Nietoperz i suszone cytryny - Marcin Meller - ebook + audiobook

163 osoby właśnie czytają

Opis

Zbiór felietonów jednego z najbardziej popularnych dziennikarzy w Polsce.

Teksty pochodzące z lat 2016–2019 okraszone zostały barwnymi anegdotami o świecie mediów, opowieściami o miłości, polityce i straconych szansach, a także o ulubionych Mazurach i piłce nożnej. O dzieciach i ojcach, lizusach i romantykach, zachwytach i irytacjach, małych przyjemnościach oraz wielkich cierpieniach, o radości życia i niezgodzie na draństwo. No i o tym, jak niegdyś miało się virahę i brabant.

Marcin Meller – historyk z wykształcenia, dziennikarz. Od 2003 do 2012 roku redaktor naczelny magazynu „Playboy”. Gospodarz Drugiego Śniadania Mistrzów w TVN24 i współprowadzący Dzień Dobry TVN. Felietonista „Newsweek Polska”. W 2013 r. opublikował bestsellerowy zbiór reportaży Między wariatami. Opowieści terenowo-przygodowe, a w 2016 r. – wybór felietonów Sprzedawca arbuzów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 321

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 50 min

Lektor: Wojciech Mecwaldowski

Popularność


Marcin Meller

NIETOPERZ I SUSZONE CYTRYNY

Copyright © by Marcin Meller

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Dla Basi, Gucia i Ani – bez Was nic

A co my tu mamy?

Przede wszystkim moje ulubione felietony z lat 2016–2019, ale dodaję do nich (w sumie to ponad jedna trzecia książki) opowieści od kulis i historie z różnych miejsc, w których przyszło mi pracować. Tym razem bez krwi i wojen (te opisałem w Gaumardżos! i Między wariatami), za to z licznymi mniej lub bardziej surrealistycznymi sytuacjami, które przytrafiły mi się w mediach i szołbiznesie. Jest trochę TVN-u, trochę „Playboya”, „Polityki” i „Newsweeka”. Jest świętej pamięci Radiostacja i Radio Roxy. I jest trochę, a nawet całkiem sporo komiczno-smutnej Polski ostatnich czterech lat. Która, w co wierzę jako niepoprawny optymista, jeszcze się zmieni na lepsze. A te kilkaset stron ma Ci przede wszystkim poprawić nastrój, Szanowni Czytelniczko i Czytelniku. W pociągu, autobusie, tramwaju, u fryzjera, na plaży, w samolocie, kawiarni i, oczywista oczywistość, w toalecie. Zwłaszcza w toalecie.

***

To jest rozbiegówka, czyli sześć felietonów, które wrzucam na początek, żeby dać Ci, Czytelniku, przedsmak tego, co dalej. Jeśli przeczytasz tę szóstkę na stojaka w księgarni i sobie pójdziesz, to oczywiście będzie mi przykro, ale nie przeklniesz autora za zmarnowanie kilkudziesięciu złotych, co niechybnie by nastąpiło, gdybyś kupił w ciemno, a całość nie przypadłaby Ci do gustu.

Mano negra

Skoro ma być felieton o straconych szansach, to przede wszystkim chciałem przeprosić panią napotkaną w pociągu relacji Wrocław–Warszawa. Otóż w piątkowy poranek zasiadłem w pendolino i zacząłem klepać w klawiaturę, by dostarczyć Państwu nieco radości w poniedziałek, gdy siedząca obok mnie dama zagadnęła:

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale muszę powiedzieć, że jestem rozczarowana.

– Pozwoli pani, że spytam dlaczego?

– Pan teraz pisze felieton do „Newsweeka”, prawda?

Kiwnąłem głową.

– Bardzo mnie bawią, ale byłam przekonana, że takich rzeczy nie da się pisać na trzeźwo.

Kiedy zastanawiałem się, czy właśnie usłyszałem komplement, czy zniewagę, atrakcyjna pani kontynuowała:

– Bo ja sobie wyobrażałam, że pan je pisze po nocach, w obłokach papierosowego dymu, w rozchełstanej koszuli, pociągając whisky prosto z butelki, a tu taka proza życia. Rano, w pociągu i bez wspomagaczy. Jakby poprawiał pan tabelki w Excelu.

I pomyśleć, że był na świecie ktoś, komu wydawało się, że jestem prawie jak Hank Moody z Californication. Co za porażka.

Tak mi się skojarzyła ta historyjka z epickim remisem 3 : 3 Legii w starciu z Realem. Otóż po osiągnięciach mego ulubionego klubu w Lidze Mistrzów uznałem, że są granice masochizmu, i ku zdziwieniu najlepszej z żon stwierdziłem, że olewam patałachów i oglądamy razem drugi sezon The Affair. Tam przynajmniej są emocje, i to jakie! Rozgoryczony ostatnimi poczynaniami Legiuni nawet nie zajrzałem do komórki, by sprawdzić wynik. No i kiedy po napisach końcowych najlepsza z żon krzyknęła: „O rany! Zremisowali! 3 : 3!”, w pierwszej chwili nie załapałem, o co chodzi. Bo niby jak? To tak, jakby ogłosiła: „Nikogo dzisiaj nie obraził!”, a wy mielibyście skojarzyć, że mowa o Kaczyńskim.

Gdy już przeczytałem streszczenie meczu, zalała mnie fala goryczy i jęknąłem:

– Znowu! O nie!

Bo to trzecia cholerna stracona miejscówka w piłkarskim raju. Dwa lata temu zadzwonił do mnie Kazik Sowa, ksiądz, za którego zapraszanie zawsze zbieram burę od widzów Drugiego śniadania mistrzów. Jedni pomstują, że robię Iran z programu, podlizuję się czarnym, drudzy grzmią, że Kazimierz to antypolski propagandysta udający księdza.

Do Kazika zaraz wrócimy, ale skoro o straconych szansach mowa i pojawił się Iran, to muszę przyznać, że nigdy nie zapomnę swego dziennikarskiego popisu na targach książki w Teheranie. Prezydentem był wówczas liberalny jak na Iran ajatollah Chatami. Marzyłem, by zrobić z nim wywiad, ale biuro prasowe nawet nie łudziło nadzieją. No i chodzę sobie po targach, a tu napiera na mnie tłumek potężnych facetów, rozstępują się i stoję twarzą w twarz z Chatamim. Który uśmiecha się sympatycznie i pyta, skąd jestem. Zbaraniały wybąkuję, że z Polski. A co robię w Iranie? Odpowiadam. Jeszcze chwila small talku, po czym Chatami żegna się i odchodzi, a wszyscy patrzą na mnie z zazdrością. I w tym momencie zdaję sobie sprawę, że jestem kretynem, bo nawet nie spróbowałem zadać mu pytania, które mógłbym wykorzystać w reportażu. Aaaaaaa!!!

