Wydawca: Muza Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 431 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Niedźwiedź i słowik - Katherine Arden

 

W Rusi, na skraju pustkowia, zima trwa większą część roku, a podczas długich wieczorów Wasilisa i jej rodzeństwo lubią siadać razem przy piecu i słuchać bajek, które opowiada im niania. Wasia uwielbia zwłaszcza bajkę o Mrozie, błękitnookim demonie zimy. Mądrzy Rosjanie boją się go, gdyż zabiera zbłąkane dusze, szanują także duchy chroniące ich domostw przed złem.

Pewnego dnia owdowiały ojciec Wasi przywozi z Moskwy nową żonę, Annę. Fanatycznie nabożna macocha Wasi zakazuje rodzinie składać ofiary domowym duchom, chociaż Wasia obawia się, co wyniknie z takiej postawy. I rzeczywiście na wioskę zaczynają spadać kolejne nieszczęścia.

Jednak surowość macochy tylko się nasila. Anna z uporem wprowadza w wiosce swoje porządki, a zbuntowaną pasierbicę postanawia albo wydać za mąż, albo wysłać do klasztoru. Gdy wioska staje się coraz bardziej bezbronna, a zło z lasu podkrada się coraz bliżej, Wasilisa musi przywołać swoją, skrywaną dotąd, magiczną moc – by obronić rodzinę przed niebezpieczeństwem rodem z najbardziej przerażających bajek starej niani.

Cudowna wyprawa do średniowiecznej Rusi, gdzie magia jest częścią codziennego życia

Opinie o ebooku Niedźwiedź i słowik - Katherine Arden

Fragment ebooka Niedźwiedź i słowik - Katherine Arden

Tytuł ‌oryginału: The ‌Bear and ‌the ‌Nightingale

Projekt ‌okładki: www.headdesign.co.uk

Redaktor ‌prowadzący: Ewa ‌Orzeszek-Szmytko

Redakcja: Beata Słama

Redakcja ‌techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Skład ‌wersji ‌elektronicznej: ‌Robert Fritzkowski

Korekta: ‌Ewa ‌Rudnicka

© 2016 by ‌Katherine ‌Arden. All rights ‌reserved

© for this edition ‌by MUZA SA, ‌Warszawa 2018

© ‌for the Polish ‌translation by ‌Katarzyna Bieńkowska

ISBN 978-83-287-0883-9

Warszawskie ‌Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie ‌I

Warszawa ‌2018

Dla ‌mojej matki,

z miłością

Jest nad ‌zatoką ‌dąb zielony,Na dębie ‌złoty łańcuch lśni;I całe ‌noce, całe ‌dni

Wędruje po nim kot ‌uczony;Zwróci się w prawo – śpiewa ‌pieśni,A w lewo ‌– bajki opowiada.

A.S. Puszkin

przekład Jana ‌Brzechwy

Część pierwsza

1.Mróz

W północnej Rusi ‌był koniec zimy, powietrze ‌wydawało się ‌ciężkie od wilgoci, ‌której nie można nazwać ‌ani deszczem, ‌ani śniegiem. Promienny ‌lutowy pejzaż ‌przeszedł w szarą marcową ponurość, ‌a w domostwie Piotra ‌Władimirowicza wszyscy byli zakatarzeni i chudzi po sześciu tygodniach życia o ciemnym chlebie i kiszonej kapuście. Nikt jednak nie myślał o odmrożeniach, o cieknących nosach ani nawet nie tęsknił za kaszą i pieczonym mięsiwem, ponieważ Dunia właśnie miała opowiedzieć bajkę. Tego wieczoru staruszka siedziała w miejscu najlepszym do snucia opowieści: w kuchni, na drewnianej ławie przy piecu. Piec był ogromny, gliniany, wyższy od człowieka i tak pojemny, że w środku z łatwością zmieściłoby się czworo dzieci Piotra Władimirowicza. Na górze można było spać, a we wnętrzu gotować. Ogrzewał kuchnię, a chorym służył jako łaźnia parowa.

– Której bajki chcecie dziś posłuchać? – spytała Dunia, rozkoszując się ogniem grzejącym jej plecy.

Dzieci Piotra przycupnęły na stołkach naprzeciwko niej. Wszystkie uwielbiały opowieści Duni, nawet drugi syn, Sasza, dziecko bardzo pobożne. Gdyby ktoś go spytał, stwierdziłby pewnie, że woli spędzić wieczór na modlitwie, lecz w cerkwi było zimno, a na dworze padał deszcz ze śniegiem. Sasza wystawił nawet głowę za drzwi, lecz wycofał się pokonany z mokrą buzią. Usiadł na stołku, nieco z boku, z miną mającą zapewne wyrażać pobożną obojętność.

Pozostałe dzieci, słysząc pytanie Duni, zaczęły wykrzykiwać:

– Finist, dzielny sokół!

– Iwan carewicz i szary wilk!

– Żar-Ptak!

Mały Alosza stanął na stołku i wymachiwał rączkami, żeby przekrzyczeć starsze rodzeństwo, aż myśliwski pies Piotra podniósł wielki, pokryty bliznami łeb.

Zanim jednak Dunia zdążyła coś powiedzieć, drzwi wejściowe otworzyły się ze stukotem i do izby wtargnął ryk wichury. W progu stanęła kobieta strząsająca wodę z włosów. Twarz miała zarumienioną od chłodu, była jeszcze chudsza niż dzieci. Ogień rzucał cienie na jej zapadnięte policzki, szyję i skronie. W głęboko osadzonych oczach odbijał się blask płomieni. Pochyliła się i wzięła Aloszę na ręce, a on aż zapiszczał z radości.

– Mama! – wykrzyknął. – Matuszka!

Marina Iwanowna przysunęła stołek bliżej ognia i usiadła. Alosza zacisnął piąstki na warkoczu mamy. Zadrżała, choć pod grubym ubraniem nie było tego widać.

– Oby ta nieszczęsna owca dzisiaj urodziła – odezwała się. – W przeciwnym razie boję się, że już nigdy nie ujrzymy waszego ojca. Opowiadasz bajki, Duniu?

– Jeśli zamilkniecie choć na chwilę, to może opowiem – odrzekła staruszka.

– Chętnie posłucham bajki – zapewniła Marina. Kiedyś Dunia była także jej nianią. Powiedziała to lekkim tonem, lecz w jej oczach czaił się mrok. Dunia rzuciła jej ostre spojrzenie. Za oknem szlochał wiatr. – Opowiedz nam, Duniaszka, o Mrozie, o królu Karachunie, demonie zimy. Szaleje dziś na dworze i złości się na odwilż.

Dunia się zawahała. Starsze dzieci popatrywały na siebie niepewnie.

Na Mroza, demona zimy, mówiono czasem Morozko, jednak dawno temu ludzie nazywali go Karachun, bóg śmierci. Był królem najostrzejszej zimy, samego jej środka, przychodził po niegrzeczne dzieci i sprawiał, że zamarzały nocą. To było złowróżbne imię, nie należało wypowiadać go głośno, zwłaszcza gdy Mróz trzymał jeszcze ziemię w swym uścisku.

Marina mocno przytulała synka, a on wiercił się i ciągnął ją za warkocz.

– Dobrze – powiedziała Dunia po chwili wahania. – Opowiem wam o Morozce, o jego dobroci i okrucieństwie.

Bezpieczne imię demona zimy, to, którego nie trzeba było się lękać, wymówiła z naciskiem.

Marina uśmiechnęła się drwiąco i wyplątała ze swoich włosów rączki synka. Nikt nie protestował, chociaż bajka o Mrozie była bardzo stara i wszyscy słyszeli ją już wiele razy. Dunia jednak opowiadała tak ciekawie i barwnie, że nigdy nie mieli dość.

– W pewnym księstwie… – zaczęła, lecz urwała i spojrzała karcąco na Aloszę, który popiskiwał jak nietoperz i wiercił się w objęciach mamy.

– Ciii – szepnęła Marina i znów podała mu koniec warkocza do zabawy.

– W pewnym księstwie – powtórzyła staruszka z godnością – żył sobie wieśniak, który miał piękną córkę…

– Jak śś… nazywała? – wymamrotał sennie Alosza. Był dociekliwy, zawsze domagał się szczegółów potwierdzających, że to wszystko prawda.

