32,99 zł
„Kiedy pobożny Żyd ma problem, po radę idzie do rabina. Ale co ma zrobić rabin, kiedy ma problem? Idzie do naczelnego rabina. A gdzie ma iść naczelny rabin, kiedy ma problem? Naczelny rabin idzie do Mariana Turskiego”.
Michael Schudrich Naczelny Rabin Polski
Marian Turski doświadczył niemal całego ciężaru XX wieku – pamięcią sięgał II Rzeczypospolitej, ocalał z Zagłady, a przez kolejne dekady aktywnie uczestniczył w życiu publicznym i intelektualnym, nie tracąc ani ciekawości świata, ani poczucia humoru.
Pod koniec życia coraz częściej mówił z niepokojem: „To mi przypomina początek lat trzydziestych”. A nigdy nie rzucał słów na wiatr – każde z nich było przemyślane i zakorzenione w jego ogromnym doświadczeniu.
„Nieobojętny. 100 portretów Mariana Turskiego” to niebanalny przyczynek do jego biografii i jednocześnie przewodnik na trudne czasy. Książka pełna anegdot, ciepłych wspomnień i inteligenckiego humoru, a zarazem mądrych refleksji o odpowiedzialności, wspólnocie i granicach kompromisu.
Mądry, ciepły, dowcipny – taki był nasz Marian Turski
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 86
Data ważności licencji: 5/6/2031
Projekt okładkiTomasz Majewski
Zdjęcie na okładceMichał Mutor/Polityka
Redaktorka inicjującaKarolina Pawlik
Redaktorka językowaAgnieszka Mąka
Opieka promocyjnaMaria Adamik-Kubala
Koordynacja procesu wydawniczegoAgata Błasiak
KorektaAgnieszka Mąka
Joanna Wiśniewska
Wybór ilustracjiJoanna TurskaMarek ZającAdam Zechenter
Copyright © by Marek ZającCopyright © for this edition by SIW Znak sp. z o.o., 2026
ISBN 978-83-8427-560-3
Znak Horyzontwww.znakhoryzont.pl
Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znak, 30-105 Kraków, ul. Kościuszki 37Dział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, email: [email protected]
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotował Jan Żaborowski
To nie jest biografia Mariana Turskiego. Takie biografie – solidnie udokumentowane, chronologiczne, z odnośnikami, cytatami – dopiero powstają; wiem, bo ja i inni koledzy Mariana z „Polityki” bywamy proszeni o pomoc, nagranie, dokumenty, pamiątki. To musi potrwać: odtworzenie, opowiedzenie niemal stuletniego życia, rozgrywającego się w tak różnych historycznych epokach, których Marian Turski był świadkiem, uczestnikiem, ofiarą, komentatorem – jest tym trudniejsze, że on sam niechętnie opowiadał o sobie. Przez długie powojenne lata miał – do czego się przyznawał – rodzaj amnezji, kompletnego wyparcia wspomnień z Auschwitz, z marszu śmierci do Buchenwaldu, a po wyzwoleniu – z wielomiesięcznej maligny, balansowania na granicy życia i śmierci. Dużo później, przy pomocy garstki przyjaciół, jak on cudem ocalałych z Holokaustu, odzyskiwał stopniowo pamięć, także odwagę, aby opowiedzieć. Ale wciąż oszczędnie, rzeczowo, z widoczną emocjonalną samokontrolą, zwykle na jakąś oficjalną prośbę, jakby z poczucia powinności, że „ktoś musi mówić za tych, którzy milczą”.
