Norweski pacjent - Lars Lenth - ebook

46 osób właśnie czyta

Opis

Norwescy deweloperzy i tajemnicza śmierć polskiego robotnika pracującego na czarno

Bestsellerowy skandynawski thriller autora Mężczyzn, którzy nienawidzą wilków

Z zatoki Oslofjorden wyłowione zostają zwłoki polskiego robotnika. Przywiązane do ciała pustaki nie budzą wątpliwości co do charakteru zbrodni. Za sprawą tego wydarzenia po wielu latach ponownie splatają się losy trojga dawnych szkolnych znajomych: policjantki Mariken Varden, adwokata Leo Vangena i cynicznego, niecofającego się przed niczym przedsiębiorcy Terje Klavenesa.

Kierowany przez Terjego i zakrojony na ogromną skalę projekt budowlany, polegający na postawieniu apartamentowców na terenie dawnego lotniska, jest przeżarty korupcją. Powodzenie całego przedsięwzięcia w gruncie rzeczy zależy od dwóch wynajętych przez niego opryszków – Nilsa Haetty i Rino Gulliksena – którzy, chwytając się niekoniecznie legalnych metod, próbują zastraszyć robotników, oszukanych udziałowców i wreszcie protestujących przeciwko budowie obrońców środowiska i miłośników ptaków.

Jednocześnie satyryczna i poważna powieść o ludzkich losach w Bærum - wiosce, której wszyscy nienawidzą. Aktualny i powracający również w Polsce temat konfliktu deweloperów i obrońców przyrody, a także problem pracujących na czarno emigrantów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 317

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginałuDen norske pasienten

Copyright © Lars Lenth 2012 Published by the Agreement with Stilton Literary Agency, Norway and Book/lab Literary Agency, Poland © Copyright for the Polish translation by Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska © Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

Opieka redakcyjna Andrzej Stańczyk

Redakcja Anna Milewska

Korekta Anna Rudnicka, Justyna Techmańska, Maria Wolańczyk

Projekt okładki i stron tytułowych Paweł Panczakiewicz

Ilustracje na okładce Shutterstock

Redkacja techniczna Robert Gębuś

This translation has been published with the financial support of NORLA. Tłumaczenie dofinansowane w ramach programu dotowania tłumaczeń literatury norweskiej NORLA (Norwegian Literature Abroad).

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70

ISBN: 978-83-08-07112-0

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

1

RANKIEM, W ŚRODĘ PIĘTNASTEGO MAJA, Trond Bast wdrapał się na swoją łódkę wędkarską Pioner zacumowaną w marinie Sollerudstranda. Nie licząc dwóch mew śmieszek, które dziobały pęczniejącą torbę foliową pod katamaranem stojącym na drewnianym stelażu, był w porcie całkiem sam. Bast wybierał się na trocie, które łowił na trolling w każdy boży dzień, od kwietnia do listopada, przez ostatnie dwadzieścia lat.

W pozwie rozwodowym żona Tronda Basta twierdziła, że wędkarstwo stało się jego obsesją i mąż był bardziej zainteresowany łowieniem ryb niż nią. W chwilach słabości Bast przyznawał, że miała rację.

Chociaż siedziba firmy ubezpieczeniowej Gjensidige górująca między nabrzeżem Sollerudstranda a autostradą trochę tłumiła hałas, już o tej porze, o wpół do siódmej rano, ryk samochodów wyraźnie docierał do portu u ujścia rzeki Lysaker. Nadludzie z Asker i Bærum jechali do pracy — ojcowie, którzy wstali o wpół do szóstej i pędzili do stolicy, zanim obudzą się dzieci i najbardziej ruchliwa trasa w Norwegii stanie się nieprzejezdna.

— Karierowicze — wymamrotał Trond Bast, dotykając głowy, aby się upewnić, czy tupecik jest na swoim miejscu. Nabrał tego zwyczaju po tym, jak przełknął upokorzenie i zamówił przez internet tanią perukę z Bułgarii.

Bast lubił mówić do siebie na głos, kiedy był sam na łódce; pozwalał żółci wylewać się spomiędzy zaciśniętych warg, zaprowadzał porządek bez obawy o to, że zostanie skorygowany albo skrytykowany przez jakiegoś besserwissera. Schylił się, podniósł z pokładu pustą butelkę po piwie i z całej siły cisnął nią w stronę wędrownych ptaków, które poderwały się do lotu, gdy butelka trafiła w kadłub katamaranu i rozprysnęła się w drobny mak. Trond Bast zachichotał, rozejrzał się dookoła, jakby szukał poklasku kolegów, których nie było, wsunął prymkę snusu pod wargę i szarpnął za linkę liczącego trzydzieści lat sześciocylindrowego silnika, który zaskoczył dopiero za dwunastym razem.

Gdy opłynął kamienny falochron na skraju portu, oślepiło go światło łagodnego porannego słońca, odbijającego się w stalowych i szklanych fasadach osiedla Lysaker Brygge. Czuł, jak promienie słoneczne rozmrażają jego ciało i muskają skórę na głowie wokół łaty sztucznych włosów, które kolorem różniły się na tyle od sumiastych brwi i resztki naturalnych włosów po bokach i z tyłu głowy, że każdy, kto na niego patrzył, natychmiast zauważał, że coś jest nie tak, nie potrafił jednak określić, co dokładnie.

Bast spoglądał na kompleks mieszkalny spod przymrużonych powiek; stwierdził, że wielu byłych mieszkańców willi wschodniego Bærum, którzy przeszli na wcześniejszą emeryturę, zasiadło już na werandach z filiżanką kawy, chcąc w ten sposób obronić swoją decyzję o wydaniu bajońskich sum na lokal w bloku w sąsiedztwie E18, skąd nie widać wieczornego słońca.

— Durnie! — wrzasnął Bast, ale jego głos utonął w huku silnika, a przekaz nie dotarł do żadnego z adresatów.

Po chwili przystąpił do przygotowywania sprzętu. Postęp w wędkarstwie, jaki nastąpił w ostatnich latach, ominął Tronda Basta. On wciąż pozostawał wierny lekkiej wędce spinningowej z antykwarycznym kołowrotkiem i prostą przynętą — dwudziestoośmiogramową miedzianą błystką śledziową — która wisiała i kołysała się trzydzieści metrów za łodzią. Tak robił jego dziadek, adwokat Børre Bast, tak robił ojciec, adwokat Benny Bast, i tak samo zamierzał robić przebywający od dawna na zwolnieniu lekarskim sprzedawca markiz Trond Bast.

Przez dwadzieścia trzy lata wędkowania Bast złowił w sumie dwadzieścia dwie trocie. Czyli prawie jedną na rok. Nigdy nikomu o tym nie powiedział, nie przyznawał się do tego nawet sam przed sobą, kiedy leżał samotnie w podwójnym małżeńskim łóżku, w segmencie za ekranem dźwiękochłonnym w dzielnicy Høvik i rozmyślał o tym, jak mogłoby potoczyć się jego życie.

Trond Bast zawsze nosił w sobie głęboką, choć po mistrzowsku skrywaną urazę do matki i ojca o to, że jego imię nie zaczyna się na literę B. Na łożu śmierci matka wyznała mu, że nalegała, by nazwać go Birger, ale ojciec się sprzeciwił, ponieważ według niego dwumiesięczny niemowlak nie zasługiwał na to, by być kontynuatorem dumnej rodzinnej tradycji.

