Nieodgadniony - Maureen Johnson - ebook + książka

Nieodgadniony ebook

Maureen Johnson

4,0

Opis

„Nieodgadniony” to pierwsza część kryminalnej trylogii „Truly Devious” autorki bestsellerów  według „New Jork Timesa”, Maureen Johnson. Pasja autorki do zagadek widoczna jest na każdej stronie. Podczas lektury możemy poczuć się jak w Escape Roomie – pełnym zagadek pomieszczeniu, z którego  tylko spryt i bystry umysł pozwolą się wydostać.

 

Akcja rozgrywa się na przemian w dwóch planach czasowych – w 1936 roku, kiedy wydarzyła się zbrodnia i współcześnie. Powieść przywodzi na myśl klasyczne kryminały Arthura Conan Doyle’a czy Agathy Christie. Jednocześnie jest to jednak książka na wskroś współczesna, dziejąca się tu i teraz, wśród młodych ludzi, dla których świat nowoczesnych technologii ma ogromne znaczenie.

 

Akademia Ellinghama - elitarna, prywatna szkoła w Vermont, dzieło życia Alberta Ellinghama. Miejsce pełne łamigłówek i zagadek, wijących się ścieżek, ogrodów, ukrytych korytarzy i tajemnych przejść. Jest niczym dom zagadek. Bo - jak twierdzi jej założyciel – „nauka jest zabawą”. W 1936 roku, wkrótce po otwarciu akademii, znikają żona i córka Ellinghama. Jedynym tropem w sprawie jest prześmiewczy list-zagadka, w którym podpisana pseudonimem „Nieodgadniony” postać wymienia sposoby na morderstwo. Porwanie rodziny Ellinghama staje się jedną z największych nierozwikłanych zbrodni w historii USA. Wiele lat później, pasjonująca się sprawami kryminalnymi uczennica pierwszego roku akademii, Stevie Bell, postanawia rozwikłać zagadkę z przeszłości. Najpierw jednak musi odnaleźć się  w wymagających szkolnych realiach  wśród nowych, ekscentrycznych przyjaciół.

Coś wisi w powietrzu. Mroczna postać z przeszłości nie daje o sobie zapomnieć. Nieodgadniony - a wraz z nim śmierć - powróci do akademii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 373

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (163 oceny)
60
60
22
18
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Tynka8

Całkiem niezła

Na początku wręcz nie mogłam się oderwać od tej książki... Ale kiedy mniej więcej za połową już się oderwałam, to później bardzo trudno mi było do niej wrócić, miałam wrażenie, że akcja bardzo zwolniła, nie mogłam się wczuć w atmosferę śledztwa :( Mimo to, wydaje mi się, że będę chciała kontynuować czytanie tej serii.
00
Buniatek

Nie oderwiesz się od lektury

Ogólnie książka jest dobra, ciekawy pomysł na fabułę. Nieco boli jednak postać Vi - w oryginale osoby niebinarnej. Chociaż raz Janelle poprawiła "ona" na "one", to Vi przez resztę serii były misgenderowane...
00
domireads_

Z braku laku…

Słabe i niedopracowane. Bohaterzy płytcy, bez wyrazu, dialogi infantylne i często bez sensu. Pomysł na fabułę był całkiem ok, ale realizacja w ogóle nie przypadła mi do gustu. Zakończenie miało chyba zszokować lekko czytelnika i wzbudzić chęć przeczytania kolejnego tomu, ale dla mnie to również wyszło słabo. No cóż, totalnie mi się nie podobało :)
00
Solind

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna seria :)
00
Klaudia2115

Nie oderwiesz się od lektury

Do połowy nieco powolna, ale potem szybko się rozwija i jest dużo zwrotów akcji
00

Popularność




Tytuł oryginału: TRULY DEVIOUS
Projekt okładki dla polskiej edycji: JOANNA RENIGER
Opracowanie typograficzne i skład: JOANNA RENIGER
Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK
Redakcja: JOANNA TARGOŃ
Korekta: MAGDALENA GERAGA
Copyright © 2018 Maureen Johnson Translation © 2018 Paweł Łopatka Copyright © 2018 by HarperCollins Publishers Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2018 Jacket art by Leo Nickolls Jacket design by Katie Fitch
Wydanie I
ISBN 978-83-66005-06-8
Poradnia K Sp. z o.o. ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa e-mail:[email protected] www:www.poradniak.pl Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl
Konwersja:eLitera s.c.

TYM, KTÓRYM CHOĆ RAZ SIĘ ŚNIŁO,ŻE ZNAJDUJĄ ZWŁOKI W BIBLIOTECE

.

FBI

Fotografia listu nadesłanego do rezydencji Ellinghamów 8 kwietnia 1936 roku.

13 kwietnia 1936, 18:00

Wiesz, że nie mogę cię wypuścić...

Los Dottie Epstein został przesądzony rok wcześniej, gdy wezwano ją do gabinetu dyrektora.

Szła tam nie pierwszy raz.

Dottie, czyli Dolores Epstein, nie wzywano z byle powodu, jak bójka, ściąganie, oblany egzamin czy nieobecność. Posyłano po nią z przyczyn znacznie poważniejszych: prowadziła na własną rękę eksperymenty chemiczne, podważała wiedzę nauczycieli o geometrii nieeuklidesowej i czytała na nudnych lekcjach, by nie marnować czasu.

– Dolores – powtarzał dyrektor. – Nie zachowuj się tak, jakbyś zjadła wszystkie rozumy.

– Ale zjadłam – odpowiadała. Nie z arogancji; szczerze.

Tym razem nie miała pojęcia, co takiego przeskrobała. Wprawdzie w poszukiwaniu pewnej książki włamała się do biblioteki, była jednak święcie przekonana, że nikt o tym nie wie. Zdążyła już poznać każdy kąt tej szkoły, rozpracować każdy zamek, zajrzeć do wszystkich schowków, szaf, zakamarków. Nigdy nie miała złych intencji. Robiła to, by coś znaleźć, albo ot tak, dla sportu.

Gdy dotarła do gabinetu, pan Phillips, dyrektor, siedział za swym wielkim biurkiem. Ale był tam ktoś jeszcze – szpakowaty mężczyzna w wytwornym popielatym garniturze. Siedział z boku, skąpany w blasku słońca, pasiasty od cienia żaluzji. Wyglądał jak postać z filmu – i poniekąd nią był.

– Dolores – rzekł dyrektor – oto pan Albert Ellingham. Wiesz, czym się zajmuje?

Wiedziała rzecz jasna. Jak wszyscy. Albert Ellingham rozporządzał American Steel, „New York Evening Star” i Fantastic Pictures. Był bajecznie bogaty. Sprawiał wrażenie człowieka, który nigdy się nie myli.

– Pan Ellingham chce przekazać ci coś wspaniałego. Jesteś dzieckiem szczęścia.

– Siądź, Dolores – powiedział Ellingham, wskazując wolne krzesło naprzeciw biurka Phillipsa.

Gdy usiadła, sławny pan Ellingham wychylił się do przodu i wsparłszy łokcie na kolanach, splótł mocne, opalone dłonie. Dottie nie widziała jeszcze opalenizny w marcu. Był to najbardziej rzucający się w oczy przejaw dobrobytu pana Ellinghama, który mógłby mieć na własność nawet samo słońce.

– Wiele o tobie słyszałem – zaczął. – Pan Phillips mi opowiadał, jak bardzo jesteś bystra. Czternastolatka, a już w jedenastej klasie. Sama nauczyłaś się łaciny i greki, prawda? Robisz tłumaczenia, jak rozumiem?

Dottie przytaknęła nieśmiało.

– Nudzi ci się czasem w szkole? – spytał.

Dottie niepewnie spojrzała na dyrektora, lecz on uśmiechnął się i kiwnął głową, aby dodać jej otuchy.

– Czasem – odpowiedziała. – Ale to nie z winy szkoły.

Mężczyźni zaśmiali się na to, więc Dottie trochę się rozluźniła.

Nie bardzo, tylko odrobinę.

– Założyłem szkołę, Dolores – ciągnął pan Ellingham. – Nowego typu szkołę, w której osoby wyjątkowe jak ty mogą uczyć się we własnym tempie, własnymi metodami i tak jak im odpowiada. Nauka w moim przekonaniu jest fantastyczną zabawą.

