Niedomówienia - Anna Sakowicz - ebook + audiobook + książka
BESTSELLER

Niedomówienia ebook i audiobook

Anna Sakowicz

3,4

Opis

Świat może być pełen niespodzianek, jeśli tylko potrafimy się na nie otworzyć. Przekonuje się o tym bohaterka książki, Janka, której życie zawirowało za sprawą tajemniczych fotografii ukrytych pod cokołem pomnika Gutenberga w Gdańsku. Nietuzinkowa czterdziestolatka podejmuje intrygującą, pełną niedomówień grę. Przy okazji dowiaduje się wiele nie tylko o starej, cennej księdze, lecz także o sobie samej.
To już piąta książka Anny Sakowicz. Czytelnicy cenią jej pełne dobrej energii powieści, w których w lekkiej, zaprawionej inteligentnym dowcipie formie, poruszane są trudne i ważne tematy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 368

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 52 min

Lektor: Joanna Domańska

Popularność




Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Za­rów­no cała książ­ka, jak i jej czę­ści nie mogą być prze­dru­ko­wy­wa­ne ani w ża­den inny spo­sób re­pro­du­ko­wa­ne lub od­czy­ty­wa­ne w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu bez pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa Sza­ra Go­dzi­na s.c.

Pro­jekt okładki i stron ty­tu­ło­wych

Ilo­na Go­styń­ska-Rym­kie­wicz

Redakcja

Ju­sty­na No­sal-Bart­ni­czuk

Zdję­cia na okładce

© Po­in­ti­ma­ges | fo­to­lia.pl

Re­dak­cja tech­nicz­na, skład, łamanie oraz opra­co­wa­nie wer­sji elek­tro­nicz­nej

Grze­gorz Bociek

Korekta

Bar­ba­ra Ka­szu­bow­ska

Wszel­kie po­do­bień­stwo do praw­dzi­wych osób i zda­rzeń jest zu­peł­nie przy­pad­ko­we.

Wy­da­nie I, Ka­to­wi­ce2016

Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na s.c.

biu­[email protected]­ra­go­dzi­na.pl

www.sza­ra­go­dzi­na.pl

Dys­try­bu­cja wer­sji dru­ko­wa­nej: DIC­TUM Sp. z o.o.

ul. Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 War­sza­wa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

dys­try­bu­[email protected]­tum.pl

www.dic­tum.pl

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Sza­ra Go­dzi­na, 2016

tekst © Anna Sa­ko­wicz, 2016

ISBN 978-83-65684-08-0

Wy­na­la­zek dru­ku jest swe­go ro­dza­ju me­sja­szem wśród wy­na­laz­ków.

Georg Chri­stoph Lich­ten­berg

– Jan­ka! – Usły­sza­ła nad sobą mę­ski głos. – Wsta­waj!

Wy­raz jej twa­rzy na­gle się zmie­nił. Męż­czy­zna od kil­ku mi­nut przy­glą­dał się, jak ko­bie­ta rzu­ca się po łóż­ku i ma­cha rę­ko­ma. Na­wet pró­bo­wa­ła go kil­ka razy kop­nąć, jak­by już świa­do­ma, jak­by poza snem. Sie­dział w kuc­ki w no­gach łóż­ka i spo­koj­nie pa­trzył. Raz tyl­ko wy­ce­lo­wał w nią swo­ją pi­ża­mą, by wy­rwać ją z drzem­ki. Przez chwi­lę miał też ocho­tę sta­nąć nad nią jak nad tru­chłem, bo przy­wo­ły­wa­ła z za­ka­mar­ków pa­mię­ci nie­przy­jem­ny ob­raz. Mat­ka le­ża­ła zwi­nię­ta jak ona. Za­sła­nia­ła rę­ko­ma gło­wę, a nad nią w roz­kro­ku stał oj­ciec. Jak on wte­dy nie­na­wi­dził jej za tę bier­ność i pod­dań­stwo! Nie zro­bi­ła nic, by się pod­nieść, tyl­ko bez­wol­nie le­ża­ła, ocze­ku­jąc na na­stęp­ne razy. Jed­nak wte­dy już ich nie było. W za­mian na­stą­pi­ła tyl­ko chło­sta śmie­chem za­ser­wo­wa­na przez pod­pi­te­go męża, któ­ry mógł od­ha­czyć ko­lej­ne zwy­cię­stwo.

– Ożeż… – szep­nę­ła, otwie­ra­jąc jed­no oko i spo­glą­da­jąc na nie­go ze zdzi­wie­niem. – Ale mnie łeb na­pie­prza.

– Wsta­waj, bo spóź­nisz się do ro­bo­ty – po­wie­dział, nie ru­sza­jąc się z miej­sca. Coś wro­gie­go bły­snę­ło w jego oku. Za­pa­li­ło się na chwi­lę i zga­sło.

– Ale mia­łam dziw­ny sen…

– Chy­ba w nim gra­łaś w pił­kę, bo rzu­ca­łaś się jak fry­ga.

Pa­trzył, jak się prze­cią­ga. Nie mia­ła ko­cich ru­chów.

– Anioł mi się śnił.

– Tak? A co on ta­kie­go ro­bił?

– Nic – rzu­ci­ła i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, kie­dy tyl­ko usia­dła na łóż­ku, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ścia­nę. – Ale, ale… Śni­ło mi się, że na­pi­sa­łam książ­kę. – Spoj­rza­ła na szaf­kę noc­ną. Le­ża­ły tam jej no­tat­ki.

– Prze­cież pi­szesz – od­parł, moc­niej obej­mu­jąc swo­je ko­la­na.

– No tak, pi­szę. Pró­bu­ję przy­naj­mniej. – Na­gle się ze­rwa­ła. – Nie ma co się pier­do­ła­mi zaj­mo­wać. Chodź! Ja­dłeś śnia­da­nie? – rzu­ci­ła, szu­ka­jąc kap­ci pod łóż­kiem. Cza­sa­mi ktoś wsu­wał je zbyt głę­bo­ko, choć sta­ra­ła się je usta­wiać rów­no, by po prze­bu­dze­niu od razu w nie wsko­czyć. Za­czy­na­ła po­dej­rze­wać, że Łu­kasz robi to zło­śli­wie. Prze­su­wa je, by rano nie mo­gła ich zna­leźć.

– Są z dru­giej stro­ny. – Ze­sko­czył z po­ście­li i po chwi­li po­dał jej kap­cie.

No tak, usta­wi­ła je, jak na­le­ży, ale z dru­giej stro­ny. Pew­nie to on ją zdez­o­rien­to­wał. Nie lu­bi­ła, gdy zo­sta­wał na noc. W ogó­le prze­sta­wa­ła go lu­bić. Nie chcia­ła, by się tu za­gnież­dżał. Na ra­zie to był swo­bod­ny układ i on niby o tym wie­dział, ale w każ­dej chwi­li mo­gło się to wy­rwać spod kon­tro­li, a wte­dy wszyst­ko by się skom­pli­ko­wa­ło. A tego so­bie nie ży­czy­ła. Od kil­ku dni przy­mie­rza­ła się, by to skoń­czyć, póki nie jest za póź­no, póki on nie przy­nie­sie tu swo­ich gaci. Po­nad­to co­raz czę­ściej do­strze­ga­ła w nim ja­kiś nie­po­ko­ją­cy błysk. Za­pa­la­ło się w jego oczach coś, co Łu­kasz sta­rał się jak naj­szyb­ciej stłu­mić, ale i tak wra­że­nia za­wsze zo­sta­wa­ły, po­wo­du­jąc nie­przy­jem­ne mro­wie­nie pod czasz­ką.

Wsu­nę­ła kap­cie. Spoj­rza­ła jesz­cze na swo­ją nie­bie­ską fla­ne­lo­wą pi­ża­mę. Zde­cy­do­wa­nie le­piej by­ło­by w je­dwa­biach.

– Ja­jecz­ni­ca? – spy­ta­ła.

– Tak. Jaja, kawa i spa­dam. – Cmok­nął ją w po­li­czek. Od­ru­cho­wo chcia­ła się uchy­lić, ale nie zdą­ży­ła. Był zde­cy­do­wa­nie szyb­szy. Nie po­zwo­lił jej zro­bić uni­ku.

– Włącz eks­pres, a ja wsko­czę do wan­ny, bo mam wra­że­nie, że nie­zbyt ład­nie pach­nę.

Znik­nę­ła za drzwia­mi ła­zien­ki, a on po­czuł ulgę. Cza­sa­mi nie wie­dział, co robi źle. Dziw­nie re­ago­wa­ła. I do tego ta jej wku­rza­ją­ca nie­za­leż­ność. Po­cząt­ko­wo mu to im­po­no­wa­ło. Cie­szył się, że nie było tra­dy­cyj­nych roz­mów o ob­rącz­ce, pie­lu­chach i tych in­nych pier­do­łach, o któ­rych ko­bie­ty za­czy­na­ły traj­ko­tać już na trze­ciej rand­ce. Wte­dy my­ślał, że to jej wiek, że może so­bie już te głu­po­ty wy­bi­ła z gło­wy. Jed­nak z cza­sem po­ja­wi­ło się w niej coś, co go za­czy­na­ło draż­nić. Nie po­tra­fił tego na­zwać, ale tłu­ma­czył so­bie, że może tak wła­śnie było w praw­dzi­wym związ­ku. Mat­ka prze­cież też cią­gle draż­ni­ła ojca. Gdy­by nie ona, pew­nie nie by­ło­by w domu awan­tur. A tak…

– Jesz­cze nie wsta­wi­łeś? – spy­ta­ła, a on pod­sko­czył wy­rwa­ny z za­my­śle­nia, bo nie spo­dzie­wał się jej tak szyb­ko w kuch­ni.

Sta­ła przed nim w gru­bym szla­fro­ku. Mo­kry ko­smyk ciem­nych wło­sów spa­dał jej na twarz. Ład­na była. Mia­ła w so­bie ja­kąś siłę, któ­ra go przy­cią­ga­ła. I trze­ba przy­znać, że cu­dow­nie było mu z nią w łóż­ku. Ina­czej niż z in­ny­mi ko­bie­ta­mi.

– Już wsta­wiam – od­parł. Spraw­dził, czy w eks­pre­sie jest woda, a po­tem go włą­czył. Wy­sta­wił z szaf­ki ich ulu­bio­ne kub­ki. Wie­dział, z któ­rych lu­bi­ła pić. By­wał tu prze­cież od roku. Moż­na było się wszyst­kie­go na­uczyć. A ile razy w cią­gu tych trzy­stu sześć­dzie­się­ciu pię­ciu dni zo­stał na śnia­da­nie? Da­ło­by się po­li­czyć. Ko­la­cje to co in­ne­go, ja­da­li je ra­zem czę­sto, ale śnia­dań nie. Te były za­re­zer­wo­wa­ne tyl­ko na spe­cjal­ne oka­zje. Obo­wią­zy­wa­ła nie­pi­sa­na umo­wa, że każ­de z nich no­cu­je w swo­im łóż­ku. A on dzi­siaj zde­cy­do­wa­nie nie miał ocho­ty wy­cho­dzić w środ­ku nocy. Chciał zo­stać do rana. Przyj­rzał się jej ukrad­kiem, czy aby nie jest zła. Zła­mał prze­cież ich umo­wę. Ona jed­nak wy­da­wa­ła się bez­tro­ska.

– Ze szczy­pio­rem i szyn­ką? – spy­ta­ła.

– Może być.

Łu­kasz po­sta­wił na sto­le dwa kub­ki go­rą­cej kawy. Pa­mię­tał, że dziew­czy­na za­wsze pije ją z cy­try­ną. Dziw­ny zwy­czaj, jed­nak je­śli aż tak jej ta mik­stu­ra sma­ko­wa­ła, to jej spra­wa. So­bie do­lał odro­bi­nę mle­ka i wsy­pał dwie ły­żecz­ki cu­kru. Bia­łe­go. Na szczę­ście Jan­ka nie na­le­ża­ła do ko­biet dba­ją­cych o zdro­wy tryb ży­cia, więc za­wsze mia­ła peł­ną cu­kier­ni­cę. Ja­dła sło­dy­cze, piz­zę, go­lon­kę, uży­wa­ła cu­kru i śmie­ta­ny. Trze­ba było przy­znać, że mimo to jej syl­wet­ka była nie­na­gan­na.

