Nie zamierzam umierać! Historia wykuta cierpieniem - Jacek Ostrowski - ebook + audiobook + książka

Nie zamierzam umierać! Historia wykuta cierpieniem ebook i audiobook

Jacek Ostrowski

4,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Przez lata tworzył światy, w których to on decydował, kto przeżyje, a kto zniknie w mroku. Mistrz kryminałów, który potrafił jednym zdaniem zatrzymać czytelnikowi oddech .Aż pewnego dnia sam usłyszał wyrok, którego nie da się zrzucić na fikcję. Rak prostaty z licznymi przerzutami do kości.

Nie bohater z papieru, lecz on sam – człowiek z krwi, bólu i strachu – stał się centralną postacią najokrutniejszej historii, jaką życie mogło mu napisać. Gorączka przez kilkadziesiąt dni paliła ciało jak żar z pieca hutniczego. Kości bolały tak, jakby ktoś łamał je od środka. Nocne poty ściekały po skórze jak dowody na to, że każda chwila jest walką, a nie trwaniem. Ale mimo tego — nie uciekł. Nie odwrócił wzroku. Nie próbował udawać, że nic się nie dzieje. Zamiast milczeć, zaczął pisać. Każda linijka była aktem oporu, każde zdanie próbą utrzymania przy życiu siebie i swojej godności. To, co inni przemilczają, on opisał z bezlitosną szczerością: upokorzenie, strach, ból, wściekłość.

A między tym wszystkim — jego czarny humor, który niczym ostatnia broń pozwalał mu drwić z choroby, nawet gdy odbierała mu siły. To autor, który nie tylko tworzy historie. To autor, który własną historię przeżył, przepisał i przetrwał. A ten dziennik jest dowodem, że nawet gdy ciało pęka, można walczyć słowem — i nie dać się pokonać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 179

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 28 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Tomasz Ignaczak

Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
afa31

Całkiem niezła

Panie Jacku życzę Panu zdrowia i wytrwałosci.
00
Anna26ch

Nie oderwiesz się od lektury

Choroba nowotworowa pokazana od strony chorego, opisane objawy ukazują z czym mierzy się człowiek; strach, ból, szczątkowy sen a kiedy zasypia koszmary senne, obawa o bliskich. Panie Jacku trzymam ✊️✊️
00



Książkę tę dedykuję Jadzi i Magdusi. To dzięki ich wsparciu udało mi się przetrwać najtrudniejszy okres choroby. Być może gdyby nie one, nigdy by nie powstał ten dziennik.

„Mam dla pana dwie informacje,Jedna jest dobra, a druga zła.Którą chce pan usłyszeć najpierw?Złą, panie doktorze.Ma pan raka prostaty.A ta dobra?Rozejdzie się on panu po kościach”.

Autor dowcipu nieznany

Słowo wstępne

Kiedy całe życie spędza się w laboratorium, badając nowotwory, uczy się je traktować jak logiczne zagadki. Komórki, szlaki sygnałowe, mutacje – wszystko da się uporządkować, nazwać, przeanalizować.

Wydawało mi się, że rozumiem raka.

Naprawdę mi się wydawało.

Do dnia, w którym ten chłodny naukowy twór wszedł do naszego domu i usiadł między nami.

Choroba mojego Taty przecięła moją rzeczywistość jak nagła, brutalna linia. W jednej chwili całe moje doświadczenie – tysiące godzin pracy, wykresy, publikacje – okazało się absolutnie bezużyteczne w obliczu drżenia jego dłoni. Żadne równanie nie wyjaśnia lęku w oczach ojca.

Żadna statystyka nie tłumaczy ciszy przy kolacji.

Zderzyłam się z pytaniami, których nigdy nie zadawałam:

Ile bólu może unieść jeden człowiek?

I ile z tego bólu potrafi ukryć, by oszczędzić swoich bliskich?

Tata wkładał swoją maskę każdego dnia – tę, którą znamy wszyscy, gdy ktoś mówi „jest git”, bo tak jest łatwiej.

Tak jest bezpieczniej.

Tak jest mniej strasznie.

To „jest git” było jak cienka kosmetyczna warstwa na pękniętym świecie.

A ja patrzyłam i widziałam, jak dalece nie jest.

I wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, jak bardzo nauka i życie to dwa prawie równoległe światy, które rzadko się przecinają.

