Nigdzie indziej - Tommy Orange - ebook
Opis

Jedna z najlepszych książek roku według: „The Washington Post”, „NPR”, „Time”, „O, The Oprah Magazine”, „San Francisco Chronicle”, „Entertainment Weekly”, „The Dallas Morning News”, „Buzzfeed”, „BookPage”, „Publishers Weekly”, „Library Journal”, „Kirkus Reviews”.

Nigdzie indziej to wielopokoleniowa opowieść o przemocy i regeneracji, pamięci i tożsamości, jak również pięknie i rozpaczy, które wplecione są w dzieje rdzennych mieszkańców Ameryki

Tommy Orange opowiada historię dwunastu postaci, z których każda ma swoje powody, by wybrać się na wielki zjazd plemienny w Oakland. Jacquie Czerwone Pióro od niedawna znowu nie pije i usiłuje powrócić na łono rodziny, którą niegdyś porzuciła. Dene Oxendene stara się poskładać swe życie na nowo po śmierci wujka i przybywa na zjazd, aby pracować na rzecz indiańskiej społeczności i w ten sposób uczcić jego pamięć. Opal Viola Wiktoria Niedźwiedzia Tarcza przychodzi na stadion, by obejrzeć występ swego siostrzeńca Orvila, który nauczył się tradycyjnego indiańskiego tańca, oglądając materiały wideo na kanale YouTube, a teraz po raz pierwszy chce go wykonać podczas zjazdu przed publicznością. Ten imponujący spektakl odwołujący się do uświęconej tradycji będzie więc okazją do wzruszających pojednań. Stadion w Oakland stanie się również widownią wydarzeń, w których wyniku naród indiański poniesie wielkie ofiary, znów wykaże się heroizmem i dozna niewypowiedzianej straty.

Oto głos, jakiego nigdy wcześniej nie słyszeliśmy, głos nabrzmiały poezją i pełen pasji. W tej kapitalnej powieści, która bierze się za bary ze złożoną i bolesną historią, ze spuścizną piękna i głębokiej duchowości, a także z plagą uzależnień, przemocy oraz nadużyć i samobójstw, Tommy Orange pisze o rdzennym Amerykaninie osiadłym w wielkim mieście. Na przemian pełna niepohamowanej wściekłości i gniewu, zabawna i poruszająca aż do głębi serca, pierwsza powieść Tommy’ego Orange’a jest zdumiewającym i wstrząsającym zarazem portretem takiej Ameryki, jaką bardzo niewielu z nas kiedykolwiek widziało.

„Zachwycający debiut” - Margaret Atwood

„Brawurowa” - Dwight Garner, „The New York Times”

„Czyste urzekające piękno” - Colm Toibin, „The New York Times”

„Mistrzostwo” - Ron Charles, „The Washington Post”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 412

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tommy Orange Nigdzie indziej Tytuł oryginału There There: A novel ISBN Copyright © 2018 by Tommy OrangeAll rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019 Redakcja Maria Myszkowska-Matusiak Ilustracja na okładce olio/E+/Getty Images Projekt okładki Tyler Comrie Opracowanie polskiej wersji okładki Tobiasz Zysk Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak|Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Kateri i Felixa

Prolog

W mrocznych czasach –

Czy śpiewa się także?

Tak, śpiewa się także

O mrocznych czasach.

– Bertolt Brecht

Indiańska głowa

Była taka indiańska głowa – wizerunek przyozdobionej pióropuszem głowy długowłosego Indianina, wykonany przez nieznanego artystę w 1939 roku – którą aż do późnych lat siedemdziesiątych emitowano codziennie na wszystkich amerykańskich kanałach telewizyjnych na zakończenie programu. Nazywa się ją „planszą testową z głową Indianina” (the Indian Head test pattern). Jeśli ktoś nie wyłączył telewizora, mógł usłyszeć dźwięk w częstotliwości 440 herców – ton, jakiego używa się do strojenia instrumentów – i ujrzeć tę głowę Indianina otoczoną okręgami, które wyglądały tak, jakby widziane były przez lunety celownicze. W samym centrum ekranu było coś, co przypominało środek tarczy strzelniczej, z liczbami wyglądającymi jak współrzędne celu. Wspomniana głowa Indianina znajdowała się nieco powyżej tego centralnego okręgu, jak gdyby wystarczało jedynie skinąć przyzwalająco, aby nastawić przyrządy celownicze na ten właśnie cel. Przypomnę, że była to tylko zwykła telewizyjna plansza testowa.

W 1621 roku koloniści zaprosili na ucztę Massasoita, wodza Wampanoagów, aby uczcić niedawne zawarcie umowy gruntowej. Wódz przybył na tę uroczystość z dziewięćdziesięcioma spośród swoich ludzi. To na pamiątkę tej właśnie biesiady co roku w listopadzie spożywamy wciąż wspólnie uroczysty posiłek1. Świętujemy jako jeden naród. Nie była to jednak uczta dziękczynna, lecz poczęstunek mający przypieczętować umowę gruntową. Dwa lata później odbyła się kolejna tego rodzaju uczta, mająca symbolizować wieczną przyjaźń między białymi i tubylcami. Tamtej nocy dwustu Indian zmarło nagłą śmiercią na skutek działania nieznanej trucizny.

Gdy wodzem Wampanoagów został Metacomet, syn Massasoita, Indianie i Pielgrzymi nie spożywali już wspólnie uroczystych posiłków. Metacomet, zwany także Królem Filipem, zmuszony został do podpisania traktatu pokojowego, zobowiązującego Indian do oddania całej posiadanej broni palnej. Koloniści powiesili trzech spośród jego ludzi. Jego starszy brat, Wamsutta, został najprawdopodobniej otruty – tak to ujmijmy – po tym, jak wezwano go przed oblicze sądu w Plymouth i uwięziono. Wszystkie te wydarzenia doprowadziły do wybuchu pierwszej oficjalnej wojny z Indianami; w ogóle pierwszej wojny z Indianami, zwanej „wojną Króla Filipa”. Trzy lata później konflikt był już rozstrzygnięty, a Metacomet ukrywał się i uciekał przed prześladowcami. Dopadł go w końcu Benjamin Church, dowódca pierwszego oddziału amerykańskich rangersów, wraz z pewnym Indianinem imieniem John Alderman. Martwemu Metacometowi odcięto głowę, a jego ciało pozbawiono kończyn. Poćwiartowano je po prostu. Cztery części przywiązano do pobliskich drzew i pozostawiono ptakom na żer. Alderman dostał w nagrodę odciętą dłoń wodza, którą trzymał w słoju z rumem i przez całe lata wszędzie z sobą woził, pokazując ją ludziom za pieniądze. Głowę Metacometa sprzedano kolonii Plymouth za trzydzieści szylingów – obowiązującą wówczas stawkę za głowę Indianina. Tam zatknięto ją na zaostrzonej żerdzi i obnoszono ulicami Fortu Plymouth, w którym przez następne ćwierćwiecze wystawiona była na widok publiczny.

W roku 1637 prawdopodobnie od czterystu do siedmiuset Pekotów zgromadziło się na swój doroczny taniec zielonej kukurydzy. Koloniści otoczyli, a następnie podpalili ich wioskę i strzelali do każdego Indianina, który próbował uciekać. Nazajutrz kolonia Zatoki Massachusetts wydała uroczystą ucztę, jej gubernator zaś ogłosił dzień ów dniem dziękczynienia. Tego rodzaju „dziękczynienia” odprawiano wszędzie tam, gdzie miały miejsce wydarzenia, których nie sposób nazwać inaczej, jak tylko „udanymi rzeziami”. Mówi się nawet, że podczas jednej z takich uroczystości na wyspie Manhattan koloniści świętowali w dość szczególny sposób: na ulicach swej osady grali w piłkę odciętymi głowami Indian z plemienia Pekotów.

* * *

Pierwsza powieść pióra rdzennego Amerykanina, a zarazem pierwsza powieść powstała w Kalifornii, napisana została w roku 1854 przez pewnego człowieka z plemienia Irokezów imieniem John Rollin Ridge. Kanwę książki zatytułowanej The Life and Adventures of Joaquín Murieta („Życie i przygody Joaquína Muriety”) stanowiły dzieje będącego rzekomo postacią historyczną meksykańskiego bandyty z Kalifornii o takim właśnie nazwisku, który został zastrzelony przez oddział Strażników Teksasu w 1853 roku. Aby dowieść, że naprawdę zabili Murietę, i móc odebrać wyznaczoną za niego nagrodę w wysokości pięciu tysięcy dolarów, Strażnicy odcięli mu głowę i wsadzili ją do słoja wypełnionego whisky. Zabrali z sobą również dłoń jego wspólnika Jacka Trzy Palce. Potem obwozili obydwa trofea po całej Kalifornii, pokazując je każdemu, kto był gotów zapłacić dolara.

Głowy Indian zamknięte w słoju czy zatknięte na żerdzi były niczym flagi, którymi powiewano, aby były widoczne dla jak najszerszego kręgu odbiorców. W podobny sposób zapadającym w sen Amerykanom pokazywano „planszę testową z głową Indianina” w chwili, gdy stawialiśmy żagle i odpływaliśmy ze swych salonów, by poprzez rozjarzone, szmaragdowe fale eteru dotrzeć do nowych wybrzeży – ekranów Nowego Świata.

Tocząca się głowa

Czejenowie mają taką starą opowieść o toczącej się głowie. Jest w niej mowa o rodzinie (złożonej z męża i żony oraz ich syna i córki), która porzuciła swój plemienny obóz i osiedliła się nad jeziorem. Rankiem, po odtańczeniu rytualnego tańca, mąż rozczesywał włosy swej żony i malował jej twarz na czerwono, po czym udawał się na polowanie. Gdy wracał, jej twarz była na powrót czysta. Kiedy zdarzyło się to już kilka razy, postanowił ją śledzić i z ukrycia obserwować, co takiego kobieta robiła, kiedy nie było go w pobliżu. Zastał ją w jeziorze, splecioną w miłosnym uścisku z przypominającym węża potworem z głębin. Posiekał więc potwora na kawałki i zabił swą żonę, a mięso przyniósł do domu dla swego syna i córki. Oboje zorientowali się, że smakuje ono inaczej niż zwykle. Syn, który wciąż jeszcze karmiony był piersią, stwierdził: „Właśnie tak smakuje moja mama”. Starsza siostra powiedziała mu jednak, że to po prostu jelenina. Gdy jedli, do ich namiotu wtoczyła się głowa. Zaczęli uciekać, a głowa podążyła za nimi. Siostra chłopca przypomniała sobie, że tam, gdzie się bawili, rosły bardzo gęste cierniste krzewy, i mocą swych słów sprawiła, że wyrosła za nimi ściana takich cierni. Głowa jednak przedarła się przez nie i nadal ich goniła. Wówczas dziewczyna przypomniała sobie miejsce, gdzie wznosiły się niegdyś trudne do przebycia stosy głazów. Głazy również pojawiły się natychmiast, kiedy tylko o nich wspomniała, lecz nie powstrzymały toczącej się głowy, więc Indianka narysowała na ziemi wyraźną linię, w miejscu której powstała rozpadlina, tak głęboka, że głowa nie była w stanie jej pokonać. Jednakże po długiej i obfitej ulewie przepaść ta wypełniła się wodą. Głowa przeprawiła się wówczas przez przeszkodę, a gdy dotarła do przeciwległego brzegu, odwróciła się i wypiła wszystką wodę z rozpadliny. Wówczas okazało się, że się upiła i jest kompletnie ogłupiała. Chciała więcej. Więcej czegokolwiek. Więcej wszystkiego. I już tylko po prostu toczyła się przed siebie.

