Nieprawilni - Erazm Ramza - ebook

Nieprawilni ebook

Erazm Ramza

0,0

Opis

Nieprawilni — społeczność żyjąca za murami szpitala psychiatrycznego. Nie uznaje zwyczajów, norm i wartości, jakimi ogół się kieruje. Współczesne getto ludzi „innych” fascynuje i przeraża. Mieszkają w nim osoby wypchnięte poza margines społecznych standardów. Potęga władzy splata się tam z lekceważeniem prawa, zasad logiki, odwróceniem tego wszystkiego, co powszechnie uznaje się za właściwe. Nieprawilni tworzą świat, w którym nie dziwi nic…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 849

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Erazm Ramza

Nieprawilni

© Erazm Ramza, 2019

NIEPRAWILNI — społeczność żyjąca za murami szpitala psychiatrycznego. Nie uznaje zwyczajów, norm i wartości, jakimi ogół się kieruje. Współczesne getto ludzi „innych” fascynuje i przeraża. Mieszkają w nim osoby wypchnięte poza margines społecznych standardów. Potęga władzy splata się tam z lekceważeniem prawa, zasad logiki, odwróceniem tego wszystkiego, co powszechnie uznaje się za właściwe. NIEPRAWILNI tworzą świat, w którym nie dziwi nic…

ISBN 978-83-8189-373-2

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Szpital

Jaśniejszy na tle ścian otwór okna przecinały kraty. Nikłe, blade światło ledowej diody nad drzwiami pozwalało dostrzec zarysy sprzętów: łóżka na emaliowanych ramach, wciśnięta w kąt szafa, stół, parę krzeseł. Ze stojaka kroplówki zwisał zbiorniczek wypełniony płynem. Biegnąca od spodu plastikowa rurka docierała do wenflonu wpiętego w przegub dłoni.

Mięśnie Che spięły się w zalążku ruchu.

— Nie szarp się, człowieku, jesteś na pasach — szepnął czuwający przy jego łóżku mężczyzna. Twarz mięsista, zryta siatką zmarszczek. Siwe wąsy opadały na brodę. Ziewnął i kłapnął szczęką. — Witamy w szpitalu.

***

Pociągnięte od zewnątrz drzwi otwarły się z impetem. Snop światła przebił salę i utkwił niby oszczep w głowie Che. Kurz pochwycony przez promienie słońca rozbłysnął na podobieństwo iskierek. Lakierowane ramy łóżek zadrgały refleksami.

— Pobudka! — Tubalny głos zakonnicy-sanitariuszki przeszedł w śpiewną recytację jutrzni. — Cały dzień będziecie się tak wałkonić? Pfu, ale zaduch! — Przekręciła klamkę w oknie i zrobiła uchył. Świeże powietrze poderwało z podłogi ławicę paprochów. — Wstawać, bo zgnijecie w tych barłogach. Noc jest od spania.

Otarła nadgarstkiem drobny, zdawałoby się zagubiony na rozlanej twarzy nosek. Swoją posturą przypominała gigantyczną gruszkę osadzoną na nogach. Szyja wylewała się na kołnierzyk. Dłonie z kciukami zatkniętymi za pasek robiły wrażenie niewinnych, choć potężne bicepsy budziły respekt. Z nakrapianych ciepłem, zatopionych w fałdach tłuszczu oczek przebijała dobroduszność. Obfite biodra nie przeszkadzały lawirować zwinnie między łóżkami. Wykrochmalony habit chrzęścił przy każdym ruchu.

Przystanęła nad Che. Zatrzymała dobiegającą dna kroplówkę. Włożyła palce pod pasy zabezpieczające, rozpięła sprzączkę i poluzowała o jedną dziurkę. Sięgnęła po kubek, napełniła wodą z wyszczerbionego dzbanka i podała mu do picia.

Che pociągnął łapczywie łyk. Okaleczone wargi zapiekły przy zetknięciu z chłodnym szkłem. Woda przepłynęła przez przełyk i powoli rozchodziła się po ciele.

— Uszy do góry, będzie dobrze — powiedziała, odsłaniając w uśmiechu garnitur mocnych, krótkich zębów. Głos miała ciepły, opiekuńczy. Wyjęła spod łóżka kaczkę na mocz. — Siku albo coś?

Che pokręcił przecząco głową.

Raptowny zwrot skręcił spód habitu na kształt śruby. Wyrwała Stefanowi spod głowy poduszkę i wymierzyła mu prostopadłego plaskacza w czoło. Zamamrotał coś z przytkniętymi palcami do skroni, jakby składał meldunek. Zakonnica wydała przeciągły gwizd na stulonych wargach, od którego zesztywniał cały.

Chwyciła ramę sąsiedniego łóżka i potrząsnęła gwałtownie. Ludwik wypadł na podłogę niczym jabłko z koszyka. Wstał, otrzepał zdobioną haftem piżamę. Pogmerał palcem w kącikach oczu, starł grudki ropy. Wziął się pod biodra i zakręcił kuprem. Spod bluzy wystawał pępek przekłuty kolczykiem. Krokiem stylizowanym na kadryla przemierzył drogę do okna. Szarpnął zasłonę. Cienki materiał rozdarł się, strzęp zasłony zawisł na pasemku.

— …rano wszystko wygląda pierwotnie oraz jednokrotnie, bo nic dwa razy się nie zdarza… — mówił zapatrzony w osnuty mgiełką teren szpitalnego parku. Brzuchate chmury gnały nad pawilonami szpitala. Słońce podświetlało je i nasączało krawędzie różową barwą. Gołębie kołowały w świetlistych pręgach przenikających przez korony drzew.

Potężnie zbudowany, nagi osobnik wyskoczył z łóżka. Jego skóra pokryta była gęstym włosem, rodzajem sierści. Ciało nosiło liczne ślady bójek. Udo obwiązane miał bandażem, brzuch przecinały sine pręgi blizn, czaszka pełna była guzów i wklęśnięć. Podrapał się w pachwinę, poczochrał plecami o ścianę, by wygasić swędzenie między łopatkami. Przeciągnął się z rozmachem, aż zatrzeszczały stawy. Przystąpił do odprawiania na środku pokoju dzikiego tańca. Stopy wielkości śnieżnych rakiet klaskały o linoleum.

***

Sanitariusze odpięli pasy z milczącą obojętnością, jakby rozwiązywali worek kartofli.

Che roztarł opuchnięte przeguby. Usiadł tak prędko, że zakręciło mu się w głowie. Na dnie oczu zatańczyły płomienne arabeski.

Krępy osiłek pchnął go z powrotem na posłanie.

— Hola-hola, koleżko cacany, najpierw przeprosiny. — Pokazał rozległy siniec na skroni. Wysunięta mocno do przodu, zaostrzona szczęka upodabniała go do szczura. Oczka błądziły po otoczeniu bez koordynacji, w różnych kierunkach, prawe poruszało się nieco szybciej od lewego.

— Ja cię uderzyłem? — wychrypiał Che głosem, w którym ledwo się rozpoznał. Zdrętwiałe struny głosowe nadawały słowom pijacki sznyt. Czuł suchość w ustach. Język z trudem przesuwał się po szorstkim podniebieniu. — Nie pamiętam.

— …nie pamiętam — przedrzeźniał go Szczur. Poruszył szczotkowym wąsem. — Limo samo nie wyrosło.

— Samo nie mogło — potwierdził jego towarzysz. Podtrzymywana przez kolumnę mięśni głowa osadzona była na szyi obrośniętej futrem gęstych włosów, które rozpychały kołnierz trykotowej bluzy. Sylwetka twardego zabijaki, który nieco się roztył. Toporne, grubo ciosane rysy twarzy, płaski nos boksera. Łysinę okrywał słomkowy kapelusz przewiązany rzemykiem pod brodą. Z kozią bródką oraz długimi, odstającymi uszami kojarzył się ze stojącym na zadnich nogach capem. — Jebniemy gostka w kufę?

— W jakim celu?

— A musi być cel? — zdziwił się Cap. Z ust zionął mu skisły smród nieprzetrawionej wódki.

— Lepiej przekażmy mu wiadomości.

— Wiadomości, acha. Ino jakie?

— Dobrą i… nie nazbyt dobrą.

— Dobra jest taka, że dostanie łomot?

— To akurat ta zła.

Cap starł rękawem pot z ogolonej głowy. Odchrząknął, strzyknął pod nogi długim pasmem śliny, roztarł plwocinę podeszwą. Usiłował podłubać w nosie, ale obłożony lateksową rękawiczką palec nie mieścił się w dziurce.

— Spuścimy mu manto, dostanie wpierdol — zgadywał. Podstawił Che pięść pod nos. — Powąchaj no tego, kurwa — warknął ostrzegawczo.

— Nadal jesteś po złej stronie. Dobry przekaz brzmi: puścimy go na śniadanie, jeśli przeprosi.

— Wal się — burknął Che.

Szczur skrzywił się z grymasem udawanego zgorszenia.

— Uuua! Konieczne jest pouczenie.

Cap zgniótł papierosa na ramie łóżka, nie dbając o to, że drobinki popiołu oprószyły czoło Che.

— Dajesz, ziomal. — Wyprostował się, demonstrując szerokie bary. Niezgrabna, klockowata figura zdawała się sklecona z kawałków kości i mięsa. Fartuch z odprutymi przy pachach rękawami podkreślał wytatuowane bicepsy.

— Otóż między ludźmi panuje taki zwyczaj…

— Zwyczaj taki jest, kapujesz łosiu?

— …że gdy się kogoś uszkodzi, to się potem przeprasza. Damy przykład.

Uderzenie między oczy wbiło głowę Che w po­duszkę. Cios był tak silny, że rozerwało poszewkę. Pierze buchnęło ze środka niczym kłąb pary.

— Prze-pra-sza-my — wyskandowali jednym głosem sanitariusze.

***

Che przemierzał korytarz prowadzony pod ramię przez Stefana. W członkach czuł osłabienie. Ruchy miał ciężkie, spowolniałe. Głowa chyliła się na boki. Krew łomotała w skroniach, dudniła, jakby ktoś walił młotem w ścianę. Kolorowe smugi przed oczami deformowały twarze mijanych po drodze osób. Jedni patrzyli na niego pusto, obojętnie, inni zrównywali się krokiem i wgapiali się natarczywie.

Młodzieniec o wypukłych, rybich oczach wepchnął mu do ręki kartkę. Oświadczył, że zawiera modlitwę będącą przepustką do żywota wiecznego.

— Człowieku, masz pojęcie, jak wielka to moc?! — zawołał z przejęciem. Zaśliniona, buldogowata twarz z lepkimi nitkami śluzu ciągnącego się od warg. Obmacał Che tył głowy. Mokrymi ustami pocałował go po bratersku. W tym samym momencie oberwał w ucho kapciem.

Sprawcą był pacjent odziany w przetarty płaszcz w staromodnym fasonie, narzucony na gołe ciało. Raz po raz zakładał kapeć, brał krótki rozpęd, szurnięciem stopy katapultował go w przestrzeń korytarza, po czym zabierał kapeć z podłogi i powtarzał sekwencję ruchów.

Przysadzista kobieta na krótkich nóżkach pędziła donikąd. Obijała się o ściany, wpadała do otwartych sal, wybiegała stamtąd i podążała dalej w nieznanym sobie celu.

Dziewczyna ze słuchawkami na uszach podarowała Che krzepiący uśmiech. Głucha na świat zewnętrzny, poruszała głową w rytm muzyki z miniaturowych muszelek. Zrobiła parę kroków, zatrzymała się na środku korytarza i zemdlała. Ciało bezszelestnie zaległo na podłodze. Osoby na korytarzu mijały ją obojętnie.

— Cześć, kolego, cześć — przywitał się mężczyzna z krągłym brzuszkiem. Jowialna twarz, oczy spoglądały przyjaźnie. Garścią zebrał z nosa pot i podał ją Che.

Mizerny człeczyna z opaską na oku popisywał się sztuczką: dłonią okrytą rękawiczką bez palców wyjął monetę zza ucha i udał, że ją połknął. Spod długiej, sięgającej kolan kraciastej marynarki wystawały gołe nogi. Roztaczał wokół siebie bańkę smrodu, łączącego woń moczu, wymiocin, potu oraz zgniłej żywności przechowywanej w kieszeniach. Twarz okrywał menelski półcień. Otoczył Che ramieniem i próbował pociągnąć za sobą, ale Stefan na to nie pozwolił.

— Verpiss dich! — Machnięciem nogi zamarkował kopniaka.