W jednym poruszam się zawodowo: chłodny, precyzyjny, maksymalnie racjonalny.

W drugim byłam tylko córką, która w nocy wpatruje się w sufit, bo boi się zasnąć – bo co, jeśli rano nadejdzie ten dzień, którego najbardziej się boi?

To były myśli, o których nikt nie mówi głośno.

Te spychane do ciemnych kątów świadomości.

Myśli, że może stanie się to szybciej, niż zakładają lekarze.

Że może będzie to „nietypowy przebieg”.

Że może czas, który nam został, jest już rozpaczliwie krótki.

Że świat naprawdę może rozpaść się w środku zwykłego dnia.

Że pustka po Nim będzie tak wielka, że nie zmieści się w żadnym znanym mi języku.

I jednocześnie – absurdalnie, okrutnie – miałam w sobie nadzieję.

Taką, która rozkwita i gaśnie w tym samym oddechu.

Nadzieję, która potrafi człowieka oszukać i uratować tą samą ręką.

Żyłam więc pomiędzy światami: między danymi naukowymi a miłością.

Między chłodną analizą a drżeniem rąk.

Między wykresami przeżycia a jednym spojrzeniem ojca, które mówiło więcej niż wszystkie publikacje.

Musiałam zrozumieć, że w starciu z rakiem człowiek jest bezbronny jak dziecko.

Że nauka nie potrafi ukoić serca.

Że statystyki nie wyjaśnią, jak żyć, kiedy ukochany człowiek cierpi.

Że medycyna nie powie: „nie bój się, wszystko będzie dobrze”.

Bo nie zawsze będzie.

Rak to nie jest tylko choroba ciała.

Rak jest jak trzęsienie ziemi.

Ściany pękają w każdym z nas, tylko w różnych miejscach.

I zrozumiałam wtedy coś głęboko prawdziwego i głęboko bolesnego:

rak nie jest chorobą jednego człowieka.

Rak jest chorobą całej rodziny.

Uderza w każdego – na swój sposób w jego najczulsze miejsca.

A dotyczy nas wszystkich, niezależnie od płci, wieku czy genów.

Statystyki są bezlitosne: połowa z nas w pewnym momencie życia zachoruje na nowotwór.

Połowa.

To nie jest abstrakcja.

To nie jest „czyjś problem”.

To jest nasza wspólna rzeczywistość – teraz, tutaj.

Dlatego ta książka jest tak ważna.

Bo Tata – mój Tata – miał odwagę opisać to doświadczenie bez filtrów.

Nie jako bohater, ale jako człowiek, który musiał zmierzyć się z własnym strachem i własną przyszłością.

A ja piszę ten wstęp nie jako profesor, choć to tytuł budowany latami.

Piszę jako córka, której świat na chwilę pękł na pół.

Piszę jako ktoś, kto widział twarz raka z bliska – i już nigdy nie spojrzy na naukę tak samo.

Piszę także jako naukowczyni, która każdego dnia pracuje nad tym, by podobnych historii było mniej. Ale jest jedna prawda, której żadna terapia, żadna innowacja, żaden przełom nigdy nie zastąpi:

regularne badania ratują życie.

Rak prostaty wykryty wcześnie jest wyleczalny.

Rak piersi – również.

Rak jelita grubego – też.

A jednak większość ludzi bada się dopiero wtedy, gdy zaczyna boleć.

A rak nie boli.

Nie na początku.

On woli ciszę.

Woli się ukrywać, dopóki nie jest za późno.

Dlatego ta książka jest ważna – bardziej, niż bym chciała.

Bo Tata opisał tę drogę, na którą nigdy nie powinien był trafić.

I zrobił to z odwagą, którą ja, jego córka, nie wiem, czy bym w sobie znalazła.

Wczesne wykrycie zmienia wszystko.

Dosłownie wszystko.

Dlatego jeśli ta książka ma zostawić w Tobie tylko jedną myśl – chciałabym, żeby była nią ta:

Badajcie się.

Dajcie sobie szansę.

Dajcie szansę tym, którzy Was kochają najbardziej.