Kontynuując naszą opowieść, powinniśmy pamiętać o jednym: o tym mianowicie, że nikt nigdy nie staczał odciętych ludzkich głów ze schodów świątyń. Mel Gibson po prostu to sobie wymyślił. Niemniej jednak – przynajmniej tym spośród nas, którzy oglądali jego film2 – utkwiła w pamięci scena, w której głowy staczają się ze schodów świątyni w stworzonym przez niego filmowym świecie, mającym odzwierciedlać realia życia meksykańskich Indian z pierwszego dziesięciolecia XVI wieku. Oto Meksykanie, nim jeszcze stali się Meksykanami. Zanim dotarli tu Hiszpanie.

W taki oto sposób byliśmy opisywani przez wszystkich i wciąż obrzuca się nas oszczerstwami, wbrew wszystkim – nietrudnym wszak do znalezienia w Internecie – faktom dotyczącym prawdziwych dziejów poszczególnych plemion i obecnej sytuacji rdzennych mieszkańców Ameryki. Mamy więc ponurą sylwetkę pokonanego Indianina, w umysłach naszych zaś tkwi scena z głowami staczającymi się ze schodów świątyni, jak również obraz ratującego nas Kevina Costnera, Johna Wayne’a uśmiercającego nas ze swego sześciostrzałowego rewolweru oraz pewnego Włocha nazwiskiem Iron Eyes Cody, grającego nasze role w filmach. Mamy lamentującego i roniącego łzy nad zanieczyszczeniem środowiska Indianina w reklamie (w tej roli również wspomniany Iron Eyes Cody) oraz miotającego szpitalnym wodotryskiem szalonego Indianina, który był narratorem, głosem w powieści Lot nad kukułczym gniazdem. Mamy też wszystkie te logo i maskotki. Reprodukcję kopii wizerunku Indianina w podręczniku. Indianie zostali zatem usunięci ze wszystkich ziem, poczynając od północnych krańców Kanady i najdalszych zakamarków Alaski, a kończąc na samym koniuszku Ameryki Południowej, a następnie sprowadzono ich wszystkich do jednego tylko wizerunku głowy przyozdobionej pióropuszem. Nasze głowy widnieją na proporcach, ubraniach i monetach. Najpierw pojawiły się oczywiście na jednopensówce (the Indian Head cent), a następnie na miedzianej pięciocentówce z bizonem (the buffalo nickel) – w obu przypadkach zanim jeszcze, jako naród, mieliśmy prawo głosu. Obydwu tych monet – podobnie jak prawdy o tym, co rzeczywiście działo się w czasach ekspansji kolonialnej na całym świecie, czy też krwi przelanej we wszystkich tych rzeziach – nie ma już obecnie w obiegu.

Rzeź na wstępie

Niektórzy spośród nas dorastali pośród opowieści o rzeziach; pośród historii o tym, co przydarzyło się naszemu ludowi wcale nie tak dawno temu. O tym, jak przez to przeszliśmy. Słuchaliśmy o tym, jak nad Sand Creek kosili nas z haubic. Ochotnicza milicja pod wodzą pułkownika Johna Chivingtona przyszła tam po to, by zabijać Indian, to znaczy głównie kobiety, dzieci i starców: wojowników nie było w obozie, gdyż udali się na polowanie. Biali rozkazali nam najpierw wywiesić amerykański sztandar. Spełniliśmy ich żądanie, wieszając obok jeszcze białą flagę. „Poddajemy się” – mówiła ta ostatnia, łopocząc na wietrze. Staliśmy pod tymi dwoma sztandarami, kiedy nas zaatakowali. Nie wystarczyło im to, że nas zabijali. Rozrywali nas wręcz na kawałki. Okaleczali nas. Łamali nam palce, aby wziąć sobie nasze pierścionki, odcinali nam uszy, aby zabrać srebrne ozdoby i skalpowali nas dla naszych włosów. Chowaliśmy się w wydrążonych pniach drzew i zagrzebywaliśmy się w piachu nad brzegiem rzeki, lecz piach ten stał się wkrótce czerwony od krwi. Napastnicy wypruwali nienarodzone dzieci z brzuchów matek, odbierając nam nawet to, czym dopiero mieliśmy być: nasze dzieci, nim jeszcze stały się dziećmi, i niemowlęta, zanim zostały niemowlętami. Wypruwali nam je z brzuchów. Rozbijali miękkie dziecięce główki, uderzając nimi o drzewa. Potem zabrali sobie różne części naszych ciał jako trofea i wystawiali je na widok publiczny na specjalnym podeście w centrum Denver. Pułkownik Chivington tańczył, trzymając w dłoniach kawałki nas samych i kobiece włosy łonowe; tańczył tak, kompletnie pijany, a wokół zgromadził się tłum jeszcze gorszych od niego ludzi, którzy wiwatowali i śmiali się wraz z nim. Była to prawdziwa feta.

Twardzi i szybcy

Przesiedlenie nas do miast stanowić miało ostatni, niezbędny etap w procesie naszej asymilacji; w procesie wchłaniania nas, czy też wymazywania z kart historii: stosowne zakończenie ludobójczej kampanii, trwającej już od pięciuset lat. Jednak miasto stworzyło nas na nowo, a my uczyniliśmy je sobie poddanym. Nie zagubiliśmy się pośród bezładnego skupiska wysokich budynków, w potoku anonimowych ludzkich mas ani w nieustannym zgiełku ruchu ulicznego. Odszukiwaliśmy się wzajemnie w tłumie, zakładaliśmy swoje ośrodki kultury, przyprowadzaliśmy nasze rodziny i pokazywaliśmy światu nasze ceremonie, tańce, pieśni czy ozdoby z paciorków. Kupowaliśmy i wynajmowaliśmy sobie domy, spaliśmy na ulicach albo pod wiaduktami autostrad; chodziliśmy do szkół, wstępowaliśmy do armii oraz wypełnialiśmy hinduskie bary w dzielnicach takich jak Fruitvale w Oakland czy The Mission w San Francisco. Mieszkaliśmy w wioskach wagonów kolejowych w Richmond. Tworzyliśmy sztukę i robiliśmy dzieci oraz umożliwialiśmy naszym ludziom krążenie tam i z powrotem pomiędzy miastem a rezerwatem. Nie przenieśliśmy się wszak do miast po to, by umrzeć. Ich chodniki i ulice, ich beton wchłonął spoczywający na naszych barkach ciężar. Miasta, ze swym szkłem, metalem, kauczukiem i przewodami, pędem i gnającymi przed siebie ludzkimi masami, przyjęły nas pod swój dach. Wówczas jeszcze nie byliśmy miejskimi Indianami (Urban Indians). Przenosiliśmy się do miast w ramach Ustawy o przemieszczeniu Indian (Indian Relocation Act, 1952), będącej częścią federalnej polityki likwi­dacji indiańskich rezerwatów, która polegała i polega nadal dokładnie na tym, co sugeruje jej oficjalna angielska nazwa3. Niech wyglądają i zachowują się jak biali. Niech staną się tacy jak my i w ten sposób znikną. Tak się jednak nie stało. Wielu z nas przybyło do miast z wyboru, by zacząć wszystko od początku, zarobić pieniądze lub zdobyć nowe doświadczenia. Niektórzy przybyli po to, by uciec z rezerwatu. Zostaliśmy w miastach po tym, jak walczyliśmy w drugiej wojnie światowej. Zostaliśmy też po Wietnamie. Zostaliśmy, ponieważ zgiełk miasta brzmi tak jak odgłosy wojny, a nie można wycofać się z walki, jeśli już raz chwyciło się za broń – można jedynie trzymać wojnę na dystans, co jest łatwiejsze, kiedy się ją widzi i słyszy w pobliżu; tę twardą stal, tę nieustanną strzelaninę dokoła i samochody mknące w tę i z powrotem ulicami i autostradami niczym stalowe pociski. Tymczasem spokój rezerwatu, miasteczek leżących z dala od autostrady i wiejskich osad, oraz panująca w nich cisza sprawiają jedynie, że dźwięk własnego rozpalonego mózgu staje się jeszcze bardziej wyraźny.

Bardzo wielu z nas jest teraz miejskimi Indianami. Jeśli nawet nie dlatego, że żyjemy w miastach, to przez to, że żyjemy w Internecie, wewnątrz wielopoziomowych piramid złożonych z kolejnych okien przeglądarki. Kiedyś nazywali nas „Indianami z poboczy” (sidewalk Indians). Mówili, że jesteśmy „zmieszczaniałymi”, powierzchownymi, nieautentycznymi i pozbawionymi własnej kultury uciekinierami, „jabłkami”. Jabłko przecież ma czerwoną skórkę, ale w środku jest białe. Tak naprawdę jesteśmy dziś jednak wynikiem tego, co zrobili nasi przodkowie. Tego, w jaki sposób udało im się przetrwać. Jesteśmy wspomnieniami, których sami nie pamiętamy, choć czujemy ich obecność w sobie, a które wciąż żyją w nas i każą nam śpiewać, tańczyć i modlić się właśnie tak, jak to robimy; tak jak każą nam uczucia wywoływane wspomnieniami, które niespodziewanie rozbłyskają i rozkwitają w naszym życiu niczym przesączająca się przez koc krew płynąca z rany od kuli wystrzelonej przez człowieka, strzelającego nam w plecy dla naszych włosów, głów, dla nagrody albo po prostu po to, żeby się nas pozbyć.