Pan Phillips wbił wzrok w blat biurka. Dyrektorzy na ogół nie traktują nauki jak zabawy, nikt jednak nie sprzeciwiłby się wielkiemu Albertowi Ellinghamowi. Skoro on uważa naukę za zabawę, to nauka jest zabawą. I trzeba byłoby mu przytaknąć, gdyby stwierdził, że nauka to słoń w zielonej sukni i na wrotkach. Mając pod dostatkiem gotówki i wpływów, bez trudu narzuca się słowom sensy.

– Wybieram trzydzieścioro uczniów z różnych środowisk, by uczyli się w mojej szkole, i chciałbym, abyś się wśród nich znalazła – ciągnął pan Ellingham. – Nie będziesz mieć w nauce żadnych ograniczeń i zapewnię ci dostęp do wszystkiego, czego potrzebujesz. Odpowiada ci to?

Dottie zachwyciła się propozycją, ale też zaraz dojrzała w niej nieunikniony problem.

– Rodzice nie mają pieniędzy – odpowiedziała otwarcie.

– Pieniądze nie powinny być przeszkodą w nauce – odparł uprzejmie pan Ellingham. – Moja szkoła jest darmowa. Jeśli tylko się zgodzisz, to będziesz w niej moim gościem.

Zabrzmiało to tak pięknie, że aż niewiarygodnie – ale pan Ellingham nie kłamał. Przysłał jej bilet na pociąg i pięćdziesiąt dolarów kieszonkowego. Już po kilku miesiącach Dottie Epstein, która nigdy nie była poza Nowym Jorkiem, mknęła w góry stanu Vermont, wśród tylu drzew, ilu nie widziała nawet we śnie.

Wielka fontanna w szkole skojarzyła jej się z fontanną w Central Parku. Budynki z cegły i kamienia wyglądały nieziemsko. Pokój Dottie w Domu Minerwy – duży, ale przytulny – miał kominek (w górach panowały chłody). Książki, mnóstwo świetnych książek, brało się bez ograniczeń i czytało do woli bez żadnych kar bibliotecznych. Nauczyciele byli mili. Do dyspozycji było porządne laboratorium. Lekcje botaniki odbywały się w cieplarni. Tańca uczyła Madame Scottie, która biegała w trykocie i szalach, a na jej rękach od góry do dołu pobrzękiwały bransoletki.

Pan Ellingham mieszkał na kampusie z żoną Iris i trzyletnią córeczką Alice. Czasem w weekendy na podjazd wtaczały się luksusowe auta, z których wysiadali wystrojeni ludzie. Dottie rozpoznała co najmniej dwie gwiazdy kina, polityka i sławną piosenkarkę. Na te weekendy przyjeżdżały z Burlington i Nowego Jorku orkiestry – i z Wielkiego Domu płynęła muzyka aż do rana. Gdy goście pana Ellinghama przechadzali się wokół szkoły, paciorki na sukniach kobiet migotały w świetle księżyca. Dottie nie zbliżyła się tak do sławnych osób nawet w Nowym Jorku.

Pracownicy starannie sprzątali, ale teren szkoły był olbrzymi i pełen rozmaitych kryjówek, więc goście wszędzie zostawiali ślady. A to kieliszek do szampana, a to atłasowy pantofel. Bezmiar niedopałków, piór i koralików oraz inne pamiątki po sławnych i bogatych. Dottie zbierała te osobliwości i przechowywała je w „muzeum”. Najcenniejszym jej znaleziskiem była srebrna zapalniczka. Urzeczona płynnością mechanizmu, pstrykała nią bez końca. Rzecz jasna miała zamiar ją zwrócić, ale chciała nacieszyć się nią choć trochę.

Ellingham dawało uczniom swobodę działania, nauki i poruszania się, więc Dottie spędzała dużo czasu sama. W Vermoncie było całkiem inaczej niż w Nowym Jorku – nikt tu nie złaził po schodach przeciwpożarowych, nie wspinał się po rurach wodociągów. Dottie przywykła do lasu, do myszkowania na obrzeżach kampusu. Na jednym z pierwszych takich wypadów, po przyjeździe do Ellingham jesienią, odkryła tunel. Zaznajamiała się z lasem. Dotąd nie widziała niczego, co można by porównać z tym gęstym baldachimem liści i głęboką ciszą, którą od czasu do czasu mącił tylko szelest. Wtem usłyszała znajomy dźwięk, nikły metaliczny odgłos pod stopami. Poznała ten brzęk od razu. Tak samo dźwięczał właz w chodniku, kiedy się na nim stanęło.

Uniósłszy pokrywę włazu, Dottie zobaczyła wiodące w dół betonowe schody. Znalazła się w ciemnym tunelu z cegieł, suchym i dobrze utrzymanym. Zaintrygowana coraz bardziej, przyświecając sobie srebrną zapalniczką, dotarła do masywnych drzwi z zasuwanym okienkiem na wysokości oczu. W Nowym Jorku podobnych było zatrzęsienie, uznała więc, że kryją tajny bar[1].

Drzwi nie zamknięto na klucz... Tunel wyglądał groźnie i wprost domagał się zbadania. Więc Dottie zaczęła badać. Drzwi wiodły do pomieszczenia z wysokim stropem. Na ścianach pokrytych półkami piętrzyły się butelki wina i najróżniejszych wódek. Dottie obejrzała ozdobne etykiety na barwionym szkle; etykiety po francusku, niemiecku, rosyjsku, grecku i hiszpańsku... istną bibliotekę alkoholi.

W jedną ze ścian wbudowano drabinę. Dottie wspięła się po niej i otworzywszy właz u góry, znalazła się w niewielkim, sklepionym budynku ze szklanym dachem. Na posadzce leżały dywaniki i poduszki, masa popielniczek i kilka zabłąkanych kieliszków do szampana. Stając na okalającej wnętrze ławie, uzmysłowiła sobie, że jest na wysepce pośrodku sztucznego jeziora na tyłach Wielkiego Domu Ellinghamów.

Tajny zakątek! Najcudowniejszy w świecie. „Tu będę czytać”, postanowiła Dottie – i odtąd spędzała tam wiele czasu, zwinięta w kłębek na futrzanym dywanie, ze stertą książek u boku. Nigdy nikt jej nie przyłapał i czuła, że nawet pan Ellingham nie miałby jej tego za złe. Był przemiły i tak pogodny.

Prawdziwa oaza spokoju.

Ten kwietniowy dzień był przedziwny, tak mglisty, że aż zatarły się kontury drzew i całe Ellingham spowił mleczny opar. Dottie stwierdziła, że aura sprzyja lekturze kryminału. Sherlock Holmes byłby wymarzony. Znała wszystkie opowieści o Sherlocku, ale uwielbiała do nich wracać, a mgła przywodziła na myśl tę londyńską z historii o najsłynniejszym detektywie.

Dobrze wiedziała już, kiedy najlepiej wyprawiać się do domku pod kopułą. Było poniedziałkowe popołudnie, nie mogła więc natknąć się tam na nikogo z rezydencji. Pan Ellingham wyjechał nad ranem, a jego żona po dwunastej. Dottie wzięła ze szkolnej biblioteki zbiór opowiadań o Sherlocku Holmesie i wyruszyła do kryjówki.

Patrząc na świat przez szklaną kopułę, tego dnia czuła się jak we wnętrzu chmury. Wyciągnęła się na podłodze, przykryła futrzanym dywanem i otworzyła książkę. Po chwili przepadła wśród londyńskich ulic – bo nadszedł czas zabawy!

Dottie tak się zaczytała, że nagły hałas pod podłogą wprawił ją w osłupienie. Ktoś był w składziku alkoholi i właśnie szedł po schodach w górę. Zbliżał się. Nie mając czasu na ucieczkę, Dottie nakryła się dywanem i przywarła z całych sił do ziemi. Chciała wmieszać się w stertę poduch. Zlać z podłogą. Być wybrzuszeniem dywanu.

Usłyszała jęk podnoszonej pokrywy włazu i łomot, gdy pokrywa uderzyła o posadzkę. Tajemniczy ktoś przedostał się do środka i stanął zaledwie o krok od jej twarzy. Prosząc Boga, by ten ktoś na nią nie nadepnął, Dottie starała się skurczyć.