Prof. dr hab. Magdalena Król

Ta książka to dziennik, a właściwie relacja, dzień po dniu, tydzień po tygodniu mojej walki z rakiem. To są przeżycia kogoś, kto z dnia na dzień z osoby zdrowej, pełnej życia przemienił się w człowieka ciężko chorego, człowieka bez szans na całkowite wyleczenie. Człowieka być może skazanego na śmierć lub, jak mu się poszczęści, na życie, ale już na zawsze z toporem zawieszonym tuż nad głową, toporem, który w każdej chwili może spaść mu na kark.

Stoję teraz przed wejściem do długiego ciemnego tunelu, na którego końcu widzę jasność, ale czy to światło dochodzące z pięknego świata, świata nadziei, czy może blask reflektorów zbliżającego się pociągu? Nie mam pojęcia, co jest tu prawdą, ale wiem, że aby się o tym przekonać, muszę tam wejść. I to też teraz czynię.

Zaczynając pisać ten dziennik, nie wiedziałem, kiedy go ukończę, bo do dziś nie wiem, jakie moja historia będzie mieć zakończenie, czy będzie to gruba księga, czego sobie życzę, czy, co gorsze, cienka broszura? Piszę go dlatego, że chcę, by moje przeżycia były ostrzeżeniem dla innych, żeby zmobilizowały mężczyzn do częstych badań kontrolnych, bo to może im uratować życie. Pamiętajcie, panowie, licho nie śpi i nieprawdą jest jakże popularne powiedzenie „wszyscy, tylko nie ja”. W treść mojej opowieści co i raz wplatam notki o znanych osobach, które poległy w walce z nowotworem prostaty. Oni tak jak ja nie zdiagnozowali się w odpowiednim momencie lub zachorowali w czasach, kiedy nie było jeszcze żadnych szans na wyleczenie. Im się nie udało, a ja mam szansę, być może iluzoryczną, ale ją mam. W każdym razie gorąco w to wierzę.

Jestem pisarzem, moje powieści cieszą się sporym uznaniem czytelników, co ma swoje odzwierciedlenie w setkach tysięcy sprzedanych egzemplarzy, a przede wszystkim w popularności serii z Zuzą Lewandowską, a ostatnio z Agatą Johnson. Od dwóch lat ja i moja żona jesteśmy na emeryturze. Nasze życie to podróże, malowanie obrazów i pisanie książek. Robimy to, co kochamy, i żyjemy, jak chcemy. Co roku spędzamy wiele miesięcy w Hiszpanii, racząc się południowym słońcem i tamtejszym wspaniałym klimatem. Czego jeszcze można chcieć od losu? Świat należy do nas! Tak nam się w każdym razie wydawało.

Kilka lat temu w naszych głowach zalęgła się szalona myśl, że sprzedamy dom i przeniesiemy się na stałe do Hiszpanii, a teraz przyszedł czas na jej realizację.

Jest koniec sierpnia roku dwa tysiące dwudziestego piątego i żyjemy tylko tym tematem. Za kilka dni znów wyjeżdżamy na południe Europy. Mamy tam poumawianych agentów nieruchomości, jak i kilka upatrzonych adresów na popularnym hiszpańskim portalu Idealista. Będziemy szukać tego naszego wymarzonego domu. Spacery z psem brzegiem morza, degustacja wina, słuchanie hiszpańskich rytmów, picie sobie z dzióbków. Tak ma wyglądać nasza starość.

Powoli pakujemy samochód, robimy ostatnie zakupy. Żyjemy tylko wyjazdem.

Na koniec, tak dla formalności, żona zmusza mnie, żebym poszedł do lekarza pierwszego kontaktu i zrobił sobie tak zwane badania okresowe. Nie ukrywam, że tu mam spore czasowe zaległości. A to przez covid, a to przez inne bardziej lub mniej ważne powody lub ich brak. Zresztą po co to robić, skoro się dobrze czuję, ale dla świętego spokoju udaję się do lekarza rodzinnego po skierowanie na badania. Teraz zaczyna się moja historia.

Dzień pierwszy

Jest ósma rano. Udaję się na badania, staję grzecznie w tłumie oczekujących, kaszlących i zasmarkanych, głównie emerytów, bo młodzi starają się wejść bez kolejki i bezczelnie wypychają z niej staruchów. Zapominają o tym, że oni też kiedyś będą starzy. No cóż, kultura w narodzie zanika. Czekam spokojnie na swoją kolej.