Menel-z-opaską odskoczył, zaraz jednak powrócił. Wysiąkał nos w bluzę na zgięciu łokcia, na rękawie zabłyszczał ślimaczy ślad po smarkach. Zawile objaśniał Che posiadane przez siebie moce, chwalił się wstrzymaniem burzy, dzięki czemu szczęśliwie ominęła ona szpital, a ulewa zalała okoliczne miasta. Na koniec oświadczył z dumą, że odkrył dla ludzkości dynamit. Potrząsnął kubkiem prosząc o datek dla wynalazcy.

Stefan zdzielił go hakiem w splot słoneczny z taką siłą, że menel-z-opaską padł na podłogę z podkurczonymi nogami.

Kobieta z nosem jakby wgniecionym do środka czaszki szturchnęła Che łokciem. Nie miała przednich zębów, przymilny uśmiech odsłaniał dziąsła.

— Dzień doberek, dzwońcu, co słychować? — zagadnęła na jowialną nutę. — Nie masz co zakurzyć? — Ostatnią zgłoskę wchłonął gruźliczy kaszel wyciskający drobinki śluzu z płuc.

W palarni za uchylonymi drzwiami trwała szamotanina. Pogrążeni w dymie pacjenci próbowali odciągnąć od wiadra-popielniczki karzełka o dyniowatej głowie. Jego usta wypełniał kłąb wygrzebanych z dna petów.

Zawiani po całonocnej pijatyce pracownicy kuchni wnieśli na oddział styropianowy pojemnik z jedzeniem.

— Obcięliście człowiekowi nogę — zakrzyczał do nich młodzieniec o rybich oczach.

— Spulaj się, gościu — odpowiedzieli jednym głosem.

— Przy przyjęciu. Żywemu chłopu urżnęliście kopyto!

W pokoju socjalnym grupka pielęgniarek biesiadowała na skórzanych kanapach. Jedna demonstrowała koleżankom zdjęcia z wesela, pozostałe widelczykami nabierały z talerzyków kawałki tortu. Sanitariusz z kozią bródką wcinał solone śledzie. Palcami wyjmował po jednym ze słoika, potrząsał, by odciekły z oleju, po czym wsuwał do ust rozwartych niby pisklę w gnieździe.

Przy wejściu do pokoju, od strony korytarza, ustawione było łóżko z pacjentem unieruchomionym pasami. Trzęsiączka miotała jego kończynami, nogi pląsały jakby biegł na leżąco. Wrzeszczał chrapliwie, rzucał głową na boki. Strącona drgawkami kołdra leżała zrolowana na podłodze. Był nagi, tylko biodra opinał przesiąknięty pampers. W momentach rozluźnienia mamrotał delirycznie. Przewiązane warstwą bandaży udo wydzielało trupi odór, który niemal fizycznie spychał przechodzące obok osoby.

***

Ściany stołówki powleczone były złuszczoną lamperią. Z sufitu zwisały serpentyny farby, narożniki zachodziły grzybiczymi plamami. Spod odpadającego miejscami tynku wyzierały cegły. Chmara zielonkawych much obijała się o szyby. Powietrze przesycała mieszanina skisłej woni stęchlizny, przypalonego mleka, potu, wyziewów jelitowych, moczu. Drzwi zgrzytały piskliwie przy każdym poruszeniu. Dudniąca z radia muzyka zlewała się ze skrobaniem łyżek o talerze.

Pacjenci na ogół jedli w milczeniu. Niektórzy gawędzili leniwie lub wypowiadali wyrwane z kontekstu frazy bądź pojedyncze słowa, przeznaczone dla nikogo i wszystkich zarazem.

W kącie przykucnęła półnaga kobieta-bez-nosa. Jej piersi układały się płasko na brzuchu, tworzyły obwisłe, pomarszczone trójkąty. Zaniosła się opętańczym śmiechem i równie nagle umilkła.

Bosy mężczyzna popychał przed sobą krzesło. Trzymając się oparcia, sunął między stolikami. Co pewien czas przystawał, puszczał się krzesła, zakrywał uszy i wydawał ostre, krótkie szczeknięcia.

Zakonnica karmiła łyżką Dziadka na wózku inwalidzkim. Cierpliwie przeczekiwała fazy starczego buntu, kiedy pluł pożywieniem. Zbierała z zatkniętej za kołnierz serwety, wkładała do miski, mieszała, nabierała łyżką i wsuwała znów między zaciśnięte w biernym sprzeciwie wargi.

Kuchennego okienka strzegła gruba, okryta splamionym fartuchem salowa. Umieszczono na nim emaliowane wiadro. Pacjenci podchodzili, chochlą nalewali do kubków herbatę. Jeden napluł do środka, za co oberwał ścierką od salowej.

Po sali z turkoczącym wózkiem krążyła pielęgniarka. Brała kieliszki z plastikowej tacki i podawała kolejno pacjentom do ręki. Kazała potem wystawić język na wierzch. Skanowała podniebienie, gmerała szpatułką między dziąsłami. Wyglądało, jakby sprawdzała uzębienie, ale w rzeczywistości sprawdzała, czy nie ukryli tabletek. Niektórym wprowadzała rozpuszczone lekarstwa wprost do gardła (wcześniej zatykała nos dwoma palcami, by zmusić do otwarcia ust).

— Połkła? — krzyknęła do przygłuchej staruszki. Poczekała na twierdzący skrzek. Puściła nos i ruszyła dalej, obojętna na rzeżący kaszel za plecami.

***

Od lepkiej, wystrzępionej przy brzegach ceraty na stole bił zapach pleśni. Dwie muszki wpijały się w zaschłą plamę soku. Z braku noży margarynę na chlebie rozsmarowywano łyżkami.

Che przygryzł kromkę. Świeże rany na wargach otwarły się, poczuł smak krwi. Chleb spęczniał mu w ustach i prawie się zadławił. Wypluł pulpę w garść, odstawił na talerz. Od jedzenia uwagę odwróciła zmierzająca ku nim młoda kobieta.

Mirjam stawiała kroki miękko, z lamparcią precyzją. Skóra na chochlikowatej buzi była idealnie gładka, pomijając niewielkie wgłębienie na środku podbródka. W ufnych, opalizujących oczach barwy miodu migotały iskierki, lekki zez nadawał im szelmowski wdzięk. Wydatne, zmysłowe wargi, miękkie i wilgotne niczym obrane winogrona. Rozkołysane biodra przyciągały spojrzenia mężczyzn zastygłych w niemym podziwie. Pożerali wzrokiem mięsiste pośladki prześwitujące przez koszulę cienką niby gaza, spozierali łakomie na wypukłości biustu, opalone uda. Kiedy niechcący upuściła na podłogę grzebyk, trzech naraz poderwało się z krzeseł, następnie zaczęli się przepychać, który pierwszy podniesie i odda zgubę. Ignorowała zbierane po drodze zaczepki. Spasiony jak wieprz osobnik klasnął ją z rozmachem w tyłek. Zamiast się gniewać, przyjaźnie wymierzyła mu kuksańca, po czym zaniosła się perlistym, przyjemnym dla uszu śmiechem.

— Kociak, co? — szepnął Stefan do Che. — Prima sort dziewucha. Od samego patrzenia człowiek syty się staje.

Mirjam dosiadła się do stolika. Wyjadła palcem resztę marmolady z miseczki. Ukazała w uśmiechu białe, równiutkie zęby. Odrzuciła niesforny loczek przysłaniający oczy. Zastrzygła uszami. Krótki nosek wykonywał ruchy węszącego zwierzątka. Pociągnęła Che za płatek ucha, zmierzwiła włosy, dotknęła twarzy. Opuszkami palców badała czoło, policzki, wypukłość nosa. Oczy skrzyły się ciekawością poznania nieznajomego, który mógł stać się przyjacielem. Otworzyła mu dłonie, pieszczotliwie rozmasowała palce, pogłaskała kciukiem żyłkę na przegubie. Z szelmowską miną odciągnęła gumkę spodni i zajrzała pod spód.

Che chciał coś powiedzieć, ale wielka łapa Filipa zakleszczyła się na jego gardle. Krtań zapiekła, jakby nasypano tam rozżarzonych węgli. Niczym echo odbite od dna studni posłyszał krzyk interweniującej pielęgniarki, po którym ucisk zelżał.

***

Stefan obserwował Che przez brwi rosnące nieprzerwanym gąszczem między skroniami.

— W wojsku służył? — spytał ni w pięć ni w dziewięć.

— Bo co?

— Tak pytam.

— Jestem pacyfistą.

Stefan zrobił minę, jakby skosztował octu.

— Pacyfista! — Odsunął się z odrazą. — Przemoc im śmierdzi, psia mać. Przez takich narody giną. — Splunął pod nogi, otarł siwe wąsy. — Pokoju się mądralom zachciewa.

— Pokoju i wolności.

Ktoś w pobliżu zwymiotował i powietrze skosił kwaśny smród.

— Po co ludziom wolność? — Stefan skamieniał w oczekiwaniu kichnięcia, z przymrużonymi oczami, półotwartymi ustami, drgają­cym no­sem. Ujął go palcami i wysmarkał się, zaty­kając raz jedną, raz drugą dziurkę. Popa­trzył na ociekającą z palców wydzielinę, strzepnął ją i wsunął dłoń pod pachę. Musiał to być stały zwyczaj, bo materiał w tej okolicy połyskiwał srebrzyście. — Wolność-srolność. Wymyślili takie durnoty na uniwersytetach. Najesz się tym, ubierzesz na ziąb? Żywe chce żyć i tyle.

— Żyć w dobrym stylu — dodała Józefina. Dystyngowanym ruchem poprawiła różowy toczek z woalką okrywającą kok z tyłu głowy. Starcza, pomarszczona twarz nosiła ślady arystokratycznych rysów. Na dekolt staroświeckiej sukni z jedwabiu spływał sznur korali. Ułożyła na talerzyku kromkę chleba, rozsmarowała kosteczkę margaryny, przysypała szczyptą pietruszki. Kanapkę ujęła w dwa palce, wsunęła do ust, odgryzła kęs, po czym odłożyła z powrotem. Popiła łykiem herbaty z porcelanowej filiżanki. Przytknęła serwetkę do warg i wróciła do przerwanej robótki: dzierganego na drutach szalika. Wyszukana elegancja nie opusz­czała jej nawet wtedy, gdy ukradkiem drapała się w tyłek.

Przy kuchen­nym okienku powstał rumor. Zaczęło się od drobnej sprzeczki między kobietą-bez-nosa a menelem-z-opaską. Kłótnia nasilała się, za­ostrzała, w końcu przero­dziła się w zażartą bójkę: ona drapała go po twa­rzy i bosą stopą kopała w krocze, on zaciskał palce na jej szyi i czekał cierpliwie aż się udusi. Parę osób pobiegło, by obejrzeć zdarzenie z bliska. Wcześniej na miejsce dotarła zakonnica. Wkroczyła między walczących, rozdzie­liła ich własnym ciałem. Pochyliła się, uderzając jednocześnie czołem menela-z-opaską i odrzucając tyłkiem kobietę-bez-nosa.

— Siu! — Zakręciła szmatą w powietrzu.

Gapie rozpierzchli się niczym wróble.

— Wolność jest piękna, zaiste. — powiedział Ludwik. Policzki miał upudrowane, gładkie niczym u alabastrowego Kupidyna. Z ich bielą kontrastowała czerń brwi. Również wargi tego dnia pomalowane miał czarną kredką. Z przypasanej rzemykiem sakiewki wyjął grzebyk i przeczesał włosy lśniące od perfumowanego olejku. — Lecz nie każdemu ona służy. Szczęśliwym być może. Dla biedaków jednak niesie oskar­żenie. Bo gdzie taki szukać ma przyczyny swych nieszczęść? W sobie jedynie. I tak do bezmiaru cierpień dodaje kolejne: odpowiedzialność za swój los.

— Co się tak gapisz?! — krzyknął na Che jednoręki brodacz z sąsiedniego stolika. Jego zarost tworzył z czupryną zwartą kępę. Kłęby włosów sterczały nawet z płatków uszu. — Pierona, durch się yno gapi. Wypolisz mi ślypiami dziura w gymbie.

— Daj spokój — wtrącił pojednawczo Stefan. — Po to są gały, żeby patrzały.

— Nie poradzi kaj indzij? — Jednoręki nie dawał za wygraną. Wydatny, krogulczy nos znaczył pieprzyk wielkości ziarnka fasoli. Z ust zionęła mu ostra woń cebuli, którą przygryzał jak jabłko. Luźno zwisający rękaw amputowanej kończyny łopotał przy energicznych poruszeniach tułowia. — Szteruje mie. Mosz przestać, diosecki giździe! — Schrupał ostatni kawałek cebuli i splunął flegmą podobną do kurzego łajna. — O, łobejrzise, ledwoch to pedzioł, zaś ślypiami blynduje. Blank choby szpijon.