W czasach szkolnych Trond marzył o jakimś przydomku na literę B, ale dopiero gdy zaczął dwuletnią edukację ekonomiczno-handlową w gimnazjum Dønski, zdecydował się na śmiałą próbę nakłonienia kolegów z klasy, by wołali na niego Biff1. Jednak przyszli ekonomiści z Bærum nie zgodzili się, by Trond nagle stał się Biffem, upierali się bowiem, że musi istnieć jakieś naturalne powiązanie między imieniem a ksywką, że w taki czy inny sposób trzeba na nią zapracować. A Trond Bast nie zapracował na żadną. Więc pozostał Trondem. I pozostał zgorzkniały.

Wiekowa jolka cięła gładką jak lustro taflę morza na wysokości Lagåsen niczym zardzewiały nóż Mora tnie lśniący brzuch troci i gdyby tylko Trond Bast był zdolny zrobić użytek ze swoich zmysłów, uznałby z pewnością, że jest uprzywilejowanym człowiekiem, skoro ma szczęście być akurat tu i teraz, i powinien być za to wdzięczny. Ale Bast był pochłonięty gapieniem się na rezydencje na brzegu z mieszaniną uznania i pogardy.

Lagåsen, teren między Lysaker i Fornebu, usiany był okazałymi symbolami przedsiębiorczości, sukcesu i megalomanii. Pod koniec dziewiętnastego wieku norweska elita intelektualna skupiła się na położonym blisko wybrzeża wzgórzu w gminie Bærum, zbudowała na nim wystawne domy otoczone ogrodami. Ukryte częściowo wśród sosen i zasadzonych buków, leżały tam: Polhøgda, pałac w stylu włoskiego renesansu należący kiedyś do badacza Fridtjofa Nansena; Munkebakken, szalona siedziba Ottona i Gerdy Nyquistów, a zarazem najdroższy w Norwegii dom jednorodzinny; Lysthuset, rezydencja burmistrza i ministra spraw zagranicznych Christiana Frederika Micheleta, oraz Levveld, rezydencja artysty Gerharda Munthego zaprojektowana w smoczym stylu.

Cała okolica tchnęła dawną wielkością.

Za każdym razem, kiedy ojciec i syn wędkowali w pobliżu Lagåsen, Benny snuł te same opowieści o owych niezwykłych ludziach, którzy „obdarzyli gminę swoją łaskawą obecnością”.

Trond Bast pamiętał słowa ojca, jakby słyszał je wczoraj: „Dzięki więzom rodzinnym i więzom przyjaźni ci wybitni mieszkańcy przyciągnęli tutaj inne wybitne osobistości”.

Zawsze wyjątkowo swędziało go pod tupecikiem, kiedy przepływał obok tych posiadłości, a gdy przypominał sobie, co ojciec przekazywał mu podniosłym tonem, czuł się mały i nic nieznaczący: „Krąg z Lysaker to najznamienitsze grono w historii Norwegii, najlepsze, co zrodziło Bærum — w jego skład wchodzili ludzie, którzy wiedzieli, dokąd zmierzają i jak tam dotrzeć; to dzięki nim pozostaliśmy w tysiąc dziewięćset piątym roku niezawisłym narodem”.

Fridtjof Nansen podobno uwielbiał wędkować. Nic dziwnego, przecież był człowiekiem natury. Uzyskał nawet tytuł doktora dzięki pracy o systemie nerwowym śluzic. Ale ani on, ani minister spraw zagranicznych Halvdan Koht nie spędzili życia na łowieniu na trolling — tego Trond Bast był pewny.

Na samym szczycie wzgórza królował budynek firmy reklamowo-eventowej Dinamo; samozwańczy królowie wizji i „kreatorzy” zagarnęli jedną z najokazalszych rezydencji na terenie Norwegii, stary dom Antona Fredrika Klavenessa, legendarnego armatora i miłośnika sztuki. Zazwyczaj Trond Bast branżę reklamową odsądzał od czci i wiary, a tę agencję reklamową w szczególności, podobnie jak pomstował na wszystko i wszystkich mających ambicję, inwencję lub odnoszących sukces. Ponieważ jednak był jednocześnie najzagorzalszym fanem drużyny piłkarskiej Stabæk, powiązania między Dinamo a klubem Stabæk Fotball sprawiały, że ten dom mediowy omijały niekontrolowane przejawy niezadowolenia ze strony podupadłego syna adwokata.

Jedyne, co Trond Bast miał wspólnego z ojcem, to zamiłowanie do wędkarstwa. Zarówno ojciec Benny, jak i dziadek Børre uwielbiali łowić ryby. Tyle że oni robili to od czasu do czasu, dla odprężenia, aby mogli być bardziej efektywni w swoim zawodzie. I nigdy nie dopuścili do tego, żeby dorsz i głowacz przeszkodziły im w pracy. Trond natomiast uczynił łowienie na trolling centralnym elementem swojej egzystencji.

Pasja ta nasilała się proporcjonalnie do przykrego poczucia przegranej na lądzie.

Posada sprzedawcy markiz stanowiła istotną przeszkodę w wędkowaniu, toteż gdy pełen kreatywności lekarz zakładowy z Eiksmarki zaoferował mu diagnozę „zapalenie nerwu równowagi” w zamian za czterdzieści pięć tysięcy koron w gotówce, Trond Bast zdjął ze ściany odziedziczoną litografię Muncha i pod mostem w Sandvice sprzedał ją jakiemuś człowiekowi z północy w berecie baskijskim za pięćdziesiąt tysięcy koron. Była to pokaźna kwota, ale biorąc pod uwagę fakt, że w zamian, w nieskończonej przyszłości, będzie mógł inkasować dwadzieścia pięć patyków miesięcznie, nie kiwnąwszy nawet palcem, i tym samym poświęcać się do woli łowieniu ryb, decyzja, mimo wszystko, wydawała się prosta.

Jedyne, co trapiło Tronda Basta, to wybór choroby.

Operatywny lekarz początkowo zaproponował mu zespół chronicznego zmęczenia, znany później jako CFS, lecz ta mglista dolegliwość kosztowała znacznie więcej, bo aż pięćdziesiąt pięć tysięcy koron, a poza tym Bast uważał, że „zapalenie nerwu równowagi” brzmi konkretniej i bardziej kojarzy się z chorobą. Obawiał się, że gdyby zdecydował się na CSF, ktoś mógłby pomyśleć, że coś jest nie tak z jego głową.

Kiedy w końcu Bast minął dwory Fornebu i zbliżył się do terenu dawnego lotniska, szum z autostrady rozmył się w terkocie wysłużonego sześciocylindrowego silnika.

Dawniej samoloty lecące do i z portu lotniczego Fornebu huczały, unosząc się w nieprzerwanym szeregu, tuż nad jego głową.