Usiadł przy sto­le i cze­kał, aż ona poda ja­jecz­ni­cę. Mat­ka za­wsze po­da­wa­ła. Oj­ciec nie po­zwa­lał Łu­ka­szo­wi jej po­ma­gać. Sie­dział więc jako kil­ku­let­ni chło­piec i wpa­try­wał się w blat sto­łu, na­słu­chu­jąc każ­de­go ru­chu mat­ki. Mo­dlił się wte­dy, by zro­bi­ła to, jak na­le­ży. Naj­pierw oj­ciec do­sta­wał swój ta­lerz, któ­ry nie mógł zbyt gło­śno ude­rzyć w stół pod­czas sta­wia­nia. Pa­mię­tał, jak mat­ce drża­ła dłoń na­zna­czo­na fio­le­to­wym krwia­kiem. Ja­jecz­ni­ca mu­sia­ła być od­po­wied­nio ścię­ta. Po­tem do­sta­wał on. Do­kład­nie taką samą por­cję jak tata. Prze­cież był męż­czy­zną.

Ock­nął się z na­tręt­ne­go wspo­mnie­nia. Chleb stał już na środ­ku za­raz obok ma­sel­nicz­ki. Zdjął przy­kryw­kę z ma­sła. Żół­ta bre­ja lek­ko się roz­pły­wa­ła. Ktoś usta­wił na­czy­nie tak, że tra­fia­ły w nie pro­mie­nie sło­necz­ne. Okna kuch­ni znaj­do­wa­ły się od wscho­du. To tu­taj roz­po­czy­nał się dzień.

– Cze­mu nic nie mó­wisz? – Wy­rwa­ła go z za­my­śle­nia.

– Nie wiem. Nie chce mi się. A zdą­żysz do pra­cy? – Szyb­ko za­mie­nił od­po­wiedź w py­ta­nie.

– Ja­sne. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Wy­kła­da­ła wła­śnie ja­jecz­ni­cę na ta­la­rze. Po kuch­ni roz­szedł się przy­jem­ny za­pach. Aż za­bur­cza­ło mu w brzu­chu. – Naj­wy­żej otwo­rzę tro­chę póź­niej. To jest wła­śnie plus wła­sne­go in­te­re­su.

– Do­brze ci. Ja mu­szę być na dzie­sią­tą w biu­rze – wes­tchnął.

Jan­ka po­sta­wi­ła przed nim ta­lerz. Stuk­nę­ła o blat sto­łu zbyt gło­śno, ner­wo­wo się więc wzdry­gnął. Na szczę­ście ko­bie­ta nie za­uwa­ży­ła jego re­ak­cji. Po­da­ła mu wi­de­lec i wresz­cie za­ję­ła miej­sce na­prze­ciw­ko. Ja­dła w mil­cze­niu. Ła­ma­ła chleb i ma­cza­ła w jaj­ku. Po­tem z gra­cją wkła­da­ła go do ust. Zer­kał na nią od cza­su do cza­su. Uśmie­cha­ła się. Nie mia­ła spło­szo­ne­go spoj­rze­nia, nie ucie­ka­ła wzro­kiem. Wy­da­wa­ło mu się, że wciąż nie czu­ła żad­ne­go za­gro­że­nia, jak­by in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy nie zo­stał w niej ni­g­dy roz­bu­dzo­ny.

– Nie boli cię już gło­wa? – spy­tał, by prze­rwać ci­szę.

– Boli, ale łyk­nę­łam ta­blet­kę, więc pew­nie za­raz ból przej­dzie. Kawa mi do­brze zro­bi. Za chwi­lę sta­nę na nogi.

– Pysz­ne.

– Jaj­ka z rana są naj­lep­sze. – Wy­tar­ła chle­bem brzeg ta­le­rza.

– Po­cze­kać na cie­bie, czy sama po­je­dziesz do dru­kar­ni?

– Sama – od­par­ła zde­cy­do­wa­nie. – Duże dziew­czyn­ki ra­dzą so­bie same. Aha – za­my­śli­ła się przez chwi­lę – dzi­siaj po po­łu­dniu chy­ba się nie zo­ba­czy­my, bo jadę do ojca. Chcę z nim po­rząd­nie ob­ga­dać tę książ­kę.

– Ja­sne. Dużo już na­pi­sa­łaś?

– Szkic za­le­d­wie. Mu­szę za­brać od nie­go dzien­ni­ki dziad­ka, bo bez tego ani rusz.

– My­śla­łem, że już daw­no je wzię­łaś. – Spoj­rzał na nią uważ­nie. Pa­mię­tał do­sko­na­le, że oj­ciec da­wał jej ze­szyt dziad­ka. Był pe­wien, że go wzię­ła. Od razu spiął się w ocze­ki­wa­niu fał­szy­wej wy­mów­ki.

– Tak, ale po­tem znów go zo­sta­wi­łam. Za­ga­da­li­śmy się i za­po­mnia­łam. – Roz­wia­ła jego wąt­pli­wo­ści, jak­by czy­ta­ła w my­ślach.

– Było pysz­ne. – Wy­gar­nął z ta­le­rza reszt­ki jaj­ka. Na brze­gu po­zo­sta­ły pa­secz­ki szczy­pior­ku ni­czym wspo­mnie­nie tego, co przed chwi­lą zjadł. Nie dało się ich jed­nak na­brać na wi­de­lec, więc zo­sta­wił ten or­na­ment na na­czy­niu. Jan­ki ta­lerz pew­nie za chwi­lę bę­dzie wy­glą­dał tak, jak­by ktoś go umył. Bar­dzo do­kład­nie zbie­ra­ła chle­bem ja­jecz­ni­cę. – Będę w ta­kim ra­zie le­ciał. Zdzwo­ni­my się?

– Tak. – Kiw­nę­ła gło­wą.

Łu­kasz do­pił kawę. Po­tem wsta­wił na­czy­nia do zmy­war­ki. Cmok­nął ją w czu­bek gło­wy i wy­szedł. Kie­dy opusz­czał jej miesz­ka­nie, po­czuł dziw­ne ukłu­cie. Nie umiał tego zde­fi­nio­wać. Zbiegł więc szyb­ko po scho­dach, żeby po­zo­sta­wić dziw­ne wra­że­nie za sobą, na wy­cie­racz­ce przed drzwia­mi jej miesz­ka­nia. Niech za­bie­rze je ktoś inny.

Jan­ka wsa­dzi­ła do ust ostat­ni ka­wa­łek pie­czy­wa. Opar­ła się wy­god­nie na krze­śle. Przez mo­ment nie­ru­cho­mo wpa­try­wa­ła się w miej­sce, gdzie jesz­cze kil­ka se­kund wcze­śniej sie­dział Łu­kasz. Wzię­ła łyk kawy. Gorz­ko-kwa­śny smak przy­wo­łał ją do rze­czy­wi­sto­ści. W tle na­tręt­nie za­wi­bro­wał te­le­fon.

– Słu­cham – rzu­ci­ła w słu­chaw­kę i na­tych­miast po­de­rwa­ła się z krze­sła. – Nie krzycz tak! Już jadę!

Po­bie­gła do ła­zien­ki. Szyb­kie spoj­rze­nie w lu­stro i po­zby­ła się złu­dzeń, że ko­bie­ta w jej wie­ku cał­kiem nie­źle wy­glą­da w na­tu­ral­nym i eko­lo­gicz­nym wy­da­niu. Jed­nak nie było już cza­su na na­kła­da­nie ma­zi­deł, któ­re po­wo­do­wa­ły, że co nie­co uda­wa­ło się za­tu­szo­wać albo przy­naj­mniej dać złu­dze­nie świe­żo­ści.

Wło­ży­ła pod­ko­szul­kę, wcią­gnę­ła dżin­sy, któ­re znów wy­da­ły się za luź­ne. Z cze­go oni je ro­bi­li, że po pra­niu le­d­wo się czło­wiek mie­ścił, a po kil­ku dniach z go­dzi­ny na go­dzi­nę ro­bi­ły się więk­sze i więk­sze? Za­pię­ła pa­sek na ko­lej­ną dziur­kę. Na tę jesz­cze nie za­pi­na­ła. Prze­mknę­ło jej przez myśl, że to nie dżin­sy, a ona lek­ko zbie­gła się w pra­niu zwa­nym po­tocz­nie ży­ciem. Nie było jed­nak cza­su na roz­wa­ża­nia, bo An­tek cze­kał przed dru­kar­nią i rzu­cał ta­ki­mi kur­wa­mi, że pew­nie lu­dzie w oko­li­cy mu­sie­li po­gło­śnić te­le­wi­zo­ry, by za­głu­szyć te siar­czy­ste ryki wście­kło­ści.

Wsko­czy­ła do sa­mo­cho­du, któ­ry na szczę­ście z le­ni­stwa dzień wcze­śniej za­par­ko­wa­ła przed blo­kiem. Dzię­ki temu nie mu­sia­ła pę­dzić do ga­ra­żu. Po­pra­wi­ła swe­ter, któ­ry wrzu­ci­ła na sie­bie w ostat­niej chwi­li. Od­pa­li­ła auto i wy­bra­ła nu­mer do Ant­ka. Sil­nik de­li­kat­nie za­mru­czał, a w gło­śni­ku roz­brzmiał zde­ner­wo­wa­ny głos wspól­ni­ka.

– Gdzie ty, do cho­le­ry, je­steś?!

– Już wy­jeż­dżam sprzed blo­ku. Daj mi pięć mi­nut.

– Jaś­ka! Ja­kie, kur­wa, pięć mi­nut?! Za­nim ty się prze­bi­jesz przez Grun­waldz­ką, to mi­nie pół go­dzi­ny. Kor­ki są o tej po­rze! No chy­ba że opa­no­wa­łaś sztu­kę te­le­por­ta­cji.

– Nie wrzeszcz na mnie! Jadę! Mo­głeś wziąć swo­je klu­cze. Czy to taki pro­blem?

– Mó­wi­łem, że za­po­mnia­łem!

– No, to te­raz nie wy­ży­waj się na mnie. Za­raz będę. Po­ja­dę na­oko­ło, je­że­li na Grun­waldz­kiej są kor­ki. Cześć.

An­tek nie zdą­żył od­po­wie­dzieć, kie­dy Jan­ka wy­łą­czy­ła te­le­fon. We­szła ostro w za­kręt. Koła lek­ko za­pisz­cza­ły z pod­nie­ce­nia, bo ko­bie­ta zbyt rzad­ko fun­do­wa­ła im szyb­ką jaz­dę. Do dru­kar­ni za­je­cha­ła pięt­na­ście mi­nut póź­niej. Na­wet An­tek mu­siał przy­znać, że to mi­strzo­stwo świa­ta, iż do­tar­ła tak szyb­ko. Otwo­rzy­ła drzwi. Męż­czy­zna wbił od­po­wied­ni kod alar­mu, aby go wy­łą­czyć, i od razu znik­nął w po­miesz­cze­niu z ma­szy­na­mi. Jan­ka usia­dła przy biur­ku, uru­cho­mi­ła kom­pu­ter i chwi­lę wpa­try­wa­ła się w czar­ny ekran, za­nim za­czę­ły po­ja­wiać się na nim sta­ran­nie uło­żo­ne ikon­ki.

Mia­ła dzi­siaj do zło­że­nia nie­wiel­ki plik. Mu­siał być go­to­wy do dru­ku na ju­tro. An­tek sza­lał w po­miesz­cze­niu obok. Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się do sie­bie, kie­dy usły­sza­ła ha­łas. W wy­obraź­ni wi­dzia­ła minę wspól­ni­ka. Pew­nie klął na czym świat stoi, bo coś zrzu­cił na pod­ło­gę. Na­gle drzwi otwo­rzy­ły się z hu­kiem.

– Jaś­ka! Po co cią­gle to trzy­ma­my?! – Rzu­cił na jej biur­ko garść oło­wia­nych czcio­nek. – To mu­zeum ja­kieś czy co?

– Roz­wa­li­łeś skrzyn­kę? – Zde­ner­wo­wa­ła się nie na żar­ty. Czcion­ki to po­zo­sta­łość po sta­rej dru­kar­ni. Zo­sta­wi­ła je na pa­miąt­kę, tak jak ko­pie sta­ro­dru­ków wi­szą­cych na ścia­nach. Tuż za nią wi­sia­ła pła­sko­rzeź­ba przed­sta­wia­ją­ca Gu­ten­ber­ga. Wszyst­ko mia­ło swo­je miej­sce, prze­szłość mie­sza­ła się z no­wo­cze­sno­ścią, ale za­wsze w kul­cie złot­ni­ka z Mo­gun­cji. Dla Jan­ki był to nie­mal­że świę­ty. To prze­cież na jego cześć do­sta­ła imię. Ja­ni­na w po­łą­cze­niu z na­zwi­skiem Lau­do­wicz we­dług jej ojca pięk­nie ze sobą gra­ło. A dru­kar­stwo, po­mi­mo że nie przy­po­mi­na­ło tego sprzed lat, cią­gle było dla niej czar­ną sztu­ką.

