Niezapomniane. Bohaterki Biblii. Kobiety wczesnego Kościoła - Magda Grabowska - ebook

Niezapomniane. Bohaterki Biblii. Kobiety wczesnego Kościoła ebook

Magda Grabowska

0,0

Opis

Gdyby nie świadectwo Apostołów i działanie Ducha Świętego, świat nigdy nie usłyszałby o tych kobietach. Nie szukały rozgłosu, ale ich obecność miała ogromne znaczenie dla rodzącego się Kościoła. Przyjmowały uczniów w swoich domach, wspierały wspólnoty, a czasem stawały przed sądem, gotowe zapłacić najwyższą cenę za wiarę. Łączy je jedno – na zawsze zapisały się na kartach Nowego Testamentu.

W piątym, a zarazem ostatnim tomie serii Niezapomniane. Bohaterki Biblii Magda Grabowska zabiera nas w podróż do początków chrześcijaństwa, by opowiedzieć o kobietach znanych z Dziejów Apostolskich, listów Nowego Testamentu i Apokalipsy św. Jana. Poznajemy Lidię, Febe, Pryscyllę i wiele innych kobiet, również tych bezimiennych. Życie każdej z nich daje nam wgląd w funkcjonowanie Kościoła, a także pomaga zrozumieć nasze miejsce w nim – razem z nimi jesteśmy członkami Mistycznego Ciała Chrystusa.

Zawarte w książce rozważania nad kobiecą naturą i duchowością są okazją do refleksji nad wielką Bożą tajemnicą, jaką jest związek Chrystusa i Jego Oblubienicy – Kościoła, wspólnoty wierzących, która od swoich narodzin w I wieku aż do dziś czeka na połączenie ze swoim Ukochanym na wieki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 17

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Niezapomniane. Bohaterki Biblii. Kobiety wczesnego Kościoła

Copyright © 2025 Magda Grabowska Copyright © Fundacja Prodoteo, Warszawa 2025

Redaktor prowadząca – Anna Kaszubowska

Redakcja językowa – Anna Kaszubowska

Korekta – Beata Gołkowska

Projekt okładki i stron tytułowych – Ewa Jabłońska

Projekt graficzny książki – Przemysław Gąbka

Skład – Amadeusz Targoński

Cytaty z Pisma Świętego za wydaniem: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, wydanie piąte na nowo opracowane i poprawione, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 2020.

Wydanie 1

ISBN 978-83-67634-81-6

Fundacja Prodoteo ul. Wybrzeże Gdyńskie 27 01-531 Warszawawww.prodoteo.pl ebook dostępny na: contragentiles.pl/ksiegarnia

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

.

Rozpoczynamy piąty i ostatni etap podróży przez Biblię. Naszymi w niej przewodniczkami są kobiety, bohaterki tej Niezwykłej Księgi. Spotykając je, poszerzamy swoją świadomość biblijnej historii i na swój sposób także stajemy się jej uczestniczkami. Kobiety te wprowadzają nas w tajniki czasów, w jakich żyły, odkrywają przed nami swoje tajemnice, radości i smutki, dzielą się swoimi zmaganiami. Podczas pierwszych trzech etapów podróży przeprowadziły nas od momentu stworzenia świata i człowieka do czasów poprzedzających narodziny Jezusa Chrystusa1. Podczas etapu czwartego spotkałyśmy kobiety, które poznały Go osobiście. Niektóre były z Nim w bardzo bliskiej zażyłości, towarzyszyły Mu podczas Jego ziemskiej służby i spotkały Go po Jego zmartwychwstaniu2. Etap, który jest przed nami, pokaże nam, co działo się potem. W układzie ksiąg biblijnych powiedzie nas od Księgi Dziejów Apostolskich do Apokalipsy św. Jana (Księgi Objawienia). Tak jak wcześniej, tak i teraz spotkamy różne kobiety, jednak tym razem to nie na nich będzie koncentrowała się nasza uwaga, skupimy się bowiem na Jednej, szczególnej, bardzo wyjątkowej Bohaterce. Kim jest, wkrótce się dowiemy...

Na razie jednak kilka słów wyjaśnienia, które chciałabym jako autorka serii „Niezapomniane. Bohaterki Biblii” skierować do osób, które po raz pierwszy mają z nią do czynienia. Seria ta nie tylko traktuje o kobietach, ale też w zamyśle skierowana została do kobiet, co można łatwo zauważyć, gdyż niejednokrotnie nie udaje mi się uciec od użycia formy żeńskiej przy formułowaniu myśli. Także pytania po poszczególnych rozdziałach adresowane są do kobiet. Wiem jednak, że panowie też sięgają po te pozycje, dlatego proszę o wyrozumiałość i oczywiście zapraszam Was, Panowie, do wspólnej wędrówki! Będzie dla mnie zaszczytem, jeśli zechcecie się do niej przyłączyć! Jak zwykle zachęcam do odbywania tej podróży w towarzystwie innych osób i wspólnego dyskutowania kwestii poruszonych w pytaniach. Zachęcam też do zapisywania refleksji, jakie zrodzą się po spotkaniu z każdą z kobiet.

Ten etap podróży będzie się nieco różnił od poprzednich ze względu na specyfikę jego głównej bohaterki. Postawi on przed nami większe wyzwania, zmusi do czujności i uwagi w śledzeniu wydarzeń, mam jednak nadzieję, że wniesie też sporo profitów do naszej świadomości. Zachęcam też wszystkie Czytelniczki i wszystkich Czytelników do pilnego śledzenia mapy. To znacznie ułatwi „orientację w terenie”, gdyż odwiedzimy wiele miejsc. Zatem wyruszajmy!

.

Po powstaniu z martwych Jezus nie pozostawił swych uczniów samym sobie, ale – jak pisze św. Łukasz, dociekliwy badacz wydarzeń związanych Jego z życiem i śmiercią: Im też po swojej męce dał wiele dowodów, że żyje: ukazywał się im przez czterdzieści dni i mówił o królestwie Bożym (Dz 1,3). Pan Jezus kontynuował więc ten sam temat, który był głównym przedmiotem Jego nauczania w czasie Jego ziemskiej służby (zob. Mt 4,23; 9,35). Widocznie bardzo zależało Mu na tym, by uczniowie dobrze zapamiętali te treści.

Spotkania z Nim to nie były halucynacje, omamy wzrokowe ani kontakty z duchem. Jezus nie tylko ukazywał się uczniom, ale pozwalał im się dotykać i jadał z nimi, czego duchy raczej nie praktykują. Był jak najbardziej prawdziwy w swoim zmartwychwstałym, przemienionym, co prawda, ale całkowicie realnym ciele. A oni nie byli ludźmi naiwnymi, których łatwo oszukać, tylko młodymi mężczyznami z krwi i kości, którzy potrzebowali twardych faktów i dowodów. Potem byli gotowi o prawdzie tych spotkań i realności Tego, którego spotkali, zaświadczyć, kładąc na szalę swoje życie.

Nadszedł wreszcie dzień, kiedy przebywali ze swoim Mistrzem po raz ostatni. Działo się to na Górze Oliwnej, sporym wzniesieniu po wschodniej stronie Jerozolimy, pokrytym oliwnymi gajami. Roztacza się z niej piękny widok na miasto. Pan najwyraźniej lubił to miejsce, pomimo że tam odbyło się Jego aresztowanie. Tego dnia tam też zrobili sobie męski piknik.

A podczas wspólnego posiłku przykazał im nie odchodzić z Jerozolimy, ale oczekiwać obietnicy Ojca: «Słyszeliście o niej ode Mnie – [mówił] – Jan chrzcił wodą, ale wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym». Zapytywali Go zebrani: «Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?» Odpowiedział im: «Nie wasza to rzecz znać czasy i chwile, które Ojciec ustalił swoją władzą, ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jeruzalem w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi». Po tych słowach uniósł się w ich obecności w górę i obłok zabrał Go im sprzed oczu. Kiedy jeszcze wpatrywali się w Niego, jak wstępował do nieba, przystąpili do nich dwaj mężowie w białych szatach. I rzekli: «Mężowie z Galilei, dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo? Ten Jezus, wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba». Wtedy wrócili do Jeruzalem z góry zwanej Oliwną, która jest blisko Jeruzalem, w odległości drogi szabatowej. Przybywszy tam, weszli do sali na górze i przebywali w niej: Piotr i Jan, i Jakub, i Andrzej, Filip i Tomasz, Bartłomiej i Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Szymon Gorliwy, i Juda, [brat] Jakuba. Wszyscy oni trwali jednomyślnie na modlitwie razem z niewiastami, z Maryją, Matką Jezusa, i z braćmi Jego (Dz 1,4–14).

Wkrótce nadeszło Święto Szawuot, czyli Święto Tygodni, zwane też Pięćdziesiątnicą, co nawiązuje do czasu, jaki dzieli je od Święta Paschy. Upamiętniało ono zawarcie przez Boga przymierza z ludem Izraela pod górą Synaj, co miało miejsce właśnie 50 dnia po wyjściu Izraelitów z Egiptu, kraju ich niewoli. Nazywano je też Świętem Plonów, gdyż wtedy świętowano zakończenie żniw. Święto to należało do najważniejszych świąt izraelskich, których obchodzenie zostało nakazane prawem Mojżeszowym (zob. Kpł 23). Podczas jego obchodów odczytywano publicznie Księgę Rut, będącą jedną z pięciu tak zwanych zwojów świątecznych (hamesz megilot)3.

Z tej okazji jak zwykle zebrało się w Jerozolimie mnóstwo pielgrzymów, nie tylko z terenów Izraela, ale także z tak zwanej diaspory. Stanowili ją głównie potomkowie tych Izraelitów4, którzy po rozproszeniu przez Asyryjczyków (w 722 roku przed Chr.) i Babilończyków (w 586 roku przed Chr.) nie powrócili do ojczyzny. Mieszkali w różnych częściach ówczesnego świata, zachowali jednak świadomość tożsamości narodowej, często pielęgnowali obyczaje przodków i zachowywali prawo Mojżeszowe. Zwykle tam, gdzie mieszkali, tworzyli społeczności, mieli swoje synagogi, często jednak nie znali już ani języka aramejskiego, którym zwykle posługiwali się Izraelici, ani hebrajskiego, który był językiem liturgicznym. Wielu marzyło, by choć raz w życiu być w Jerozolimie, szczególnie podczas wielkich świąt, i postawić stopy na dziedzińcach Świątyni. Zamożniejszym na pewno się to udawało i być może wiele razy przyjeżdżali do Jerozolimy. Mniej zamożni czasem na taką wyprawę przeznaczali oszczędności całego życia. W wielkie święta Jerozolima dosłownie pękała w szwach, tym razem także. I właśnie wtedy nastąpiło to niezwykłe wydarzenie, które Jezus zapowiedział oczekującym na nie uczniom.

