Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
125 osób interesuje się tą książką
Czasem wystarczy jedno przypadkowe spotkanie, by odmienić czyjeś święta. A może… całe życie.
Ula kocha swoją pracę w szkole i co roku z ogromnym zaangażowaniem przygotowuje charytatywne jasełka dla uczniów. Kiedy awaria w sali gimnastycznej przekreśla jej plany, wydaje się, że tegoroczna magia Bożego Narodzenia po prostu się nie wydarzy. Jednak Ula nie zamierza się poddać. W końcu są rzeczy, o które warto walczyć do samego końca.
Wiktor od dawna nie wierzy w świąteczne cuda. Samotnie wychowuje siedmioletnią Kaję, prowadzi wymagającą firmę i każdego dnia próbuje pogodzić obowiązki z rolą ojca. Gdy jego nieśmiała córka niespodziewanie rozkwita dzięki udziałowi w jasełkach, mężczyzna po raz pierwszy od dawna zaczyna dostrzegać, że w życiu liczy się coś więcej niż praca.
Między Ulą, Wiktorem i Kają rodzi się niezwykła więź. Chwile pełne ciepła sprawiają, że serca, które od dawna bały się kochać, zaczynają bić mocniej. Ale przeszłość wciąż przypomina o sobie, a Wiktor zrobi wszystko, by ochronić córkę przed kolejnym rozczarowaniem – nawet jeśli oznacza to rezygnację z własnego szczęścia.
Czy magia świąt okaże się silniejsza od lęku? I czy największy cud nie polega na tym, że odważymy się otworzyć serce?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 486
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Natalia Sońska, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca: Zuzanna Sołtysiak
Redaktorka prowadząca: Joanna Pawłowska
Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska
Redakcja: Patryk Białczak
Korekta: Magdalena Białek, Magdalena Kawka
Projekt okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Fotografia autorki na skrzydełku: © Paulina Czwagła | Fotoendorfina
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
Niniejsza książka jest dziełem fikcyjnym. Wszystkie wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
ISBN 978-83-68952-29-2
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
– Nie odwołamy jasełek. – Wypowiedziałam te słowa, zanim zdążyłam się nad nimi zastanowić.
Wszystkie oczy natychmiast zwróciły się w moją stronę. Dyrektor patrzył na mnie tak, jakbym właśnie oznajmiła, że zamierzam zapobiec zalaniu sali gimnastycznej, własnoręcznie zatrzymując wodę, która nie miała najmniejszego zamiaru przestać płynąć.
Za sześć tygodni miały się tu odbyć szkolne jasełka. Kilkadziesiąt dzieci od października przygotowywało przedstawienie, które planowaliśmy zakończyć charytatywną zbiórką dla świetlicy przy Fundacji Przestrzeń. Jeśli sala zostanie wyłączona z użytku, cały nasz plan rozpłynie się razem z wodą.
Parkiet, wyremontowany zaledwie kilka tygodni wcześniej, znikał pod coraz większą taflą wody. Woźny klęczał w najgłębszym miejscu nowo powstałego bajora, próbując ocenić skalę szkód; wuefiści, którzy pięć minut temu powinni byli zacząć lekcję, stali bezradnie; a dyrektor… dyrektor wyglądał tak, jakby za chwilę miał dostać zawału. Zaciskał dłoń na wygniecionej koszuli i ledwo łapał oddech.
– To jest katastrofa… Katastrofa! – lamentował bliski płaczu. – I to akurat teraz!
Jurek, jeden z nauczycieli wychowania fizycznego, westchnął ciężko, choć nie wydawał się zbytnio przejęty tą sytuacją. Zasadniczo rzadko czymkolwiek się przejmował. Wyjątek stanowiły jedynie odwołane mecze reprezentacji i uczniowie, którzy kopali piłkę do siatkówki. W swoim prywatnym kodeksie przewinień to drugie uznawał za zbrodnię.
– Fakt, gdyby stało się to wiosną, przynajmniej nie musielibyśmy się martwić o ogrzewanie – stwierdził.
Dyrektor zgromił go spojrzeniem, po czym przeniósł je z powrotem na ogromną kałużę.
– Co tu się mogło stać… – zastanawiała się zdumiona Jola, druga wuefistka, nerwowo obracając w dłoni gwizdek zawieszony na szyi.
– Na moje oko – zaczął pan Wiciu, woźny, albo bardziej poprawnie w dzisiejszych czasach: konserwator, który jako pierwszy dotarł na miejsce zdarzenia – to pękła któraś rura. Może nie wytrzymało ogrzewanie, ledwo się listopad zaczął, a to już pracuje na najwyższych obrotach. Znaczy się… pracowało.
Cmoknął, a ja odruchowo potarłam ramiona, bo faktycznie poczułam przejmujący chłód. Nie chodziło tylko o to, że przez awarię zrobiło się przeraźliwie zimno. To też, ale… Być może ktoś uznałby, że w obliczu takiej katastrofy myślenie o jasełkach jest niedorzeczne, mnie jednak nie chodziło o samo przedstawienie. Chodziło o dzieci, którym obiecałam, że wyjdą na tę scenę. I o te, którym dzięki temu przedstawieniu mieliśmy pomóc. Takich obietnic nie składałam nigdy lekkomyślnie. Przecież Wojtek z 4C już od tygodnia opowiadał, że babcia kończy szyć mu strój pastuszka, bo obiecałam mu, że przecież taką rolę w tym roku dostanie. Jak miałabym mu teraz powiedzieć, że w tym roku nikt go w nim nie zobaczy?
Przeszedł mnie kolejny dreszcz. Zaczęły docierać do mnie konsekwencje tych zdarzeń. Wszystkie konsekwencje…
– I co teraz? – odezwał się znów dyrektor, patrząc bezradnie na pana Wicia, który wciąż bez emocji przyglądał się powstałym, albo raczej wciąż powstającym, szkodom.
W niektórych miejscach nowiutki parkiet zaczynał już pęcznieć od wody, a klepki rozchodziły się tak, jakby miały znów kilkadziesiąt lat, a nie raptem kilka tygodni.
– Nie żebym nie mówił tego wcześniej, ale remont to trzeba było zacząć od instalacji, a nie tylko po wierzchu, żeby było widać, że odnowione. A teraz… Cóż, teraz trzeba będzie wszystko od początku rozbierać i kuć.
– Chryste Panie… – Dyrektor był naprawdę bliski płaczu.
To na jego barkach spoczywała odpowiedzialność za wszystko, co działo się w szkole. To on odpowiadał za remont, który miał miejsce przed kilkoma tygodniami, a jak się teraz okazało, został przeprowadzony… na darmo. Bo za darmo to na pewno nie. Nawet nie chciałam myśleć o tym, jakie będą koszty naprawienia szkód, na które teraz komisyjnie patrzyliśmy.
– Zrobione, zaraz woda powinna przestać cieknąć! – zawołał zdyszany Andrzej, zięć pana Wicia, który jako złota rączka i właściciel rodzinnej firmy budowlanej wielokrotnie pomagał w drobnych naprawach w naszej szkole. Choć ta tutaj do drobnych zapewne należeć nie będzie.
Dziś też przyjechał, niemal od razu po telefonie od naszego woźnego, i przytomnie zauważył, że w pierwszej kolejności należałoby zakręcić główny zawór wody, by zapanować nad sytuacją. Właśnie wrócił z piwnicy, gdzie ów zawór się znajdował.
– Dziękuję, Andrzejku! – Pan Wiciu poklepał go po ramieniu, po czym z troską zerknął na zrozpaczonego dyrektora.
Ten wydawał się tracić kontakt z rzeczywistością, mrucząc do siebie coś pod nosem. Zwrócił się nagle do Andrzeja z wyraźną bezradnością w oczach:
– Panie Andrzeju, ja bardzo pana proszę… da pan radę to ponaprawiać, co?
Andrzej popatrzył na niego lekko zdezorientowany, przeniósł spojrzenie na swojego teścia, na nas, po czym znów na dyrektora i westchnął ciężko.
– Panie dyrektorze, zanim zaczniemy szacować straty, należałoby chyba zdecydować, co robimy, jeśli chodzi o lekcje – zagadnęła wtedy nieśmiało wicedyrektorka, pani Jadzia Milewska, zdecydowany głos rozsądku w tym kierowniczym duecie.
– A tak, tak… – Dyrektor podrapał się nerwowo po głowie i znów spojrzał na zalany parkiet sali gimnastycznej. – Bo ogrzewania nie uruchomimy, prawda? – zwrócił się ponownie do Andrzeja.
– Nie ruszałbym zaworów, dopóki fachowcy nie ocenią, co było przyczyną awarii – odpowiedział zdecydowanym głosem.
Dyrektor jęknął i na chwilę zamknął oczy, co zwykle robił w chwilach, gdy potrzebował kilku sekund, by zebrać myśli. W końcu znacznie przytomniej powiedział:
– Dzisiaj musimy odwołać lekcje. Jest zimno, nie mamy wody, nie możemy narażać dzieci. Zresztą są na to przepisy – zauważył, a ja odetchnęłam, bo ton głosu zdradzał, że mimo chwilowej utraty zimnej krwi wreszcie wrócił rozważny dyrektor Borcz, który powściągnął emocje i zaczął trzeźwo myśleć. – Jutro mamy piątek, więc przejdziemy na nauczanie zdalne. Po pandemii mamy w tym doświadczenie, więc nie powinno być większych problemów z wdrożeniem tej procedury. Później na szczęście jest weekend. Co do poniedziałku, będę podejmował decyzje na bieżąco, w zależności od tego, czy uda nam się naprawić tę usterkę przynajmniej na tyle, by włączyć ogrzewanie i uruchomić wodę w łazienkach.