Che poprawił się na krześle.

— Władza ograbiła nas z wolności. Ale możemy walczyć. Odrzucić prawdę nakazaną. Wyrwać z korzeniami to, co obce w nas samych. — Ręce wspomagały wywód energiczną gestykulacją. — A do tego potrzebna jest… rewolucja! — Potoczył rozognionym wzrokiem wokół, jakby szukał przeciwnika do sporu, jednak najbliższe otoczenie zamarło na podobieństwo filmu zatrzymanego w kadrze.

Znudzony sennym rytmem przedpołudnia, Cap zabawiał się spluwaniem do odległych o parę metrów doniczek. Zwykle trafiał. Zaostrzony ton Che rozbudził jego czujność. Podciągnął nogawkę spodni. Wyjął zatknięty za cholewę gumowy kabel i rytmicznie uderzał w otwartą dłoń.

Che podrapał się w czoło.

— Tak właśnie myślę — dokończył już spokojnie.

Atmosfera wokół rozluźniła się.

Cap ziewnął szeroko, aż z zawiasów prawie wypadła dolna szczęka. Szerokie zęby ledwo się w niej mieściły. Podrzucił kabel pod sufit i złapał w locie. Zastawił drogę pacjentowi o wyglądzie podstarzałego hippisa (długie włosy ściągnięte opaską nad uszami, gitara przewieszona przez plecy, wzrok zmętniały od leków).

— Czego tu stoisz, kudłata cipo?! — warknął i z głupia frant pacnął hippisa w czoło. Zabrechtał na widok jego zbaraniałej miny. Wesołość popsuł protest hippisa. — Masz jakiś problem, kolego?! — Wymierzył w to samo miejsce, ale się majtnął i musiał poprawić.

Stefan położył ciężką łapę na barku Che i potrząsnął nim przyjaźnie.

— Był tu jeden taki, co chciał robić rewolucję. Głosił, że światem rządzą elektryczni. Stworki, które w prądzie żyją. — Gruchnął jowialnym śmiechem.

Tymoteusz spoglądał badawczo na Che zza grubych szkieł okularów, które powiększały wodniste, bez­barwne oczy. Twarz zasuszona, o typie mola książkowego. Rysy wyrzeźbione przez dyscyplinę umysłu, ściągnięte w wyrazie koncentracji. Wytarł usta, położył serwetkę na talerzu. Wstrząsnął ręką, czując, że ktoś próbuje mu skraść zegarek z przegubu.

— Spoko-luz, gościu, kupić chciałem — wyjaśnił pacjent ubrany w przepalany papierosami dres. Kreszowy materiał szeleścił przy każdym poruszeniu ciała.

— Zegarek nie jest na sprzedaż — odparł Tymoteusz.

— Na co ci sikor? — dociekał Dresiarz. Obrzmiały język plątał się i potykał na słowach. Z ust buchał skisły odór wódki. Na głowie tkwił obsunięty na jedno ucho beret z antenką. Lewy policzek ogorzałej twarzy przecinała blizna.

— Pokazuje mi czas.

— Innemu też może.

Dresiarz zaciągnął się papierosem skrywanym w koszyku splecionych dłoni. Rozpiął bluzę i wydmuchał dym pod pachę. Na torsie widoczny był tatuaż węża dusiciela owiniętego na ciele kobiety. Przedramię oplatało kilka zegarków, na nadgarstku świecił się drogi smartwatch.

— Zapłacę. Kasa do ręki. — Wyjął z kieszeni banknot, napiął w palcach, aż strzeliło. Rozłożył na dłoni i oklepał drugą, by się spłaszczył. — Dorzucę gratis panienkę na noc. Pierwszorzędna laska, zarąbiście śliczna. Wczoraj przyjęta, nie ruszana. Młoda lolitka, prawie dziewica.

— Wykluczone. — Tymoteusz skłonił się sztywno, nie zginając karku, jakby opięty był kołnierzem ortopedycznym.

Z nozdrzy Dresiarza wypłynęły dwa spiralne obłoki.

— Kreska amfy, zioło, koks… nic? Frajer! — burknął i poszedł sobie. Poliestrowy, upstrzony dziurami materiał upuszczał siwe kłęby, jakby kopcił się od środka.

***

Filip wyrażał się głównie za pomocą pomruków o różnej tonacji, przeplatanych monosylabami pozbawionymi znaczenia, jak gdyby ćwiczył odmianę lapońskich czasowników. Usta zakreślały białe obwódki po tym, jak siorbał zupę prosto z talerza, ignorując leżącą obok łyżkę. Na brodzie dyndała mu nitka makaronu, zakończona kropelką mleka.

Pusty talerz roztrzaskał o kolano. Zakończonym ostro kawałkiem porcelany wyrył na ceracie linoryt przedstawiający wesołego penisa. Na czubku wyżłobił oczy oraz uśmiechniętą buźkę. Zastanowił się, co jeszcze można zrobić odłamkiem. Ujął go w garść niby szpadę. przyjął pozycję szermierza. Wykonał próbne cięcie na ukos, po czym głębokim sztychem dziabnął w zadek przechodzącą obok kobietę okutaną wiejską chustą z frędzelkami.

Wędrowała między stolikami z koszulą podwiniętą na brzuchu w rodzaj worka. Zanurzała tam zgrabiałą od ciężkiej pracy dłoń, sypała okruszki na podłogę i jednostajnym „ciiip-cip-cip” zwoływała niewidzialne kurczęta. Twarz wieśniaczki pokrywał bujny, prawdziwie męski zarost. Zaskoczona atakiem nie po­czuła bólu, a jedynie coś w rodzaju ukąszenia komara. Wychyliła się przez ramię, spojrzała na tkwiący w pośladku odprysk porcelany. Wargi zadrżały w gotowości do płaczu. Przezornie odbiegła kawałek i dopiero wtedy uderzyła w lament. Przeciągły skowyt w końcówce przeszedł w urywane łkanie.

***

Gwar na stołówce osłabł. Pacjenci słali ukradkowe spojrzenia w stronę wejścia i spuszczali głowy. Milkli jeden po drugim, aż nastała grobowa cisza, tak gęsta, że można ją było kroić nożem.

Postać oddziałowej wypełniła otwór drzwi. Brzydka, kwadratowa twarz okolona przetykanymi siwizną włosami. Przenikliwy, mrożący wzrok wodził po sali niby snop światła reflektora. Sylwetka ciężka, zwalista. Głowa wtopiona w tułów pozbawiony wcięcia w talii. Odgięty nienaturalnie do tyłu powodował rozhuśtany chód, przy którym ręce pozostawały nieco z tyłu. W całej postawie było coś władczego, nawet stukot obcasów brzmiał rozkazująco.

Przystanęła nad Che. Choć dzieliło ich zaledwie pół metra, miał wrażenie, że spogląda na niego z ogromnej wysokości.

— Nazywasz się…

— Che — uprzedził ją.

— Niech i tak będzie. — Głos oddziałowej zdawał się dochodzić z różnych stron i Che bezwiednie obracał głowę, by uchwycić źródło. — Ty jesteś tym, kim się nazwałeś, a ja…?

— Zastępca kierownika oddziału do spraw pielęgniarstwa i jakości — odczytał z przypiętego do klapy identyfikatora.

— No, to jesteśmy sobie przedstawieni. — Wygładziła fartuch na brzuchu. Przerośnięty biust napinał materiał i zdawał się rozrywać guziki. — A teraz powiem raz i krótko: nie próbuj więcej testować naszej cierpliwości. Wyglądasz, jakbyś już dość oberwał.

— Napadli mnie zbóje. W medycznych uniformach.

— Będziesz z nimi zadzierał, to użyją twardszych argumentów.

— Groźba?

— Zwykłe pouczenie. Personel pacjentów nie straszy, lecz…? — Oddziałowa zawiesiła głos niczym belfer oczekujący, że uczniowie dopowiedzą resztę zdania.

— Pomaga, leczy, rehabilituje — do­biegły usłużne głosy z sąsiedztwa.

— Zaś jedną z form pomocy terapeutycznej jest…?

Pacjenci pokasływali z zakłopotaniem.

— Informacja o konsekwencjach — powiedziała oddziałowa do Che, jakby wyłącznie z nim prowadziła tę kon­wersację. — Wiem na co cię stać. Tyle łajdactw na jednego gogusia nieczęsto się trafia. Działalność w nielegalnych organizacjach, obraza moralności publicznej…

— To moja specjalność.

— …próba podpalenia muzeum…

— Po pijanemu.

— …bezczeszczenie pomników, obrzucenie miejsca kultu religijnego cuchnącą substancją…

— Psim gównem.

— …czynne uczestnictwo w ulicznych rozruchach, napaść na funkcjonariusza policji.

— Tylko go oplułem. Dla żartu.

— Sąd nie wykazał się poczuciem humoru. Ile ci wymierzył?

— Rok w zawieszeniu.

— Wczorajsze jatki w katedrze mogły kosztować znacznie więcej. Bomba urwała pół dzwonnicy. Powinieneś siedzieć w ciupie. Ale tata, Ważny Prokurator, ma układy. Wspólnie z sędzią uznali, że w szpitalu psychiatrycznym też jesteś zabezpieczony. Na czas nieokreślony.

Z tkanki pamięci Che wyświetlały się krótkie scenki, przerywane rozbłyskami, niczym kadry starego filmu. Strzępy wspomnień kłębiły się pod czaszką, rwały, zbijały się w nieforemne kłęby. Zobaczył salę sądową.

— …uznany za niepoczytalnego w chwili popełnienia czynu — odczytywała sędzia beznamiętnym, maszynowym głosem.

Obrazy przetasowały się bez żadnego przejścia. Widział tłum gapiów ścieśnionych za taśmą rozpiętą na pniach drzew. Policjantka z kucykiem wystającym spod czapki pilnowała, by nikt nie przedostał się do strzeżonej strefy. Na tle przysadzistej budowli z ciemnopomarańczowej cegły dziennikarka relacjonowała do kamery umocowanej na statywie. Strażacy z zadartymi głowami wypatrywali czegoś na wieży. Przez syreny karetek pogotowia przebił się spiżowy odgłos dzwonu. Po trzecim uderzeniu zagłuszył go huk eksplozji. Osadzone w oknach witraże spękały, z rozprutej kopuły posypał się grad ceglanych odprysków.

Coś w mózgu zaiskrzyło. Na moment wyświetliło się wnętrze izby przyjęć. Ręce i nogi skute miał kajdanami. Policjanci z konwoju przekazywali rejestratorce dokumenty.

— Jaki mamy obecnie rok… jaki dzień… nie, wtorek był wczoraj… dlaczego chciałeś zniszczyć katedrę? — Pytania lekarza przyjmującego przedzierały się przez szum w głowie.

Napływające później wspomnienia zamieniły się w błotnistą papkę.

— Myślę, że…

— Nie obchodzi mnie, co myślisz — oddziałowa przerwała mu szorstko. — Zasada numer jeden: ściśle stosować się do regulaminu. Zasada druga, trzecia oraz kolejne brzmią podobnie. Masz się ich trzymać jak kulawy laski. Zapamiętaj sobie, bo powtarzać nie lubię. Zwykle mówię niewiele, ale co powiem jest święte. Nie wymagamy nadmiernie, ale w sprawach porządku jesteśmy konsekwentni do bólu. Bo czy my tu chcemy wichrzycieli? — zapytała głośniej, a zewsząd rozległy się gorliwe zaprzeczenia. — Nie jesteś pierwszym paranoikiem, który z łamania zasad czyni normę.

— Nie mam paranoi.

— A to ci zagwozdka. Jak z niej wybrnąć? Przecież nie prześwietlimy mózgu, żeby wytropić obłęd. W tych sprawach trzeba zawierzyć specjalistom. Co psychiatra uzna za paranoję, jest paranoją. Przebadamy cię, opinia powędruje do sądu. Ten zgodnie z naszymi wnioskami wyda postanowienie i temat się zamknie. Na pół roku. Potem sprawa wróci do punktu wyjścia, czyli kolejna opinia i kolejne postanowienie. Możemy tak bez końca. Wszystko zgodnie z prawem. Potrzymamy cię, aż dojrzejesz do społecznych oczekiwań, nauczysz się szacunku dla norm, jakie między ludźmi obowiązują.

— Mogę się odwołać. Zażądać ponownego badania, zmiany biegłych.