Podczas gdy inni poławiacze troci skarżyli się, że samoloty „ograniczają przeżywanie przyrody” i znajdowali sobie inne łowiska, Bast zaakceptował hałas wywoływany przez stalowe ptaki, wręcz pokochał odgłos tych ciężkich, niezawodnych maszyn. Największą troć w całym swoim życiu, monstrum o wadze kilograma i dwustu gramów, złowił właśnie pod linią schodzenia samolotów do lądowania. Według Basta trzy boeingi siedem trzy siedem, przelatujące sześćdziesiąt metrów nad nim, ani trochę nie wytrąciły go z równowagi, gdy zmagał się z tym rekordowym okazem. Uważał nawet, że nadały walce między rybą a człowiekiem międzynarodowy wymiar. Za każdym razem, gdy był blisko statku powietrznego Lufthansy czy Alitalii, czuł się mniej zmarginalizowany. Mniej poza światem.

Samolotów już nie było.

Po intensywnych i długotrwałych naciskach dobrze sytuowanych mieszkańców Snarøyi, władze w końcu się ugięły i w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym ósmym roku przeniosły główne lotnisko do Gardermoen, pozostawiając problem hałasu mniej zasobnym mieszkańcom regionu Romerike.

To, czemu wszyscy inni przyklasnęli z entuzjazmem, dla Tronda Basta było tragedią. Bo nie dość, że poczuł się odcięty od wielkiego świata, to na dodatek na jego prywatne łowisko wtargnęli Polacy, Turcy i post-Jugosławianie, którzy stopniowo, ale nieuchronnie, zawłaszczyli odcinek plaży między Lagåsen i Rolfstangen, wypełniając go lasem stojących wędek, jaskrawymi kocami, beczkowymi grillami i chmarą hałaśliwych dzieciaków. Ostatniej jesieni natknął się nawet na wrzaskliwą bandę kolesiów z Rykkinn, getta w zachodniej części Bærum, które kalało opinię najbogatszej gminy Norwegii.

Nikt z nich nie należał do tego miejsca.

Nikt nie był naturalnym elementem miejscowej fauny.

Trond Bast generalnie miał obojętny stosunek do cudzoziemców i ludzi z Rykkinn, jeśli nie nosili swoich tradycyjnych nakryć głowy, przestrzegali norweskiego prawa i trzymali się jak najdalej od wschodniego Bærum.

Chociaż minęła dopiero siódma, na brzegu panował ruch. Polscy i litewscy robotnicy piłowali, przybijali, murowali, a przy tym wrzeszczeli i nawoływali się nawzajem, jakby chodziło o Bóg wie co ważnego. Od dziesięciu lat na terenie dawnego lotniska mrowiło się od mężczyzn w żółtych kaskach z pasami narzędziowymi wokół bioder. Nieustannie rosły nowe konstrukcje. Począwszy od imponującej siedziby Telenoru i okrągłej szklanej klatki Aker Solutions, przez hipernowoczesne funkcjonalistyczne bloki nad samą wodą i rozliczne kryte parkingi oraz budowle ze stali, szkła i betonu, po Telenor Arenę — stadion piłkarski drużyny Stabæk Fotball, w którym Bast miał wykupiony abonament na miejsce dwudzieste dziewiąte w rzędzie siedemnastym w sektorze G.

Trond Bast był wierny Stabækowi niezmiennie, odkąd drużyna pokonała Os dwa do jednego w ostatniej rundzie rozgrywek w dziewięćdziesiątym trzecim roku i awansowała do pierwszej ligi. Historia sukcesu Stabæku dała mu rzadką możliwość okazywania dumy z tego, że pochodzi z Bærum. Będąc na Telenor Arenie, mógł w dowolnej chwili poderwać się z krzesła i przez megafon obrzucić błotem kibiców z innych stron kraju, nie wywołując niczyjej reakcji — oprócz jednego czy drugiego porządnego tatusia w żeglarskiej kurtce i dresowych spodniach, na tyle głupiego, żeby zabrać ze sobą dzieciaka na mecz.

Bast uważał, że prace na Fornebu trwają wieczność. Był świadkiem całego procesu, od demontażu dawnego lotniska, włącznie z usunięciem pasów startowych i starych budynków, po obecny niedokończony futurystyczny chaos. W lokalnej gazecie „Asker og Bærum Budstikke” przeczytał kiedyś, że Fornebu to największy projekt budowlany w Skandynawii. Celem było osiem tysięcy mieszkań, dwadzieścia tysięcy nowych mieszkańców i czterdzieści tysięcy miejsc pracy — całkiem nowe miasto nad fiordem. Ale chociaż w pobliżu wody rzeczywiście zaczynało się zagęszczać, coś musiało się nie udać. Rozległe części Fornebu bowiem nadal przypominały najbardziej wymarłe tereny pustyni Gobi.

Bast spojrzał na dominującą nad okolicą siedzibę Telenoru, wypełniającą się powoli najpilniejszymi pracownikami. Ta na wpół państwowa firma dosyć wcześnie zadbała o to, aby zapewnić sobie najatrakcyjniejszą działkę na Fornebu.

Znalazła się tu na długo przed innymi.

Jak to się stało? Kto, u diabła, zdecydował o tym, że jakiś biurowiec zajmie najpiękniejszy kawałek wybrzeża w Indre Oslofjord?

— Bydlaki — wymamrotał Bast, wyjmując z foliowej torby, wsuniętej pod ławeczkę, pierwszego tego dnia tuborga i podważył kapsel za pomocą pudełka snusu.

Potem podniósł butelkę do ust, zamknął oczy i pociągnął porządny łyk złotobrązowego napoju, wyobrażając sobie, jak wysadza w powietrze budynek Telenoru. Związek telekomunikacyjnego giganta ze Stabækiem sprawił jednak, że Bast szybko uwolnił się od tej wizji i przelał całą swoją furię na bloki mieszkalne zbudowane niedawno na samym nabrzeżu w zatoce Rolfsbukta, dokładnie naprzeciwko starej knajpy Sjøflyhavna Kro.

— Prawo ochrony wybrzeża, słyszeliście o czymś takim? Prawo ochrony wybrzeża! — warknął głośno w stronę jakiejś zgarbionej kobiety stojącej z mokrą głową na jednym z najwyższych balkonów. Przerażona uciekła do mieszkania przez przeszklone przesuwne drzwi.

W momencie gdy Trond Bast opływał cypel na krańcu kąpieliska Rolfstangen, w starym kołowrotku zawyło coś histerycznie. Przez błogą sekundę wewnętrzne dziecko w Trondzie było przekonane, że złapał na haczyk solidną troć, szybko jednak kontrolę nad nim przejął realista, który stwierdził, że przynęta pewnie zaklinowała się w dnie. Bast chwycił wędzisko, podniósł je ze stabilizatora własnej roboty umocowanego na burcie, odblokował szpulkę, obrócił się na ławeczce i wyłączył silnik zaburtowy. Choć śruba przestała się obracać, łódź nadal sunęła do przodu.

Gdy się zatrzymała, Bast na próbę pociągnął żyłkę, co spowodowało, że wędzisko wygięło się w łuk, potwierdzając jedynie wcześniejsze przypuszczenia — przynęta całkiem się zaklinowała.

Trond Bast poczuł, że nad górną wargą pojawiły mu się kropelki potu, jak zawsze, gdy los stawiał go w obliczu wydarzeń, rzeczy lub ludzi, których nie potrafił sklasyfikować. Przecież znał ten akwen niemal na pamięć, za każdym razem płynął dokładnie tym samym torem, łowił tutaj setki razy. Doskonale wiedział, że w miejscu, w którym znajduje się wobler, jest głęboko na cztery i pół metra oraz że wtedy, kiedy łódź płynie z najmniejszą prędkością, ważąca dwadzieścia osiem gramów przynęta unosi się dokładnie trzy metry pod powierzchnią wody.