Kiedy nadszedł wreszcie dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle dał się słyszeć z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wichru, i napełnił cały dom, w którym przebywali. Ukazały się im też jakby języki ognia, które się rozdzielały, i na każdym z nich spoczął [jeden]. I wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym, i zaczęli mówić obcymi językami, tak jak im Duch pozwalał mówić. Przebywali wtedy w Jeruzalem pobożni Żydzi ze wszystkich narodów pod słońcem. Kiedy więc powstał ów szum, zbiegli się tłumnie i zdumieli, bo każdy słyszał, jak [tamci] przemawiali w jego własnym języku (Dz 2,1–6).

W taki to niezwykły sposób przybył Ten, o którym Jezus mówił uczniom podczas ich ostatniej wspólnej wieczerzy przed ukrzyżowaniem, Ten, którego nazwał Parakletem (zob. J 14,16.26; 15,26; 16,7), Duchem Prawdy (zob. J 14,17; 15,26; 16,13) i Duchem Świętym (zob. J 14,26). Zapowiedział Jego przyjście. Obiecał, że pośle Go od Ojca oraz od siebie, i dotrzymał obietnicy. Jednak dlaczego Paraklet miał przyjść? I po co? Przecież istniał od zawsze, będąc z Ojcem i Synem zjednoczony istotowo, tożsamy w Boskiej naturze. Od zawsze też działał. Unosił się nad wodami bezładnej ziemi (zob. Rdz 1,2), napełniał Besaleela odpowiedzialnego za prace rzemieślnicze podczas tworzenia Przybytku (zob. Wj 31,1–5), ogarnął wieszczka Balaama (zob. Lb 24,2), przebywał w Jozuem (zob. Lb 27,18), ogarnął Gedeona (zob. Sdz 6,34), był nad Jeftem (zob. Sdz 11,29), oddziaływał na Samsona (zob. Sdz 13,25), opanował Saula (zob. 1 Sm 10,6), działał w Dawidzie (zob. Ml 12,36), przez całe wieki namaszczał proroków i mówił przez nich (zob. Iz 61,1; Ez 11,5). Zstąpił na Marię w Nazarecie (zob. Łk 1,35), napełnił Jana Chrzciciela (zob. Łk 1,15), jego matkę Elżbietę (zob. Łk 1,41) i ojca Zachariasza (zob. Łk 1,67). Spoczywał na starym Symeonie (Łk 2,25–27). Potem zamanifestował swoją obecność, zstępując na Jezusa w czasie Jego chrztu (zob. Mt 3,16–17 i Łk 3,21–22) i działał w Nim podczas Jego służby. To On wyprowadził Jezusa na pustynię (zob. Łk 4,1; Mt 4,1), to w Jego mocy Jezus działał, wyganiał demony (zob. Mt 12,28), przez Niego wybrał Apostołów (zob. Dz 1,2), Jego też tchnął na nich, gdy spotkał się z nimi po zmartwychwstaniu (zob. J 20,22). Po co więc było to niezwykłe, oficjalne – chciałoby się powiedzieć – zesłanie, tak szczególne zstąpienie?

Otóż do tej pory Jego działanie było w pewnym sensie incydentalne. Oddziaływał na pewne osoby, uzdalniał i wyposażał je do jakiegoś dzieła. Z niektórymi przebywał dłużej, z innymi krócej, nigdy jednak nie czynił ich miejscem swojego „stałego zamieszkania”. W dniu Pięćdziesiątnicy natomiast rozpoczął zupełnie nową, niezwykłą misję. Kiedy Pan Jezus, po wykonaniu własnej misji, odszedł do Ojca, On otrzymał zadanie, by zbudować, wychować i przygotować do zaślubin Oblubienicę Syna Bożego! Tę, za którą Jezus oddał swoje życie. Czy nie brzmi to niesamowicie? Surrealistycznie? Może nie tak bardzo, jeśli tylko rozumiemy, Kim Ona jest. I to właśnie Ona będzie główną bohaterką tego etapu naszej podróży przez Biblię!

Zacznijmy od Jej imienia. Czy je znamy? Imiona wielu bohaterek historii biblijnej pozostają dla nas tajemnicą, ale Jej imię nie. Ono jest nam znane. Jest piękne i melodyjne, a brzmi... ECCLESIA. Wiele imion ma swój źródłosłów. Imię Ecclesia pochodzi z języka greckiego. Ec to przyimek oznaczający „z”, a kaleoto czasownik oznaczający „wołać, wzywać, przyzywać”. Słowem ecclesia określano grupę wezwanych, wywołanych spośród innych i zgromadzonych razem obywateli, w celu załatwienia jakiejś ważnej sprawy, często o wadze państwowej. Możemy więc śmiało powiedzieć, że nasza bohaterka ma na imię Wezwana, Wywołana, Zgromadzona. Ona jest więc Tą, która została wezwana, zwołana, wywołana ze świata, by być Oblubienicą Syna Bożego, by należeć do Niego i by z Nim przebywać na wieczność. To za nią zapłacił najwyższą cenę swojego życia, to ją nabył swoją krwią wypływającą z Jego boku. To z nią pragnie się połączyć na zawsze. Niestety, tu w naszą opowieść wkradają się elementy horroru. Ona nie jest w „jednym kawałku”. Jej „komóreczki” są rozproszone zarówno w przestrzeni, jak i w czasie. Trzeba je odnaleźć, skompletować, poskładać i w ten sposób zbudować (tak, właśnie zbudować!) jej Ciało. I to właśnie jest zadanie Parakleta.

Tymi „komóreczkami” są wszyscy ci, którzy od dnia Pięćdziesiątnicy przez wszystkie wieki, niezależnie od narodowości, pochodzenia, płci, koloru skóry, wieku czy statusu materialnego, w odpowiedzi na skierowane do nich wezwanie w postaci głoszonej Ewangelii, Dobrej Nowiny o zbawieniu (ratunku) w Jezusie, i na skutek poruszenia Ducha Świętego, mówią: „Chcę należeć do Syna Bożego, do Jezusa Chrystusa”. To ci, którzy przyjmują Jego dar zbawienia, rodzą się na nowo i zanurzają się w Niego, co zostaje potwierdzone zewnętrznym znakiem chrztu5. W ten sposób wszyscy oni czy raczej wszystkie one („komóreczki”) razem stają się jednym Ciałem – Ciałem Oblubienicy Chrystusa. (Oblubienica to co prawda nieco archaiczne słowo, ale jakże piękne. Spróbujemy je więc oswoić i będziemy go używać). A przez zjednoczenie z Chrystusem stają się też Jego Ciałem, którego On jest Głową.

W tym obrazie realizuje się też wielka Boża tajemnica, która od początku stworzenia człowieka była zapowiedziana i manifestowana w obrazie małżeństwa, tajemnica, którą odkrywa św. Paweł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła (Ef 5,31–32)6. Teraz ta tajemnica miała zacząć się ujawniać i realizować. Jezus przecież opuścił swojego Ojca, przyszedł na ziemię, złożył za swoją Ukochaną ofiarę krwi, a teraz czeka, by ostatecznie połączyć się z nią na wieki. Stanie się to, gdy zostanie ona w pełni zbudowana i przygotowana do zaślubin przez Ducha Świętego. Czy to wszystko nie jest niesamowite?!

Niestety, w języku polskim Ecclesia otrzymała inne imię, które nie jest ani tak piękne, ani tak dźwięczne, ani tak romantyczne, co więcej, nie pozwala ono nam zachwycić się rzeczywistym jego znaczeniem. W języku polskim używamy słowa Kościół. Najpewniej wywodzi się ono od słowa castellum, czyli kasztel, oznaczającego zameczek, fortecę lub niedużą twierdzę, które były siedzibami włodarzy jakiegoś terenu. Tam znajdowały się też kaplice i obiekty sakralne, dlatego to do nich lud zamieszkujący wsie i podgrodzia przybywał, by sprawować swój kult. Chodził więc „do kasztelu”, co potem przyjęło brzmienie: „do kościoła”. Później nazwą tą objęto – niezależne już od kaszteli – samodzielne budynki sakralne: kościoły, a także instytucje formalne. Co więcej, w języku polskim „kościół” to określenie rodzaju męskiego, co dodatkowo niweczy odbiór pierwotnego, duchowego zamysłu tej rzeczywistości, którą jest Ona: Wybrana, Wezwana, Wywołana, Zgromadzona – Ecclesia.

Aby więc nie tracić z oczu tego duchowego wymiaru i znaczenia, będziemy w naszej podróży używać tego właśnie określenia – Ecclesia. A może raczej Eklezja, bo choć ta spolszczona forma jest rzadko używana w literaturze, to jednak brzmi pięknie i jest bliższa sercu. Nie będziemy też mówić o „kościołach” powstających w różnych miejscach, ale o wspólnotach lub społecznościach Eklezji właśnie po to, by ani na chwilę nie zapomnieć o tym, Kim Ona naprawdę jest, i by cały czas pamiętać o jedności jej mistycznego Ciała, niezależnie od jego rozproszenia w czasie i przestrzeni, a także niezależnie od podziałów, jakie się w nim dokonały na przestrzeni wieków. Będziemy też mówić o „komóreczkach” budujących to Ciało, jakkolwiek dziwnie to może dla nas brzmieć na początku. Oczywiście, w cytowanych tekstach biblijnych będzie pojawiać się powszechnie używane słowo Kościół.

Dzień Pięćdziesiątnicy jest dniem, który możemy uznać za dzień Jej narodzin, narodzin Eklezji. Odtąd przez Ducha Świętego będzie Ona przez całe stulecia kompletowana, budowana i przygotowywana na spotkanie z Ukochanym, by być gotowa, kiedy On powróci po Nią w swojej chwale – wówczas połączą się na wieki.