– To słuszna koncepcja – zauważyła wicedyrektorka, potakując głową.
Borcz z kolei tylko wzruszył ramionami, po czym znów popatrzył z nadzieją na Andrzeja. Ten natomiast wziął głęboki wdech i rozejrzał się dookoła. Wiedział, że dyrektor oczekuje odpowiedzi.
– Zacząłbym od wezwania hydraulika, by ocenił, co tak dokładnie się wydarzyło. Czy awaria powstała gdzieś tutaj, czy może głębiej w ścianach – powiedział z pewnością w głosie, a dyrektor tylko jęknął. – Zastanowiłbym się przy tym nad wymianą całej instalacji, nie tylko tej jednej usterki, bo jeśli faktycznie jest już wiekowa, to takich problemów może zacząć się pojawiać więcej. To mogłoby na dłużej sparaliżować funkcjonowanie całej szkoły, więc… trzeba podejmować tu ostrożne decyzje i przede wszystkim po konsultacji z fachowcami. No, a później… Cóż, jeśli przyjdzie do kucia ścian, to konieczny będzie generalny remont. W tym ściąganie podłogi i osuszanie posadzki, bo obawiam się, że tutaj nie ma już czego ratować. – Popatrzył ze współczuciem na dyrektora, po którym było widać wyraźną rezygnację.
– A koszty? – jęknął.
– Co ja mam panu powiedzieć… – Fachowiec wzruszył ramionami.
Nie musiał mówić, że do najtańszych ten remont należał nie będzie. Bardzo ogólnie wyjaśnił, że musiałby zrobić dokładny kosztorys, ale zajmie mu to kilka dni. Podobnie zresztą jak wszystkie naprawy, bo związany obecnymi zleceniami, nie mógł tak z dnia na dzień rzucić swojej pracy i przyjść pomóc tutaj. Mimo to obiecał nie zostawić nas w potrzebie.
Ostatecznie dyrektor w porozumieniu ze swoją zastępczynią, panem Andrzejem i panem Wiciem uzgodnili, że sala gimnastyczna zostanie wyłączona z użytkowania przynajmniej do ferii zimowych. Nie było innego wyjścia, nie nadawała się do przeprowadzania lekcji wuefu. I o ile nauczyciele wychowania fizycznego nie byli tym faktem bardzo zawiedzeni, bo mogli realizować swoje zajęcia na salce korekcyjnej, na siłowni czy w pomieszczeniu ze stołami do ping-ponga, o tyle ja miałam twardszy orzech do zgryzienia.
W przyszłym tygodniu na sali gimnastycznej miały się rozpocząć próby do charytatywnych jasełek, które nasza szkoła co roku organizowała przed świętami, zapraszając nie tylko rodziców uczniów, ale też darczyńców z całego miasta, by zebrać datki na szczytne cele. W tym roku mieliśmy wesprzeć świetlicę, która organizowała zajęcia aktywizujące dla dzieci z uboższych rodzin oraz wspierała młode talenty, którym nie miał kto pomóc w samorozwoju. Nie dalej jak wczoraj spotkałam się z jej kierowniczką, obiecując swoje pełne zaangażowanie w ten projekt, a teraz… Tak, mnie też się chciało teraz płakać.
Nie mieliśmy w szkole drugiej równie dużej przestrzeni. Hol był na tyle mały i niepraktycznie rozplanowany, że sama scena zajęłaby dwie trzecie jego powierzchni i nie wystarczyłoby jej już dla widowni. Zorganizowanie wydarzenia na boisku również nie wchodziło w grę z powodu zapowiadanej pogody.
W tej chwili miałam ochotę powiedzieć z rozrzewnieniem dokładnie to samo, co dyrektor na samym początku: to była katastrofa!
*
Siedziałam zrezygnowana w pokoju nauczycielskim, wysyłając kolejne powiadomienia do rodziców moich uczniów, by poinformować ich o dzisiejszej awarii, o konieczności odwołania lekcji i tymczasowego przejścia na system zdalny. Większość moich koleżanek i kolegów z pracy już dawno się z tym uporała, dlatego oprócz mnie i Karoliny, anglistki, nie było tu już nikogo więcej.
Gdy wysłałam wszystkie wiadomości i zamieściłam ogólny komunikat w aplikacji, podparłam brodę dłonią i otworzyłam plik ze scenariuszem. Miałam już nawet rozpisane role, planowałam je rozdać następnego dnia, by uczniowie zapoznali się z nimi przez weekend. Chciałam dzisiaj skonsultować dobór oprawy muzycznej z nauczycielką muzyki, ale okazało się, że wyszła, zanim zdążyłam z nią porozmawiać. Ta usterka skutecznie rozbiła wszystkim dzień w pracy, a mnie dodatkowo podcięła skrzydła.
– Jesteś chyba jedyną nauczycielką, która tak bardzo ubolewa nad dzisiejszymi odwołanymi lekcjami – usłyszałam pogodny głos koleżanki i powoli podniosłam na nią wzrok znad laptopa.
– Tu nawet nie chodzi o lekcje… – Westchnęłam.
– To co cię tak gnębi?
Zamiast odpowiedzieć, powoli odwróciłam laptop w jej stronę, pokazując jej tytuł naszych jasełek napisany wielkimi literami na początku scenariusza.
– Przez tę pękniętą rurę nie mamy gdzie organizować prób, o samym przedstawieniu nawet nie wspominam. I nic, absolutnie nic nie przychodzi mi do głowy. Hol jest za mały, inne sale także, więc… tegoroczne jasełka najprawdopodobniej się nie odbędą – odparłam zrezygnowana.
Karolina popatrzyła na mnie ze smutkiem. Chyba chciała mnie jakoś podnieść na duchu, bo wyglądała nawet tak, jakby intensywnie zastanawiała się nad rozwiązaniem tego problemu. Po chwili jednak sama dała za wygraną. Sytuacja była naprawdę beznadziejna, a ja musiałam jeszcze o wszystkim poinformować dyrektora. W całym tym zamieszaniu zapewne nie pomyślał nawet o tego typu konsekwencjach tej całej awarii.
– Wiem, że cię to dołuje, bo odkąd pamiętam, angażujesz się w to przedsięwzięcie, ale ostatecznie… nie masz wpływu na tę sytuację. Przykro mi, uczniom i nauczycielom zapewne też będzie, ale to sytuacja losowa. Nie mogłaś tego przewidzieć ani temu zapobiec.
– Zdaję sobie z tego sprawę, po prostu… nie chcę nawet myśleć o tych wszystkich rozmowach, które mnie teraz czekają – odparłam ponuro i miałam właśnie zamknąć laptop, by spakować go do torby i zebrać się w końcu do domu, gdy do pokoju nauczycielskiego weszła Basia, jedna z nauczycielek ze świetlicy.
Wyglądała na poruszoną i lekko zdenerwowaną, co zdziwiło nie tylko mnie, ale też Karolinę, bo Basia była raczej jedną z nielicznych w naszej szkole osób słynących z opanowania i nieziemskiej wręcz cierpliwości, tym bardziej do rozbrykanej młodzieży. Podeszła do jednego z regałów i sięgnęła po gruby segregator z danymi dzieci z pierwszych klas, po czym z impetem położyła go na blacie.
– Coś się stało? – zapytałam niepewnie, bo zadawanie dzisiaj tego pytania było obarczone bardzo dużym ryzykiem pozytywnej odpowiedzi.
– Tak, nie pierwszy raz zresztą – odparła twardo, po czym ciężko westchnęła i wzięła głęboki wdech, jakby chcąc uspokoić emocje. – Nie mogę skontaktować się z rodzicami jednej z dziewczynek, która od niedawna zostaje w świetlicy po lekcjach. Biedna siedzi z nami od rana, bo nikt jej nie odebrał po zamieszczeniu tych wszystkich komunikatów o odwołanych lekcjach. Dochodzi czwarta, zaraz zamykamy i nadal nikt po nią nie przyszedł! – Przymknęła na chwilę oczy i znów wzięła uspokajający wdech.
– Ale daje się jakoś we znaki, jest niegrzeczna? – zapytała Karolina.
– Nie, wręcz przeciwnie! – odpowiedziała głosem pełnym współczucia i troski. – Siedzi cichutko przy jednym ze stolików niemal cały dzień! Rysuje, układa puzzle, trochę z nami rozmawia. Pomogłam jej zrobić lekcje, bo Edyta zadała swoim dzieciaczkom jakieś karty pracy na jutro… Przecież z takimi maluchami ciężko pracować w trybie online. Ale na litość boską, ta dziewczynka ma siedem lat! Jest przestraszona i zdezorientowana, a żadne z rodziców nawet nie dało znać, że nie może jej odebrać wcześniej! Tym bardziej że sytuacja jest niecodzienna, mamy awarię, nie ma wody i jest zwyczajnie zimno! Gdyby nie to, że dogrzewamy pomieszczenie farelką, pewnie musiałybyśmy siedzieć przez cały dzień w kurtkach! Nie mówiąc już o tym, że kuchnia przecież też nie działa i to dziecko jest od rana tylko o swojej śniadaniówce! Bo nie chciała drożdżówek, które poszłam jej kupić do piekarni.
Oczy Basi zaszkliły się ze wzruszenia i smutku. Podziwiałam jej oddanie i dobre serce, ale nawet ona nigdy nie pozwalała sobie na takie emocje przy dzieciach.
– Może ci rodzice mają trudny dzień w pracy? Wiesz, łatwo oceniać, nie znając sytuacji tych ludzi – próbowałam ją uspokoić.
– Pewnie bym się z tobą zgodziła, ale to nie jest pierwszy raz, gdy mała jest odbierana na ostatnią chwilę. Tym bardziej że, jak już mówiłam, dzisiaj naprawdę nie ma warunków do opieki nad dziećmi w szkole.