Kiedy pierwszy raz zaczęli do nas strzelać, nie staliśmy w miejscu, mimo że ich kule poruszały się dwa razy szybciej niż dźwięk naszych krzyków, i nawet wtedy, gdy gorące i mknące ze świstem pociski rozorywały naszą skórę, gruchotały nasze kości i czaszki oraz przebijały nasze serca, ruszaliśmy się nadal; trwaliśmy w ruchu nawet wtedy, gdy widzieliśmy, jak ich kule miotały naszymi ciałami, sprawiając, że wyglądaliśmy jak łopoczące na wietrze flagi; jak te liczne flagi i budynki, jakie zaczęli wznosić w miejscu tego wszystkiego, czym przedtem była nasza ziemia. Pociski te były niczym ostrzeżenia, zjawy ze snów o trudnej, twardej przyszłości. Przechodząc na wylot przez nasze ciała, mknęły dalej, stając się zapowiedzią tego, co miało dopiero nadejść: zapowiedzią tego pędu i zabijania, ostrych i wyraźnych linii wyznaczających granice i zarysy budynków. Przybysze zabrali nam wszystko i starli na pył tak drobny jak proch strzelniczy; na znak zwycięstwa strzelali na wiwat w powietrze ze swych karabinów, a zbłąkane kule trafiały gdzieś w nicość przekłamywanych historii, które i tak miały zostać zapomniane. Te zbłąkane kule i ich konsekwencje aż do dnia dzisiejszego spadają niespodzianie wprost na nasze nazbyt ufne ciała.

Miejskość

Miejscy Indianie byli pokoleniem urodzonym w mieście. Przemieszczaliśmy się wtedy już od bardzo dawna, ale ziemia przemieszcza się wraz z człowiekiem, tak jak pamięć. Miejski Indianin jest częścią miasta, tak jak miasta są częścią ziemi. Wszystko na świecie tworzy się w odniesieniu do wszelkich innych żywych i nieożywionych rzeczy wywodzących się z ziemi. Wszystkie nasze relacje. Proces, który doprowadza każdą rzecz do jej obecnej formy – czy to chemiczny, syntetyczny, technologiczny czy inny – nie oznacza wcale, że jego produkt przestaje być wytworem żyjącej ziemi. Czyż budynki, autostrady i samochody nie wywodzą się z ziemi? A może przysłano nam je z Marsa albo z Księżyca? Czy chodzi o to, że to my je przetwarzamy i produkujemy, a potem posługujemy się nimi? A czy my sami tak bardzo się od nich pod tym względem różnimy? Czyż nie byliśmy niegdyś czymś zupełnie innym: Homo sapiens, organizmami jednokomórkowymi, pyłem kosmicznym, częścią jakiejś nieidentyfikowalnej teorii kwantów sprzed wielkiego wybuchu? Miasta powstają w ten sam sposób, co galaktyki. Miejscy Indianie czują się jak u siebie w domu, spacerując w cieniu budynków w centrum miasta. Z czasem bardziej przyzwyczailiśmy się oglądać sylwetkę centrum Oakland na tle nieba niż zarysy pasma świętych gór, a lasy sekwoi na wzgórzach na wschód od Oakland poznaliśmy lepiej niż mateczniki dzikiej puszczy. Szum autostrady jest dla nas dziś bardziej znajomy niż szum rzek; ryk pociągów w oddali znamy lepiej niż wycie wilka, a zapach benzyny, świeżo wylanego betonu i palonej gumy – lepiej niż woń cedru, szałwii czy nawet podpłomyków. Wszystko to nie jest osadzone w naszej tradycji, tak jak nie są osadzone w niej rezerwaty. Nic jednak nie jest pierwotne i oryginalne, wszystko wywodzi się z czegoś, co było wcześniej; z czegoś, co kiedyś też nie istniało. Wszystko jest jednocześnie nowe, a zarazem skazane na zapomnienie. Dziś przemierzamy więc autobusami, pociągami i samochodami wielkie równiny z betonu; jeździmy ponad nimi, a nawet pod nimi. W byciu Indianinem nigdy nie chodziło o to, by wracać do swej ziemi. Ta ziemia jest wszak wszędzie – lub nigdzie.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1 Chodzi o Dzień Dziękczynienia, święto obchodzone w Stanach Zjednoczonych w czwarty czwartek listopada, a w Kanadzie w drugi poniedziałek października. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

2 Mowa o filmie Apocalypto z 2006 roku w reżyserii Mela Gibsona.

3Indian Termination Policy. Była to polityka prowadzona przez rząd Stanów Zjednoczonych od połowy lat 40. do połowy lat 60. XX wieku, mająca na celu asymilację rdzennych Amerykanów.

CZĘŚĆ I – Pozostać

Jak to możliwe, że nie znam dziś twojej twarzy jutro, twarzy, która już jest lub wykluwa się pod twarzą pokazywaną światu bądź pod nałożoną maską, twarzy, którą pokażesz mi dopiero wtedy, gdy nie będę się tego spodziewał?1

– Javier Marías

Tony Samotnik

„Zespół” objawił mi się po raz pierwszy w lustrze, kiedy miałem sześć lat. Nieco wcześniej tamtego dnia mój kolega Mario, zwisając z drabinki na placu zabaw, zapytał: „Dlaczego masz taką dziwną twarz?”.

Nie pamiętam, co wtedy zrobiłem. Nie wiem tego zresztą do dziś. Pamiętam jedynie plamy krwi na drabince i posmak metalu w ustach. Pamiętam też, jak moja babcia, Maxine, potrząsała mną za ramiona w poczekalni przed gabinetem dyrektora. Miałem zamknięte oczy, a ona powtarzała tylko w kółko „psst!”, tak jak zwykła robić, ilekroć próbuję się tłumaczyć, gdy powinienem raczej siedzieć cicho. Pamiętam, że potem pociągnęła mnie za rękę mocniej niż kiedykolwiek wcześniej, a później w milczeniu wracaliśmy samochodem do domu.

Po powrocie, siedząc przed telewizorem – zanim jeszcze go włączyłem – dostrzegłem odbicie swojej twarzy na ciemnym ekranie. To właśnie wtedy po raz pierwszy zobaczyłem ją taką, jaką widzieli ją wszyscy. Kiedy spytałem Maxine, dlaczego moja twarz tak właśnie wygląda, babcia powiedziała mi, że moja mama piła, kiedy byłem w jej brzuchu. Wyjaśniła mi, naprawdę bardzo cierpliwie i powoli, że mam alkoholowy zespół płodowy. Do mnie dotarło wtedy tylko powtarzane przez nią w kółko słowo „zespół”. Po chwili siedziałem z powrotem przed wyłączonym telewizorem i gapiłem się w ekran. W odbitą na nim, wykrzywioną i rozciągniętą twarz. Wszystko przez ten zespół. Choć bardzo się starałem, nie byłem już w stanie sprawić, aby twarz, którą tam widziałem, stała się na powrót moja.

W przeciwieństwie do mnie większość ludzi nie musi zastanawiać się nad tym, co znaczą ich twarze. Twoja twarz odbita w lustrze i spoglądająca na ciebie; większość nawet już nie wie, jak ta twarz wygląda. To coś na przedzie twojej głowy, czego nigdy nie zobaczysz, tak jak nigdy nie ujrzysz swojej gałki ocznej; jak nigdy nie poczujesz własnego zapachu. Ja jednak dobrze wiem, jak wygląda moja twarz. Wiem też, co ta twarz oznacza. Powieki mi opadają, jakbym się schlał albo był naćpany, a gęba ciągle mi się nie domyka. Między poszczególnymi częściami mojej twarzy jest za dużo przestrzeni: oczy, nos i usta oddalają się od siebie, jakby poroztrącał je przypadkiem jakiś pijak, sięgając po kolejnego drinka. Ludzie gapią się na mnie, a potem odwracają wzrok, gdy się zorientują, że wiem, iż na mnie patrzą. To też przez ten zespół: moje przekleństwo, a zarazem źródło mocy. Zespół to ślad po mojej matce i po tym, dlaczego piła; to sposób, w jaki historia odbija się na twarzy człowieka, oraz wszystkie te metody, które pozwoliły mi przetrwać aż do tej chwili, pomimo tego, jak bardzo spieprzył mi życie od tamtego dnia, kiedy pierwszy raz zastałem go na ekranie telewizora, gapiący się na mnie jak jakiś cholerny złoczyńca.

Teraz mam już dwadzieścia jeden lat, co oznacza, że mogę się napić, jeśli tylko mam ochotę. Ale nie piję. Po mojemu jest tak, że wypiłem już dosyć, gdy byłem dzieckiem w brzuchu mojej matki. Już tam się upijałem: cholerny pijany niemowlak, a nawet jeszcze nie niemowlak, tylko mała, pieprzona kijanka przyczepiona do pępowiny i pływająca sobie zygzakiem w brzuchu.

Powiedzieli mi, że jestem głupi. To znaczy, nie mówili mi tego wprost, ale z zasady oblewałem testy na inteligencję. Najniższy percentyl. Sam dół skali. Moja znajoma, Karen, wyjaśniła mi, że są różne rodzaje inteligencji. Karen to moja terapeutka, którą wciąż odwiedzam raz w tygodniu w indiańskim ośrodku kultury. Pierwszy raz kazali mi do niej pójść po tym zajściu z Mario jeszcze w przedszkolu. Karen powiedziała mi, że nie muszę się przejmować tym, co usiłują mi wmówić na temat mojej inteligencji. Mówiła, że ludzie z alkoholowym zespołem płodowym potrafią bardzo się od siebie różnić i posiadają szeroki wachlarz różnych typów inteligencji. Mówiła też, że test na inteligencję jest stronniczy, a ja mam świetną intuicję i uliczny spryt: jestem bystry tam, gdzie potrzeba. Niby już to wiedziałem, ale kiedy Karen mi to powiedziała, dobrze się z tym poczułem; jakbym tak naprawdę o tym nie wiedział, dopóki ona tak tego nie ujęła.