Śledząc Jej wczesne losy, popatrzymy, jak wzrastała, dojrzewała, rozwijała się. Popatrzymy, jakie przeżywała radości i smutki, na jakie niebezpieczeństwa była narażona, natomiast kobiety, które spotkamy, to „komóreczki” Jej Ciała – jedne z pierwszych, które Ją tworzyły, które uczestniczyły w początkach Jej niesamowitej nowej rzeczywistości. O większości z nich dowiemy się bardzo niewiele, ale będą one dla nas przyczynkiem do rozważenia pewnych aspektów życia Oblubienicy we wczesnym okresie Jej rozwoju i zapewne też istotnych dla nas dzisiaj. Chociaż żyjemy wiele lat po nich i w zupełnie innych warunkach, to razem tworzymy jedno mistyczne Ciało Eklezji. Wiele z nas przecież to także Jej „komóreczki”, choć – w perspektywie ziemskiego czasu – dołączyłyśmy do Niej dużo później niż nasze poprzedniczki. A niektóre z nas może dopiero się nimi staną...

A kiedyś, w wieczności, może usiądziemy z którąś z tych kobiet i poprosimy: „Opowiedz mi o sobie coś więcej, wyjaśnij kilka spraw...” A może nie będzie nam już to wtedy potrzebne...

*****

W niezwykłej atmosferze towarzyszącej zstąpieniu Ducha Świętego apostoł Piotr, usłyszawszy dziwny szum, wygłosił do zdumionego tłumu płomienne przemówienie (zob. Dz 2,14–35). Miało ono dobitne zakończenie i wywołało wspaniały efekt, Piotr bowiem powiedział:

«Niech więc cały dom Izraela wie z niewzruszoną pewnością, że tego Jezusa, którego ukrzyżowaliście, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem». Gdy to usłyszeli, przejęli się do głębi serca: «Cóż mamy czynić, bracia?» – zapytali Piotra i pozostałych Apostołów. «Nawróćcie się – powiedział do nich Piotr – i niech każdy z was przyjmie chrzest w imię Jezusa Chrystusa na odpuszczenie grzechów waszych, a otrzymacie w darze Ducha Świętego. Bo dla was jest obietnica i dla dzieci waszych, i dla wszystkich, którzy są daleko, a których Pan, Bóg nasz, powoła». W wielu też innych słowach dawał świadectwo i napominał: «Ratujcie się spośród tego przewrotnego pokolenia!» Ci więc, którzy przyjęli jego naukę, zostali ochrzczeni. I przyłączyło się owego dnia około trzech tysięcy dusz. Trwali oni w nauce Apostołów i we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach. Bojaźń ogarniała każdego, gdyż Apostołowie czynili wiele znaków i cudów. Ci wszyscy, którzy uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby. Codziennie trwali jednomyślnie w świątyni, a łamiąc chleb po domach, spożywali posiłek w radości i prostocie serca. Wielbili Boga, a cały lud odnosił się do nich życzliwie. Pan zaś przymnażał im codziennie tych, którzy dostępowali zbawienia (Dz 2,36–47).

Tak więc narodziny Eklezji odbyły się w bardzo widowiskowy sposób. W Jerozolimie nastało poruszenie. Wyobraź sobie tę gorącą atmosferę, pełne emocji rozmowy, zdumienie towarzyszące znakom i cudom czynionym przez Apostołów! Nie wiemy nic więcej na ten temat, ale z pewnością pojawił się wśród obecnych zachwyt, były pytania, a może i wątpliwości. Piotr i Jan w imię Jezusa uzdrowili chromego, który żebrał przy jednej z bram Świątyni, co – wzmocnione kolejnym przesłaniem Piotra – pozyskało nowych wyznawców Jezusowi, lecz także spowodowało negatywną reakcję przełożonych, starszych i uczonych. Zakazali oni Apostołom przemawiania i nauczania w TO imię, co oczywiście nie ostudziło ich zapału ani nie ograniczyło służby, a wręcz podziałało na nich nad wyraz motywująco (zob. Dz 3,1–4,31).

Pytania:

Czy rozstawałaś się z kimś na dłużej? Jakie tematy rozmów poruszaliście przed rozstaniem? Jakie emocje temu towarzyszyły?Czy lubisz atmosferę podczas obchodów różnych świąt i uroczystości? Co Cię w tym pociąga lub co odpycha i zniechęca?Jakie skojarzenia, obrazy budzi w Tobie określenie Kościół? Czy to określenie jest bliskie Twojemu sercu, czy wręcz przeciwnie? A Eklezja?Czy możesz powiedzieć o sobie, że jesteś „komóreczką” Ciała Oblubienicy? Na jakiej podstawie możesz tak twierdzić?

Twoja refleksja do zapamiętania

.

Pośród nowych wierzących panował niezwykły klimat miłości i jedności.

Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich, którzy uwierzyli. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wielka łaska spoczywała na wszystkich. Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je i przynosili pieniądze [uzyskane] ze sprzedaży, i składali je u stóp Apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby.

A Józef, nazwany przez Apostołów Barnaba, to znaczy Syn Pocieszenia, lewita rodem z Cypru, sprzedał ziemię, którą posiadał, a pieniądze przyniósł i złożył u stóp Apostołów (Dz 4,32–37).

Podoba Ci się ta atmosfera? Gdyby tak można było przenieść się tam choć na chwilę i poobserwować wszystko z bliska... A może pobyć nieco dłużej, poznać osobiście bohaterów tamtych wydarzeń, doświadczyć tego, czego oni doświadczali... Wydaje Ci się to atrakcyjne? Pociągające? Masz na to ochotę? A masz ochotę sprzedać wszystko, co masz, i pieniądze złożyć u stóp Apostołów? Prawdę mówiąc, możesz to zrobić i dziś... Na pewno znajdzie się ktoś, u czyich stóp będziesz mogła je złożyć... Masz w sobie tę gotowość? Nie wszyscy ją mają... Nie wszyscy mieli ją i wtedy.

Ale pewien człowiek, imieniem Ananiasz, z żoną swoją, Safirą, sprzedał posiadłość i za wiedzą żony odłożył sobie część zapłaty, a jakąś część przyniósł i złożył u stóp Apostołów. «Ananiaszu – powiedział Piotr – dlaczego szatan zawładnął twym sercem, że skłamałeś Duchowi Świętemu i odłożyłeś sobie część zapłaty za ziemię? Czy przed sprzedażą nie była twoją własnością, a po sprzedaniu czyż nie mogłeś rozporządzać tym, coś za nią otrzymał? Jakże mogłeś dopuścić myśl o takim uczynku? Nie ludziom skłamałeś, lecz Bogu». Słysząc te słowa, Ananiasz padł i wyzionął ducha. A wszystkich, którzy tego słuchali, ogarnął wielki strach. Młodsi zaś mężczyźni wstali, owinęli go, wynieśli i pogrzebali. Mniej więcej po trzech godzinach weszła także jego żona, nie wiedząc, co się stało. «Powiedz mi – zapytał ją Piotr – czy za tyle sprzedaliście ziemię?» «Tak, za tyle» – odpowiedziała. A Piotr do niej: «Dlaczego umówiliście się, aby wystawiać na próbę Ducha Pańskiego? Oto stoją w progu ci, którzy pochowali twego męża. Wyniosą też ciebie». A ona upadła natychmiast u jego stóp i skonała. Gdy młodzieńcy weszli, znaleźli ją martwą. Wynieśli ją więc i pochowali obok męża. Strach wielki ogarnął cały Kościół i wszystkich, którzy o tym słyszeli (Dz 5,1–11).

Tak oto spotkałyśmy pierwszą bohaterkę tego etapu naszej podróży przez Biblię. Miała na imię Safira. Jej mąż to Ananiasz. Oboje byli świadkami tego, co działo się w Jerozolimie. Zapewne także im udzielił się entuzjazm, który rozpalił się wśród nowych wyznawców Jezusa. Działo się tak wiele dobrego! Ludzie otwierali dla siebie nawzajem serca. I portfele. Nie tylko je otwierali – oni je opróżniali! Sprzedawali swoje posiadłości i oddawali uzyskane w ten sposób pieniądze, by ulżyć materialnej niedoli nowych braci. Pewnie najpierw zrobił to jeden, potem drugi, trzeci... Za nimi poszli następni. Czy robili to pod wpływem porywu serca, czy po dokładnym zastanowieniu się – nie wiemy. Pewnie byli i tacy, i tacy. Zapewne jednak wszyscy się cieszyli, że mogą ofiarować braciom to, co mają. Poza tym przecież Pan wkrótce powróci i zapanuje nowa rzeczywistość. Obiecał to. Ziemskie dobra nie będą już potrzebne, można więc dzielić się nimi, a nawet hojnie je rozdawać. Ci, którzy je otrzymywali i których los nagle zmienił się na lepsze, z pewnością także bardzo się cieszyli.