Na to już nie miałam odpowiedzi. Basia też nie powiedziała już nic więcej, tylko otworzyła segregator i zaczęła szukać karty osobowej tej dziewczynki. A mnie zrobiło się na sercu jeszcze ciężej. To właśnie takie dzieci były podopiecznymi świetlicy i fundacji, dla której miała odbyć się zbiórka podczas tegorocznych jasełek. Tych, które ze względu na tę fatalną awarię musieliśmy w tym roku odwołać.
Już miałam zapytać Basię, czy mogę jej jakoś pomóc, gdy otworzyły się drzwi do pokoju nauczycielskiego, a w szczelinie między nimi pojawiła się głowa drugiej nauczycielki ze świetlicy.
– Po małą przyjechał tata, nie szukaj już – rzuciła komunikat, po czym się wycofała, zamykając drzwi.
Na twarzy Basi wymalował się wyraz ulgi. A po chwili i złości. Zatrzasnęła z impetem segregator, po czym żwawym krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Domyśliłam się, co zamierza.
– Dzisiaj nic mnie nie powstrzyma przed powiedzeniem mu kilku gorzkich słów o tym, co myślę o takim zachowaniu.
– Może najpierw wysłuchaj, co się stało i dlaczego nie odebrał dziewczynki wcześniej – zaproponowałam naprędce, pakując w końcu swoje rzeczy.
Basia wzięła tylko głęboki wdech, nie odpowiadając na moje słowa, i wyszła z pokoju. Byłam spokojna o to, że w odpowiedni sposób zasygnalizuje swoje niezadowolenie, niemniej obawiałam się reakcji ojca. Starałam się być wyrozumiała i zazwyczaj w podobnych sytuacjach stawiałam na wysłuchanie obu stron, ale zdawałam sobie sprawę, że rodzice bywają różni i czasem nawet delikatne zasugerowanie, że coś mogą robić źle, sprawia, że wpadają w furię i za wszystko zaczynają obwiniać szkołę. Nauczyciele ze swoimi „wygórowanymi wymaganiami”, jak mawiają rodzice, zawsze są w takich sytuacjach na straconej pozycji. Bardzo więc nie chciałam, by Basia miała jakiekolwiek nieprzyjemności. Tym bardziej że rozumiałam jej wzburzenie. Znałam ją nie od dziś i wiedziałam, że tym razem wcale nie chodziło o to, że musiała zostać tak długo w pracy mimo odwołania wszystkich lekcji. Była poruszona sytuacją tej dziewczynki do tego stopnia, że omal nie rozpłakała się przede mną!
Kiedy więc wyszłam z pokoju nauczycielskiego i zobaczyłam koleżankę rozmawiającą z ojcem dziewczynki, która notabene stała tuż obok niego, kurczowo trzymając się rękawa jego płaszcza, na moment przystanęłam, udając, że szukam czegoś w torebce. Odetchnęłam z ulgą, gdy się zorientowałam, że Basia mówi bardzo spokojnym tonem, a potem mężczyzna po raz kolejny ją przeprasza i obiecuje, że podobna sytuacja więcej się nie powtórzy. Ruszyłam więc do wyjścia, pocieszona, że przynajmniej tę kryzysową sytuację udało się uratować.
Co roku listopad, zamiast rozpoczynać okres pełen oczekiwania i przygotowań do świąt, stawał się polem bitwy i przepychanek pomiędzy wykonawcami, zleceniodawcami a terminami, których każdy musiał dotrzymać. Oczywiście nie każdemu się to udawało. Stosy dokumentów i papierkowej roboty rosły w zastraszającym tempie, bo każdy chciał zamknąć rok rachunkowy, mając przejrzysty i rozliczony budżet. I to była chyba najbardziej ponura część tej pracy: rachunki, rozliczenia, kosztorysy. Wiedziałem, że tym też muszę się zająć, ale po cichu liczyłem na to, że uda mi się to scedować na któregoś z moich pracowników, tłumacząc się natłokiem innych spraw. Nie wszystkie zadania mogłem jednak oddelegować podwładnym, tym bardziej gdy chodziło o zamówienia z urzędu miasta. I szczególnie gdy tak jak dzisiaj nadrabiałem pracę w sobotę.
Udało mi się podjąć współpracę z ratuszem, i choć był to ogromny prestiż dla mojej pracowni, to niezaprzeczalnie też ogromna odpowiedzialność. Tu nie mogło dojść do żadnych pomyłek, wszystko w papierach musiało się zgadzać, kwestie finansowe należało rozliczać co do złotówki. Zresztą sam od siebie tego wymagałem, dlatego już kolejną godzinę ślęczałem nad ofertą, którą niedawno zwyciężyliśmy w przetargu, a która teraz nijak nie spinała się z zaproponowanym i przyjętym budżetem. Nie było mowy o błędach, przecież takich nie popełniałem! A jednak… coś bardzo się tu nie zgadzało i nie mogłem dojść do tego co. Już dawno sobie obiecałem, i nie tylko zresztą sobie, że nie będę pracował w weekendy, a teraz nie dość, że złamałem tę obietnicę, to perspektywa wyjścia nawet nie pojawiała się na horyzoncie.
Rzuciłem dokumentami o blat biurka i opadłem na oparcie fotela. Wszystko dookoła zaczynało mnie coraz mocniej irytować, nie mówiąc już o tym, że ten przedświąteczny czas mnie jeszcze bardziej dobijał ze względu na zbliżający się grudzień, a tym samym nadchodzące Boże Narodzenie i wszystko, co było z nim związane. Na samą myśl o przygotowaniach, o tej całej otoczce, o konieczności stworzenia w domu magicznej atmosfery, której od kilku lat zupełnie nie czułem, dostawałem dreszczy. Ale wiedziałem, że muszę stanąć na wysokości zadania. Nie dla siebie, lecz dla niej. Kaja liczyła na najpiękniejsze święta i zasługiwała na nie, zatem mimo wszystkich swoich uprzedzeń musiałem jej takie zapewnić.
Jak dobrze, że przynajmniej nie musiałem tego robić sam. Choć relacja z Lucyną wciąż wydawała mi się w całym tym położeniu po prostu dziwna, to starałem się o tym nie myśleć i korzystać z tego, że jest obecna i gotowa pomóc w każdej chwili. Cóż, niewątpliwie w jakiś sposób kierowały nią wyrzuty sumienia, choć nie miałem wątpliwości, że bezgranicznie kocha Kaję, i to dlatego była wciąż obecna w naszym życiu.
Chyba ściągnąłem ją myślami, bo w tej samej chwili jej imię wyświetliło się na ekranie mojego telefonu. Odebrałem bez zastanowienia, z szacunku i lekkiej obawy.
– Lucyna – powiedziałem na powitanie.
– Wiktor. Jak dobrze, że odebrałeś. Posłuchaj, dzwonię, bo tak sobie pomyślałam… Może mogłabym zabrać Kaję do parku? Jest piękna pogoda, co prawda mroźnie, ale słońce tak ładnie świeci. Myślisz, że miałaby ochotę? Teraz śpi, ale gdy się obudzi… Uważam, że wyjście na świeże powietrze dobrze jej zrobi.
Dzisiaj to Lucyna zajmowała się Kają. Odkąd opiekunka zrezygnowała, nie miałem jeszcze czasu zabrać się za poszukiwanie kolejnej. Być może sam dokładałem sobie obowiązków, bo chciałem znaleźć kogoś wykwalifikowanego, z doświadczeniem i przede wszystkim odpowiednim podejściem, ale uważałem, że w tej sytuacji nie mogę postawić na kogoś przypadkowego z ogłoszenia. Lucyna spadła mi więc jak z nieba. Oczywiście miałem pewne obawy, wszak przez długi czas Kaja nie miała z nią kontaktu, w dodatku Lucyna nie miała takich kwalifikacji, jakich oczekiwałem, niemniej… była zaangażowana, a to okazało się chyba w tym wszystkim najważniejsze.
– Musisz o to zapytać Kaję, ale jeśli zechce, nie widzę problemu. Tylko wiesz, nie chciałbym, żeby złapała jakieś przeziębienie. I tak sporo już…
– Spokojnie – weszła mi w słowo. – Nie będziemy długo i odpowiednio ją ubiorę. O nic się nie martw! – dodała z entuzjazmem. – To do zobaczenia później!
– Lucyna. – Zatrzymałem ją jeszcze, nim zdążyła się rozłączyć. – Dziękuję.
– Przecież wiesz, że nie masz mi za co dziękować – odparła znacznie spokojniej. – To mój… To przyjemność, już ci to mówiłam nie raz.
– Tak, wiem, ale dzisiaj jest sobota i… miałem nie pracować, a wyszło jak zawsze.
– Ja wszystko rozumiem, nie musisz się tłumaczyć. Prowadzisz własną pracownię, masz naprawdę sporo na głowie. A my sobie tu świetnie poradzimy, możesz być spokojny.
– Postaram się wrócić jak najszybciej – obiecałem, choć realnie nawet nie mogłem przewidzieć, ile jeszcze zejdzie mi w biurze.
Rozłączyłem się i przez moment wpatrywałem w wygaszony ekran laptopa. Nie lubiłem zastanawiać się nad swoim życiem i punktem, w którym ono utknęło, bo już sama myśl o tym przyprawiała mnie o wyrzuty sumienia. To, że czasem miałem ochotę po prostu uciec od tej rzeczywistości, także. I pewnie dlatego zwykle uciekałem w pracę, a później trawiło mnie poczucie winy, bo zamiast wziąć się w garść, rozpamiętywałem. A przecież życie toczyło się dalej i wszystko to, do czego wracałem w domu, było tego najlepszym przykładem. Na tym musiałem się skupić, a nie na tym, co wciąż wzbudzało nieukojony żal.