Wracamy do Kazika. Zadzwonił, że ma bilety na mecz Polska–Niemcy na Narodowym. Zaprasza. Grzecznie podziękowałem, bo perspektywa oglądania w październikowym ziąbie niewydarzonych popisów reprezentacji wydała mi się kontrowersyjna. No i wracam wieczorem do domu, włączam telewizor, jest 0 : 0, pierwsza zdziwka, chłopaki grają zacnie, zdziwka druga, aż tu nagle Milik, bum i 1 : 0, Mila, bum i dwa do koła, Jezusie, co się dzieje?! I dlaczego mnie tam nie ma? Aha, nie ma mnie, bo tak zdecydowałem. Na szczęście Kazik tylko raz i delikatnie zażartował SMS-owo z mojego frajerstwa.

Nie to co Lis Tomasz. Otóż w 2005 roku zaprosił mnie ów osobnik na finał Ligi Mistrzów do Stambułu, gdzie Liverpool z Dudkiem w bramce grał z Milanem. Przyznaję, że przysępiłem. Jak policzyłem samolot, hotel, pomeczowe zabawy, to mimo że Tomek nie chciał kasy za bilet, wychodziło grubo. Zrezygnowałem. W czasie meczu jechałem do znajomych nad jezioro, zatrzymałem się na stacji benzynowej. Patrzę na telewizor. Liverpool przegrywa 0 : 3. Okej, jest po meczu. Uf, dobrze, że nie poleciałem. Wsuwam spokojnie żurek, a tu 1 : 3, 2 : 3, 3 : 3, dogrywka, karne, Dudek dance i szaleństwo Liverpoolu. I cała noc telefonów od Lisa, żebym posłuchał, jak Stambuł się bawi, i uzmysłowił sobie, jakim jestem głąbem. A gdy wkurzony przestałem odbierać, taśmowo słał kwestionujące moją męskość SMS-y.

Skąd tytuł felietonu? W jednej z moich ulubionych piosenek Mano Negry Love & Hate Manu Chao śpiewa: „For all the women that I never had, I sing my song of love and hate” („Dla wszystkich kobiet, których nie miałem, śpiewam moją piosenkę miłości i nienawiści”). Wychodzi na to, że z meczami, wywiadami i jeszcze paroma rzeczami w życiu jest podobnie: najlepiej pamięta się te, które spieprzyliśmy.

4 listopada 2016

Abecadło

A jak Armenia

Zbliżający się do piątych urodzin pan Gustaw Meller zażyczył sobie wyjścia na prawdziwy mecz. Od ostatnich mistrzostw Europy jego wyobraźnią obok ninjago i star warsów zawładnęli mityczni wojownicy Błaszczykowski i Lewandowski.

– Lewandowski jest najlepszejszy, tatusiu, czy ty to wiesz?

– Wiem, synu.

Tak więc zachwycony ojciec z pomocą przyjaciół wszedł w posiadanie dwóch biletów na nadchodzący pojedynek Biało-Czerwonych z Armenią. I zanim opowie, co się wydarzyło, musi zaznaczyć, że szlag go trafia, gdy słyszy, że o Ormianach pisze się i mówi „Armeńczycy”. Co to za jakiś koszmarek językowy? Powiedzmy, że można używać tego określenia na mieszkańców i władców starożytnej Armenii, ale nie na współczesnych Ormian, obojętne, czy żyją w Armenii, czy w rozproszonej po całym świecie diasporze. No dobra, ulżyło mi, możemy wrócić do meczu.

Kiedy poinformowałem pana Gustawa o Wielkim Wydarzeniu, wpadł w ekstazę. Ja w jeszcze większą, przez głowę przelatywały mi wszelkie popkulturowe obrazy ojców i synów udających się na mecz. Zachwyt mój nieco opadł już następnego dnia, kiedy Gucio obudził mnie o szóstej rano, pytając:

– Idziemy już na mecz? Idziemy, tatusiu?

– Guciu, mecz jest za tydzień.

Obraził się. Być może zaskoczę Cię, Drogi Czytelniku, ale następnego ranka sytuacja się powtórzyła. O tej samej porze. I następnego. Trzeciego dnia, kiedy odbierałem go z przedszkola, szeroko uśmiechnięta wychowawczyni powiedziała, że Gucio nie może się już doczekać dzisiejszego meczu. Chwilę potem przyszły kibic wpadł z impetem do szatni, krzycząc na całe przedszkole i pół dzielnicy:

– Idę z tatą na mecz! Dzisiaj!

Serce ojca krwawiło, gdy musiał wyjaśnić, że do meczu jeszcze cztery dni. Obraza. Rozpacz.

– Obiecałeś, tatusiu, obiecałeś!

Te spojrzenia innych rodziców czekających w szatni! Wdech, wydech, wdech, wydech.

Ale wreszcie nadszedł. Ten dzień. Ta godzina.

– Gutek, zbieramy się, jedziemy na mecz, hurra!

– Już tatusiu, tylko wezmę strój sportowy.

– A po co ci strój sportowy?

– Bo gram z Błaszczykowskim i Lewandowskim!

Ups.

– Eee, synku, to nie do końca tak. To reprezentacja Polski gra.

Szok, niedowierzanie, rozpacz, łzy.

– Obiecałeś, tatusiu! – I w tył zwrot do swego pokoju, i komunikat, że on w takim razie nie idzie.

Wdech, wydech.

– Synku, przecież tak się cieszyłeś, że idziemy na mecz.

– Nie idę na ten głupi mecz, w którym nie gram!

Tup, tup, tup.

– Mamo! Powiedz tacie, żeby mi nie kazał iść na ten głupi mecz.

Zbliżenie kamery na ojca, mężczyznę w średnim wieku, który obiema dłońmi trze głowę, jakby chciał skrzesać z niej ogień.

Konsekwencja to podstawa wychowania. Tak mówią. Aha. Obiecałem Guciowi, że kupię mu lody na stadionie.

– I żelki, tatusiu? Te misiowe?

– I żelki. Te misiowe.

W metrze entuzjazm młodzieży wrócił. Młodzież spytała, czy możemy cały dzień jeździć metrem, ale nie protestowała zbytnio, gdy zasugerowałem, że jednak idziemy na mecz. Potem już było z górki. Flagi wymalowane na policzkach, szalik, rówieśnicy na stadionie i odkrycie, że na meczu jest najfajniej, kiedy się włazi pod siedzenia. Gdy wróciliśmy do domu, Gucio opowiedział Ani, że grał z Błaszczykowskim i Lewandowskim, bo to jego koledzy są.

A kiedy już leżał w łóżeczku, powiedział:

– Wiesz, tato, że chciałem mieć takich rodziców jak ty i mama?