Znając ludzką naturę, możemy się domyślać, co działo się poza tym. Byli to przecież zwykli ludzie, którzy, co prawda, zakosztowali już piękna nowego życia w Chrystusie i w mocy Ducha Świętego, jednak jeszcze nie byli dojrzali w swojej wierze. Było w nich nadal wiele nawyków, postaw i sposobu myślenia „starego człowieka”. Na początku zapewne większość dała się ponieść powszechnej euforii. Niemal na pewno zaczęto mówić z zachwytem i podziwem o tych, którzy oddali swoje majątki. Prawdopodobnie szczególnie doceniano tych, którzy oddali wszystko, co posiadali. Traktowano ich zapewne jak lokalnych bohaterów, chwalono ich i patrzono na nich z uznaniem. Jednak po jakimś czasie zazwyczaj przyzwyczajamy się do nowości i zaczynamy traktować je jako coś naturalnego, a nawet oczekiwanego. To jest tak bardzo ludzkie... Co więcej, w takich sytuacjach oczekiwania i wymagania na ogół zaczynają rosnąć. Dotyczy to zarówno tych, którzy już coś oddali, bo przecież „skoro ja oddałem, to niech inni też oddadzą”, jak i tych, którzy nie mieli nic, ale żyli w przekonaniu, że ci, którzy coś mają, powinni to oddać, „bo przecież inni oddają”. Może nikt nic takiego nie mówił wprost, ale to się czuje. Pewnie też zaczęto porównywać dających oraz ich dary. Możemy więc podejrzewać, że presja na dawanie rosła. Motywacje dających pewnie były różne. Zapewne przeważały te dobre, piękne, szlachetne, ale czy były tylko takie? I czy ci, którzy już coś lub tym bardziej wszystko oddali, potem tego nie żałowali? Pewnie byli tacy, którzy nawet nie pomyśleli o jakimkolwiek żalu i pozostawali w radosnym uniesieniu szczerego, ofiarnego serca, ale pewnie byli i inni. Ludzie są przecież różni. Każdy ma własne wyzwania. Jednym jest łatwiej oddać dobra materialne, innym trudniej, co nie znaczy, że są w jakiś sposób gorsi. Oni potrafią coś innego, do czegoś innego są zdolni. Mogą spędzić życie, opiekując się troskliwie obłożnie chorymi, a ktoś, kto oddał cały majątek, nie chciałby przy kimś takim spędzić nawet doby. W atmosferze ogólnego huraoptymistycznego oddawania zapewne łatwiej było podjąć decyzję o pozbyciu się swojej własności, jednak ci, którzy mimo wszystko nie byli na to gotowi, pewnie nie czuli się najlepiej.

Niektórzy z nich być może jeszcze nie byli gotowi rozstać się z ziemskimi dobrami i potrzebowali czasu, by dojrzeć do takiej decyzji. Inni pewnie rozumieli, że takie działanie ma w istocie krótkie nogi. Przecież jakoś trzeba będzie żyć w okresie do powrotu Pana, a nie wiadomo, kiedy dokładnie On powróci. Oczekiwany jest „wkrótce”, ale co to znaczy? Może więc jednak nie sprzedawać i nie rozdawać wszystkiego, tylko umiejętnie czerpać z tego zyski i tym dzielić się z innymi? Jeszcze inni z różnych innych powodów chcieli zachować dla siebie przynajmniej część swojej własności, a jednocześnie obawiali się złych opinii na swój temat.

Safira i Ananiasz zapewne też chcieli mieć udział w tym, co się działo. Może ze szczerego serca chcieli zrobić coś dobrego i podzielić się tym, co posiadali, a może czuli, że powinni to zrobić, bo inni tak robią? Nie wiemy. Nie wiemy też, kto chciał tego bardziej: ona czy jej mąż, ale oboje grali w jednej drużynie. Chcieli więc coś dać, nie byli jednak gotowi oddać wszystkiego. Zapewne zależało im, by dobrze wyglądać w oczach braci, mieć uznanie społeczności, ale nie byli gotowi ponieść kosztów tego swojego pragnienia. Co mieli zrobić, żeby wilk był syty i owca cała? Umówili się więc, że stworzą pozory, iż oddają wszystkie pieniądze, które otrzymali za sprzedaż swojej ziemi, a w rzeczywistości część z nich zachowają dla siebie. Powinno się udać...

Być może nie zauważyli, że nikt od nich nie żądał oddania ich własności, a tym bardziej oddania wszystkiego, co mieli. No, może inaczej – Bóg tego od nich nie żądał. Oddawanie wszystkiego było pomysłem czysto ludzkim! Pięknym, szlachetnym, ale tylko ludzkim. Pan Jezus też nigdy tego nie wymagał! Jan Chrzciciel powiedział wprawdzie: Kto ma dwie suknie, niech się podzieli z tym, który nie ma (Łk 3,11), ale nie wspominał o oddaniu obu. Raz, co prawda, Jezus postawił pewnemu człowiekowi wyzwanie: Idź sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim [...] i chodź za Mną (Mk 10,21; por. Łk 18,22), ale to był jednostkowy przypadek. To był sprawdzian serca tamtego człowieka w jego konkretnej sytuacji, a nie zasada ogólna. To nie było polecenie skierowane do wszystkich ani przykazanie normatywne. Czasem my, ludzie, chcemy być gorliwsi od Pana Jezusa, a potem mamy problemy...

Problemem Safiry i jej męża nie było to, że nie byli gotowi oddać wszystkiego, ale to, że chcieli stworzyć pozorny, fałszywy obraz swojej hojności. W sposób świadomy i wyrachowany byli obłudni. Umówili się na kłamstwo. Od kogo wyszedł ten pomysł, tego nie wiemy. Wygląda, że od Ananiasza, ale jeśli nawet tak było, to nasza bohaterka o tym wiedziała. W zasadzie dobrze to o nich świadczy jako o małżonkach – byli zjednoczeni, szkoda tylko, że w złej sprawie. Tak więc za wiedzą Safiry jej mąż odłożył część pieniędzy i postanowił okłamać braci. Wygląda na to, że ona nie oponowała. Co powinna zrobić jako żona? Jako „odpowiednia pomoc”? Jako Ezer k’negdo, bo taka przecież jest rola żony7? Czy nie powinna ostrzec męża? Zachęcić do szczerości i prawdy? Być jego „dobrym duchem”? Gdy on się potyka, ona jest obok, by podać mu rękę, by go ostrzec, podtrzymać, ochronić przed upadkiem. Najwyraźniej jednak nie zrobiła tego. Może cieszyła się ze sprytnego rozwiązania?

Skłamali oboje. Skłamali jednak nie tylko przed ludźmi ale – jak powiedział Piotr – przede wszystkim wobec Boga, Ducha Świętego. Ich kłamstwo – jak każde kłamstwo – było złem, działaniem przeciw Bogu i wbrew Bogu, działaniem przeciw Jego zasadom, ubliżeniem Mu. Było więc grzechem, i to grzechem popełnionym jak najbardziej świadomie, w sposób zaplanowany. Żadne z nich nie opamiętało się aż do końca, mimo że mieli taką możliwość. Safira miała nawet więcej czasu niż jej mąż do przemyślenia, refleksji i zmiany postawy, a jednak nie skorzystała z tego.

W efekcie Bóg zainterweniował. Bardzo ostro zainterweniował. Małżonkowie zmarli nagłą, gwałtowną i spektakularną śmiercią. Najpierw Ananiasz, potem Safira. Niedługo więc cieszyłyśmy się jej towarzystwem! Na skutek tego, co się stało, wszystkich ogarnął wielki strach. Nic dziwnego! Jednak dlaczego Bóg zadziałał tak ostro? Dlaczego Safirę i jej męża spotkała kara śmierci? Nie wystarczyłoby jakieś napomnienie, zwrócenie uwagi, „nagana z wpisaniem do akt”? Może Bóg jest rzeczywiście taki okrutny, jak twierdzą niektórzy?

Nieco podobną w wymowie sytuację znajdujemy w Księdze Jozuego (zob. Joz 7). Po wejściu Izraelitów na tereny Ziemi Obiecanej i zdobyciu przez nich pierwszego miasta – Jerycha, w którym mieszkała nasza znajoma Rachab8, mężczyzna o imieniu Akan potajemnie przywłaszczył sobie pewne dobra i ukrył je. Izraelitom nie wolno było brać ich w posiadanie, gdyż z woli Boga to, co było w mieście, zostało obłożone klątwą. Skutkiem nieposłuszeństwa Akana armia Izraela poniosła klęskę w łatwej do wygrania bitwie pod Aj. Zrozpaczonemu Jozuemu, wodzowi narodu, Bóg wyjaśnił przyczynę klęski, nie wyjawiając jednak imienia winnego. Jozue szukał go, lecz Akan nie przyznał się do swojego czynu i dopiero losowanie wskazało go jako winowajcę. W rezultacie on sam i jego rodzina, z Bożego postanowienia, zostali skazani na śmierć. I znów może pojawić się pytanie, dlaczego tak surowo. Dlaczego od razu kara śmierci? I to dla całej rodziny? Przecież ludzie robią gorsze rzeczy i żyją!

Oczywiście możemy pokusić się o różne odpowiedzi. Zwróćmy jednak uwagę na pewien dość istotny aspekt obu historii. Obie wydarzyły się wtedy, gdy otwierała się nowa epoka, nowy rozdział dziejów. Wejście do Ziemi Obiecanej rozpoczęło nową epokę w historii Ludu Bożego. Izrael miał tu żyć, aby oddawać chwałę Bogu i nieść okolicznym narodom przesłanie o Nim, być świadectwem dla świata. Zesłanie Ducha Świętego rozpoczęło nowy rozdział w historii Ludu Bożego. Nowo narodzona Eklezja miała żyć na chwałę Bogu i nieść przesłanie Ewangelii innym narodom. Miała być świadectwem dla świata. Tymczasem w obu przypadkach ta nowa rzeczywistość od razu na początku została skażona grzechem. Nowa epoka Izraela została skażona nieposłuszeństwem i kradzieżą Akana. Nowa epoka Eklezji została skażona obłudą i kłamstwem Safiry i jej męża. To nie były drobne potknięcia. To nawet nie były duże potknięcia. To po prostu nie były potknięcia. To były świadomie podjęte działania ubliżające Bogu. Winni ich mieli czas na opamiętanie, wyznanie, zmianę postępowania, ale nie skorzystali z tego. Bóg na to nie przymknął oczu.

Początki zawsze są ważne, torują drogę przyszłości. Jeśli raz złamie się jakieś tabu, przychodzi to coraz łatwiej. Bóg nie chciał, by zło zagościło w Jego ludzie. Nie chciał, by zarażało. Jego reakcja była nie tyle karą dla winnych, co przestrogą dla innych. Sygnał został dany: „Widzę grzech, widzę zło, brzydzę się nim i mam moc się z nim rozprawić. Nie lekceważcie tego”. To prawda, że potem działy się złe i znacznie gorsze rzeczy, i nadal się dzieją, a Bóg nie karał i nie karze za nie od razu śmiercią. Gdyby tak było, nikt z nas już by nie istniał. Pokazał jednak, że może to zrobić. Więcej, On ma do tego pełne prawo. On jest Panem i to On „rozdaje karty”. To, że nie reaguje od razu w sposób radykalny, jest wyrazem Jego ogromnego miłosierdzia i cierpliwości. W ten sposób daje nam, ludziom, czas na opamiętanie, na poprawę, na zejście z niewłaściwych dróg, na przyjście do Niego. Jeśli z tego nie skorzystamy, pewnego dnia z pewnością zareaguje. Chociaż, kto wie, może czasem też od razu tak reaguje, tylko my tego nie widzimy lub nie potrafimy pewnych wydarzeń właściwie zinterpretować?