Czyli teoretycznie to niemożliwe, aby przynęta o coś zaczepiła.

— Niech to szlag, parszywe jaja Turka! — gruchnęło nad taflą wody.

Grupa robotników budowlanych pracujących na brzegu odłożyła narzędzia i z ciekawością obserwowała histeryczne zachowanie mężczyzny na łódce. Bast zastanawiał się, czyby ich nie poinformować, że się zaklinował i wcale nie zaciął żadnej wielkiej ryby, ale mężczyźni znajdowali się na tyle daleko i prawdopodobnie na tyle kiepsko znali norweski, że zrezygnował z tego pomysłu.

Aby pociągnąć z większą siłą, położył wędzisko na dnie łódki i gołymi dłońmi chwycił żyłkę o grubości czterech dziesiątych milimetra.

Po dziesięciu minutach szarpaniny i wyrzucania z siebie coraz bardziej niekonwencjonalnych przekleństw Trond Bast miał dosyć. Owinął więc żyłkę dookoła gniazda dulki, uruchomił silnik i wrzucił całą wstecz. Kiedy żyłka nie była już napięta, zatrzymał łódkę, wziął do ręki wędzisko i zaczął nawijać linkę.

Ponieważ Trond Bast pogodził się już ze stratą cennego woblera, nagle zalała go fala nieoczekiwanej radości, bo na końcu linki poczuł lekki opór.

Czyli przynęta musiała nadal na niej wisieć.

Wyprostowawszy plecy, nawijał jak szalony i śmiał się serdecznie, wyciągając z wody ikonę norweskiego designu.

Mimo świecącego mu prosto w oczy wiosennego słońca zobaczył, że coś dynda na zardzewiałej końcówce — coś, czego nie potrafił od razu zidentyfikować. Wahadłowym ruchem zakołysał tym czymś w powietrzu, kierując miedziany wobler z całą resztą w stronę wyczekująco wyciągniętej lewej dłoni.

Nie powinien był tego robić.

W chwili, gdy zdał sobie sprawę, co trzyma między kciukiem a palcem wskazującym, nerw równowagi Tronda Basta zwariował do reszty.

Biff (norw.) — befsztyk, stek (wszystkie przypisy w książce pochodzą od tłumaczki). [wróć]

2

TEGO SAMEGO WIECZORU, niecałe dwa kilometry dalej w linii prostej, w świeżo lakierowanej srebrnej toyocie z napędem na cztery koła, rocznik tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt cztery, siedzieli dwaj mężczyźni i popijali z puszki piwo Seidel. Gdyby nie zielone tablice rejestracyjne i nalepka partii Centrum na tylnej szybie, mieszkańcy spokojnej okolicy willowej Jar mogliby ich wziąć za rzemieślników z Europy Wschodniej.

Ten siedzący na fotelu kierowcy był prawdziwym kolosem, dobrze po trzydziestce, wielkim, ale nie tłustym, ubranym w granatową bluzę z logo klubu Vålerenga na piersi i w szare dresowe spodnie upstrzone drobnymi plamami. Na nogach miał zniszczone ciemnobrązowe uggi w rozmiarze czterdzieści dziewięć. Niezdrowy wygląd jego cery świadczył o niedostatku owoców i warzyw w diecie oraz nocnym trybie życia. Krzywy nos o intensywnym kolorze musiał być złamany wiele razy, oczy były szkliste i podpuchnięte, a czaszka lśniła jak lód na lodowisku. Po szyi wiła się wytatuowana jasnoniebieska serpentyna z główkami na obu końcach. Na prawym policzku widniał zielony liść koniczyny.

Mężczyzna siedzący na siedzeniu pasażera był niski, chudy jak szczapa, około czterdziestki. Miał gęste zrośnięte brwi i nieokreśloną, dziką fryzurę — włosy okalały surową chłopięcą twarz, na której zaczynały pojawiać się bruzdy. Był ubrany od stóp do głów w sfatygowany dżins, na nogach miał białe tenisowe skarpety z zielonymi paskami u góry i jasnobrązowe miękkie półbuty z wkładkami. Okulary na nosie wydawały się przesadnie duże, miały grube szkła w kanciastej stalowej oprawie i upodobniały noszącego je mężczyznę do zabójcy z Brudnego Harry’ego — filmu z tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego pierwszego roku.

Zadanie obu polegało na postraszeniu prezesa jakiegoś stowarzyszenia akcjonariuszy, grożącego sądem ich zleceniodawcy.

Chodziło o to, aby go przekonać, że postąpi rozsądnie, jeśli zrezygnuje ze sprawy sądowej.

Plan był taki, aby włamać się do skrzynki pocztowej awanturnika i zostawić w niej kartkę z informacją, co go czeka, jeśli się nie wycofa. Kartka leżała na desce pod przednią szybą: „Jeśli pójdziesz do sądu — już nie żyjesz. To samo dotyczy twojej rodziny”.

— Poczekamy, aż całkiem się ściemni — odezwał się niski. Mówił bardzo szybko, jakby się spieszył, by powiedzieć wszystko, co leży mu na sercu, zanim zapomni. Jego źrenice były mikroskopijne, a głos jasny, posługiwał się dialektem będącym dziwnym połączeniem północnonorweskiego i dialektu z Bærum. Wiercąc się na siedzeniu, zapamiętale drapał się po głowie.

— O tej porze roku całkiem się nie ściemni — zauważył Rino Gulliksen głębokim, mocnym głosem. Miał tułów tak długi, że musiał się trochę zsunąć z fotela, aby nie zawadzać głową o sufit.

— Cholernie tu wszystko widać. Byłoby słabo, gdyby akurat ktoś przechodził i zobaczył, jak siedzisz i srasz do skrzynki — rzekł Nils Hætta.

— To ja mam to zrobić? — Rino Gulliksen spojrzał na Nilsa, unosząc brew, po czym pociągnął łyk piwa, które zaczynało być już ciepławe i mdłe, i zrobił zaskoczoną minę.

— No jasne — odparł Nils. — A jak myślałeś?

— Okej, miejmy to już za sobą — odparł Rino Gulliksen i wzruszył ramionami.

— No to pokaż, na co cię stać — rzucił Nils.

Rosły mężczyzna z wężem wytatuowanym na szyi sięgnął po kartkę z pogróżką, otworzył drzwi, z trudem opuścił auto i powlókł się w diazepamowym tempie do skrzynki, rozglądając się na wszystkie strony. Następnie, stojąc twarzą do ulicy, opuścił do kolan dresowe spodnie i bokserki, otworzył zieloną skrzynkę, która wisiała tak wysoko, że aby jej dosięgnąć, wielkolud musiał wspiąć się na palce i w dodatku obiema rękami trzymać się z tyłu ogrodzenia, i usiadł na niej okrakiem.

Nie był to moment, z którego Rino Gulliksen byłby najbardziej dumny, został przecież wystawiony na widok publiczny i był w tej chwili całkowicie bezbronny.