Tamten odsunął się od niej i położył coś na ziemi. Niepostrzeżenie uniósłszy kraj dywanu, zobaczyła, jak dłoń w rękawiczce wyciąga coś z worka i układa na posadzce. Odważyła się znów unieść dywan, aby się lepiej przypatrzeć. Dostrzegła latarkę, lornetkę, kawałek sznura i coś błyszczącego.

Połyskiwały kajdanki, identyczne jak jej wujka policjanta.

Latarka, lornetka, sznur, kajdanki?

Skok adrenaliny gwałtownie przyspieszył tętno Dottie. Działo się coś złego. Opuściła kraj dywanu na głowę i skuliła się w sobie jeszcze bardziej, z twarzą wbitą w podłogę, z rozpłaszczonym nosem. Tajemniczy osobnik kręcił się po pomieszczeniu kilka minut. Wtem zapadła cisza. „Czyżby sobie poszedł?” – pomyślała Dottie. Na pewno by usłyszała, jak odkłada na miejsce pokrywę włazu nieopodal jej głowy.

Własny oddech parzył jej twarz. Nie miała pojęcia, co się dzieje, ale czuła się jak zamroczona. Zaczęła liczyć w myśli. Gdy dotarłszy do pięciuset, nie usłyszała hałasu, postanowiła znów powoli unieść skraj dywanu. Tylko na szerokość palca. Jeszcze odrobinkę.

W zasięgu wzroku nie było nikogo. Znów lekko uniosła dywan. Wciąż nic. Już miała go podnieść, kiedy...

– Witaj – odezwał się głos.

Dottie poczuła, jak jej serce przywiera do podłogi.

– Bez obaw – rzekł głos. – Możesz się pokazać.

Teraz już nie było sensu się ukrywać. Dottie wypełzła spod okrycia, kurczowo ściskając książkę. Spojrzała na tajemniczego gościa, a potem na przedmioty na podłodze.

– Są potrzebne do gry – oznajmił ten ktoś.

„Do gry? No tak, oczywiście. Ellinghamowie ubóstwiali gry. Stale bawili się z gośćmi... w wymyślne poszukiwania skarbów albo łamigłówki. Pan Ellingham zaopatrzył kwatery uczniów w gry planszowe takie jak monopoly i czasem nawet sam przychodził pograć. Latarka. Sznur. Lornetka. Kajdanki. Możliwe, że to gra – myślała Dottie. – W monopoly przecież tak samo są dziwaczne rekwizyty”.

– Co to za gra? – spytała.

– Skomplikowana – odrzekł tamten. – Ale będzie wspaniale. Muszę się skryć. Też się tu schowałaś...?

– By poczytać. – Podnosząc książkę, Dottie próbowała powstrzymać drżenie dłoni.

– O Holmesie? Uwielbiam go. Co czytasz?

– Studium w szkarłacie.

– Wyborne. Czytaj dalej. Śmiało, nie przeszkadzaj sobie.

Gość wyjął i zapalił papierosa, zaciągnął się, spoglądając na nią.

Dottie znała tego kogoś z widzenia. Rzeczywiście mógł być uczestnikiem zawiłej gry pana Ellinghama. Lecz jako mieszkanka Nowego Jorku Dottie widziała już tak wiele, że doskonale czuła, gdy coś było nie tak. Wyraz oczu. Ton głosu. Wujek glina wciąż powtarzał: „Kieruj się intuicją. Gdy coś lub ktoś ci się nie spodoba, czym prędzej bierz nogi za pas. Uciekaj i wezwij mnie, Dottie”.

Intuicja nakazywała jej uciekać. Acz ostrożnie. Zachowywać się normalnie. Otworzywszy książkę, usiłowała skupić się na słowach. Zawsze nosiła w rękawie ołówek do zapisków. Gdy gość odwrócił się i spojrzał przez szybę, wprawnym ruchem zepchnęła sobie ołówek prosto w dłoń i podkreśliła zdanie na stronicy. Nie było to nic wielkiego, ot, wskazówka, którą ktoś może by zrozumiał, gdyby...

„Nikt by nie zrozumiał, a gdyby – strach pomyśleć”.

Wsunęła ołówek z powrotem w rękaw. Już nie mogła udawać, że czyta. Jej oczy przestały śledzić słowa. Wszystko w niej się trzęsło.

– Muszę odnieść ją do biblioteki – powiedziała. – Nikomu nie powiem, że pan tu jest. Nie znoszę, jak na mnie skarżą.

Osobnik uśmiechnął się do niej – ale niemiło, nieszczerze. Jego usta uniosły się w kącikach za wysoko.

Dottie uzmysłowiła sobie, że jest na środku jeziora, w połowie góry. Przebiegłszy myślą wszelkie możliwe scenariusze, czuła, jak rozegra się kolejnych kilka sekund. Jej serce zwolniło i nieomal rozsadzało łomotem głowę. Czas wlókł się żółwim tempem. Znała niemało historii, w których śmierć występowała w roli głównej – jako energia wyczuwalna w pomieszczeniach. A teraz ów niemy przybysz wniknął tu, był obok.

– Muszę iść – szepnęła niewyraźnie, przesuwając się w stronę włazu. Gość ruszył jej śladem. Jak po szachownicy dążyli do nieuniknionego końca.

– Wiesz, że nie mogę cię wypuścić – rzekł gość. – Chociaż chciałbym.

– Możesz – odparła Dottie. – Potrafię dochować tajemnicy. – Ścisnęła Sherlocka Holmesa z myślą, że gdy go trzyma, nic złego stać się nie może. „Sherlock mnie ocali”. – Błagam.

– Przykro mi. – Głos gościa pobrzmiewał żalem.

W grze został jeszcze jeden ruch; Dottie wiedziała, że zgubny. Gdy jednak nie ma już dokąd przemieszczać się na szachownicy, robi się to, co konieczne. Rzuciła się w kierunku włazu. Nie tracąc czasu na drabinę, upuściła książkę i dała susa w ciemną otchłań. Na oślep wyciągnęła ręce. Palce ślizgały jej się po szczeblach, ale nie zdołała się żadnego uchwycić. Spadając, napotkała w końcu straszliwy opór posadzki.

W nagłym przebłysku świadomości poczuła ból, niemal słodki, i zalało ją coś ciepłego. Tamten schodził po drabinie. Chciała się poruszyć, przesunąć, lecz bez skutku.

– Lepiej było ci tu nie przychodzić – rzekł gość. – Bardzo mi przykro.

Dottie pochłonęła ciemność. Nagła i nieodwołalna.

MORD NA GÓRZE – AFERA ELLINGHAMÓW, fragment

Akademia Ellinghamów mieściła się w połowie drogi na wzniesienie o urzędowej nazwie Góra Morgana, od zawsze zwane przez miejscowych Górą Siekiery lub Toporzyskiem, z racji przypominającego te narzędzia zgrubienia na wierzchołku.

W przeciwieństwie do wzgórz wokoło, przyciągających narciarzy i urlopowiczów, góra była zalesiona i niezagospodarowana. Lubili ją turyści, samotnicy i obserwatorzy ptaków oraz entuzjaści górskich strumieni i wędrówek po leśnych ostępach. Do 1928 roku, kiedy to natknął się na nie Albert Ellingham, Toporzyska unikano. Nie wiodła tędy ani jedna droga, choćby najbardziej wyboista. Las był tu za gęsty, rzeka za głęboka. Zbyt często spadały głazy. Było stanowczo za dziko, by człowiek czuł się swobodnie.

Zgodnie z legendą Albert Ellingham trafił tutaj przez przypadek, próbując dostać się do Burlington, do jachtklubu. Jak w 1928 roku znalazł się na zboczu niezamieszkanej góry – dociec nie zdołano, niemniej dokonał tego i obwieścił, że to wyborny zakątek. Od dawna marzyło mu się powołanie szkoły, która działałaby w myśl jego własnych zasad i ideałów – takiej, gdzie nauka to zabawa, uczniowie są i biedni, i bogaci, wszyscy zaś zdobywają wiedzę wspólnie, w tempie, jakie każdemu odpowiada. Powietrze było czyste, tak jak i śpiew ptaków. Nic nie mogło przeszkadzać uczniom w realizacji ich planów.