Kiedy rozpoczął starania o budowę Muzeum Historii Żydów Polskich, coraz bardziej przyjmował na siebie publiczną rolę świadka historii, strażnika pamięci, sam stawał się legendą, a po słynnym wystąpieniu podczas siedemdziesiątej piątej rocznicy wyzwolenia Auschwitz (jedenaste przykazanie: „Nie bądźcie obojętni!”) Marian Turski był już postacią pomnikową, globalnie rozpoznawalną. Oczywistością było zgłoszenie go do Pokojowej Nagrody Nobla. Ale o Marianie Turskim w jego innych rolach – dziennikarza, redaktora, działacza społecznego i politycznego, historyka – wiedzieli głównie jego koledzy i przyjaciele. Marian był osobą kameralną, człowiekiem zawsze umniejszającym swoje zasługi, gotowym do chwalenia innych, dziś powiedzielibyśmy „antynarcyzem”. I dlatego ta książka, choć nie jest profesjonalną biografią – taką, jakie zwykle nagradzała kapituła Nagród Historycznych „Polityki”, od 1958 roku kierowana przez Turskiego – jest może i czymś więcej, jego portretem.
Marek Zając – na taki pomysł mógł wpaść tylko długoletni, bliski przyjaciel – postanowił opowiedzieć o Marianie Turskim głównie poprzez anegdoty; ledwie migawki z jego wystąpień; osobiste, czasem wręcz intymne wspomnienia bliskich; Marianowe – na ogół autoironiczne – komentarze, powiedzonka, aforyzmy. Mamy sto puzzli, z których autor układa kolorowy obraz niezwykłego, ale jednocześnie bardzo zwykłego, zabawnego, ciepłego człowieka. Te biograficzne kawałki nie są układane według porządku czasowego ani według jakiejś ich publicznej wagi, ale bardzo logicznie; każdy kolejny fragment jest dopowiedzeniem poprzedniego, niekiedy zaskakującym kontrapunktem. A jednocześnie z wielu tych mikrohistorii Marek Zając wydobywa i wyróżnia jakieś zdania, zwykle pochodzące od samego Mariana, które razem tworzą swoistą „Księgę przykazań i napomnień Mariana Turskiego”.
Każdy, kto znał Mariana, doświadczył jego pomocy, współpracy, zainteresowania, a takich ludzi są setki, mógłby do tego zbioru coś dodać. Ja miałbym nasze, redakcyjne legendy – jak choćby, wspomniany w tej książce, Marianowy zwyczaj przynoszenia do redakcji (ale też przechowywania) chleba. Kto pamięta opowieść Mariana o grupie przyjaciół z łódzkiej Lewicy Związkowej, z którymi razem trafił do Auschwitz, i o tym, jak mimo straszliwego głodu oddawali po kawałku własnego chleba, aby „odkupić” Marianowi stłuczone przez obozowego kapo okulary – ten pewnie bez trudu zrozumie, skąd u niego, nawet pół wieku później, taka obsesja i kult chleba. Ale w redakcji „Polityki” było tak, że nowi dziennikarze tygodnika, a przewinęły się ich dziesiątki, dopiero kiedy napisali naprawdę dobry tekst, razem z pochwałami dostawali od Mariana jakąś specjalnie przyniesioną bułeczkę czy „świetny razowiec” – wielu (ja zresztą też) pamięta to jako wzruszający akt przyjęcia do zespołu, zawodowy dyplom.
Marian Turski, przypomnę, bo to światowy ewenement, przez niemal siedem dekad pozostawał wierny jednej gazecie i jednej redakcji. Nie wyjechał – mimo propozycji – po antysemickiej nagonce w 1968 roku, bo „Polityka”, choć pojawiła się groźba likwidacji pisma, jej nie uległa, a Marian znalazł w zespole bezwzględną lojalność i rodzinne wsparcie. Nie odszedł z „Polityki” po stanie wojennym w 1981 roku, bo uważał, że właśnie w najtrudniejszych czasach gazeta nie może opuszczać swoich czytelników. Z entuzjazmem, choć nie bez obaw – on, od młodości zdeklarowany lewicowiec – przyjął rewolucję 1989 roku, zmiany, jakie zachodziły w polityce, gospodarce, w społeczeństwie, wreszcie w samej gazecie. Pracował w redakcji, jako pełnowymiarowy kierownik działu historii, aż do śmierci. W dziewięćdziesiątym dziewiątym roku życia był zapewne jednym z najstarszych, jeśli nie najstarszym, etatowym dziennikarzem i redaktorem w prasie światowej. Stąd pewnie wzięła się jeszcze jedna redakcyjna przypowieść: ponieważ Marian w oczywisty sposób nie podlegał normalnym prawom biologii, to „żółwik” z nim, a tak zwykł się witać z kolegami, uchodził – półżartem, półserio – za akt terapeutyczny i profilaktyczny. Marian o tym redakcyjnym konwenansie chyba wiedział, ale jak wszelkie okazywane mu specjalne względy traktował z uśmiechem – i „żółwiki” robił.