Lubimy postrzegać Boga w Jego miękkich cechach. Lubimy koncentrować się na Jego łaskawości, dobroci, miłosierdziu, przebaczaniu, cierpliwości... Ale On jest Bogiem. Świętym Bogiem! Określenie to zawiera w sobie znaczenie inności, odmienności, bycia oddzielonym. Świętość Boga dotyczy dwóch aspektów. Jest On święty, bo jest inny w swojej naturze. Nie ma nikogo takiego jak On. Jest bytem ponad inne byty, jest Najwyższy. Swoją naturą jest ponad stworzeniem, które w całości jest Jego dziełem i od Niego pochodzi. Świętość w tym aspekcie jest atrybutem Jego pozycji. Odpowiada na pytanie, kim On jest. Tylko On posiada takie cechy, jak wszechobecność, wszechwiedza... Tym, jaki jest, wyznacza ideał, pełnię, do której nikt i nic nie dorasta. Stanowi normę doskonałości. Świętość w tym aspekcie jest więc atrybutem Jego kondycji. Odpowiada na pytanie, jaki On jest.

Ten Święty Bóg chce, by Jego ludzie byli święci na Jego wzór. By do Niego „pasowali”. Wielokrotnie więc wzywał naród izraelski: Bądźcie świętymi, bo ja jestem święty (por. Kpł 11,44, 45; 19,2; 20,7 i in.). Te same słowa kierowane są do Eklezji (zob. 1 P 1,16). Jego wezwanie odnosi się do obu aspektów świętości – zarówno do pozycji, jak i do kondycji. W pierwszym aspekcie – w pozycji – świętość ludzi Bożych wynika z ich oddzielenia i przynależności do Boga. Są święci, bo są inni przez to, że są oddzieleni dla Niego, należą do Niego, są Jemu i dla Niego „poświęceni”. Za ten aspekt świętości odpowiedzialność bierze na siebie Bóg. Dokonuje się on wakcie uświęcenia. W Abrahamie Bóg oddzielił dla siebie na własność jego potomków, tych, którzy z niego się narodzili i tworzą naród Izraela. W swoim Synu Bóg oddziela dla siebie na własność tych, którzy mówią Chrystusowi „tak” i tworzą Eklezję. On zatem zrobił i robi wszystko, by zagwarantować nam ten rodzaj świętości.

W drugim aspekcie – w kondycji – świętość ludzi Bożych wynika z ich sposobu życia, z ich stopniowego upodabniania się do wzorca doskonałości, z dojrzewania, stawania się „jak On”. Za ten aspekt świętości odpowiedzialni jesteśmy my sami. Dokonuje się to w procesie uświęcania. Bóg jednak chce nam ten proces ułatwić, pomóc nam w nim. Izraelowi dał prawo, któremu mieli być posłuszni i podążać za jego wskazaniami. Eklezji daje prowadzenie Ducha Świętego.

Pozwólmy sobie teraz na dygresję i wyprzedzając dalszy rozwój wydarzeń, spójrzmy na to, co św. Paweł napisze kiedyś w jednym ze swoich listów: do Kościoła Bożego w Koryncie, do tych, którzy zostali uświęceni w Jezusie Chrystusie i powołani do świętości wespół ze wszystkimi, co na każdym miejscu wzywają imienia Pana naszego, Jezusa Chrystusa, ich i naszego [Pana] (1 Kor 1,2).

Koryntianie zostali uświęceni (w pierwszym aspekcie – w pozycji) i powołani do świętości (w drugim – w kondycji). Dzięki Bogu za ów pierwszy aspekt. Natomiast jeśli chodzi o drugi, to niestety, społeczności wiernych w Koryncie daleko było do doskonałości. Po tej stronie rzeczywistości jesteśmy bowiem w procesie dojrzewania, doskonalenia. Jesteśmy w drodze. Wolni od kary za grzech (bo wziął ją na siebie Syn Boży), nie mamy jeszcze wolności od obecności grzechu. Popełniamy więc wykroczenia przeciw Bogu, grzesząc „w myślach, mowie, uczynku i zaniedbaniach”. Mamy jednak rzecznika w Osobie Jezusa Chrystusa, możliwość wyznania grzechów, żałowania za nie, odwrócenia się od nich (zob. 1 J 1,5–2,2).

Gdy więc uświadomimy sobie swój grzech, zejście z drogi Bożej, działanie, słowa, postawę, myślenie i wszystko inne, co nie pasuje, co nie przystaje do norm Bożych, co Mu się sprzeciwia, co od Niego oddala, jedynie mądre, co możemy zrobić, to paść na kolana, wziąć odpowiedzialność, wyznać, przeprosić, przyjąć Boże przebaczenie i nawrócić się, czyli zmienić myślenie i postępowanie. Prawdziwym problemem jest to, gdy po uświadomieniu sobie grzechu nie chcemy go uznać, wyznać i nawrócić się, gdy udajemy, że nic się nie stało albo świadomie grzeszymy. Właśnie tak postąpili Safira i jej mąż Ananiasz. Oboje szli w zaparte do końca. Bóg dał więc sygnał: „Widzę! To nie jest mi obojętne! To do mnie nie pasuje i nie może tak być! Nie ma na to mojej zgody!”.

Bóg jest Bogiem łaskawym, dobrym, miłosiernym, cierpliwym. ale ma też inne cechy, te „twarde”! Nie toleruje grzechu, dlatego też przyjdzie dzień, gdy położy mu ostateczny kres...

Oczywiście wspaniale byłoby widzieć idylliczny obraz młodziutkiej Eklezji. Jednak taka nie była, tworzyli ją ludzie, którzy dopiero niedawno narodzili się do nowej duchowej rzeczywistości. Ich wiara była gorąca, piękna, ale jeszcze niedojrzała. Potem jedni wzrastali szybciej, inni wolniej, jeszcze inni w swoim wzrastaniu zatrzymywali się w miejscu na dłużej lub dryfowali gdzieś na bok, ciągle jednak do Ciała przyłączały nowe osoby, nowe „komóreczki”. Pojawiały się też nowe problemy. A Jezus nie wracał i nie wracał...

Pytania:

Jakie są Twoje odczucia i Twoja reakcja na to, co się stało z Safirą? Co Twoim zdaniem powinna robić w sytuacji, w jakiej się znalazła? Jak powinna się zachować lub jak zmienić swoje postępowanie w miarę biegu wydarzeń?W jakich sytuacjach Twojego życia robisz coś po to, by lepiej wyglądać w oczach innych ludzi? Czy robisz tak czasem wbrew własnemu sumieniu? Jakie to ma konsekwencje w Twoim życiu?Czy możesz powiedzieć o sobie w aspekcie pozycji: „Jestem święta (święty)”? A w aspekcie kondycji? Dlaczego?Jak rozpoznajesz obecność grzechu w Twoim życiu? Podaj przykład sytuacji, w których dopuszczasz istnienie grzechu w swoim życiu i usprawiedliwiasz go sama przed sobą lub przed innymi? Dlaczego tak się dzieje? Czy obecnie trwasz świadomie i dobrowolnie w grzechu? Co z tym zrobisz?

Twoja refleksja do zapamiętania

.

Smutne i przejmujące wydarzenie, którego bohaterami byli Safira i Ananiasz, zapewne spowodowało, że nowi wierzący trzymali się jak najdalej od wszelkiej świadomej niegodziwości i zła. W takiej czystej atmosferze mogły nastąpić wspaniałe wydarzenia. I rzeczywiście nastąpiły.

Wiele znaków i cudów działo się wśród ludu przez ręce Apostołów. Trzymali się wszyscy razem w krużganku Salomona. A z obcych nikt nie miał odwagi dołączyć się do nich, lud zaś ich wychwalał. Coraz bardziej też rosła liczba mężczyzn i kobiet przyjmujących wiarę w Pana. Wynoszono też chorych na ulice i kładziono na łożach i noszach, aby choć cień przechodzącego Piotra padł na któregoś z nich. Także z miast sąsiednich zbiegały się wielkie rzesze do Jeruzalem, znosząc chorych i dręczonych przez duchy nieczyste, a wszyscy doznawali uzdrowienia. Wówczas arcykapłan i wszyscy jego zwolennicy, należący do stronnictwa saduceuszów, pełni zawiści, zatrzymali Apostołów i wtrącili ich do publicznego więzienia (Dz 5,12–18).

Eklezja rosła i „przybierała na wadze”, rosła bowiem liczba mężczyzn i kobiet przyjmujących wiarę w Pana i tym samym jako nowe „komóreczki” włączających się w jej „Ciało”. Działo się to w asyście licznych znaków i cudów dokonywanych przez ręce Apostołów. Nie wszystkim się to jednak podobało. Wrogowie Jezusa teraz zwrócili się przeciw Eklezji. Wkrótce Apostołowie (choć nie wiemy, ilu), przez zawiść arcykapłana i jego zwolenników ze stronnictwa saduceuszów, zostali wtrąceni do więzienia, a potem z niego cudownie uwolnieni (zob. Dz 5,18 i nn.). Przyprowadzeni przed Sanhedryn (Najwyższą Radę Żydowską), śmiało stawili czoła przeciwnikom, co wzbudziło w nich jeszcze większy gniew i pragnienie pozbycia się Apostołów. Wtedy jednak zainterweniował Gamaliel, uczony w prawie, poważany przez lud, słynny nauczyciel i faryzeusz, który powiedział:

«Zostawcie tych ludzi i puśćcie ich! Jeżeli bowiem od ludzi pochodzi ta myśl czy sprawa, rozpadnie się, a jeżeli rzeczywiście od Boga pochodzi, nie potraficie ich zniszczyć, i oby się nie okazało, że walczycie z Bogiem». Usłuchali go. A przywoławszy Apostołów, kazali ich ubiczować i zabronili im przemawiać w imię Jezusa, a potem zwolnili. A oni odchodzili sprzed Sanhedrynu i cieszyli się, że stali się godni cierpieć dla Imienia <Jezusa>. Nie przestawali też co dzień nauczać w świątyni i po domach i głosić Dobrą Nowinę o Jezusie Chrystusie (Dz 5,38b–42).