– No, roz­wa­li­łem. Wal­ną­łem nie­chcą­cy i wszyst­kie czcion­ki się roz­je­ba­ły po pod­ło­dze!

– Do­bra, nie ru­szaj tego. Za­raz przyj­dzie pani Sta­sia. Po­pro­szę ją, żeby po­zbie­ra­ła.

– Niech to gdzieś wy­nie­sie, bo tam nie ma miej­sca. – Ma­chał rę­ko­ma w zło­ści.

Jan­ka wie­dzia­ła, że to tym­cza­so­wy na­strój. Zna­ła go nie od dziś. Cho­dzi­li ra­zem do tech­ni­kum po­li­gra­ficz­ne­go. Może nie po­lu­bi­li się od pierw­sze­go wej­rze­nia, ale los ze­tknął ich ze sobą i to wła­śnie Jan­ka była świad­kiem na ślu­bie Ant­ka, a po­tem zo­sta­ła mat­ką chrzest­ną jego cór­ki. Pla­no­wa­ła za­ra­zić ją dru­kar­skim fa­chem. A szan­se były spo­re, bo prze­cież oj­ciec to dru­karz peł­ną gębą. Ko­chał te oło­wia­ne czcion­ki rów­nie moc­no jak Jan­ka, ale nie za­wsze się do tego przy­zna­wał.

– Co te­raz ro­bisz?

– Roz­jeż­dżam ma­szy­nę.

– Okej. A kar­to­ny z książ­ka­mi są już przy­go­to­wa­ne? – spy­ta­ła. – Zo­sta­wi­łeś mi jed­ną?

– Ja­sne – od­parł i na chwi­lę znik­nął w po­miesz­cze­niu obok. Po kil­ku se­kun­dach stał już koło jej biur­ka. Po­ło­żył książ­kę, mru­cząc coś pod no­sem.

Wzię­ła ją do ręki. Mia­ła ład­ną okład­kę. Po­wą­cha­ła grzbiet. Nic tak pięk­nie nie pach­nia­ło jak wo­lu­min pro­sto z dru­kar­ni. Za­nu­rzy­ła nos w roz­ło­żo­ne kart­ki. Wcią­gnę­ła po­wie­trze, w któ­rym za­pach słów mie­szał się z wo­nią pa­pie­ru. Szko­da, że tak rzad­ko mie­li zle­ce­nia na książ­ki. Głów­nie self pu­bli­shing, oczy­wi­ście w ma­łym na­kła­dzie. Zle­ce­nio­daw­ca­mi byli z re­gu­ły sami au­to­rzy – lu­dzie o nie­speł­nio­nych am­bi­cjach pi­sar­skich. Ma­rzy­ła im się książ­ka z wła­snym na­zwi­skiem na okład­ce. Wy­daw­cy od­rzu­ca­li te ge­nial­ne dzie­ła, więc de­spe­ra­ci dru­ko­wa­li na swój koszt, a po­tem wo­zi­li wo­lu­mi­ny w ba­gaż­ni­kach aut i sprze­da­wa­li, gdzie po­pa­dło, ni­czym za­klę­cia szar­la­ta­nów.

Ja­ni­na otwo­rzy­ła szu­fla­dę biur­ka. Za­wsze mia­ła tam ukry­te cu­kier­ki. Naj­czę­ściej zwy­kłe krów­ki. Ostat­nio pod­kra­da­nie ich sta­ło się ry­tu­ałem. Jak cią­gnię­cie cia­stecz­ka z wróż­bą. A wszyst­ko przez to, że na pa­pier­ku we­wnątrz za­czę­ły się po­ja­wiać zda­nia przy­po­mi­na­ją­ce sen­ten­cje. Przez chwi­lę za­wa­ha­ła się nad wy­bo­rem. Ta po pra­wej czy może ta z wierz­chu? Za­pas po­wo­li się koń­czył, więc i wy­bór był mniej­szy. Wresz­cie chwy­ci­ła w pal­ce mięk­ką kost­kę w po­dwój­nym pa­pier­ku. Roz­wi­nę­ła wpraw­nym ru­chem. Pa­pier ła­two od­szedł. Zwy­kle wto­pio­ny był zbyt moc­no w cu­kie­rek i nie chciał dać się zdjąć. Wów­czas zja­da­ła z tym upar­tym ka­wał­kiem opa­ko­wa­nia. Po­dob­no ce­lu­lo­za szyb­ko się roz­kła­da, więc w grun­cie rze­czy nie sta­no­wi­ło to pro­ble­mu. Dru­karz musi od cza­su do cza­su po­sma­ko­wać tro­chę pa­pie­ru.

„Wróć do mnie”, prze­czy­ta­ła. Uśmiech­nę­ła się do tej my­śli. Sło­dycz cu­kier­ka przy­jem­nie roz­cho­dzi­ła się po pod­nie­bie­niu. Taka nie­biań­sko mlecz­na. A pew­nie, że wró­cę, po­my­śla­ła za­do­wo­lo­na, bo jak­że tak koń­czyć na jed­nej krów­ce. Nie da się! Zde­cy­do­wa­nym ru­chem chwy­ci­ła na­stęp­ną. Roz­wi­nę­ła rów­nie spraw­nie co po­przed­nią. „Zga­dzam się na wszyst­ko”. Wsa­dzi­ła do ust na­stęp­ny cu­kie­rek, by prze­dłu­żyć słod­kie do­zna­nia. Pod­par­ła wy­god­nie gło­wę. Spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Na chwi­lę za­hip­no­ty­zo­wa­ła ją cy­fra mi­ga­ją­ca na wy­świe­tla­czu.

– Dzień do­bry! – Czyjś głos wy­rwał ją z za­my­śle­nia. Przed biur­kiem sta­nął wy­so­ki męż­czy­zna. Nie cze­ka­jąc na za­pro­sze­nie, za­jął miej­sce na krze­śle na­prze­ciw­ko i za­czął grze­bać w czar­nej ak­tów­ce, któ­rą trzy­mał na ko­la­nach. To po­zwo­li­ło Jan­ce otrzą­snąć się z bło­go­sta­nu, przy­wró­cić ja­sność my­śle­nia i zgar­nąć ję­zy­kiem reszt­ki sło­dy­czy z pod­nie­bie­nia.

– W czym mogę panu po­móc? – Wy­pro­sto­wa­ła się, na­pię­ła krę­go­słup i cier­pli­wie cze­ka­ła, aż męż­czy­zna przed­sta­wi, z jaką spra­wą przy­szedł.

Klient pra­co­wi­cie cze­goś szu­kał. W koń­cu wy­grze­bał z ak­tów­ki ma­łe­go pen­dri­ve’a. Nic dziw­ne­go, że nie mógł go wy­ma­cać. Za­do­wo­lo­ny z osią­gnię­cia po­ło­żył na biur­ku ma­lut­kie urzą­dze­nie.

– Chciał­bym wy­dru­ko­wać u pań­stwa to­mik po­ezji – od­parł, po­pra­wia­jąc oku­la­ry na no­sie. Do­pie­ro wte­dy je za­uwa­ży­ła. On też do­kład­niej przyj­rzał się ko­bie­cie zza biur­ka. Mia­ła zmę­czo­ną twarz, ale w ciem­no­brą­zo­wych oczach coś iskrzy­ło. Umiał roz­po­znać ten nie­zwy­kły błysk. Być może te­raz lek­ko przy­ga­szo­ny, ale po od­po­wied­nim oto­cze­niu go tro­ską miał szan­sę roz­pa­lić się na nowo.

– Ile ar­ku­szy? – spy­ta­ła, wkła­da­jąc po­da­ny jej no­śnik w gniaz­do USB. Wpa­try­wa­ła się w mo­ni­tor, więc nie wi­dzia­ła wy­ra­zu twa­rzy męż­czy­zny, któ­ry przy­glą­dał się jej z za­in­te­re­so­wa­niem.

– Oko­ło czter­dzie­stu stron – od­parł. – Okład­ka też tam jest. Tekst jest po zła­ma­niu i zło­że­niu. Cho­dzi tyl­ko o wy­druk. Pro­szę zro­bić wy­ce­nę.

– Ile eg­zem­pla­rzy? Mo­że­my to pu­ścić cy­fro­wo albo na of­fse­cie. Zo­ba­czy­my, co się bę­dzie bar­dziej opła­ca­ło.

Otwo­rzy­ła fol­der za­ty­tu­ło­wa­ny „Pły­wa­ją­cy mo­tyl”. Okład­ka nie zro­bi­ła na niej wra­że­nia. Prze­cięt­na. Nie naj­gor­sza, ale bez fa­jer­wer­ków.

– Chciał­bym trzy­sta sztuk. Nie mam szcze­gól­nych wy­ma­gań co do pa­pie­ru. Za­ufam cał­ko­wi­cie pani do­świad­cze­niu.

– Czy­li stan­dar­do­wo – mruk­nę­ła. Nikt na swój koszt nie dru­ko­wał wię­cej. Cza­sa­mi zda­rzył się ja­kiś fan­ta­sta ma­rzy­ciel, któ­re­mu wy­da­wa­ło się, że sam sprze­da ty­siąc eg­zem­pla­rzy, ale to bar­dzo rzad­ko. – Pu­ści­my cy­fro­wo – za­de­cy­do­wa­ła.

Wy­ję­ła kart­kę z pla­sti­ko­we­go po­jem­ni­ka sto­ją­ce­go na biur­ku. Na­pi­sa­ła kwo­tę i po­da­ła ją klien­to­wi. Tego zwy­cza­ju na­uczy­ła się od wspól­ni­ka. An­tek twier­dził, że do­pó­ki kwo­ta nie wy­brzmi, to za­wsze jest do przy­ję­cia przez klien­ta, moż­na więc na pa­pie­rze śmia­ło po­da­wać tę naj­bar­dziej opty­mi­stycz­ną dla usłu­go­daw­cy opcję. Tak też ro­bi­ła. Klient wte­dy w mil­cze­niu przy­glą­dał się cy­fer­kom i z re­gu­ły wy­ra­żał zgo­dę. Pi­smo mia­ło w so­bie nie­zwy­kłą moc i trze­ba było z tego na­le­ży­cie ko­rzy­stać.

– Do­brze – za­brzmiał mę­ski głos. – To mi od­po­wia­da. Na kie­dy by­ła­by książ­ka?

– Po nie­dzie­li. Je­śli te­raz wpła­ci pan za­licz­kę, to we wto­rek bę­dzie do ode­bra­nia. Dwie­ście zło­tych – rzu­ci­ła i za­czę­ła wy­stu­ki­wać zle­ce­nie na kla­wia­tu­rze. Mia­ła go­to­we for­mu­la­rze. Na­le­ża­ło wpi­sać tyl­ko od­po­wied­nie dane.

Męż­czy­zna od­po­wia­dał na jej py­ta­nia. Spodo­bał mu się jej ton gło­su, więc z przy­jem­no­ścią pod­dał się jego ryt­mo­wi i me­lo­dii. Gdy skoń­czy­li, wy­łu­skał z port­fe­la od­li­czo­ną kwo­tę, a na bank­no­tach ni­czym wi­śnię na tor­cie z na­masz­cze­niem po­ło­żył swo­ją wi­zy­tów­kę.

– Gdy­by uda­ło się wcze­śniej, to pro­szę za­dzwo­nić. Miesz­kam w Skar­sze­wach, ale tu­taj nie­da­le­ko pra­cu­ję.

– Dzię­ku­ję. Po­de­pnę pod umo­wę. – Otwo­rzy­ła szu­fla­dę biur­ka i od­szu­ka­ła zszy­wacz. Jed­nak jej uwa­gę na­tych­miast przy­ku­ły cu­kier­ki. Chwi­lę się za­wa­ha­ła, aż wresz­cie się­gnę­ła po jed­ne­go i pod­su­nę­ła go klien­to­wi. – Pro­szę się po­czę­sto­wać. Do­sko­na­łe na osło­dę dnia. Pro­szę od­wi­nąć i spraw­dzić, jaki ma pan tekst na pa­pier­ku – po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się do nie­go. Uży­ła zszy­wa­cza, a męż­czy­zna w tym cza­sie mo­co­wał się z pa­pie­rem, bo nie miał ta­kiej wpra­wy jak Jan­ka. Brze­gi nie chcia­ły się od­kle­ić od słod­kiej masy. – Je­stem chy­ba uza­leż­nio­na od tych zło­tych my­śli.