Oddziałowa kiwnęła ospale głową. Ziewnięcie osypało puder maskujący cienie pod oczami.

— Próbuj. Sąd rzecz rozważy. Ze świadomością, że bezkrytycyzm wobec psychozy stanowi osiowy jej objaw. — W głosie po­brzmiewała wystudiowana ironia. — Prawie wszyscy tu uważają się za psychicznie zdrowych. I nie zmienią zdania, nawet gdyby ich kijami po grzebiecie lać. Jak każdy, posiadają pewne ułomności, drobne przywary, ale kto ich nie ma?

— Wszyscy mają — odpowiedziały jej aprobujące pomruki.

— Od nadmiaru stresu nie radzą sobie z emocjami, mają niestabilną osobowość, przegrzany układ nerwowy. Przejawiają daleko idącą oszczędność w posługiwaniu się zdrowym rozsądkiem. Zrobili sobie wolne od rzeczywistości, odwrócili się do niej plecami. Nie chcą wykorzystywać mocy neuronów do tworzenia inteligentnych ciągów myślowych, bo i po co?

— No właśnie, nie warto — komentowały zgodnie głosy wokół.

— Mają swój własny sposób porozumiewania się ze światem. Bywają przez to ekscentryczni, wrażliwi, życiowo popaprani. Czemu nie, wolno przecież. Nobody’s perfect.— Oddziałowa parsknęła krótkim, drewnianym śmiechem, w którym pomarszczona twarz ani drgnęła. — Trafiają się czasem solidniej porąbane indywidua, jednak reszta nie wychodzi poza drobne dysfunkcje. Umysł płata im figle. Gdzieś tam odkręciła się śrubka. Zdradzają szczególne upodobanie do fantazji. Prześladują ich głosy, miewają sny na jawie, czasem dopada chandra. Ale czy zdrowi się nie smucą?

— Smucą się, a jakże, każdy się smuci.

— Zerwałeś się z kotwicy społecznych prawideł. Utraciłeś punkt zaczepienia. Pokłóciłeś się z rzeczywistością. Zboczyłeś ze ścieżki, którą podążają rzesze prawych obywateli. A my pomożemy ci odzyskać prawidłowy osąd. Bo co się popsuło, należy zreperować.

— Popsute się reperuje, o tak — pacjenci potakiwali jej i sobie wzajemnie.

Oddziałowa obrotowym gestem palca objęła salę.

— Większość tutaj nadaje się jedynie na przemiał. Ale ty masz szansę wrócić na łono społeczeństwa. Wychowało cię, wykształciło i teraz ma prawo oczekiwać odpłaty. Każdemu zdarza się pobłądzić. Ważne, by błądzącego złapać za rękę i wprowadzić na właściwą drogę. Takie jest nasze zadanie. Wypełnimy je należycie. Obojętnie, czy tego chcesz. — Naprężyła splecione palcami ręce. — Jesteś w naszych opiekuńczych rękach, naucz się żyć z tą świadomością. I pamiętaj, kto ma klucze do zamku w tych drzwiach.

***

Przeraźliwie chudy mężczyzna wyczołgał się spod stołu. Stanął na ugiętych, tyczkowatych nogach. Wyraźnie zarysowany kształt czaszki nadawały mu katorżniczy wygląd. Kości policzkowe sterczały niby dwie piłeczki pingpongowe. Pod rozpiętą bluzą, właściwie strzępem brudnych szmat, widoczna była tarka żeber. Biegnące pod skórą żyły wyglądały jak korytarze korników.

— Jako prawnik, z przyjemnością będę Pana reprezentował w sądzie — mówił do Che, choć wodniste oczy badały przestrzeń ponad jego głową. Szeroki uśmiech akwizytora rozdzielił twarz. Wargi ciasno przylegały do kostnej struktury zębów i sfałdowały się na szczerbach. — Pragnę nadmienić, iż prawa pacjentów chronią stosowne regulacje prawne, w tym ustawa…

— Odwal się, mecenas, nie potrzeba cię tu — fuknął Stefan.

— …wraz z uzupełnia­jącymi aktami wykonawczymi, mianowicie… już kończę, jedna chwileczka… oraz konwencje międzynarodowe wchodzące w system prawodawstwa krajowego. Konkludując: żyjemy w państwie prawa, które każ­demu daje możliwość dochodzenia sprawiedliwości na drodze są­dowej… — Promieniujący od jąder ból powalił prawnika na kolana. Usta rozwarły się do krzyku, który jednak nie nastąpił, bo monolog wyczerpał cały zapas powietrza w płucach.

Uwagę od zdarzenia odwrócił przenikliwy pisk skrzypiec. Nieokreślony początkowo dźwięk rozwinął się w partitę Bacha. Muzykant ubrany był w rozdarty na plecach, złachany frak. Wystające z rękawów mankiety pozorowały koszulę. Na głowie tkwił postrzępiony cylinder. Śniada, cygańska twarz była płaska, dwuwymiarowa niczym drzeworyt. Wzruszały nią grymasy zmieniające się w synchronizacji z muzyką. Brodę porastał bezkształtny kołtun podobny do zarostu pod pachą. Za uszami wyrastały wiechcie rzadkich włosów.

Partita urwała się w połowie tonu. Muzykant zajrzał do dzbanka. Smyczkiem zdjął z talerza kawałek chleba i włożył do kieszeni. Spowite mgłą spojrzenie wydawało się skierowane do środka głowy. Zaczął bębnić palcami po instrumencie. Stukot tracił regularność, zwalniał, w końcu palce zawisły w powietrzu. Górną wargę uniosło warknięcie. Skurcz wymodelował sylwetkę w rodzaj gipsowego odlewu. Zesztywniał, naprężył się jak tyczka. Upadł na podłogę w pozycji, w jakiej chwilę wcześniej stał, ze skrzypcami przytkniętymi do karku, podobny do strąconej z cokołu rzeźby.

***

Pstrokato ubrana kobieta dreptała między stolikami. Ciągnięty za sobą warkot pochodził od parasolki, którą wywijała jak śmigłem. Brwi wyskubane, rzęsy podwinięte. Pomarańczowa kredka poszerzała usta tak, że dochodziły do podstawy nosa. Zdobione plątaniną kokardek włosy pozostawały w skrajnym nieładzie, nad głową sterczał pojedynczy snopek. Obfite rubensowskie kształty nadymały halkę. Cienka warstwa poliestru uwypuklała lejące się kaskadowo fałdy, opinała gąbczaste ciało tak ściśle, jakby stanowiła drugą skórę.

— Buongiorno amici! Bonjour, good morning, guten morgen.

Wdrapała się na stół i zaczęła kolebać się w nieudolnej imitacji tańca brzucha. Klockowate, nieforemne nogi przytupywały siarczyście. Blat trzeszczał i wyginał się pod naciskiem stóp. Zdjęła halkę, potem stanik, dziurawe pończochy. Podrygi bioder strąciły z tyłka czerwone majtki.

— Meine Damen und Herren, willkommen, bienvenue, welcome. — Wyprężyła się w pozie modelki z magazynu dla mężczyzn. Naklejone na skórę strzępy błyszczącego papieru udawały cekiny.

Striptizowi akompaniował karzełek z dyniowatą głową. Do trzymanego jak mikrofon ogórka zawodził pozbawioną słów piosenkę. Twarz jaśniała blaskiem ogromnych źrenic, czarne krążki zdawały się przerastać rozmiarem gałki oczne.

Kobieta wypięła się w teatralnym skłonie.

— Molto Grazie. Cienkujem bardzo, cienkujem! — Wbiła paznokcie w pośladki i efektownie zamrugała „oczkiem”.

Rudolf śledził pokaz w napięciu. Widok płatków łososiowatego mięska wprawił go w stan duchowego uniesienia. Ciepły prąd wypłynął ze splotu słonecznego ku lędźwiom. W kołnierzyk bluzy wetknięty miał biały pasek koloratki noszonej przez duchownych. Natura obdarzyła go ziemistą cerą oraz grymasem przywodzącym na myśl średniowieczne ikony męczenników. Wybrał z kieszeni garść popiołu i posy­pał nim głowę. Patrzył, jak własna dłoń, uformowana na kształt włochatego pająka o pięciu odnóżach, ujmuje łyżkę, unosi ją, następnie zmierza w stronę oka.

Stefan złapał Rudolfa za nadgarstek w momencie, gdy ostry koniec aluminium prawie sięgał rogówki. Przytrzymał dłoń w żelaznym uścisku, ścisnął mocno. Łyżka wypadła na środek stołu. Chwilę skupiała uwagę obecnych niczym granat z wyciągniętą zawleczką, a gdy Rudolf wykonał drobny ruch barkiem, kilka par rąk splotło się na niej gwiaździście.

***

Ordynator zatarasował wejście na stołówkę. Poły rozchełstanego fartucha odsłaniały brzuch przelewający się przez pasek od spodni. Zroszona potem twarz lśniła jak w gorączce. Rozlane zasinienia pod powiekami wskazywały na długotrwałą zażyłość z alkoholem. Zgrubiała końcówka nosa wyglądała na doczepioną. Ręka dzierżyła sfatygowaną teczkę, z przełożonym przez środek, rozpiętym paskiem. Ze środka sterczała szyjka butelki.

— Hej, ludzie! — pozdrowił obecnych, zmagając się z drętwotą języka.

Mięśnie wiotczały, ulegały sile grawitacji. Osunął się na kolana. Jakiś czas trwał w tej pozycji, z pochyloną głową, jakby pogrążony w modlitwie. Bolesne ukłucia igieł wbijały się w pień mózgu. Wydał gromkie chrumknięcie przez nos i powstał na rozlazłych koślawo nogach. Podciągnął spodnie, drapał się w pachwinę, gmerał przy guzikach rozporka (większość była urwana, jeden zwisał luźno na nitce). Próba schylenia się zaburzyła kruchą równowagę. Runął niby spuszczona ze sznurków marionetka, bezładnie i hałaśliwie.

Dźwigał się powoli, z wysiłkiem, który uwypuklił mu węzły żył na skroni. Czerwona twarz omal nie eksplodowała.

— Ehem, ehem — usłyszał zza pleców chrząknięcie.

Wciągnął brzuch, by przepuścić przez drzwi cycatą rejestratorkę. Zrobiła krok, a wtedy brzuch ordynatora napęczniał i zaklinował ją w przejściu.

— Ajajaj! — krzyknęła.

Ordynator zamaszystym plaśnięciem w pośladek przepchnął rejestratorkę przez próg.

Przegrzebał kieszenie fartucha, wywrócił je na nice. W poszukiwaniu miętowego cukierka opróżnił je kolejno ze scyzoryka, recept, paru groszaków, zwitka banknotów, nadkruszonych strzępów papierosów.

Nagle wokół niego zaroiło się od pacjentów. Rozpychali się, trącali łokciami, po czym rozproszyli się zjawiskowo, jakby w ogóle ich tam nie było. Z podłogi zniknęły pieniądze, papierosy, scyzoryk. Mniej wartościowe śmieci zostały rozdeptane.

Ordynator wpakował miętówkę do ust. Była cała oblepiona paprochami, ale nie przeszkadzało mu to. Zatoczył się do tyłu, rąbnął plecami o ścianę, odbił się od niej jak piłka. Złapał równowagę, ustalił właściwy kierunek. Niezgrabnym krokiem akrobaty na szczudłach poczłapał w stronę kuchni, gdzie miał nadzieję dostać szklankę maślanki na złagodzenie kaca. Powłóczył butami, przydeptywał mankiety nogawek. Jego ruchy były przesadnie ostrożne, jakby bał się połamania nóg. Halsował między stolikami. Niedopięty pasek dyndał między kolanami. W głębokim przechyle podparł się ręką podłogi. Ktoś wymierzył mu kopniaka w tyłek i fragment drogi przemierzył koślawym biegiem. Wyrównał kurs rękami ułożonymi trochę nierówno, bo jedną stronę obciążała teczka. Ze środka wypadły dokumenty. Ani myślał się po nie schylać. Podeptał obojętnie kartki, czubkiem buta wtrącił pod kaloryfer lekarską pieczątkę.

***

Zakonnica wcisnęła łyżkę między zaciśnięte szczęki Muzykanta, rozwarła je siłą. Trzonkiem wydłubała zapadły w krtani język i uwolniła rzężący oddech. Ujęła Muzykanta pod pachy i ciągnęła po ziemi, stawiając kroki na szeroko rozstawionych nogach.

Krzykiem próbowała opędzić się od psa ordynatora. Podrażniony bezruchem człowieka, z wściekłym ujadaniem wczepił się zębami w nogawkę piżamy i mocnym szarpnięciem oderwał kawał materiału.