Po bezowocnych trzydziestu sekundach zawołał do Nilsa przytłumionym głosem:

— Nie idzie.

— Zamknij się i rób swoje — rzucił Nils, który siedząc na fotelu pasażera, opuścił szybę i z fascynacją przyglądał się wielkiemu facetowi w kompromitującej pozycji.

Po kolejnych trzydziestu sekundach Rino Gulliksen odpowiedział szeptem:

— Nie umiem na komendę.

Zszedł ze skrzynki i wciągnął spodnie.

— Ale z ciebie pieprzony delikacik — syknął Nils, przewracając oczami. Otworzył drzwi, pomaszerował energicznie do Rina, wyrwał mu kartkę z ręki, odepchnął go na bok i opuścił spodnie do kolan. Lecz z powodu krótkich nóg, jakimi pokarała go matka natura, nie dosięgał tyłkiem do skrzynki. Nawet w przybliżeniu.

— Musisz mi pomóc! — krzyknął do kolegi, który wrócił do samochodu i przejął rolę wartownika. — Podnieś mnie i potrzymaj.

Nils wydawał się nieporuszony, wręcz dumny z tego, że stoi tam z opuszczonymi spodniami i dyndającymi genitaliami. Rino podszedł do niego.

— A nie możesz po prostu wypróżnić się na kartkę i potem wszystko razem włożyć do skrzynki?

— Ty świnio — syknął Nils i się skrzywił.

Nic nie mówiąc, stał przez chwilę z opuszczonymi spodniami i bokserkami — wściekły i zawiedziony.

Metodą prób i błędów doszli wreszcie do tego, że Rino przykucnął przed Nilsem tak, aby ten mógł stanąć na udach wielkoluda i złapać się obiema rękami jego głowy. Problem polegał tylko na tym, że nos Rina znajdował się dokładnie na wysokości odbytu Nilsa, toteż zanim Gulliksen usłyszał, jak produkty przemiany materii opuszczają organizm kolegi i z głuchym pacnięciem lądują na dnie skrzynki pocztowej prezesa, doszedł do wniosku, że najwyższy czas znaleźć sobie inną robotę.

3

Poniedziałek, 20 maja

LEO VANGEN NAPRAWDĘ MIAŁ tego dość — Kjartan znów spóźniał się z gazetą. Jednocześnie rozumiał, że nie może być zbyt wymagający, skoro zdecydował się osiąść na wyspie pozbawionej regularnego połączenia ze stałym lądem.

To musiało mieć swoją cenę.

Chociaż Gåsøya, leżąca po zachodniej stronie Snarøyi, była oddalona zaledwie dziesięć minut łódką od pomostu Towarzystwa Żeglarskiego Vestfjorden znajdującego się na lądzie, wciąż była pieprzoną wyspą, w odróżnieniu od Snarøyi, będącej tylko półwyspem.

Umowa z lokatorem, rzeźbiarzem Kjartanem Smebym, początkowo wydawała się perfekcyjna. Kjartan pracował jako stróż nocny w przytułku dla bezdomnych nad jeziorem Engervannet w Sandvice i wracając o ósmej rano do domu po służbie, miał przywozić gazetę. W zamian za to Leo zobowiązał się zapewniać mu świeżą, samodzielnie złowioną rybę co najmniej raz w tygodniu przez cały boży rok. Układ świetnie się sprawdzał przez sześć miesięcy, ale ostatnio Kjartan wyraźnie się opuścił. Przed powrotem na wyspę zaczął regularnie chodzić na kebab. Te egzotyczne zwyczaje śniadaniowe sprawiły, że rzadko docierał na Gåsøyę wcześniej niż około wpół do dziewiątej. Dla Leo było to za późno. Bez gazety o poranku czuł się zagubiony i poza nawiasem, jakby wszyscy na całym świecie wiedzieli coś, czego on nie wie.

Leo Vangen siedział przy stole z fińskiego dębu; stół od ponad stu lat stał dokładnie w tym samym miejscu kuchni zrujnowanej drewnianej willi. Gdy przez panoramiczne okno z widokiem na fiord wypatrywał żółtej łódki GH 14 Kjartana, przebiegło mu przez głowę, że pora je umyć — jeśli nie dzisiaj, to może jutro.

Na początku maja tradycyjnie nastał niemal letni tydzień z wysokim ciśnieniem i dwudziestoma stopniami ciepła, ale już dawno się skończył, wyparty przez normalną wiosenną pogodę typową dla Norwegii, czyli z szarym niebem, mżawką i temperaturą nieprzekraczającą dwunastu stopni. Morze rozpościerało się między Bærum a Nesodden niczym czarny dywan.

Nie widać było żadnych łodzi.

Zbyt wcześnie rano i przed sezonem. Jeszcze miesiąc, a fiord zapełni się białymi żaglami i rozradowanymi ludźmi.

Leo Vangen sięgnął po lornetkę Leica, którą odziedziczył po ojcu, obserwatorze ptaków. W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym drugim roku Reidar Vangen dał za nią siedem tysięcy koron i omal nie przypłacił tego zakupu rozwodem. Leo uniósł lornetkę do oczu. Krople deszczu dziurkowały powierzchnię wody, tworząc na niej miliony mikroskopijnych kraterów.

Nawet najmniejszego podmuchu wiatru.

Martwo jak w grobie.

Co to ma wspólnego z morzem? — pomyślał Leo. — W cieśninie Drøbak fiord Oslo to jedynie duże jezioro.

Leo Vangen ostrożnie odłożył lornetkę na stół, wstał z kuchennego krzesła i zaczął przechadzać się po parkiecie z wiązowego drewna, ubrany w swój ulubiony strój — długą, czerwono-żółtą jedwabną szatę, którą dostał w prezencie od jednego z klientów — okresowo psychicznie niezrównoważonego, ale hojnego azylanta ze wsi pod Kandaharem w Afganistanie. Podszedł do szafki i włączył radio. Sting z Newcastle śpiewał Englishman in New York. Zanim podstarzały entuzjasta jogi i samozwańczy tytan seksu zdążył dojść do refrenu, Leo szybko przekręcił na P3. Jakaś wygadana i pewna siebie dziewczyna mówiła o swoim biuście. Wyłączył odbiornik i poszedł do pokoju.

Kiedy był sam w domu, zawsze chodził w egzotycznych strojach. Nie dlatego, że tak robił Odd Nerdrum, wręcz przeciwnie — Leo ubierał się tak na przekór temu pieprzonemu pozerowi, wyłącznie z przyczyn praktycznych.

I może trochę politycznych.

W sumie nie do końca wiedział.

Może nosił je, aby okazać sympatię Trzeciemu Światu, a Afgańczykom w szczególności? Lub żeby podkreślić dystans wobec swojego otoczenia, pokazać, że różni się od innych, zaznaczyć, że jest postacią nietuzinkową, myślącą samodzielnie i wyznającą kontrowersyjne poglądy? A może była to swego rodzaju pokuta za to, że zdecydował się osiąść na tej najbardziej ekskluzywnej wyspie w całej Norwegii, wyrażenie skruchy, że mieszka na najdroższym kawałku ziemi w najdroższej gminie najdroższego kraju świata?

Może tymi szatami wymierzał sobie karę?