– Gdybym miał obstawiać, kogo dzisiaj spotkam w biurze, nie zastanawiałbym się ani przez sekundę. – Usłyszałem nagle głos mojego wspólnika i podniosłem wzrok.
Nawet nie zwróciłem uwagi, kiedy Radek otworzył drzwi do mojego pokoju, a teraz stał w nich, oparty o futrynę.
– Za to ja nigdy nie spodziewałbym się tu w sobotę ciebie – odciąłem się i wyprostowałem w fotelu.
Choć łączyły nas przede wszystkim relacje służbowe, nieraz już udowodnił, że jest nie tylko wyrozumiałym wspólnikiem, ale też dobrym człowiekiem. Gdy mnie sypało się życie, on robił wszystko, by przez moją nieobecność w pracy nie posypał się także nasz wspólny biznes. Teraz spłacałem swój dług, pracując ponad miarę, choć Radek wcale tego nie oczekiwał ani też nigdy nie dał mi odczuć, że powinienem to robić. Ale nie potrafiłem inaczej.
Zaczynaliśmy we dwóch wiele lat temu. Przez pierwsze miesiące kłóciliśmy się bardziej niż małżeństwo w najgorszym życiowym kryzysie. Przeklinaliśmy jeden drugiego za ten fatalny pomysł z otworzeniem własnej pracowni. Kilka razy byliśmy gotowi zwijać już interes, pewni tego, że porwaliśmy się z motyką na słońce. Przerastały nas koszty i realia, w których tygodniami musieliśmy czekać na jakiegokolwiek klienta. Byliśmy pewni, że szybko skończy się zarówno nasz sen o własnym biznesie, jak i nasza przyjaźń. To nas obudziło, bo nie mogliśmy ani nie chcieliśmy na to pozwolić. Zaczęliśmy pracować jeszcze więcej i jeszcze ciężej. Szkoliliśmy się, wyszukiwaliśmy konferencje, w których braliśmy udział, zgłaszaliśmy się do przetargów, bo wiedzieliśmy, o co walczymy. Aż pewnego dnia wszystko się zmieniło. Jeden zadowolony klient przyprowadził następnego, następny kolejnego i w ciągu kilku tygodni nasza pracownia otrzymała tyle zleceń, że musieliśmy zatrudnić nowych ludzi. Tym samym zaczęliśmy narzekać już nie na brak pracy, a na jej nadmiar. Mimo tego byliśmy wdzięczni losowi i sobie samym, że daliśmy radę przetrwać ten kryzys. Podobnie jak kolejny, który nadszedł niedługo później, tym razem w moim życiu, ale miał też niestety ogromny wpływ na moją pracę. I gdyby nie Radek… z pewnością już by mnie tu dzisiaj nie było, bo byłem gotów to wszystko porzucić.
– To naprawdę nie może poczekać do poniedziałku? – Skinął głową w stronę rozłożonych na biurku dokumentów.
– Gdyby mogło, to by poczekało – odpowiedziałem wymijająco, po czym nie chcąc dopuścić do kolejnego tego typu pytania, zmieniłem temat: – A ty co tu właściwie robisz?
– Zapomniałem portfela, został na biurku, a bukuję wakacje i potrzebny mi numer karty.
– Ty już myślisz o wakacjach? Jest dopiero listopad.
– Jest na świecie wiele miejsc, gdzie nawet w styczniu jest upalne lato. Gdybyś choć trochę otworzył się na takie możliwości… – zaczął, ale gdy upomniałem go spojrzeniem, uniósł ręce i wycofał się z tego, co miał zamiar powiedzieć.
Dobrze wiedziałem, co miał na myśli. Chciał mnie namówić na wyjazd, na skorzystanie z tego, że Lucyna zajmuje się Kają, żebym mógł w tym czasie odpocząć. Tyle że ja nie potrafiłbym zostawić ich samych. Tym bardziej że mój rozrywkowy przyjaciel z pewnością miałby wiele dziwnych pomysłów na atrakcje podczas takiego wyjazdu, a na to już zupełnie nie miałem ochoty ani nastroju. No i przede wszystkim nie chciałem być piątym kołem u wozu. Zwykle na tego typu urlopy Radek i Ola, jego dziewczyna, zabierali jej najlepszych przyjaciół, a dwie zakochane i zapatrzone w siebie pary to było dla mnie zdecydowanie za dużo.
– Czyli mam rozumieć, że w styczniu wyjeżdżasz na urlop? – upewniłem się i sięgnąłem po kalendarz, by sprawdzić, czy nie mamy na ten okres jakichś terminowych projektów do oddania.
– Tak, potwierdzę ci tylko, kiedy i na ile dokładnie. I nie martw się, nie zostawię cię samego z niewykonaną robotą. Sprawdzałem, ze wszystkim zdążymy. – Pokazał na mój kajet, nim zdążyłem go otworzyć.
Kiwnąłem więc głową, mruknąłem, że w takim razie życzę im dobrego wypoczynku, i pewny, że Radek zaraz się wycofa, wróciłem do studiowania budżetu.
– Potrzebujesz z tym pomocy? – Znów usłyszałem jego głos.
Najwyraźniej mój wspólnik jeszcze nie zamierzał wychodzić, bo stał wciąż w tym samym miejscu, nie ruszywszy się nawet o krok w stronę drzwi.
– Wracaj rezerwować wyjazd wakacyjny. W końcu to ogarnę. A jeśli nie będę miał pomysłu, jak wybrnąć, to dam ci znać w poniedziałek. Jest weekend, jedź do domu.
– Wiesz, śmiem twierdzić, że ciebie w domu w weekend potrzebują bardziej, a jednak tu siedzisz. Ten budżet tak bardzo nam się nie spina, że musisz to teraz rozwlekać, czy chodzi o coś innego? – Popatrzył na mnie znacząco, a ja nie skomentowałem.
Podszedł bliżej, usiadł na krześle naprzeciwko mojego biurka i sięgnął po część dokumentów. Zaczął wertować i czytać, a ja wiedziałem, że zanim dojdzie do tego, w czym jest problem, miną wieki. Był świetnym architektem, ale kwestie rachunkowe były jego piętą achillesową.
– Najprościej rzecz ujmując: ktoś dał ciała z planowaniem kosztów projektu i całej budowy. Głównie chodzi o koszty wykonawstwa. Nie doszedłem jeszcze do tego, na którym etapie powstały aż takie błędy, i mam szczerą nadzieję, że to przeoczenie, a nie celowe działanie, bo w innym wypadku będziemy się musieli srogo tłumaczyć inwestorowi.
– Jak duży to błąd?
– Mam ci powiedzieć, ile musielibyśmy dopłacić, żeby utrzymać się przy tym projekcie? – zapytałem z ironią. – Nie sądzę, by było nas stać.
– I na pewno nie ma opcji, by domknąć inwestycję w podanym budżecie?
– Legalnie? Nie ma mowy. Tym bardziej że to instytucja pożytku publicznego, ryzyko jest zbyt duże i… Zresztą, o czym my mówimy. – Mlasnąłem z niezadowoleniem. – Jakakolwiek by to była inwestycja, czy prywatna, czy publiczna, nie bawimy się w przekręty. Nie ma takiej opcji i chyba nie muszę ci tego tłumaczyć.
– Oczywiście, że nie – przyznał mi rację. – Ale czy to w takim razie oznacza, że stracimy ten projekt?
– Podejrzewam, że tak. Nie wiem, jak rozegrają to formalnie, skoro konkurs już został rozstrzygnięty, pewnie sami będziemy musieli się wycofać i jakoś wytłumaczyć. Swoją drogą, że też nikt z komisji nie zwrócił uwagi na te niedociągnięcia… Dla nas to plus, bo wizerunkowo może uda nam się wyjść z całej tej sytuacji z twarzą, ale strach pomyśleć, jeśli przy kolejnym konkursie trafią na kogoś nieuczciwego. Bo z tego, co zdążyłem się zorientować, budżet mają ograniczony, a wymagania wcale nie najmniejsze.
– A może komisja to zauważyła, tylko właśnie z tego względu nie zwrócili nam uwagi – rzucił w zastanowieniu Radek. – Może celowo nie ujawnili naszych błędów, by później przerzucić na nas koszty i ewentualną odpowiedzialność.
– Myślisz, że publiczni urzędnicy byliby tak perfidni? Chodzi o budowę centrum edukacyjnego, przez które będą się przewijać setki, o ile nie tysiące dzieciaków!
– A ty myślisz, że ludzie u władzy mają jakiekolwiek skrupuły? Czasem nie chodzi o projekt, o ideę czy o przeznaczenie obiektu. Czasem większe przekręty robi się na publicznych funduszach niż w sektorze prywatnym. Więc w sumie… może to i lepiej, że wyszło, jak wyszło, bo kto wie, w co jeszcze by nas wciągnięto. – Radek rzucił papiery na moje biurko i podniósł się z krzesła. – Nie siedź przy tym za długo, może wcale nie ma sensu się żyłować. Po prostu przeprośmy i zrezygnujmy. Albo zaproponujmy wykonanie tego projektu jeszcze raz, ale z zaznaczeniem, że na pewno nie w budżecie, jaki został za pierwszym razem przyjęty. Wracaj do domu, Wiktor – powiedział na koniec, pożegnał się i wreszcie wyszedł z biura, a gdy tylko usłyszałem, jak zatrzaskują się za nim drzwi wejściowe do pracowni, sam opadłem bezradnie na oparcie fotela.