– Bardzo się cieszę, Guciu, a kiedy tak chciałeś?

– Jak miałem zero lat, tatusiu.

B jak Barbara

Ostatnio życzy sobie czytania rymowanej Księgi potworów Michała Rusinka. Najdalej po trzecim wierszyku o Chimerze czy innym centaurze robi przerażoną minę i woła:

– Boję się!

– Naprawdę się boisz, Basiu?

– Nie naplawdę! Oszukałam cię, tatusiu! Wiesz?

– No, teraz już wiem, córeczko.

O ile pan Gustaw to typ wrażliwego, refleksyjnego poety, o tyle jego młodsza siostra jest małym chuliganem, nic sobie nierobiącym z zasad i zakazów. Na jej brata w sytuacji kryzysowej działa tupnięcie nogą, sroga mina, poważny ton, podniesienie głosu. Na pannę Barbarę nie działa nic. Patrzy na rodziców, którzy próbują jej wyklarować naganność postępku, parska śmiechem i kołysząc główką, zaczyna śpiewać ulubioną piosenkę, najchętniej Sto lat! Nakryta na potajemnym jedzeniu czekolady (Gdzie, do diaska, ją zamelinowała? Skąd w ogóle ją miała? Już wykończyła kalendarz adwentowy?!), umorusana na całej twarzy, konsekwentnie idzie w zaparte, że żadnej czekolady nie widziała, a tym bardziej nie jadła. Zwrócenie uwagi przed spacerem, że absolutnie, pod żadnym pozorem nie wolno ściągać bucików na śniegu, zaowocuje najpewniej ściągnięciem kurtki podczas tych dwudziestu siedmiu sekund, kiedy odwrócimy akurat wzrok, i natarciem się śniegiem. Gdy krzykniemy – śmiech, kołysanie główką, piosenka.

Zapytana odpowiada: „nie”. Nawet jeśli jest wściekle głodna, dla zasady i za sprawą kobiecej dumy odpowie trzy razy z rzędu „nie” na pytanie, czy chce zupkę albo mandarynkę. Za czwartym jest szansa na przeciągłe „taa…” i wybuch śmiechu.

– Basiu, kochasz tatusia?

– Nie!

– A może troszeczkę?

– Nie!

– Ociupinkę?

– No dobraaa! Pipinkę kocham. Jak kotka!

Pluszowego, dodajmy.

– Basiu, czy na każde pytanie odpowiadasz „nie”?

I riposta godna Julii Roberts z Notting Hill:

– Nie!

C jak cytat

Zważywszy, że każdy rodzaj twórczości, w tym tak nieznaczący jak felietonistyka, żywi się mniej lub bardziej inteligentną, uświadomioną bądź nieuświadomioną kradzieżą, no dobra – zapożyczeniem, tedy bez bicia mogę przyznać, że „najlepszą z żon” zwędziłem Leszkowi Talce. Frazę znaczy, nie niewiastę. I kiedy z pewnym smutkiem, wynikającym z własnej nikczemnej kreatywności, przyznałem się koledze do jednorazowego zastosowania jego grepsu, oświecił mnie, że on z kolei podprowadził frazę Ephraimowi Kishonowi, izraelskiemu satyrykowi. Ulżyło. Jakoś łatwiej przyjąć, że zawdzięczamy coś pisarzowi z dalekiego kraju, a nie koledze ze studiów, a kończyliśmy z Talką ten sam Wydział Historyczny UW.

Nie ma dwóch zdań, jestem kleptomanem słów i fraz. Co nie zawsze popłaca. Jeszcze w liceum złapałem u Tadeusza Konwickiego „przydusić pedał patosu”. Piękne. Zastosowałem w wypracowaniu. Zastępujący naszą polonistkę nauczyciel z kuratorium zakreślił frazę na czerwono. Że nie po polsku i bez sensu. No cóż, Konwicki to przecież chytry Litwin był, więc może nauczyciel miał rację. Zazwyczaj pamiętam, co skąd wziąłem, ale – niestety – nadmiar lektur miesza w głowie, co najlepiej świadczy o szkodliwości czytania. „Szczera twarz Słowianina, który kłamie” i „nieprzyjemnościunia” to z Hłaski. Piękni dwudziestoletni – pamiętam. „Ludzie w wieku przydrożnych kamieni o wyglądzie karłów i maszkar” – wiadomo, Dziennik 1954 Tyrmanda. Ale skąd wziąłem przymiotnik „nienachalny” na określenie specyficznej urody, moralności czy inteligencji? Chyba z 60 minut na godzinę i Rycerzy trzech Andrzeja Waligórskiego oraz kabaretu Elita. Ale głowy nie dam. A określenie „nerwowy jak zakonnica w burdelu”? Tu już ciemność, widzę ciemność, ciemność widzę.

D jak duet

Ja ekstrawertyk, ona introwertyczka. Ja bałkańska nadekspresja, ona skandynawska powściągliwość. Dla mnie szklanka zawsze do połowy pełna, dla niej pusta. Ja w kwadrans zrobię bałagan w każdym pomieszczeniu, ona, wchodząc do mieszkania, jeszcze w kurtce łapie za miotłę. Ja leję słowa, ona cedzi. Mnie ktoś pochwali za felieton – skaczę ze szczęścia. Jej trudna i bolesna Góra Tajget staje się zaskakującym bestsellerem – wzrusza ramionami. Ja ocieram oczy na melodramatach, ona na mrocznych filmach psychologicznych. Ona lubi wokal stonowany, ja – histeryczny. Ona na lewo, ja na prawo. Ja przewalę każdy termin, ona odda wszystko przed czasem. Ona kocha operę, ja w niej widzę śpiewające drzewa. Dla mnie większość praw to opresja, ona nie przejdzie na czerwonym, choćby na horyzoncie nie było samochodu. I tak od dziesięciu lat.

16 grudnia 2016

Gdzie sikają towarzysze?

Na początku lat 90. jako nieopierzony reporter jeździłem po Zakaukaziu i opisywałem tamtejsze wojny i konflikty. Niby nie było już Związku Radzieckiego, swoją świeżą niepodległość ogarniały (a raczej nie ogarniały) Gruzja, Armenia i Azerbejdżan, ale na przykład w hotelach cały czas obowiązywał stary sowiecki system podziału cennika na ten dla miejscowych i ten dla cudzoziemców.

Przy czym za miejscowego w Armenii uchodził w 1992 roku Estończyk (bo był do niedawna obywatelem ZSRR), a już Polak nie. Miało to praktyczne skutki. Za ten sam pokój, za który Litwin czy Kazach płaciłby trzy, cztery dolary (po kursie ulicznym), ja musiałem teoretycznie wyłożyć dolców dziewięćdziesiąt. Może i jestem głupi, a na pewno niezborny biznesowo, jednak nie aż tak. W końcu wychowałem się w realnym socjalizmie, który co prawda niedomagał w wielu dziedzinach, ale jeśli chodzi o drobne improwizowane cwaniakowanie w warunkach polowych, był prawdziwą szkołą zawodową.