Za trzykrotną wartość ceny wywoławczej Ellingham nabył wielką działkę. Tak dużą, że wyrównywanie dynamitem gruntów pod budowę szkoły trwało kilka lat. Wytyczono prowizoryczne drogi. Spółka telefoniczna okablowała okolicę i ustawiła przy drodze płatne automaty. Powoli, acz systematycznie łączono Toporzysko z resztą świata.

Akademia Ellinghamów, bo zasłynęła pod tą właśnie nazwą, miała być czymś więcej niż szkołą – małżonkowie zbudowali tu też dom dla siebie, w samym sercu kampusu. A i ów dom był niezwykły. Najokazalszy w Vermoncie, pokaźny jak najpokaźniejsze w Burlington czy Montpelier.

Ellingham zapragnął mieszkać w swoim laboratorium, w swojej siedzibie wiedzy. Tereny wokół domu ozdobiono niezliczonymi posągami. Posiadłość przecinały ścieżki bez ładu, sensu i kierunku. Podobno Ellingham śledził jednego ze swych kotów i przekonany, że „koty wiedzą lepiej”, kazał ulubione przezeń szlaki wyłożyć kamieniami. Pogłoska – chociaż fałszywa – tak bardzo przypadła mu do gustu, że zaraz pojawiła się kolejna, jakoby on sam rozpowszechnił pierwszą.

Były tam też tunele, fałszywe okna, drzwi donikąd... Architektoniczne igraszki, które bawiły Ellinghama do łez, a za sprawą których wydawane przez niego przyjęcia nie cieszyły się najlepszą sławą. Podobno nawet on nie znał położenia wszystkich miejsc ani tuneli – pozwoliwszy licznym architektom, by niektóre wkomponowali w przestrzeń wedle własnej woli. Krótko mówiąc, posiadłość była sielsko-bajkowa i taka by też pozostała, gdyby nie ów mglisty wieczór w kwietniu 1936 roku, gdy zaatakował Nieodgadniony.

Szkoły zdobywają rozgłos dzięki wykładowcom, drużynom sportowym, absolwentom.

Nie powinny jednak słynąć morderstwami.

1

– Te łosie tutaj to bujda – powiedziała Stevie Bell.

Mama odwróciła się do niej z miną, jaką przybierała często – znużoną, zobligowana jako rodzic przejąć się tym, co zaraz doda Stevie.

– Słucham?

Stevie wskazała coś za oknem autobusu.

– Widzisz? – wyciągnęła palec w stronę znaku z napisem „Łoś”. – Minęliśmy już pięć. To masa obietnic. Nie jedna.

– Stevie...

– Obiecywali spadające głazy. No i gdzie te głazy?

– Stevie...

– Według mnie reklama ma być zgodna z prawdą!

Wywołało to długą ciszę. Stevie nieraz rozmawiała z rodzicami o naturze prawdy i faktu, więc te słowa mogły jeszcze kiedyś zmienić się w burzliwą kłótnię. Ale nie dzisiaj. Dziś za obopólną cichą zgodą nie rozwijano już tematu.

Bo przecież do szkoły z internatem nie wyjeżdża się codziennie.

– Nie podoba mi się, że zabraniają wjazdu na kampus – rzekł ojciec Stevie po raz ósmy tego ranka. W broszurze informacyjnej Ellingham ujęto to bardzo precyzyjnie: „Nie próbuj wwozić ucznia/uczennicy do szkoły samochodem. Będziesz zmuszony/-a zostawić go/ją pod bramą przy drodze. Zasada ta dotyczy wszystkich bez wyjątku”.

Nie było w tym nic podejrzanego – powód wyjaśniono z detalami. Projektant kampusu nie przewidział miejsca dla zbyt wielu samochodów. Wiodła tam tylko jedna droga, nie było więc gdzie parkować. Wjeżdżało się i wyjeżdżało szkolnym autobusem. Nieco zraziło to rodziców Stevie, tak jakby sama już okolica, do której trudno się dostać samochodem, była z natury podejrzana, a zakaz obejmował daną Amerykanom przez Boga swobodę wjeżdżania, gdzie dusza zapragnie.

Ale że zasady to zasady, Bellowie zajęli miejsca w autobusie – nowoczesnym, z dwunastoma fotelami oraz przyciemnianymi szybami i ekranem, na którym było widać nikłe odbicie okien. Za kierownicą siedział starszy, siwy mężczyzna. Nie odzywał się, odkąd zabrał ich z przystanku przed kwadransem, a nawet wtedy rzucił tylko: „Stephanie Bell?” i „Siadajcie, gdzie chcecie, nikogo nie ma”. Choć Stevie słyszała, że Vermontczycy są powściągliwi, a obcych nazywają ludźmi z nizin, w milczeniu kierowcy było coś upiornego.

– Posłuchaj – szepnęła mama – gdyby ci się odwidziało...

Stevie złapała się fotela.

– Nie odwidzi się. Niedługo dojeżdżamy.

– Po prostu... – zaczęła mama i zrezygnowała. Takich rozmów miały już za sobą wiele. Ranek toczył się utartym torem, nie przynosząc niczego nowego. Stevie obejrzała się za siebie – mistycznie błękitny vermoncki horyzont niknął pożerany przez drzewa i urwiska tam, gdzie droga przecinała góry. Gdy jechali I-89, zostawiwszy w tyle Burlington, od skoku ciśnienia Stevie strzeliło w uszach. Czując, że rozmowa już się nie rozwinie, włożyła do uszu słuchawki. Kiedy miała włączyć podkast, matka musnęła jej ramię.

– To chyba nie pora na słuchanie tych makabr – rzekła.

– Historii autentycznych zabójstw. – Stevie nie zdążyła ugryźć się w język. Poprawka pobrzmiewała nadmiernym pedantyzmem. A mieli się nie sprzeczać.

Stevie odłączyła słuchawki i zwinęła kabel.

– Odezwała się koleżanka? – zapytała mama. – Jazelle?

– Janelle – poprawiła Stevie. – Przysłała esemesa, że jest w drodze na lotnisko.

– Cieszę się – odparła mama. – Powinnaś się otaczać przyjaciółmi.

„Bądź miła, Stevie. Nie mów, że już masz przyjaciół. Masz ich mnóstwo. Nieważne, że wielu z nich poznajesz na forach powieści kryminalnych”. Rodzice nie mieli pojęcia, że można się kolegować z ludźmi spoza szkoły i nie jest to żadnym dziwactwem, a Internet służy znajdywaniu podobnie myślących osób. Rzecz jasna, Stevie miała też szkolne koleżanki, ale nie podtrzymywała tych znajomości jak należy, to znaczy nie bywała na piżama parties, nie malowała się i nie biegała po sklepach.

Tamto się teraz nie liczyło. Przyszłość była tutaj, w tych zamglonych górach.

– Możesz mi przypomnieć, czym interesuje się Janelle? – spytała mama.

– Inżynierią – odpowiedziała Stevie. – Buduje różne rzeczy. Maszyny, urządzenia.

Po chwili sceptycznego milczenia mama zapytała:

– A ten Nate pisuje?

– Ten Nate pisuje – potwierdziła Stevie.

Ta dwójka pierwszorocznych miała mieszkać w jej nowej bursie. Na temat starszych lat szkoła milczała. Kolejny temat, który Bellowie wałkowali przy stole od tygodni – Janelle Franklin pochodziła z Chicago. Była rzeczniczką uczniów biorących udział w państwowym programie zachęcającym kolorowe dziewczęta do aktywności w sferze nauki, techniki, inżynierii i matematyki. Stevie wiedziała o Janelle całkiem sporo, choćby to, że w wieku lat sześciu została przyłapana na (pomyślnej) naprawie tostera. Znała też wszystkie jej upodobania: budowanie narzędzi i gadżetów, lutowanie i spawanie, prowadzenie na Pintereście serwisów o technikach organizacji, okularniczkach, powieściach dla młodzieży, kotach, kawie i niezliczonych programach TV.

Stevie esemesowała już z Janelle. Zaczynało się więc nieźle. Miała koleżankę.

Drugim pierwszorocznym w Minerwie był Nate Fisher, który mówił niewiele i nie odpowiadał na esemesy, ale za to miał już wielkie osiągnięcia. Jako czternastolatek opublikował – najpierw w sieci, a później drukiem – książkę Cykle księżycowego blasku, liczącą siedemset stron imponującą powieść fantasy. Podobno aktualnie pracował nad jej sequelem.