Jestem bystry; wiem na przykład, co ludzie mają w głowach. O co im tak naprawdę chodzi, kiedy mówią, że chodzi im o coś innego. To zespół nauczył mnie sięgać wzrokiem poza czyjeś pierwsze spojrzenie i odnajdywać to drugie, które czai się tuż za nim. Wystarczy, że poczekasz o sekundę dłużej niż normalnie, a już będziesz mógł je wychwycić i dowiesz się, co siedzi ludziom w głowach. Wiem, kiedy ktoś koło mnie sprzedaje towar. Znam Oakland. Wiem też, jak to wygląda, kiedy ktoś ma zamiar mnie zaczepić; to znaczy znam się na tym, kiedy trzeba przejść na drugą stronę ulicy, a kiedy wystarczy patrzeć w ziemię i można iść dalej. Umiem też rozpoznać w grupie ludzi mięczaka. To jest akurat łatwe. Oni mają to wypisane na twarzy, jakby nosili w rękach tabliczkę z napisem: „Chodź, dorwij mnie!”. Spoglądają na mnie tak, jakbym już dobrał im się do tyłka, więc równie dobrze mógłbym zrobić coś, przez co patrzą na mnie w ten właśnie sposób.

Maxine powiedziała mi, że jestem uzdrowicielem. Mówiła, że osobnicy tacy jak ja trafiają się rzadko, a kiedy się zbliżamy, lepiej, żeby ludzie od razu widzieli, że wyglądamy inaczej, ponieważ naprawdę jesteśmy inni. Wtedy mogą to uszanować. Mnie tam co prawda nikt nigdy nie okazywał szacunku, oprócz Maxine. Ona mówi mi, że wywodzimy się z plemienia Czejenów; że Indianie żyli na tej ziemi od bardzo dawna i że to wszystko było kiedyś nasze. Wszystko było nasze! Cholera! Widocznie nasi przodkowie nie mieli wtedy ulicznego sprytu. Pozwolili, żeby biali ludzie tu przyszli i tak po prostu im to wszystko odebrali. Najsmutniejsze jest to, że wszyscy ci Indianie prawdopodobnie wiedzieli, na co się zanosi, ale nie mogli nic na to poradzić. Nie mieli karabinów. A do tego jeszcze te choroby. Tak mówiła Maxine. Biali pozabijali nas swoim brudem i chorobami, wyrzucili nas z naszej ziemi i przesiedlili na jakąś gównianą ziemię, na której za cholerę nie da się niczego wyhodować. Nie zniósłbym tego, jakby mnie wysiedlili z Oakland, bo bardzo dobrze znam to miasto i wszystkie jego dzielnice, od Zachodniej po Wschodnią, a nawet Deep East, i potrafię poruszać się po nich tam i z powrotem na rowerze, autobusem albo szybką komunikacją miejską. To miasto jest jedynym domem, jaki znam. Nigdzie indziej nie dałbym sobie rady.

Czasami jeżdżę rowerem po całym Oakland tylko po to, żeby popatrzeć sobie na miasto, ludzi i różne dzielnice. Ze słuchawkami na uszach mogę tak jeździć przez cały dzień, słuchając MF Dooma (MF to skrót od Metal Face). Doom to mój ulubiony raper. Nosi metalową maskę i sam siebie nazywa czarnym charakterem. Zanim zacząłem go słuchać, nie znałem właściwie żadnej muzyki, poza tym, co leciało w radiu. Kiedyś w autobusie ktoś zostawił iPoda na siedzeniu przede mną. Na dysku nie było żadnej innej muzyki, tylko MF Doom. Wiedziałem, że go polubię, kiedy tylko usłyszałem tekst „Mamy więcej treści, niż się w dziurawej skarpetce mieści”. Spodobało mi się też to, że tak od razu, w lot, zrozumiałem wszystkie znaczenia. Chodziło o to, co w człowieku siedzi; że niby dziura dodaje skarpetce charakteru, bo oznacza, że jest znoszona i ma swoją historię, a także o to, że przez taką dziurę wystaje podeszwa stopy – nadmiar „treści” tego, kto taką skarpetkę nosi. Nie było to niby nic wielkiego, ale sprawiło, że poczułem się tak, jakbym wcale nie był taki głupi ani taki tępy, z samego dołu skali. Na pewno pomogło mi tutaj to, że w moim przypadku to zespół dodaje mi „treści”, a zespół to właśnie taka znoszona twarz.

Moja matka siedzi w więzieniu. Czasami rozmawiamy ze sobą przez telefon, ale ona zawsze pieprzy jakieś głupoty, które sprawiają, że tylko żałuję, że w ogóle wykręciłem jej numer. Kiedyś powiedziała mi, że mój ojciec jest w Nowym Meksyku i nawet nie wie o moim istnieniu.

– W takim razie powiedz temu skurwysynowi, że w ogóle istnieję – zasugerowałem.

– To nie takie proste, Tony – odparła.

– Tylko mi nie mów, co jest proste. Nie mów tak do mnie, do cholery! To ty mi to, kurwa, zrobiłaś!

Czasami wpadam w szał. Czasami dzieje się tak z moim umysłem. Nieważne, ile razy Maxine przenosi mnie do nowej szkoły ze starej, w której zawieszają mnie za udział w bójkach, zawsze jest tak samo. Wpadam w szał, a potem niczego nie pamiętam. Moja twarz się rozpala i twardnieje, jakby była zrobiona z metalu, a potem urywa mi się film. Jestem dużym facetem i do tego silnym. Maxine twierdzi nawet, że zbyt silnym. Po mojemu jest tak, że dostałem to wielkie ciało, aby pomogło mi przetrwać, skoro moja twarz jest tak zdeformowana. Są jednak pewne zalety tego, że wyglądam jak monstrum. Wszystko oczywiście przez ten zespół. Ale kiedy wstanę i naprawdę wyprostuję się cały, tak jak potrafię, wykorzystując ten swój cholerny wzrost, nikt nawet nie próbuje się do mnie przypierdalać. Wszyscy wieją, jakby zobaczyli ducha. Może zresztą jestem duchem. Może nawet Maxine nie wie, kim naprawdę jestem. Może jestem całkowitym przeciwieństwem uzdrowiciela. Może któregoś dnia zrobię coś takiego, że wszyscy o mnie usłyszą. Być może dopiero wtedy zacznę naprawdę żyć. Być może wtedy wszyscy wreszcie będą w stanie na mnie patrzeć, bo nie będą mieli innego wyjścia.

Wszyscy wtedy pomyślą, że chodzi o kasę. Ale kto, do cholery, nie chce pieniędzy? Ważne jest tylko to, dlaczego chcesz pieniędzy, jak je zdobywasz i co potem z nimi robisz. Pieniądze nigdy nikomu nie pomogły. Pomóc mogą tylko ludzie. Ja sam sprzedaję zioło, odkąd miałem trzynaście lat. Poznałem paru ziomków na dzielnicy tylko przez to, że cały czas byłem na dworze. Dlatego, że ciągle kręciłem się po okolicy, wystawałem na rogach ulic i tak dalej, pewnie sobie myśleli, że już i tak sprzedaję. Chociaż może nie. Gdyby myśleli, że sprzedaję, prawdopodobnie skopaliby mi tyłek. Może zrobiło im się mnie żal przez te gówniane ciuchy i spierdoloną twarz. Większość kasy, jaką wyciągam ze sprzedaży, oddaję Maxine. Staram się jej pomagać, jak tylko potrafię, bo pozwala mi mieszkać w swoim domu w zachodniej dzielnicy Oakland, przy końcu Czternastej. Kupiła ten dom dawno temu, kiedy jeszcze pracowała jako opiekunka w San Francisco. Teraz sama potrzebuje opiekunki, ale jej na nią nie stać, nawet z tych pieniędzy, jakie dostaje od opieki społecznej. Potrzebuje mnie, żebym robił dla niej mnóstwo pierdół: chodził do sklepu albo jeździł z nią autobusem po te jej lekarstwa. Teraz pomagam jej też schodzić po schodach. Nie mogę uwierzyć, że kość może tak się zestarzeć, że się połamie, roztrzaska na małe kawałeczki w twoim ciele, jakby była ze szkła. Kiedy Maxine złamała biodro, zacząłem jeszcze częściej pomagać jej przy wychodzeniu z domu.

Maxine każe mi sobie czytać przed snem. Nie lubię tego, bo czytam bardzo powoli. Czasami litery podpełzają do mnie jak robaki. Kiedy tylko przyjdzie im na to ochota, zamieniają się miejscami. Ale czasem słowa się nie ruszają. Kiedy tak sobie stoją w bezruchu, muszę chwilę poczekać, żeby się upewnić, że się nie ruszą, przez co kończy się na tym, że ich przeczytanie zajmuje mi więcej czasu niż czytanie tych, które jestem w stanie z powrotem poukładać jak należy po tym, jak się pomieszają. Maxine każe mi sobie czytać jakieś indiańskie historie, które nie zawsze łapię. W sumie jednak mi się podobają, bo jak już coś załapię, dociera to we mnie aż do tego miejsca, gdzie człowiek odczuwa ból, ale jest mu lepiej, ponieważ coś czuje; coś, czego nie mógł odczuwać, zanim to przeczytał; coś, co sprawia, że nie czuje się już tak bardzo samotny i ma wrażenie, że odtąd nie będzie już tak bardzo bolało. Kiedyś Maxine powiedziała nawet, że to „powalające” po tym, jak jej przeczytałem jeden fragment z książki jej ulubionej autorki, Louise Erdrich. To było coś o tym, że życie i tak cię złamie; że po to właśnie tutaj jesteśmy i że można równie dobrze iść usiąść sobie pod jabłonią i nasłuchiwać, jak jabłka spadają, tworząc wokół ciebie stosy, a cała ich słodycz idzie na marne. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, o co w tym chodzi, a Maxine od razu się zorientowała, że nic nie łapię. Niczego mi jednak nie wytłumaczyła. Ale potem jeszcze raz przeczytaliśmy ten fragment i całą tę książkę, i wtedy już wszystko zrozumiałem.

Maxine zna mnie od zawsze i potrafi mnie przejrzeć na wylot jak nikt inny, nawet lepiej niż ja sam; jakbym sam nie zdawał sobie sprawy z tego wszystkiego, co pokazuję światu; jakbym zbyt wolno odczytywał swoją własną rzeczywistość z uwagi na to, jak szybko wszystko wokół mnie się zmienia, jak traktują mnie ludzie i jak na mnie patrzą, i jak dużo czasu potrzeba mi na to, by się zorientować, czy muszę to wszystko z powrotem poskładać do kupy.

Wszystko to, co się wydarzyło, całe to gówno, w które się wpakowałem, wzięło się stąd, że na parkingu przed sklepem z alkoholem w zachodniej dzielnicy Oakland zaczepiło mnie tych kilku białych chłopaków ze wzgórz. Ruszyli prosto na mnie, jakby w ogóle się mnie nie bali. Wiedziałem jednak, że boją się pokazywać w tej okolicy, bo bez przerwy rozglądali się dookoła. Mnie się jednak nie obawiali, jakby myśleli, że nie wykręcę im żadnego numeru, bo wyglądam tak, a nie inaczej: jakbym był zbyt tępy, żeby coś wykombinować.