Tak więc kluczem do sukcesu i dłuższego przetrwania na wojennej delegacji było nawiązanie kontaktów z etażną, czyli niewiastą łączącą funkcję dozorczyni hotelowego piętra z informatorką odpowiednich służb. Zrodzona w wyniku negocjacji wzajemna sympatia skutkowała uiszczeniem mniej więcej dziesięciu dolarów, w tym opłaty za pokój według cennika dla miejscowych plus dowodu wdzięczności dla etażnej. I tak ze względu na mój wygląd i twardy akcent, gdy mówiłem po rosyjsku, wszyscy brali mnie za Bałta, więc zasadniczo się zgadzało. A ja byłem osiemdziesiąt dolarów za dobę do przodu, dzięki czemu wysłany przez redakcję na dziesięć dni, samowolnie, ale nie narażając pisma na dodatkowe koszty, przesiadywałem na Kaukazie miesiąc z górką. Komórek właściwie nie było, internetu takoż, więc przełożeni nie bardzo byli w stanie mnie namierzyć. No raj. A że potem byli zadowoleni z tekstów, tedy panowała ogólna szczęśliwość.

Z kolei w ówczesnym najbardziej luksusowym hotelu w Tbilisi Metechi Palace serwowano obłędne brunche, które kosztowały obłędne pieniądze, na poziomie dwudziestu–trzydziestu dolarów od osoby. Ale od osoby zagranicznej, bo już miejscowa płaciła dolara. I co ciekawe, jeżeli zapraszała zachodniaka, a oficjalnie stawiała, to za inostranca obsługa kasowała również jedynego dolara. Już przeczuwacie ciąg dalszy? Jako człek kontaktowy po paru dniach w Tbilisi znałem tabun ludzi, więc gdy miałem ochotę na porcję burżujstwa, dzwoniłem do znajomych Gruzinów i zapraszałem do Metechi. Tam uprawialiśmy fikcję, że to oni płacą, i wszyscy byli szczęśliwi. Chyba że ktoś zaczynał strzelać, co się zdarzało, bo Metechi upodobały sobie szalejące wówczas formacje paramilitarne.

No dobra, czas wyjaśnić, po co te opowieści. Wspomnienia sfrunęły na wieść o rajdzie Antoniego Macierewicza przez Polskę zakończonym karambolem pod Toruniem, po którym pan minister nawet się nie zainteresował rannymi w wyniku jego tupolewizmu. O ośmiu czy ilu tam bryczkach nie wspominam, godność przecież musi kosztować.

A sfrunęły wspomnienia, bo pomyślałem, że to dobry pomysł z tą segregacją cenowo-prawną. W sumie dlaczego ludzie, którzy nawet w studenckim klubie nocą nie przestają myśleć o Ojczyźnie i szukają w nim kandydatów na dowódców obrony terytorialnej oraz kandydatek na chwilową bliskość emocjonalną – jak to czynił ostatnio Bartłomiej Misiewicz, prawa ręka Macierewicza – a więc dlaczego tak piękni ludzie mają podlegać tym samym prawom co na przykład elektorat Platformy czy Nowoczesnej? Przecież to po ludzku niesprawiedliwe. Dlaczego twórca pięknej teorii o genetycznych Polakach, oparcie prezesa Marek Suski ma płacić w restauracji tyle samo co, dajmy na to, Rafał Trzaskowski?

Myślę, że za samo wstąpienie do PiS-u powinno się dostawać plakietkę pozwalającą jechać szybciej w terenie zabudowanym i przesuwającą granicę trzeźwości do zero pół, a już posłowie prezesa mieliby dodatkowo zezwolenie na jazdę pod prąd i po trawnikach, z możliwością parkowania na placach zabaw. W sądach zeznanie jednego sympatyka PiS-u, Młodzieży Wszechpolskiej czy ONR powinno być warte przynajmniej tyle, ile cztery świadectwa gorszego sortu.

Dawno temu przyjechała do Polski delegacja pisarzy radzieckich. Jeden z nich zapytał Antoniego Słonimskiego:

– Nie wiecie, towarzyszu, gdzie tu można się wysikać?

Na co mistrz poezji, felietonu i ciętej riposty:

– Wy, towarzyszu, możecie wszędzie!

27 stycznia 2017

Na szczęście

– Przeproś mnie za Andrzeja Dudę! – wysyczała małżonka Anna, gdym na majówce ocknął się, że istnieje jakiś świat poza uroczyskiem na Pomorzu Zachodnim i trzeba nawiązać kontakt z cywilizacją, czyli napisać felieton, więc przydałby się jakiś pomysł.

Ania akurat się gotowała, bo pan prezydent znowu coś gadał o zdrajcach, potomkach zdrajców, podniecając się własnym pompatyczno-oślizgłym krasomówstwem, czyli robiąc jedyną rzecz, na którą pozwalają mu prezes i inne mocne chłopaki. Tak jak ten nieszczęsny uczeń olewany i wyśmiewany przez wszystkich kolegów w szkole, który wraca smętnie do domu, napotyka przedszkolaka i wyżywa się, bijąc go, by zagłuszyć własną niemoc, frustrację i niekończące się upokorzenie.

– Tak, teraz taki mądry jesteś z tymi swoimi porównaniami – kontynuowała zaperzona Ania – a kto na pół Polski pisał, żeby dać Dudzie szansę, kto ludziom wodę z mózgu robił? Przeproś!

No przecież odszczekiwałem, żono, już nieraz, ale fakt, masz rację, moja wiara w dobre intencje ludzi, w to, że nawet przypadkowy kandydat zechce zasłużyć na jakiś szacunek, będzie się za mną ciągnąć do kresu dni. Mój ulubiony John Oliver niemal każdy odcinek swego Last Week Tonight… zaczyna od zdumienia zbitką słowną „prezydent Trump”, tak dla niego absurdalną jak na przykład „włosy łonowe niemowlaka”. Więc owszem, po blisko dwóch latach praktyki zestawienie „prezydent Duda” brzmi również jak kwaśny żart. Przepraszam, miałaś, żono, rację, ale zgubiła mnie ma wieczna wiara, że szklanka jest do połowy pełna, że dorastamy do sytuacji, które stawia przed nami życie. Jak widać, nie zawsze.