Młodziutka Eklezja zaczęła doświadczać pierwszych ataków i prześladowań płynących z zewnątrz. W osobach swoich „komóreczek-przedstawicieli” okazała się bardzo dzielna. Jednak w miarę upływu czasu zaczęły się pojawiać „kłopoty zdrowotne” wewnątrz niej samej, w jej własnym „ciele”.

Wówczas, gdy liczba uczniów wzrastała, zaczęli helleniści szemrać przeciwko Hebrajczykom, że przy codziennym rozdawaniu jałmużny zaniedbywano ich wdowy. «Nie jest rzeczą słuszną, abyśmy zaniedbali słowo Boże, a obsługiwali stoły» – powiedziało Dwunastu, zwoławszy wszystkich uczniów. «Upatrzcie zatem, bracia, siedmiu mężów spośród siebie, cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości. Im zlecimy to zadanie. My zaś oddamy się wyłącznie modlitwie i posłudze słowa». Spodobały się te słowa wszystkim zebranym i wybrali Szczepana, męża pełnego wiary i Ducha Świętego, oraz Filipa, Prochora, Nikanora, Tymona, Parmenasa i Mikołaja, prozelitę z Antiochii. Przedstawili ich Apostołom, którzy, modląc się, położyli na nich ręce (Dz 6,1–6).

Helleniści byli to Izraelici wywodzący się z diaspory, którzy powrócili na stałe do ziemi ojców. Nazywano ich tak, gdyż posługiwali się głównie greką, zwykle nie znając języka swoich przodków, w przeciwieństwie do Hebrajczyków. Powracali, kierując się różnymi motywami. Wielu wracało na starość. Najchętniej osiedlali się w Jerozolimie lub w jej pobliżu, by tam umrzeć i być w gronie pierwszych, których obejmie zmartwychwstanie, bo – jak wierzyli – tam właśnie miało się ono rozpocząć. Repatrianci w naturalny sposób zamieszkiwali w pobliżu siebie. Czuli się przez to bezpieczniej, lepiej się rozumiejąc i dzieląc podobne problemy. Tworzyli też własne synagogi. Uważa się, że w I wieku w Jerozolimie istniało kilka greckojęzycznych synagog, a jedną z nich była synagoga zwaną [synagogą] Wyzwoleńców9oraz Cyrenejczyków i Aleksandryjczyków, i tych, którzy pochodzili z Cylicji i z Azji (Dz 6,9).

Naturalną koleją rzeczy często mężczyźni umierali jako pierwsi, pozostawiając owdowiałe żony. Jeśli nie posiadały one zabezpieczenia materialnego, były zdane na łaskę lokalnej społeczności. Zwykle opiekę nad nimi przejmowały synagogi, które prowadziły działania o charakterze charytatywnym. Nowo narodzona Eklezja też od samego początku troszczyła się o zaspokajanie potrzeb braci i sióstr, „komóreczek” będących w trudnej sytuacji materialnej. Służyły temu między innymi pieniądze uzyskane ze sprzedaży majątków członków Eklezji. Niestety, nierzadko obdarowywane osoby nie doceniają tego, co otrzymują, natomiast doskonale dostrzegają wszelkie uchybienia i tak zwane „niesprawiedliwości” ze strony swoich dobroczyńców.

Wywodzący się z hellenistów członkowie Eklezji dość szybko zwrócili uwagę na jakieś rzeczywiste lub wyimaginowane niedociągnięcia w sposobie traktowania wdów helleńskich przez Hebrajczyków podczas codziennego rozdawania jałmużny, której formą były wspólnie spożywane posiłki. W odpowiedzi na ten zarzut Apostołowie postanowili wykształcić pierwszy „organ wyspecjalizowany” Eklezji, przeznaczony do obsługi stołów. Był to kolejny krok w Jej rozwoju! Uczniowie wybrali więc spośród siebie siedmiu mężczyzn, którzy mieli być odpowiedzialni za tę posługę. W języku greckim sługę, pomocnika lub kelnera określano słowem diakoneo (co dosłownie oznacza „przez brud”). Stąd wzięło się słowo diakon, którym w Eklezji zaczęto nazywać osoby pełniące później także inne rodzaje posług i tak do dzisiaj mówimy o diakonach i diakoniach w obrębie Eklezji. Wybrano mężczyzn cieszących się dobrą sławą, pełnych Ducha i mądrości, gdyż „służba stołu” wbrew pozorom jest niezwykle trudną i odpowiedzialną służbą, o czym wie każdy, kto miał z nią do czynienia.

Tu pozwolę sobie na osobistą dygresję, gdyż od kilku lat jestem zaangażowana w organizowanie spotkań dla ludzi potrzebujących. Podczas spotkań otrzymują oni poczęstunek, nauczanie ze Słowa Bożego, jedna z wolontariuszek prowadzi zajęcia ze śpiewu, a na koniec rozdawane są paczki żywnościowe. Na tym tle wiele razy dochodziło do sporów. Szczególnie kobiety porównywały ze sobą otrzymywane dary, a te nie zawsze były identyczne. Ich zawartość zależała od tego, czym akurat dysponowaliśmy i co mogliśmy ofiarować. Niektóre panie potrafiły z dużym niezadowoleniem reagować na zauważone „nierówności”. Nasi podopieczni obserwują też i oceniają zachowanie osób, które im służą. Tak jest dziś i tak z pewnością było niegdyś, dlatego osoby sprawujące tego typu posługę muszą radzić sobie z emocjami zarówno własnymi, jak i podopiecznych.

Jednym z mężczyzn wybranych do obsługi stołów był Szczepan, prawdopodobnie wywodzący się ze środowiska hellenistów. Jego imię jest popularnym imieniem pochodzenia greckiego, mającym źródło w słowie stephanos, co znaczy „korona” lub „girlanda”. Być może był też członkiem wspomnianej synagogi Wyzwoleńców oraz Cyrenejczyków i Aleksandryjczyków, i tych, którzy pochodzili z Cylicji i z Azji (Dz 6,9), a jeśli nawet nie, to na pewno był znany w jej kręgach. Był to wspaniały człowiek, który na domiar czynił znaki i cuda (zob. Dz 6,8). Ze względu na poglądy, jakie głosił po swoim nawróceniu, znalazł w tej właśnie synagodze zagorzałych przeciwników. Doszło do poważnej scysji, po której Szczepan wygłosił przed Sanhedrynem płomienną mowę. Sytuacja ta, po ludzku rzecz biorąc, zakończyła się dla niego tragicznie. Został ukamienowany. Nim jednak to się stało, doświadczył czegoś niezwykłego. Przeciwnicy Szczepana kipieli złością i szykowali na niego kamienie. A on, pełen Ducha Świętego, patrzył w niebo i ujrzał chwałę Bożą i Jezusa, stojącego po prawicy Boga. I rzekł: «Widzę niebo otwarte i Syna Człowieczego, stojącego po prawicy Boga» (Dz 7,55–56).

Jezus po wstąpieniu do nieba ZASIADŁ po ojcowskiej prawicy. I zasiada! To jest Jego miejsce! Wyznajemy to także w Credo. Tymczasem Szczepan zobaczył Go stojącego! Czyżby wtedy, gdy Szczepan jako pierwszy męczennik młodziutkiej Eklezji oddawał życie za Ukochanego Pana, Ten powstał ze swego tronu i stojąc, przyjmował pierwszą ofiarę tej „komóreczki” swojej Oblubienicy? Czyż to nie jest niesamowite?!

Jednym z przeciwników Szczepana i znaczącym świadkiem jego męczeńskiej śmierci był młody, ale już bardzo wpływowy i niezwykle gorliwy w swojej wierze faryzeusz Szaweł, który pochodził z Tarsu, z Cylicji i dlatego być może też był członkiem tej wrogiej Szczepanowi synagogi. Szaweł zaś zgadzał się na zabicie go. W tym dniu wybuchło wielkie prześladowanie w Kościele jerozolimskim. Wszyscy, z wyjątkiem Apostołów, rozproszyli się po okolicach Judei i Samarii. Szczepana zaś pochowali ludzie pobożni z wielkim żalem. A Szaweł niszczył Kościół, wchodząc do domów, porywał mężczyzn i kobiety i wtrącał do więzienia (Dz 8,1–3). I tak to Eklezja, choć jeszcze bardzo młoda, zaczęła płacić cenę swojego oddania i miłości do Ukochanego. Ale to miał być dopiero początek... Dla uniknięcia prześladowań, jej „komóreczki” opuściły Jerozolimę i rozproszyły się po okolicach.

Szaweł ciągle jeszcze siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich. Udał się do arcykapłana i poprosił go o listy do synagog w Damaszku, aby mógł uwięzić i przyprowadzić do Jeruzalem mężczyzn i kobiety, zwolenników tej drogi, jeśliby jakichś znalazł. Gdy zbliżał się już w swojej podróży do Damaszku, olśniła go nagle światłość z nieba. A gdy upadł na ziemię, usłyszał głos, który mówił: «Szawle, Szawle, dlaczego Mnie prześladujesz?» «Kto jesteś, Panie?» – powiedział. A On: Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz» (Dz 9,1–5).

Sam Jezus objawił siebie Szawłowi. Uświadomił mu, że prześladowanie Eklezji jest w istocie prześladowaniem Jego samego, bo przecież Ona jest Jego Ciałem, należy do Niego, jest Jego Ukochaną. Po tym spotkaniu życie Szawła radykalnie się zmieniło. Z zagorzałego prześladowcy Jezusa stał się najzagorzalszym Jego wielbicielem i świadkiem, który jako Paweł Apostoł wiele wycierpiał dla Pana i Jego Ukochanej. Stał się wyjątkowo aktywną, oddaną, pełną poświęcenia i skuteczną w działaniach „komóreczką”, która i w naszej „kobiecej” wędrówce odegra znaczącą rolę. Prześladowania Eklezji skończyły się – przynajmniej na jakiś czas.