– Nie masz czasem śniegu? – zapytał mnie ten mojego wzrostu, w kaszkiecie marki Kangol. Miałem ochotę się roześmiać. Nazywanie koki „śniegiem” było tak cholernie typowe dla białych!

– Mogę załatwić – odparłem, choć wcale nie byłem pewien, czy dam radę.

– Bądź tutaj za tydzień o tej samej porze.

Pomyślałem, że pogadam z Carlosem.

Carlos jest nieźle popieprzony. Tamtej nocy, kiedy miał skombinować towar, zadzwonił do mnie i powiedział, że nie da rady i że sam będę musiał pojechać po kokę do Octavia.

Pojechałem rowerem ze stacji szybkiej kolejki przy stadionie. Octavio mieszkał w dzielnicy Deep East, przy jednej z przecznic Siedemdziesiątej Trzeciej, naprzeciw miejsca, gdzie stała kiedyś galeria Eastmont Mall, zanim zrobiło się tam tak nieciekawie, że musieli zamienić ją na posterunek policji.

Kiedy dotarłem na miejsce, ludzie wysypywali się z domu na ulicę, jakby dopiero co doszło tam do jakiejś bójki. Na chwilę wyprostowałem się na siodełku i jadąc przez jeden kwartał, patrzyłem, jak wokół rozżarzonych ulicznych lamp snują się kompletnie skołowani pijacy, jak ogłupiałe od nadmiaru światła ćmy.

Kiedy znalazłem Octavia, był już strasznie nawalony. Gdy widzę ludzi w takim stanie, zawsze myślę o mojej matce. Znów zacząłem się zastanawiać, jaka była, kiedy się schlała, a ja siedziałem jeszcze w jej brzuchu. Czy to lubiła? A czy mnie się to podobało?

Octavio okazał się jednak dosyć kumaty, chociaż strasznie bełkotał. Objął mnie ramieniem i zaprowadził na podwórko z tyłu domu, gdzie pod drzewem miał ustawioną ławeczkę do wyciskania. Patrzyłem, jak robi kolejne serie ze sztangą bez talerzy. Wyglądało to tak, jakby raczej nie zdawał sobie sprawy, że na gryfie nie ma żadnego obciążenia. Czekałem, kiedy zada nieodzowne pytanie o moją twarz. On jednak o nic nie pytał. Słuchałem, jak opowiada o swojej babci, o tym, jak uratowała mu życie, kiedy jego rodzina odeszła. Powiedział, że zdjęła z niego klątwę za pomocą borsuczego futra, a każdego, kto nie był Meksykaninem ani Indianinem, nazywała z hiszpańskiego gachupin, co miało oznaczać zarazę, którą Hiszpanie przywlekli do Ameryki, kiedy się tu pojawili. Babcia mówiła mu, że to sami Hiszpanie byli tą zarazą. Potem Octavio zaczął mi tłumaczyć, że wcale nie chciał zostać tym, kim faktycznie się stał, a ja nie byłem pewien, o co dokładnie mu chodzi: o to, że jest pijakiem czy dealerem narkotyków, czy jednym i drugim, a może zresztą jeszcze o coś innego.

– Nie żałowałbym dla niej swojej serdecznej krwi – powiedział na zakończenie Octavio. Nie żałowałby dla niej swojej serdecznej krwi. Ja czułem dokładnie to samo, myśląc o Maxine. Po chwili Octavio zaczął tłumaczyć, że wcale nie chciał, żeby to zabrzmiało tak cholernie wzruszająco, i tak dalej, i że to wszystko przez to, że tak naprawdę z nikim innym nie może już sobie pogadać. Ja tam wiedziałem, że to wszystko przez to, że był nawalony i że prawdopodobnie gówno będzie z tego pamiętał. Potem jednak przychodziłem po wszystko prosto do niego.

Okazało się, że te białe przygłupy ze wzgórz miały kumpli. Przez całe lato kosiliśmy niezły szmal. Aż w końcu pewnego dnia, kiedy odbierałem towar, Octavio zaprosił mnie do środka i kazał mi usiąść.

– Jesteś indiańskiej krwi, no nie? – powiedział.

– No tak – odparłem, zastanawiając się, jak na to wpadł. – Jestem Czejenem.

– Powiedz mi, co to takiego jest ten zjazd plemienny.

– A po co ci to?

– Nieważne, po prostu mi powiedz.

Maxine od dziecka zabierała mnie na takie plemienne zjazdy wokół całej Zatoki. Teraz już tego nie robię, ale dawniej nawet na nich tańczyłem.

– Przebieramy się w indiańskie stroje, ze wszystkimi pióropuszami, paciorkami i innymi duperelami. Tańczymy, śpiewamy i walimy w taki wielki bęben. Kupujemy i sprzedajemy takie tam indiańskie pierdoły: biżuterię, ciuchy i artystyczne drobiazgi – odparłem.

– No dobra, ale po co to wszystko robicie? – spytał Octavio.

– Dla pieniędzy – odrzekłem.

– Jasne; ale tak naprawdę po co się to robi?

– Nie wiem.

– Jak to nie wiesz?

– Żeby zarobić kasę, dupku – powtórzyłem.

Octavio spojrzał na mnie z ukosa, jakby chciał powiedzieć: „Nie zapominaj, z kim rozmawiasz”.

– Właśnie dlatego my też będziemy na tej imprezie – oświadczył po chwili.

– Na tej, którą organizują na stadionie?

– Tak.

– Żeby zarobić kasę?

Octavio skinął głową, a potem odwrócił się i wziął do ręki coś małego i białego. Nie od razu zorientowałem się, że to pistolet.

– A to co jest, do cholery? – spytałem.

– Kawałek plastiku – odparł Octavio.

– Działa?

– Jest wydrukowany na drukarce 3D. Chcesz zobaczyć? – zapytał.

– Zobaczyć?

Kiedy wyszliśmy na podwórko na tyłach domu, wycelowałem z pistoletu w zawieszoną na sznurku puszkę po pepsi. Trzymałem go dwiema rękami, wysunąłem język i zamknąłem jedno oko.

– Strzelałeś już kiedyś z pistoletu? – spytał Octavio.

– Nie – odpowiedziałem.

– Od tego gówna nieźle dzwoni w uszach.

– Mogę? – spytałem i zanim jeszcze otrzymałem odpowiedź, poczułem, jak mój palec naciska spust i natychmiast wstrząsa mną huk wystrzału. Przez chwilę nie wiedziałem, co się dzieje. Delikatny skurcz palca spowodował straszliwy łoskot i całe moje ciało na ułamek sekundy stało się grzmotem, a potem jakby opadło z niego napięcie. Bezwiednie schowałem głowę między ramiona. Wciąż jeszcze słyszałem zwielokrotnione echo wystrzału, zarówno gdzieś w sobie, jak i na zewnątrz: pojedynczy ton odpływający z wolna w dal, a może zanikający gdzieś głęboko we mnie samym. Podniosłem głowę i spojrzałem na Octavia. Zobaczyłem, że właśnie coś do mnie mówił.

– Co jest? – spytałem, ale sam nawet nie słyszałem własnych słów.

– Właśnie tak zarobimy kasę na tej imprezie – doszły mnie wreszcie po chwili słowa Octavia.

Przypomniało mi się wtedy, że przy wejściu na stadion są wykrywacze metalu. Nawet chodzik Maxine, ten, którego używa, odkąd złamała biodro, uruchomił kiedyś jeden z nich. Szliśmy wtedy z Maxine na środowy mecz (w środy bilety były po dolarze), żeby zobaczyć, jak Oakland Athletics grają z Texas Rangers, czyli drużyną, której Maxine kibicowała, kiedy dorastała w Oklahomie, gdzie nie mieli własnego zespołu.

Gdy wychodziłem, Octavio wręczył mi ulotkę z reklamą tego zjazdu plemiennego na stadionie. Była na niej podana wysokość nagród pieniężnych za zwycięstwo w poszczególnych kategoriach tańca: cztery w wysokości pięciu tysięcy dolarów i trzy po dziesięć tysięcy.

– Całkiem niezła forsa – powiedziałem.

– Nie pakowałbym się w takie gówno, ale wiszę komuś kasę – wyjaśnił Octavio.

– Komu? – spytałem.

– Nie twój interes – uciął krótko.

– Jesteśmy dogadani? – spytałem.

– Jedź już do domu – rzekł Octavio.

Na dzień przed imprezą Octavio zadzwonił do mnie wieczorem i powiedział, że to ja będę musiał ukryć pociski na stadionie.

– Mam je schować w krzakach? Serio? – spytałem.

– Tak – odparł.

– Mam je wrzucić w te krzaki przy wejściu? – dopytywałem się.

– Wsadź je wcześniej do skarpetki.

– Mam wsadzić pociski do skarpetki i wrzucić w krzaki? – chciałem raz jeszcze się upewnić.

– A co ja mówię?

– To się wydaje takie…

– Jakie?

– Nieważne.

– Zrozumiałeś?

– Jakie to mają być naboje i skąd mam je wziąć?

– Kup w Walmarcie; kaliber 0,22.

– Nie możesz ich po prostu wydrukować?

– Tego na razie nie da się zrobić.

– W porządku.

– Jest jeszcze jedna sprawa – rzekł Octavio.

– Tak?

– Masz ciągle jakieś pieprzone indiańskie fatałaszki, które mógłbyś założyć?

– Jakie indiańskie fatałaszki?

– Bo ja wiem? Takie, jakie się zakłada na taką okazje: pióropusze i inne duperele.

– Mam.

– Będziesz musiał się w nie ubrać.

– Pewnie nie będą już na mnie pasowały.

– A może jednak będą?

– No dobra.

– Załóż je na ten zjazd.

– W porządku – odparłem i się rozłączyłem. Wyjąłem swój pióropusz i założyłem go. Potem poszedłem do salonu i stanąłem przed ekranem telewizora. Było to jedyne miejsce w całym domu, w którym mogłem zobaczyć odbicie całej swojej postaci. Potrząsnąłem głową i podniosłem jedną stopę. Patrzyłem, jak pióra niespokojnie drżą na czarnym ekranie. Wyciągnąłem ręce przed siebie i ściągnąłem w dół ramiona, a potem podszedłem jeszcze bliżej do telewizora. Trochę mocniej ścisnąłem pasek pióropusza na szyi. Spojrzałem na swoją twarz. Gdzie się podział zespół? Nie dostrzegłem go na ekranie. Zobaczyłem tam Indianina. Zobaczyłem tancerza.