Być może Radek miał rację, może nie powinienem się tym aż tak bardzo przejmować. Skupiłem się na naprawieniu błędu, a może należy sięgnąć głębiej i dostrzec pozytywne aspekty tej sytuacji. Bo jedno Radek zauważył słusznie: nie dało się przeoczyć aż takich nieścisłości. Skoro ja wyłapałem je już po pierwszym przejrzeniu złożonej dokumentacji, to ktoś, kto rozpatrywał wszystkie oferty, też musiał to zobaczyć. Pytanie tylko, dlaczego nikt nie zwrócił nam na to uwagi. Ba! Nasza propozycja została przyjęta! Czy za tą sytuacją kryło się jakieś drugie dno? I czy szukanie odpowiedzi, których nigdy nie chciałoby się usłyszeć, miało jakiś sens?
Najlepiej było chyba pójść za radą mojego wspólnika i zwyczajnie ten projekt odpuścić. Tak też zrobiłem. Poskładałem całą dokumentację i postanowiłem wrócić do domu, gdzie czekały mnie równie skomplikowane wyzwania.
Praca w szkole była moim życiowym powołaniem. Rozpoczynając studia polonistyczne, miałam zupełnie inny plan, bo chciałam być dziennikarką albo redaktorką. Uwielbiałam bawić się językiem, szukać trafniejszych określeń i odkrywać, jak ogromną moc mają dobrze dobrane słowa. Jednak już po pierwszych praktykach w szkole wiedziałam, że nic innego nie przyniesie mi takiej satysfakcji, jak właśnie nauczanie dzieci. Zdobyłam więc wykształcenie pedagogiczne i zaraz po otrzymaniu dyplomu zaczęłam pracę w jednej z krakowskich podstawówek. Najpierw realizując nauczanie początkowe w klasach od pierwszej do trzeciej, by kilka lat później przyjąć stanowisko polonistki oraz swoje pierwsze wychowawstwo w czwartej B. Z sentymentem wspominałam tamte lata, gdy jako młoda, niedoświadczona nauczycielka wkładałam całe swoje serce w przekazywanie wiedzy młodym ludziom w taki sposób, by wyjść ze schematu i zaciekawić swoich uczniów przedmiotem tak prozaicznym jak język polski.
Przez tych kilka lat, odkąd pracowałam, po drodze napotykałam na wiele przeszkód. Od opornych uczniów, przez jeszcze bardziej opornych rodziców, po wszelkie reformy i zmiany programowe, które mniej lub bardziej skutecznie zniechęcały do wykonywania tego zawodu. Wielu moich kolegów zrezygnowało. Inni odeszli na wcześniejszą emeryturę, kolejni posiłkowali się urlopami na podratowanie zdrowia. Nie wiem, czy potrzebowali tego czasu, by faktycznie podreperować organizm i nabrać sił, czy po to, by zastanowić się, czy ta praca nadal ma dla nich sens. Mnie na szczęście udało się wszelkie te trudności przetrwać i teraz z takim samym, a może nawet większym zapałem niż na początku wykonywać swoją pracę jako nauczycielka z powołania.
Do każdej lekcji, każdego projektu i każdego ucznia podchodziłam z równie dużym zaangażowaniem. Ważne dla mnie było to, co przekażę młodemu człowiekowi i w jaki sposób. Ten zawód był dla mnie czymś więcej niż tylko pracą na etacie, którą musiałam, mówiąc brzydko, „odbębnić”, by zarobić na życie. Dlatego też podejmowałam się nie tylko prowadzenia lekcji, ale też organizowałam wszelkie możliwe akademie, występy, konkursy literackie i recytatorskie, prowadziłam szkolne kółko teatralne, na które uczęszczali uczniowie wszystkich klas, nawet tych najmłodszych. Dzieliłam ich na grupy wiekowe, gdy zajmowaliśmy się mniejszymi występami, ale kiedy przychodziło do organizacji większych szkolnych wydarzeń, zbierałam wszystkich tak, by każdy bez wyjątku mógł stać się częścią takiego ważnego projektu. Tym bardziej że zmysł artystyczny miałam niejako… we krwi.
Podobnie było w przypadku corocznych charytatywnych jasełek. A raczej… miało być, bo tegoroczne przedstawienie świąteczne wciąż stało pod znakiem zapytania. Chociaż trafniejsze byłoby stwierdzenie, że nie miało racji bytu z uwagi na fakt, że nie mieliśmy nawet gdzie przeprowadzać prób. Wciąż tylko nie miałam odwagi przekazać tej informacji dyrektorowi ani tym bardziej czekającym na swoje role dzieciakom.
– Nie ma naprawdę żadnego miejsca, w którym moglibyście te jasełka wystawić? – zapytała Majka, moja najlepsza przyjaciółka, gdy w piątkowe popołudnie pomagałam jej rozpakować towar, który przywiozła tego dnia rano.
Otworzyłyśmy właśnie ostatni karton ze świeżo wypaloną ceramiką. Talerzyki, podstawki na biżuterię, misy, wazony, słoje na korzenne ciasteczka i kubki w świąteczne wzory (cała masa świątecznych kubków!) niezaprzeczalnie wiodły teraz prym, jeśli chodziło o asortyment mojej przyjaciółki. Majka prowadziła z mamą niewielki sklepik z rękodziełem na Kazimierzu, ciesząc się największym zainteresowaniem klientów właśnie w ten przedświąteczny czas. Stąd też konieczność sprowadzania towaru niemalże co kilka dni, by półki nie świeciły pustkami, gdy sprzedawane tu przedmioty znikały z nich z dnia na dzień w zastraszającym tempie. A ponieważ w piątkowe popołudnie byłam już po pracy, obiecałam jej pomóc, a przy okazji powiedziałam jej o awarii, o moich rozterkach i o tym, że choć w tym roku miałam naprawdę świetny i nietuzinkowy pomysł na to przedstawienie, to nie będzie mi dane go zrealizować.
– Niestety, przemyślałam to pod kątem każdej z ewentualnie dostępnych przestrzeni w szkole i nie ma mowy, żeby gdziekolwiek zmieściła się więcej niż jedna klasa.
– A gdybyście wystawiali te jasełka na raty? – dopytała Majka, odwijając kolejny zafoliowany kubek.
– To nie miałoby większego sensu, byłoby logistycznie trudne, dzieci po jakimś czasie też miałyby dość. A w tym wszystkim chodzi przecież też o atmosferę, o ten wyjątkowy, magiczny element, a nie tylko o to, by odhaczyć występ i postawić puszkę przy wejściu.
– No ostatecznie po to w ogóle robicie te jasełka – zauważyła słusznie.
– Ale nie chcę ich sprowadzać tylko do zbiórki. Och, przecież wiesz, o co mi chodzi… – Westchnęłam ciężko i przestąpiłam z nogi na nogę.
– Wiem, o ideę. – Majka przewróciła oczami.
– A czy coś w tym złego?
– Absolutnie nie. – Wtedy usłyszałyśmy głos pani Renaty, mamy mojej przyjaciółki, która wyszła z zaplecza, taszcząc kolejny karton. – I moim zdaniem nie powinnaś odpuszczać – dodała, a ja popatrzyłam na nią lekko zdezorientowana, ale ciepło się do niej uśmiechnęłam.
Zawsze zazdrościłam Majce jej więzi z mamą. Były trochę jak przyjaciółki, mogły porozmawiać ze sobą na każdy temat. Nie dziwiło mnie więc, że i sklep postanowiły poprowadzić wspólnie. Najbardziej jednak podobało mi się to, że Majka zawsze miała w swojej mamie oparcie, bez względu na to, w jakiej sytuacji się znalazła albo jaką decyzję podjęła. Działały w tandemie, od kiedy pamiętałam, i zawsze patrzyłam na to z lekką dozą smutku w sercu. Tym bardziej że w dzieciństwie bywałam częstszym gościem w ich domu niż we własnym, i to właśnie ze względu na relację z moją matką.
– Chciałabym, ale mogę nie mieć wyjścia. – Westchnęłam po chwili.
– No a… twoja mama nie mogłaby… – zaczęła niepewnie Majka.
Od razu się domyśliłam, o co może jej chodzić.
– Nie ma mowy. Dobrze wiesz, jakie ona ma teraz relacje z ludźmi z dawnej pracy. Tylko by ją to zirytowało i… Nie, po prostu nie.
– Ale to jest wyjątkowa sytuacja – drążyła moja przyjaciółka.
– Dla niej to bez znaczenia. – Zaśmiałam się gorzko.
– Ten jeden raz naprawdę mogłaby się poświęcić.
– Majka! – Pani Renata upomniała swoją córkę, posyłając jej jednocześnie srogie spojrzenie.
– No co? Korona by jej z głowy nie spadła. Ale nie, to nie… – Majka wzruszyła ramionami i odstawiła kolejny kubek na uginający się już od ceramiki regał.
– Co ja z wami mam… – Pani Renia pokręciła głową. – Wybacz, Ulka, moja córka odziedziczyła niewyparzony język po swoim ojcu. A wyjście zawsze się znajdzie. Sala widowiskowa również – powiedziała z pewnością siebie w głosie i popatrzyła wymownie na swoją córkę.
Twarz Majki nagle pojaśniała, bo ta powoli pokiwała głową, by chwilę później przenieść swoje spojrzenie na mnie.
– Sala widowiskowa w osiedlowym centrum kultury, co powiesz na to? – odezwała się z uśmiechem i wzięła się pod boki.
– To znaczy? – dopytałam, bo wciąż nie byłam pewna, o co jej chodzi.
– Nasze centrum kultury otworzyło niedawno nowy ośrodek na Ruczaju.
– To, w którym przez lata tańczyłaś?
– Tak! – odpowiedziała z entuzjazmem, a mnie powoli zaczęło się coś kojarzyć.