– Nie wie­dzia­łem, że coś ta­kie­go jest w cu­kier­kach.

– Jest. I w cu­kier­kach, i na kap­slach na­po­jów. Wszyst­ko to czy­tam. – Za­śmia­ła się. – Choć może się to wy­da­wać dziw­ne.

– Nie… Dla­cze­go? – Wło­żył krów­kę do ust, a opa­ko­wa­nie po­dał Jan­ce.

– „Spędź ze mną tę chwi­lę” – prze­czy­ta­ła.

– Brzmi jak za­pro­sze­nie na rand­kę – po­wie­dział, z tru­dem prze­żu­wa­jąc słod­ką masę.

– Ra­cja. – Lek­ko się za­ru­mie­ni­ła.

Klient scho­wał do­ku­men­ty do ak­tów­ki. Spo­glą­dał na nią z cie­ka­wo­ścią, bo ko­bie­ta nie­wąt­pli­wie go za­in­try­go­wa­ła. Jej ciem­ne wło­sy lek­ko pod­wi­nię­te przy szyi kon­tra­sto­wa­ły z ja­snym ko­lo­rem skó­ry. I te oczy. Jak wę­gle. Jego żona mia­ła zie­lo­no­sza­re, bez tego bły­sku. Te­raz pew­nie się de­ner­wo­wa­ła w sa­mo­cho­dzie, że nie ma go tak dłu­go. Co moż­na ro­bić w dru­kar­ni? Za­no­si czło­wiek plik, usta­la cenę i wy­cho­dzi. A ta pier­do­ła pew­nie du­ka­ła coś o tych swo­ich wier­szach. Za­wsze to ro­bił. A nie daj Boże, jesz­cze czy­tał frag­men­ty swo­ich wy­po­cin!

– Dzię­ku­ję – od­parł, nie kon­ty­nu­ując te­ma­tu. Jan­ka po­czu­ła lek­kie ukłu­cie za­wo­du. Co praw­da nie mia­ła ocho­ty na spo­tka­nie, ale miło by­ło­by usły­szeć za­pro­sze­nie na rand­kę. Łu­kasz prze­cież był tym­cza­so­wym przy­stan­kiem w jej ży­ciu. Nie bu­dził w niej dresz­czy, nie po­wo­do­wał pod­nie­ca­ją­ce­go drże­nia nóg. Wszyst­ko już daw­no wy­wie­trza­ło. Może zbyt gwał­tow­nie i in­ten­syw­nie prze­ży­wa­li każ­de spo­tka­nie na po­cząt­ku. Po dwóch mie­sią­cach lek­ko się ochło­dzi­ło i tak siłą roz­pę­du trwa­ło do dziś. Jan­ka jed­nak była już bar­dzo bli­sko zro­bie­nia zde­cy­do­wa­ne­go kro­ku zmie­rza­ją­ce­go do za­koń­cze­nia zna­jo­mo­ści. Przy­naj­mniej tej na po­zio­mie łóż­ka. W in­nych sfe­rach ży­cia mogą da­lej być przy­ja­ciół­mi, zna­jo­my­mi, ko­le­ga­mi, czy jak to tam zwał.

Męż­czy­zna wstał. Nie­zdar­nie po­tknął się o krze­sło i do­pie­ro po chwi­li znik­nął za drzwia­mi dru­kar­ni. Jan­ka wło­ży­ła za­mó­wie­nie do po­ma­rań­czo­we­go se­gre­ga­to­ra i wła­śnie od­kła­da­ła go na re­gał, kie­dy drzwi znów się otwo­rzy­ły, a do środ­ka we­szła zdy­sza­na pani Sta­sia. Od pro­gu za­czę­ła ścią­gać swe­ter, by za chwi­lę po­wie­sić go w sza­fie. Po­pra­wi­ła ko­lo­ro­wą bluz­kę. Wpu­ści­ła ją w spodnie i wy­gła­dzi­ła dło­nią na od­sta­ją­cym brzu­chu, by się za bar­dzo nie marsz­czy­ła.

– Dzień do­bry, pani Ja­necz­ko. Już je­stem. Prze­pra­szam za spóź­nie­nie. Pan An­toś jest?

– O, dzień do­bry. Jest. Oczy­wi­ście roz­sy­pał czcion­ki, więc je­że­li­by pani mo­gła, to bar­dzo pro­szę…

– Znów krów­ki? – Rzu­ci­ła okiem na biur­ko, na któ­rym le­żał pa­pie­rek po cu­kier­ku po­ety.

– Tak – od­par­ła. – Pani Sta­siu, pani na pew­no wie, co to zna­czy, gdy się śni anioł.

– Anioł? – Chwi­lę się za­sta­no­wi­ła. – Moja ma­mu­sia za­wsze po­wta­rza­ła, że anioł to do­bry znak. Za­po­wiedź szczę­ścia i uspo­ko­je­nia. A coś mó­wił?

– Nie, chy­ba nic nie mó­wił. Te­raz to już le­d­wo pa­mię­tam.

– Zo­ba­czy pani, że anioł to do­bry znak.

– Hm, to się cie­szę – od­par­ła bez prze­ko­na­nia.

Pani Sta­sia znik­nę­ła w po­miesz­cze­niu obok, a Jan­ka za­ję­ła się pra­cą. Ukła­da­ła tekst w ko­lum­ny, wy­rów­ny­wa­ła in­ter­li­nię, za­cho­wy­wa­ła za­sa­dę re­gi­stru, ro­bi­ła od­po­wied­nie mar­gi­ne­sy. Za­wa­ha­ła się tyl­ko przy ini­cja­le. Nie mia­ła pew­no­ści, czy pa­su­je, i jaki styl był­by naj­od­po­wied­niej­szy.

Kie­dy ode­rwa­ła wzrok od mo­ni­to­ra, ze­gar wska­zy­wał trzy go­dzi­ny póź­niej. Przez ten czas nikt nie za­kłó­cał jej pra­cy. W tle mru­cza­ły ma­szy­ny, przy któ­rych czu­wał An­tek. Pani Sta­sia za­ję­ta była swo­ją pra­cą. Tyl­ko żo­łą­dek do­po­mi­nał się upra­gnio­nej prze­rwy. Z po­wo­du na­głe­go te­le­fo­nu Ant­ka za­po­mnia­ła wziąć ka­nap­ki. Włą­czy­ła czaj­nik, by za­pa­rzyć kawę.

– Komu co do pi­cia?! – pró­bo­wa­ła prze­krzy­czeć ha­łas ma­szyn. Dla ja­sno­ści prze­ka­zu ma­cha­ła kub­kiem. To był ewi­dent­ny znak, że czas na prze­rwę.

– Zrób mi moc­nej sy­pa­nej. – An­tek po­ja­wił się przy niej nie­mal­że na­tych­miast.

– To­siek… – za­czę­ła się przy­mi­lać. – To­siek…

– Po­dej­rza­na spra­wa. – Uśmiech­nął się. – Co chcesz?

– A Ka­sia zro­bi­ła ci może dzi­siaj do pra­cy ka­nap­ki? I może jesz­cze wy­po­sa­ży­ła cię w nie jak na woj­nę?

– Ha! Wie­dzia­łem, że coś chcesz. – Wy­cią­gnął z sza­fy swój ple­cak, w któ­rym za­wsze za­bie­rał do pra­cy coś smacz­ne­go, przy­go­to­wa­ne­go przez żonę. Ka­sia pro­wa­dzi­ła fir­mę ca­te­rin­go­wą, więc za­opa­try­wa­ła męża tak, że co jak co, ale śmierć gło­do­wa mu nie gro­zi­ła. Wy­sta­wił na sto­lik dwa po­jem­ni­ki. – Czu­ła, że za­po­mnisz śnia­da­nia.

– Uca­łuj ją ode mnie. – Z ra­do­ści kla­snę­ła w dło­nie, bo za­po­wia­da­ła się praw­dzi­wa wy­żer­ka. – Pani Sta­siu! Kawa? – pró­bo­wa­ła prze­krzy­czeć ma­szy­ny.

Po chwi­li pani Sta­sia cie­ka­wie za­glą­da­ła do po­jem­ni­ków z je­dze­niem. Ka­sia nie tyl­ko do­brze go­to­wa­ła, ale po­tra­fi­ła to tak ozdo­bić, że ślin­ka cie­kła na sam wi­dok.

– O, co to za cuda znów ta pana żona zro­bi­ła?

– Nie mam po­ję­cia – od­parł An­tek i za­mknął drzwi od ma­szy­now­ni.

Od razu zro­bi­ło się ci­szej. Jan­ka za­la­ła kawę i usta­wi­ła kub­ki na sto­li­ku. Każ­dy za­jął swo­je miej­sce. An­tek pod ścia­ną bli­sko drzwi, Jan­ka po jego le­wej stro­nie, a pani Sta­sia na­prze­ciw­ko. Ko­bie­ta wy­cią­gnę­ła wo­re­czek z tra­dy­cyj­ny­mi ka­nap­ka­mi, któ­re ra­czej mar­nie się pre­zen­to­wa­ły w po­rów­na­niu z za­war­to­ścią po­jem­ni­ków Ant­ka.

– Je­zu­sicz­ku – szep­nę­ła Jan­ka. – I cia­sto masz?

– A mam. Ko­ko­san­ki. – Przy­su­nął je do sie­bie. – Ale nie wiem, czy się po­dzie­lę.

– Nie bądź świ­nia.

– Będę i wpie­przę wszyst­ko sam.

– Cham z cie­bie, nie wspól­nik!

Prze­ko­ma­rza­li się w naj­lep­sze, po­pi­ja­jąc kawę i za­ja­da­jąc prze­ką­ski przy­go­to­wa­ne przez Ka­się. Tyl­ko pani Sta­sia ja­dła swo­je ka­nap­ki, twar­do sto­jąc na sta­no­wi­sku „nie bę­dzie się mar­no­wać”.

– Jaś­ka, idziesz dziś do Gaju?

– Idę. Wyj­dę, gdy skoń­czę skła­dać ten tekst. Chy­ba dziś już nikt nie przyj­dzie.

– Do­brze. Za pół go­dzi­ny zwal­niam ma­szy­nę. Dzi­siaj już ni­cze­go wię­cej nie mamy. Ju­tro pu­ści­my pla­ka­ty i te bro­szu­ry, któ­re te­raz ob­ra­biasz. Do­szło coś no­we­go?

– To­mik po­ezji. Już po skła­dzie.

– O, cie­ka­wie. Szko­da, że książ­ki dru­ku­je­my tak rzad­ko, nie?

– Ano szko­da. Ale i tak to już dru­ga w tym mie­sią­cu. Bio­rąc pod uwa­gę to, że przez dwa ostat­nie szły tyl­ko ulot­ki, bro­szu­ry, in­struk­cje ob­słu­gi i ka­len­da­rze, to i tak suk­ces.

– Książ­ki, nie książ­ki, waż­ne, że ro­bo­ta jest – pod­su­mo­wa­ła pani Sta­sia. – Bo dzi­siaj cięż­kie cza­sy dla ze­ce­rów. Wszyst­ko te kom­pu­te­ry za­ła­twia­ją – wes­tchnę­ła, prze­no­sząc się my­śla­mi w prze­szłość, kie­dy pra­co­wa­ła jako li­no­ty­pist­ka i kie­dy wśród dru­ka­rzy nie było bez­ro­bo­cia. Nie­mal­że znów po­czu­ła za­pach roz­to­pio­ne­go oło­wiu po­mie­sza­ne­go z cyną i an­ty­mo­nem. Uwiel­bia­ła go, choć o mało nie do­pro­wa­dził jej do oło­wi­cy.

– Praw­da – rzu­ci­ła Jan­ka. – I żal, że czcion­ki prze­szły do la­mu­sa.

– Pani Ja­necz­ko, ja to za­wsze po­wta­rzam, że prze­szłam na eme­ry­tu­rę ra­zem z dru­kiem wy­pu­kłym – za­śmia­ła się. – Do­brze jed­nak, że mogę u was do­ro­bić, bo ina­czej przy­szło­by zgi­nąć mar­nie.

To były świę­te sło­wa. Przy ta­kiej kon­ku­ren­cji na ryn­ku każ­de zle­ce­nie było na wagę zło­ta. Małe dru­kar­nie czę­sto le­d­wo wią­za­ły ko­niec z koń­cem, a im mimo wszyst­ko ja­koś się ukła­da­ło. Pra­cow­ni­ków mie­li nie­wie­lu, bo oprócz do­cho­dzą­cej pani Sta­si na sta­łe był tyl­ko Ry­siek. W tym ty­go­dniu aku­rat wy­ko­rzy­sty­wał za­le­gły urlop. W trój­kę ra­dzi­li so­bie cał­kiem nie­źle. Nie było zbęd­ne­go ci­śnie­nia i spi­na­nia. Je­dy­nie An­tek od cza­su do cza­su klął siar­czy­ście, ale taki miał cha­rak­ter i chy­ba ni­ko­mu to nie prze­szka­dza­ło. Przy­zwy­cza­ili się przez lata.