— No to się doigrałeś, pchlarzu. — Zakonnica puściła Muzykanta (runął na podłogę niczym porzucony kloc drewna). Przeskoczyła nad nim niewiarygodnie lekko wobec masywnej tuszy. — A masz!

Kopnięty w zad basset przekoziołkował ze skowytem w powietrzu. Otrząsnął się z zamroczenia i natychmiast pogonił jak strzała za szwędającym się po stołówce kotem. Próbował z rozpędu przesadzić stolik, jednak wleciał na środek blatu, przejechał zadem po śliskiej powierzchni ceraty i spadł z drugiej strony.

Kot zjeżył sierść, fuknął ostrzegawczo. Błysnęły groźnie szpilki zębów, pazury wystrzeliły z pochewek łap. Ostrzegawczy syk przeszedł w jęk rozpaczy. Z nastroszonym ogonem kluczył między przeszkodami, wspinał się po tapetach. Wpadł na parapet, strącił donicę geranium. Hycnął na kuchenne okienko. Tam pochwyciła go salowa. Podniosła za grzbiet, wymierzyła prostopadły cios chochlą, od którego złożył się jak harmonia.

— …pięćdziesiąt trzy, pięćdziesiąt cztery… — Pielęgniarka z wózkiem wskazywała pal­cem kolejnych pacjentów. Szerokie wargi obwisły w wyrazie znudzenia. — Siedzieć na zadkach, psychole, nie łazić, bo się was nie doliczę!

Mirjam

Przedpołudnie tchnęło gnuśnym nastrojem. Owinięty płachtą melancholii Ludwik adorował swoje odbicie w lustrze. Z narcystycznym łakomstwem chłonął owal twarzy. Wydymał usta, przesuwał palcem po grzbiecie nosa. Puszył się w pełnych samouwielbienia pozach. Zamiast spodni nosił upstrzone wzorkami fircykowate rajstopy. Buty zastępowały kolorowe, nabijane cekinami ciżemki o długich, zadartych noskach. Rozchylił poły ręcznie wyszywanej, jedwabnej bluzy, wodził palcem po wypukłościach żeber, skubnął brodawki piersi. Podrzucał włosy i pozwalał im opaść na ramiona. Skręcał ramiona na podobieństwo warkocza. Każdy jego gest, poruszenie ciała wydawały się podlegać przygotowanej wcześniej choreografii.

— Zwierciadełko, powiedz przecie… — Zrobił kilka głupich min, ale nie miał nastroju do żartów. — Nic się nie dzieje, nudno jest. Można skonać z nudy. Popadam w stan zgryzoty — rozwlekle żuł myśli.

Pomachał sobie dłonią. Lustrzana postać odwzajemniła pozdrowienie. Zrobił krok do przodu i młodzieniec w lustrze również się przybliżył. Przechylił głowę. Alter ego odpowiedział tym samym. Puścili do siebie zalotnie oczko.

— Czas się wlecze, godzina za godziną. Kolejny dzień doczepiony do ogona dnia poprzedniego — wysławiał się kwieciście, z afektacją. Spod małego palca pobrzdąkiwał uwiązanym na nitce dzwoneczkiem. — Wszystko nijakie. Puste. Nicość w głębi istnienia. Nawet ból lepszy jest od pustki. — Chuchnął w szkło, przetarł mgiełkę rękawem. — Chyba wiersz jakiś popełnię. Szczypiący duszę poemat epicki. — Naciągnął skórę pod powiekami, odsłaniając spody gałek pocięte żyłkami. Zapatrzony w zmącone parą odbicie, zamarł w patetycznej pozie, ze szczęką wysuniętą karykaturalnie do przodu.

— Opis zjawisk dziejących się hic et nunc prowadzi do istoty problemu — mamrotał Tymoteusz, wyprowadzając w przestrzeń publiczną dyskurs toczony w myślach. Leżał na łóżku unieruchomiony pasami. Tylko głowa pozostała wolna. Podniósł ją i uderzył potylicą o poduszkę. — Pozwala wznieść się ponad wymiar stricte materialny, przejść w obszar poznawczej abstrakcji…

Ludwik zanucił operetkowy kuplet, zakończony głębokim skłonem. Na nadgarstkach zaszczękały bransoletki z muszelek. Przez jakiś czas bawił się tym dźwiękiem. Z wyrosłych w kącikach warg pęcherzyków śliny utworzył błonę i wydął w rodzaj połowicznej bańki.

— Stoimy na krawędzi przepaści. — Zmrużył oczy, jakby patrzył na jakiś daleki krajobraz. — Skoczyć samemu, czy lepiej czekać na strącenie?

Rudolf krążył po sali niczym zbłąkana dusza. Szmer monotonnych słów układał się w kojącą melodię litanii. Po dokonanych niedawno samookaleczeniach przeguby rąk obwiązane miał bandażami. Chodził trochę ukośnie, jakby opierał się podmuchom wiatru. Co pewien czas zastygał w medytacyjnym bezruchu, z wybałuszonymi oczami i czołem splątanym siecią zmarszczek. Zapatrzył się w tarczę słońca podobną do złotej monstrancji. Wyrosłe na niej plamki pęczniały, formowały się w zarysy skrzydlatej postaci w powłóczystej szacie.

— Hosanna! — zawołał w ekstazie, głosem przepojonym czcią. — Hosanna na wysokości!

Poczuł na sobie słodki oddech aniołów, łopot skrzydeł. W uszach rozbrzmiewały dźwięki trąb. Zatrząsł się z rozkoszy. Usta skrzywiły się, jakby brakowało mu tchu. Oczy rozwarły się z uwielbieniem. Nienaturalnie przejrzyste źrenice zdawały się naprężać w wysiłku dostrzeżenia czegoś poza zasięgiem widzenia. W trwożnym geście przycisnął do piersi krucyfiks. Światło zrozumienia niepojętego przeniknęło przez sufit i opromieniło go migotliwą aureolą. Oblicze zalśniło nadziemskim blaskiem. Duszę ogarnęło radosne drżenie. Wybiegł z sali, by rozgłosić objawienie. Tuż za progiem podwinęła mu się noga i rymnął jak długi. Nie podnosił się już, tylko rozsunął ręce, jakby zaległ krzyżem na kościelnej posadzce.

— A Józefina gdzie jest, no gdzie? — szczebiotała wesoło Mirjam. Szeroki uśmiech sprawił, że dołeczki na policzkach stały się wyraźniejsze. Zamiast bluzki owinięta była ręcznikiem ściągniętym węzłem pod pachą. Biodra opinała spódniczka z liści paproci. — Zgaduj-zgadula: w sali ona leży? Nie, nie, mylny błąd, tam jej nie ma. To może w świetlicy radia maryjnego słucha? — Poruszała faliście ramionami, jakby były wstążkami trzepoczącymi na wietrze. Spod ręcznika wychynęły piersi i kołysały się w synchronizacji z ruchami barków. — Też nie. Bo w ustępie się ona powiesiła — oznajmiła, jakby chodziło o widok tęczy za oknem.

Stefan gapił się na nią zaspanymi, zbaraniałymi oczami. Obrzękła od snu twarz powoli się kurczyła, wydłużyła i popielała z przerażenia.

— Powiesiła?!

— A tak. Na szalu. Tym wełnianym, co go na drutach dziergała. Zapłakała nad głodnymi dziećmi w Afryce i się wyhuśtała… żart! — Mirjam zaniosła się dźwięcznym chichotem, z piąstkami przytkniętymi do ust.

Zawiesiła ciężar ciała na pięcie i okręciła się jak fryga. Poruszane siłą odśrodkową liście paproci uniosły się. Rozpędziła się, wyciągnęła ręce, wykonała bokiem gimnastyczną gwiazdę i opadła z powrotem na bose stopy. Zakołysała biodrami niczym hawajska tancerka. Wskoczyła na łóżko Filipa, wydeptała mu plecy. Rozluźniła sznurek opinający talię. Gdy zielsko opadło do kostek, szurnęła nogą. Spódniczka poleciała z furkotem przez salę. Odsłonięte ciało zdawało się błyszczeć w szarym, obskurnym pomieszczeniu. Z bioder wystrzelały długie, silne nogi. Palce poruszały się niby przyczepione do kończyn dżdżownice. Fiknęła pod kołdrę ze zwinnością wiewiórki wskakującej do dziupli.

Szczecina okrywająca skórę Filipa zje­żyła się. Z obu dziurek nosa wypadły gile. Złapał brzeg kołdry i również przykrył się nią cały. Na łóżku zakotłowało się.

W szparze uchylonych drzwi ukazały się pożółkłe od nikotyny palce, potem kozia bródka sanitariusza. Solidne wgłębienie na uszkodzonej kości skroniowej nadawało obrysowi głowy asymetryczny kształt. Słomkowy kapelusz nie mieścił się w otworze i rondo wygięło się po obu bokach.

— Ty, świeżynka — skinął na Che. Wraz z oddechem Capa wnętrze sali przesiąkła woń wędzonej makreli. Nawykiem kokainisty pociągnął nosem, rozwierając naprzemiennie raz jedną, raz drugą dziurkę. — Wołają cię na ba… adanie. — Słowo wydłużyło gargantuiczne beknięcie.

***

Ściany zabiegówki wyłożone były lśniącymi, białymi płytkami. Z sufitu zwisał kryształowy żyrandol. Środek zajmowało obłożone dokumentami biurko. W powietrzu unosił się ostry zapach spirytusu medycznego.

— Stanąć-pod-ścianą-rozebrać-się-i-czekać — powiedziała oddziałowa, jakby to było jedno słowo. Docisnęła pieczątkę na zadrukowanej kartce.

Towarzyszyła jej pielęgniarka z kręconymi włosami, związanymi rzemykiem wysoko na głowie. Wyćwiczonymi ruchami brała flakoniki z przeszklonej szafki, wydłubywała palcami leki, następnie ze wzrokiem wlepionym w kartę zleceń rozkładała do kieliszków umieszczonych rządkami na tacy.

Che zdjął piżamę. Koszykiem splecionych palców zakrył podbrzusze.

— …a na noc wylądowałem u rudej — ciągnął opowieść ordynator. Ochrypły głos zdawał się przesiąknięty wilgocią. Świadom tego, że mowa jest zbełtana, starał się mówić wolno, z przesadną dbałością o artykulację.

Podkrążone od niewyspania oczy emanowały wesołością, której nie zdołały stłamsić ciskane zza biurka jadowite wejrzenia oddziałowej. Jego nieforemna sylwetka składała się na taborecie. Poły fartucha powiewały w podmuchach pracującego w kącie wentylatora. Źle zapięte guziki odsłaniały fałdę brzucha. Metalową głowicę stetoskopu zarzucił sobie na plecy jak szalik. Po zaliczonym niedawno upadku ze schodów twarz była pokancerowana.

— Krasawica! Diablo urocza — podkreślił, chichocząc w duchu na widok trwożnego znaku krzyża czynionego przez zakonnicę i bezgłośnych przekleństw oddziałowej wypowiadanych samymi wargami. — Kurwa i anioł w jednej osobie. Żeni piekło z niebem. Wedle porzekadła: dzieweczka cud, usteczka jak miód. Boski majstersztyk. Stworzony ku uciesze chłopów, cha! — Zaparł się nogami, gdy zbyt mocno odchylił tułów.

Zakonnica złapała go za materiał na plecach i przytrzymała.

— Czy aby pan nie bluźni, doktorze?

Pstryknięciem w spód paczki ordynator wystrzelił papierosa. W locie złapał filtr wargami. Ruchem kciuka odpalił zapalniczką zippo, parząc sobie przy tym czubek nosa. Wziął długiego sztacha. Chmura dymu otoczyła głowę szarą mgłą. Prąd powietrza od uchylonego lufcika układał ją w fantazyjne wzory.

— Zbudowana jak się patrzy. Wykształcona wszechstronnie, z przodu i z tyłu. — Z plączącej się między nogami teczki wyjął puszkę piwa. Pociągnięciem zawleczki otworzył ją z sykiem. Zlizał pianę rozlaną wokół owalnego otworu. Siorbnął łyk, przepłukał usta. Połknął piwo z donośnym gruglnięciem. Owłosiona grdyka podskoczyła i opadła z powrotem. — Pipka pulchna, cudnie woniejąca, słodka.

Chichot pielęgniarki zadźwięczał między półkami szklanej szafki.

— Dziel leki, flądro! — warknęła oddziałowa.

Zmrużywszy oczy, ordynator powoli wciągnął dym.