– Nazywała się Marfa – odparła staruszka. – Mała Marfa. I była piękna niczym czerwcowe słoneczko, a przy tym dzielna i dobra. Nie miała mamy, jej prawdziwa mama umarła, kiedy dziewczynka była jeszcze malutka. A choć ojciec ożenił się powtórnie, Marfa nadal nie miała matki i żyła jak sierota. Mimo że macocha Marfy była, jak mówiono, niebrzydką kobietą, piekła pyszne ciasta, pięknie tkała i potrafiła przygotować aromatyczny kwas chlebowy, serce miała zimne i nieczułe. Nienawidziła Marfy za jej urodę i dobroć, a faworyzowała własną córkę, brzydką i leniwą. Najpierw chciała sprawić, żeby Marfa zbrzydła, zlecała jej więc najcięższe prace domowe, by dłonie dziewczyny powykręcały się, plecy zgarbiły, a twarz pomarszczyła. Marfa była jednak silna, być może obdarzona odrobiną magicznej mocy, gdyż wykonywała wszystkie prace bez narzekania, a w miarę upływu lat stawała się coraz piękniejsza. Kiedy więc macocha… – widząc, że Alosza zamierza jej przerwać, Dunia dodała: – która nazywała się Daria Nikołajewna, stwierdziła, że nie zdoła sprawić, by Marfa zrobiła się brzydka i zgorzkniała, postanowiła pozbyć się jej raz na zawsze. Pewnego dnia w środku zimy Daria zwróciła się do małżonka: „Mój drogi, sądzę, że już pora, by nasza Marfa wyszła za mąż”.

Marfa była akurat w izbie i smażyła placki. Spojrzała na macochę z radosnym zdziwieniem, bo przecież tamta nigdy się nią nie interesowała, chyba że chciała coś jej wytknąć, jednak radość szybko przemieniła się w trwogę.

„Już wybrałam dla niej odpowiedniego męża. Wsadź ją na sanie i zawieź do lasu. Wydamy ją za Morozkę, pana zimy. Czy któraś panna mogłaby sobie życzyć wspanialszego i bogatszego oblubieńca? Toż on jest władcą białego śniegu, czarnych jodeł i srebrnego szronu!”

Małżonek, a nazywał się Borys Borysowicz, spojrzał przerażony na żonę. Kochał córkę i dobrze wiedział, że lodowate objęcia boga zimy nie są przeznaczone dla śmiertelnych panien. Może jednak Daria również dysponowała odrobiną magii, ponieważ mąż nie potrafił niczego jej odmówić. Z płaczem usadowił córkę na saniach, zawiózł w głąb lasu i zostawił pod jodłą.

Dziewczyna długo siedziała sama, drżała i dygotała, bo było jej coraz zimniej i zimniej. Wreszcie usłyszała głośne stukoty i trzaski. Podniosła głowę i ujrzała samego Morozkę, który szedł ku niej, skacząc wśród drzew i dziarsko pstrykając palcami.

– A jak on wyglądał? – chciała wiedzieć Olga.

Dunia wzruszyła ramionami.

– Co do tego, każdy ma swoją wersję. Niektórzy twierdzą, że jest jedynie lodowatym powiewem szemrzącym wśród jodeł. Inni widzą w nim starca o przejrzystych oczach i zimnych dłoniach jeżdżącego saniami. A jeszcze inni mówią, że jest wojownikiem w kwiecie wieku odzianym na biało i dzierżącym w dłoniach broń zrobioną z lodu. Nikt nie wie tego na pewno. Tak czy inaczej, Mróz podszedł do Marfy. Jej twarz owionął lodowaty podmuch i poczuła jeszcze większy ziąb. A wtedy Mróz przemówił do niej głosem zimowego wiatru i sypiącego śniegu: „Ciepło ci, moja śliczna?”.

Marfa była dziewczyną dobrze wychowaną, bez narzekania znoszącą wszelkie trudy, odparła więc: „Ciepło, dziękuję, drogi panie Mrozie”. Słysząc to, demon zaśmiał się, a gdy to zrobił, zadął porywisty wiatr. Drzewa jęknęły nad ich głowami. Mróz znowu zapytał: „A teraz? Ciepło ci, kochanie?”. Marfa zaś, chociaż z zimna ledwie mogła mówić, zapewniła go: „Ciepło, tak, ciepło, dziękuję”.

Nagle rozszalała się śnieżyca, wiatr wył i szczerzył kły, a biedna Marfa była pewna, że oderwie jej skórę od kości. Mróz już się nie śmiał, a kiedy spytał po raz trzeci: „Ciepło ci, najdroższa?”, dziewczyna miała przed oczami czarne plamy i odpowiedziała, z trudem wydobywając głos przez zamarzające usta: „Tak… ciepło. Ciepło, mój panie Mrozie”.

Mróz poczuł podziw dla odwagi Marfy i ulitował się nad nią: otulił ją swoją peleryną z błękitnego brokatu i ułożył w saniach. Kiedy wyjechał z lasu i zostawił dziewczynę pod drzwiami chaty jej ojca i macochy, nadal była spowita we wspaniałą pelerynę i trzymała w rękach skrzynkę pełną klejnotów oraz złotych i srebrnych ozdób. Ojciec Marfy zapłakał z radości, widząc ją całą i zdrową, lecz Daria i jej córka były wściekłe, gdy zobaczyły, że Marfa jest bogato odziana, promienna i tak hojnie obdarowana.

Daria zwróciła się do męża tymi słowy: „Mój drogi, prędko! Bierz sanie i zawieź tam moją córkę Lizę. Podarunki, które Mróz dał Marfie, to nic z porównaniu z tymi, które wręczy mojej córeczce!”.

Chociaż w głębi serca Borys uważał polecenie żony za szaleństwo, zabrał dziewczynę na sanie i pojechali. Liza miała na sobie swoją najpiękniejszą suknię i była otulona grubym kożuchem. Ojciec zawiózł ją w głąb lasu i zostawił pod tą samą jodłą co przedtem Marfę.

Liza siedziała tam bardzo długo. Pomimo ciepłego okrycia było jej coraz zimniej. Wreszcie spomiędzy drzew wyłonił się Mróz, pstrykając dziarsko palcami i śmiejąc się do siebie. Podszedł do Lizy tanecznym krokiem i dmuchnął jej w twarz, a jego oddech był niczym wiatr z północy, od którego przemarza się na kość. Uśmiechnął się i spytał: „Ciepło ci, kochanie?”. Liza wzdrygnęła się i wrzasnęła: „Oczywiście, że nie, ty głupcze! Nie widzisz, że prawie umieram z zimna?!”.

Wtedy zerwał się jeszcze silniejszy wiatr, a jego podmuchy boleśnie smagały dziewczynę. Przekrzykując zawieruchę, Mróz spytał: „A teraz?! Ciepło?!”. Dziewczyna krzyknęła w odpowiedzi: „Ależ nie, durniu! Przemarzłam do szpiku kości! Nigdy w życiu nie było mi tak zimno! Czekam na mojego oblubieńca Mroza, ale ten gbur nie przychodzi!”. Na te słowa spojrzenie Mroza stało się twarde niczym diament. Położył palce na szyi dziewczyny, pochylił się nad nią i szepnął jej do ucha: „A teraz ci ciepło, moja gołąbeczko?”. Dziewczyna jednak nie mogła odpowiedzieć, bowiem kiedy jej dotknął, umarła, i teraz leżała zamarznięta na śniegu.

Daria czekała w domu, chodząc po izbie tam i z powrotem. „Dwie skrzynie złota przynajmniej – mówiła, zacierając ręce. – Suknia ślubna z jedwabnego aksamitu i narzuta na łoże małżeńskie z najlepszej wełny”. Mąż milczał. Cienie zaczęły się wydłużać, a Lizy wciąż nie było. Wreszcie Daria posłała męża po córkę, przestrzegając go, żeby uważał na skrzynię ze skarbami. Kiedy jednak Borys dotarł pod drzewo, gdzie rano zostawił Lizę, nie było tam ani śladu skarbu. Była tylko leżąca na śniegu martwa dziewczyna.

Mężczyzna z ciężkim sercem wziął ją na ręce i zabrał do domu. Daria wybiegła im na spotkanie. „Liza! – zawołała. – Moje kochanie!”.

A wtedy zobaczyła w saniach ciało córki. W tym samym momencie palec Mroza dotknął serca Darii i ona także w jednej chwili była martwa.

Zapadła cisza, pełna uznania dla opowieści Duni, po czym Olga spytała tęsknym głosem:

– A co stało się z Marfą? Wyszła za niego? Za króla Mroza?

– Dotyk mrożący krew w żyłach… – mruknął Kola z uśmieszkiem, nie zwracając się do nikogo w szczególności.

Dunia posłała mu surowe spojrzenie, lecz nie zaszczyciła go odpowiedzią.

– Raczej nie, Olu – zwróciła się do dziewczynki. – Nie wydaje mi się. Na co zdałby się król zimy śmiertelnej pannie? Bardziej prawdopodobne jest to, że wyszła za bogatego wieśniaka, wnosząc największy posag w całej Rusi.

Olga miała taką minę, jakby chciała zaprotestować wobec tak mało romantycznego zakończenia, jednak Dunia, której strzykało w kościach, już wstała, chcąc udać się na spoczynek. Góra pieca była wielkości sporego łóżka, więc starzy, mali i chorzy sypiali właśnie tam. Dunia przygotowała posłanie dla siebie i Aloszy.

Pozostałe dzieci pocałowały matkę na dobranoc i wymknęły się z kuchni. W końcu także Marina wstała ze stołka. Pomimo zimowych ubrań Dunia dobrze widziała, jak bardzo wychudła, i ścisnęło się jej serce.