Majka od początku podstawówki przez całe gimnazjum aż po liceum należała do zespołu tanecznego. Dość dobrze to pamiętałam, bo chodziłam na niemal wszystkie jej występy, które odbywały się w Krakowie i okolicy. To była jedna z najważniejszych części jej życia, którą z bólem serca musiała porzucić po poważnej kontuzji i operacji kolana. Niemniej jeszcze długo po zakończeniu swojej tanecznej kariery czynnie uczestniczyła w życiu zespołu, aż ten ze względu na szereg zmian kadrowych, wyjazd choreografki oraz po prostu brak zainteresowania trzeba było rozwiązać. Pamiętałam, jak bardzo Majka to przeżywała, jak próbowała reanimować swoją grupę, ale bezskutecznie.
– Ale przecież tam po przebudowie nie ma już tej sali. Sama mówiłaś, że…
– Tak, w tym konkretnie budynku, do którego ja chodziłam na próby, nie, ale jakiś czas temu spotkałam Kaśkę Bednarz, tę, z którą tańczyłam, pamiętasz? – zapytała, a ja kiwnęłam głową, bo faktycznie kojarzyłam tę dziewczynę. – Ona teraz prowadzi tam dla dzieci jakieś zajęcia plastyczne w ramach wolontariatu i powiedziała, że całe centrum bardzo się rozbudowało. Prowadzą kilka punktów w różnych lokalizacjach na Podgórzu, a na Ruczaju otworzyli zupełnie nowy budynek, z salą widowiskową, z dużą sceną i mnóstwem miejsc na widowni! Nawet zachęcała mnie, żebyśmy zebrały nasz dawny zespołowy skład i spróbowały postawić na nowo któryś z układów, bo po znajomości może nam załatwić tę salę na próby! – Zaśmiała się, choć w tej chwili byłam pewna, że w jej oczach zaszkliły się łzy wzruszenia, po czym szybko dodała: – No, w każdym razie… Może tam by się udało zorganizować te jasełka? Zadzwonię do Kaśki, zapytam, czy w ogóle byłaby taka możliwość, co ty na to?
Rozchyliłam w zdumienia usta, bo to brzmiało jak… plan idealny! Tym bardziej że jeśli Majka mówiła o tym nowym budynku, o którym sama myślałam, bo przecież podobnie jak ona znałam dobrze Ruczaj, to mieścił się on stosunkowo niedaleko szkoły, tylko… No tak, mnie ten pomysł mógł się spodobać, ale rodzicom… już niekoniecznie. Bo wszelkie próby musiałyby się odbywać po lekcjach, w zupełnie innym miejscu, a nie każdy rodzic będzie tym zachwycony i nie każdy wyrazi zgodę na to, by dzieci samodzielnie przemieszczały się po mieście, nawet jeśli to niedaleko.
– O co chodzi? – dopytała Majka, widząc, jak z euforii, którą mnie w pierwszej chwili zaraziła, przechodzę w stan sporych wątpliwości, których wyraz od razu wymalował się na mojej twarzy.
Wzięłam głęboki wdech i przewróciłam oczami.
– Co do zasady o nic takiego, tylko… to już będzie wyższa logistyka, zostawanie dzieci po lekcjach jeszcze dłużej, bo przecież trzeba będzie tam na miejsce jeszcze dotrzeć. Konieczna będzie dodatkowa opieka i w ogóle… Nie wiem, czy rodzice wyrażą na to zgodę.
– Hej, może nie nastawiaj się z góry negatywnie, co? Przecież sama mówiłaś, że nie masz innej opcji i że jeśli niczego nie wymyślisz, to jasełek i zbiórki charytatywnej nie będzie. Jaki masz więc wybór?
– Żaden… – Wzruszyłam ramionami.
– Liczyłam na trochę więcej entuzjazmu. – Majka skrzyżowała ramiona na piersi.
– Nie naciskaj, córeczko – wtrąciła się znów pani Renata. – Ula ma rację. Pomysł z tą salą na Ruczaju jest świetny, ale jej odpowiedzialność za te dzieci ogromna. Może po prostu – zwróciła się wtedy do mnie – Majka zapyta o tę salę, a ty w międzyczasie wypytasz rodziców o zdanie i o to, jak oni widzą takie przedsięwzięcie. Czy będą mogli podrzucać i odbierać dzieci z innego miejsca niż szkoła, czy będzie to dla nich problemem i jak moglibyście wspólnie go rozwiązać, zaznaczając jednocześnie, że jest to jedyne wyjście, jeśli jasełka w ogóle mają się odbyć.
Popatrzyłam na mamę mojej przyjaciółki, a jej słowa, jak zawsze zresztą, kojąco otuliły mnie od wewnątrz. Miała rację, musiałam chociaż spróbować i liczyłam na to, że rodzice moich wychowanków to zrozumieją, tym bardziej że zawsze mi się wydawało, że społeczność naszej szkoły jest ze sobą bardzo zżyta. Już nie raz przekonałam się o tym, jak bardzo rodzice moich uczniów są w stanie się zjednoczyć dla wspólnego dobra, i miałam nadzieję, że tym razem będzie podobnie.
Nie zwlekając, pomogłam Majce i jej mamie dokończyć to, co wspólnie zaczęłyśmy, a później od razu pojechałam do domu. Postanowiłam w poniedziałek, podczas zebrania rady pedagogicznej, opowiedzieć dyrektorowi o pomyśle Majki. Miałam nadzieję, że uda się uzyskać dostęp do tej sali widowiskowej, bo mimo moich pierwotnych wątpliwości już teraz zaczynałam czuć w środku narastającą z każdą chwilą ekscytację i przede wszystkim nadzieję. Nie chciałam składać broni, dlatego jeśli był choć cień szansy, by te jasełka i cała charytatywna gala się odbyły, chciałam walczyć do końca. Zabrałam się więc za dopracowywanie scenariusza i uzupełnianie go o wszystkie niezbędne szczegóły.
Nawet nie zauważyłam, że za oknem zrobiło się już zupełnie ciemno i zastał mnie bardzo późny wieczór. Ale ta praca zawsze pochłaniała mnie bez reszty. Ze skupienia wyrwał mnie dopiero dźwięk telefonu, który rozbrzmiał gdzieś pomiędzy rozłożonymi na biurku kartkami z rozpisanymi dla uczniów kwestiami. Odnalazłam go w ostatniej chwili, zrobiwszy wokół siebie jeszcze większy bałagan. Zobaczyłam na wyświetlaczu zdjęcie swojej przyjaciółki.
– Tak szybko się za mną stęskniłaś? – odezwałam się całkiem swobodnie, bo przecież widziałyśmy się kilka godzin wcześniej.
– W poniedziałek masz spotkanie z dyrektorem ośrodka na Ruczaju – odpowiedziała bez ogródek, ale za to z wyraźnym zadowoleniem w głosie.
Na moment zastygłam w bezruchu.
– Żartujesz sobie? – Wyprostowałam się gwałtownie w fotelu, zaskoczona, że udało jej się to załatwić tak szybko.
– Absolutnie nie. Od razu po tym, jak wyszłaś, zadzwoniłam do Kaśki, nakreśliłam sytuację i powiedziałam, że to pilna sprawa. Oddzwoniła godzinę później, żeby powiedzieć, że umówiła cię z tym całym kierownikiem na poniedziałek, na dwunastą. Dasz radę?
Musiałam zrobić szybki rekonesans w głowie, ale niestety z tego całego przejęcia zapanowała w niej zupełna pustka. Zacisnęłam mocno powieki z nadzieją, że pozwoli mi to opanować natłok myśli. Nawet jeśli miałam wtedy lekcje, to… coś wymyślę, pomyślałam w końcu, po czym szybko odpowiedziałam:
– Tak, oczywiście! Przyjadę na pewno! Do tej placówki, tak?
– Z tego, co zrozumiałam, to tak. Przekieruję ci jeszcze wiadomość od Kaśki z numerem telefonu tego kierownika, żebyś mogła w poniedziałek rano jeszcze potwierdzić, czy się pojawisz.
– Nie wiem, jak mam ci dziękować, Majka, naprawdę – powiedziałam szczerze, czując, jak kamień spada mi z serca.
Nawet jeśli jeszcze nic nie było ustalone, to już samo spotkanie dawało iskierkę nadziei, że wszystko uda się jeszcze uratować i jasełka się odbędą. Moja w tym była głowa, żeby tego całego kierownika przekonać!
– Po prostu wystaw to przedstawienie i zbierz pokaźną sumkę dla dzieciaków. Pokaż wszystkim, że żadne przeszkody nie są w stanie cię zniechęcić.
Uśmiechnęłam się do siebie. W tej chwili nie było takiej przeszkody, której nie dałabym rady pokonać, tak przynajmniej czułam. Telefon od przyjaciółki dodał mi wiatru w żagle i zmotywował na tyle, że wszelkie wątpliwości schowały się pod grubą warstwą determinacji.
Jeszcze prężniej i z większą wiarą dokończyłam rozpisywanie całego scenariusza z bardzo silnym przeczuciem, że mimo tych kilku chwil zwątpienia i niepewności moje przedstawienie jednak dojdzie do skutku. I że będzie jednym z tych, które szkoła i wszyscy obecni zapamiętają na bardzo długo.
Weekend minął jak zwykle wolniej, niż bym tego chciał. Miałem wyrzuty sumienia, że zamiast cieszyć się wolnym czasem spędzanym w domu, wolałem pójść do pracy, i nie potrafiłem się wyzbyć tego uczucia. Potrzebowałem zajmować głowę na okrągło wszystkim, tylko nie moim życiem prywatnym. Byłem na siebie za to cholernie zły, wiedziałem, że to bardzo nie w porządku przede wszystkim wobec Kai, bo przecież powinienem jej teraz poświęcać jak najwięcej uwagi, ale zwyczajnie nie potrafiłem. Kochałem ją całym sercem, była całym moim światem, ale kiedy na nią patrzyłem, przypominało mi się wszystko to, co mimo upływu lat wciąż we mnie żyło. A może chodziło o to, że zbliżały się święta, które od kilku lat kojarzyły mi się tylko z jednym?