Ale pewnie jeszcze nieraz przemówi przeze mnie ufność i przesadny optymizm. Mój typ już tak ma. Różne bolesne doświadczenia życiowe niczego nie zmieniły. Jakiś czas temu przeczytałem opis badań nad szczęściem. Wynikało z nich, że czynniki zewnętrzne mają znikomy wpływ na nasz stosunek do rzeczywistości. Przyjmuje się, że poczuciu szczęścia odpowiada wysoki poziom serotoniny we krwi. Gdy zatem ktoś szczęśliwy przeżyje straszną tragedię, zostanie trwale okaleczony, straci dach nad głową, poziom serotoniny się obniży, ale po pół roku wróci do stanu wyjściowego. I na odwrót: jednostka nieszczęśliwa, choćby wygrała miliony w lotto i dostała niespodziewany awans w pracy, po krótkiej poprawie nastroju po pół roku wróci do życiowej kwasoty. A z nielicznych czynników zewnętrznych, na które wskazali naukowcy jako wspomagacze poczucia szczęścia, na pierwszym miejscu pyszni się szczęśliwe małżeństwo.

To musiał być jakiś znak, bo dokładnie w momencie kiedy Ania pohukiwała na mnie, żebym przeprosił za Dudę, ja, czytając Pragnienie Jo Nesbø, czyli jedenasty już tom przypadków śledczych znamienitego alkoholika Harry’ego Hole’a, trafiłem na fragment, w którym Harry zastanawia się nad istotą szczęścia i przywołuje w myślach wspomniane badania. To z kolei przypomniało mi wywiad, który z rok temu przeprowadziłem z Nesbø. Norweski pisarz powiedział, że owszem, cieszy go wydanie nowej książki, ale stara się szybko zgasić to uczucie. Spytany o powód odparł, że nie lubi być zbytnio szczęśliwy, bo to rozleniwia.

Ciekawe, czy jest coś na rzeczy? Czy gdybym trochę zgorzkniał, byłbym bardziej kreatywny? Stworzył coś wartościowego, napędzany poczuciem niepewności i kruchości życia? Znaczy ja to poczucie mam, doskonale rozumiem Harry’ego (Jo), gdy snuje porównania ludzkiego satysfakcjonującego życia do stąpania po cienkim lodzie, ale inne wnioski mi wychodzą. Anka często się śmieje z tego, jak niewiele mi do szczęścia trzeba. Nowe miasto do zwiedzania, dobry obiad i książka, knajpa wieczorem przy ulicy pełnej kolorowych ludzi, pierwszy odcinek świeżego serialu, kontemplowanie łąki na Mazurach, powroty do Gruzji.

No i to, co drobiazgiem nie jest, lecz samą esencją – rodzina. Ania czesząca Basię, Gucio, z którym się droczę i pytam: „A kim ty jesteś, chłopczyku?”, a on wzdycha protekcjonalnie z pułapu powagi swych pięciu lat i rzuca: „Jak to kim? Przecież twoja żona mnie urodziła!”.

I znowu drobiazgi. Pisze Nesbø: „Harry biegł. Nie lubił biegać. […] Harry biegał, bo lubił się zatrzymywać. Lubił być po bieganiu”. Jak ja to znam i rozumiem. Ten krótki moment szczęścia, gdy zatrzymuję się na końcu parku czy przy skręcie w leśną przecinkę do naszej chałupy i wiem, że najgorszy wysiłek już za mną, teraz niemiłosiernie spocony mogę sobie spokojnie podreptać do domu, oddając się myślom wszelakim i ciesząc się bólem połowy mięśni. A za Dudę serdecznie przepraszam.

5 maja 2017

Urodziny pewnego warszawiaka

W zeszłym tygodniu stuknęło mi czterdzieści dziewięć lat – co świętowałem w Pabianicach. A dlaczego w Pabianicach? Miałem tam spotkanie autorskie w bibliotece. A dlaczego akurat w urodziny? Ano dlatego, że od dawna prosili, zależało im, a ja jedyny wolny termin miałem akurat tego dnia. Nie żałuję, było pięknie. Przyszło sto pięćdziesiąt żywo reagujących osób, publiczność, o jakiej każdy autor pisaniny może pomarzyć. Książki sprzedały się jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, na koniec zaśpiewano mi chóralne Sto lat!, czułem się jak Lewandowski na stadionie. Miód.

Wzruszyłem się oczywiście, myśląc bardzo ciepło o Pabianicach, ale też o całym świecie polskich bibliotek, a znam go naprawdę nieźle. Odkąd w 2011 roku wydaliśmy z żoną Gaumardżos! Opowieści z Gruzji, odbyłem na jej cześć (i dwóch kolejnych książek) ponad trzysta spotkań autorskich. W dużych miastach i zagubionych wioskach. Od Szczecina po Sanok. I to jest piękny świat, ta biblioteczna Polska. Pełna pasjonatów, a raczej pasjonatek, bo dominują kobiety kochające swoją pracę. Biblioteki to często jedyne poza kościołem miejsca integrujące ludzi w mniejszych społecznościach. Pełnią funkcję centrum kultury, klubu towarzyskiego, miejsca spotkań i ploteczek. Starają się zarażać dzieci miłością do książek. Przyciągają ludzi, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o świecie. Dla przyjezdnego to kopalnia opowieści o danym terenie i okolicach.

Tak więc Pabianice już na zawsze pozostaną w moim sercu, a jednocześnie ja przejrzałem się w nich jak w lustrze, przypominając sobie swe co dziwniejsze urodziny.

Nie pamiętam żadnych do czternastego roku życia. Mam oczywiście okolicznościowe zdjęcia, na nich piękna fryzura na hełm, ale nic mi się z nimi nie kojarzy. Aż nadeszły czternaste i dostałem wymarzonego, wybłaganego, wyśnionego waganta. Rower znaczy. Jeszcze na studiach na nim jeździłem, aż któregoś pięknego dnia, mknąc z Warszawy do Pułtuska, zagapiłem się na rozsłoneczniony Zalew Zegrzyński i nie zauważyłem stojącego na poboczu samochodu. Wbiłem się weń z impetem, przeleciałem po dachu i spadłem na ziemię, bez żadnych złamań, żadnych strat poza jednym zębem, głupi ma zawsze szczęście, ale kochany wagancik był już na złom, złożywszy się jak harmonijka.

Rok później piłem pierwszą wódkę, poczęstowany z okazji urodzin przez kolegów po szkole. Wydała mi się obrzydliwa, paliła w gardle i miałem straszne wyrzuty sumienia, gdy pomyślałem o rodzicach, ale zgrywałem chojraka, przekonując kumpli, że piję od niemowlęctwa i że wóda to supersprawa.

Dziwne, ale nie pamiętam osiemnastki. Zniknęła za mgłą.

Dwudzieste drugie, rok w Stanach, cholerna tęsknota za Polską i przyjaciółmi. Nie było e-maili, listy szły długo, telefony były bardzo drogie. W urodziny nostalgia aż kłuła, piłem kalifornijskiego sikacza i gapiłem się tępo w ścianę.