Wkrótce nadejdzie wiosna, pocieszała się. Lasy się zazielenią, bydlęta będą dawać pożywne mleko. Upiekę jej placek z jajkami, twarogiem i mięsem bażanta, a słońce sprawi, że wydobrzeje.

Patrząc w oczy Mariny, stara niania miała jednak złe przeczucia.

2.Wnuczka czarownicy

Jagnię wydostało się wreszcie na świat, śliskie, wiotkie i czarne niczym martwe drzewo w deszczu. Owca zaczęła lizać energicznie swoje maleństwo i już po chwili jagniątko stanęło, chwiejąc się, na drobniutkich kopytkach.

– Mołodiec – pochwalił Piotr Władimirowicz owcę i wstał. Kiedy się wyprostował, poczuł ból w plecach. – Mogłaś jednak wybrać lepszą noc.

Na zewnątrz wiatr zgrzytał zębami. Owca machnęła nonszalancko ogonem, a Piotr uśmiechnął się i zostawił ją z synkiem. Zdrowy baranek urodzony podczas śnieżycy pod koniec zimy to dobry znak.

Piotr Władimirowicz był wielkim panem: bojarem, posiadaczem żyznej ziemi, na jego rozkazy było mnóstwo ludzi. Towarzyszył rodzącym zwierzętom, bo tak chciał. Zawsze starał się być obecny, kiedy nowe stworzenie miało zasilić jego trzodę, a często bywało, że wyciągał je na świat własnymi zakrwawionymi rękami.

Deszcz ze śniegiem przestał padać, rozpogodziło się. Kiedy Piotr wyszedł na podwórze i zamknął za sobą wrota obory, między chmurami błysnęło kilka dzielnych gwiazd. Mimo odwilży jego dom wciąż był prawie po okap zasypany śniegiem. Widać było tylko spadzisty dach i kominy, a także przestrzeń wokół drzwi, którą parobkowie pracowicie odśnieżali.

W letniej części wielkiego domu były duże okna i kominek z otwartym paleniskiem. To skrzydło zamykano jednak na zimę i teraz, zagrzebane w śniegu i zapieczętowane mrozem, wyglądało na opuszczone. Zimowa część domu mogła się poszczycić ogromnymi piecami i małymi, umieszczonymi wysoko oknami. Z kominów nieustająco unosił się dym, a przy pierwszym silnym mrozie Piotr wstawił w ramy okien kawałki lodu, żeby nie wpuszczać zimna, ale pozwolić wpadać światłu. Teraz blask bijący z kominka w izbie jego żony tworzył na śniegu migoczącą sztabkę złota.

Piotr pomyślał o Marinie i przyspieszył kroku. Ucieszy się z narodzin jagniątka.

Przejścia między budynkami gospodarczymi były zadaszone i wyłożone balami drewna do ochrony przed deszczem, śniegiem i błotem. Wciąż zacinający mokry śnieg sprawiał, że drewno nasiąkało wodą, która natychmiast zamarzała. Na takiej zdradzieckiej powierzchni łatwo było się poślizgnąć. Wokół piętrzyły się wilgotne zaspy wysokości człowieka, dziobate od śniegu z deszczem. Piotr stąpał jednak pewnie w butach z filcu i futra. Zatrzymał się w sennej kuchni, by umyć ręce. Na górze pieca Alosza przekręcił się na drugi bok i zakwilił przez sen.

Sypialnia jego żony była mała – ze względu na mróz – lecz jasna, wygodna i przytulna. Drewniane ściany pokrywały połacie tkanin. Piękny dywan – część posagu Mariny – przybył tu krętymi drogami z samego Carogrodu. Drewniane stołki zdobiły fantastyczne rzeźbienia, wszędzie leżały sterty kap z puszystych wilczych i króliczych skór.

Mały piecyk w rogu rzucał przyjemny blask. Marina jeszcze się nie położyła. Siedziała przy ogniu otulona pledem z białej wełny i czesała włosy. Mimo że urodziła czworo dzieci, jej włosy wciąż były gęste, ciemne i sięgały kolan. W łagodnym świetle ognia wyglądała jak panna młoda, którą Piotr przywiózł do domu dawno, dawno temu.

– Urodziło się? – spytała. Odłożyła grzebień i zaczęła splatać włosy w warkocz, cały czas wpatrując się w ogień.

– Tak – odparł Piotr z roztargnieniem, zdejmując kaftan w przyjemnym cieple sypialni. – Ładny baranek. Jego mama także ma się dobrze, to dobry znak.

Marina się uśmiechnęła.

– Cieszy mnie to, bo potrzebujemy dobrych znaków – powiedziała. – Spodziewam się dziecka.

Piotr zamarł z na wpół zdjętą koszulą. Otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz po chwili je zamknął. To oczywiście możliwe, lecz Marina nie jest już młoda, a tej zimy tak bardzo schudła…

– Jeszcze jedno? – mruknął. Wyprostował się, zdjął koszulę i odłożył ją na bok.

Marina usłyszała w jego głosie troskę i na jej wargach pojawił się smutny uśmiech. Przewiązała koniec warkocza skórzanym rzemieniem i dopiero po chwili rzekła:

– Tak. – Odrzuciła warkocz na plecy. – Dziewczynka. Urodzi się jesienią.

– Marino… – zaczął Piotr.

Jego żona usłyszała nieme pytanie.

– Chciałam jej – powiedziała. – I nadal jej chcę. – Po czym dodała ciszej: – Pragnę córki, która będzie taka jak moja matka.

Piotr ściągnął brwi. Marina nigdy nie mówiła o swojej matce. Dunia, która towarzyszyła jej w Moskwie, również bardzo rzadko o niej wspominała.

Za panowania Iwana I, tak w każdym razie opowiadano, przez bramę Kremla wjechała obdarta dziewczyna, zupełnie sama, nie licząc oczywiście jej wysokiego siwego konia. Mimo że była brudna, głodna i zmęczona, natychmiast zaczęły krążyć o niej rozmaite plotki. Mówiono, że ma niezwykły wdzięk, a oczy niczym dziewczyna z bajki zamieniona w łabędzia. Wreszcie te fantastyczne pogłoski dotarły do uszu Wielkiego Księcia Iwana. „Sprowadźcie ją do mnie – zażądał. – Jeszcze nigdy nie widziałem dziewczyny łabędzia” – dodał nieco rozbawiony.

Iwan Kalita był surowym władcą, ambitnym, zimnym, przebiegłym i zachłannym. Inaczej by nie przetrwał, bo Moskwa szybko wykańczała swoich panujących. A jednak, opowiadali później bojarzy, że kiedy Iwan po raz pierwszy ujrzał tę dziewczynę, przez bite dziesięć minut siedział bez ruchu. Obdarzeni bardziej bujną wyobraźnią przysięgali, że kiedy podszedł do niej i wziął ją za rękę, w jego oczach błyszczały łzy.

Iwan pochował dwie żony, miał pierworodnego syna starszego od młodej ukochanej, mimo to rok później poślubił tajemniczą dziewczynę. Nawet jednak Wielki Książę Moskiewski nie potrafił uciszyć plotek, a księżna nie chciała zdradzić, skąd pochodzi: ani wtedy, ani nigdy potem. Służące szeptały, że potrafi oswajać zwierzęta, przewidywać przyszłość i sprowadzać deszcz.

***

Piotr zebrał swoje wierzchnie odzienie i powiesił je koło pieca. Jako mężczyzna praktyczny nie słuchał plotek, a przesądy zbywał wzruszeniem ramion. Teraz jednak jego żona siedziała nieruchomo, patrząc w ogień, tak że i on poczuł się nieswojo. Płomienie migotały, złocąc jej dłonie i szyję. Zaczął chodzić tam i z powrotem po drewnianej podłodze.

Ruś stała się chrześcijańska, odkąd Włodzimierz I ochrzcił Kijów w wodach Dniepru i strącił z piedestału starych bogów. Kraj był jednak ogromny i zmieniał się powoli. Pięćset lat po przybyciu mnichów do Kijowa na Rusi nadal żywe były dawne wierzenia i niektórzy odnosili wrażenie, że odbijają się one w zagadkowym spojrzeniu dziwnej księżnej. Cerkwi się to nie podobało. Na skutek nalegań biskupów jej jedyne dziecko, Marina, zostało wydane za bojara gospodarującego na odległych ziemiach, wiele dni drogi od Moskwy.

Piotr często błogosławił swoje szczęście. Jego żona była równie mądra, jak urodziwa, kochała go, a on kochał ją. Nigdy nie mówiła o swojej matce, a on nigdy o nią nie pytał. Ich córka Olga była zwyczajną dziewczyną, ładną i miłą. Nie potrzebowali kolejnej córki, a już na pewno nie dziedziczki domniemanych mocy dziwacznej babki.

– Jesteś pewna, że masz na to siłę? – zapytał wreszcie Piotr. – Już przyjście na świat Aloszy nas zaskoczyło, a to było trzy lata temu.

– Tak. – Marina odwróciła się do niego. Jej dłoń zacisnęła się wolno w pięść, lecz Piotr tego nie zauważył. – Urodzę ją.