Kil­ka go­dzin póź­niej Jan­ka szła le­śną ścież­ką w Gaju Gu­ten­ber­ga. W od­da­li wi­dzia­ła ciem­ną po­stać swo­je­go mi­strza. Przy­cho­dzi­ła tu od po­nad dwu­dzie­stu lat. Nie wie­dzia­ła, że ta­kie miej­sce ist­nie­je aż do mo­men­tu, kie­dy zło­ży­ła po­da­nie o przy­ję­cie do tech­ni­kum po­li­gra­ficz­ne­go. Tu­taj od­by­wa­ły się chrzty przy­szłych adep­tów sztu­ki dru­kar­skiej. Do­sko­na­le pa­mię­ta­ła i ten dzień, i to, jak wy­cho­waw­ca opo­wia­dał po­tem w szko­le o Gu­ten­ber­gu, o zna­cze­niu dru­ku. Niby wszyst­ko to wie­dzia­ła od ojca dru­ka­rza, ale w szko­le było ja­koś ina­czej, do­stoj­niej, uro­czy­ściej. Za­ko­cha­ła się tam w ru­cho­mych czcion­kach, per­ga­mi­nach i w sa­mym mi­strzu z Mo­gun­cji. Je­że­li moż­na było wzdy­chać do roz­czo­chra­ne­go pio­sen­ka­rza z pla­ka­tu, to moż­na było i do Gu­ten­ber­ga.

Zbli­ża­jąc się do al­ta­ny, przy­po­mi­na­ła so­bie, jak za­ku­to ją wte­dy w dyby i po­la­no gło­wę far­bą. Mia­ła nie lada kło­pot, by po­tem ją zmyć, ale dziel­nie znio­sła otrzę­si­ny. Far­bę dru­kar­ską ko­cha­ła od dziec­ka. Uwiel­bia­ła jej za­pach. Za­wsze za­sta­na­wia­ła się, dla­cze­go nie ma per­fum z taką nutą. Nic tak nie pach­nie, jak książ­ki ścią­ga­ne z pra­sy dru­kar­skiej! Każ­dy bi­blio­fil, do któ­rych prze­cież Jan­ka się rów­nież za­li­cza­ła nie tyl­ko z ra­cji wy­ko­ny­wa­ne­go za­wo­du, przy­znał­by ra­cję. Od cze­go za­czy­na się czy­ta­nie no­wej książ­ki? Od za­pa­chu. Otwie­ra się wo­lu­min mniej wię­cej na środ­ku. Roz­kła­da się przed sobą ni­czym cia­ło ko­chan­ki i za­nu­rza twarz, wcią­ga­jąc w noz­drza jej za­pach. To jak gra wstęp­na przed czy­tel­ni­czą or­gią.

– Nie za­cze­piaj pani. – Z za­my­śle­nia wy­rwał ją do­no­śny głos ko­bie­ty. Wo­ła­ła psa ob­wą­chu­ją­ce­go nogi Jan­ki, któ­ra na chwi­lę za­mar­ła z prze­ra­że­nia, bo do­ber­man za­wsze przy­wo­ły­wał krwa­we ob­ra­zy z fil­mów. Te psy mia­ły w so­bie coś de­mo­nicz­ne­go. Zwie­rzak był w ka­gań­cu, a mimo to bu­dził re­spekt. – Prze­pra­szam pa­nią. – Wła­ści­ciel­ka psa po­de­szła i za­pię­ła mu smycz. – My­śla­łam, że ni­ko­go nie ma na ścież­ce. Chcia­łam, żeby po­bie­gał.

– Dzień do­bry. – Jan­ka uśmiech­nę­ła się ner­wo­wo i lek­ko ode­tchnę­ła do­pie­ro wte­dy, gdy pies zo­stał od­su­nię­ty od niej na bez­piecz­ną od­le­głość. Mia­ła jed­nak wąt­pli­wo­ści co do tego, czy ta drob­na nie­wia­sta jest w sta­nie utrzy­mać roz­wście­czo­ne­go zwie­rza­ka.

– Nie jest groź­ny. Pro­szę się nie oba­wiać – do­da­ła ko­bie­ta, jak­by czy­ta­jąc w jej my­ślach. Po chwi­li lek­ko szarp­nę­ła psa i ode­szli.

Jan­ka pa­trzy­ła za nimi. Wła­ści­ciel­ka do­ber­ma­na obej­rza­ła się i chy­ba uśmiech­nę­ła. Do­pie­ro wte­dy Jan­ka spo­strze­gła, że kłyk­cie zro­bi­ły się jej bia­łe od kur­czo­we­go za­ci­ska­nia pal­ców na książ­ce. Roz­luź­ni­ła dłoń i ru­szy­ła przed sie­bie.

Po kil­ku­na­stu kro­kach zna­la­zła się już przy po­mni­ku. Za każ­dym ra­zem, gdy jej dru­kar­nia ro­bi­ła książ­kę, je­den eg­zem­plarz tra­fiał do Gaju. Kła­dła go na co­ko­le po­mni­ka i wy­sy­ła­ła w świat. Po kil­ku dniach przy­cho­dzi­ła spraw­dzić, czy książ­ka wciąż tam jest. Za­wsze zni­ka­ły. Za­sta­na­wia­ła się po­tem, czy sta­ły gdzieś na pry­wat­nych pół­kach, czy może prze­ka­zy­wa­no je da­lej lub od­da­wa­no do bi­blio­te­ki. Ni­g­dy nie za­kła­da­ła, że któ­raś z nich mo­gła­by tra­fić do ko­sza na śmie­ci. Tego nie ro­bi­ło się książ­kom.

Zbli­ży­ła się do co­ko­łu. Do­tknę­ła dło­nią zim­nej sto­py mi­strza z Mo­gun­cji. Wy­szep­ta­ła sło­wa po­wi­ta­nia. Jo­han­nes stał nie­wzru­szo­ny. Na­wet nie drgnął pod cie­płym do­ty­kiem pal­ców ko­bie­ty. Cza­sa­mi pró­bo­wa­ła so­bie wy­obra­żać, jak mu­siał po­chy­lać się nad pra­są, ukła­dać ar­ku­sze i od­ci­skać czcion­ki. To mu­sia­ła być pre­cy­zyj­na pra­ca oku­pio­na drże­niem ser­ca, pod­nie­ce­niem i lę­kiem o to, czy się uda. Te­raz stał na po­stu­men­cie ciem­ny jak in­kaust z jego pra­cow­ni. Nie­ru­cho­my ni­czym czcion­ka od­bi­ta na kar­tach hi­sto­rii. Ale jak­że waż­na była ta czcion­ka! Przy­po­mi­na­ła pięk­nie zdo­bio­ny ini­cjał, któ­ry wy­róż­niał nowy roz­dział. Jan­ka mo­gła nie­skoń­czo­ną licz­bę razy po­wra­cać do po­cząt­ku dru­ku. Fa­scy­no­wał ją tam­ten świat i zna­cze­nie od­kry­cia Gu­ten­ber­ga. Skła­da­ła mu więc hołd w po­sta­ci książ­ki. Czu­ła, że każ­dy wo­lu­min, któ­ry wy­cho­dził z jej dru­kar­ni, po­wi­nien zo­stać po­da­ro­wa­ny mi­strzo­wi. Po­tem gdzieś prze­czy­ta­ła o ak­cji „Po­daj książ­kę” pro­mu­ją­cej czy­tel­nic­two i stwier­dzi­ła, że ide­al­nie moż­na to po­łą­czyć. Stąd jej ry­tu­ał. Gdzie książ­ka może mieć więk­szą moc, jak nie u stóp sa­me­go Gu­ten­ber­ga? Dla każ­de­go, kto zna­lazł w tym miej­scu wo­lu­min, mu­siał być to waż­ny znak. Taką mia­ła na­dzie­ję. Nie mo­gła wie­dzieć, że ostat­ni to­mik, któ­ry tu­taj po­ło­ży­ła, zo­stał zmo­czo­ny przez deszcz i tra­fił do śmiet­ni­ka. Kil­ka in­nych za­wę­dro­wa­ło na dwo­rzec PKP i zo­sta­wio­ne w prze­dzia­le po­cią­gu, od­by­ło dłu­gie po­dró­że, aż wresz­cie ktoś po­rzu­cił je na przy­dwor­co­wej ław­ce czy w po­cze­kal­ni. Z dru­kar­ni Jan­ki nie wy­cho­dzi­ły żad­ne wiel­kie dzie­ła. Nie dru­ko­wa­ła be­st­sel­le­rów, a je­dy­nie książ­ki au­to­rów o bar­dzo zni­ko­mym ta­len­cie.

Spoj­rza­ła na nie­wiel­ki wo­lu­min, któ­ry ści­ska­ła w dło­ni.

– Pa­pie­ro­we słoń­ce – szep­nę­ła do mi­strza i uło­ży­ła to­mik po­ezji na co­ko­le po­mni­ka. Abs­trak­cyj­ne wzo­ry na okład­ce nie po­zwa­la­ły ode­rwać od niej wzro­ku. Na ciem­nym tle książ­ka wy­róż­nia­ła się in­ten­syw­ny­mi bar­wa­mi. Pew­nie dłu­go tu nie po­le­ży. Jan­ka mu­snę­ła ją pal­ca­mi. Spoj­rza­ła na ze­ga­rek i ru­szy­ła wą­ską ścież­ką w kie­run­ku sa­mo­cho­du. Nad­szedł czas na od­wie­dzi­ny u ro­dzi­ców.

U pod­sta­wy wzgó­rza obej­rza­ła się za sie­bie, jed­nak po­mnik znik­nął już za drze­wa­mi. W za­sa­dzie mo­gła­by się przy­cza­ić za krza­ka­mi i ob­ser­wo­wać, w czy­je ręce tra­fi książ­ka, ale ni­g­dy tego nie ro­bi­ła. Wo­la­ła wy­obra­żać so­bie, że znaj­dzie ją ja­kiś nie­po­praw­ny bi­blio­fil.

Przed ro­dzin­nym do­mem za­par­ko­wa­ła pół go­dzi­ny póź­niej. Furt­ka jak zwy­kle była za­mknię­ta na trzy spu­sty, mu­sia­ła więc użyć do­mo­fo­nu. Ina­czej wejść się nie dało. Po chwi­li ci­szę uli­cy prze­rwał głos mamy, tro­chę znie­kształ­co­ny przez urzą­dze­nie, me­ta­licz­ny i lek­ko drżą­cy.

– Wchodź, cór­ciu – po­wie­dzia­ła, kie­dy upew­ni­ła się, że przy bram­ce stoi Jan­ka. Za­mek w drzwiach za­grze­cho­tał, ko­bie­ta więc prze­krę­ci­ła gał­kę i pchnę­ła furt­kę. Nie­mal au­to­ma­tycz­nie w drzwiach domu po­ja­wi­ła się mama. Uśmie­cha­ła się całą sobą na wi­dok je­dy­nacz­ki. – Aku­rat upie­kłam bab­kę. Czu­łam, że przyj­dziesz.

– Cześć. – Po­ca­ło­wa­ła mat­kę w po­li­czek. Ta od razu za­gar­nę­ła ją ręką i po­pro­wa­dzi­ła w głąb miesz­ka­nia. Jan­kę ude­rzył za­pach świe­że­go cia­sta. Mu­sia­ło zo­stać nie­daw­no wy­cią­gnię­te z pie­kar­ni­ka. Aro­mat przy­jem­nie łech­tał nos, da­jąc wy­raź­ny sy­gnał żo­łąd­ko­wi, że chęt­nie po­chło­nął­by tro­chę słod­ko­ści i do­peł­nił je kawą z cy­try­ną.

– Cie­szę się, że przy­szłaś.

– Gdzie tata?

– Jest u sie­bie w ga­bi­ne­cie. Jak zwy­kle czy­ta.

– Pój­dę się przy­wi­tać. A dzia­dek też u sie­bie?

– Dzia­dek o tej po­rze śpi, ale pew­nie za­raz się obu­dzi – stwier­dzi­ła. Po­tem po­chy­li­ła się nad ku­chen­ką i za­mie­sza­ła w garn­ku. – Opo­wia­daj, co u cie­bie.