Byłem nerwowy i podminowany, a konieczność ukrywania tego pod maską przyklejonego do ust uśmiechu, byle w domu nikt się nie domyślił, była wyczerpująca. A w biurze? Mogłem zamknąć się w swoim gabinecie i oddać pracy, tak po prostu, bez tłumaczenia się komukolwiek ze swojego nastroju. Tutaj nikt – no, może poza Radkiem – nie pytał, jak się miewam, dlaczego nie mam humoru albo czy mógłby mi jakoś pomóc. Każdy zajmował się swoimi obowiązkami. I nie chodziło o to, że atmosfera w pracy była drętwa i nieprzyjazna. Po prostu już chyba każdy się nauczył, by nie zaczynać ze mną tematów niezwiązanych z pracą, bo zwyczajnie tego nie lubiłem. Nawet za pogawędkami na temat pogody nie przepadałem, choć to akurat mogłem jeszcze znieść.
Tym bardziej że ostatnio było nawet o czym rozmawiać, bo zima, choć jeszcze nie ta kalendarzowa, rozpoczęła się z przytupem. W piątek wieczorem spadł pierwszy śnieg i choć szybko się roztopił, to od wczoraj temperatura znów spadła poniżej zera. Jeśli wierzyć meteorologom, czekała nas zima stulecia, z dużymi mrozami i niespotykanymi od dawna opadami śniegu. I znaleźli się nawet tacy, którzy z szerokim uśmiechem patrzyli w tę najbliższą zimową przyszłość. Uśmiechnąłem się nieznacznie, przypomniawszy sobie weekendowy zachwyt nad tą wszechobecną bielą.
Kolejny telefon od jednego z klientów skutecznie oderwał mnie od tych myśli, do których w ciągu najbliższych godzin już nie powróciłem.
– Wychodzisz? – Radek złapał mnie, gdy z całym naręczem dokumentacji wychodziłem akurat ze swojego biura i kierowałem się do drzwi wyjściowych.
– Tak, ale służbowo. – Wskazałem na trzymany segregator.
– Spokojnie, nie rozliczam cię. Myślałem po prostu, że wyskoczymy na lunch.
– Nie dzisiaj. Muszę podjechać do klienta, bo pojawił się jakiś pomysł rozbudowy jednego z obiektów, które projektowaliśmy, i zadzwonił z pytaniem, czy moglibyśmy się spotkać.
– Okej, kuj żelazo, póki gorące, tego typu przedsięwzięć też potrzebujemy. – Zasalutował teatralnie, po czym dodał: – Ale lunchu ci nie odpuszczę. Albo kolacji. Spotkania po prostu, bo chciałbym pogadać.
– Coś się stało? – dopytałem, bo zauważyłem, że mimo swojego swobodnego tonu wyraźnie się spiął, ściągając łopatki w ten charakterystyczny sposób.
O kilka sekund za długo wpatrywał się we mnie w milczeniu, bym przyjął jego „nic takiego” na spokojnie. Zmrużyłem oczy, po czym spojrzałem odruchowo na zegarek.
– Pogadamy później, leć, bo się spóźnisz – rzucił, gdy zauważył, że przez moment się zawahałem.
– Jesteś pewny?
– Tak. To może poczekać. Żadna sprawa życia i śmierci. – Uśmiechnął się zawadiacko, ale znów zbyt nerwowo, bym nie wychwycił tego chwilowego napięcia.
Zmrużyłem oczy. Coś ewidentnie było na rzeczy. Nie chciałem jednak tego wyraźnie poważnego tematu załatwiać na piętnaście minut przed spotkaniem. Tym bardziej że Radek rzadko kiedy zachowywał się w podobny sposób, raczej podchodził do życia na luzie, czasem zbyt dużym jak na dorosłego mężczyznę, dlatego tym bardziej mnie tym zaniepokoił. Postanowiłem w miarę szybko pozałatwiać dzisiejsze sprawy i spotkać się z nim po południu, i to też od razu mu przekazałem. Skinął tylko głową, a potem bez słowa zniknął za drzwiami swojego gabinetu.
Nie zastanawiając się, wyszedłem z pracowni i udałem się prosto na umówione spotkanie. I choć z reguły udawało mi się tego typu sprawy oddzielać od życia zawodowego, to skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zaprzątałem sobie głowy dziwnym zachowaniem przyjaciela nawet podczas służbowego spotkania. Niemniej w pewnym momencie musiałem skupić się w stu procentach na tym, czego w ogóle dotyczyło.
– Dobrze rozumiem, że chcecie powiększyć budynek o jedną kondygnację i o dodatkową powierzchnię na parterze? – zapytałem.
Zdziwiłem się, bo dobrze pamiętałem rozmowy z inwestorami w trakcie prac projektowych. Gdy sugerowaliśmy z Radkiem wykorzystanie większej powierzchni działki, byli bardzo sceptyczni, zasłaniali się budżetem i wręcz twierdzili, że niepotrzebna im aż tak duża powierzchnia użytkowa. Tymczasem w tej chwili, gdy budynek był oddany do użytku, zagospodarowany i wykorzystywany już do przeznaczonych celów, oni się ocknęli i stwierdzili, że tamte plany jednak nie były takie złe.
– Tak, według wcześniejszych państwa sugestii. Wtedy podeszliśmy do nich krytycznie, bo nie sądziliśmy, że centrum będzie się cieszyło aż takim zainteresowaniem. Sam pan rozumie, tego typu instytucje swoje lata świetności już raczej przeżyły, w dodatku to był okres pandemiczny, nie nastawialiśmy się na skok rozwojowy, więc w założeniu miało to po prostu wyczerpywać minimalne zapotrzebowanie miasta na tego typu miejsce. Tymczasem dzielnica prężnie się rozwija, powstaje coraz więcej grup zainteresowanych wynajmem lokali i sal, rozwijamy naszą ofertę kulturalną, a w związku z tym otrzymaliśmy także sygnały od władz, że możemy postarać się o dodatkowy budżet w celu modernizacji i unowocześnienia centrum. Tego co prawda nie potrzebujemy, bo budynek jest nowiutki, ale możemy popracować nad rozbudową. Potrzebujemy tylko opinii i, rzecz jasna, projektu – przyznał z entuzjazmem i wielką nadzieją w głosie dyrektor placówki.
Siedzący obok niego kierownik kiwał tylko posłusznie głową, przysłuchując się naszej rozmowie. Poprawiłem się na krześle, wziąłem głęboki wdech, po czym rozłożyłem projekty i szkice, by się upewnić, w których miejscach planowali przebudowę, a gdy wskazali konkretne wymagania, zapisałem ich sugestie i już zacząłem się zastanawiać, czy coś takiego będzie w ogóle możliwe.
– Wiecie, panowie, że koszt rozbudowy będzie znacznie większy, niż gdybyśmy to zrobili od razu? – upewniłem się.
– Zdajemy sobie z tego sprawę. Ale czasu nie cofniemy. Wówczas nie mieliśmy środków, w tej chwili pojawiła się taka szansa i chcielibyśmy z niej skorzystać. Traktujemy to też jako inwestycję. No i mamy cichą nadzieję, że uda się to wszystko zaprojektować tak, by mimo wszystko koszty były jak najniższe. Wie pan, obietnice zostały złożone, ale czasy są, jakie są, więc… – Uśmiechnął się do mnie wymownie.
A mnie, nie wiedzieć czemu, w głowie zaświeciła się lampka alarmowa. Za bardzo przypominało mi to sprawę, nad którą główkowaliśmy w sobotę z Radkiem. Tym bardziej że środki na ten projekt i jego wykonanie miały popłynąć z dokładnie tego samego źródła.
Zmrużyłem oczy. Nie chciałem wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Wiedziałem jednak, że nawet jeśli się na tę współpracę zgodzę, trzykrotnie sprawdzę całą dokumentację i będę bardzo ostrożny, wykonując to zlecenie.
– Dobrze, w takim razie postaram się przygotować wstępny projekt oraz kosztorys.
– Świetnie! – Dyrektor klasnął. – Kiedy możemy się go spodziewać? Nie ukrywam, że zależy nam na czasie, i gdyby udało się całe zlecenie dopiąć do końca roku… Rozumie pan, rozliczenia budżetowe i takie tam… – Machnął dłonią, a syrena alarmowa w mojej głowie zaczęła wyć jeszcze głośniej. Tym bardziej gdy kierownik placówki wymownie i w milczeniu spuścił głowę.
– Nie chciałbym wchodzić w szczegóły i opisywać krok po kroku pracy nad tego typu projektem, ale zdajecie sobie, panowie, sprawę, że wymaga on szczegółowych obliczeń i szacunków? A nieco ponad miesiąc to naprawdę mało czasu.
– Oczywiście, zdajemy sobie sprawę, ale mamy też nadzieję, że ze względu na naszą poprzednią współpracę uda nam się wypracować konsensus w tej kwestii. Nam zależy na czasie, pańskiej pracowni zapewne na zleceniach, także tych przyszłych. Obiło mi się zresztą o uszy, że z powodzeniem bierzecie udział w publicznych przetargach – odparł na pozór swobodnie, ale jego wypowiedź była podszyta wyraźną sugestią, a ja czegoś takiego nie znosiłem.
Wyprostowałem się i zmarszczyłem brwi, patrząc na niego uważnie.
– Co chce pan przez to powiedzieć? – zapytałem z rozdrażnieniem w głosie, na tyle dosadnym, by się zorientował, że nie w smak mi tego typu rozmowy.