Zapadła cisza.

– Marino, twoja matka była… – zaczął.

Marina ujęła jego dłoń i wstała, a on objął ją w pasie i poczuł, że sztywnieje pod jego dotknięciem.

– Nie wiem – odrzekła Marina. – Miała moc, którą ja nie zostałam obdarzona. Pamiętam, jak w Moskwie szeptały o tym szlachetnie urodzone panie. Ta moc przysługuje jednak z urodzenia kobietom z jej rodu. Olga jest bardziej twoją córką niż moją, lecz ta… – uniosła rękę i wykonała taki gest, jakby kołysała niemowlę – ta będzie inna.

Piotr przytulił żonę, a ona przywarła do niego, nagle pełna namiętności. Czuł bicie jej serca przy swojej piersi. Czuł jej ciepło. Wdychał zapach jej włosów umytych starannie w łaźni.

Już późno, pomyślał. Po co szukać kłopotów? Rolą kobiet jest rodzenie dzieci. Żona dała mu ich już czworo, z pewnością jednak zdoła urodzić jeszcze jedno. Jeśli dziecko okaże się pod jakimś względem dziwne, cóż, będą się martwić potem.

– Wydaj ją zatem zdrową na świat, Marino Iwanowno – powiedział, a żona się uśmiechnęła. Stała tyłem do ognia, więc nie dostrzegł jej mokrych od łez rzęs. Podszedł do niej, ujął ją pod brodę i pocałował. Na jej szyi pulsowało tętno. Pod ciężkim wełnianym odzieniem była chuda i krucha jak ptaszek.

– Chodź do łóżka – powiedział. – Jutro będzie mleko. Mama jagnięcia da nam go trochę, a Dunia coś ci z niego upiecze. Musisz teraz myśleć o dziecku.

Marina przywarła do niego całym ciałem. Wziął ją na ręce, jak za czasów narzeczeństwa, i okręcił się z nią, a ona wybuchnęła śmiechem i objęła go za szyję. Na chwilę jednak jej spojrzenie padło na ogień, jakby z płomieni mogła wyczytać przyszłość.

***

– Pozbądź się go – powiedziała Dunia nazajutrz. – Nie obchodzi mnie, czy nosisz dziewczynkę, czy księcia albo proroka. – Od świtu padał deszcz ze śniegiem, a za oknami dął wiatr. Kobiety przycupnęły przy piecu, by się ogrzać i mieć światło potrzebne do cerowania. Dunia energicznie wbiła igłę w materiał. – Im szybciej, tym lepiej. Nie masz ani wystarczającej wagi, ani siły, by mieć dziecko, a gdybyś jakimś cudem zdołała je donosić, poród cię zabije. Dałaś już mężowi trzech synów, masz też córkę, po co ci kolejne dziecko? – Dunia była nianią Mariny w Moskwie, przyjechała wraz z nią do domu jej męża i niańczyła czworo jej dzieci. Nie bała się mówić tego, co myśli.

– Ładna mi rada, Duniaszko – powiedziała Marina, uśmiechając się drwiąco. – Co by powiedział ojciec Siemion?

– Ojciec Siemion nie musi się obawiać, że umrze w połogu, prawda? Podczas gdy ty, Maruszko…

Marina opuściła wzrok na robótkę i nic nie odrzekła. Kiedy jednak spojrzała w zmrużone oczy starej niani, twarz miała bladą i przezroczystą niczym woda, i Dunia wyobraziła sobie, że widzi krew krążącą w jej żyłach. Przeszył ją dreszcz.

– Dziecko, co ty zobaczyłaś?

– Nieważne – szepnęła Marina.

– Pozbądź się go – powtórzyła Dunia niemal błagalnie.

– Duniu, muszę ją urodzić. Ona będzie taka jak moja matka.

– Twoja matka! Obdarta dziewczyna, która przybyła samotnie z lasu? I stała się bladym cieniem samej siebie, bo nie mogła znieść życia za bizantyjskimi parawanami! Czyżbyś zapomniała tę siwą wiedźmę o tępym spojrzeniu, w którą się przemieniła? Kuśtykającą w welonie do cerkwi? Ukrywającą się w swoich komnatach, objadającą się, aż zrobiła się tłusta? Twoja matka! Czy takiego losu pragniesz dla któregokolwiek ze swoich dzieci?

Głos Duni przypominał krakanie kruka, ponieważ ku swej rozpaczy dobrze pamiętała dziewczynę, która zjawiła się na dworze Iwana Kality, zagubioną, kruchą i przejmująco piękną, potrafiącą czynić cuda. Iwan był nią zauroczony.

Księżna… cóż, może odnalazła przy nim spokój, przynajmniej na jakiś czas, lecz umieszczono ją w kobiecym skrzydle pałacu, ubierano w ciężkie brokaty, dano ikony, służące i karmiono tłustym mięsiwem, a olśniewający blask, który z niej bił i wszystkim zapierał dech, stopniowo bladł. Dunia opłakiwała jej odejście na długo przed tym, nim złożono ją do grobu.

Marina uśmiechnęła się gorzko i pokręciła głową.

– Nie. Ale pamiętasz, co było przedtem? Opowiadałaś mi przecież.

– I jaki pożytek miała z magii czy cudów? – mruknęła Dunia.

– Odziedziczyłam tylko trochę jej mocy. – Marina zignorowała słowa starej niani, a Dunia znała swoją panią na tyle dobrze, by usłyszeć w jej głosie żal. – Moja córka jednak dostanie jej więcej.

– I to wystarczający powód, żeby osierocić pozostałą czwórkę?

Marina spuściła wzrok na podołek.

– Ja… nie… Tak. Jeśli będzie trzeba. – Jej głos był ledwie słyszalny. – Ale mogę przeżyć. – Podniosła głowę. – Dasz mi słowo, że się nimi zaopiekujesz?

– Maruszko, jestem stara. Mogę ci to obiecać, lecz jeśli umrę…

– Dadzą sobie radę. Oni… będą musieli. Duniu, nie potrafię przewidzieć przyszłości, ale zdążę jeszcze wydać ją na świat.

Dunia przeżegnała się i nic już więcej nie dodała.

3.Żebrak i nieznajomy

W dniu, w którym Marina poczuła bóle porodowe, nagimi drzewami targały pierwsze listopadowe wichury i pierwszy krzyk dziecka zlał się z wyciem wiatru. Na widok córeczki Marina roześmiała się radośnie.

– Będzie miała na imię Wasilisa – oznajmiła Piotrowi. – Moja Wasia…

O świcie wiatr ustał. Marina w ciszy wydała ostatnie łagodne tchnienie i umarła.

Śnieg sypał się z nieba niczym łzy, kiedy Piotr z kamienną twarzą składał ciało żony w ziemi. Jego maleńka córeczka krzyczała przez cały pogrzeb, zawodziła niczym milczący akurat wiatr.

Płacz dziewczynki rozbrzmiewał w domu przez całą zimę. Dunia i Olga załamywały ręce nad tym wątłym i bladym dzieckiem o wielkich oczach i młócących powietrze rączkach i nóżkach. Kola nieraz groził, trochę żartem, a trochę na poważnie, że wyrzuci małą krzykaczkę z domu.

Zima minęła, a dziewczynka wciąż żyła. Przestała krzyczeć i rosła na mleku wieśniaczek.

Kolejne lata ulatywały niczym suche liście na wietrze.

Pewnego dnia, przypominającego ten, w którym przyszła na świat, na samym początku ostrej zimy, czarnowłosa córeczka Mariny wślizgnęła się do zimowej kuchni. Oparła rączki o kamienne palenisko i wyciągnęła szyję, żeby zajrzeć nad jego krawędź. Oczy jej błyszczały. Dunia wygarniała ciastka z popiołu. W całym domu pachniało miodem.

– Czy ciastka gotowe, Duniaszka? – spytała dziewczynka, niemal wkładając głowę do pieca.

– Prawie – odparła Dunia, chcąc odciągnąć małą, zanim podpali sobie włosy. – Jeśli usiądziesz na stołku, Wasoczka, i zajmiesz się grzecznie cerowaniem bluzki, dostaniesz jedno tylko dla siebie.

Wasia, myśląc o ciastkach, usiadła potulnie na stołku. Sterta ciastek, brązowych z zewnątrz i przyprószonych popiołem, już stygła na stole. Brzeg jednego się ukruszył, w środku było złote niczym pełnia lata, a nad nim unosiła się kręta smużka pary. Wasia przełknęła ślinę. Miała wrażenie, że od kiedy zjadła poranną kaszę, upłynął rok.

Dunia rzuciła jej ostrzegawcze spojrzenie, więc Wasia zacisnęła usta i posłusznie zabrała się do szycia. Dziura w bluzce była ogromna, jej głód potężny, a cierpliwość ograniczona nawet w bardziej sprzyjających okolicznościach. Ścieg stawał się coraz mniej staranny, przypominał szczerbaty uśmiech staruszka. Wasia nie mogła dłużej wytrzymać. Odłożyła bluzkę i podkradła się bliżej talerza z gorącymi ciastkami, będącego na wyciągnięcie ręki. Dunia stała do niej tyłem, pochylona nad piecem.