– Nic no­we­go. Prze­cież by­łam u was trzy dni temu.

– A jak z Łu­ka­szem? Bo coś wi­dzę, że po­mię­dzy wami nie bar­dzo.

– Też tak my­ślę – wes­tchnę­ła Jan­ka. – To jed­nak nie jest ten je­dy­ny i wy­ma­rzo­ny.

Mama usia­dła na­prze­ciw­ko niej. Rów­nież wes­tchnę­ła, choć tro­chę ina­czej niż cór­ka. Od lat cze­ka­ła na to, że Jan­ka się ustat­ku­je, wyj­dzie za mąż i bę­dzie mia­ła dzie­ci. Tak bar­dzo prze­cież pra­gnę­ła krzy­ku wnu­ków bie­ga­ją­cych po domu, ale nie­ste­ty na to się nie za­no­si­ło. Jan­ka mia­ła swo­je lata. To już ostat­ni dzwo­nek na dzie­ci. Całe ży­cie dziew­czy­na za­cho­wy­wa­ła się jak chło­pak – bie­ga­ła za pił­ką, ła­zi­ła po pło­tach lub prze­sia­dy­wa­ła w dru­kar­ni. Oj­ciec oczy­wi­ście pa­trzył na nią z dumą, bo za­stę­po­wa­ła mu syna, któ­re­go za­wsze tak bar­dzo pra­gnął mieć. Moż­na po­wie­dzieć, że w Jan­ce sku­mu­lo­wa­ły się ce­chy żeń­skie i mę­skie po rów­no. Jak­by każ­dy z ro­dzi­ców do­stał to, cze­go ocze­ki­wał. Jed­nak ich za­do­wo­le­nie i sa­tys­fak­cja były po­ło­wicz­ne. Jan­ka była ni­czym jin i jang.

– Od­sma­żę ci kro­kie­ta. – Mat­ka cięż­ko wsta­ła i po­de­szła do ku­chen­ki. Włą­czy­ła ją i spraw­nym ru­chem po­sta­wi­ła na niej pa­tel­nię. Po chwi­li sły­chać było przy­jem­ne skwier­cze­nie tłusz­czu, a po kuch­ni roz­cho­dził się przy­jem­ny za­pach. Stłu­mił aro­mat bab­ki, ale we­dług Jan­ki było ide­al­nie. W jej miesz­ka­niu rzad­ko kie­dy pach­nia­ło je­dze­niem. Nie­wie­le go­to­wa­ła. Z re­gu­ły ja­da­ła albo u ro­dzi­ców, albo w mie­ście. Łu­kasz kil­ka razy pró­bo­wał spe­cjal­nie dla niej coś upich­cić, ale nie bar­dzo mu to wy­cho­dzi­ło, więc ko­lej­nych prób nie po­dej­mo­wał.

– Za­po­mnia­łam wziąć od taty dzien­nik dziad­ka – po­wie­dzia­ła. – Ale tak do­brze kar­misz, że chy­ba znów go za­po­mnę. – Uśmiech­nę­ła się do mat­ki, a już po chwi­li wy­glą­da­ła jak cho­mik z wy­pcha­ny­mi po­licz­ka­mi.

– Nie pod­li­zuj się. Sama po­win­naś go­to­wać, a nie jeść byle co. Kie­dy ty się ustat­ku­jesz?

– Mamo, prze­cież ja już je­stem bar­dzo ustat­ko­wa­na. Nie ma­lu­ję wło­sów na nie­bie­sko, nie prze­kłu­wam so­bie ję­zy­ka ani nie bie­gam do dys­ko­te­ki.

– Prze­cież wiesz, o co mi cho­dzi.

– Wiem, wiem, ale ty też wiesz, że ja nie z tych, co chcą się ba­wić w pie­lu­chy i niań­czyć dzie­ci. Nie każ­da ko­bie­ta…

– Ja­siu, każ­da ko­bie­ta, uwierz mi. Wcze­śniej czy póź­niej po­ża­łu­jesz.

– Nie po­ża­łu­ję, mamo. Bez obaw. Mu­sisz się z tym po­go­dzić.

– Jak mam się po­go­dzić z fak­tem, że nie będę mia­ła wnu­ków, co?

– Nor­mal­nie. – Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Ko­chasz mnie?

– Też py­ta­nie. – Mat­ka prych­nę­ła. Usia­dła na­prze­ciw­ko niej i przy­glą­da­ła się, jak je.

– No, to jesz­cze tyl­ko ak­cep­tuj mnie taką, jaką je­stem.

– W tym sęk, że ak­cep­tu­ję, ale i tak trud­no mi się z tym po­go­dzić. Moje ko­le­żan­ki ba­wią wnu­ki. A ja?

– A ty masz czas na wła­sne za­in­te­re­so­wa­nia. I krop­ka – pod­su­mo­wa­ła dys­ku­sję. – Pysz­ne, mamo. Ob­ja­dłam się jak bąk.

Jan­ka wsta­wi­ła ta­le­rze do zle­wu. Po­kle­pa­ła się po brzu­chu i po­luź­ni­ła pa­sek w spodniach. Od razu po­czu­ła się le­piej. Cmok­nę­ła mat­kę w po­li­czek i prze­szła do in­nej czę­ści domu. Szła do ojca, któ­ry sie­dział w swo­im ga­bi­ne­cie. Po­chy­lał się nad biur­kiem. Za­stu­ka­ła w drzwi i nie cze­ka­jąc na od­po­wiedź, we­szła do środ­ka.

– My­śla­łem, że to mat­ka – po­wie­dział, spoj­rzaw­szy w jej stro­nę. Od razu roz­po­go­dzi­ła mu się twarz.

Po­de­szła, by uści­skać ojca. Ten nie zdą­żył na­wet wstać z krze­sła na po­wi­ta­nie cór­ki, gdy Jan­ka już za­to­pi­ła się w fo­te­lu obok.

– Ale mnie mama na­kar­mi­ła. – Wy­pię­ła brzuch i wy­cią­gnę­ła przed sie­bie nogi.

– Za­po­mnia­łaś wziąć dzien­nik?

– Nooo.

– Je­śli go zgu­bisz, to dzia­dek chy­ba za­wa­łu do­sta­nie – od­parł. – Pil­nuj tego jak oka w gło­wie. U nas za­po­mi­nasz, więc oba­wiam się, że rów­nie do­brze mo­żesz zo­sta­wić gdzie­kol­wiek.

– Wiem.

– I jak? Masz już szkic tej książ­ki?

– Mam, ale… wiesz, po­my­śla­łam, że le­piej by­ło­by na­pi­sać kry­mi­nał… – za­my­śli­ła się. Po chwi­li mach­nę­ła ręką. – Kod Gu­ten­ber­ga… Co ty na to?

– Kry­mi­nał? Zwa­rio­wa­łaś?! Jaki kry­mi­nał? Mia­łaś na­pi­sać re­por­taż!

– Ale, tato, to jest tak cie­ka­wa hi­sto­ria, że moż­na spo­koj­nie na­pi­sać ja­kąś po­wieść sen­sa­cyj­ną albo thril­ler.

– Jan­ka! Osza­la­łaś? – Pa­trzył zdu­mio­ny. – Ta hi­sto­ria musi mieć ele­ganc­ką opra­wę, a nie ja­kieś głu­po­ty, krew si­ka­ją­ca po ścia­nach czy po­ści­gi. – Oj­ciec zde­ner­wo­wał się nie na żar­ty. Na jego czo­le po­ja­wi­ła się głę­bo­ka bruz­da, a krza­cza­ste brwi nie­bez­piecz­nie zbli­ży­ły się do sie­bie. Pod­niósł się ener­gicz­nie i za­czął ner­wo­wo cho­dzić od biur­ka do ścia­ny i z po­wro­tem.

– Jezu, tato, a może wła­śnie nie po­win­ni­śmy tego trak­to­wać tak po­waż­nie? Może le­piej na­pi­sać coś, co prze­czy­ta wie­le osób? Moż­na by przy oka­zji nie­jed­ne­go czy­tel­ni­ka wy­edu­ko­wać. Wiesz, taka za­ka­mu­flo­wa­na wie­dza.

– Ty le­piej ni­cze­go nie ka­mu­fluj, do­brze? Obie­ca­łaś dziad­ko­wi re­por­taż. – Wy­pro­sto­wał się dum­nie na dźwięk do­stoj­nie brzmią­ce­go sło­wa. Wi­dzia­ła, jak za­ci­snął pię­ści. Pa­znok­cie mu­sia­ły mu się wbić w skó­rę. – Po­nad­to to się na­le­ży wszyst­kim adep­tom czar­nej sztu­ki! Nie pa­mię­tasz, jak to było na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, kie­dy wszyst­ko się roz­pa­da­ło, a lu­dzie byli wy­rzu­ca­ni na bruk? Zo­bacz na pa­nią Sta­się! To jed­na z lep­szych li­no­ty­pi­stek, a robi te­raz u cie­bie za po­daj, przy­nieś, po­za­mia­taj! Wszy­scy ci ze­ce­rzy, me­tram­pa­że i li­no­ty­pi­ści prze­sta­li być po­trzeb­ni. Taka to wol­ność wte­dy do nas przy­szła. Coś tym lu­dziom się na­le­ży, praw­da? I z pew­no­ścią nie po­wi­nien to być kry­mi­nał. Żad­na ko­mer­cja!

– Więc o kim to ma być re­por­taż? – zde­ner­wo­wa­ła się. – O dziad­ku czy o dru­ka­rzach?! Zde­cy­duj się.

– Jak to o kim? O dziad­ku! To on za­szcze­pił w nas mi­łość do czcio­nek, tak? Był zwy­kłym ko­le­ja­rzem, a po­tra­fił roz­ko­chać nas w dru­ku. I wła­śnie dzię­ki nie­mu zło­ży­my hołd na­stęp­com Gu­ten­ber­ga.

– Jezu, tato – jęk­nę­ła. – Chy­ba cię po­no­si, co?

– Nic mnie nie po­no­si. Trze­ba było nie obie­cy­wać.

– Do­bra, do­bra – pod­da­ła się. – Niech tak bę­dzie. I tak tych no­ta­tek dziad­ka, któ­re my tak dum­nie na­zy­wa­my dzien­ni­kiem, jest za mało.

– Na krót­ki re­por­taż w sam raz. – Oj­ciec nie pod­da­wał się. Od­kąd po raz pierw­szy usły­szał od swo­je­go ojca o jego po­dró­ży po­cią­giem z księ­dzem Liedt­kem, za­fa­scy­no­wał się hi­sto­rią pol­skie­go eg­zem­pla­rza Bi­blii Gu­ten­ber­ga. Ma­rzy­ło mu się, by sa­me­mu spi­sać tę hi­sto­rię, ale czuł, że nie zro­bi tego od­po­wied­nio do­brze. A kie­dy He­le­na za­szła w cią­żę i po­ro­ni­ła w szó­stym mie­sią­cu ich upra­gnio­ne­go syna, za­po­mniał o Gu­ten­ber­gu, księ­dzu Liedt­kem i pi­sa­niu re­por­ta­żu. Wte­dy pra­gnął tyl­ko jed­ne­go: zdro­we­go dziec­ka, na­stęp­cy, któ­re­mu bę­dzie mógł prze­ka­zać wszyst­ko to, cze­go się na­uczył. Po nie­dłu­gim cza­sie He­le­na po­now­nie za­szła w cią­żę. Nie wia­do­mo dla­cze­go wbił so­bie do gło­wy, że musi to być syn. Imię dla nie­go już miał – Jan – jak Jo­han­nes. Jak­że więc dużą nie­spo­dzian­ką było dla nie­go, kie­dy spoj­rzał mię­dzy nogi roz­krzy­cza­ne­go no­wo­rod­ka, któ­re­go dum­nie za­pre­zen­to­wa­ła mu żona za­raz po wyj­ściu ze szpi­ta­la. Z żalu przez trzy dni cho­dził pi­ja­ny. Do­pie­ro od­po­wied­nia daw­ka pro­cen­tów wy­rzu­ci­ła z jego gło­wy szo­wi­ni­stycz­ne prze­ko­na­nia o wyż­szo­ści syna nad cór­ką. Z każ­dym ro­kiem Jan­ka za­ska­ki­wa­ła go cie­ka­wo­ścią świa­ta, by­stro­ścią i spry­tem. Star­to­wa­ła w za­wo­dach, gra­ła w pił­kę i strze­la­ła gole dużo le­piej niż nie­je­den chło­pak. A He­le­na nie­ste­ty nie mo­gła mieć wię­cej dzie­ci.