Może warto by też było dodać do zbiorku kolejną z opowieści o Wartburgu Turskiego, bo Marian był kierowcą bezpiecznym, ale ekscentrycznym, czego dowiódł m.in. w naszej leśniczówce w Niborku na Mazurach, gdzie potraktował okrągły basen jak rondo i postanowił je objechać, nie zważając na schody. Albo jak Marian na swoje dziewięćdziesiąte urodziny dyrygował orkiestrą symfoniczną. Przypomniałbym też – już z innej półki – że to do Mariana trafił ze swoimi więziennymi notatkami Kazimierz Moczarski i to na biurku Turskiego powstawały słynne Rozmowy z katem. I tak dalej, ileż to historii do zapisania, do opowiedzenia. Marian Turski mówił, że dla człowieka najważniejsze jest samo życie. A w nim wolność, solidarność i przyjaźń. Los sprawił, że stał się głosem tych, którym na tej ziemi, zwanej Polin, odebrano wolność, godność i prawo do życia. I głosem przestrogi przed złem, które powraca małymi krokami – w pogardzie, dyskryminacji, mowie nienawiści, obojętności na los innych.
W 2026 roku Marian Turski skończyłby sto lat. Myśleliśmy, że razem będziemy obchodzić ten jubileusz. I trochę tak jest dzięki tej książce.
Jerzy Baczyński
redaktor naczelny tygodnika „Polityka”
***
Gdybym miał sam zatytułować tę książkę, zdecydowałbym się na „Kwiatki Mariana Turskiego”. Powszechnie są znane Kwiatki św. Franciszka; mam nadzieję, że równie rozpoznawalne są Kwiatki św. Jana Pawła II, pozbierane kiedyś przez Janusza Poniewierskiego. Marek Zając spisał kwiatki Mariana Turskiego. Nie kompletne opowiadanie. Nie biografię. By napisać kwiatki, nie wystarczy być historykiem z zawodu lub zamiłowania (Marek Zając jest). Nie wystarczy sprawnie posługiwać się piórem (Marek Zając potrafi). Do napisania kwiatków potrzebna jest głęboka znajomość Osoby, której dotyczą. Jakaś z nią bliskość. Dużo czasu spędzonego razem. Duchowe pokrewieństwo: wspólnota wartości i myślenia według nich. Przy wszystkich oczywistych różnicach.
W takie relacje nie wchodzi się z butami. Więc ja także nie zamierzam naruszać głębokości i intymności tego, co łączyło – i wciąż łączy – Panów Marka i Mariana. Przez lata jednak widywałem ich razem: w myśleniu i w działaniu. Przede wszystkim w Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej, ale również w każdym gremium i w każdej przestrzeni, gdzie toczyła się walka o pamięć – pamięć o tym, czego zapomnieć nie wolno! O Zagładzie! Pamięć, która musi być deuteronomiczna. Musi wyznaczać prawa, zasady i powinności.