A Kościół cieszył się pokojem w całej Judei, Galilei i Samarii. Rozwijał się i żył bogobojnie, i obfitował w pociechę Ducha Świętego. Kiedy Piotr odwiedzał wszystkich, przyszedł też do świętych, którzy mieszkali w Liddzie (Dz 9,31–32). Korzystając z tego, że Eklezja odpoczywała i regenerowała siły po okresie prześladowań, Piotr Apostoł mógł bezpiecznie opuścić stolicę i odwiedzać zgromadzenia „komóreczek Oblubienicy” w różnych miejscowościach na terenie Judei. Dotarł między innymi do Liddy.

Mieszkała też w Jafie pewna uczennica imieniem Tabita (gr. Dorkas), co znaczy Gazela. Czyniła ona dużo dobrego i dawała hojne jałmużny. Wtedy właśnie zachorowała i umarła. Obmyto ją i położono w izbie na piętrze. Lidda leżała blisko Jafy; gdy więc uczniowie dowiedzieli się, że jest tam Piotr, wysłali do niego dwóch posłańców z prośbą: «Przyjdź do nas niezwłocznie». Piotr poszedł z nimi, a gdy przybył, zaprowadzili go do izby na górze. Otoczyły go wszystkie wdowy i pokazywały mu ze łzami w oczach chitony i płaszcze, które zrobiła im Gazela za swego życia. Po usunięciu wszystkich Piotr upadł na kolana i modlił się. Potem zwrócił się do zwłok i rzekł: «Tabito, wstań!» A ona otwarła oczy i zobaczywszy Piotra, usiadła. Piotr podał jej rękę i podniósł ją. Zawołał świętych i wdowy, i ujrzeli ją żywą. Wieść o tym rozeszła się po całej Jafie, i wielu uwierzyło w Pana (Dz 9,36–42).

Mieszkała w Jafie, miejscowości położonej nad Morzem Śródziemnym, niedaleko Liddy10. Jej hebrajskie imię brzmiało Tabita, greckie Dorkas, a polskie – Gazela. Spotykamy ją, podobnie jak poprzednią bohaterkę, Safirę, w kontekście śmierci, jednak podczas gdy Safira straciła życie, Tabita je odzyskała. Nie wiemy nic o jej sytuacji rodzinnej, ile miała lat, ale wiemy, że była „uczennicą”.

Mianem uczniów określano „ludzi Jezusa”. Najpierw tych, którzy chodzili z Nim podczas Jego ziemskiego życia, stanowiąc Jego „szkołę”. Nie byli to więc ci, którzy przy jakiejś okazji wysłuchali Jego nauczania lub nawet przysłuchiwali się Mu od czasu do czasu. Kogoś takiego możemy nazwać najwyżej słuchaczem. Uczniowie to ci, którzy postanowili chodzić z Nauczycielem, towarzyszyć Mu, wsłuchiwać się pilnie w Jego słowa, przyswajać Jego naukę, naśladować styl życia, „nasiąkać” Nim Jako swoim Mistrzem. Po Jego zmartwychwstaniu, wniebowstąpieniu i po zesłaniu Ducha Świętego uczniami stawali się ci, którzy z wiarą wyznali Jezusa swoim Panem i Zbawicielem, i decydowali się podążać drogą Jego nauki. Początkowo zapewne byli wśród nich jeszcze tacy, którzy mieli z Nauczycielem osobistą styczność, bezpośrednio słyszeli Jego nauczanie, widzieli znaki, a może nawet doświadczyli od Niego jakiejś pomocy, ale z każdym rokiem ich ubywało. Następni stawali się uczniami, choć już Mistrza osobiście nie znali, ale uczyli się od tych, którzy byli przed nimi. Pojawiły się też inne określenia. Nazywano ich „świętymi” (zob. Dz 9,32.41), „zwolennikami tej drogi” (zob. Dz 9,2) „wyznawcami Tego imienia” (zob. Dz 9,21). Sami siebie nazywali „braćmi” (zob. Dz 9,30). Dopiero w Antiochii Syryjskiej po raz pierwszy nazwano ich „chrześcijanami”, czyli ludźmi Chrystusa, należącymi do Chrystusa, Chrystusowymi (zob. Dz 11,26). A my wiemy, że były to po prostu „komóreczki” Ciała Eklezji.

Tabita była więc uczennicą. Jak się nią stała? Zapewne tak jak wszyscy inni uczniowie. Niezależnie od życia, jakie wiodła wcześniej – może pięknego, a może wręcz przeciwnie – pewnego dnia usłyszała o Jezusie i o Jego zbawczym dziele. Wiarą przyjęła to przesłanie. Sercem uwierzyła temu, co usłyszała, i ustami wyznała swoją wiarę (zob. Rz 10,9). Z pewnością została ochrzczona, otrzymała dar Ducha Świętego i zaczęła żyć nowym życiem właśnie jako uczennica swojego Mistrza. A co charakteryzuje uczniów?

Uczniowie z pewnością rozumieją, kim jest ich Mistrz i kim są oni dzięki Niemu. Rozumieją więc swoją tożsamość duchową. Dlatego Tabita, jako uczennica Jezusa Chrystusa, z pewnością mogła o sobie powiedzieć, że w Chrystusie:

jest święta (zob. Dz 9,32);

jest nowym stworzeniem (zob. 2 Kor 5,17);

jest dzieckiem Boga (zob. J 1,12);

jest dziedzicem Boga i współdziedzicem Chrystusa (zob. Rz 8,16–17; Ga 4,7);

jest członkiem ciała Chrystusa (zob. 1 Kor 6,15; 12,27; Ef 5,30);

jest świątynią Bożą (zob. 1 Kor 3,16–17; 6,19);

jest wonnością Chrystusa (zob. 2 Kor 2,15);

jest światłością (zob. Ef 5,8);

jest uczestniczką niebiańskiego powołania (zob. Hbr 3,1);

jest współobywatelką świętych i domowniczką Boga (zob. Ef 2,19);

jest przybyszem i gościem na tym świecie (zob. 1 P 2,11; 2 Kor 5,6);

jest obywatelką nieba (zob. Flp 3,20).

Mogła to wszystko powiedzieć, tak jak mogli (i mogą) powiedzieć to wszyscy uczniowie i uczennice Mistrza, wszystkie „komóreczki” Ciała Eklezji. Z racji przynależności do Jezusa wszystkie mają bowiem tę samą uzyskaną dzięki Niemu, nadaną im przez Niego, tożsamość duchową, czyli duchową pozycję – to, kim są w Nim i dzięki Niemu. Nie wszystkie jednak mają ten sam stopień dojrzałości duchowej, czyli nie są w tej samej duchowej kondycji – w tym, jakie są. A są w różnym miejscu swojej duchowej drogi, dlatego są wzywane do uczenia się tego, jak chodzić drogami Mistrza, naśladować Go, wzrastać, dojrzewać, by ostatecznie stawać się takim, jak On, jak Nauczyciel, jak Oblubieniec, tak by „pasować” do Niego i do całego Ciała Eklezji.

Poza tym nie wszystkie mają takie same umiejętności i możliwości działania. Każda jest inna, inaczej obdarowana zarówno naturalnymi umiejętnościami i talentami, jak i specjalnymi darami Ducha Świętego. Każda więc ma swoje miejsce i zadania do wykonania, każda jest ważna i potrzebna dla dobrego funkcjonowania Ciała Eklezji. Jest to istotny temat, któremu Paweł poświęci sporo uwagi w późniejszych listach do wspólnot Eklezji.

Jak bowiem w jednym ciele mamy wiele członków, a nie wszystkie członki spełniają tę samą czynność – podobnie wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami. Mamy zaś według udzielonej nam łaski różne dary: bądź dar proroctwa – [aby go stosować] zgodnie z wiarą; bądź to urząd diakona – dla wykonywania czynności diakońskich; bądź urząd nauczyciela – dla wypełniania czynności nauczycielskich; bądź dar upominania – dla karcenia. Kto zajmuje się rozdawaniem, [niech to czyni] ze szczodrobliwością; kto jest przełożonym, [niech działa] z gorliwością; kto pełni uczynki miłosierdzia, [niech to czyni] ochoczo (Rz 12,4–8).

Jednemu dany jest przez Ducha dar mądrości słowa, drugiemu umiejętność poznawania według tego samego Ducha, innemu jeszcze dar wiary w tymże Duchu, innemu łaska uzdrawiania przez tego samego Ducha, innemu dar czynienia cudów, innemu proroctwo, innemu rozpoznawanie duchów, innemu dar języków i wreszcie innemu łaska tłumaczenia języków. Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce. Podobnie jak jedno jest ciało, choć składa się z wielu członków, a wszystkie członki ciała, mimo iż są liczne, stanowią jedno ciało, tak też jest i z Chrystusem (1 Kor 12,8–12).

Nie ma jednej, kompletnej i zamkniętej listy darów i posług. Duch Święty, który przygotowuje Eklezję na spotkanie z Ukochanym, najlepiej wie, czego ona potrzebuje na danym etapie swojego rozwoju, by dojrzewać i rozkwitać. Dlatego czasem pobudza „komóreczki” do tego, by wykorzystywały swoje naturalne, wrodzone predyspozycje i talenty, a czasem sam je wyposaża w to, co uważa za stosowne i potrzebne jej w określonym momencie. Czasem są to z ludzkiego punktu widzenia dary bardzo spektakularne, a czasem mniej. Wiele komóreczek Eklezji ma wielki apetyt na te spektakularne dary. Czasem nawet balansując na granicy dobrego smaku, ubiega się o nie lub wręcz się ich domaga. A przecież Eklezji niezwykle potrzebne są też dary niepozorne i ciche. Na każdym etapie swojego rozwoju potrzebuje Ona „komóreczek” pocieszycielek, „komóreczek”, które zachęcają, wspierają, służą dobrym słowem, praktyczną pomocą, gościnnością, mądrym i pełnym miłości napomnieniem, „komóreczek”, które służą czasem niezauważalnie, a dostrzeżonych dopiero wtedy, gdy ich zabraknie.

Na bazie niektórych umiejętności, talentów i darów, ale także zauważonych potrzeb, mogą powstać w Eklezji zorganizowane działania, posługi i diakonie. Pierwszą była ta przeznaczona do obsługi stołów, którą sprawowało siedmiu mężczyzn. W dzisiejszej Eklezji widzimy wiele diakonii – diakonie ewangelizacji, słowa, muzyczne, charytatywne, modlitewne... A czemu te wszystkie działania mają służyć? Odpowiedzi udzielił Paweł Apostoł.