— Dupsko okazałe, dostojne. Wyjątkowo krasne. — Zakreślił puszką obłości. Piwo w środku chybotnęło się, przelało otworem i chlusnęło na podłogę. — No i biuścik, to ci dopiero pyszności! Nadobny, szlachetnej materii. Brak słów, żeby cudo to opisać.

— Może na trzeźwo się uda — powiedziała oddziałowa, nie odwracając głowy.

— Cycuszka mięciutkie, papuśne. Olśniewające tak, że trzeba mrużyć oczy, by nie oślepnąć. — Ordynator pławił się w zachwy­cie. — Sucięta naprężone, twarde niczym diamenciki.

Zakonnica poufale wymierzyła mu szturchańca w żebra. Trochę zbyt mocno, bo dźgnięte płuca chrapnęły głucho.

Wolną ręką objął jej pierś. Zaczął miętosić, ugniatać miarowo jakby wałkował ciasto.

— Cycki-jak-trza… — zapodał fragment szlagierowej piosenki disco.

— …sztuk-dwa — dokończyli całą trójką, razem z pielęgniarką i zgodnie zanieśli się śmiechem.

Zakonnica huśtała się na swych gigantycznych udach. Zgromadzony pod skórą tłuszcz dygotał, piersi falowały.

— A dusza? — Strąciła z siebie rękę ordynatora i zakaszlała w kułak. Przyciśnięty nos rozlał się pod palcem. Wycisnęła na oblicze wyraz powagi. — To, co w środku się nie liczy?

— Liczy się, jakżeby inaczej! — Podrapał się w brzuch wystający spod zrolowanego podkoszulka. Gibnął się na taborecie i przed upadkiem musiała chronić go zakonnica. — Dusza czysta jak łza. Za to ciało… oj, pyszne, mniam-mniam. Słodko-pikantne. Dobrze mówię, mały? — zagadnął psa.

Basset zastrzygł rozumnie uszami. Z wyrazem ufności obserwował pana spod półprzymkniętych powiek. Marszczył wargi na podobieństwo uśmiechu. Merdający ogon trzepotał zadem. Za każdym razem, gdy został obdarzony wejrzeniem, kłapciate uszy, zwisające niby liście sałaty, podnosiły się, pysk rozdziawiał się i wypuszczał jęzor.

Szurnięciem nogi ordynator zrzucił ubłocony, pozbawiony sznurowadeł but i pogłaskał grzbiet basseta gołą stopą. Ten odwzajemnił się przymilnym mruknięciem, dopóki noga nie przygniotła go do podłogi. Usłużnie przyniósł but w zębach i szczeknięciem upomniał się o nagrodę.

— Baloniki mięciutkie. Aż się proszą, żeby je pieścić, cmokać, lizać…!

Zakonnicy wyrwało się mimowolne westchnienie. Twarz oblał pąs, niteczka śliny połączyła usta z habi­tem. Z błogostanu wytrącił ją łoskot towa­rzy­szący wywrotce ordynatora. Na odgłos spadającego ciała nałożył się skowyt przygniecionego psa.

Basset wygramolił się spod brzucha ordynatora. Otrzepał się, wzbijając z sierści tumany kurzu. Trzepotaniem tylnej łapy po uchu pozbył się obżartego kleszcza przyczepionego do skóry niby małe winogrono. Chwilę szwędał się po zabiegówce, obwąchiwał sprzęty. Wcisnął pysk przez uchylone drzwiczki szafki z lekami. Chemiczne zapachy wywołały salwę kichnięć; wyparskane w nosa bryzgi osiadły na fiolkach. Z nonszalancko uniesionym pyskiem obsikał róg szafki, nie przerywając nawet wtedy, gdy oddziałowa z furią cisnęła weń długopisem. Próba spółkowania z nogą pielęgniarki skończyła się pacnię­ciem w kark. Obrażony na ludzi wczołgał się pod kozetkę. Umościł sobie legowisko na starej szmacie. Z łbem wtulonym między zadnie łapy szorował językiem genitalia.

Zakonnica złapała ordynatora za kołnierz i wciągnęła z powrotem na kozetkę.

— Ściągnęła, co miała i ruszamy w tango. — Otrzepał rękawy. Sięgnął ręką pod fałd brzucha, zapiął rozporek na ostatni ocalały guzik. — Hejże-ha, numer za numerem, że nie odsapniesz. Całą noc, do białego rana — ciągnął z widocz­nym wysiłkiem, by nie połykać słów.

Zakonnica przycisnęła brodę do szyi, podgardle zakrywało kołnierz. Focze ciało przelewało się przez brzegi taboretu. Habit układał się w majestatyczne fałdy.

— Pranie maglowane było raz — krótka przerwa na przełknięcie śliny — czy więcej?

— Niech policzę: dwa, trzy… może nawet cztery numerki. I jeszcze jeden na do widzenia.

— To będzie razem…

— Pięć! — oświadczył z dumą.

— Nie zmyśla pan, aby?

— Słowo honoru! — Głos ordynatora nabrał mocy. Podniósł dłoń jak do przysięgi, ale palec skierował do ucha i wydłubał grudę wosku. — Się ma parę w kroku, to się jedzie. Para-buch, koła-w-ruch.

Uśmiech zakonnicy sięgnął kącików oczu. Pasowała się z ogarniającą ją wesołością, w końcu wybuchła mocnym, ochrypłym śmiechem.

— Och, ty byku krasy!

— Buhaj z rogiem, co się zowie.

Pogroziła mu żartobliwie palcem.

— Żeby takie sprawy, fe!

— Jakie sprawy?

— Cudzołożenie, znaczy.

Ordynator przyssał się do puszki. Przechylił tak, że piwo przelało się do przegrody nosowej i splamiło kołnierz. Beknął, przysłaniając dla przyzwoitości usta, z których wypłynął obłoczek dymu.

— Ale to żadna lafirynda. — Strząsnął w mankiet spodni szary popiół z papierosa. — Niewiasta, za przeproszeniem, porządna i doświadczona.

— Ma męża.

— Dziwne nie jest, bo większość ma.

— Wstydu u pana za grosz. Się nie godzi… chyba.

— Wstyd byłoby takiej nie dogodzić.

— Wziąłby się pan lepiej do pracy.

Ordynator nadął policzki i wydał ustami pierdzący odgłos.

— Praca-sraca. Dupiaste zajęcie. Są przyjemniejsze. — Z kieszeni wyjął bloczek recept. Wydarł jedną, otarł nią brodę jak serwetką. Pociągnął papierosa do filtra. Ujął niedopałek w dwa palce i pstryknął. Jasny ognik zakreślił łuk w powietrzu, przeleciał półkolem przez zabiegówkę, po czym wylądował w koszu na śmieci.

— Nowy pacjent czeka.

— Niech spierdala… gdzie on?

— O tam stoi. — Zakonnica wskazała nosem na Che.

— Masz spierdalać, koleś.

— Doktorze!

Ordynator ziewnął szeroko, nie zasłoniwszy ust. Przypominały wielką dziurę z pokurczonym językiem na dnie. W fartuchu rozdzwoniła mu się komórka. Spod materiału wypływały piskliwe dźwięki. Próbował je uciszyć plaśnięciem po kieszeni, ale niechcący tylko pogłośnił melodię.

— Cisza! — wrzasnął i wtedy telefon umilkł. Pogłaskał kieszeń gestem, jakim nagradza się psa za posłuszeństwo. — Człowiek nie wół, pogadać sobie musi. Bo niby do czego ma język? Ponoć najsilniejszy ludzki mięsień. Bardzo ważny organ. Giętki, zwinny oraz przenikliwy. Pieszczotliwie czuły. Źródło rozlicznych rozkoszy — zaznaczył, zniżając poufale głos.

Zakonnica zapłoniła się aż po obręb kołnierza.

— Nie mam pojęcia, o czym pan bredzi. — Welon na jej głowie załopotał. Oczy skręciły na boki, by nie dostrzegł pryskających z nich wesołych iskierek. — Poza tym skakanie z kwiatka na kwiatek w pańskim wieku jest niezdrowe.

— Gówno prawda! — Zmarszczył twarz tak, że gałki oczne przykryła sfałdowana skóra. — To sól życia jest. Ambrozja, pokarm bogów z ogrodu Hesperyd. Kto go spożywa, zyskuje wieczną młodość. Mężczyzna w sile wieku niejednego młodzika przeskoczy. W tych sprawach nie wystarczy chcieć, trzeba umieć. To domena dojrzałości jest. Bo wymagającej kobyle byle źrebak nie dogodzi. Potrzebny jest ogier długodystansowy. Z wyczuciem oraz znajomością rzeczy. A chłop z wiekiem dojrzewa, nie przekwita jak stara panna.

Upuszczony przez oddziałową segregator upadł z trzaskiem na podłogę.

— Czego rżysz, głupia! — ofuknęła pielęgniarkę, która chichotała w kułak. — Rób co masz robić, bo zostaniesz po godzinach.

Dławiony chichot pielęgniarki wzbił w powietrze karteluszki ułożone na tacy przy kieliszkach.

— Już skończyłam, siostro. — Strząsnęła włosy na czoło i przeczesała je palcami.

— To pogoń stąd sierściucha. Pierdzi, że dech zapiera.

Basset uniósł łeb ze szmaty i zaskamlał melodramatycznie. Podkulony ogon wyskoczył spomiędzy zadnich łap i pozamiatał podłogę. Oddziałowa wyciągnęła nogę, żeby go kopnąć, ale nie sięgnęła. Zamachnęła się rolką bandażu. Basset parsknął leniwie, demonstrując obojętność wobec gróźb.

Na dłoni ułożonej w rodzaj miseczki ordynator dał mu piwa do wychłeptania.

— Dobry piesek, dobry.

Basset wyczołgał się spod kozetki. Jęzor zamiatał na wszystkie strony, wciskał się w szpary między palcami, aż wylizał dłoń do czysta. W przypływie pijackiej czułości ordynator ścisnął go za mordę. Basset zaskowyczał z bólu. Wyszarpnął pysk z objęcia i karnie ukąsił pana w nadgarstek.

— W tym sporcie nie mam równych sobie. Jak się rozkręcę, to samego diabła przeskoczę.

— Wszelki duch pana Boga chwali! — Zakonnica przeżegnała się trwoż­li­wie. — Tu już na pewno pan bluźni.

— W psalmie nakazano: zdrowy chłop musi, bo inaczej się udusi.

— Pali się! — wrzasnęła pielęgniarka i pobiegła gasić kosz, który zajął się od niedopałka.

***

Pacjentka o twarzy zbryzganej piegami wydłużonym chrząknięciem zaanonsowała swoją obecność. Stała przy wejściu w pozie typowej dla kobiet ciężarnych: nogi rozkraczone, biodra wypchnięte do przodu. Koszulę na brzuchu wydymała poduszka. Szczupłą twarz o kanciastym nosie znaczyły strupy po rozdrapanych krostach, jakby pokąsały ją owady. Gęstwinę rudych włosów splatał snopek warkocza.

Sierść na grzbiecie basseta nastroszyła się lekko. Krótkie sapnięcie wydęło skórę nad zębami. Szczeknął ochryple dwa razy, trzecie przeszło w ziewnięcie, które ułożyło rozdziawiony pysk w owal z zagiętym jęzorem pośrodku. Kłapnął szczęką za przelatującą koło nosa muchą. Odwrócił się zadem do Pieguski i demonstracyjnie szurnął łapami, jakby zasypywał za sobą łajno.

Palcami przytrzymywała okulary niczym teatralne lornetki. Grube szkła powiększały wybałuszone oczy. Słaby wzrok zrodził nawyk ustawicznego pochylania się do przodu, by przybliżyć twarz do interesującego obiektu.

Widok nagiego Che rozszerzył jej źrenice, upodobnił do pary guzików przyszytych do główki trzymanej na biodrze lalki. Zaszczękała zębami w zachwycie. Wydała niski pomruk, jakby miała w gardle organ do wyrażania podniecenia. Poruszaniem barków rozkołysała wyzywająco piersi. Poprawiła z kokieterią zlepione włosy, przełożyła warkocz na piersi. Posmerała włoski na torsie Che. Ruchliwe palce badały rzeźbę ciała, fałdy skóry napiętej na żebrach, podbrzusze.

— Czego tu chcesz? — burknęła oddziałowa.

Pieguska odskoczyła od Che. Wykwitły na twarzy rumieniec wchłonął czerwony placek egzemy. Kręciła w palcach i skubała końcówkę warkocza.