Dene Oxendene

Dene oxendene pędzi w górę zepsutymi ruchomymi schodami na stacji metra Fruitvale, pokonując po dwa stopnie. Kiedy udaje mu się wreszcie wspiąć na peron, widzi, jak po drugiej stronie zaczyna zwalniać pociąg, na który tak bał się spóźnić. Spod czapki spływa mu pojedyncza strużka potu, ściekając po skroni i policzku. Dene ściera ją palcem, po czym zdejmuje czapkę i wytrzepuje ją wściekle, jakby to z niej właśnie spływał pot, a nie z jego rozgrzanej głowy. Spogląda wzdłuż niknących w ciemności torów i wydmuchuje powietrze, patrząc, jak obłoczek pary wznosi się i zaraz znika. Nagle wyczuwa dym z papierosa, co sprawia, że sam miałby ochotę zapalić, gdyby nie to, że papierosy tak go męczą; Dene chciałby takiego papierosa, który by go orzeźwił i dodał mu sił. Potrzeba mu takiej używki, która rzeczywiście daje kopa. Pić nie ma zamiaru. Zbyt często pali zioło. I tak nic na niego nie działa.

Dene spogląda ponad torami na graffiti nagryzmolone na ścianie tego niskiego korytarzyka poniżej peronu. Od lat widuje to hasło w całym Oakland: „Lens”2. Myślał nad wieloznacznością tego słowa jeszcze w średniej szkole, ale tak naprawdę nigdy nic z tym nie zrobił.

Kiedy po raz pierwszy widział, jak ktoś taguje, jechał właśnie autobusem. Padał wtedy deszcz. Tamten dzieciak stał z tyłu. Dene widział, że tamten wie, że Dene się na niego ogląda. Jedną z pierwszych rzeczy, jakich Dene się nauczył, gdy zaczął jeździć po Oakland autobusami, było to, że nie należy gapić się ani nawet spoglądać na innych pasażerów, ale nie można też w ogóle na nich nie patrzeć. Z szacunku należało odnotowywać tylko ich obecność. Patrzeć na nich, zarazem ich nie widząc. Należało zrobić wszystko, żeby uniknąć pytania: „Na co się tak gapisz?”. Na takie pytanie nie ma dobrej odpowiedzi. Jeśli ktoś ci je zadaje, to znaczy, że już coś schrzaniłeś. Dene czekał na swój moment, a potem patrzył, jak dzieciak kreśli na zaparowanej szybie autobusu cztery litery: „pstk”. Z miejsca zrozumiał, że miały one znaczyć tyle, co „pustka”. Podobało mu się również to, że tamten napisał je na kawałku pustej przestrzeni pomiędzy kroplami, oraz to, że ten jego znak będzie taki ulotny i nietrwały, jak to zwykle bywa z tagami i graffiti.

Czoło pociągu, a za nim wagony, pojawiają się wreszcie i biorąc zakręt, zbliżają szybko w stronę stacji. Czasami nienawiść do samego siebie potrafi zaatakować w okamgnieniu. Dene przez ułamek sekundy sam nie wie, czy nie mógłby czasem zeskoczyć, położyć się na torach i poczekać, aż ta masa rozpędzonej stali nadjedzie z piskiem i zabierze go z tego świata. Ech, pewnie i tak skoczyłby za późno, odbiłby się od boku pociągu i tylko pokiereszowałby sobie gębę.

W pociągu Dene myśli o zbliżającym się spotkaniu z komisją ekspertów. Ciągle wyobraża sobie, jak spoglądają na niego z wysokości co najmniej siedmiu metrów i ciągle widzi w swej wyobraźni leciwych białych facetów w sędziowskich togach, z długimi nosami i pociągłymi, obłąkanymi twarzami rodem z ilustracji Ralpha Steadmana. Będą wiedzieć o nim wszystko. Skrycie będą go nienawidzić, mając dostęp do wszelkich możliwych informacji dotyczących jego życia. Od razu się zorientują, jak bardzo jest niekompetentny. W dodatku pewnie sobie pomyślą, że jest biały (co jest prawdą tylko w połowie), przez co nie nadaje się na beneficjenta grantu z dziedziny sztuki w przestrzeni kulturowej. Fakt, nie od razu widać, że Dene to potomek rdzennych Amerykanów. Niewątpliwie jest kolorowy, ale jego tożsamość pozostaje nieoczywista. Przez wszystkie te lata mnóstwo razy brano go za Meksykanina; pytano go też, czy nie jest z pochodzenia Chińczykiem, Koreańczykiem albo Japończykiem (a nawet, jeden jedyny raz, czy nie pochodzi z Salwadoru), lecz najczęściej zadawano mu następujące pytanie: „Kim ty właściwie jesteś?”.

W pociągu wszyscy wpatrzeni są w ekrany swoich telefonów. Wgapiają się w nie jak sroka w gnat. Dene czuje zapach moczu i w pierwszej chwili myśli, że to od niego. Zawsze się bał, że kiedyś się okaże, że przez całe życie, nawet o tym nie wiedząc, śmierdział gównem i szczyną, tylko wszyscy bali mu się o tym powiedzieć. Tak jak było z Kevinem Farleyem z piątej klasy, który w końcu zabił się tamtego lata po pierwszym roku szkoły średniej, kiedy wreszcie się o tym dowiedział. Dene spogląda w lewą stronę i widzi rozwalonego na siedzeniu starszego faceta. Staruszek przytomnieje i prostuje się na fotelu, a potem zaczyna gmerać rękami dookoła, jakby sprawdzał, czy coś mu nie zginęło, choć najwyraźniej niczego przy sobie nie ma. Dene przechodzi do następnego wagonu. Staje przy drzwiach i spogląda przez szybę. Pociąg mknie przed siebie, unosząc się wzdłuż autostrady, obok samochodów. Porusza się jednak zupełnie inaczej od nich: w przypadku samochodów widać krótkie, sporadyczne i nieskoordynowane zrywy, podczas gdy Dene i jego pociąg suną wzdłuż torów płynnie, ze stałą prędkością. Ta różnica w sposobie poruszania się ma w sobie coś rodem z kina: przywodzi na myśl ten moment w filmie, kiedy człowiek zaczyna coś przeczuwać, ale nie potrafi wyjaśnić, z jakiego powodu. Coś, co gdzieś w środku, w głębi duszy, wydaje się aż nazbyt przytłaczające i jest zbyt dobrze znane, aby to rozpoznać, choć przez cały czas ma się to coś przed oczyma. Dene zakłada słuchawki, włącza w telefonie opcję losowego wybierania utworów, przeskakuje kilka kawałków i wreszcie trafia na piosenkę Radiohead pod tytułem There There. Szczególnie wpada mu w ucho fraza „To, że coś czujesz, wcale nie oznacza, że to tam jest”. Tuż przed wjazdem do tunelu metra pomiędzy stacjami Fruitvale i Lake Merritt Dene ogląda się przez ramię i na ułamek sekundy przed tym, jak jego pociąg ponownie wjeżdża pod ziemię, raz jeszcze widzi to słowo, to samo imię „Lens”, wypisane tam na murze.

* * *

Dene wymyślił sobie ten tag, jadąc autobusem do domu tamtego dnia, kiedy wujek Lucas przyjechał do nich w odwiedziny. Dojeżdżając już do swojego przystanku, spojrzał przez szybę i dostrzegł błysk flesza. Ktoś zrobił mu wtedy zdjęcie lub sfotografował autobus, a słowo „Lens” wyłoniło mu się z tego właśnie rozbłysku i pozostałej po nim niebiesko-zielono-fioletowo-różowej poświaty. Zanim wysiadł, Dene napisał je markerem na tylnej części oparcia. Wychodząc potem z autobusu tylnymi drzwiami, spostrzegł jeszcze w tym dużym, wstecznym lusterku, jak zwężają się oczy kierowcy.

W domu jego matka, Norma, powiedziała mu, że przyjeżdża do nich w odwiedziny wujek Lucas aż z Los Angeles i że Dene ma jej pomóc posprzątać i nakryć stół do kolacji. Dene pamiętał jedynie, jak wujek podrzucał go niegdyś wysoko w górę, a potem łapał, kiedy miał już niemal spaść na ziemię. Nie chodziło nawet o to, czy Dene jakoś szczególnie to lubił, czy też nie: po prostu instynktownie zapamiętał to łaskotanie w żołądku i pomieszanie radości i strachu. I te mimowolne wybuchy śmiechu, gdy był wysoko w górze.

– Gdzie on się podziewał przez cały ten czas? – Dene spytał matkę, nakrywając stół. Norma nic jednak nie odrzekła. Potem, przy kolacji, Dene zapytał wujka, co się z nim działo, a wówczas Norma odpowiedziała za niego.

– Był zajęty robieniem filmów – rzekła, po czym spojrzała na Denego i unosząc brwi, dodała: – Podobno.

Jedli to, co zwykle: mielone kotlety wołowe, tłuczone ziemniaki i zieloną fasolkę szparagową z puszki.

– Może i byłem, podobno, zajęty robieniem filmów; nie ulega za to wątpliwości, że twoja matka myśli, że przez cały ten czas ją okłamywałem – odrzekł wujek Lucas.

– Przepraszam, Dene, jeśli odniosłeś wrażenie, że mój brat nie jest uczciwym Indiańcem – powiedziała Norma.

– Dene – zagaił Lucas – chcesz posłuchać o filmie, nad którym teraz pracuję?

– Kiedy wujek mówi, że pracuje nad filmem, ma na myśli to, że ma go w głowie. To znaczy, dopiero nad nim myśli. Tak tylko mówię, żebyś nie miał złudzeń – wtrąciła Norma.

– Chętnie posłucham – odparł Dene, spoglądając na Lucasa.

– Wszystko będzie się działo w niedalekiej przyszłości. W moim filmie jakaś pozaziemska technologia będzie kolonizować Amerykę. My, ludzie, będziemy myśleć, że sami ją stworzyliśmy, jakby była nasza. Z czasem połączymy się w jedno z tą nową technologią, staniemy się podobni do androidów i utracimy zdolność rozpoznawania się nawzajem. Zapomnimy, jak kiedyś wyglądaliśmy, i porzucimy nasze dawne zwyczaje. Tak naprawdę nie będziemy przy tym nawet uważać się za mieszańców i półkosmitów, ponieważ będziemy myśleć, że to nasza własna technologia. Wtedy w moim filmie pojawi się bohater – mieszaniec, który zainspiruje pozostałych jeszcze przy życiu ludzi do powrotu do natury. Do odcięcia się od technologii i powrotu do dawnego stylu życia; do tego, by na powrót stali się, jak niegdyś, istotami ludzkimi. Wszystko kończyć się będzie odwróceniem słynnej sekwencji Kubricka z 2001: Odysei kosmicznej: puszczoną w zwolnionym tempie sceną, w której człowiek będzie gruchotał kości kosmitów. Widziałeś Odyseję kosmiczną?