Dwudzieste czwarte na wojnie w Abchazji, w okopach. Zachciało mi się pierwszej linii frontu, wybrałem się z kilkoma gruzińskimi żołnierzami, a kiedy wskakiwaliśmy do naprędce wykopanych dołów, zauważyli nas Czeczeni po drugiej stronie rzeki Gumisty i zaczęli ciągły ostrzał. Leżeliśmy plackiem kilka godzin, wycofaliśmy się, gdy zapadł zmrok. Nikt z nas nie zginął, urodzinowe szczęście.

Dwudzieste siódme. Wyleciałem z roboty w „Polityce”, bo kolejny raz zabalowałem i spóźniłem się z tekstem. Nie chciałem nikogo widzieć. Przyjaciele dzwonili i oferowali pomoc. Zawstydzony przestałem odbierać i gapiłem się w telewizor, nie rozumiejąc, co oglądam.

Dwudzieste ósme. Wróciłem po blisko roku afrykańskiej włóczęgi. Autokarem z Paryża. Na dworcu czekała kilkunastoosobowa banda przyjaciół. Wzruszyłem się znacznie.

Trzydziestka na domówce w Warszawie. Pierwszy raz poczułem się stary.

Trzydzieści osiem. Szykując huczne przyjęcie w Piwnicy Architektów na Koszykowej, dogadałem się z wokalistką babskiego zespołu rockowego Andy, że ten zagra na imprezie. Dziewczyny dały świetny koncert, a wokalistka nazywa się dzisiaj Anna Dziewit-Meller.

Czterdziestka trzydniowa w Bieszczadach na zaprzyjaźnionej Rusinowej Polanie. Poczułem się młodszy niż na trzydziestce.

Czterdzieści dziewięć – jak się rzekło – w Pabianicach, a własne dzieci wręczyły mi laurkę z wypisaną wołami liczbą 50, więc poczułem się bardzo staro i zacząłem myśleć o sześćdziesiątce, która mnie przeraża. Ale obstawiam, że na siedemdziesiątce poczuję przypływ młodzieńczości à la czterdziestka. Się zobaczy.

27 października 2017

25 postulatów

Z okazji zbliżającego się tak zwanego Dnia Dziecka, który w istocie rzeczy pełni funkcję wentyla bezpieczeństwa w zorganizowanym systemie opresji Obywateli Mniejszych („dzieci”) przez Obywateli Większych („dorosłych”), ogłaszamy pogotowie strajkowe polegające na odmowie jedzenia zielonego, ze szczególnym uwzględnieniem szpinaku i koperku. W razie niespełnienia poniższych postulatów do 1 czerwca ogłosimy strajk generalny wiążący się z okupacją najbliższej lodziarni bądź ciastkarni.

1. Leżakowanie jest sprzeczne z podstawowymi prawami Obywateli Mniejszych.

2. Mamy prawo do spania do oporu od poniedziałku do piątku i wstawania o szóstej rano w sobotę i niedzielę. W drugim przypadku mamy prawo do wskakiwania do łóżek rodziców natychmiast po przebudzeniu. Skok nie musi być zapowiedziany głosowo. Alternatywnie nadejście możemy zakomunikować wuwuzelą skierowaną do ucha wybranego rodzica.

3. Warzywa służą do zabawy, chrupki do jedzenia.

4. Klocki Lego należą nam się zgodnie z opracowanym przez nas algorytmem wiekowym, czyli czterolatkom wersja od lat sześciu, sześciolatkom wersja od lat ośmiu i tak dalej, przy czym obowiązek ich składania spada na rodziców i innych członków rodziny. Analogicznie: do Obywateli Większych należy odnajdywanie zagubionych najdrobniejszych elementów, szczególnie tych małych, przezroczystych, których prawie nie widać, no bo co, kurczę blade?!

5. Kąpiel w wannie służy do pluskania i chlapania, a nie mycia, a już w żadnym wypadku do mycia włosów.

6. Na spacerach, piknikach, w sklepach i restauracjach przysługuje nam prawo do niezapowiedzianej i jednoczesnej wędrówki w tylu kierunkach, ilu w danym miejscu jest Obywateli Mniejszych.

7. Kałuże są po to, żeby w nie wchodzić.

8. W przypadku braku deszczu przysługuje nam prawo do zabawy kranami i hydrantami.

9. Krzyczeć możemy tylko my.

10. Płakać możemy tylko my.

11. W trakcie każdego pobytu w restauracji, po umyciu rąk, a dokładnie w momencie przyniesienia zupy mamy prawo do zrobienia kupy, co poprzedzamy stosownym okrzykiem, by nikt ze zgromadzonych w lokalu nie miał wątpliwości co do naszych intencji: „Chce mi się kupę!!!”.

12. Obywatele Więksi są zobowiązani nam wierzyć, gdy ich informujemy, że nasi koledzy i koleżanki nigdy się nie myją, nigdy nie kładą spać i na każdy posiłek dostają cukier, czekoladę i jajko niespodziankę.

13. Rzeczy leżą na ziemi po to, żeby je podnosić i sprawdzać, jak smakują.

14. Komitet strajkowy Obywateli Mniejszych, chcąc wykazać wolę kompromisu, jest otwarty na negocjacje dotyczące petów w odniesieniu do punktu 13.

15. Białe ściany są po to, by po nich mazać.

16. Książki rodziców służą do wycinanek.

17. Przysługuje nam niezbywalne prawo do korzystania z wszelkich zabawek, ze szczególnym wskazaniem na kosmetyki mamy, narzędzia taty, sprzęt elektroniczny rodziców.

18. Pomalowanie ekranu laptopa Obywatela Większego niezmywalnym markerem, wydłubanie klawiszy ze wzmiankowanego sprzętu, wylanie na parkiet puszki farby przeznaczonej do odmalowania kuchni, rzucanie piłką kauczukową w ekran telewizora, chowanie kanapek w dowolnie wybranych szufladach w domu, wygolenie sobie na głowie łysych plam żyletką taty, ucieczka z plaży przez ruchliwą szosę, skrócenie nożyczkami sukienki mamy, żeby ładniej wyglądała (i mama, i sukienka), ewentualnie zszycie kilku kreacji mamy maszyną do szycia babci, nie może być powodem wprowadzania nerwowej atmosfery przez Obywateli Większych.

19. Makaron najlepiej smakuje nieugotowany i nie należy nas straszyć okrzykami, gdy podbieramy go z szafki.

20. Prawo do jazdy na deskorolce przysługuje również w domu, szczególnie gdy celem jest szklany wazon stojący na podłodze.