— Nic, ja tylko… słyszałam głosy, to weszłam. Myślę sobie: może złodzieje buszują. Ale jacy tam złodzieje, przecież to ciocia i pan… — łypnęła na zmarszczone czoła ordynatora. Podrapała się z zakłopotaniem w pierś. — Przyjdę później.

Szorstkie „stój!” za plecami zatrzymało Pieguskę w połowie ruchu. Zastygła z jedną nogą uniesioną do odwrotu i zawieszoną w powietrzu, jakby drogę zagradzał niewidoczny szlaban.

Oddziałowa posłała jej znużony uśmiech.

— Co tak przebierasz nogami jak organista na pedałach? — Wysunęła spod biurka plastikowe krzesełko i pchnęła w stronę Pieguski. — Siadaj i mów, co ci na wątrobie leży. Byle prawdę.

— Siostrze zawsze — oświadczyła Pieguska z nutką goryczy w głosie.

Przycupnęła na taborecie samą kością ogonową i zaraz zerwała się, jakby z blatu wyrastały kolce. Splotła palce na wydętym brzuchu, spuściła wzrok. Czubkiem pantofla pocierała brzeg chodnika. Widząc, że oddziałowa wskazuje na swoje ucho, pochyliła się i chwilę tłumaczyła coś świszczącym szeptem. Zetknięciem kciuka z palcem serdecznym zrobiła kółko, następnie poruszała w środku palcem wskazującym drugiej ręki.

Oddziałowa słuchała z głową wysuniętą do przodu.

— Przestań kręcić, mów konkretnie. W koci-łapci się bawili?

— Ależ ciociu! Oni się… — Pieguska przyciągnęła ramię do boku i wykonała gest przypominający pompowanie. — Na czworaka, takie coś. Na własne oczy widziałam. — Grzmotnęła się w piersi. Uderzenie wchłonęła szmaciana główka lalki.

***

— Zbliż no się, słonko — oddziałowa zwróciła się do Mirjam tonem piekącej słodyczy. — Śmiało, nikt cię tu nie pożre. Nie zjadamy pacjentów, zwłaszcza chudych — zapewniła.

Towarzysząca jej pielęgniarka skinęła potakująco głową.

Mirjam zrobiła posłusznie parę kroczków. Drobiła po rozłożonym chodniku, noga przy nodze, jakby oszczędzała każdy centymetr przestrzeni dzielącej ją od oddziałowej. Nagle bez powodu przysiadła. Wzięta pod pachy przez Pieguskę, znów posunęła się nieco do przodu. Stanęła z opuszczoną głową pośrodku zabiegówki, oniemiała ze strachu, zgarbiona, z rękami zwisającymi wzdłuż tułowia. Umieszczony w kącie wentylator rozwiewał jej bujne włosy. Usta mokre od niepołkniętej śliny. Zamiast butów założone miała grube wełniane skarpety. Ręcznik okrywający wcześniej piersi zgubiła po drodze, jedynie biodra osłaniała mocno już przerzedzona paprotkowa spódniczka. Sznurek, na którym była zapleciona przytrzymywała ręką w pasie.

Oddziałowa siedziała w obrotowym fotelu, wyprostowana jak struna, w wystudiowanej pozie.

— Ding-dong. — Wykonała gest potrząsania dzwoneczkiem. — Nie stój jak słup soli, powiedz coś. Przynajmniej oddychaj, bym nie miała wrażenia, że gadam do trupa.

— Ale co?

— Pstro! Coś robiła w łóżku tego… Shreka.

— Filipa — sprostowała Pieguska. — Coś z nim robiła, cipo głupia, pyta się ciocia. Na czworaka, jak suka.

Oddziałowa polerowała łokciem poręcz fotela, by pohamować rozpierające ją od środka impulsy. Stwardniałe rysy nadały twarzy sępi wygląd. Wzrok przenikał głowę Mirjam na wylot, wdzierał się w najskrytsze warstwy umysłu.

— Pomyśl i odpowiedz. Przecież dowiem się prawdy. W taki czy inny sposób. Bo ja muszę wiedzieć. Nie potrzebuję strzępów informacji. Chcę jasnej odpowiedzi.

— Gadaj, zdziro, kiedy ciocia zapytuje! Nie stój jak cielę przed malowanymi wrotami, co ani beee, ani meee, ino cioci należycie odpowiadaj. Bez krętactwa, ze szczerego serca.

— A ty — nie odwracając twarzy, oddziałowa skierowała ku Piegusce wyprężony kciuk — się zamknij.

Usta Pieguski posłusznie ściągnęły się w ryjek. Objęła je dłonią i zakręciła ekspresyjnie niby kurek od kranu, po czym wykonała gest, jakby dodatkowo zaszywała nitką. Tylko cichymi parsknięciami okazywała swoje niezadowolenie.

— Masz plewy we włosach, czy mi się zdaje?

Pieguska rozerwała palcami wyimaginowane zaszycie na wargach.

— Bo żem w parku na trawie leżała.

— To uczesz się przyzwoicie. Wyglądasz jak czupiradło.

— Nie mogę.

— Czemu?

— Szczotkę mi zajebali.

— Nie tym słowem.

— Ukradli, znaczy. Nie da się poczesać bez szczotki. Odłożyłam na szafkę, bo myślę sobie: po co szczotkę nosić, kiedy włosy poczesane są. Idę do kibla — Pieguska wykonała krótki przemarsz po obwodzie koła — wracam i co? Nie ma! Gwizdnęli mi szczotkę i teraz szukaj wiatru w polu — trajkotała, dopóki kwaśna mina oddziałowej nie wyssała z niej resztę monologu. Złapała Mirjam za włosy i szarpnęła mocno. — Coś robiła z Filipem, pizdo jedna, cioci odpowiadaj!

Krtań Mirjam była sparaliżowana, nie mogła nawet przełknąć śliny. Musiała przepchać ją chrząknięciem.

— Nic — wykrztusiła. Serce trzepotało w klatce żeber niby schwytany w pułapkę ptak. Potarła ramiona ogarnięte chłodnym podmuchem wentylatora. Odkryte piersi zafalowały pod wpływem tego ruchu.

— Tak się odzywasz do cioci, wredziuchu?! Prawdę masz gadać, najszczerszą, jak na spowiedzi. Bo ciocia ważniejsza od księdza jest.

Oddziałowa złapała Mirjam za podbródek i uniosła jej twarz.

— Zbadajmy fakty po kolei. Weszłaś do męskiej sali, by…? — zawiesiła pytająco głos. Utkwiła wzrok między ustami a gardłem Mirjam, jak gdyby chciała wyłuskać odpowiedź z samego źródła głosu.

— …pospacerować.

— Acha. I przypadkiem zawędrowałaś do barłogu tego wieprza.

— Tak było.

Oddziałowa skwitowała to szyderczym ściągnięciem warg.

— To ma sens. Gówniany wprawdzie, ale ma. A ty — skinieniem palca wywołała do głosu Pieguskę — co w sprawie masz do powiedzenia?

— Ciocia przecież wie.

— Niech inni też usłyszą.

— Oni się… ten-teges. — Pieguska zawachlowała szerokim dupskiem, po czym wykonała ręką gest pchnięcia, któremu towarzyszył wydany ustami pierdzący dźwięk.

— Gadaj po ludzku, a nie pokazuj jak małpa.

— Migdalili się.

— Uprawiali seks — poprawiła oddziałowa.

— Pierdolili się. Jak dzikie.

— Bez brzydkich słów.

— Niecywilizowane.

— Wcale nie! — zaprotestowała Mirjam.

Pieguska sardonicznym chichotem podkreśliła swoją pogardę. Z oczu wyzierała zgryźliwość.

— Pieprzyła się z Filipem, a teraz kłamie. Myśli, że udatnie. Ale to szalbierstwo jest. Zełgała cioci w żywe oczy. Po takich cygaństwach powinna gębę wyszorować mydłem. Bóg ją skarze. Pośle do piekła. Albo zgasi nad nią światło i do śmierci będzie chodzić po cimaku. Już ją skarał, bo francy śmierdzi z pyska. Czuć, prawda? Szprota dyma się z każdym fagasem na oddziale. Zberezeństwo przebrzydłe. Że też się nie wstydzi. Nawet ja się za nią wstydzę, a to chyba dobrze o mnie świadczy, prawda, ciociu? — Wydęła obrzmiałe wargi. Przełożyła lalkę na lewe biodro. — Powinna odgryźć sobie jęzor. Albo zalać wrzątkiem tę sromową gębę. Od lubieżności mózg jej wymiękł i zapomniała, co przyzwoite jest. Choćbyś przed naszą ciocią nie łgała. Najfajniejszą ciocią pod słońcem. Co dla pacjentów poświęca się jak matka.

— Nie…

— A właśnie, że jak matka! — Pieguska tupnęła nogą. — Ciotunia jest cudowna. Cuuudooownaaa! — W jej głosie nabrzmiewała nuta histerii. Słowa rozklekotało wzruszenie. Łykała pośpiesznie ślinę, żeby pozbyć się guli z gardła. — Za ciocię naszą dałabym się pokrajać. Na plasterki, jak cytrynę.

— To miło z twojej strony — powiedziała oddziałowa cierpko.

— Nawet pierś odjąć, nerkę, i…

— …wystarczy!

Dolna warga Pieguski zaczęła drżeć. Klatka piersiowa nadymała się haustami powietrza. Oczy za okularami napęczniały, żółta obwódka otoczyła źrenice. Szkła od środka zaszły mgiełką. Wysmarkała się w rękaw na zgięciu łokcia.

— Ciotunia ukochana! — Próbowała wziąć się w garść, ale wzruszenie przeważyło. Głowa zakołysała się na karku, wreszcie zakwiliła płaczem. Z obu dziurek nosa wyrosły bańki. Kostropata twarz skurczyła się, złożyła dziesiątkami fałd. Z wyłupiastych oczu tryskały strumienie, zupełnie jakby odkręciła w nich kran. Grube krople wypływały spod dolnych powiek i spadały na ziemię. Tułów wykrzywił się nienaturalnie. Płakała hałaśliwie, choć czuła przyjemne wzruszenie rozlewające się ciepłem w okolicy żołądka.

Oddziałowa klasnęła dłońmi o kolana.

— Przestań się mazać. Mów konkretnie, jak było.

Pieguska przełknęła resztę szlochów. Zdjęła okulary, palcami strząsnęła kropelki z powiek, resztę wytarła warkoczem.

— To żem się rozkrochmaliła. — Zassała zwisające z nosa smarki i przełknęła głośno. Wilgotną twarz osuszyła lalką. — Zawsze, kiedy mowa o cioci naszej najmilejszej… — Twarz znów skurczyła się niby zasuszona śliwka, jednak tym razem mina oddziałowej nie pozwoliła jej zapłakać. — Przyłapała żem ich in flagranti. — powiedziała głosem, w którym nie już było śladu łez. — Co znaczy…

— Wiem, co to znaczy — przerwała jej cierpko oddziałowa.

— …że się z Filipem grzmociła.

— Świadkowie mogą to potwierdzić?

— Jezdeńku, no przecie! Toć na oczach ludzkich się naparzała. Całkiem goła.

— Bo ciepło było — powiedziała Mirjam na bezdechu. Palce gniotły źdźbła paprotek. Mięsień uda podrygiwał w serii mimowolnych skurczy.

W geście oburzenia Pieguska uniosła brwi i wyrzuciła obie ręce w górę.

— No nie strzymam, jaka kłamczucha! Szuja straszna. Plecie bógwiejakie androny, że słuchać się nie da. Ciupciali się na fest. Ona kwiczała: ooo! — zajęczała crescendo, potrząsając głową. Warkocz zakołysał się na plecach. — A to gorzej, niżby brzydkie słowa wypowiadała. Na czworaka się waliła.

— Nie, nie…

— Właśnie, że na czworaka!

Oddziałowa zmierzyła Mirjam wzrokiem, w którym pogarda mieszała się z szyderstwem.

— Parzyłaś się z tym knurem, to już stwierdzone. Przez obiektywnych… po prostu: przez świadków. I lepiej nie za­prze­czaj, bo nie skończymy tej rozmowy do jutra.