– Gdzie masz ten ze­szyt? – spy­ta­ła Jan­ka, gdy tyl­ko po­czu­ła, że osią­gnę­li kom­pro­mis, któ­ry nie­ste­ty za­wsze wy­glą­dał po­dob­nie. Oj­ciec się za­pe­rzał, de­ner­wo­wał, ma­chał rę­ko­ma, a ona wresz­cie zga­dza­ła się na to, co pró­bo­wał tak upo­rczy­wie prze­for­so­wać. Po­tem oczy­wi­ście była zła na sie­bie albo wy­ko­ny­wa­ła dwie wer­sje tego, o co szedł spór, jed­ną dla ojca, a dru­gą dla sie­bie. I wszy­scy byli za­do­wo­le­ni. Przy­naj­mniej w ja­kimś stop­niu.

Męż­czy­zna pod­szedł do biur­ka. Otwo­rzył gór­ną szu­fla­dę i wy­jął z niej ze­szyt. Po­dał go Jan­ce, ale kie­dy ona wy­cią­gnę­ła po nie­go dłoń, nie pu­ścił dzien­ni­ka od razu. Lek­ko przy­trzy­mał go i spoj­rzał cór­ce w oczy. Wie­dzia­ła, co to zna­czy. Ojcu tak za­le­ża­ło na tym re­por­ta­żu, że był w sta­nie bro­nić go ni­czym śre­dnio­wiecz­ny ry­cerz cno­ty swej umi­ło­wa­nej. Usta ner­wo­wo mu za­drża­ły, a zmarszcz­ka na czo­le po­głę­bi­ła się bar­dzo wy­raź­nie.

– No do­bra, tato – po­wie­dzia­ła. – Bę­dziesz miał ten re­por­taż. – A po chwi­li w my­ślach do­da­ła, że prze­cież nikt nie może jej za­bro­nić na­pi­sa­nia kry­mi­na­łu. Uśmiech­nę­ła się po­jed­naw­czo. Do­pie­ro wte­dy wy­pu­ścił z rąk za­pi­ski dziad­ka.

– Tyl­ko nie zgub!

– Bez obaw. Chodź do mamy, to wy­pi­je­my kawę po­ko­ju. – Za­gar­nę­ła go ręką w kie­run­ku drzwi.

Męż­czy­zna tro­chę się przy­gar­bił. Znik­nę­ła duma i złość. Pod­dał się cór­ce i skie­ro­wał kro­ki do kuch­ni. He­len­ka wła­śnie za­le­wa­ła fi­li­żan­ki. Mia­ła do­bry na­strój, bo wy­ję­ła z kre­den­su te naj­star­sze, odzie­dzi­czo­ne po swo­jej bab­ci, z tak de­li­kat­nej por­ce­la­ny, że od­czu­wa­ło się jej lek­kość od razu po chwy­ce­niu w dłoń.

– A dziad­ka obu­dzi­cie? – spy­ta­ła Jan­ka.

– Może jed­nak nie bę­dzie­my go fa­ty­go­wać. Coś dzi­siaj nie­zbyt do­brze się czuł – od­po­wie­dzia­ła mama, sta­wia­jąc na sto­le ta­le­rzy­ki na cia­sto i cu­kier­ni­cę.

– Okej, przy­ja­dę kie­dy in­dziej, żeby z nim po­roz­ma­wiać.

– Ty naj­pierw na­pisz ten re­por­taż, żeby on przed śmier­cią mógł go jesz­cze prze­czy­tać. – Oj­ciec pró­bo­wał trzy­mać rękę na pul­sie, żeby cór­ka nie po­stą­pi­ła wbrew jego woli. Kto to wi­dział pi­sać kry­mi­nał z Bi­blią w roli głów­nej? A w do­dat­ku z tą wy­dru­ko­wa­ną przez sa­me­go Gu­ten­ber­ga. Toż to pro­fa­na­cja!

Rzu­ci­ła to­reb­kę na opar­cie krze­sła. Wy­grze­ba­ła z niej ze­szyt, któ­ry z na­masz­cze­niem po­ło­ży­ła na łóż­ku. Za chwi­lę do nie­go wró­ci. Te­raz tyl­ko ką­piel, szklan­ka soku po­ma­rań­czo­we­go i bę­dzie moż­na po raz set­ny prze­czy­tać za­pi­ski dziad­ka. Zna­ła je pra­wie na pa­mięć. Od naj­młod­szych lat sły­sza­ła po­wta­rza­ną w nie­skoń­czo­ność hi­sto­rię o spo­tka­niu z księ­dzem An­to­nim Liedt­kem. Ni­g­dy nie my­śla­ła, że jed­no zda­rze­nie może mieć aż tak po­waż­ne kon­se­kwen­cje i to w na­stęp­nych po­ko­le­niach. Dzia­dek – całe ży­cie zwią­za­ny z ko­le­ją – syna wy­cho­wał na bi­blio­fi­la i wy­uczył na dru­ka­rza, a po­tem ją, je­dy­ną wnucz­kę, za­ra­ził tą samą pa­sją, by mo­gła odzie­dzi­czyć warsz­tat i mi­łość do dru­ku. Dziw­ny zbieg oko­licz­no­ści. Oczy­wi­ście we­dług dziad­ka to był ele­ment pla­nu bo­skie­go. Tak po pro­stu mu­sia­ło być.

Po tej nie­za­po­mnia­nej po­dró­ży dzia­dek za­in­te­re­so­wał się do­kład­niej hi­sto­rią pel­pliń­skie­go eg­zem­pla­rza Bi­blii. Ko­lek­cjo­no­wał wy­cin­ki z ga­zet, czy­tał opra­co­wa­nia na­uko­we. Uda­ło mu się na­wet jesz­cze raz spo­tkać z księ­dzem Liedt­kem i usły­szeć całą hi­sto­rię po raz dru­gi. Wte­dy wła­śnie po­sta­no­wił to za­pi­sać. To był im­puls. Nie­skład­nie, po­ty­ka­jąc się o sło­wa, spi­sał ich roz­mo­wę. Miał prze­czu­cie, że uczest­ni­czy w czymś bar­dzo waż­nym, że kie­dyś te za­pi­ski się ko­muś przy­da­dzą. Nie przy­pusz­czał jed­nak, że bę­dzie mu­siał na to aż tak dłu­go cze­kać. Na­dzie­ję po­kła­dał naj­pierw w synu, a po­tem w Jan­ce. To ona mia­ła po­sta­wić krop­kę nad i. Była ostat­nia z ich ro­dzi­ny. To, że nie pla­no­wa­ła mieć dzie­ci, dzia­dek przy­jął z po­ko­rą i nie li­czył na cud. Jej dziec­kiem miał być re­por­taż do­ty­czą­cy wo­jen­nych i po­wo­jen­nych lo­sów pol­skie­go eg­zem­pla­rza Bi­blii Gu­ten­ber­ga.

Jan­ka pod­ło­ży­ła pod gło­wę po­dusz­kę. Usia­dła wy­god­nie. Na ko­la­nach umie­ści­ła dzien­nik dziad­ka. Wzię­ła dwa łyki soku, któ­ry cierp­kim sma­kiem wbił się w pod­nie­bie­nie.

– Naj­pierw te wy­cin­ki pra­so­we – szep­nę­ła, do­kład­nie wczy­tu­jąc się w to, co uda­ło się dziad­ko­wi zgro­ma­dzić i wkle­ić do ze­szy­tu. Część lek­ko wy­bla­kła, gdzie­nie­gdzie pa­pier był prze­tar­ty, ale dało się to jesz­cze od­czy­tać. – Pel­pliń­ski eg­zem­plarz Bi­blii Gu­ten­ber­ga, gdań­ski ku­bek i ze­gar ku­ran­to­wy wró­ci­ły ze skar­ba­mi wa­wel­ski­mi z Ka­na­dy do Pol­ski – prze­czy­ta­ła gło­śno, jed­nak jej uwa­gę przy­kuł ty­tuł in­ne­go ar­ty­ku­łu, któ­ry za­cho­wał się pod­czas wy­ci­na­nia. Ró­żo­we ba­le­ty pa­ra­wa­nem afe­ry…

Od­gię­ła cien­ki pa­pier ga­ze­ty. Ar­ty­ku­łu jed­nak nie zna­la­zła. Być może to nie był cały na­głó­wek, ale za­brzmiał in­try­gu­ją­co. Co to za ró­żo­we ba­le­ty mia­ły miej­sce w pięć­dzie­sią­tym dzie­wią­tym roku? I jaka afe­ra z tego wy­bu­chła? Jan­ka uśmiech­nę­ła się do sie­bie na myśl o tym, co mo­gło się kryć za tą sen­sa­cją, ale po chwi­li po­wró­ci­ła do czy­ta­nia od­po­wied­nie­go frag­men­tu: „Oko­ło pel­pliń­skiej Bi­blii Gu­ten­ber­ga gło­śno było na Po­mo­rzu w po­ło­wie dwu­dzie­sto­le­cia mię­dzy­wo­jen­ne­go. Ów­cze­sny bi­skup cheł­miń­ski ks. Sta­ni­sław Oko­niew­ski chciał Bi­blię sprze­dać do Ame­ry­ki. Per­trak­ta­cje po­su­nię­te już były da­le­ko. Wy­mie­nia­no na­wet po­waż­ną sumę do­la­rów. Ale ktoś nie­dy­skret­ny z ku­rii bi­sku­piej wy­ga­dał się i gdy spra­wa sta­ła się pu­blicz­ną ta­jem­ni­cą, obu­rze­nie spo­łe­czeń­stwa po­mor­skie­go było tak po­wszech­ne, że ks. bi­skup Oko­niew­ski mu­siał ze­rwać per­trak­ta­cje1”.

Jan­ka prze­rwa­ła czy­ta­nie. Za­czę­ła się nad tym za­sta­na­wiać. Do­brze zna­ła tę hi­sto­rię. Sły­sza­ła o niej od dziec­ka. A może by tak po­rzu­cić my­śli o kry­mi­na­le i stwo­rzyć po­wieść sen­sa­cyj­ną? Za­sta­na­wia­ła się. Od daw­na ma­rzy­ła o tym, by na­pi­sać po­wieść. Do tej pory pi­sa­ła głów­nie ar­ty­ku­ły bran­żo­we, kil­ka razy zda­rzy­ły się fe­lie­to­ny, ale za­wsze zwią­za­ne z dru­kar­stwem albo ty­po­gra­fią. Te­raz mo­gła­by na­pi­sać w koń­cu coś in­ne­go. Po­sta­no­wi­ła głę­biej to prze­my­śleć i zro­bić plan. Naj­pierw jed­nak usią­dzie do obie­ca­ne­go re­por­ta­żu, bo oj­ciec i dzia­dek go­to­wi są wy­kre­ślić ją z ro­dzi­ny.

Spo­strze­gła, że w dru­kar­ni świe­ci­ły się już lam­py. An­tek tym ra­zem nie za­po­mniał klu­czy i pew­nie roz­jeż­dżał ma­szy­ny. We­szła do środ­ka. Wspól­nik sie­dział przy kom­pu­te­rze. Wy­raz jego twa­rzy świad­czył o sku­pie­niu. Cha­rak­te­ry­stycz­nie marsz­czył czo­ło. Wiel­ka po­przecz­na bruz­da nie po­zo­sta­wia­ła złu­dzeń. My­ślał in­ten­syw­nie.

– Cześć – rzu­ci­ła.

– O, są­dzi­łem, że dzi­siaj nie przyj­dziesz – od­po­wie­dział za­miast po­wi­ta­nia. – Już pra­wie dzie­wią­ta.

– Prze­pra­szam, za­spa­łam. Sie­dzia­łam wczo­raj dłu­go i prze­glą­da­łam no­tat­ki dziad­ka. Wiesz… – za­wa­ha­ła się. – My­ślę, żeby na­pi­sać po­wieść.

– Żart? – Spoj­rzał na nią uważ­niej. – Prze­cież ty ni­g­dy nie pi­sa­łaś be­le­try­sty­ki.

– No nie, ale to nie zna­czy, że nie mogę. – Od­wie­si­ła kurt­kę do sza­fy i włą­czy­ła kom­pu­ter przy swo­im biur­ku. – Mam wiel­ką ocho­tę na­pi­sać kry­mi­nał albo sen­sa­cję. Że­byś wi­dział, jak oj­ciec się wściekł!

– Żyje pew­nie tym re­por­ta­żem.

– W do­dat­ku od kil­ku­dzie­się­ciu lat. – W jej gło­sie sły­chać było sar­kazm.