On też ustanowił jednych apostołami, innych prorokami, innych ewangelistami, innych pasterzami i nauczycielami, aby przysposobili świętych do wykonywania posługi dla budowania Ciała Chrystusowego, aż dojdziemy wszyscy razem do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa. [Chodzi o to], abyśmy już nie byli dziećmi, którymi miotają fale i porusza każdy powiew nauki, na skutek oszustwa ze strony ludzi i przebiegłości w sprowadzaniu na manowce fałszu. Natomiast, żyjąc prawdziwie w miłości, sprawmy, by wszystko wzrastało ku Temu, który jest Głową – ku Chrystusowi (Ef 4,11–15).

Wszystko po to, by Oblubienica w każdej swojej „komóreczce” wzrastała, dojrzewała i przygotowywała się na spotkanie z Ukochanym. By nie można jej było zwieść, sprowadzić na manowce. Ona ma dojść do doskonałości, by Ukochany mógł się Nią cieszyć, by mogła stanąć przed nim piękna i dojrzała (określenie „doskonały” oznacza dokładnie to samo co „dojrzały”). Dlatego piękną i dojrzałą stawać się ma każda „komóreczka”, przy współudziale innych „komóreczek”, sama także służąc im w ich wzrastaniu. Oczywiście każda może (i powinna) w miarę potrzeby i możliwości służyć także osobom spoza Eklezji, bo może dzięki temu i one zachwycą się Jezusem, a już na pewno łatwiej będzie żyć na tej ziemi. Jednakże najważniejsze jest to, by Bóg przez to wszystko został wywyższony i by została Mu oddana chwała. I choć oczywiście wszystkie „komóreczki” mogą (i powinny) głosić Ewangelię, modlić się o zdrowie dla chorych, wypowiadać słowa mądrości, pocieszać, zachęcać, służyć sobie wzajemnie na różne sposoby, gdy jednak robią to te „z darem”, wiemy, że otrzymujemy coś wyjątkowego, specjalnego – szczególnie mądre słowo w stosownej chwili, podnoszący na duchu akt miłosierdzia, wspaniałe pocieszenie, zachętę prawdziwie stawiającą na nogi lub napomnienie, które nie rani, ale przyprowadza do opamiętania, do jakiego nie byliśmy gotowi dojść pod wpływem słów innych osób, coś „artystycznego”, a nie tylko „wyrób rzemieślniczy”. Tak więc zgodnie z zachętą apostoła Piotra: Jako dobrzy szafarze różnorakiej łaski Bożej służcie sobie nawzajem takim darem, jaki każdy otrzymał. Jeżeli ktoś ma [dar] przemawiania, niech to będą jakby słowa Boże! Jeżeli ktoś pełni posługę, niech to czyni mocą, której Bóg udziela, aby we wszystkim był uwielbiony Bóg przez Jezusa Chrystusa. Jemu chwała i moc na wieki wieków! Amen (1 P 4,10–11).

Tabita jako uczennica dobrze wykorzystywała swoje umiejętności i dary, choć zupełnie nie wyglądały na spektakularne. Wydaje się, że nic wyjątkowego nie robiła, a jednak „czyniła dużo dobrego”. Dawała hojne jałmużny. Może była zamożna, ale jest też możliwe, że dawała je kosztem zaspokajania własnych potrzeb. Robiła też chitony i płaszcze dla wdów. Jej ręce starannie pracowały. Przypominała w tym „dzielną niewiastę” z Księgi Przysłów, która dała nam się już poznać11, która swe ręce wyciąga po kądziel, jej palce chwytają wrzeciono. Otwiera dłoń ubogiemu, do nędzarza wyciąga swe ręce (Prz 31,19–20). Oczywiście posługę Tabity szczególnie ceniły kobiety będące jej bezpośrednimi beneficjentkami. Chitony przez nią szyte były im równie potrzebne jak nauka, którą głosili nauczyciele, jak zanoszone przez kogoś modlitwy o uzdrowienie, wygłoszone przez kogoś słowa mądrości lub napomnienia albo jak posiłki przygotowywane przez czyjeś ręce. To wszystko było potrzebne komóreczkom Eklezji. Być może chitony Tabity były ofiarowywane także kobietom spoza Eklezji, by zaspokoić ich potrzeby, a może przez to zbliżyć je do Pana. Gdy umarła, pozostawiła po sobie żal i łzy.

Apostoł Piotr najpierw modlił się przy jej ciele, a potem, tak jak kiedyś jego Mistrz powiedział do córeczki Jaira, tak teraz on powiedział do Tabity: „wstań”. I wstała. Została wskrzeszona. Czy stało się tak dlatego, że była wyjątkowa? Czy dlatego, że dobrze korzystała ze swoich darów i służyła nimi innym? A może dlatego, że kobiety po niej rozpaczały? Z całą pewnością NIE! Zatem dlaczego?

Dlaczego Pan Jezus wskrzesił akurat córeczkę Jaira, syna wdowy z Nain, brata Marii i Marty12, nie wiemy. Te sytuacje z pewnością pokazywały Jego moc nad śmiercią, ale nie wiemy, dlaczego wybrał akurat te osoby. Innych nie wskrzesił, choć z pewnością kandydatów było wielu. Dlaczego teraz przez Piotra Apostoła wskrzeszona została akurat Tabita, też nie wiemy, ale wiemy, że był to sposób, w jaki Piotr uwiarygodnił swój związek z Jezusem Chrystusem. Obecnie w niektórych środowiskach Eklezji jest „moda”, by modlić się o wskrzeszanie zmarłych. Niektóre „komóreczki” nawet modlą się o dar wskrzeszania. Jednakże wskrzeszenie zmarłych to nie jest sposób na życie chrześcijańskie! Człowiek musi umrzeć, bo ciało i krew nie mogą posiąść królestwa Bożego (1 Kor 15,50). Sam Jezus zmarł, umarli Jego uczniowie i my umrzemy, chyba że wcześniej Pan powróci, przemieni nasze śmiertelne ciała i zabierze nas do siebie (zob. 1 Tes 4,15–17; Flp 3,20–21; 1 Kor 15,50–53). Na razie więc naszym ludzkim doświadczeniem jest śmierć fizyczna i nie musimy bronić się przed nią za wszelką cenę. Jezus ją zwyciężył, czeka nas zmartwychwstanie i spotkanie z Nim. I to On wyznacza nasz czas... Dopóki jesteśmy po tej stronie, dopóty mamy szansę, by dobrze i mądrze wykorzystywać czas i dary. Umiesz organizować wydarzenia? Organizuj! Umiesz pocieszać? Pocieszaj! Umiesz napominać z miłością i rozwagą? Rób to! Umiesz i lubisz gotować? Gotuj dla „komóreczek” Eklezji! Umiesz dekorować? Dekoruj pomieszczenia, w których spotykają się „komóreczki”. Służ, nie porównując się z innymi! Służ z radością. Służ najlepiej, jak potrafisz. Służ dla dobra innych „komóreczek” Eklezji i na świadectwo dla tych, którzy są na zewnątrz. Służ, nie oczekując pochwał, odpłaty i wzajemności. Służ na chwałę Ukochanego!

Po wskrzeszeniu Tabity: Wieść o tym rozeszła się po całej Jafie, i wielu uwierzyło w Pana (Dz 9,42).

Pytania:

Czy możesz powiedzieć, że jesteś uczennicą Jezusa? Kiedy i w jakich okolicznościach nią się stałaś?Czy masz jakieś wątpliwości co do swojej tożsamości duchowej, czyli tego, kim jesteś w Jezusie?Jakie masz talenty, umiejętności, dary? W jaki sposób je odkryłaś lub odkrywasz? Jak ich używasz? Kto odbiera z tego chwałę?Jak możesz jeszcze lepiej służyć Eklezji i ludziom wokół siebie, wykorzystując swoje obdarowanie?

Twoja refleksja do zapamiętania

Jeśli nie możesz o sobie powiedzieć, że jesteś uczennicą (albo uczniem) Jezusa, „komóreczką” Jego Eklezji, a masz takie pragnienie, to może jest właściwy moment, by zwrócić się do Nauczyciela słowami:

Panie Jezu,

wyznaję, że Ty jesteś Jednorodzonym Synem Bożym, że stałeś się człowiekiem i zmarłeś na krzyżu, przelewając za mnie swoją krew. Wyznaję Ciebie jako mojego Zbawiciela (Ratownika) i przyjmuję Twój drogocenny dar zbawienia, który mnie ratuje od wiecznej zguby, daje mi życie wieczne i dziecięctwo Boże. Wyznaję Cię jako mojego Pana, Mistrza, Nauczyciela, za którego wskazaniami chcę iść, i mojego Oblubieńca. Daję Ci pełny dostęp do mojego życia. Przez swojego Ducha Świętego uczyń mnie taką, jaką Ty chcesz, bym była. Amen.

.

Po wskrzeszeniu Tabity Piotr jeszcze przez jakiś czas pozostał w Jafie. To właśnie tam odwiedzili go wysłannicy mieszkającego w Cezarei Nadmorskiej rzymskiego setnika Korneliusza. Piotr zaproszony przez nich i zmobilizowany przez Ducha Świętego wyruszył do domu setnika, gdzie głosił jemu i jego domownikom Dobrą Nowinę. Zgromadzeni otworzyli swoje serca, Duch Święty zstąpił na nich i tak, ku ogromnemu zdumieniu żydowskich braci, została „oficjalnie” otwarta droga zbawienia dla pogan (Dz 10–11). Eklezja zyskała „komóreczki” zupełnie nowego rodzaju. W tym też czasie [c]i, których rozproszyło prześladowanie, jakie wybuchło z powodu Szczepana, dotarli aż do Fenicji, na Cypr i do Antiochii, głosząc słowo samym tylko Żydom. Niektórzy z nich pochodzili z Cypru i z Cyreny. Oni to po przybyciu do Antiochii przemawiali też do Greków i głosili Dobrą Nowinę o Panu Jezusie. A ręka Pańska była z nimi, bo wielka liczba uwierzyła i nawróciła się do Pana (Dz 11,19–21).