Jestem trochę zły na żonę, że mnie tu w ogóle wysłała, bo wiem, że to przecież strata czasu, a mam jeszcze tyle pakowania, ale trudno, jakoś się przemęczę. Po godzinie wchodzę do gabinetu, a tam pielęgniarka z miną wampirzycy chwilę potem wyciska ze mnie kilka ampułek krwi. Wychodząc, na pożegnanie mruknąłem żartobliwie pod nosem: „na zdrowie”.

Nie zareagowała, może nie usłyszała albo nie miała poczucia humoru.

Kilka minut później dotarłem do domu.

Wreszcie byłem wolny i mogłem kontynuować pakowanie samochodu, co jest dość skomplikowaną czynnością z racji tego, że zawsze podróżuje z nami Borys, wielki owczarek flandryjski. Trzeba psu zapewnić odpowiednie wygody, ale też wygospodarować miejsce na nasze bagaże, których jest całkiem sporo. Około godziny czternastej przychodzi poczta, dostaję list z Niemiec. Już na odległość koperta cuchnie urzędową sprawą niczym ścierwo szczura. Rozrywam ją, a w niej liścik i fotografia. Co najgorsze, nadawca każe mi ją kupić. Uważam, że jakość zdjęcia nie jest warta swojej ceny, ale patrząc na to z drugiej strony, czy można targować się o cenę pamiątki ze wspaniałych wakacji? Przecież ona jest bezcenna. Żona zerka mi przez ramię.

– Przystojny jesteś na tej fotografii – zauważa ze śmiechem i idzie pakować torby podróżne.

– I nie tylko na niej. Już w przedszkolu laski za mną szalały! – krzyczę za nią.

Sprawę zdjęcia odkładamy na później, bo teraz inne rzeczy są dla nas ważniejsze.

Samochód właściwie jest już zapakowany. Wracam do mieszkania.

– Sprawdź na portalu laboratorium, może już są wyniki? – Słyszę głos żony z kuchni.

– Dobra, zaraz to zrobię.

Włączam komputer, niech mam to już za sobą. Żona da mi wreszcie święty spokój z tymi badaniami.

Wchodzę na podany mi wcześniej link, po czym wklepuję kody dostępu. Od razu widzę, że są wyniki, więc je ściągam na komputer. Razem z żoną pochylamy się nad ekranem.

– Zdrowy chłop! – nagle ona wykrzykuje. – Każdy by chciał mieć takie wyniki. Nie widzę jeszcze PSA, przewiń ekran.

Tu wspomnę, że PSA to skrót od Prostate Specific Antigen, czyli po polsku antygen swoisty dla prostaty, białko, które wytwarza prostata (gruczoł krokowy).

U każdego mężczyzny jest ono obecne we krwi, ale jego poziom rośnie, gdy: prostata jest powiększona, występuje stan zapalny albo pojawia się rak prostaty. Dlatego badanie PSA to prosty test z krwi, który pomaga lekarzowi ocenić, czy z prostatą dzieje się coś niepokojącego.

Tak też czynię.

Nagle obydwoje zamarliśmy, te liczby muszą kłamać. To nie może być prawda. Przecież podczas mojego ostatniego badania wskaźnik był poniżej jedynki, a tu na ekranie jest czternaście i sześć. Widzę wytłuszczoną adnotację: „Wynik skonsultować z lekarzem”.

– To na pewno pomyłka – szepcze żona ze łzami w oczach. – Pamiętasz, jak kiedyś pomylono twoje wyniki z wynikami kogoś innego? Wiesz, jaki jest burdel w ochronie zdrowia. Wciąż wybuchają afery.

– Pamiętam – odpowiadam, ale mówię to raczej tylko po to, żeby ją uspokoić, wysuszyć jej oczy, bo dobrze wiem, że te przeklęte wyniki to są moje wyniki i że mam spory kłopot, a wszystkiemu jest winna prostata, mały gruczoł wielkości kasztana, który potrafi z łatwością powalić, i to w try miga, nawet mężczyznę wielkości tura. Czy to już rak? Pytanie brzmi: a jeśli tak, to jak jest zaawansowany? Nie wiem, nie znam na to żadnej rozsądnej odpowiedzi, ale moja bujna wyobraźnia widzi mnie już na niebiańskiej łączce wśród eunuchów wąchających kwiatki, a na dodatek z pieluchomajtkami w kroczu. Co to, to nie. Nigdy w życiu do tego nie dopuszczę, prędzej sobie w łeb strzelę, choć z tym pewnie miałbym problem choćby natury technicznej. No bo skąd wziąć broń palną?