21. Pasta do zębów jest najlepsza, kiedy się ją je.

22. Bajka nabiera fajności po przynajmniej setnym odczytaniu przez rodzica. Wszelkie głupawe tak zwane żarty polegające na zmianie treści, którą przecież znamy na pamięć, są absolutnie niedopuszczalne i mogą skutkować zaostrzeniem pogotowia strajkowego.

23. Na poranne ubieranie się powinniśmy mieć każdorazowo o połowę więcej czasu, niż przewidzieli to Obywatele Więksi, a w przypadku ich pośpiechu uzasadnianego rzekomą sytuacją w pracy – dwa razy tyle.

24. Filmy i słodycze konsumowane u dziadków nie liczą się do puli wynegocjowanej z rodzicami.

25. Tak w ogóle to życie nie jest fair.

25 maja 2018

***

A oto właściwy zbiór felietonów ułożony w zasadzie chronologicznie, by udawać coś na kształt dziennika, przepleciony niezobowiązującymi gawędami i dygresjami.

Ludzie pytają

Ale najpierw wyjaśnijmy, skąd w ogóle się wzięły. Te felietony. A było to tak: W lutym 2011 roku, po jakiejś kolejnej aferce rządzącej wówczas czwarty rok Platformy, szlag mnie trafił i oglądając Fakty, ulałem swej frustracji na Facebooku. Zrobiłem krótki przegląd tego, co mnie w rządzących wkurza, poprosiłem ładnie, żeby mnie nie straszyć PiS-em, i zadeklarowałem, że więcej na PO nie zagłosuję, po czym włączyłem sobie serial.

Kiedy się rano obudziłem, miałem dziesiątki SMS-ów i nieodebranych połączeń. Zrobiło mi się gorąco. To nigdy niczego dobrego nie wróży. Nieraz to przerabiałem. Choćby za sprawą tekstu o Teresie Kamińskiej.

Dzisiaj nikt już o niej nie pamięta, ale za rządów Jerzego Buzka była niezwykle wpływową, choć do czasu, pozostającą w cieniu szefową zespołu doradców premiera. Głośno zrobiło się o niej, gdy w atmosferze skandalu polityczno-towarzyskiego do dymisji podał się poprzedni szef doradców Kazimierz Marcinkiewicz. Przyszły premier reprezentował wówczas partię o filuternej nazwie Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. Tajemnicą poliszynela było, że odszedł, gdy nabrał przekonania, iż w istocie jego funkcja nie ma większego znaczenia. Niby doradzał premierowi, ale ten liczył się tylko z głosem Kamińskiej, która formalnie była jedynie prezesem Urzędu Nadzoru Ubezpieczeń Zdrowotnych i doradcą premiera do spraw społecznych. Marcinkiewicz zapytany, czy za jego odejściem stała Kamińska, odparł, że „pani Kamińska jest atrakcyjną kobietą”. To krótkie sformułowanie wywołało burzę, bo zdawało się potwierdzać plotki krążące po mieście o romansie na szczytach władzy.

Pracowałem wówczas – był 2001 rok – jako reporter w tygodniku „Polityka” i szefowie zapytali, czy nie napisałbym sylwetki pani minister. Temat wydał mi się ciekawy, więc czemu nie, proszę bardzo. Po kilku rozmowach telefonicznych, skądinąd przebiegających w bardzo miłej atmosferze, i po wstępnej zgodzie Teresa Kamińska odmówiła rozmowy na potrzeby artykułu. Stwierdziła, że przystałaby na wywiad poświęcony sprawom merytorycznym, ale zraziła się kompletnie po lekturze kilku swoich sylwetek, w których dziennikarze piszą, co chcą, a jej wypowiedzi i tak niczego nie zmienią. Na argument, że w ten sposób odrzuca możliwość wyjaśnienia swoich racji, odpowiedziała: „Trudno”.

Rozmawiałem z kilkunastoma osobami z najwyższych kręgów władzy. Poza Kazimierzem Marcinkiewiczem, który zresztą bardzo starannie ważył słowa, nikt nie chciał występować pod nazwiskiem, ale gadać gadali. Z tych opowieści wyłaniał się obraz kraju rządzonego przez zagubionego premiera, który nie ufając ambitnym mężczyznom dookoła, ucieka w strefę komfortu do pani Teresy, kobiety silnej i decyzyjnej. Sam wychowany przez kobiety ufa bardziej kobiecie, w czym teoretycznie nie ma nic złego, ale powoduje, że osoba bez formalnego stanowiska i odpowiedzialności de facto podejmuje najważniejsze decyzje dotyczące funkcjonowania państwa. I to nie jest przypadek Jarosława Kaczyńskiego, bo on, owszem, unika wszelkiej odpowiedzialności, ale jest szefem rządzącej partii. Teresa Kamińska w sensie politycznym była nikim. Ale jej wpływ na premiera sprawił, że otoczenie zaczęło mówić, iż Polską tak naprawdę rządzi Buzek – ale Teresa Buzek.

Mój tekst jak na dzisiejsze standardy w ogóle nie był drapieżny. Padło wiele ciepłych słów o tym, jak porządną, pracowitą, wrażliwą na krzywdę ludzką i uczciwą jest osobą. I odważną, bo nie boi się wyjść do tłumu wkurzonych demonstrantów, podczas gdy jej koledzy mężczyźni chowają się po gabinetach. Ale większość artykułu była o czystej polityce. Na przykład: „Opowieść o Teresie Kamińskiej jest opowieścią o Jerzym Buzku. To dramat człowieka porządnego, postawionego na stanowisku, które go przerasta, i w świecie, którego mechanizmów nie rozumie. Dramatem nie jest wpływ Kamińskiej na Buzka, tylko to, że ona też nie ma żadnej koncepcji politycznej. Nie odróżnia spraw zasadniczych od błahych, strategicznych od zupełnie nieważnych i generuje gigantyczny chaos. Skupia się na drobiazgach i nimi atakuje premiera. A on dzwoni do niej w każdej najdrobniejszej sprawie. […] Polityka to sfera brutalna, premier ma delikatną strukturę. Każdy minister, który do niego przychodzi, oznacza jakiś problem, wywołuje skurcz żołądka, a ona daje mu poczucie ciepła, spokoju i bezpieczeństwa. […] Premier i jego doradczyni mają podobne reakcje: od euforii do czarnej rozpaczy. Drobiazg powoduje, że zachowują się tak, jakby państwo się waliło, a kiedy wydarza się coś naprawdę poważnego, nie można doczekać się decyzji. A jeśli już zapadnie, to może być zmieniona trzy razy w ciągu godziny”.