Kto przeczyta tę książkę, nie będzie w stanie odtworzyć życiorysu Mariana Turskiego. Alepozna Osobę. W całej jej prawdzie, a to znaczy również: w pokorze. Kwiatki – każde (i te także) – nie mają wiele wspólnego z pomnikiem z brązu czy z kamienia. Są raczej zbiorem różnych kartek i karteczek. Pokazują swojego bohatera raz jako postać heroiczną i inspirującą całe społeczeństwa, innym razem bardzo skromną i obdarowywaną przez otoczenie. Jeszcze innym – w sytuacjach, które chciałby, być może, przeżyć inaczej (zdecydować inaczej, zadziałać inaczej), gdyby się tylko udało cofnąć czas…
Dziękuję Markowi Zającowi za tę książkę. Ona nie jest podzieleniem się wiedzą. Jest podzieleniem się życiem. W tych, którym było dane znać Mariana Turskiego, książka wywoła jeszcze wiele innych osobistych wspomnień. Obudzi choć na chwilę tak ważną dla każdego z nas relację. Relację, która została nam dana i zadana. W sposób zobowiązujący. Po przeszło roku od śmierci Mariana Turskiego jeszcze bardziej!
Kardynał Grzegorz Ryś
Metropolita Krakowski
Po co jest ta książka?
To uzasadnione pytanie, ale pierwszeństwa musi ustąpić istotniejszemu: Po co był Marian Turski?
Kilka, może kilkanaście godzin po śmierci Mariana, jego przyjaciel z tygodnika „Polityka”, profesor Wiesław Władyka wypowiedział zdanie, które w jednym momencie wszystko mi wyjaśniło. To tak, jakby obejrzeć się za ramię, wstecz, w przeszłość – zobaczyć całą historię relacji z drugim człowiekiem i nagle zrozumieć jej sens.
To zdanie brzmiało: „Marian był po coś”.
A świadomość tego, że Marian jest po coś – narastała z biegiem lat zarówno w nim samym, jak też w każdym, którego łączyła z nim głębsza więź. Każdym, dla kogo Marian Turski był ważny, nawet jeśli w ogóle nie znali się osobiście.
Jeżeli zatem trzymasz w ręku tę książeczkę, droga Czytelniczko i drogi Czytelniku, to śmiem przypuszczać, że Marian Turski jest dla Ciebie kimś ważnym, inspirującym, a może po prostu interesującym. Albo – i tu wyrażam moją nadzieję – kimś takim się stanie po lekturze.
To z kolei pozwala zakładać, że należysz do grona ludzi, którzy z coraz większym niepokojem patrzą na świat. Dostrzegasz, że budzą się stare demony, które – jak wierzyliśmy naiwnie – już na zawsze miały zniknąć w mrokach historii. Nie umiesz przejść do porządku dziennego nad tym, że życie publiczne – nie tylko w Polsce – zdominowały nienawiść i kłamstwo.
Marian był po coś – w szczególności po to, żebyśmy dziś nie czuli się z tym wszystkim bezradni i osamotnieni. Im bliższy był śmierci, z tym większą determinacją starał się przekazać nam coś, co pozwoli przetrwać nadchodzącą próbę ogniową.
Zaczynamy. Jest grudzień 2024 roku…
Jest grudzień 2024 roku, odwiedzam Mariana w jego mieszkaniu. Fizycznie niknie w oczach, jakby zmalał i zapadł się do środka, ale umysł ma wciąż jak brzytwa. Rozmawiamy o tym, co w Polsce i na świecie.
– To mi przypomina początek lat trzydziestych – stwierdza Marian bez patosu i histerii, ale poważnie. Nigdy nie rzucał słów na wiatr, zawsze ważył zdania. Teraz brzmi jak prorok ze Starego Testamentu, jak Eliasz albo Jeremiasz, który nie tyle przepowiada przyszłość, ile przenikliwie patrzy na teraźniejszość. Widzi więcej, głębiej, dalej.
Co na to powiedzieć? Nie mówię nic, a Marian ni to kontynuuje, ni to zmienia temat: – Mam już gotowe przemówienie do Auschwitz. Ale ci nie pokażę. Chcę, żebyś to usłyszał tam.