Dziewczynka podeszła jeszcze bliżej, skradała się niczym kociak polujący na koniki polne, aż wreszcie rzuciła się na zdobycz i trzy ciastka zniknęły w płóciennym rękawie. Dunia odwróciła się gwałtownie, ale mignęła jej tylko buzia Wasi.

– Wasiu… – zaczęła surowym tonem, Wasia jednak, przestraszona i roześmiana jednocześnie, była już za progiem i nurkowała w ponurość dnia.

Pora roku właśnie się zmieniała, na szarych polach widać było przysypane śniegiem ścierniska. Wasia, chrupiąc miodowe ciastko i przepatrując w myślach najlepsze kryjówki, przebiegła przez podwórze, minęła chaty wieśniaków i wypadła przez bramę. Panował chłód, lecz Wasia, dziecko zimy, na to nie zważała.

Wasilisa Pietrowna była brzydką dziewczynką, chudą jak trzcina, z dłońmi o długich palcach i ogromnymi stopami. Jej oczy i usta były zbyt duże w stosunku do twarzy, więc Olga nazywała ją żabą. Lecz te oczy przypominały kolorem las podczas letniej burzy, a szerokie usta miały słodki wyraz. Kiedy chciała, Wasia potrafiła być tak rozsądna i bystra, że ilekroć zapominała o zdrowym rozsądku i wpadała na jakiś szalony pomysł, członkowie jej rodziny popatrywali na siebie zaskoczeni.

Na samym skraju skoszonego pola żyta kopiec świeżej ziemi kontrastował ostro z łatami śniegu. Poprzedniego dnia jeszcze go tam nie było, więc Wasia postanowiła przyjrzeć mu się z bliska. Biegnąc w podskokach, powąchała wiatr i wiedziała już, że w nocy spadnie śnieg. Chmury wisiały nad drzewami niczym mokra wełna.

Na dnie sporego dołu stał mały chłopiec, dziewięcioletnia miniaturka Piotra Władimirowicza, i wbijał łopatę w zmrożoną ziemię. Wasia stanęła na skraju dołu i zajrzała do środka.

– Co to jest, Lioszka? – spytała z ciastkiem w buzi.

Jej brat oparł się na łopacie i spojrzał na nią, mrużąc oczy.

– A co cię to obchodzi?

Alosza nawet lubił Wasię, bo była gotowa na wszystko – prawie jak młodszy brat – był jednak trzy lata starszy od niej i musiał trzymać ją w ryzach.

– Nie wiem – odparła Wasia, chrupiąc. – Ciastko? – Z żalem wyciągnęła do brata rękę z połówką ostatniego. Było najgrubsze i najmniej pokryte popiołem.

– Daj. – Alosza odrzucił łopatę i wyciągnął brudną rękę, lecz Wasia zwinnie odskoczyła.

– Powiedz mi, co robisz – zażądała. Alosza spiorunował ją wzrokiem, lecz Wasia zmrużyła oczy i wykonała taki gest, jakby chciała zjeść ciastko. Brat się poddał.

– To fort, w którym będzie można mieszkać – wyjaśnił. – Jak przyjdą Tatarzy. Żebym mógł się tu schować i strzelać do nich z łuku.

Wasia nigdy nie widziała żadnego Tatara i nie miała wyobrażenia o tym, jak duży powinien być fort, by się przed nimi bronić. Spojrzała z powątpiewaniem w dół.

– Nie jest zbyt duży – stwierdziła.

Alosza przewrócił oczami.

– Dlatego właśnie kopię, gapo. Żeby go powiększyć. Dasz mi je teraz?

Wasia już miała podać bratu ciastko, lecz się zawahała.

– Ja też chcę kopać dół i strzelać do Tatarów.

– No, ale nie możesz. Nie masz łuku ani łopaty.

Dziewczynka się naburmuszyła. Alosza dostał nóż i łuk na siódmą rocznicę chrztu, lecz jeśli chodziło o broń dla niej, cały rok błagań na nic się zdał.

– Nie szkodzi. Mogę kopać patykiem, a łuk ojciec da mi później.

– Wcale ci nie da.

Alosza nie protestował jednak, kiedy Wasia podała mu pół ciastka i poszła szukać patyka. Przez kilka minut pracowali w przyjaznym milczeniu.

Kopanie za pomocą patyka szybko się przykrzy, nawet jeśli ktoś co chwila podskakuje i wypatruje wrogich Tatarów. Wasia zaczęła się zastanawiać, czy nie uda jej się przekonać Aloszy, żeby dali sobie spokój z budowaniem fortu i zamiast tego połazili po drzewach, gdy nagle padł na nich jakiś cień: to ich siostra Olga opuściła swoje miejsce przy ogniu, żeby odszukać małych uciekinierów. Zdyszana i wściekła przeszywała ich wzrokiem.

– W błocie po uszy! Co powie Dunia? A ojciec…

Rzuciła się, by złapać bardziej niezdarnego Aloszę za kubrak, gdy dzieci wyskoczyły z dołu niczym parka spłoszonych przepiórek.

Wasilisa, jak na dziewczynę, miała długie nogi i była szybka, zresztą dojedzenie w spokoju ostatnich okruszków ciastka warte było bury. Nie oglądając się za siebie, pędziła jak zając przez pole, z piskiem omijając pniaki, aż połknął ją popołudniowy las. Olga została z tyłu, dysząc ciężko i wciąż trzymając Aloszę za kołnierz.

– Dlaczego nigdy jej nie złapiesz? – jęknął Alosza z urazą, gdy Olga wlekła go do domu. – Ma dopiero sześć lat.

– Bo nie jestem Kościej Nieśmiertelny – odparła Olga szorstko. – Nie mam konia, żeby prześcignąć wiatr.

Weszli do kuchni i Olga posadziła Aloszę przy piecu.

– Nie udało mi się złapać Wasi – powiedziała do Duni.

Staruszka wzniosła oczy do nieba. Wasię, jeśli tego nie chciała, bardzo trudno było schwytać i tylko Saszy od czasu do czasu się to udawało. Dunia skierowała swój gniew na skulonego Aloszę. Rozebrała chłopca przy piecu, namydliła szmatką, która musiała być chyba zrobiona z pokrzyw – tak przynajmniej wydawało się Aloszy – i ubrała go w czystą koszulę.

– Co to za wybryki – mamrotała, szorując chłopca. – Następnym razem powiem waszemu ojcu i na resztę zimy zapędzi cię do dźwigania, rąbania i sprzątania obory. Co to za wybryki. Grzebanie w ziemi i kopanie dołów…

Jej tyrada została przerwana, ponieważ do kuchni weszli duzi bracia Aloszy, otrzepując buty ze śniegu. Cuchnęli dymem i stajnią. W przeciwieństwie do Wasi nie uciekali się do podstępów, tylko od razu podeszli do stołu i włożyli do ust po ciastku.

– Wiatr z południa – zwrócił się do siostry najstarszy brat, Nikołaj Pietrowicz, zwany Kolą. Mówił niewyraźnie, bo przeżuwał ciastko. – W nocy będzie padał śnieg. Dobrze, że zwierzęta są w środku i dach został skończony.

Postawił przy ogniu mokre buty i klapnął na stołek, biorąc kolejne ciastko.

Olga i Dunia zmierzyły jego buciory wzrokiem pełnym dezaprobaty. Zmrożone błoto zachlapało czyste palenisko. Olga się przeżegnała.

– Jeśli pogoda się zmieni, jutro połowa wioski będzie chora – oznajmiła. – Mam nadzieję, że ojciec wróci, zanim zacznie padać. – Ściągnęła brwi, licząc oczka robótki.

Drugi młodzieniec się nie odzywał. Położył przy piecu naręcze drewna na opał, przełknął ciastko i uklęknął przed ikonami wiszącymi w kącie naprzeciwko drzwi. Przeżegnał się, wstał i pocałował wizerunek Najświętszej Marii Panny.

– Znowu się modlisz, Sasza? – zagadnął go Kola wesoło. – Pomódl się, żeby śnieg nie sypał zbyt obficie i żeby ojciec się nie przeziębił – dodał nie bez złośliwości.

Brat wzruszył szczupłymi ramionami. Miał duże poważne oczy o rzęsach gęstych jak u dziewczyny.

– Owszem, Kola, modlę się. Też mógłbyś spróbować.

Podszedł do pieca i zdjął wilgotne skarpetki. Do fetoru błota, kapusty i zwierząt dołączył ostry zapach mokrej wełny. Sasza cały dzień spędził z końmi. Olga zmarszczyła nos.

Kola nie podjął rzuconego mu wyzwania. Oglądał jeden ze swoich przemoczonych butów w miejscu, gdzie futro pękło na szwie. Mruknął z niechęcią i postawił but obok drugiego. Obydwa zaczęły parować. Nad całą czwórką górował piec. Dunia nastawiła już potrawkę na obiad i Alosza wpatrywał się w garnek jak kot w mysią dziurę.

