomyślałem wtedy o profesorze Ferio. Był młodszy, cieszył się opinią nadzwyczaj inteligentnego, zajmował się epoką romantyzmu z przyległościami. Starsi koledzy ostrzegli mnie jednak, że moją pracę magisterską oprócz promotora oceniać będzie w każdym razie Di Samis; nie powinienem więc zwracać się do profesora Ferio oficjalnie, bo tamten natychmiast się o tym dowie i na zawsze mnie znienawidzi. Powinienem pójść drogą okrężną, zrobić tak, jak gdyby to Ferio sam zaproponował mi pisanie pracy u siebie; wtedy Di Samis będzie miał pretensję nie do mnie, ale do niego. Di Samis nie znosił go z tej prostej przyczyny, że Ferio właśnie dzięki niemu awansował na profesora. Na uniwersytetach (wtedy, choć myślę, że i obecnie) działo się całkiem inaczej niż w normalnym świecie: to nie synowie nienawidzili ojców, lecz ojcowie synów.
Myślałem, że uda mi się zbliżyć do Feria w sposób niemal przypadkowy podczas jednego z odczytów, które Di Samis organizował co miesiąc w swoim auditorium maximum. Przychodziło na nie wielu jego kolegów, ponieważ wykładowcami zawsze byli sławni uczeni.
Te imprezy przebiegały jednak następująco. Bezpośrednio po odczycie odbywała się dyskusja z udziałem samych profesorów, a potem wszyscy wychodzili, bo mówca był zapraszany do najlepszej w okolicy restauracji Żółw, utrzymanej w stylu połowy XIX wieku, z kelnerami nadal we frakach. Aby z orlego gniazda dotrzeć do tej restauracji, należało przemierzyć szeroką ulicę z podcieniami i plac o historycznym znaczeniu, skręcić za róg monumentalnego pałacu i przejść wreszcie przez jeszcze jeden niewielki placyk. Podcieniami mówca szedł w otoczeniu profesorów zwyczajnych, metr za nimi szli profesorowie nadzwyczajni, dwa metry dalej asystenci i wreszcie, w rozsądnej odległości, najodważniejsi ze studentów. Ci ostatni żegnali się na historycznym placu, na rogu monumentalnego pałacu czynili to asystenci, profesorowie nadzwyczajni przechodzili przez placyk i żegnali się na progu restauracji, do której wchodzili jedynie gość i profesorowie zwyczajni.
I tak profesor Ferio nie dowiedział się nigdy o moim istnieniu. Tymczasem ja straciłem przekonanie do uczelni, nie uczęszczałem już zupełnie na wykłady. Tłumaczyłem jak automat. Trzeba brać to, co ci dają, więc przekładałem poetyckim językiem trzytomowe dzieło o roli Friedricha Lista w powstaniu Zollverein, Niemieckiej Unii Celnej. Można zrozumieć, dlaczego przestałem w końcu tłumaczyć z niemieckiego. Na podjęcie przerwanych studiów było już jednak za późno.
Kłopot w tym, że z myślą o definitywnej rezygnacji trudno się pogodzić. Żyjesz dalej, wierząc, że prędzej czy później zdasz wszystkie egzaminy i obronisz pracę, a żyjąc w wierze w urzeczywistnienie płonnych nadziei, jesteś już nieuchronnie przegrany. Kiedy to później pojmujesz, przestajesz się czymkolwiek przejmować.
Początkowo znalazłem zatrudnienie jako opiekun niemieckiego chłopca, zbyt głupiego na to, aby go posłać do szkoły. Mieszkaliśmy w Engadynie: doskonały klimat, dające się znieść odosobnienie. Wytrzymałem rok, płacono mi dobrze. Potem matka chłopca przyparła mnie pewnego dnia do ściany w korytarzu, dając do zrozumienia, że chętnie mi ulegnie. Miała wystające zęby i lekki zarys wąsów; wytłumaczyłem jej uprzejmie, że nie jestem zainteresowany. Po trzech dniach zostałem zwolniony, ponieważ chłopak nie robił postępów.
Wiązałem później koniec z końcem za pomocą pióra. Chciałem pisać do prasy, ale tylko kilka lokalnych gazet było skłonnych przyjmować moje artykuliki z zakresu krytyki teatralnej – omówienia spektakli zespołów objazdowych, które występowały na prowincji. Recenzowałem też za śmiesznie niskie honoraria programy rozrywkowe poprzedzające przedstawienia, co pozwalało mi podglądać za kulisami tancerki w marynarskich mundurkach i fascynować się widocznymi na ich nogach objawami cellulitu. Chodziłem z tymi pannami do barów mlecznych na kolacje złożone z filiżanki kawy z mlekiem albo – kiedy nie były całkiem bez pieniędzy – z jajka smażonego na maśle. Doświadczyłem wtedy swoich pierwszych przeżyć seksualnych z pewną śpiewaczką w zamian za pobłażliwą o niej wzmiankę w dzienniku z Saluzzo – więcej sobie nie zażyczyła.