– Trzeba wyniki powtórzyć – dociera do mnie jak przez jakąś grubą ścianę. – Idź do lekarza po nowe skierowanie. Sprawdźmy to!

– Pójdę – odpowiadam jak automat. Pewnie, że pójdę, wykorzystam każdą szansę, żeby anulować ten przeklęty wynik. Najpierw jednak dzwonię do córki, jest profesorem, zajmuje się nowotworami. Niech ona się w tej materii wypowie.

– Czternaście i sześć – szepczę do słuchawki, z trudem maskując drżenie głosu.

– Co czternaście i sześć? O czym mówisz?

– Moje PSA wyleciało w kosmos niczym ruska rakieta. Mam wyniki dzisiejszych badań.

Pełna napięcia cisza po drugiej stronie.

– Jesteś tam? – pytam.

– Jestem – odpowiada po dłuższej chwili. – Spokojnie, to jeszcze nic nie znaczy, możesz mieć tylko stan zapalny prostaty. Trzeba cię poddać dodatkowym badaniom. Ogarnę to wszystko. Teraz muszę kończyć.

Chyba się zbytnio tym nie przejęła, może faktycznie to tylko jakieś głupie zapalenie? Przez jakiś czas pobiorę antybiotyki i migiem wszystko rozejdzie się po kościach. Odkładam telefon i sięgam po komputer. Trzeba spytać profesora Google, to teraz jest najpotężniejszy umysł w internecie. Wpisuję hasło – rak prostaty. Odsetek pięcioletniego przeżycia w Polsce wynosi sześćdziesiąt siedem procent. Pięć lat? Tylko? Nie tak to planowałem. Sześćdziesiąt siedem procent, a więc trzeba mieć szczęście co najmniej jak na loterii książkowej, gdzie większość grających wygrywa. Ja nigdy nic nie wygrałem na żadnej loterii książkowej, nawet na tej, gdzie wszyscy wygrywali, bo akurat wtedy jedna książka uległa zniszczeniu podczas transportu i właśnie dla mnie już nie starczyło. Czy taki farciarz jak ja może liczyć na załapanie się do elitarnego grona sześćdziesięciu siedmiu procent? Wszystkie znaki na ziemi i niebie krzyczą jednym głosem: „Nie! Nie masz na to szans! Przygotuj się na najgorsze!”.

Wczytuję się coraz głębiej w materiały na różnych portalach medycznych i ogarnia mnie coraz większe przerażenie. Wydaje mi się, że moja świadomość dosłownie w jednym momencie weszła na jakiś niebotyczny poziom. Przychodzi jednak zaraz chwila otrzeźwienia. Uspokajam się na tyle, żeby zacząć myśleć racjonalnie. W przeglądarce zakładam filtr czasowy, bo przecież medycyna wciąż idzie do przodu. Ciągle słyszę w telewizji, że teraz lekarze biorą raka za te jego szczypce i rzucają nim o ścianę, miażdżą go nowoczesnymi terapiami niczym buldożerem. Filtr ustawiam na dwa lata, a komputer zaraz wypluwa wynik. Teraz to wygląda trochę lepiej, moje szanse przeżycia wzrastają i jest możliwość, że uratuję swoje cenne męskie organy. To już coś! Naukowcy twierdzą, że bez prostaty można żyć, i to całkiem normalnie. Wreszcie z ekranu powiało optymizmem. Dzwoni telefon. To córka.

– Dziadu – tak zwykle pieszczotliwie zwraca się do mnie – we wtorek w Warszawie masz wizytę u urologa, a w środę masz termin rezonansu magnetycznego.

Tu wspomnę, co to jest rezonans magnetyczny. Rezonans magnetyczny (często mówi się: MRI) to badanie, które pokazuje wnętrze ciała – organy, kości, mięśnie – bez użycia promieniowania rentgenowskiego (czyli bez „prześwietlenia”). Działa tak: wewnątrz maszyny jest bardzo silny magnes. Ten magnes i specjalne fale radiowe wzbudzają, „układają” protony wodoru znajdujące się w cząsteczkach wody w twoim ciele, co sprawia, że absorbują one i oddają energię. Komputer „czyta” tę energię, analizuje zachowanie cząsteczek i tworzy dokładne trójwymiarowe obrazy wnętrza ciała – warstwa po warstwie. W efekcie lekarz może zobaczyć na przykład prostatę, guzy, przerzuty, nerwy czy naczynia krwionośne w bardzo dużych szczegółach.