Czy usłyszę? Mariana wyniszcza śmiertelna choroba. Ujawniła się niedawno i niespodziewanie. Rozwija się błyskawicznie. Przez następne kilka tygodni wydaje się, że przy życiu utrzymuje go wyłącznie nadzieja, że 27 stycznia 2025 roku, podczas obchodów osiemdziesiątej rocznicy wyzwolenia Auschwitz, po raz ostatni przemówi do świata. On wie, że to naprawdę będzie ostatni raz. Na naszych oczach toczy się walka życia ze śmiercią, woli z biologią.
W przeddzień obchodów, w niedzielę 26 stycznia, drżymy, jak zniesie podróż z Warszawy do Oświęcimia. Po południu dzwonię do przyjaciela: – Szczerze mówiąc, to nie wiem, czy jutro będzie w stanie przemawiać.
Wieczorem w wąskim gronie organizatorów ćwiczymy różne warianty – jak będzie potrzebny wózek; jak Marian samodzielnie nie dokończy wystąpienia; jak zasłabnie przy mównicy.
W końcu przychodzi osiemdziesiąta rocznica. W największym w historii Europy namiocie – obejmującym cały budynek Bramy Śmierci w Birkenau, trzy tysiące gości z całego świata, sześć koronowanych głów państw i dwudziestu prezydentów, o premierach i ministrach już nawet nie wspominając. Transmisję ogląda minimum siedemset pięćdziesiąt milionów ludzi. Ale najważniejszych jest ponad pięćdziesięcioro Ocalałych z Auschwitz. Została ich garstka. Wśród nich – Marian. Bardzo słaby, pod troskliwą opieką córki Joanny.
Co powie?
Jego wystąpienie z siedemdziesiątej piątej rocznicy odbiło się globalnym echem i weszło do kanonu najważniejszych przemówień przełomu tysiącleci. Słowa o jedenastym przykazaniu – „nie bądź obojętny” – i fraza, że „Auschwitz nie spadło z nieba”, weszły do potocznego języka i kulturowego dziedzictwa.
Ale przez kolejne pięć lat trudno było się oprzeć wrażeniu, że świat nie chciał tego słuchać. Przeciwnie: świat oszalał. Zbrodnicza wojna przeciwko Ukrainie, rzeź z 7 października i krwawa wojna w Strefie Gazy, konflikty na Bliskim Wschodzie, niespotykana od dziesięcioleci fala antysemityzmu, coraz głębsze podziały w wielu krajach i społeczeństwach, sukcesy populistów grających na najniższych instynktach, rozpad powojennego ładu światowego, słabnąca demokracja…
Co nam dziś powie Marian Turski?
Jako prowadzący obchody zapowiadam jego wystąpienie i widzę, że nie może się podnieść z miejsca. Podchodzę, wspólnie z córką pomagamy Marianowi wstać.
„Będzie ciężko” – myślę. Ale z każdym krokiem w Mariana wstępuje siła. Staje przy mównicy.
Ma dziewięćdziesiąt osiem lat. Ale młodszym od siebie chce dać siłę i nadzieję.
Drodzy przyjaciele, od co najmniej dwóch tysięcy lat naszej cywilizacji towarzyszy wizja apokalipsy. Oto pojawiają się czterej jeźdźcy apokalipsy: wojna, zaraza, głód i śmierć. Ludzie są porażeni strachem, sparaliżowani tym strachem. Czują się całkowicie bezradni.
Co robić?
Chciałbym tutaj zacytować pieśń, którą na pewno wielu z was rozpoznałoby, gdybym ją zanucił. Nie ma obawy. Nie będę śpiewał. Ale chcę zwrócić uwagę na tekst, tekst niesłychanie inspirujący. Tekst, którego autorem jest Rabi Nachman z Bracławia, ale znany bardziej jako Rabi Nachman z Humania, ponieważ tam kazał się pochować między grobami Ofiar pogromu: „Cały nasz świat, świat, nasz świat, jest niczym bardzo wąski pomost. / A co najważniejsze: Nie bać się wcale!”.
Dalsza część w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Spis treści
Portret z pamięci
Wstęp
1
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Spis treści
Meritum publikacji