– Nie – odparł Dene.

– A Full Metal Jacket?

– Też nie.

– Jak przyjadę następnym razem, przywiozę ci wszystkie moje filmy Kubricka.

– A co się wydarzy na końcu?

– To znaczy, w moim filmie? Koloniści z kosmosu oczywiście wygrają. Nam będzie się tylko wydawało, że zwyciężyliśmy, wracając do natury i cofając się do epoki kamienia. Tak czy inaczej, na razie przestałem „nad tym myśleć” – odparł Lucas, kreśląc w powietrzu dwoma palcami obu rąk znak cudzysłowu i spoglądając w stronę kuchni, dokąd Norma wyszła w momencie, kiedy zaczął opowiadać o swoim filmie.

– A czy tak naprawdę zrobiłeś już jakiś film? – spytał Dene.

– Robię filmy w tym sensie, że je sobie wymyślam i czasami zapisuję te swoje pomysły. No bo jak myślisz, skąd się biorą filmy? Ale ja nie robię filmów, drogi siostrzeńcze. Pewnie nigdy żadnego nie nakręcę. Tak naprawdę zajmuję się tym, że pomagam przy kręceniu niewielkich fragmentów programów telewizyjnych i filmów: trzymam nad planem zdjęciowym mikrofon pałąkowy. Muszę go tak trzymać bardzo długo i na tyle pewnie, żeby się nie ruszał. Spójrz tylko na te mięśnie! – Lucas uniósł ramię i zgiął rękę w nadgarstku, przyglądając się własnemu przed­ramieniu. – Nie śledzę na bieżąco tego, w jakich programach pojawiają się sceny, przy których pracuję. Niewiele potem z tego pamiętam. Za dużo piję. Matka ci o tym nie mówiła? – spytał.

Dene nic nie odpowiedział. Zjadł tylko wszystko to, co miał jeszcze na talerzu, po czym spojrzał znów na wujka, czekając, aż ten zmieni temat.

– Tak naprawdę pracuję w tej chwili nad czymś, co nie wymaga właściwie żadnych pieniędzy. W zeszłe lato byłem nawet tutaj i przeprowadzałem wywiady z ludźmi. Niektóre z nich udało mi się potem zmontować. Teraz znów tu przyjechałem, żeby spróbować zrobić jeszcze kilka takich nagrań. To ma być materiał o Indianach, którzy dopiero przybyli do Oakland albo od dawna tutaj mieszkają. Poprosiłem o rozmowę ludzi indiańskiej krwi, których poznałem poprzez jedną moją przyjaciółkę. Ona zna tutaj mnóstwo Indian. Zdaje się, że tak po indiańsku rzecz biorąc, to ona jest jakby twoją ciocią. Nie jestem tylko pewien, czy ją kiedyś spotkałeś. Znasz Opal Niedźwiedzią Tarczę?

– Być może – odparł Dene.

– W każdym razie kilkorgu Indianom, którzy mieszkają w Oakland już przez jakiś czas, i paru takim, którzy przyjechali tutaj nie tak dawno temu, zadałem pewne dwuczęściowe pytanie. Właściwie to nie było nawet pytanie. Po prostu próbowałem ich skłonić, żeby opowiedzieli mi jakąś historię. Prosiłem, żeby opowiadali mi o tym, jak trafili do Oakland, a tych, którzy już się tutaj urodzili, pytałem, jak im się żyje w mieście. Mówiłem, że odpowiedź na to pytanie powinna mieć formę dłuższej opowieści; cokolwiek to dla nich oznacza, będzie okej, a potem wychodziłem z pokoju. Postanowiłem zrobić to w stylu autobiograficznego wyznania, więc nagrania wyglądają niemal tak, jakby sami sobie opowiadali swoją ­historię albo jakby mówili do nikogo lub do kogokolwiek, kto mógłby stać za obiektywem kamery. Nie chcę im w tym przeszkadzać. Cały montaż mogę potem zrobić sam. Potrzebny mi tylko budżet na pokrycie mojej własnej pensji, czyli właściwie mogę obejść się bez pieniędzy.

To powiedziawszy, Lucas wziął głęboki wdech i jakby zakaszlał, odchrząknął, a potem pociągnął długi łyk z flaszki, którą wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki. Później powędrował wzrokiem przez okno salonu gdzieś na drugą stronę ulicy, a może nawet dalej; tam, gdzie właśnie zaszło słońce, i jeszcze dalej, spoglądając być może wstecz na całe swoje życie. Wówczas zaś jego spojrzenie nabrało takiego wyrazu, jaki Dene widywał czasem w oczach swojej matki: jakby Lucas jednocześnie snuł wspomnienia i zarazem czegoś się bał. Nagle wujek wstał i wyszedł na ganek od frontu, żeby zapalić papierosa, rzucając po drodze:

– Zabierz się lepiej za zadanie domowe, siostrzeńcze. Ja i twoja mama mamy ze sobą do pogadania.

Dopiero po dziesięciu minutach tkwienia w bezruchu w podziemnym tunelu pomiędzy stacjami Dene zdaje sobie sprawę z tego, że właśnie tkwi w bezruchu pomiędzy stacjami. Na samą myśl o tym, że może się spóźnić albo w ogóle nie dotrzeć na prezentację przed komisją ekspertów, pot występuje mu na czoło. W dodatku nie przedstawił dotąd próbki swojej pracy. Będzie więc musiał zmarnować tę krótką chwilę, jaką ma na prezentację, po to, aby im wyjaśnić, dlaczego tego nie zrobił. Będzie musiał powiedzieć, że początkowo był to pomysł jego wujka, ale teraz to już naprawdę jego projekt, chociaż bardzo wiele z tego, co ma zamiar zaproponować, bazuje na tym, co powiedział mu wujek w tym niedługim czasie, jaki dane im było spędzić razem. I jeszcze rzecz najdziwniejsza; rzecz, której Dene zupełnie nie potrafi wyjaśnić w ramach prezentacji, ponieważ sam kompletnie jej nie rozumie: każdy z wywiadów, przeprowadzonych jeszcze tak naprawdę przez jego wujka, wyświetla się wraz z tekstem scenariusza. Nie z napisami, tylko właśnie z tekstem scenariusza. Czy w takim razie wujek pisał zawczasu te scenariusze, które miały być później odgrywane przed kamerą przez jego rozmówców? Czy też zapisywał ich autentyczne wypowiedzi, a potem przepisywał je w formie scenariusza? A może przeprowadzał wywiad z daną osobą, a potem, na podstawie jej wypowiedzi, pisał taki scenariusz, który odpowiednio przerabiał, a następnie dawał poprawioną wersję do odegrania komuś innemu? Nie sposób było się teraz tego dowiedzieć. Pociąg gwałtownie rusza, przez chwilę sunie naprzód, po czym znów się zatrzymuje. Z umieszczonych u góry głośników rozlega się bezbarwny głos, który buczy tylko coś niezrozumiale.

Po powrocie do szkoły Dene pisał „Lens”, gdzie tylko mógł. Każde oznaczone w ten sposób miejsce było dla niego niczym punkt, z którego będzie mógł wyglądać, wyobrażając sobie, jak ludzie patrzą na ten jego tag. Oczyma wyobraźni widział już, jak dostrzegają go ponad szafkami w szatni, na wewnętrznej stronie drzwi w toalecie czy na blatach szkolnych ław. Siedząc kiedyś w kabinie i tagując drzwi od środka, Dene pomyślał o tym, jakie to żałosne, żeby chcieć, aby wszyscy widzieli jakieś imię – które nie jest nawet jego – wypisywane wszędzie dla nikogo i zarazem dla każdego, a potem wyobrażać sobie, jak się na nie gapią, jakby było obiektywem kamery. Nic dziwnego, że wciąż nie znalazł w szkole ani jednego przyjaciela.

Kiedy wrócił do domu, wujka nie było, a matka siedziała w kuchni.

– Gdzie Lucas? – spytał Dene.

– Zostawili go na noc.

– Gdzie go zostawili na noc?

– W szpitalu.

– Po co?

– Twój wujek umiera.

– Co takiego?

– Przykro mi, skarbie. Chciałam ci o tym powiedzieć. Nie sądziłam, że tak się stanie. Myślałam, że może to będą miłe odwiedziny, a potem on wyjedzie i…

– Na co on umiera?

– Od bardzo dawna zbyt dużo pije. Jego ciało, a właściwie wątroba, wysiada.

– Jak to wysiada? Dopiero co przyjechał – rzuca zdenerwowany Dene i widzi, że jego słowa sprawiły, że jego matka się rozpłakała, ale tylko na krótką chwilę. Potem otarła łzy wierzchem dłoni i powiedziała:

– W tej chwili nic już nie możemy zrobić, skarbie.

– To dlaczego nikt mu nie pomógł, kiedy jeszcze można było coś zrobić?

– Są na świecie rzeczy, nad którymi nie mamy władzy, i ludzie, którym nie można pomóc.

– Ale to przecież twój brat!

– A co ja miałam zrobić, Dene? Nic nie mogłam na to poradzić. On pije prawie przez całe życie.

– Dlaczego?

– Nie wiem.

– Jak to?

– Nie wiem. Skąd mam wiedzieć, do cholery? Proszę cię, przestań – jęknęła Norma, wypuszczając z rąk talerz, który właśnie wycierała. Oboje przez chwilę w milczeniu wpatrywali się w leżące na podłodze pomiędzy nimi skorupy.

Na stacji metra przy Dwunastej Dene wybiega po schodach na górę, ale potem patrzy na swój telefon i widzi, że tak naprawdę jednak się nie spóźni. Wychodząc na powierzchnię, zwalnia więc kroku. Podnosi wzrok i widzi bladoróżowy neon na blisko stumetrowej Tribune Tower; neon, który wygląda tak, jakby miał świecić na czerwono, ale gdzieś po drodze utracił całą siłę wyrazu. Oprócz niezbyt wysokich bliźniaczych budynków z szachownicą okien, tworzących kompleks federalnych gmachów imienia Ronalda V. Dellumsa, stojący tuż przed I-980 po drodze do zachodniej dzielnicy, nieregularnej sylwetce Oakland na tle nieba brak jakichś charakterystycznych punktów, więc choć mająca niegdyś w drapaczu chmur swoją siedzibę gazeta (która zresztą już nie istnieje) dawno temu przeniosła się na Dziewiętnastą, napis „Tribune” nadal żarzy się na różowo na szczycie budynku.