Podszedł do gramofonu stojącego na regale zajmującym całą ścianę, położył na talerzu Closer Joy Division z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego, oryginalne winylowe wydanie, jedną ze swoich ulubionych płyt od niepamiętnych czasów, zestaw utworów, które z upływem lat stawały się coraz lepsze w osobliwej posępności i były idealnym tłem dźwiękowym dla nieruchomego krajobrazu po drugiej stronie okna.

Leo zapadł się w wygodnym klubowym fotelu i tak jak tysiące razy wcześniej wsłuchał się ze skupieniem w Atrocity Exhibition. Monotonne bębny, nieokreślony jazgot, naiwne linie gitar, nieprzewidywalny bas i chory głos — złamany stary mężczyzna uwięziony w epileptycznym, dwudziestoletnim angielskim ciele. Taka była Isolation — brzmiała niemal jak piosenka popowa, a jednocześnie nie była nią ani trochę. Za każdym razem zastanawiało go jedno: Jak to możliwe, że czterech dwudziestolatków z przemysłowych okolic Manchesteru stworzyło coś tak nieskończenie pięknego i wyjątkowego? Skąd, do cholery, to się wzięło?

Trzy utwory później, gdy skończyła się pierwsza strona płyty i przestało padać, Leo wyszedł boso na taras na tyłach domu, wyjął ze skrzyni suchą poduszkę, położył ją na siedzeniu plastikowego ogrodowego krzesła, po czym usiadł na niej i zaczął manipulować przy czerwonym multiplikatorze, który poprzedniego wieczoru zapomniał zabrać do domu. Niedługo potem na wysypanej żwirem ścieżce, wijącej się przez rzadki sosnowy zagajnik od kamiennego pomostu do domu, pojawił się rzeźbiarz.

— Jesteś wreszcie — powiedział Leo, głośno odkładając kołowrotek na stół. — Można by ustawiać według ciebie zegarek.

Kjartan Smeby był dryblasowatym facetem, dobrze po trzydziestce, na którego ciele trudno było dopatrzyć się choćby grama tłuszczu. Naiwne, optymistyczne spojrzenie, rzadki zarost, lekko kręcone włosy sięgające ramion, liczne kółka w uszach, wydatna górna warga, dżinsy z dziurami i bransoletki z festiwalu Roskilde — to wszystko przypominało Leonardowi jego kolegów ze wschodniego Bærum z lat osiemdziesiątych. Może właśnie dlatego tak bardzo kochał Kjartana.

— Przepraszam — odezwał się rzeźbiarz łagodnym głosem i utkwił wzrok w wystających z birkenstocków palcach swoich stóp. — Musiałem coś przekąsić po drodze, była potworna kolejka.

— W budzie z kebabem o siódmej rano? — Leo wyrwał mu z rąk „Aftenposten”. — A gdzie „Budstikka”?

— Nie leżała na stojaku — odpowiedział Kjartan, marszcząc czoło. — Ile coś takiego właściwie kosztuje?

— To już trzeci raz w tym miesiącu — zauważył Leo.

Kjartan wpatrywał się w brązowozielone deski. Nad działką unosił się zapach pleśni i zgnilizny, który zawsze po deszczu był szczególnie przenikliwy.

— Zobacz! — rzucił nagle i schyliwszy się, palcami prawej dłoni chwycił mrówkę i podniósł ją wysoko. — Wiesz, że istnieje ponad piętnaście tysięcy gatunków mrówek?

Leo wyrwał kołowrotek z lewej dłoni Kjartana i pomaszerował do domu w swojej łopoczącej szacie. Pół minuty później wyszedł z powrotem na taras z oskrobanym dwukilogramowym dorszem w plastikowej niebieskiej misce.

— Proszę — powiedział i cisnął naczynie na stół z takim impetem, że rybi ogon stanął dęba.

Ryba leżała skąpana we własnej krwi i śluzie z wyrazem oczu typowym dla większości martwych ryb. Wyglądała na zawiedzioną, jakby ktoś oszukał ją w najokrutniejszy sposób.

— Chyba wiesz, że zasada wzajemności to klucz do wszelkich udanych relacji — oznajmił Leo.

Kjartan ponownie zmarszczył czoło, popatrzył na dorsza, potem na gospodarza, a następnie otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, w końcu jednak postanowił się nie odzywać.

— Wymiana towarów i usług — kontynuował Leo. — Ty dostajesz coś ode mnie, ja dostaję coś od ciebie. Jeśli jedna strona zawodzi, wszystko się wali.

— Dobrze wiesz, że to mit — odparł rzeźbiarz i uśmiechnął się przyjaźnie.

— Mit? — powtórzył Leo ze sztucznym uśmiechem. — A to ciekawe.

— Zasada wzajemności to mit, Leo. Zawsze jest tak, że jedna strona zostaje wystawiona do wiatru.

Leo milczał. Właśnie przeczytał grubą książkę o życiu uczuciowym ryb i postanowił więcej nie wędkować. Zamierzał zostawić je w spokoju, przestać je dręczyć.

Pogrzebawszy nogą w żwirze, Kjartan podszedł bez pośpiechu do stołu, wziął miskę w obie dłonie, odwrócił się na pięcie i ruszył w głąb ogrodu w stronę chaty z bali, którą wynajmował za bezcen. Miał szczerą chęć odprężyć się parę godzin, zanim zabierze się znowu do swojego odwiecznego projektu — granitowego posągu Fridtjofa Nansena naturalnej wielkości, zamówionego przez Lysaker Rotary dla uczczenia tego zasłużonego rodaka w związku ze stuleciem zerwania unii ze Szwecją, przypadającym w dwa tysiące piątym roku.

Upłynęło sporo lat, odkąd dostał to zlecenie — jubileusz oczywiście dawno się już odbył. W lokalnej gazecie Kjartan przeczytał, że sześciu członków komitetu budowy pomnika przehulało lwią część przeznaczonego na ten cel budżetu w wysokości ośmiuset tysięcy koron. Krążyły plotki o ponad trzydziestu posiedzeniach, ośmiu wystawnych kolacjach w hotelu Radisson Blu Park na Fornebu, czternastu wieczorach w kręgielni, prywatnym koncercie z udziałem podstarzałego skrzypka i ojca małych dzieci Arvego Tellefsena oraz czterech imprezowych wyprawach do Danii, obejmujących wizyty w burdelach i pójście na musical. Ponieważ jednak rzeźbiarz nie miał żadnych sygnałów od zleceniodawców, niezmordowanie pracował dalej. W końcu otrzymał trzydzieści pięć tysięcy koron zaliczki i nie tonął w innych zleceniach.

Kjartan poczuł się zaskoczony i jednocześnie wdzięczny, gdy dostał tę pracę, chociaż zdawał sobie sprawę, że musiał w tym maczać palce imprezowy kuzyn Leonarda, zasiadający w komitecie. Chcąc zabezpieczyć się przed ewentualnym nieotrzymaniem reszty honorarium, odwlekał wykonanie głowy i twarzy postaci. Gdyby bowiem się okazało, że kuzyn Amund i cała reszta towarzystwa Rotary przedłożyli słodkie życie nad sztukę, mógł w każdej chwili nadać granitowemu posągowi inne oblicze i sprzedać go na Finn.no.