Takie właśnie osoby przyjmowała Akademia Ellinghama.

– Muszą być niezwykle zdolni – podsumował ojciec. – Jak ty. Wiesz, że jesteśmy z ciebie dumni.

Stevie odczytała w zdaniu zakodowany komunikat. „Choć kochamy cię całym sercem, nasze ty dziwadełko, nie mamy bladego pojęcia, dlaczego cię przyjmują do tej szkoły”.

I tak upłynęło całe lato: wyrażając raz po raz dumę z córki, rodzice ukrywali wątpliwości podsycane niepojętą dla nich sytuacją, zwłaszcza że Stevie zgłosiła się do Akademii bez ich wiedzy. Do głowy by im nie przyszło, że mógłby uczyć się tam ktoś ich pokroju. Od blisko wieku w Akademii kształcili się twórczy geniusze, radykalni myśliciele i racjonalizatorzy. Nie wymagano podania i nie stawiano warunków. Jedyne wskazanie brzmiało: „Jeśli chcesz się u nas uczyć, uprzejmie prosimy o kontakt”.

Tyle.

Proste zdanie, które rozpalało umysł ambitnych uczniów w całych Stanach. Pytanie, czego się tam od nich oczekuje, było jak zagadka z baśni – ułożony przez czarodzieja rebus, który trzeba rozwikłać, by móc wejść do Jaskini Sekretów. Wszędzie należało spełniać surowe kryteria, rozwiązywać testy, pisać wypracowania, mieć referencje, a nawet oddać krew albo zanucić kilka taktów ze znanego musicalu. Do szkoły Ellinghama wystarczyło zapukać. Zapukać do drzwi w określony sposób, którego nie podawano. Trzeba było po prostu się wpasować. Akademia szukała osób wyjątkowych. Wykazując się szczególnym talentem, można było zostać jedną z przyjmowanych corocznie pięćdziesięciu osób. Program obejmował tylko dwa lata – trzeci i czwarty rok liceum. Nie pobierano czesnego. Przyjęty uczył się za darmo. Ale najpierw musiał się dostać.

Autobus skręcił na pas wyjazdowy i zatrzymał się na kolejnym przystanku, gdzie czekała jeszcze jedna rodzina. Drobniutka dziewczyna o długich, ciemnych włosach, z rodzicami – wszyscy bacznie wpatrzeni w komórki.

– Ma ładne włosy – rzekła mama Stevie.

Była to aluzja do włosów Stevie, które ta – w odruchu samoodnowy – własnoręcznie ścięła w łazience wczesną wiosną. Mama wybuchnęła płaczem na widok jej jasnych pukli w umywalce, po czym wzięła ją do fryzjera, by wyrównał jej włosy, nadał im formę. Włosy były kością niezgody do tego stopnia, że rodzice chcieli nawet zabronić Stevie wyjazdu, ale w końcu szczęśliwie się z tego wycofali. Mama była bardzo przywiązana do jej włosów, poniekąd więc też dlatego musiały zostać ścięte. A tak naprawdę to Stevie uznała, że w krótkich będzie jej po prostu lepiej.

Słusznie. Fryzura na chłopaka okazała się twarzowa i bardzo łatwa w utrzymaniu. Gdy Stevie farbowała włosy na różowo, niebiesko, a potem na różowo-niebiesko, miała z nimi ciągłe problemy. Wróciła więc do naturalnego chłodnego blondu i zwykłej, krótkiej fryzurki.

Po władowaniu toreb do bagażnika dziewczyna z rodzicami wsiedli do autobusu. Wszyscy troje mieli ciemne włosy, skupione twarze, duże oczy i okulary. Wyglądali jak sowia rodzina. Mamrocząc uprzejme powitania, zajęli miejsca za Bellami. Stevie znała dziewczynę z przewodnika dla pierwszorocznych, ale zapomniała jej nazwiska.

Próbowała zignorować kuksańca mamy.

Dziewczyna znów zapatrzyła się w komórkę.

– Stevie.

Stevie wzięła potężny haust powietrza, czując, że zapowiada się przechylanie nad mamą i wołanie do dziewczyny, która siedzi za ich plecami w sąsiednim rzędzie. Obciach, z jakiego nie może niestety się wywinąć.

– Hej – rzuciła.

– Hej? – Dziewczyna podniosła głowę.

– Jestem Stevie Bell.

Dziewczyna przyjęła to do wiadomości.

– Germaine Batt – odparła.

I nic więcej. Stevie już zaczynała się prostować, w poczuciu, że wysiliła się aż nadto, ale mama znowu dała jej kuksańca.

– No zakoleguj się – szepnęła.

Niewiele słów mrozi krew tak jak „zakoleguj się”. Stevie przeszły ciarki. Zapragnęła spadających głazów. Ale też wiedziała, że jeśli nie nawiąże rozmowy, zajmą się tym rodzice. A wtedy Bóg wie, czego się spodziewać.

– Z daleka jedziecie? – zapytała.

– Nie – odpowiedziała Germaine, podnosząc wzrok znad telefonu.

– My z Pittsburgha.

– Aha.

Stevie wyprostowała się w fotelu, spojrzała na mamę i wzruszyła ramionami. Nie mogła wymuszać na Germaine pogawędki. Mama pochwaliła ją spojrzeniem za starania.

Autobus zatrząsł się, zjeżdżając z autostrady na wąską wyboistą drogę wśród sklepów, farm i szyldów dla narciarzy oraz entuzjastów dmuchanego szkła i cukierków na syropie klonowym. Zabudowa przerzedzała się stopniowo, ustępując miejsca polom. Gdzieniegdzie tylko stała wiekowa czerwona ciężarówka lub koń, samotny, jakby się zagubił.

Autobus piął się pod górę. Coraz wyżej i wyżej, w głąb lasu.

Wtem ostro skręcił w prześwit między drzewami, aż Stevie szarpnęło na bok i omal nie spadła z fotela. Przy ziemi zamajaczyła bordowa tabliczka ze złotym napisem: „Wjazd do Akademii Ellinghama”. Tak niepozorna, jakby szkoła chciała się ukryć.

Droga, którą teraz jechali, nie zasługiwała na to miano. Nawet nazwanie jej ścieżką byłoby na wyrost. Przemieszczali się wzdłuż sztucznej wyrwy w pejzażu – krętej blizny w lesie. Najpierw powiodła ich w dół, gwałtownie, ku jednemu ze strumieni okalających posiadłość. Zobaczyli tam konstrukcję, którą tylko od biedy byłoby można nazwać mostem, skleconą z drewna, sznura i wyobrażeń. Zaopatrzona w „poręcze” wysokości bodaj trzydziestu centymetrów, wyglądała, jakby miała się zapaść pod ciężarem niewiele większym od befsztyka.

Autobus przetoczył się po osobliwym moście, który gwałtownie zadrżał, aż Stevie zatrzęsła się w fotelu.

Później znowu ruszyli pod górę, spadzistą jak stok narciarski. Mknęli niepowstrzymani. Drogę zasłaniały cienie drzew. Gałęzie skrobały o boki autobusu jak dziesiątki szponów. Autobus wydawał zgrzytliwe odgłosy, mozolnie walcząc z coraz węższą drogą. Stevie czuła, że nic jej nie grozi, choć autobus sprawiał wrażenie, jakby miał za moment się rozlecieć. Nabrała pewności, że wycieczka z rodzicami jednak nie skończy się źle, że autobus się nie podda i nie stoczy tam, skąd wyruszyli, że nie runą teraz na oślep do rzeki, w słodką, zimną i wilgotną nicość... chociaż kto wie.

Podłoże wyrównywało się stopniowo, zza drzew wyłoniła się więc gładsza droga i rozległe, zielone trawniki. Autobus zbliżył się do bramy, której strzegły dwa posągi na cokołach, skrzydlate stwory o uśmiechniętych twarzach i pustych oczach, każdy na czterech łapach i z ogonem.

– A to ci dziwne anioły – ogłosiła mama, opuszczając szybę, żeby się im przyjrzeć.