– O jakie wybryki chodziło, Duniu? – zainteresował się Sasza. Wchodząc do kuchni, usłyszał gderanie staruszki.

– Wasia – odparła Olga i przez cały czas dziergając, opowiedziała o ciasteczkach i ucieczce dziewczynki do lasu. Gdy skończyła opowiadać, uśmiechnęła się zrezygnowana, a na jej policzku pojawił się maleńki dołeczek. Wciąż była pulchna po letniej obfitości, twarz miała okrągłą i śliczną.

Sasza się roześmiał.

– No cóż, Wasia wróci, kiedy zgłodnieje – stwierdził i przeszedł do ważniejszych spraw: – Czy w tej potrawce jest szczupak, Duniu?

– Lin. Oleg przyniósł cztery o świcie. Ale przecież ta wasza dziwna siostra jest za mała, żeby samotnie włóczyć się po lesie.

Sasza i Olga spojrzeli na siebie i bez słowa wzruszyli ramionami. Wasia znikała w lesie, odkąd nauczyła się chodzić. Wracała w samą porę na obiad, zarumieniona i skruszona, stąpając niczym kot, i zawsze przynosiła na przeprosiny garść nasion sosny.

Tym razem jednak się mylili. Kruche słońce przewędrowało po niebie i cienie drzew zrobiły się bardzo długie. Wreszcie do domu wrócił sam Piotr Władimirowicz, niosąc bażanta ze skręconą szyją. A Wasi wciąż nie było.

***

Wczesnozimowy las był cichy, między drzewami zalegała gruba warstwa śniegu. Wasilisa Pietrowna, na wpół zawstydzona, na wpół zadowolona ze zdobytej wolności, zjadła ostatnią połówkę miodowego ciastka, siedząc na zimnym konarze drzewa, wsłuchana w ciche odgłosy sennego lasu.

– Wiem, że śpisz, kiedy nadchodzi śnieg – powiedziała na głos. – Ale może mógłbyś się jednak obudzić? Patrz, mam ciastka.

Na dowód wyciągnęła dłoń, na której leżały same okruchy, i odczekała chwilę, jakby naprawdę spodziewała się odpowiedzi. Ta jednak nie nadeszła, jeśli nie liczyć delikatnego szumu wiatru kołyszącego koronami drzew.

Dziewczynka wzruszyła ramionami, zjadła okruszki i przez chwilę biegała po lesie, szukając nasion sosny. Niestety, wszystkie zjadły wiewiórki, a las był zimny nawet dla niej, nawykłej do chłodu. Wreszcie otrzepała ubranie z lodu i kory, po czym ruszyła w stronę domu, bo ogarnęły ją wyrzuty sumienia. Las był gęsty od cienia, coraz krótsze dni prędko przechodziły w noc, więc Wasia przyspieszyła kroku. Dostanie straszliwą burę, ale Dunia na pewno zostawiła dla niej obiad.

Szła i szła, aż wreszcie zatrzymała się, marszcząc czoło. W lewo, przy szarej olszy, naokoło wielkiego starego wiązu i już powinna zobaczyć ojcowskie pola. Wędrowała tędy tysiące razy. Teraz jednak nie było ani olszy, ani wiązu, jedynie kępa świerków o czarnych igłach i mała zaśnieżona łączka. Wasia odwróciła się gwałtownie i spróbowała iść w inną stronę. Nie, tam rosły smukłe buki, białe niczym dziewczęta, nagie zimą i drżące. Dziewczynka poczuła się nieswojo. Niemożliwe, żeby zabłądziła, jeszcze nigdy jej się to nie zdarzyło. Równie dobrze mogłaby zabłądzić we własnym domu. Wiatr przybrał na sile, potrząsając drzewami, teraz jednak były to drzewa, których nie znała.

Zabłądziłam, pomyślała. Zabłądziła o zmierzchu na początku zimy, a zaraz zacznie padać śnieg. Ruszyła w inną stronę, lecz w tym rozdygotanym lesie nie było ani jednego znanego drzewa. Łzy napłynęły jej do oczu. Zabłądziłam, zgubiłam się! Zatęskniła za Olą i Dunią, zatęskniła za ojcem i Saszą. Tęskniła za zupą, swoim kocem, a nawet za bluzką do zacerowania.

Nagle ujrzała przed sobą dąb i przystanęła. To drzewo było niepodobne do innych, większe, czarniejsze i powykręcane niby złowroga starucha. Wiatr kołysał potężnymi czarnymi konarami.

Wasia, która zaczynała dygotać z zimna, podeszła ostrożnie do dębu i położyła dłoń na jego korze. Była jak na każdym innym drzewie, szorstka i zimna nawet przez futerko rękawiczki. Obeszła dąb, z zadartą głową przepatrując jego gałęzie, po czym spojrzała w dół i omal nie upadła jak długa.

U stóp drzewa, zwinięty w kłębek jak zwierzę, leżał mężczyzna pogrążony w głębokim śnie. Wasia nie widziała jego twarzy, bo zakrywał ją ramionami. Przez dziury w ubraniu przezierała zimna biała skóra. Nie poruszył się, mimo że stała tuż obok niego.

Nie może tak tu spać, gdy z południa idzie śnieg, pomyślała Wasia. Przecież umrze. No i może wie, jak trafić do domu jej ojca. Już wyciągała rączkę, żeby potrząsnąć śpiącym, jednak powstrzymała się i zamiast tego wykrzyknęła:

– Dziadku, obudź się! Przed wschodem księżyca zacznie padać śnieg. Obudź się!

Przez długą chwilę mężczyzna nawet nie drgnął, lecz gdy Wasia zbierała się na odwagę, żeby położyć rączkę na jego ramieniu, rozległo się nosowe mruknięcie, mężczyzna uniósł głowę i zamrugał jednym okiem.

Dziewczynka się cofnęła. Jedna połowa jego twarzy była zwyczajna, choć nieco toporna, oko szare. Drugiego oka nie było, a ta połowa twarzy stanowiła kłębowisko sinawych blizn.

Zdrowe oko mrugało posępnie, mężczyzna przysiadł na piętach, żeby lepiej przyjrzeć się dziewczynce. Był chudy, obdarty i brudny, przez dziury w jego koszuli Wasia widziała sterczące żebra, lecz kiedy przemówił, jego głos był silny i głęboki:

– No, dawno nie widziałem rosyjskiej dziewczynki.

– Wiesz, gdzie jesteśmy, dziadku? – spytała, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. – Zabłądziłam. Moim ojcem jest Piotr Władimirowicz. Jeśli zaprowadzisz mnie do domu, każe cię nakarmić i da ci miejsce przy piecu. Będzie padać śnieg.

Jednooki nagle się uśmiechnął. Jego wargę wykrzywiały dwa kły dłuższe od reszty zębów. Wstał, a Wasia zobaczyła, że jest wysoki i grubokościsty.

– Czy wiem, gdzie jesteśmy? Ależ oczywiście, diewoczka. Zaprowadzę cię do domu, ale musisz tu podejść i mi pomóc.

Wasia, rozpieszczana od urodzenia, nie miała szczególnych powodów, by być nieufna, a jednak nie ruszyła się z miejsca.

Szare oko się zmrużyło.

– Co to za dziewczynka, która przychodzi tutaj zupełnie sama? Te oczy… – ściszył głos. – Prawie pamiętam… No, podejdź tutaj – poprosił przymilnie. – Twój ojciec będzie się martwił.

Wbił w nią spojrzenie szarego oka. Wasia ściągnęła brwi i zrobiła mały kroczek w jego stronę. Potem jeszcze jeden. Mężczyzna wyciągnął do niej rękę.

Nagle dał się słyszeć chrzęst kopyt na śniegu i parskanie konia. Jednooki drgnął, upadł na ziemię i się skulił, a dziewczynka zatoczyła się do tyłu. Na polanę wjechał jeździec na koniu. Koń był biały i silny, a kiedy jeździec zeskoczył z jego grzbietu, Wasia zobaczyła, że jest smukły i kościsty, skóra na jego policzkach i szyi napięta, a oczy pałają niebieskim światłem. Miał na sobie płaszcz z grubego futra.

– Co tu się dzieje? – spytał.

Obdarty mężczyzna skulił się jeszcze bardziej.

– Nie twój interes – warknął. – Ona przyszła do mnie, jest moja.

Przybysz wbił w niego przejrzyste zimne spojrzenie. Jego głos wypełnił całą polanę:

– Czyżby? Śpij, miedwied’, już zima.

I jakby mimo woli mężczyzna nazwany „niedźwiedziem” ułożył się na powrót między korzeniami dębu, a jego szare oko zaszło mgłą.

Jeździec odwrócił się w stronę Wasi. Dziewczynka wycofywała się powoli, gotowa w każdej chwili rzucić się do ucieczki.

– Skąd się tu wzięłaś, diewoczka? – spytał mężczyzna władczym tonem.