— Pff! — Pieguska prychnęła przez nos, erupcja smarków opryskała jej piersi. Mina wyrażała dogłębne wzburzenie, choć w oczach pląsał błysk złośliwej satysfakcji. — Jeju, ciociu, jak ona mnie wnerwia! Czy musi tak? Oby zdechła. Nienawidzę srajdy. Zawsze jej nienawidziłam, tak samo jak ciocia. Nosi się jak Madame Pompadour, ale ino obciach robi. Uważa, że jest piękna. A nie jest, prawda? By się wstydziła tak o sobie myśleć. Pysk ma przebrzydły i charakter wredny. Poczwara mogłaby facjatą gołębie straszyć, żeby nie srały do rynny. Nawet bydłu nie powinna się pokazywać na oczy, bo od brzydoty krowom mleko w wymionach kiśnie. Ma się do urody jak koń do… — szukała porównania, ale nie znalazła. Rozłożyła ręce w nadziei, że ktoś podpowie. — Zdzira nieużyta. Łazi za Filipem z mokrymi majtkami. Bałamuci go, ociera się jak suka w rui. Centralnie przy ludziach grzebie mu w rozporku, takie rzeczy! Marzy, żeby ją wyobracał. Ale kto by chciał szkaradę? Ślepy chyba albo zboczony, bo normalny chłop się brzydzi.

— Do rzeczy — syknęła oddziałowa.

— Robi przed nim babskie szmergle i hopsztosy. Szczerzy gębę w prześmiechach, suszy zęby, mizdrzy się i klei. Co go ujrzy, zaraz dupsko nadstawia. Czy to przyzwoite jest? Za grosz! Zgorszenie ino sieje. Rozdziawia się jak zwykłe kurwiszcze. Ma taką ssawkę między nogami, że klękajcie narody! Pściocha bez dna. I ciągle te ruchy, ruchy, ruchy… — Pieguska podawała miednicę do przodu. Energiczne pchnięcia bioder sfałdowały pod nią chodnik. — Doprasza się, żeby wylizać jej włochatą…

— Dość!

Krzyk oddziałowej zdumiał Pieguskę. Obejrzała się przez ramię przekonana, że dotyczył kogoś stojącego za nią.

— Tego kwiata jest pół świata, ale cipa skisła dowala się akurat do Filipa. Myśli, że go skusi. Ale on… — wstrzymała na krótko powietrze w płucach — mój jest.

— Co?! — zaskrzeczała oddziałowa jednym głosem z pielęgniarką.

Pieguska oblała się krwawym pąsem. Czerwień spaliła policzki, wchłonęła pryszcze i na krótko skóra przybrała jednorodną barwę. Przyskoczyła do Mirjam z rozcapierzonymi pazurami, jakby zamierzała podrapać jej twarz. Spod uniesionej wargi błysnęły długie, koślawe zęby.

— Ukradłaś mi go, zboczona kusicielka, omotałaś. Marnujesz mojego misia. O, żeby ci oczy wygniły, żebyś ty gnój żarła! Chcesz porwać moje ciacho ukochane.

Zapowietrzyła się od trajkotania i musiała skupić się na wyrównaniu oddechu. Spierzchnięte, poznaczone egzemą usta rozciągnęły się tak, że zaczęły krwawić. Popieściła językiem rozszczep wargi, zaoblony czubek dotarł do dziurki nosa.

— Wiedz, jędzo przebrzydła, że tylko mnie on pragnie. Pożąda duszą i ciałem, to widać nawet przez spodnie. Zaślubion w sercu na wieki wieków. — Pieguska wyciągnęła przed siebie dłoń, by okazać pierścionek z plastikową kostką udającą kamień. — I dziecko — pogładziła poduszkę na brzuchu, niesłyszalny dla innych dźwięk chlupotania płynów owodniowych wywołał drżenie rozkoszy — owoc miłości z nasienia lubego poczęte — wyrzekła patetycznie.

— Zamkniesz się wreszcie! — warknęła oddziałowa.

— Ciociu, jak on cudnie dupczy. — Pieguska westchnęła z rozmarzeniem.

— Precz!

Pieguska próbowała udawać, że nie dosłyszała nakazu, lecz palec oddziałowej nieustępliwie wskazywał na wyjście. Ukłoniła jej się głęboko, z przechyłem w pasie. Dygnęła z gra­cją przed pielęgniarką. Pozostałych potraktowała zdawkowym skinieniem głowy. Do Che puściła zalotnie oczko. Przerzuciła na plecy opadający z drugiej strony warkocz. Odwróciła się rozlaźle i kaczkowatym krokiem poczłapała do drzwi. By okazać swe niezadowolenie, celowo mitrężyła po drodze, guzdrała się, tupała pantoflami. Ociągała się nawet przy przekroczeniu progu, jakby ten urósł do rozmiarów pokaźnej przeszkody. Już z korytarza pogardliwie wywaliła do Mirjam język i zrobiła gest podbijania brody pięścią.

Oddziałowa zamachnęła się na nią długopisem.

— W dodatku ma obsrane majtki. — Pieguska oskarżycielsko dźgnęła palcem. — Zbliż no się jeszcze do mojego misia, a walnę cię prosto w kuciapę — zagroziła i uchyliła się przed lecącym długopisem.

***

Ordynator siedział pochylony, z łokciami opartymi na kolanach. Zasłonięty gazetą, udawał, że czyta ogłoszenia ze środka. Dłonie zaciskały się i mięły papier. Siwe brwi zbiegły się u nasady nosa. Poradlone fałdami czoło jakby się skróciło. Trzepnięciem palców poprawił wybrzuszenie strony, aż w gazecie powstało rozdarcie. Kiedy na krótko przeniósł wzrok na Mirjam, kartki zaszeleściły mu w rękach.

— Doktorze… — szepnęła błagalnie.

Nie wytrzymał naporu ufności, jaka przebijała z jej spojrzenia. Ściągnął poły fartucha. Byłby go zapiął, gdyby w miejscu guzików zachowało się coś więcej niż strzępy nitek wszyte w materiał. Chciał podnieść się z kozetki, ale nie miał na to dość siły. Założył nogę na nogę, niezasznurowany but zwisał luźno ze stopy. Kaprawe oczy zasnuła mgiełka.

— Zostawcie mnie w spokoju, proszę — zajęczał głosem zbolałym, podobnym do beczenia barana. Na twarzy malował się wyraz udręki. Mięsień policzka drżał spazmatycznie. Bolesny ucisk w czaszce sprawił, że mimowolnie okrył głowę gazetą. — Jestem sterany życiem. Wydrenowany od środka. Mam zmęczoną duszę — ciągnął jękliwie przez papier. — Dokucza mi prostata. Przewlekły nieżyt żołądka, rwa kulszowa, zgnita wątroba, wrzody na żołądku. Napierdala lumbago. I te przeklęte hemoroidy. Co dzień krwawa sraczka. Mam chore dupsko, a wy człowiekowi zawracacie głowę.

Z rozmachem zmiął gazetę, paroma ruchami uformował ją w kulkę i odrzucił. Sięgnął po leżącą między nogami puszkę, przytknął do ust. Była pusta, z otworu wyciekły tylko strzępy piany. Potrząsnął nią energicznie, zassał ostatnie krople. Piwo miało gorzki smak i nie zdołał przepchnąć ani kropli przez przełyk. Splunął na podłogę.

— Nie sądźcie mnie źle, ja chcę tylko mieć spokój. — Skulony na krześle sprawiał wrażenie, jakby zapadł się w sobie. Obezwładniające zmęczenie wygięło grzbiet, sfałdowało sylwetkę i skróciło ją o połowę. — Kurza morda, co w tym złego?! — Końcówkę frazy wchłonął duszący kaszel, który wyrywał z gardła płaty flegmy. Twarz skurczyła się z wysiłku.

Mirjam złapała za rękę zakonnicę.

— Siostro…

Tęgie pośladki zachybotały w odruchowej próbie ucieczki. Rumieniec wypełznął spod kołnierza, ogarnął plackowato połacie skóry między habitem a welonem, następnie zwęził się i palił policzki dwiema równoległymi krechami. W zmrużonych oczach połyskiwało coś, co mogło być łzami albo kropelkami potu. Wzrok ślizgał się po przedmiotach, umykał na boki. Palce śledziły dotykiem widoczny tylko z bliska wzór tkaniny habitu. Uśmiech boleśnie zadrżał na twarzy. Od przygryzienia pojawiła się na wardze kropelka krwi. Poczuła swędzenie na całym ciele, z wysiłkiem oparła się pokusie drapania.

— Zrozum, ja tu pracuję — głos obrósł kleistą breją i zamarł.

***

Do zabiegówki wślizgnęła się znów Pieguska. Pchnęła Mirjam bliżej biurka, otrzepała ręce i złożyła je pod biustem w postawie średniowiecznej dwórki. Uformowała wargi w ciup. Oddziałowa pstryknięciem palców odesłała ją do diabła. Pieguska wróciła na korytarz, ale zostawiła drzwi uchylone. Zablokowała spód gumowym odbojnikiem, żeby nie zamknął ich przeciąg.

Niewidzialna siła ściągnęła Mirjam w dół. Osunęła się na kolana. Kark wydawał się złamany, głowa zawisła na piersi. Włosy rozsypały się i przykryły twarz woalką kosmyków.

— Ona źle widziała…

— Widziałam arcydokładnie — zawołała z korytarza Pieguska.

— …bo okularów nie miała.

— Miałam! W kieszeni były — oburzyła się Pieguska. Wychyliła się zza futryny. — Zaś cygani, pizda oślizgła. Pierdoli, że hej! Będzie tak łgać z czystej złośliwości. Bo sumienie ma zgniłe. Jezdeńku, jak mnie ta larwa wnerwia. Już mi serce trzepocze. Chyba idzie zawał. — Złapała się za miejsce pod piersią, omyłkowo prawą.

Mirjam leciutko wzruszyła ramionami.

— Bez okularów źle widzi, a potem plecie trzy po trzy.

— Łże, bura suka, aż w uszach skrzypi. Puszcza z tego gadziego pyska słowa jak pierdy. Ty się słyszysz, ropucho? Prawdę szczerą gadaj cioci naszej umiłowanej.

— Kiedyś donio­sła…

— Poinformowała — poprawiła oddziałowa.

— …że jej dziecko udusili, bo nie oddycha. A przecież to lalka była.

— Trzymajmy się tematu. Mówimy o tobie i tym…

— Filipie. — Wczepiona palcami we framugę drzwi, Pieguska wsuwała i chowała głowę niby język węża. — A z dzieckiem to prawda była przenajświętsza.

— Filipa w łóżku nie było — powiedziała Mirjam.

Oddziałowa prychnęła gniewnie.

— Wyjaśnienie jest do bani. Zastanów się i odpowiedz raz jeszcze. — Ścisnęła dłonią policzki Mirjam, przytrzymała żuchwę dwoma palcami. Syczący głos oplatał ją, krępował ruchy niewidocznymi sznurami, unieruchamiał klatkę piersiową i przyduszał tak, że w polu widzenia zawirowały ciemne plamy.

— Może i był — mamrotała Mirjam ustami zwiniętymi w ryjek. Przełknęła ślinę, żeby nie ciekło jej z buzi. — Ale…

— Uhm?

— …nie świntuszył.

Oddziałowa wyjęła z szuflady plastikową linijkę. Ujęła za oba końce i wygięła.

— Niech zgadnę — nastąpiło miarowe uderzanie plastiku w otwartą dłoń — wlazłaś bydlakowi pod kołdrę, żeby powąchać, jak cuchnie?

— A przy okazji possać jego pałę zajebistą — podsunęła Pieguska.

— Ostatni raz pytam: coś z nim robiła? Pomyśl spokojnie, nie ma pośpiechu. Przypo­mnij sobie i odpowiedz. Wepchnęłaś się wieprzowi do łóżka, bo…?

— Obiecał, że po plecach drapać będzie — powiedziała Mirjam. Oczy miała zamknięte, gałki drgały pod napiętymi powiekami.

Plastikowa rózga przecięła ze świstem powietrze. Mirjam zakwiliła cicho. Okolona miękkimi lokami twarz ściągnęła się w grymasie bólu. Z rozcięcia na karku spłynęło kilka czerwonych kropel, które rozmazały się, gdy potarła obolałe miejsce. Zapiekło ją tam jak po potarciu gruboziarnistym papierem ściernym.

— Kupujesz ten bajer, moja droga? — Oddziałowa skierowała pytanie do pielęgniarki.

W odpowiedzi podniosła dłoń i zakołysała nią w powietrzu.

— Ciula nas ewidentnie. Myśli, że z głupimi ma do czynienia, durna klępa. Po plecach ją drapał, kuźwa! Chyba fajfusem.

— Dziecinko, obrażasz moją inteligencję. Kłamstwo masz wypisane na dnie swoich oczu… nie zamykaj ich! Zamkniesz, jak ci pozwolę, teraz nie.

— Dziewica niepokalana się znalazła. Wiatropylna. Dzieciaków też pewnie narobiła, bo jakiś obwieś ją od tyłu drapnął.