– Nie anioły – odrzekła Stevie. – Tylko sfinksy. Mityczne bestie. Sfinks zadawała zagadki ludziom chcącym dostać się do miejsca, którego strzegła – i pożerała każdego, kto źle odpowiedział. Edyp, zagadka, Sfinks... Nie mylić ze spanksem, podstawowym orężem w walce z kompleksami[2].

Mama znowu rzuciła jej t o spojrzenie. „Marzyliśmy o towarzyskiej córce, która gania na bale i zakupy, a trafiło się nam dziwadło. Kochamy ją, ale co ona właściwie ma w głowie?”

Stevie współczuła rodzicom. Byli tak ograniczeni. Czuła, że nigdy w życiu nie zabawią się tak jak ona.

Wychyliwszy się, Germaine badawczo przyjrzała się Stevie wielkimi, błyszczącymi oczami. Minę miała zagadkową jak sfinks.

Stevie momentalnie ogarnęły wątpliwości. Nie powinna była zostać przyjęta. List trafił pod niewłaściwy adres, do niewłaściwej Stevie. Za sprawą czyjejś sztuczki, żartu, kosmicznej pomyłki. Lecz nawet gdyby ktoś ukartował całą tę nierealną sytuację – autobus właśnie podjeżdżał pod Akademię Ellinghama.

2

Stevie zobaczyła najpierw okrągły skwer z fontanną, posągiem Neptuna, unoszącego dłoń w powitalnym geście wśród pluszczącej wody. Skwer otaczały gęsto drzewa. Przez gałęzie nieśmiało wyglądały domy, w przebłyskach dało się dojrzeć cegłę, szkło i kamień. Nad zielenią niczym gospodarz górowała posiadłość, Wielki Dom – obłędny gotycki dwór z dziesiątkami okien jak w katedrze, o arkadach ponad drzwiami i wieloszczytowym dachu.

Stevie na moment zatchnęło. Widziała setki zdjęć tej posiadłości. Znała mapy, kąty, perspektywy. Ale gdy stanęła na trawniku, wdychając świeże, rozrzedzone powietrze, gdy usłyszała plusk fontanny Neptuna i poczuła na twarzy promienie słońca... zakręciło jej się w głowie.

Kierowca wyładował jej walizki z brzucha autobusu, wraz z trzema torbami jedzenia, których wzięcia domagali się rodzice. Torby były krępująco ciężkie, po brzegi wypełnione wielkimi pojemnikami masła orzechowego i mrożonej herbaty w proszku oraz toną żelu do kąpieli, artykułów higienicznych i innych rzeczy kupionych na wyprzedaży.

– Mamy mu dać napiwek? – zapytała cicho mama, gdy bagaże stały już na ziemi.

– Nie – odpowiedziała Stevie z wymuszoną pewnością. Nie wiedziała, czy kierowca szkolnego autobusu powinien dostać napiwek. Robiąc research, nigdzie się nie natknęła na tę kwestię.

– Nic ci nie jest? – zapytał tato.

– Nic – odrzekła, wspierając się na walizce. – Tylko... tak tu pięknie.

– Niezwykle – przytaknął. – Nie da się zaprzeczyć.

Duży wózek golfowy zatrzymał się obok, okrążywszy podjazd. Powitał ich mężczyzna – młodszy od kierowcy, po trzydziestce, mocno umięśniony, w wyświechtanych bojówkach i koszulce polo z logo Akademii. Był schludny, więc rodzice rozluźnili się na jego widok, a widząc miny rodziców, rozluźniła się też Stevie.

– Stephanie Bell? – zapytał.

– Stevie – poprawiła go z miejsca.

– Mark Parsons – przedstawił się. – Zarządca posiadłości. Mieszkasz w Minerwie. To ładny domek.

Władował na wózek rzeczy Stevie i całą trójkę Bellów. Germaine i jej rodziców umieszczono w drugim i wysłano w przeciwną stronę.

– Wszyscy marzą o Minerwie – dodał Mark, gdy byli poza zasięgiem ich słuchu. – To najlepszy dom.

W posiadłości wiła się wśród zagajników masa gładkich kamiennych ścieżyn. Gdy jechali w głębokim cieniu między zabudowaniami szkoły, Stevie i jej rodzicom z wrażenia odebrało mowę. Niektóre budynki, bardzo okazałe, wzniesione z kamienia i czerwonych cegieł, łączyły się gotyckimi łukami, a ostre ich krawędzie łagodziły maleńkie wieżyczki. Jedne pyszniły się nagością, a inne spowijał bluszcz tak gęsto, jakby składano je w darze jakiemuś leśnemu bóstwu. To już nie był zwykły ogólniak, lecz prawdziwa Siedziba Nauki.

Zza drzew widać było ustawione na polanach greckie i rzymskie posągi z zimnego białego kamienia.

– Ktoś tu bywa w sklepach ogrodniczych – odezwał się tato Stevie.

– Skądże – odparł Mark, gdy mijali rząd głów o srogich twarzach członków komisji na moment przed wydaniem wyroku. – Wszystko to autentyki. Posągi warte fortunę.

Prawdę mówiąc, rzeźb było za dużo. „Szkoda, że ktoś nie doradził Ellinghamowi, by nie kupował aż tylu. Ale przecież – stwierdziła Stevie – ktoś z jego pozycją może wszystko”. Wózek zatrzymał się przed niskim, dostojnym domem z ułożonych na przemian złocistych i czerwonych cegieł. Dom składał się z dwu części: pokaźnego budynku po prawej, o zwyczajnym wyglądzie, i długiej dobudówki z wieżyczką. Całość była obrośnięta dzikim winem, które przysłaniało płaskorzeźby – patrzące badawczo z połaci dachu i sponad okien ludzkie twarze. Przez uchylone jaskrawoniebieskie drzwi do środka wlatywał wietrzyk i muchy.

Stevie weszła z rodzicami do świetlicy z kamienną posadzką i obszernym kominkiem otoczonym fotelami na biegunach. W chłodnym, zacienionym pomieszczeniu unosił się delikatny zapach palonego kiedyś drewna. Zdobiła je nieco klaustrofobiczna tapeta w czerwone aksamitne wzory i wypchana głowa łosia w wieńcu z barwnych światełek. Obok kominka wisiał hamakowy fotel, a na posadzce leżały poduchy. Stała też sfatygowana, ale wygodna sofa – i ogromny stół gospodarski zajmujący niemal całe pomieszczenie. Na stole Stevie ujrzała skrzynkę na narzędzia i garść pasmanterii – koraliki i inne cacka służące do dekorowania albumów na pamiątki. Ze ściany tuż przy drzwiach wystawało osiem dwudziestoparocentymetrowych haków, stanowczo za dużych, by używać ich do wieszania ubrań. Stevie musnęła jeden koniuszkiem palca, zastanawiając się, do czego służą.

– Halo, dzień dobry?

Obróciwszy się, zobaczyła wychodzącą z niedużej kuchni kobietę z dzbankiem kawy. Opalona, miała ogoloną głowę z meszkiem jak skórka brzoskwini, była drobna, ale muskularna. Jej ramiona zakrywały jak rękawy eleganckie kwiatowe tatuaże. Miała na sobie luźny tiszert z napisem „Lubię kopać” i bojówki, z których wystawały mocne, owłosione nogi.

– Stephanie? – zwróciła się do Stevie.

– Stevie. – Znów musiała poprawiać.

– Doktor Nell Pixwell – przedstawiła się tamta, podając rękę wszystkim Bellom. – Mówcie mi Pix. Opiekuję się uczniami z Minerwy.

Stevie skorzystała z okazji, by przyjrzeć się drobiazgom obok skrzynki. Dotarło do niej, że to nie pasmanteria, tylko... zęby. Niezliczone. Tutaj. Na stole. Nie miała pojęcia, czy są sztuczne, czy prawdziwe, stwierdziła jednak, że to bez znaczenia. Stół zasypany zębami to stół zasypany zębami.

– Przyjemnie się wam jechało? – spytała Pix, prędko układając zęby w przegródkach skrzynki.

(Jeden z zębów zadźwięczał, uderzając o plastik).

– Przepraszam, musiałam to i owo posortować. Przybyliście najwcześ...

(Tu przerwał jej trzonowy).

– Macie ochotę na kawę?