Wasia była tak zdezorientowana, że po jej policzkach popłynęły łzy. Zachłanna twarz jednookiego napawała ją przerażeniem, lecz zawzięta natarczywość tego przybysza również budziła jej strach. W jego spojrzeniu było jednak coś takiego, że przestała płakać i podniosła wzrok ku jego twarzy.

– Jestem Wasilisa Pietrowna – przedstawiła się. – A mój ojciec to pan Leśnej Ziemi.

Patrzyli na siebie przez chwilę, jednak odwaga Wasi szybko zniknęła. Dziewczynka obróciła się na pięcie i puściła biegiem. Nieznajomy nie próbował jej ścigać. Gdy podeszła do niego jego klacz, stwierdził:

– Staje się coraz silniejszy.

Klacz zastrzygła uchem.

Nie powiedział nic więcej, tylko raz jeszcze popatrzył za uciekającą dziewczynką.

***

Gdy Wasia wyszła z cienia dębu, zdumiała się, jak szybko zapadła noc. Pod drzewem panował dziwny mrok, teraz jednak była już ciemna noc, wełnista i ponura przed nadejściem śniegu. Las przeszywały światła pochodni i rozpaczliwe nawoływania. Wasia nie zważała na nie, bo znów rozpoznawała drzewa i pragnęła jak najszybciej znaleźć się w ramionach Olgi i Duni.

Nagle z ciemności wyłonił się galopujący koń. Jeździec nie miał pochodni. Klacz dostrzegła dziewczynkę chwilę wcześniej niż on i zatrzymała się gwałtownie, stając dęba. Wasia przewróciła się i obtarła sobie rękę. Włożyła piąstkę do ust, żeby stłumić płacz, a jeździec wymamrotał wiązankę przekleństw. Wasia znała ten głos i po chwili znalazła się w objęciach brata.

– Saszka – szlochała, wtulając twarz w jego szyję – zabłądziłam. W lesie był mężczyzna. Dwóch mężczyzn. I biały koń, i czarne drzewo. Tak się bałam.

– Jacy mężczyźni? Gdzie, dziecino? Nic ci się nie stało? – dopytywał się Sasza. Odsunął ją od siebie i zaczął ostrożnie sprawdzać, czy nic jej nie jest.

– Nie – odrzekła Wasia drżącym głosikiem. – Nie, tylko mi zimno.

Sasza nic nie powiedział. Widziała, że jest zły, chociaż delikatnie posadził ją na koniu. Sam wskoczył na siodło za nią i otulił ją połą peleryny. Wasia, bezpieczna, z policzkiem przytulonym do skóry jego pasa, przestała płakać.

Zazwyczaj Sasza pozwalał młodszej siostrzyczce wszędzie za sobą łazić, uśmiechał się pobłażliwie, gdy próbowała podnieść jego miecz czy szarpała cięciwę łuku. Rozpieszczał ją, dając chociażby ogarek świecy czy garść orzechów laskowych. Teraz jednak strach o nią zamienił się we wściekłość i podczas jazdy nie odezwał się do siostry ani słowem.

Wykrzykiwał za to na prawo i lewo, by wieść o uratowaniu Wasi rozeszła się wśród szukających jej mężczyzn. Gdyby nie została odnaleziona przed nadejściem śniegu, umarłaby w nocy, a jej szczątki odkryto by, dopiero gdy wiosna rozpuściłaby śnieżny całun – o ile w ogóle by na nie natrafiono.

– Dura – mruknął Sasza, kiedy skończył nawoływać. – Głuptasie, co cię napadło? Żeby uciekać przed Olgą, ukrywać się w lesie? Uważasz się za leśnego chochlika czy może zapomniałaś, jaką mamy porę roku?

Wasia pokręciła głową. Dygotała tak, że dzwoniły jej zęby.

– Chciałam zjeść ciastko – wyjąkała. – Ale zabłądziłam. Nie mogłam znaleźć tego pnia wiązu. Koło dębu spotkałam mężczyznę. Dwóch mężczyzn. I konia. A potem zrobiło się ciemno.

Sasza ściągnął brwi nad główką siostry.

– Opowiedz mi o tym dębie – poprosił.

– Był stary. Miał sterczące korzenie. I jedno oko. Mężczyzna, nie dąb.

Wasia dygotała coraz bardziej.

– No już, nie myśl o tym teraz – powiedział Sasza, poganiając zmęczonego konia.

Olga i Dunia wyszły za próg. Po twarzy starej niani płynęły łzy, a Olga była biała niczym Śnieżynka, śnieżna dziewczyna z bajki. Wygarnęły z pieca wszystkie węgle i zalały wodą gorące kamienie, aby unosiła się z nich para. Wasia została bezceremonialnie rozebrana i wepchnięta w otwór pieca, żeby się rozgrzała.

Gdy tylko ją wyciągnięto, rozpoczęło się łajanie.

– Żeby kraść ciastka – utyskiwała Dunia. – Uciekać siostrze. Jak mogłaś tak nas wystraszyć, Wasoczka? – Staruszka się rozpłakała.

– Przepraszam, Duniu. Przepraszam, przepraszam – szepnęła zmęczona i skruszona Wasia.

Została natarta okropnymi ziarnami gorczycy i wysmagana ostrymi gałązkami brzozy, żeby jej krew żwawiej krążyła. Dunia i Olga owinęły ją w wełnę, zabandażowały otartą dłoń i wlały do gardła zupę.

– To było bardzo złe, Wasiu – powiedziała Olga. Przygładziła siostrze włosy, kołysząc ją na kolanach. Wasia szybko zasnęła. – Dosyć na dzisiaj, Duniu – dodała Olga. – Zdążymy nagadać się jutro.

Przeniosły Wasię na piec, a Dunia położyła się obok niej.

Teraz, kiedy siostra wreszcie spała, Olga opadła zmęczona na stołek przy ogniu. Ojciec i bracia jedli w kącie potrawkę, wszyscy trzej z marsowymi minami.

– Nic jej nie będzie – rzekła do nich. – Nie wydaje mi się, żeby była przeziębiona.

– Za to każdy, kto został wyciągnięty z domowego ciepła, żeby jej szukać, mógł się przeziębić – żachnął się Piotr.

– Ja też mogłem – włączył się Kola. – Po całym dniu naprawiania ojcowskiego dachu człowiek chce zjeść spokojnie kolację, a nie jeździć po nocy z pochodnią. Jutro złoję jej skórę.

– I co to da? – spytał Sasza chłodno. – Nieraz dostała już pasem. Wychowanie dziewczynek to nie zadanie dla mężczyzn. Tu trzeba kobiety. Dunia jest stara. Ola wkrótce wyjdzie za mąż, a wtedy cały ciężar opieki nad małą spadnie na staruszkę.

Piotr milczał. Odkąd pochował żonę, minęło sześć lat, a on nawet nie pomyślał o innej kobiecie, chociaż niejedna przyjęłaby jego oświadczyny. Ale najmłodsza córka go przerażała.

Kiedy Kola poszedł się położyć, a on i Sasza siedzieli w ciemności, patrząc, jak przed ikoną dopala się świeczka, Piotr zapytał:

– Uważasz, że powinienem zapomnieć o waszej matce?

– Wasia nigdy jej nie poznała – odrzekł Sasza – a obecność rozsądnej kobiety, nie siostry ani dobrotliwej starej niani, dobrze by jej zrobiła. Wkrótce trudno będzie nad nią zapanować, ojcze.

Długo milczeli, wreszcie Sasza powiedział cicho:

– To nie wina Wasi, że mama umarła.

Piotr nic nie odpowiedział, więc Sasza wstał, skłonił się ojcu i zdmuchnął świeczkę.

4.Wielki Książę Moskiewski

Następnego dnia Piotr spuścił córce lanie, a ona płakała, choć nie bił jej zbyt mocno. Dostała zakaz opuszczania wioski, ale akurat tym razem nie uznała tego za karę. Była przeziębiona i miała koszmary, w których powracał jednooki mężczyzna, koń i tajemniczy jeździec, których spotkała na leśnej polanie.

Sasza, nic nikomu nie mówiąc, przemierzał las na wschód, wypatrując jednookiego mężczyzny i dębu o wystających korzeniach. Nie znalazł jednak ani jednego, ani drugiego, a potem przez trzy dni padał śnieg, obficie i nieprzerwanie, więc nikt nie wychodził z domu.

Ich życie, jak zawsze zimą, ograniczało się teraz do jedzenia, spania i drobnych prac domowych wykonywanych jakby w półśnie. Cały świat zdawał się trwać uśpiony pod zaspami. Pewnego mroźnego wieczoru Piotr siedział na stołku i wygładzał prosty jesionowy kij, by zrobić z niego trzonek siekiery. Twarz miał ściągniętą, a minę posępną, bo przypominał sobie to, o czym starał się zapomnieć. „Opiekuj się nią”, powiedziała Marina przed tylu już laty, gdy śmiertelna słabość wysysała wszelki kolor z jej prześlicznej twarzy. „Wybrałam ją, ona jest ważna. Pietia, obiecaj mi”.