Moi rozmówcy, mimo że wypowiadali się anonimowo, chcieli zobaczyć, jak spisałem ich wypowiedzi (niczego nie mogłem nagrywać), a niektórzy cały tekst. Uważałem, że to normalne. Ale jeden z nich zagrał na dwa fronty. Opowiedział mi smakowite historie o pani minister, a następnie pokazał jej maszynopis, by zapunktować swoimi możliwościami inwigilacji środowiska dziennikarskiego, oczywiście nie informując Kamińskiej, że to on jest jednym z rozmówców. Dzisiaj jest w obozie „dobrej zmiany” i za każdym razem kiedy widzę jakiś przeciek w mediach na temat jego ogólnie rozumianej działki, uśmiecham się szeroko. Wtedy jego pucowanie miało konkretne konsekwencje.

Oddałem tekst w redakcji i naczelny Jerzy Baczyński poprosił mnie na rozmowę.

– Marcin, wszystkie kluczowe dla tekstu wypowiedzi są anonimowe. Nie pytam cię, kto to mówił, bo to twoja dziennikarska tajemnica. Ale czy możesz dać mi słowo honoru, że te wypowiedzi są prawdziwe?

– Tak, proszę pana. Wszystko to prawda, co do słowa.

Tak zgodnie z prawdą powiedziałem, Baczyński uwierzył i pojechałem na narty. A dla Baczyńskiego moje zapewnienie było wystarczające. I zdecydował o druku, co – jak się okazało – i dla niego stało się źródłem wielu przygód.

No więc jestem na tych nartach w Austrii. Roaming drogi, więc wyłączam komórkę i po ostatnim zjeździe na chwilę sprawdzam wiadomości. Masakra. Jakby całe miasto chciało mnie dopaść. Najbardziej niepokojące wydaje się to, że mam iks nieodebranych od taty. Jest wtedy świeżo upieczonym wiceministrem spraw zagranicznych, ale w tym momencie jeszcze nie łączę faktów.

Oczywiście najpierw oddzwaniam do taty. Przybiera oschły i urzędowy ton. Dziwię się, bo cokolwiek można powiedzieć o moim tacie, zawsze miał pierdolca na punkcie swojego potomstwa, czyli również mnie. Cokolwiek bym przeskrobał. Tata się nami wzruszał, czasem w sposób dla nas wstydliwy. Kiedy był wykładowcą Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, opowiadał przyszłym gwiazdom sceny i ekranu, jak to Marcinek kocha kotleta schabowego i tym podobne. Przez wiele lat, kiedy spotykałem znanych aktorów i aktorki, jeśli byli po warszawskiej PWST, mogłem liczyć na kompromitujące wspominki. No kochał nas jak wariat. Ale teraz był sztywny, jakby połknął szczotkę. Pewnie mówił przy świadkach albo miał świadomość, że jest podsłuchiwany, albo jedno i drugie. Pierdolety à la „Marcin, słyszałem, że chcesz opublikować kontrowersyjny tekst. Ludzie pytają…”. Hmmm, skoro „ludzie pytają”, to naprawdę musi być niezła afera.

Potem się dowiem, że do taty przyleciał jego ówczesny zwierzchnik, minister spraw zagranicznych Władysław Bartoszewski, i poprosił, by ojciec wpłynął na syna, żeby wycofał z „Polityki” tekst o Kamińskiej. Bartoszewski tego nie wymyślił, sam był naciskany. Najgorsze, że tata nie miał pojęcia, co ja robię, a ludzie sobie myśleli: „No tak, ojciec wiceminister spraw zagranicznych, syn dziennikarz w »Polityce«, na pewno współpracują, albo lepiej, jest układ i spisek”. Problem w tym, że tata pewnie miał przeze mnie kłopoty, bo ktoś mógł uznać, że jako członek rządu podszepnął mi to i owo o minister Kamińskiej albo przynajmniej wiedział, co piszę, i nie ostrzegł premiera.

Sprawdziłem następne wiadomości. Kompletne szaleństwo. Ze wszystkich stron naciski na „Politykę”, by wycofać mój tekst. Że antypaństwowy, szkodliwy i coś tam. Dzwonią też z miasta do Janiny Paradowskiej z prośbą o interwencję. Naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik telefonuje do mojego szefa, usiłując sprawić, by usunął artykuł o Kamińskiej. Baczyński, mimo że koleguje się z Michnikiem, a obie redakcje łączą przyjazne relacje, nie ustępuje.

Michnik nie odpuszcza. Jak potem przeczytałem na facebookowym profilu Pawła Bravo, dzisiaj szefa działu krajowego „Tygodnika Powszechnego”, a wtedy dziennikarza działu kultury „Wyborczej”: „[…] wpada do pokoju Adam Michnik i pyta się natarczywie, czy mam numer komórki do dziennikarza pewnego tygodnika, o którym wiadomo wszem wobec, że jest moim serdecznym kumplem. Mam, ale próbuję się rozeznać, o co kaman, zwlekam. Mój naczelny nalega, bym go dał. Spękałem, nie dostawszy wyjaśnień. Na szczęście kumpel był na nartach i miał wyłączony telefon (takie to były błogie czasy, że wolno było wyłączyć komórkę na tydzień). O co szło? Otóż dziennikarz ten złożył w swojej redakcji reportaż o postaci doradczyni premiera Buzka, którą warszawka uznawała za jego kochankę i szarą eminencję gabinetu. Premier poskarżył się Michnikowi, swemu mentorowi, z którym konferował co wtorek po posiedzeniu rządu, że nie ma jak dorwać tego tekstu i go zablokować. Mentor zaś nie był w stanie wymóc na redakcji tygodnika, by dała mu wgląd, i liczył, że przeze mnie wpłynie na autora, dostanie tekst albo uzyska obietnicę wstrzymania”.

Bravus mnie ostrzegł, więc wiedziałem, że jest grubo. Szczerze mówiąc, w tym momencie zacząłem się obawiać, że redakcja się złamie i wycofa artykuł. Nieładny brak wiary z mojej strony – tekst Pani Teresa od premiera ukazał się w środę zgodnie z planem. Potem się dowiem, że histeria w rządzie osiągnęła taki poziom, iż zamierzano urządzić specjalną konferencję prasową, by uroczyście potępić mój artykuł. Do tego jednak nie doszło, czego oczywiście bardzo żałowałem. A najważniejsza spuścizna Teresy Kamińskiej jest taka, że to ona wymyśliła Lecha Kaczyńskiego jako ministra sprawiedliwości, czym zmieniła historię Polski.

Skoczmy teraz dziesięć lat do przodu, czyli wróćmy do poranka po wpisie na fejsie, że więcej nie zagłosuję na Platformę. Którą to obietnicę skądinąd oczywiście złamałem, głosując ostatnio, i to z przyjemnością, na Rafała Trzaskowskiego. Ale zawijajmy do portu, dość tych dygresji, które doprowadzają najlepszą z żon do szału i powodują, że mi przerywa, wrzucając mało eleganckie: „No i?” z przeciągniętym „i”.