Gromadka stłoczyła się w maleńkiej kuchni, gdzie po rozdaniu kubków z kawą Pix wyjaśniła rodzicom Stevie zasady wyżywienia w szkole. Śniadania dostarczano do pokoi, a obiady i kolacje jadało się w stołówce. Uczniowie zawsze mogli skorzystać z kuchni, poza tym mieli do dyspozycji serwis do zamawiania posiłków online. Kiedy wrócili do świetlicy, mama Stevie poruszyła oczywistą kwestię.

– Czy to zęby?

– Tak – odpowiedziała Pix.

Nie spodziewając się po niej rozwinięcia tej myśli, Stevie wkroczyła do akcji.

– Dr Pixwell specjalizuje się w bioarcheologii – rzekła. – Prowadzi wykopaliska w Egipcie.

– Nie inaczej – potwierdziła Pix. – Czytałaś mój życiorys?

– Nie – odparła Stevie. – Zęby, pani koszulka, oko Horusa wytatuowane na przegubie, w kuchni paczka herbaty rumiankowej z napisem po arabsku, prócz tego ma pani na czole nieopalony pasek od nakrycia głowy. Domyśliłam się po prostu.

– Imponujące – przytaknęła Pix.

Na moment wszyscy zamilkli. Głowę Stevie obleciała, bzycząc, mucha.

– Stevie ma się za Sherlocka – oznajmił ojciec. Lubił wygłaszać takie niby żartobliwe myśli, lecz mimo najlepszych chęci zawsze nasycał je zwątpieniem.

– Któż nie chce być Sherlockiem? – Pix uśmiechnęła się, napotykając jego oczy. – Gdy byłam młodsza, wolałam Agathę Christie, bo pisała dużo o archeologii. Ale Sherlock jest cudowny. Teraz was oprowadzę...

W tej chwili tą jedną uwagą Pix zaskarbiła sobie dozgonną lojalność Stevie.

Wszystkie sześć pokoi uczniowskich Domu Minerwy mieściło się w korytarzach po lewej stronie świetlicy: trzy na górze i trzy na dole. Na parterze była wspólna toaleta, wyłożona płytkami w zdumiewającym, nieużywanym już odcieniu.

„Mdły łosoś – pomyślała Stevie – a i to od biedy”.

Korytarz kończył się wieżyczką z obszernymi drzwiami.

– Ciekawe miejsce – otwierając je, objaśniała Pix. – Do inauguracji szkoły Minerwa służyła gościom Ellinghamów, ma więc pewne cechy niespotykane w innych bursach... – Za drzwiami kryło się wspaniałe pomieszczenie: łazienka z wysokim stropem, o posadzce wyłożonej perłowosrebrnoszarymi kafelkami. Pośrodku stała duża wanna na pazurzastych łapach.

Przedstawiające stylizowaną winorośl i kwiaty witraże w podłużnych oknach zalewały łazienkę tęczowym blaskiem.

– To miejsce cieszy się powodzeniem podczas sesji egzaminacyjnych – powiedziała Pix. – Wielu chętnie uczy się w wannie, zwłaszcza gdy nastają chłody. Poza tym prawie się z niego nie korzysta z uwagi na pająki. A teraz obejrzyjmy twój pokój.

Stevie postanowiła zignorować to, co właśnie usłyszała o pająkach, i udała się do swego pokoju, Minerwy 2. Miał taki zapach, jakby przez kilka miesięcy prażył się na wolnym ogniu, było w nim aż gęsto od woni długiego niewietrzenia, świeżej farby i płynu do pielęgnacji mebli. By wpuścić nieco powietrza, otwarto jedno z okien wychodzących na front, ale wiatr jak na złość wiał niemrawo. Do środka wpadły dwie muchy i tańczyły w kółko pod wysokim stropem. Czerń kominka podkreślały jasnokremowe ściany.

Wnosząc bagaże Stevie, rodzice wypytywali, gdzie ustawić łóżko, czy da się wejść przez okno i kiedy zamyka się na noc drzwi wejściowe. Pix bez zająknięcia rozwiązywała wszystkie kwestie: okno otwierało się od góry i miało świetne, bezpieczne zamki, drzwi – zamykane w tygodniu o dwudziestej drugiej, a w weekendy o godzinę później – były monitorowane elektronicznie (poprzez identyfikatory uczniów) lub pilnowane przez Pix.

Mama już-już miała wziąć się do rozpakowywania toreb Stevie, kiedy Pix jej przerwała i ciągnąc wszystkich na zwiedzanie kampusu, na chwilę wprawiła Stevie w osłupienie. Na zewnątrz świergotały ptaki, a wiatr przywiewał z dala głosy. Podłoga lekko zaskrzypiała, gdy Stevie ruszyła do drzwi. Powiódłszy dłonią po ścianach, poczuła ciekawą fakturę; pokrywała je grubo farba, nakładana przez lata warstwami, by zamaskować ślady po poprzednich lokatorach. Nie tak dawno Stevie widziała w dokumencie o zabójstwie, jak zrywając warstwy farby, odsłania się ukryte przez kilkadziesiąt lat zapiski. I odtąd marzyła tylko o tym, by zmiękczyć parą i obedrzeć jakąś ścianę tylko dla sprawdzenia, czy coś na niej znajdzie.

Pomyślała, że pewnie wśród tych ścian zdarzyło się już niejedno.

13 kwietnia 1936, 18:45

Tego dnia mgła zaległa szybko – poranek rozkwitł jasny i przejrzysty, ale tuż po czwartej ziemię przesłonił gęsty, siwy opar. Tak właśnie objawiła się mgła, wspominana potem przez lata. O zmierzchu świat spowijała perłowa ciemność, więc nie było nic widać dalej niż na metr. Przez mgłę podjechał pod posiadłość rolls-royce phantom. Zatrzymał się w połowie podjazdu przed Wielkim Domem. Zawsze stawał tak w pół drogi. Albert Ellingham pokonywał resztę drogi pieszo, by rzucić okiem na swe górskie włości. Wysiadał tylnymi drzwiami, zanim jeszcze zgasł silnik. Jego sekretarz, Robert Mackenzie, odczekiwał w aucie kilka sekund.

– Musisz jechać do Filadelfii – rzekł Robert do pleców chlebodawcy.

– Nikt nie musi tam jechać, Robercie.

– Musisz jechać do Filadelfii. Warto by też spędzić ze dwa dni w oddziale w Nowym Jorku.

Ostatni autobus z ludźmi, którzy dokańczali budowę, minął ich, kierując się do Burlington i przydrożnych miasteczek. Zwolnił, by pasażerowie mogli pomachać chlebodawcy.

– Pięknie się dziś spisaliście! – zawołał do nich Ellingham. – Do zobaczenia jutro!

Kiedy wraz z sekretarzem zbliżał się do domu, kamerdyner otworzył drzwi – i po chwili weszli obaj do wspaniałego westybulu. Ilekroć Ellingham wchodził do rezydencji, zachwycał się jej pięknem, patrzył, jak światło odbite od kryształów nabiera nowych odcieni, przenikając szkockie witraże sprowadzone za bajońskie sumy.

– Dobry wieczór, Montgomery – powiedział. Jego tubalny głos rozbrzmiał echem w otwartym atrium.

– Dobry wieczór, sir – odrzekł kamerdyner, odbierając od przybyłych palta i kapelusze. – Dobry wieczór, panie Mackenzie. Ufam, że mimo tej mgły przejażdżka nie była zbyt męcząca.

– Jechaliśmy wieki – odparł Ellingham. – Przez całą drogę Robert suszył mi głowę o różne spotkania.

– Proszę, nakłoń pana Ellinghama, by pojechał do Filadelfii – rzekł Robert.

– Pan Mackenzie życzy sobie, bym przekazał...

– Montgomery, umieram z głodu – przerwał Ellingham. – Co mamy na kolację?

– Na początek zupa krem z selera i filet z soli w sosie migdałowym, sir, później pieczeń z jagnięciny, zielony groszek z miętą, białe szparagi z sosem holenderskim i ziemniaki po lyońsku, a na koniec mrożony suflet cytrynowy.

– Wystarczy. Zjemy, gdy będziemy wolni. Już mi ślinka cieknie. Ilu mamy dziś rezydentów?