– Nic zdrożnego, absolutnie. – Wycofał się, zorientowawszy, że tego typu zagrywkami niczego tu nie osiągnie. Wręcz przeciwnie, miałem ochotę zebrać dokumentację rozłożoną na stole w jego gabinecie i wyjść, dziękując za taką współpracę.
– Nie wiem, co mam o tym sądzić – dodałem twardo.
– Nie miałem na myśli niczego złego, proszę wybaczyć. – Wyraźnie się zmieszał. – Chciałem tylko powiedzieć, że możemy sobie wzajemnie pomóc. Ja po prostu cenię współpracę z pańską pracownią, jesteście solidną firmą i z chęcią będę was polecał dalej. Poczta pantoflowa to wciąż najlepsza forma reklamy. Ale… no sam pan rozumie, taka forma zażyłości wymaga obopólnych korzyści.
Rozumiałem to aż za dobrze. Moja intuicja może nie była na tyle rozwinięta, co ta słynna kobieca, ale nie byłem też idiotą i jeśli docierały do mojego systemu nerwowego jakieś podejrzane sygnały, nie mogłem ich zignorować. Podobnie jak nie mogłem tego typu decyzji podejmować bez konsultacji ze wspólnikiem, z którym ten wcześniejszy projekt tworzyłem.
– Dobrze. Proszę przesłać mi na maila państwa szczegółowe wytyczne, a my w pracowni zastanowimy się, co możemy państwu zaproponować w tej kwestii – podsumowałem, nie dając im jednoznacznej odpowiedzi. – Nie mogę w tej chwili niczego obiecać ani zagwarantować, że podejmiemy się tego projektu. To składowa wielu czynników i po prostu musimy wszystko starannie przeanalizować. Będę potrzebował jeszcze szczegółowej, zaktualizowanej dokumentacji dotyczącej budynku, ale może prześlę całą listę niezbędnych dokumentów mailem. I jeśli zależy wam na czasie, to najlepiej, gdyby te trafiły do nas do końca tygodnia, bo to kluczowe informacje, od których będzie zależało, czy planowana rozbudowa w ogóle jest możliwa.
– Oczywiście. Pan Bartosz skompletuje dla pana wszystko, co będzie trzeba. – Spojrzał porozumiewawczo na kierownika, który wciąż w milczeniu przysłuchiwał się całej tej rozmowie.
Mężczyzna kiwnął głową i podniósł się z miejsca, uznałem więc, że nasze spotkanie dobiegło końca. Również wstałem, pożegnałem się z dyrektorem, pozbierałem projekty i skierowałem się do wyjścia, odprowadzony przez pana Bartosza.
– Bądźmy w takim razie w kontakcie, a ja jeszcze dzisiaj wyślę listę potrzebnych dokumentów – powiedziałem, gdy ruszyliśmy korytarzem w głąb budynku.
– Wie pan co… – Zamyślił się na chwilę. – Część dokumentacji mógłbym dać panu jeszcze dzisiaj. Zdaję sobie sprawę, że mapki, jakieś papiery z geodezji muszą być aktualne, ale na przykład protokoły odbioru budynku, całą dokumentację budowlaną, dokumenty dotyczące działki i własności na pewno ma moja sekretarka. Może mógłby pan na nich rozpocząć wstępne prace, a ja w międzyczasie zdobędę wszystkie aktualne.
– Dobrze. Co prawda tu nawet najdrobniejsze zmiany mogą mieć znaczenie, ale niech będzie. Przestudiuję sobie to, co miało miejsce tych parę lat temu w trakcie budowy – zgodziłem się, a wtedy mężczyzna wskazał mi na jeden z bocznych korytarzy.
Chwilę później zapukał do drzwi. Z tabliczki wiszącej obok wynikało, że to jego sekretariat. Niestety zamknięty. Przekręciwszy klucz, zajrzał do swojego biura, po czym wycofał się od razu.
– Przeproszę pana na chwilę. Zapewne moja sekretarka udała się na kawę do koleżanek z księgowości. – Westchnął i pokręcił głową. – Zaraz do pana wrócę – dodał i skierował się w stronę, z której przed chwilą przyszliśmy.
Nie miałem możliwości, by go zatrzymać, bo dosłownie kilka sekund później zniknął w dalszej części budynku i tyle go było widać. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko cierpliwie poczekać. Mimo to odruchowo spojrzałem na zegarek. Co prawda nie miałem już dzisiaj innych spotkań, a po prostu projekty do dokończenia w pracowni i rozmowę z Radkiem, niemniej nie lubiłem mitrężenia czasu.
Wreszcie usłyszałem stukot obcasów i odwróciłem się w stronę korytarza, w którym chwilę wcześniej zniknął pan kierownik. Byłem pewien, że odnalazł swoją sekretarkę i oboje zmierzają teraz w moją stronę. Niestety, to nie był ani pan Bartosz, ani raczej nie jego sekretarka. Nie wiem, dlaczego od razu pomyślałem, że to będzie jakaś pani po pięćdziesiątce, w staromodnej garsonce. Tymczasem w moją stronę zmierzała właśnie młoda kobieta, na oko około trzydziestki, ubrana w zimowy płaszcz i ciepłą czapkę, szczelnie owinięta szalikiem wokół szyi. A może to jednak sekretarka, tylko na przykład wyszła na chwilę do sklepu? Minąwszy mnie, uśmiechnęła się sztucznie i od razu ruszyła w stronę gabinetu kierownika.
Zanim jednak zapukała i sięgnęła do klamki, zerknęła w swój telefon. Zmarszczyła brwi w lekkim rozczarowaniu i spojrzała na zegarek na ręce, chyba po to, by się upewnić, że miała na nim tę samą godzinę co w telefonie.
– Przepraszam – zwróciła się nagle w moją stronę ciepłym, przyjemnym głosem. Wręcz kojącym. – Pan też czeka do pana… – zmrużyła oczy, by przyjrzeć się tabliczce – Roztockiego?
– Tak, był tu przed sekundą, ale poszedł poszukać swojej sekretarki – wyjaśniłem.
– Och, czyli zapewne zaraz wróci? – upewniła się.
– Taką mam nadzieję, też nie mam czasu, by czekać na niego pół dnia – odezwałem się z lekkim uśmiechem, a kobieta odpowiedziała mi dokładnie tym samym, już znacznie bardziej przyjaźnie.
Zauważyłem wtedy dołeczki w jej zaróżowionych od mrozu policzkach. Już dawno takich u nikogo nie widziałem, pomyślałem zupełnie niedorzecznie. Zmieszałem się i odwróciłem na chwilę wzrok. Kątem oka zauważyłem jednak, że kobieta odwija szalik i ściąga czapkę, spod której w tym samym momencie wysypała się burza falowanych, brązowych włosów. Ponownie ogarnęło mnie to dziwne uczucie skrępowania, bo z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu znów chciałem na nią spojrzeć i uważnie otaksować wzrokiem. Zrobiłem to, gdy nieznacznie odwróciła się w drugą stronę, rozglądając uważnie dookoła.
– Jeśli mogę zapytać, czy pan też był umówiony na spotkanie? – znów się odezwała, lekko zniecierpliwiona.
– Ja już po. Czekam tylko na dokumenty, które pan Roztocki ma mi przekazać.
– Całe szczęście… – Odetchnęła z ulgą, po czym odchrząknęła i się wyprostowała. – To znaczy… – przestąpiła nerwowo z nogi na nogę – spieszę się po prostu do pracy. Wyrwałam się dosłownie na godzinkę i nie mogę pozwolić sobie na spóźnienie.
– Rozumiem – potaknąłem. – Mnie nie zejdzie długo. Tym bardziej że w zasadzie to dokumenty ma mi wydać sekretarka, tak że… liczmy na to, że niebawem oboje się tu pojawią.
Pokiwała głową i zapatrzyła się przez okno z lekkim uśmiechem. Poczułem mrowienie na karku i znów się skrzywiłem, nie rozumiejąc, skąd brały się te reakcje mojego ciała.
– Ale zima, co? – zagaiła nagle, pocierając wciąż zmarznięte dłonie. – Kto by pomyślał, że pojawi się z takim przytupem, zanim w ogóle zacznie się grudzień…
– Fakt, można chyba z czystym sumieniem powiedzieć, że zima w tym roku zaskoczyła kierowców. I drogowców. Dobrze, że jak na razie tylko na chwilę.
– Za to dzieci są zachwycone. – Zaśmiała się krótko, wdzięcznie i tak… subtelnie. – W każdym razie moje są. A przynajmniej były przez cały weekend i liczą na powtórkę z rozrywki – sprostowała, a ja się skrzywiłem.
Chyba to wyłapała, choć przecież nie skrzywiłem się na to, co powiedziała, tylko na moją kolejną reakcję!
Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, usłyszeliśmy pospieszne kroki i coraz głośniejszą rozmowę, a chwilę później Roztocki wyłonił się z korytarza ze swoją sekretarką. Panią po pięćdziesiątce, z misternym kokiem na głowie i w… kusej, staromodnej garsonce.
– Proszę, panie Wiktorze, zapraszam – zwrócił się do mnie kierownik, gdy tylko jego podwładna otworzyła sekretariat, po czym odwrócił się do młodej kobiety, która zrobiła krok w jego stronę. – A pani…
– Ja byłam umówiona na dwunastą w sprawie…
– A, tak – wszedł jej w słowo. – Kasia wszystko mi przekazała. Proszę dać nam pięć minut i już do pani przychodzę. – Uśmiechnął się do niej uprzejmie i ponaglił mnie przy wejściu.
I ja posłałem jej lekko wymuszony uśmiech na pożegnanie, po czym wszedłem do środka. Nie wiem tylko, dlaczego w ogóle nie mogłem się skupić na tym, po co tu przyszedłem. Wciąż miałem przed oczami te uroczo zaróżowione policzki.