Dene przechodzi przez ulicę, zmierzając w kierunku ratusza. Mija chmurę dymu o zapachu marihuany, unoszącą się sponad grupy mężczyzn stojących za przystankiem autobusowym na rogu Czternastej i Broadwayu. Nigdy nie lubił tej woni, z wyjątkiem może tych chwil, kiedy sam sięga po zioło. Nie powinien był jarać wczoraj wieczorem. Kiedy nie pali, jest bardziej rześki i szybciej wszystko kojarzy. Problem w tym, że jeśli tylko ma towar pod ręką, to zawsze zapali. A zioło kupuje ciągle od tego faceta z przeciwka. No i tak to wygląda.

* * *

Kiedy następnego dnia wrócił ze szkoły, zastał wujka leżącego znów na kanapie. Dene usiadł obok i pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Gapił się w ziemię, czekając, aż Lucas coś powie.

– Pewnie myślisz sobie, że jestem żałosny, że się tak tutaj rozwalam na kanapie i zamieniam w jakiegoś zombie. Zabijam się tą wódą, czy nie tak powiedziała ci matka? – spytał Lucas.

– Właściwie to nic mi nie powiedziała. To znaczy, wiem tylko, dlaczego jesteś chory.

– Ja nie jestem chory. Ja umieram.

– No tak, ale umierasz przez to, że jesteś chory.

– Jestem chory od tego umierania.

– A ile mamy czasu…

– My nie mamy czasu, siostrzeńcze: to czas ma nas w garści. Trzyma nas w szponach, tak jak sowa trzyma polną mysz. Trzęsiemy się ze strachu, walczymy, próbując się uwolnić, a wówczas on wydziobuje nam oczy i wnętrzności, aby się nimi pożywić, a my giniemy taką samą śmiercią, jak polne myszy.

Dene przełknął ślinę i poczuł, że jego serce bije tak szybko, jakby właśnie się z kimś kłócił, choć ich rozmowie brakowało odpowiedniego tonu i atmosfery, jaka towarzyszy burzliwej wymianie zdań.

– Jezus, wujku… – jęknął.

Po raz pierwszy zwrócił się tak do Lucasa. Nie zrobił tego z rozmysłem; po prostu tak mu się wyrwało. Lucas nawet nie zareagował.

– Od jak dawna wiesz? – zapytał Dene.

Lucas włączył stojącą pomiędzy nimi lampę i Dene poczuł w trzewiach gwałtowny przypływ smutku, widząc, że białka oczu wujka są żółtawe. Potem raz jeszcze przeszył go dotkliwy ból na widok tego, jak Lucas wyjmuje flaszkę i pociąga z niej długi łyk.

– Przykro mi, że musisz na to patrzeć, siostrzeńcze, ale to jedyna rzecz, dzięki której mogę poczuć się lepiej. Piję już od bardzo dawna. Pomaga mi to. Niektórzy ludzie łykają tabletki, aby się dobrze czuć. Tabletki też z czasem cię zabiją. Niektóre lekarstwa to trucizna.

– Pewnie tak – przytaknął Dene i poczuł w żołądku to samo, co wtedy, gdy wujek podrzucał go w górę, kiedy był jeszcze dzieckiem.

– Nie martw się, jeszcze chwilę tutaj pobędę. Trzeba lat, żeby wóda cię zabiła. Posłuchaj, ja się teraz trochę prześpię, ale jutro jak wrócisz ze szkoły, pogadamy sobie o filmie, który razem zrobimy. Mam kamerę, którą trzyma się tak, jak pistolet – dodał, robiąc z dłoni pistolet i celując w Denego. – Zaczniemy od jakiegoś prostego pomysłu, czegoś, co będzie można trzasnąć w kilka dni.

– Pewnie, tylko czy ty do jutra poczujesz się na tyle dobrze? Mama mówiła…

– Będę na chodzie – przerwał mu Lucas, wyciągając wyprostowaną dłoń i przesuwając nią ponad klatką piersiową.

Wchodząc do budynku, Dene sprawdza w telefonie harmonogram prezentacji przed komisją i widzi, że ma jeszcze dziesięć minut czasu. Nie ściągając wierzchniej warstwy odzieży, zdejmuje podkoszulek, żeby posłużyć się nim jak szmatką do wytarcia potu, zanim tam wejdzie i stanie przed obliczem ekspertów. Przed drzwiami pomieszczenia, do którego kazano mu wejść, stoi jakiś facet. Dene nienawidzi gości jego pokroju. To na pewno właśnie ktoś taki. Ma tego rodzaju łysinę, która wymaga codziennego golenia. Pewnie chce, żeby wyglądało na to, że sam decyduje o tym, jaką ma fryzurę, jak gdyby łysina była kwestią jego osobistego wyboru, ale o ile po bokach głowy widnieją jeszcze jakieś marne resztki owłosienia, o tyle na jej czubku nie ma już ani śladu włosów. Facet nosi za to pokaźną, lecz zadbaną jasnobrązową brodę, która najwyraźniej ma mu rekompensować brak włosów tam u góry. W dodatku jest teraz modna: gdzie spojrzeć, biali hipsterzy usiłują wyglądać na pewnych siebie, skrywając jednocześnie całe swe twarze za wielkimi, krzaczastymi brodami i grubymi okularami w ciemnych oprawkach. Dene zaczyna się zastanawiać, czy trzeba być kolorowym, żeby dostać grant. Tamten facet pewnie pracuje z dzieciakami przy jakimś projekcie związanym ze sztuką ze śmieci. Dene wyciąga telefon, usiłując w ten sposób uniknąć rozmowy.

– Starasz się o grant? – zagaduje go tamten.

Dene kiwa głową i wyciąga rękę na powitanie.

– Mam na imię Dene – mówi.

– Jestem Rob – odpowiada brodacz.

– Skąd jesteś? – pyta Dene.

– W sumie to w tej chwili nie mam swojego kąta, ale w przyszłym miesiącu razem z paroma kumplami załatwiamy sobie chatę w zachodniej dzielnicy. Kwatery są tam tanie jak barszcz – mówi Rob.

Dene zaciska szczękę i wolno mruży oko: jasne, tanie jak barszcz.

– Wychowałeś się tutaj? – nie daje za wygraną.

– To znaczy, nikt tak naprawdę nie jest stąd, no nie? – odpowiada wymijająco Rob.

– Że jak?

– Wiesz, o co mi chodzi.

– Bardzo dobrze wiem – potakuje Dene.

– Słyszałeś, co powiedziała o Oakland Gertrude Stein? – pyta Rob.

Dene przecząco kręci głową, choć tak naprawdę wie, bo niedawno wyszukiwał w googlach cytaty dotyczące Oakland, prowadząc badania do swego projektu. Dokładnie zatem wie, co tamten zamierza mu powiedzieć.

– „Tam nie ma tam” – mówi Rob, zniżając głos niemal do szeptu, z głupkowatym, szerokim uśmiechem na tej swojej gębie, w którą Dene ma wielką ochotę go walnąć. Chciałby mu też powiedzieć, że znalazł ten cytat w jego oryginalnym kontekście, w Autobiografii każdego z nas Gertrude Stein i przekonał się, że autorka tak naprawdę miała na myśli to, jak bardzo zmieniła się dzielnica Oakland, w której dorastała; że nastąpił tam tak wielki rozwój i tyle urbanistycznych przekształceń, że „tam” z jej dzieciństwa, „tam”, które niegdyś tam właśnie było, znikło na dobre i już nie powróci. Dene ma ochotę powiedzieć mu, że to samo stało się ze rdzennymi plemionami Ameryki, i wytłumaczyć, że oni dwaj wcale nie są tacy sami, że on jest rodowitym mieszkańcem miasta, że urodził się i wychował w Oakland; jest stąd. Rob pewnie nawet nie próbował dociec, czego tak naprawdę dotyczył ten cytat, ponieważ wydobył z niego taką treść, o jaką mu chodziło. Pewnie popisywał się nim na proszonych kolacjach i innych imprezach, sprawiając, że ludzie jego pokroju bez skrupułów przejmowali miejskie osiedla, przez które jeszcze dziesięć lat temu nawet nie mieliby odwagi przejechać.

Dla Denego ten cytat jest ważny. To „tam”, które jest tutaj. Oprócz tego jednego cytatu nie zna twórczości Gertrude Stein. Ale dla rdzennych mieszkańców tego kraju, rdzennych mieszkańców obu Ameryk, „tam” to dziś zabudowana, zasypana ziemia przodków; bezpowrotnie utracone wspomnienie przykryte warstwą szkła, betonu, kabli i stali. Tego „tam” już tu nie ma.

Rob mówi, że teraz jego kolej i wchodzi do środka. Dene raz jeszcze ociera spoconą głowę podkoszulkiem i chowa go do plecaka.

Okazuje się, że zielony stół, za którym zasiada komisja, to tak naprawdę cztery stoliki ustawione w kwadrat. Siadając na krześle, Dene uświadamia sobie, że eksperci są właśnie w trakcie rozmowy o jego projekcie. Sam nie ma teraz pojęcia, co dokładnie powiedział im na temat tego, co zamierza zrobić. W głowie kłębią mu się różne niedowarzone pomysły. Tamci wspominają, że nie przedstawił próbki swej pracy. Żadne z nich przy tym na niego nie patrzy. Nie wolno im, czy co? Skład komisji jest bardzo urozmaicony: biała starsza pani, dwóch czarnych facetów w średnim wieku, dwie białe kobiety z tej samej grupy wiekowej, dość jeszcze młody Latynos, Hinduska, która może mieć równie dobrze dwadzieścia pięć, jak i czterdzieści pięć lat, oraz jeden starszy gość, bez wątpienia indiańskiej krwi: ma długie włosy i srebrne kolczyki z turkusowymi piórami w obu uszach. Wszyscy oni zwracają teraz głowy w kierunku Denego. On zaś ma trzy minuty na to, żeby powiedzieć im wszystko to, co jego zdaniem powinni wiedzieć, a czego nie było we wniosku o grant. To ostatnia okazja, żeby ich przekonać, że jego projekt jest wart tego, by go sfinansować.