Nie miałem stałej siedziby, mieszkałem w różnych miastach (do Mediolanu przybyłem dopiero wezwany przez Simeiego), robiłem korekty w trzech przynajmniej wydawnictwach (uniwersyteckich, nigdy u sławnych wydawców), dla jednego przeglądałem hasła w encyklopedii (trzeba było sprawdzać daty, tytuły dzieł itd.). Dzięki tym wszystkim zajęciom nabyłem tego, co Paolo Villaggio4 nazwał kiedyś kulturą monstrualną. Przegrani, podobnie jak samoucy, wiedzą zawsze więcej od ludzi sukcesu, bo żeby odnieść sukces, musisz wiedzieć jedno, nie tracić czasu na poznawanie wszystkiego. Satysfakcja płynąca z erudycji zastrzeżona jest dla przegranych. Im więcej ktoś wie, tym bardziej nie powiodło mu się w życiu.
Kilka lat poświęciłem na lekturę rękopisów, które przekazywali mi wydawcy (niekiedy także ci ważni), ponieważ składanych tekstów nikomu nie chciało się u nich czytać. Płacili pięć tysięcy lirów za rękopis. Spędzałem całe dnie wyciągnięty na łóżku, czytając jak opętany. Potem, aby zniszczyć nieostrożnego autora, redagowałem dwustronicową opinię pełną sarkazmu najwyższej próby. W wydawnictwie wszyscy oddychali z ulgą. Pisali do lekkomyślnego, że im przykro, ale muszą odmówić, i na tym koniec. Czytanie rękopisów, które nigdy nie zostaną opublikowane, może okazać się zawodem.
Tymczasem miałem epizod z Anną, który skończył się tak, jak musiał. Odtąd nie mogłem już (albo uparcie nie chciałem) myśleć z zainteresowaniem o kobiecie, z obawy, że znowu mi się nie uda. Do seksu podchodziłem w sposób terapeutyczny: przypadkowe przygody wykluczające ryzyko, że się zakocham, jedna wspólna noc i dosyć, dziękuję, przyjemnie było, ponadto od czasu do czasu stosunek płatny, żeby zapobiec udręce pożądania (tancerki sprawiły, że stałem się obojętny wobec cellulitu).
Marzyłem o tym, o czym marzą wszyscy przegrani: napiszę kiedyś książkę, która przyniesie mi sławę i bogactwo. Chciałem się nauczyć, jak zostać wielkim pisarzem, i zatrudniłem się nawet jako murzyn (albo ghost writer, jak mówi się dzisiaj ze względu na polityczną poprawność) u autora powieści kryminalnych, który z kolei – żeby dobrze się sprzedawać – używał amerykańskiego nazwiska na wzór aktorów ze spaghetti westernów. Pięknie było pracować w cieniu, za dwiema kurtynami (za Innym i innym nazwiskiem Innego).
Pisanie czyjegoś kryminału było łatwe, wystarczało naśladować styl Chandlera, a w ostateczności Spillane’a. Próbując jednak spłodzić coś własnego, stwierdzałem, że aby opisać kogoś lub coś, sięgam do literatury. Nie byłem zdolny powiedzieć, że ktoś spaceruje w bezchmurne, jasne popołudnie; mówiłem, że spaceruje „pod niebem Canaletta”. Uświadomiłem sobie później, że robił tak również D’Annunzio. Aby oznajmić, że niejaka Costanza Landbrook ma pewne zalety, pisał, że wydaje się ona istotą stworzoną przez Thomasa Lawrence’a; w przypadku Eleny Muti zauważał, że jej rysy przypominają niektóre profile pędzla młodego Moreau, a w związku z Andreą Sperellim – że przywodzi na myśl portret nieznanego szlachcica z Galerii Borghese. I tak, żeby napisać powieść, powinno się chodzić do kiosku i przeglądać sprzedawane tam zeszyty z reprodukcjami dzieł sztuki.
D’Annunzio był złym pisarzem, ale to nie znaczy, że miałem nim być także ja. Starając się uwolnić od nałogu cytowania, postanowiłem przestać pisać.
No tak, moje życie trudno nazwać wspaniałym. Stuknęła mi już pięćdziesiątka, kiedy otrzymałem zaproszenie od Simeiego. Dlaczego nie? Warto było i tego spróbować.
Co teraz zrobię? Wychylając nos z domu, ryzykuję. Najlepiej siedzieć tutaj, oni mogą być w pobliżu i czekać, aż wyjdę. A ja nie wyjdę. W kuchni jest kilka pudełek krakersów i konserwa mięsna. Z wczorajszego wieczoru zostało mi pół butelki whisky. Przyda się, żeby spędzić tu dzień lub dwa. Nalewam sobie dwie krople (potem może jeszcze dwie, ale po południu, bo od picia rano człowiek głupieje) i staram się odtworzyć tę historię od samego początku. Nie potrzebuję nawet sięgać po dyskietkę, bo aż do dziś wszystko dokładnie pamiętam.
Strach przed śmiercią ożywia wspomnienia.
1 Aluzja do opowiadania E.A. Poego Zabójstwo przy rue Morgue (wszystkie przypisy tłumacza). ↩
2 Aluzja do opowiadania E.A. Poego pod takim właśnie tytułem. ↩
3 Nawiązanie do pierwszych słów powieści Hermana Melville’a Moby Dick, w przekładzie Bronisława Zielińskiego. ↩
4 Współczesny włoski komik i pisarz. ↩