Znad kubka świeżego espresso z niezawodnego ekspresu Rancilio, najbardziej ekstrawaganckiego zakupu, na jaki Leonard Vangen kiedykolwiek sobie pozwolił, rozszedł się po pokoju przyjemny aromat. Leo usiadł w końcu przy kuchennym stole, aby przeczytać „Aftenposten”.

Świat mógł wreszcie wrócić na swoje miejsce.

Przy nielicznych okazjach, gdy Leo Vangen zadawał sobie trud, aby podsumować mijający dzień, za każdym razem dochodził do wniosku, że kawa, gazeta, cisza i dwa tosty z kawiorem zjedzone w kuchni o poranku stanowiły najjaśniejszy moment całej doby. Potem bez wyjątku robiło się coraz gorzej, niekiedy nagle i gwałtownie, czasami prawie niezauważalnie, ale zawsze był to zjazd w dół.

Leo powiódł nieobecnym spojrzeniem po tytułowej stronie „Aftenposten”, którą już trzeci raz w tym tygodniu zdobiło duże zdjęcie portretowe Didrika Sollego-Tangena, szkolonego w muzyce klasycznej uczestnika konkursu Melodi Grand Prix; przeczytał, że zostało już tylko sześć dni do wielkiego koncertu w Telenor Arenie i Didrik z Porsgrunn uważa siebie za całkiem zwyczajnego faceta. Omiótł wzrokiem pozostałe nagłówki: gigantyczne maszty przekaźnikowe, globalne ocieplenie, Bliski Wschód, Siv Jensen i Kristin Halvorsen o hidżabach. Leo już dawno odciął się od norweskiej i międzynarodowej polityki, odciął się od norweskiego społeczeństwa. Stworzył sobie prywatną oazę bezpieczeństwa na wyspie.

Gdy dobrnął do czwartej strony, zatrzymał spojrzenie na notatce NTB na samym dole: „Martwy mężczyzna wyłowiony z morza u wybrzeży Snarøyi w gminie Bærum”.

Przestał przeżuwać, wyprostował się na plecionym kuchennym krześle, a potem pochylił się do przodu.

„Na wysokości kąpieliska Rolfstangen na Snarøyi w gminie Bærum znaleziono wczoraj zwłoki mniej więcej trzydziestoletniego mężczyzny. Zgodnie z informacją udzieloną NTB przez komisarz Mariken Varden z komendy policji dla Asker i Bærum, na razie nie wiadomo, czy śmierć nastąpiła w wyniku przestępstwa”.

Leo czuł, jak kleista gruda mąki, drożdży, ziaren zboża i ikry rybiej z trudem przebija się w dół przez jego przełyk.

Przeczytał trzykrotnie informację NTB, oparł się wygodnie na krześle i spojrzał na rudawą plamę na suficie, wspomnienie po kwaśnym czerwonym winie z Argentyny. Następnie wstał powoli, podszedł do kuchennej szafki i włączył radio. Bjørn Eidsvåg z Saudy śpiewał razem z Elvirą Nikolaisen Floden1, piosenkę, w której mowa o tym, że pięćdziesięciosiedmioletni były ksiądz zamierza „brnąć przez sitowie” do młodej dziewczyny z Moi. Leo wyłączył odbiornik.

Na wysokości kąpieliska Rolfstangen znaleziono w wodzie zwłoki. Mężczyzny.

Co za śmiesznie oszczędna informacja — pomyślał Leo. — Czy tak często wyławia się zwłoki z morza u brzegów Fornebu?

Przeszedł do pokoju, przełożył Closer na drugą stronę, z torby golfowej stojącej przy drzwiach na werandę wyjął iron ósemkę, stanął na dywanie i aby rozruszać sztywne plecy, zaczął mechanicznie wywijać kijem w takt Heart and Soul. Po wykonaniu trzydziestu prawdziwych zamachów golfowych doszedł do wniosku, że chłopaki z Joy Division raczej nie grali w golfa.

W każdym razie nie wtedy.

Może grają teraz?

Kiedy wykonał już codzienną porcję fizycznej ekstrawagancji, runął na fotel usytuowany w idealnej odległości od dwóch głośników. Przestrzeń wypełnił The Eternal. Ciężka, brytyjska chandra: cegły, smog, poplamione ściany w toalecie, przedwczesny wytrysk, ciało zakopane w ogrodzie i smażony głowacz.

Być może nie jest to jakieś wielkie wydarzenie w skali globalnej, w końcu każdego dnia ludzie wszędzie umierają jak muchy, tak więc nie ma w tym nic nadzwyczajnego ani na tle Europy, ani Skandynawii. Ale przecież u brzegów Norwegii nie znajdowano tak wielu trupów — w każdym razie nie w Bærum — dlaczego więc, do jasnej cholery, w „Aftenposten” nie napisano nic więcej?

Jakiś człowiek natrafił na zwłoki w miejscu, gdzie najbardziej lubił wędkować. Ktoś z NTB rozmawiał o tym z Mariken Varden.

Leo Vangen już dawno nie myślał o Mariken Varden. Od wielu tygodni. Może miesięcy. Wcześniej myślał o niej dużo.

Był taki czas, że myślał o niej każdego dnia.

Leo dźwignął się z fotela, w rytm industrialnego łomotu Decades poczłapał po schodach na górę, wszedł do sypialni, zsunął z siebie szatę, kątem oka dostrzegł cień nagiej postaci, który zamajaczył w lustrze po wewnętrznej stronie drzwi szafy, usiadł na łóżku i wciągnąwszy brzuch, spojrzał w dół na swoje ciało.

Czterdzieści cztery lata.

Dekadencja w całej krasie.

Właściwą dietą, treningiem i drogimi kremami być może mógłby trochę zahamować ten proces. Ale i tak droga jest jedna, nieuchronna. Teraz już z górki. I lepiej nie będzie. Najwyżej wolniej, ale z pewnością wciąż znacznie gorzej.

Skąd się biorą te wszystkie włosy? Musi pamiętać, żeby ogolić się na dole. Bo teraz panował tam nieopisany chaos. Dziki chaos. To na pewno niegłupie, aby jednak zachować pewną godność, nawet jeśli coraz częściej człowiek dochodzi do wniosku, że właściwie może mieć to wszystko w głębokim poważaniu. Bo przecież nikogo poza nim samym to nie obchodzi.

Genitalia starego mężczyzny.

Miał zamiar doprowadzić je do porządku.

Dlaczego włosy na jajach siwieją jako pierwsze? Jaki w tym sens? Czy natura ma jakiś plan? Podczas ostatniej wspólnej porannej kąpieli Kjartan zwrócił uwagę, że Leo ma nienormalnie długi worek mosznowy. Teraz on sam stwierdził, że szczery artysta miał rację. W wyzwolonych kręgach gejowskich długi „zwis” prawdopodobnie jest wyznacznikiem prestiżu. Dla Leo coś takiego wyglądało jedynie głupio i było rażącą oznaką podeszłego wieku — jak u zdziadziałych emerytów z plecami porośniętymi włosami i z dwudziestoprocentową erekcją, których widział kiedyś w saunie w Nadderudhallen.