An­tek przez chwi­lę znów się jej przy­glą­dał. W su­mie to chy­ba fak­tycz­nie bar­dziej pa­so­wa­ła do niej be­le­try­sty­ka niż ja­kieś po­waż­ne roz­pra­wy czy re­por­ta­że. A kry­mi­na­ły pi­sał dziś chy­ba każ­dy. Świet­nie się sprze­da­wa­ły, więc niech pró­bu­je. Jed­nak nie po­wie­dział tego gło­śno, bo spo­strzegł, że nie­chcą­cy zmie­nił styl aka­pi­tu. Za­klął siar­czy­ście pod no­sem i wró­cił do pra­cy.

– Nie chcesz wie­dzieć, jaki mam po­mysł na tę po­wieść? – spy­ta­ła. Naj­wy­raź­niej chcia­ła po­ga­dać.

– Na ra­zie nie. Jak na­pi­szesz, to prze­czy­tam. Na­wet jako pierw­szy. Mogę być kró­li­kiem do­świad­czal­nym.

– Do­bra, trzy­mam cię za sło­wo. A co te­raz ro­bisz?

– A była tu ja­kaś ko­bit­ka. Cze­ka­ła przed wej­ściem na otwar­cie, bo mia­ła coś pil­ne­go do zło­że­nia.

– Co to?

– Nie uwie­rzysz. Książ­ka. Trze­cia w tym mie­sią­cu!

– To się Gu­ten­berg ucie­szy – par­sk­nę­ła śmie­chem. Trzy książ­ki w mie­sią­cu zda­rza­ły się na­praw­dę rzad­ko. – A o czym? Znów to­mik po­ezji? Ja nie wiem, co z tymi po­eta­mi. Ob­ro­dzi­ło czy jak? Nikt nie chce czy­tać wier­szy, ale wszy­scy je pi­szą. W do­dat­ku wy­da­ją na po­tę­gę, jak­by nie mie­li co z kasą ro­bić.

– Taki mamy kli­mat – za­śmiał się. – Po­etyc­ki. Ale to nie wier­sze – do­dał po chwi­li. – To o sta­rych łóż­kach. Le­d­wie trzy ar­ku­sze.

– O łóż­kach?

– Nooo – od­parł, sku­pia­jąc wzrok na mo­ni­to­rze. – Dużo zdjęć. Mu­szę to szyb­ko po­skła­dać.

– Na kie­dy?

– Mam na to trzy dni, więc po­trze­bu­ję sku­pie­nia. A ty cią­gle ga­dasz! – wark­nął.

– Do­bra, do­bra, już się za­my­kam.

W po­miesz­cze­niu za­pa­dła ci­sza. Sły­chać było je­dy­nie kli­ka­nie. Cza­sa­mi ja­kieś wes­tchnie­nie wy­rwa­ło się z czy­jejś pier­si lub za­skrzy­pia­ło krze­sło, na któ­rym albo Jan­ka, albo An­tek pró­bo­wa­li roz­pro­sto­wać ko­ści. Do­pie­ro po je­de­na­stej spo­kój zbu­rzy­ła pani Sta­sia, któ­ra wpa­dła do dru­kar­ni z im­pe­tem, od razu prze­pra­sza­jąc za spóź­nie­nie. Zro­bi­ła wo­kół sie­bie nie­wiel­kie za­mie­sza­nie i po chwi­li znik­nę­ła w sali obok.

– Ożeż, ja pier­do­lę! – syk­nął An­tek. – Nie chce się wkle­ić. Co za cho­ler­stwo!

– To może kawa? Choć wi­dzę, że ci­śnie­nie ci już sko­czy­ło od­po­wied­nio.

– Zro­bisz?

– Ja­sne. W koń­cu je­stem ko­bie­tą – iro­ni­zo­wa­ła. – A miej­sce ko­biet, wia­do­mo…

– Ko­cha­na je­steś.

– Cmok­nij się. – Zaj­rza­ła mu przez ra­mię. – O, na­wet faj­ne te zdję­cia. Nie my­śla­łam, że ko­goś mogą raj­co­wać sta­re łóż­ka.

– Tak samo jak pew­nie ona nie my­śla­ła, że ko­goś może raj­co­wać wy­peł­nio­na po brze­gi kasz­ta. Albo że moż­na się pod­nie­cać Gu­ten­ber­giem. Też się zdzi­wi­ła, kie­dy jej o to­bie po­wie­dzia­łem.

– No ale łóż­ka? Po­każ.

An­tek otwie­rał po ko­lei zdję­cia przy­nie­sio­ne przez klient­kę. Jan­ka mu­sia­ła przy­znać, że do tej pory nie pa­trzy­ła w ten spo­sób na me­ble. Nie my­śla­ła, że one też mają swo­ją hi­sto­rię war­tą uwa­gi. Prze­cież łóż­ko to łóż­ko.

– Kto by po­my­ślał, co? Oka­zu­je się, że łóż­ko słu­ży nie tyl­ko do bzy­ka­nia – za­śmiał się gło­śno.

Jan­ka stuk­nę­ła go w ra­mię, ale też par­sk­nę­ła.

– Do­bra, chodź, na­pi­je­my się tej kawy, bo już nam od­wa­la.

Po chwi­li po­miesz­cze­nie wy­peł­nił przy­jem­ny aro­mat. An­tek wy­cią­gnął pu­deł­ka z je­dze­niem przy­go­to­wa­nym przez żonę. Jan­ka oczy­wi­ście na ich wi­dok uśmiech­nę­ła się od ucha do ucha. Jak zwy­kle nie mia­ła swo­ich ka­na­pek, ale wy­ne­go­cjo­wa­ła prze­ję­cie czę­ści za­pa­sów od wspól­ni­ka za pół zie­lo­ne­go jabł­ka.

– Nor­mal­nie ko­cham tę two­ją żonę.

– Za­uwa­ży­łem – od­parł z peł­ną bu­zią. – Masz tu ka­wa­łek ba­giet­ki. – Po­dał jej ka­nap­kę.

Uśmiech­nię­ta Jan­ka wkła­da­ła do ust ko­lej­ne por­cje je­dze­nia. Po­pi­ja­ła kawą i w tym mo­men­cie świat mógł­by prze­stać ist­nieć. Naj­pięk­niej­sza chwi­la w ży­ciu: nie­ziem­sko do­bre je­dze­nie, ulu­bio­na kawa, naj­lep­szy z moż­li­wych wspól­nik i wła­sna dru­kar­nia. Le­piej być nie mo­gło!

– Słu­chaj, wy­sko­czę za­raz, bo mu­szę iść do bi­blio­te­ki – po­wie­dzia­ła, prze­ły­ka­jąc ostat­ni kęs. – Ale obie­cu­ję, że ju­tro będę w ro­bo­cie o świ­cie i wyj­dę ostat­nia.

– Pięk­nie, zżar­łaś moje śnia­da­nie i chcesz ucie­kać.

– Dzi­siaj czyn­na jest do pięt­na­stej, a mam za­mó­wio­ne sta­re nu­me­ry „Try­bu­ny Ludu”.

– Leć. Wy­dru­ku­ję to, co na dzi­siaj jest za­pla­no­wa­ne. Zo­sta­nę na stra­ży do­byt­ku z pa­nią Sta­sią.

– Dzię­ki. Pysz­ne było.

Jan­ka wy­ja­wi­ła Ant­ko­wi nie­ca­łą praw­dę. W pla­nie mia­ła bi­blio­te­kę i fak­tycz­nie po­dob­no cze­ka­ły na nią tam sta­re nu­me­ry ko­mu­ni­stycz­nej ga­ze­ty, ale naj­pierw po­sta­no­wi­ła od­wie­dzić Gu­ten­ber­ga. Co praw­da z re­gu­ły do­pie­ro po kil­ku dniach szła spraw­dzić, czy książ­ka znik­nę­ła, ale in­tu­icyj­nie czu­ła, że po­win­na to zro­bić wła­śnie dzi­siaj.

Wy­bie­gła z dru­kar­ni. Wiatr owiał jej po­licz­ki, któ­re pra­wie na­tych­miast po­kry­ły się ru­mień­cem. Słoń­ce cho­wa­ło się za po­tęż­ny­mi ciem­ny­mi chmu­ra­mi. Za­no­si­ło się na deszcz. Jan­ka za­wa­ha­ła się przez chwi­lę. Czy war­to było iść te­raz do par­ku? Za­trzy­ma­ła się i spoj­rza­ła w nie­bo, oce­nia­jąc sy­tu­ację. Z boku mi­gnę­ła jej zna­jo­ma syl­wet­ka we flu­ore­scen­cyj­nym po­ma­rań­czo­wym płasz­czu prze­ciw­desz­czo­wym wy­dę­tym przez wiatr. Wiel­ka po­ma­rań­cza albo ża­rów­ka z ludz­ką gło­wą na­kry­tą kap­tu­rem na­wet do niej po­ma­cha­ła. Ko­bie­ta do­peł­ni­ła więc ce­re­mo­nia­łu i od­wza­jem­ni­ła gest. Przy­glą­da­ła się gro­te­sko­wej po­sta­ci. Ruch ręką zo­stał po­wtó­rzo­ny. Ja­skra­wy lu­dzik naj­wy­raź­niej zmie­rzał w jej kie­run­ku i co­raz le­piej wi­dzia­ła jego twarz.

– No nie! – krzyk­nę­ła w koń­cu.

– O, tak!

– Co ty tu ro­bisz?

– Przy­je­cha­łam do cie­bie – stwier­dzi­ła po­stać, a Jan­ce do­pie­ro wte­dy zma­te­ria­li­zo­wa­ła się trzy­ma­na przez ku­zyn­kę wiel­ka ró­żo­wa wa­liz­ka. Cią­gnę­ła ją za sobą po nie­rów­nym chod­ni­ku. I do­pie­ro kie­dy zna­la­zła się na wy­cią­gnię­cie ręki, pu­ści­ła uchwyt i rzu­ci­ła się do ob­ści­ski­wa­nia Jan­ki. – Jak do­brze, że nie zdą­ży­łaś wyjść cał­kiem z dru­kar­ni!

– Wy­szłam cał­kiem – stwier­dzi­ła Jan­ka, cią­gle lek­ko oszo­ło­mio­na spo­tka­niem.

Sio­strze­ni­ca jej mamy, Ho­no­ra­ta, miesz­ka­ła prze­cież we Wro­cła­wiu. Co ro­bi­ła we wście­kle po­ma­rań­czo­wym płasz­czu i z wa­liz­ką w dło­ni tuż przed dru­kar­nią w Gdań­sku? To nie mo­gło wró­żyć nic do­bre­go. Jan­ka ni­g­dy nie do­ga­dy­wa­ła się z ku­zyn­ką. Były jak dwa od­le­głe od sie­bie bie­gu­ny. Tyl­ko że ja­kimś dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści Ho­nor­ka uwa­ża­ła Jan­kę za naj­lep­szą sio­strę w świe­cie i za­wsze gdy mia­ła kło­po­ty, znaj­do­wa­ła się przed jej drzwia­mi. Tym ra­zem do­tar­ła aż do dru­kar­ni.

– By­łam u cie­bie, ale cię nie za­sta­łam, więc po­my­śla­łam, że je­steś… – za­czę­ła, jak­by od­czy­ta­ła jej my­śli.

– No a gdzie ja mo­gła­bym być o tej po­rze, co?

– To samo po­my­śla­łam, więc je­stem – krzyk­nę­ła za­do­wo­lo­na. – Wi­dzę, że o mały włos i by­śmy się mi­nę­ły.

– Za­bra­kło szczę­ścia – szep­nę­ła Jan­ka.

– Co?

– Nic. Na dłu­go przy­je­cha­łaś? Bo mia­łam je­chać do bi­blio­te­ki…

– Na chwil­kę tyl­ko.

– Kawy zdą­żysz się na­pić czy może zjeść obiad, ko­la­cję, a po­tem śnia­da­nie? – za­py­ta­ła zło­śli­wie.

Ho­nor­ka na­bra­ła po­wie­trza, by za­cząć opo­wia­dać, jed­nak Jan­ka chwy­ci­ła jej wa­liz­kę i ru­szy­ła w stro­nę swo­je­go sa­mo­cho­du. Niech to szlag! Bi­blio­te­ka i Gu­ten­berg mu­szą po­cze­kać. Trze­ba było za­jąć się tym cho­dzą­cym nie­szczę­ściem, bo tego, że coś się sta­ło, Jan­ka była pew­na na sto pro­cent. Ho­nor­ka ni­g­dy nie zja­wia­ła się bez po­wo­du.

Szły do