Pogrążony w żalu Piotr złożył obietnicę, a wtedy żona puściła jego dłoń, opadła na poduszkę i spojrzała w przestrzeń gdzieś poza nim. Uśmiechnęła się łagodnie i radośnie, jednak Piotr odniósł wrażenie, że ten uśmiech nie był przeznaczony dla niego. Nie odezwała się już więcej i umarła o szarej godzinie przed świtem.

A potem, wspominał Piotr, wykopali dół, by ją w nim pochować, a ja nawrzeszczałem na kobiety, które nie chciały mnie wpuścić do jej pokoju. Sam owinąłem zimne ciało Mariny, wciąż cuchnące krwią, i własnymi rękami złożyłem je do grobu.

Przez całą zimę Wasia krzyczała przeraźliwie, a on nie mógł spojrzeć maleństwu w twarz, ponieważ Marina wybrała ją, a nie jego.

No cóż, teraz musi to naprawić.

Zmierzył niechętnym wzrokiem trzonek siekiery.

– Wybieram się do Moskwy, kiedy zamarzną rzeki – oznajmił, przerywając ciszę.

Wywołał tym burzę okrzyków. Wasia, która drzemała otumaniona gorączką i gorącym miodem pitnym, pisnęła i wystawiła głowę znad krawędzi pieca.

– Do Moskwy, ojcze? – zdziwił się Kola. – Znowu?

Piotr zacisnął usta. Iwan Iwanowicz, przyrodni brat Mariny, był Wielkim Księciem i przez wzgląd na rodzinę Piotr starał się utrzymywać z nim dobre stosunki. Poprzednio wyprawił się do Moskwy w pierwszą straszną zimę po śmierci żony. Nie zdecydował się jednak powtórnie ożenić ani wtedy, ani później.

– To znaczy tym razem, żeby znaleźć żonę? – domyślił się Sasza.

Bojar przytaknął krótko, czując na sobie ciężar spojrzeń swoich dzieci. Na prowincji było dość kobiet, lecz moskiewska dama oznaczała koneksje i pieniądze. Przychylność Iwana dla męża zmarłej siostry nie będzie przecież trwać wiecznie, a ze względu na małą córeczkę Piotr potrzebował nowej żony. Tylko… Marino, głupiec ze mnie, ale trudno mi to sobie nawet wyobrazić…

– Sasza i Kola pojadą ze mną – dodał.

W jednej chwili potępienie malujące się na twarzach synów zamieniło się radość.

– Do Moskwy, ojcze? – zdumiał się Kola.

– To dwa tygodnie jazdy, jeśli wszystko pójdzie dobrze – odparł Piotr. – Będę was potrzebował po drodze, a wy nigdy nie byliście na książęcym dworze. Wielki Książę powinien was poznać.

W kuchni zapanował chaos. Chłopcy wydawali radosne okrzyki, a Wasia i Alosza domagali się, by ojciec zabrał również ich. Olga błagała o klejnoty i piękne tkaniny, a starsi chłopcy odcinali się chełpliwie i wieczór upłynął na kłótniach, prośbach i domysłach.

***

Po zimowym przesileniu śnieg padał trzy razy, tworząc na ziemi grubą zbitą warstwę, a po ostatnich opadach przyszedł mróz tak potężny, że mężczyznom oddech zatrzymywał się w nosie, a wszystko, co słabe, zwykle w nocy umierało. Dużo śniegu oznaczało bezpieczną sannę, szlaki biegnące pokrytymi śniegiem i skutymi lodem rzekami były gładkie jak szkło, a drogi zrobiły się przejezdne – latem pełne były kolein, na których łamały się ośki kół. Chłopcy obserwowali niebo, kręcili się po domu, nacierali buty tłuszczem i czyścili cienkie jak włos krawędzie włóczni.

Wreszcie nadszedł wielki dzień. Piotr i jego synowie wstali, gdy było jeszcze ciemno, a kiedy tylko zaczęło świtać, wyszli na podwórze. Ludzie Piotra już się tam zebrali. Mroźny brzask zaczerwienił im twarze, konie przestępowały z nogi na nogę i parskały, wydmuchując kłęby pary. Jeden z mężczyzn osiodłał Wichra, pełnego temperamentu mongolskiego ogiera Piotra, i teraz z całej siły trzymał kantar, aż zbielały mu knykcie. Piotr klepnął wierzchowca, zręcznie uniknął jego kłapiących zębów i wskoczył na siodło. Służący wycofał się z ulgą, sapiąc z wysiłku.

Piotr poświęcał swojemu nieprzewidywalnemu ogierowi tylko część uwagi, resztę skierował na chaos panujący na podwórzu.

Przed stajnią roiło się od ludzi, zwierząt i sań. Obok skrzyń z pszczelim woskiem i świecami piętrzyły się futra. Słoje z miodem pitnym i zwykłym walczyły o miejsce z pakunkami z suchym prowiantem. Kola, z nosem czerwonym od porannego zimna, pilnował załadunku ostatnich sań. Miał czarne oczy matki. Młode służące chichotały, kiedy przechodził obok nich.

Jeden z koszy spadł z łomotem, wzbijając tuman suchego śniegu niemal pod nogami zaprzężonego do sań konia. Spłoszone zwierzę szarpnęło się do przodu i w bok, Kola uskoczył mu z drogi, a Piotr ruszył w tamtą stronę, lecz Sasza go wyprzedził. Zeskoczył z klaczy lekko jak kot i już po chwili trzymał konia za kantar, szepcząc mu coś do ucha. Koń natychmiast się uspokoił i był wyraźnie zawstydzony. Piotr patrzył, jak Sasza wyciąga rękę i wydaje jakieś polecenie. Przywołani ludzie chwycili cugle konia i podnieśli nieszczęsny kosz. Sasza dodał coś jeszcze, uśmiechając się, i wszyscy wybuchnęli śmiechem, po czym wsiadł na swoją klacz. Trzymał się w siodle lepiej niż brat, lubił konie i z gracją nosił miecz. Urodzony wojownik, pomyślał Piotr, a także przywódca. Udali nam się synowie, Marino.

Przez kuchenne drzwi wybiegła Olga, a za nią truchtała Wasia. Haftowany sarafan[1] dziewczynki kontrastował z bielą śniegu. Olga niosła w fartuchu, trzymanym obiema rękami, ciemne kruche bochenki chleba prosto z pieca. Kola i Sasza natychmiast do niej podeszli. Gdy drugi brat zajadał chleb, Wasia pociągnęła go za pelerynę.

– Dlaczego nie mogę jechać z wami, Saszka? – spytała. – Będę wam gotowała kolacje. Dunia pokazała mi, jak to się robi. Mogę jechać z tobą na koniu. Jestem dość mała. – Obiema rączkami uchwyciła się jego peleryny.

– Nie w tym roku, żabko – odparł Sasza. – To prawda, jesteś mała, zbyt mała. – Widząc jej smutne spojrzenie, uklęknął na śniegu i włożył jej w dłoń resztkę chleba. – Jedz i rośnij silna, siostrzyczko – powiedział – żebyś też mogła kiedyś podróżować. Niech Bóg ma cię w opiece. – Położył dłoń na jej główce, po czym znów wskoczył na swoją gniadą Mysz.

– Saszka! – zawołała Wasia, lecz on już odjechał i wydawał pospieszne polecenia ludziom ładującym ostatnie sanie.

Olga wzięła siostrzyczkę za rękę.

– Chodź, Wasoczka – szepnęła łagodnie, gdy dziewczynka się ociągała. Podbiegły do Piotra. W dłoni Olgi stygł ostatni bochenek chleba.

– Szczęśliwej podróży, ojcze – powiedziała.

Jakże mało moja Ola przypomina matkę, pomyślał Piotr. Nie licząc urody. I dobrze – Marina była niczym jastrząb w klatce. Olga jest spokojniejsza. Dobrze wydam ją za mąż.

– Niech Bóg ma was w opiece. – Uśmiechnął się do córek. – Może przywiozę ci męża, Olu.

Wasia wydała dźwięk przypominający stłumione warknięcie. Olga zaczerwieniła się, zaśmiała i omal nie upuściła chleba. Piotr pochylił się w porę, żeby go złapać, zadowolony, że nie pozwolił mu upaść na ziemię. Olga nacięła skórkę i nałożyła do środka miodu, który roztopił się od gorąca. Piotr oderwał spory kawałek – wciąż miał mocne zęby – i żuł błogo w milczeniu.

– A ty, Wasiu – dodał po chwili surowym tonem – słuchaj siostry i trzymaj się blisko domu.

– Tak, ojcze – odparła Wasia, spoglądając tęsknie na konie.

Piotr otarł usta wierzchem dłoni. Kłębiący się tłum uformował coś na kształt szyku

– Żegnajcie, córeczki – powiedział Piotr. – Jedziemy! Uważajcie na sanie!

Olga smętnie kiwnęła głową, a Wasia stała ze zbuntowaną miną. Rozległ się chór okrzyków, trzaskanie z biczy i wszyscy odjechali.

Olga i Wasilisa zostały same na podwórzu, wsłuchane w dzwonki sań, aż ucichły w oddali.

***