– Nadal są u nas panna Robinson i pan Nair, tyle że od rana niedysponowani, więc sądzę, że posili się pan tylko w towarzystwie żony i pana Mackenziego.

– Świetnie. Sprowadź ich i jedzmy.

– Żona, sir, jeszcze nie wróciła. Po południu wybrała się z panną Alice na przejażdżkę.

– I dotąd ich nie ma?

– Pewnie przedzierają się przez mgłę, sir.

– Niech paru ludzi czeka ze światłami przy podjeździe i podprowadzi ją pod dom. Gdy tylko wróci, zachęć ją, by coś zjadła. Niech nawet nie zdejmuje płaszcza. Przypilnuj, by od razu poszła do jadalni.

– Oczywiście, sir.

– Pospiesz się, Robercie – rzekł, oddalając się Ellingham. – Skoczymy do gabinetu na partyjkę szachów. Tylko się nie opieraj. Nie ma nic poważniejszego od rozgrywki.

Jak przystało na zawodowca, sekretarz zareagował milczeniem. Grywanie z chlebodawcą – wpisane w jego pracę – nie podlegało dyskusji, a „nie ma nic ważniejszego od gry” było jedną z wielu dewiz Ellinghama. Właśnie dlatego uczniowie mogli grać tu w co dusza zapragnie, a monopoly, która pojawiła się niedawno w Ameryce, była dla nich oraz domowników i służby obowiązkowa. Każdy musiał zagrać chociaż raz w tygodniu, a od pewnego czasu co miesiąc odbywały się zawody. Tak to żyło się w świecie Alberta Ellinghama.

Robert podniósł z tacki najświeższą pocztę i przeczesawszy ją wprawnym okiem, natychmiast odłożył część listów, a inne wsunął pod pachę.

– Filadelfia – powiedział kolejny już raz. Do jego obowiązków należało pilnowanie, by wielki Ellingham nie zbaczał z kursu. Robert w tym celował.

– No dobrze, dobrze. Zaplanuj to. Ach, omal bym zapomniał... – Ellingham wydobył z biurka blankiet depeszy. Najbardziej lubił notować na takich jak ten skrawkach. – Rano obmyśliłem nową łamigłówkę. Ciekawe, czy ci się spodoba.

– Czy jej rozwiązanie brzmi: Filadelfia?

– Robercie – surowo upomniał Ellingham – chodzi o moją łamigłówkę i to, mam wrażenie, niezłą. Posłuchaj: „Co działa na dwa fronty, a gdy skryć się zechcesz, przed wrogiem może cię ochronić albo wskazać mu, gdzie jesteś?”. No i? Co to takiego według ciebie?

Robert westchnął i przerwał sortowanie listów, żeby się zastanowić.

– Działa na dwa fronty... – powtórzył. – Czyli szpieg? Albo zdrajca. Obłudnik.

Ellingham uśmiechnął się, zachęcając sekretarza gestem, by zgadywał dalej.

– Ale przecież – zastanawiał się głośno Robert – to nie osoba, tylko rzecz. Coś, co działa w dwie strony...

Rozległo się pukanie do drzwi. Ellingham zerwał się z miejsca, by otworzyć osobiście.

– To drzwi! – zawołał, otwierając mizernemu kamerdynerowi. – Drzwi!!!

– Sir... – zaczął Montgomery.

– Chwileczkę. Chodzi o to, Robercie, że drzwi działają dwustronnie...

– I albo są kryjówką, albo wskazują, gdzie się chowasz – dokończył Robert. – No tak, jasne...

– Sir! – domagał się uwagi Montgomery. Nieprzywykli do takich ponagleń z jego strony, obaj spojrzeli na niego zbici z tropu.

– Co takiego, Montgomery? – zapytał Ellingham.

– Telefon do pana, sir – odpowiedział kamerdyner. – Musi pan natychmiast podejść. Wewnętrzny. W pokoju kredensowym, sir. Proszę się pospieszyć.

Jego zachowanie było tak nietypowe, że Ellingham usłuchał go bez słowa. Poszedł za nim do kredensowego i wziął od niego słuchawkę.

– Mam twoją żonę i córkę – usłyszał.

3

Stevie Bell miała banalne marzenie: pragnęła stanąć nad zwłokami.

Nie chciała nikogo zabijać – nic z tych rzeczy. Pragnęła tylko rozwiązać zagadkę tego morderstwa. Marzyła o torebkach z napisem „Dowód rzeczowy” i kombinezonie ochronnym, jaki noszą eksperci od medycyny sądowej. Chciała bywać w pokoju przesłuchań. Dochodzić sedna sprawy. Uważała, że to normalne i że pragnie tego prawie każdy, mało kto jednak ma odwagę się do tego przyznać. W dawnej szkole wolała nie obnosić się z tą potrzebą. Dla kogoś, kto lubi liceum, dawna szkoła Stevie była idealna. Ani zła, ani dobra, taka, jak być powinna... Kilometry linoleum, buczące lampy, ciepła woń z bufetu skoro świt, zbyt prędko tłumione przez marazm przebłyski natchnienia i ciągły przymus niebycia sobą. I choć Stevie miała tam kolegów i koleżanki, nikt nie rozumiał jej umiłowania zbrodni. Napisała więc płomienny esej, przelewając wszystko na ekran, i wysłała na poły dla żartu, przekonana, że Ellingham jej nie przyjmie.

Tekst tak spodobał się w Ellingham, że przydzielono jej ten pokój.

Meble były drewniane i zaskakująco duże. Pokaźnych rozmiarów komoda chybotała pod dotykiem Stevie, odrapana tak bardzo, że nie ukryłaby tego żadna politura. Ale nie były to jedynie ślady zwykłego użytkowania – wycięto w niej czytelne słowa i inicjały. Stevie odkryła ze zdumieniem, że szuflady wcale nie są puste. Ktoś ułożył w nich już flanelowy koc w kratę, gruby fioletowy polar z herbem Akademii Ellinghama na przedzie, porządną latarkę z nową paczką baterii, niebieski flanelowy szlafrok i kilka rakiet z klamrami. Dopiero po wyjęciu ich z szuflady i bliższych oględzinach Stevie doszła do wniosku, że są to rakiety śnieżne, a wiesza się je pewnie na hakach, które zobaczyła przy drzwiach.

Wiedziała co prawda, że wyjeżdża do Vermontu, gdzie bywa zimno, ale nie przeczuwała, że zdarzają się tu tak poważne katastrofy.

Zaczęła rozpakowywać pudła i torby. Wyjęła starą szarą pościel, pasiastą kołdrę, którą dostała na dziesiąte urodziny, dwie z najmniej pożółkłych poduszek wydobytych z szafy. W ostrym świetle tutejszego słońca wszystko wydało jej się... bure. Wprawdzie miała trochę nowych rzeczy, jak wymagane tu: półka na wannę i klapki na wycieczki do łazienki – ale one niezbyt ożywiały pokój.

Tak czy owak, wyglądał nie najgorzej. Jadąc tu, wyobrażała sobie, że pokój w bursie będzie jak mieszkanie Sherlocka Holmesa przy Baker Street – zapyziały, ale elegancki.

Włożyła słuchawki, by wreszcie wrócić do podkastu. Opowiadał o H.H. Holmesie, seryjnym mordercy z Chicago: „...odkrywano kolejne pomieszczenia w zamczysku zbrodni Holmesa: pokoje z doprowadzonym gazem, komnatę, gdzie wieszał swe ofiary, dźwiękoszczelną kryptę...”.

Otworzyła pudło oznaczone gwiazdkami. Zawierało coś, bez czego nie mogłaby się obejść: kryminały. (Starannie wyselekcjonowanych kilkadziesiąt). Czule ustawiła je na półce w kolejności, w jakiej chciała je oglądać.

„...zsyp prowadzący do pieców, w których zwłoki zapewne...”

Na samej górze Sherlock Holmes i Wilkie Collins. Później rozłożona na dwóch półkach Agatha Christie, wreszcie Josephine Tey z Dorothy L. Sayers. Dotarłszy do współczesności, na końcu Stevie umieściła prace o medycynie sądowej i psychokryminalistyce. Cofnęła się, by sprawdzić efekt, i poprawiła jeszcze to i owo, aż zgadzało się dokładnie wszystko. Książki nadawały sens przestrzeni Stevie.