Ale gruby nie jest. Ani łysy. I nie farbuje włosów. W sumie może nie jest z nim tak źle. Mogłoby być dużo gorzej. Mógłby na przykład być pulchnym, łysym architektem w kwadratowych okularkach, z kozią bródką i w garniturze z Moods of Norway, kochającym włoskie wino. Mógłby być pociesznym nauczycielem gimnazjalnym w skórzanej kamizelce, z plerezą i w krawacie bolo, uwielbiającym Stonesów i palącym skręty. Albo, psiamać, mógłby być Mortenem Harketem.

Leo zniknął w garderobie pełnej butów i ubrań, i po chwili wyszedł z niej w luźnych dżinsach z szerokim skórzanym paskiem, w solidnych czarno-białych skejtowskich butach, białym podkoszulku oraz kraciastej koszuli Quiksilver z krótkimi rękawami, którą kupił na wyprzedaży.

Poprawiwszy sobie grzywkę w lustrze, zbiegł po zabytkowych schodach, wyszedł na zewnątrz głównym wejściem, zamknął drzwi na klucz i schował go pod doniczką — czyli tam, gdzie potencjalny włamywacz zajrzałby w pierwszej kolejności, ale na szczęście na Gåsøyi nie było bandziorów, przynajmniej takich, którzy włamywaliby się do domów. Następnie wolnym krokiem przemierzył dwieście metrów do kamiennego pomostu, wskoczył do starej jolki With Vital, którą uwielbiał, odpalił silnik i z prędkością pięciu węzłów poterkotał w stronę pomostu na Snarøyi. Zacumował łódkę, wsiadł do granatowego saaba, rocznik tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt dziewięć, i ruszył w kierunku Lilleaker, myśląc o znalezionych zwłokach i Mariken Varden.

Floden (norw.) — rzeka. [wróć]

4

— UDZIAŁOWCY NAS POZWALI. Sto dziesięć osób. Wszystko wskazuje na to, że zdecydowanie nie zamierzają zapłacić więcej, niż zakładali.

Młodemu kierownikowi projektu w spółce Norwegian Property Development Group drżały ręce, ale starał się mówić autorytatywnym tonem. W rezultacie jego głos brzmiał przesadnie formalnie, zbyt głośno i flegmatycznie. Jednym słowem, zdradzał człowieka, który całym wysiłkiem woli próbuje ukryć, że jest bliski narobienia w gacie. Andreas Poulsson wiedział bowiem, że nie ma gorszej rzeczy, niż przekazywanie złych wiadomości szefowi Terjemu Klavenesowi.

— Ludzie są zadziwiająco zachłanni — powiedział Klavenes. — Czy tak trudno zrozumieć, że czasami różne rzeczy okazują się trochę droższe, niż się spodziewaliśmy?

Czterdziestokilkuletni dyrektor projektu w NPDG zakołysał się na krześle i podłubał w nosie małym palcem ozdobionym pierścieniem. Miał półdługie jasne włosy, perfekcyjnie ułożone na czaszce, oraz bujną grzywkę sięgającą niemal do linii spektakularnie niebieskich oczu, pełnych szczerego oburzenia tym, jak głupio postanowili postąpić udziałowcy. Garnitur nazbyt białych zębów był częściowo ukryty za wydatnymi wargami pod prawdziwie orlim nosem. Facet wyglądał jak zakochany w surfingu basista kalifornijskiej softrockowej kapeli z początku lat siedemdziesiątych.

Gdy Andreas Poulsson spotkał go po raz pierwszy, był pewny, że widział go wcześniej w telewizji albo w jakimś filmie, aż w końcu uświadomił sobie, że mężczyzna jest łudząco podobny do norweskiego zawadiaki Freda Robsahma, który w latach siedemdziesiątych przez jakiś czas był popularną gwiazdą filmową we Włoszech. Niedawno Poulsson obejrzał w telewizji pełnometrażowy dokument o Robsahmie i dowiedział się, że jest on teraz bezzębnym pijakiem i mieszka na łodzi.

Mężczyźni siedzieli w kawiarni klubu golfowego Haga w sercu gminy, otoczeni chmarą przygarbionych, przeżuwających ciasto emerytów, którzy studiowali karty wyników, popijali sherry i gawędzili po cichu o tym i owym. Budynek, w którym mieścił się klub, był stylową budowlą wzniesioną na początku tysiąclecia na dawnym polu pszenicy, na obrzeżu terenów rekreacyjnych Bærumsmarka. Jego najbliższe sąsiedztwo stanowiły więzienie i areszt śledczy Ila. Władze wybrały Bærum wschodnie na miejsce przetrzymywania najgorszych obywateli. Restauracja klubowa, prowadzona zawsze przez światowych mistrzów kulinarnych, była tak dobra, że niedawno została wyróżniona gwiazdką w przewodniku Michelina, którego to detalu klub golfowy bynajmniej nie ukrywał. Teraz szeptano po kątach, że mistrz kuchni rozważa rezygnację z gwiazdki, by ubiec Michelina i postawić na inne, bardziej lukratywne projekty w stolicy.

Andreas Poulsson pomyślał, że miejsce to przypomina luksusowy hotel, na korytarzach którego mijają się różni ludzie; są tu szwedzki kelner, angielski trener golfa, norweski dyrektor i polska sprzątaczka, jest czysto, ładnie i smacznie, wszyscy się uśmiechają, są uprzejmi i mówią miłe rzeczy, a mimo to może się wydawać, że tak naprawdę nikt się tutaj nikim nie przejmuje.

— Domagają się zwrotu stu pięćdziesięciu milionów i chcą być zwolnieni z obowiązku nabycia mieszkań — powiedział Poulsson. — Twierdzą, że nie dotrzymaliśmy naszej części umowy ani pod względem ceny, ani pod względem harmonogramu.

— No jasne, a czego innego można się po nich spodziewać? Jeśli teraz zaczniemy budować, metr kwadratowy będzie kosztował nie więcej niż sześćdziesiąt tysięcy. Według mnie to niezła okazja. Za dziesięć lat cena wzrośnie do setki. Ale ci kretyni tego nie rozumieją.

Klavenes wytarł mały palec o spodnie golfowe w szkocką kratę.

— To co robimy? — Kierownik projektu pocił się pod pachami niczym pastor i kurczowo przyciskał ramiona do tułowia, na próżno próbując to ukryć. — Musimy coś przedsięwziąć.

Klavenes pociągnął łyk z małej szklanki wypełnionej brązowym płynem, oparł się wygodnie na krześle, splótł dłonie z tyłu głowy i wpatrując się w zadumie w Poulssona wykrzywił usta, a po chwili powiedział:

— Zabijemy prezesa.

Poulsson utkwił wzrok w Klavenesie, zakołysał prawą nogą, podrapał się palcem w uchu i nie odrywając spojrzenia od dyrektora, poczuł, że w gardle uwięzło mu coś na kształt śmiechu. Klavenes nadal wpatrywał się w niego z kamienną twarzą — pięć, dziesięć, dwadzieścia sekund — aż w końcu wykrzywił usta w szerokim uśmiechu, który miał oznaczać, że to był żart.

Poulsson zdobył się jednak na śmiech, po czym zerknął na zdjęcie na ścianie, prezentujące norweską golfistkę Suzann „Tuttę” Pettersen, rozpromienioną u boku zmęczonego Tigera Woodsa, i próbował dać do zrozumienia, że oczywiście nie nabrał się na żart Klavenesa.