A jednak córka się przejęła.

– Wizytę u kogo? A czy to konieczne? – szepczę, nie kryjąc niezadowolenia, bo do dziś pamiętam moją ostatnią wizytę u urologa. Sukinsyn wsadził mi paluchy do tyłka i merdał nimi bez końca, a ja z bólu o mało nie uciekłem mu z leżanki.

– Owszem, musisz to wszystko przejść, taka jest ścieżka medyczna, procedury, zresztą takie badanie już nam sporo powie. We wtorek przed południem chcę cię widzieć u siebie. Chyba chcesz się wyleczyć? Czy może chcesz iść do szamana albo innego hochsztaplera, który ci wdroży kurację na przykład witaminą C? Gwarantuję ci, że jeśli masz raka, to byłaby prosta droga w zaświaty, ale wybór należy do ciebie. Trzeba pilnie działać, bo liczy się czas, a szybka diagnoza to często klucz do wyleczenia. W systemie mObywatel masz już skierowanie na ponowne badania krwi i dodatkowo na oznaczenie kreatyniny oraz sodu i potasu. Bez tego nie wykonają ci rezonansu magnetycznego.

– Zaraz, zaraz, ale uważałaś, że to tylko zapalenie prostaty – próbuję nieśmiało protestować.

– Owszem, ale lepiej to dokładnie sprawdzić. Tak, żeby się uspokoić. A więc? Podjąłeś decyzję?

Wyczuwam w jej głosie, że kłamie. Chce mnie podnieść na duchu, pocieszyć. Dobrze wie, co teraz przeżywam, że jest mi cholernie ciężko, że jestem w tym wszystkim zagubiony, bo w jednej chwili moje wspaniałe życie runęło niczym domek z kart, że być może już nigdy nie będzie tak, jak było choćby wczoraj. Wystarczył moment, jeden feralny wpis w wyniku badań i wszystko diabli wzięli. Co mnie czeka? Zapewne operacja, długa rekonwalescencja, ciągłe kontrole, a to właściwie definitywnie przekreśla nasze hiszpańskie plany. Został z nich tylko piasek, uciekający mi między ściśniętymi palcami. Dosłownie czuję jego każde ziarenko.

Po chwili zwątpienia nadchodzi delikatny powiew optymizmu. Od nowa zaczyna się we mnie tlić iskierka nadziei, bo jeszcze wierzę, że to się da jakoś odkręcić, że nie będzie źle, że dam sobie rok odpoczynku (kuracja) i wrócę do realizacji wcześniejszych zamiarów.

– Dobra, działaj! – podejmuję decyzję, bo i nie mam innego wyjścia. Wiem, że córka dosłownie stanęła na głowie, żeby przyspieszyć moją diagnostykę. Nie wykluczam, że zapłaciła za niektóre badania, bo wiem, że na rezonans magnetyczny na cito czeka się średnio kilka miesięcy (to już zdążyłem sprawdzić), a dla wielu pacjentów tak długi okres jest jak wyrok śmierci. Tylko głupiec nie przyjąłby takiej pomocy. Dam radę, jakoś przeżyję wizytę u urologa i badanie rezonansem, nie będę tu wymiękać. Jestem facetem, w każdym razie jeszcze nim jestem. A jak długo? To pokaże czas.

W skrócie, czym jest prostata?

To niewielki narząd wchodzący w skład męskiego układu moczowo-płciowego. Jest wielkości mniej więcej orzecha włoskiego. Pełni ważną rolę w produkcji płynu nasiennego. Płyn ten odżywia i chroni plemniki. Prostata rozwija się i funkcjonuje pod wpływem męskich hormonów, głównie testosteronu.

Redakcja

Monika Orłowska

 

Korekta

Joanna Rodkiewicz

 

Skład i łamanie wersji do druku

Łukasz Slotorsz

 

Projekt graficzny okładki

Agnieszka Kielak

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Jacek Ostrowski, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301814

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Słowo wstępne

Dzień pierwszy

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści