Nawrócona - Stefan Hertmans - ebook + książka
NOWOŚĆ

Nawrócona ebook

Stefan Hertmans

0,0

32 osoby interesują się tą książką

Opis

Oparta na faktach powieść o uczuciu, dla którego bohaterowie gotowi są porzucić wszystko.

Pod koniec XI wieku Vigdis Adelaïs, młoda kobieta z zamożnej francuskiej rodziny, zakochuje się w Dawidzie Todrosie, uczniu jesziwy i synu rabina. Vigdis wyrzeka się przywilejów, przechodzi na judaizm, przyjmuje imię Chamutal i wraz z ukochanym rusza na południe Francji, próbując uciec przed rycerzami wysłanymi przez ojca. Ich ulotne szczęście przerywa jednak fala antysemityzmu przetaczająca się przez Europę przy okazji pierwszej krucjaty.

Punktem wyjścia dla powieści Stefana Hertmansa stało się odkrycie, że prowansalskie Monieux było miejscem pogromu Żydów. Tropem prowadzącym do historii Vigdis okazał się list odnaleziony pod koniec XIX wieku w synagodze w Kairze. Podążając śladami swojej bohaterki, Hertmans rekonstruuje jej dramatyczną wędrówkę przez Francję, Palermo i Bliski Wschód aż do Egiptu.

Łącząc fakty historyczne z literacką wyobraźnią, belgijski prozaik kreśli epicką opowieść o miłości, wygnaniu i religijnej przemocy, a przy tym ożywia średniowieczny świat, pełen namiętności, nadziei i śmierci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 335

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Stefan Hertmans

Nawrócona

Z języka niderlandzkiego przełożyła

Alicja Oczko

Warszawa 2026

וינמ

Dla kobiety, która pocałowała dom

Formą bezczasowości są słowa: teraz i tutaj.

Tomasz Mann, Józef i jego bracia,

przeł. Edyta Sicińska

I

Góra Jowisza

1

Jest wcześnie rano, pierwsze promienie słońca właśnie wyłaniają się zza górskiego grzbietu.

Przez okno, z którego spoglądam na dolinę, widzę w oddali dwoje zbliżających się ludzi. Sądzę, że idą ze wzgórz Saint-Hubert, z których roztacza się widok zarówno na szczyt Mont Ventoux, jak też na dolinę Monieux; potem przez jakiś czas pójdą rzadkim lasem dębowym na wyżynie, po której włóczą się wilki.

Słynna Rocher du Ciré – stroma, monumentalna skała, gdzie wysoko i w niedostępnym punkcie roi się od pszczół, a kamień w blasku słońca lśni od miodu, który dosłownie skapuje ze skały – stoi wyniosła i samotna, swoją masywnością zatopiona w porannej mgle. Tych dwoje ludzi to wszystko widziało i w milczeniu przeszło obok.

Światło pada z ukosa na niewielkie jeszcze postaci. Od miejsca, w którym obecnie posiadłość La Plane niczym warujący pies leży nad doliną, mozolnie schodzą w dół drogą w kształcie litery S, prowadzącą na lewy brzeg rzeki – dla nich jest to prawa strona, ponieważ idą pod prąd. Pojawiają się i znikają w zależności od tego, czy wyłaniają się między drzewami, czy za nimi znikają. Dotarłszy do otwartej łąki na stoku, schodzą trochę szybciej. Widzą wyłaniające się, na wpół ukończone wieże na wysokiej skalnej ścianie, niczym znak rozpoznawczy, któremu można zaufać. Gdy słońce wznosi się jeszcze trochę i oświetla dolinę poniżej, ich oczom ukazuje się wioska; ponieważ wszystkie domy zostały zbudowane z naturalnego kamienia i w półmroku były prawie niezauważalne, wydaje się, jakby wieś w jakiś cudowny sposób odrywała się od skalnej ściany i za sprawą światła nabierała kształtów. Jakby ktoś odsuwał grubą kotarę, odsłaniając uśpiony krajobraz.

Granat świtu szybko się rozpływa. Przewagę zyskują żółtoszare odcienie. Ciepłe powietrze przepędza ostatnie chmury, które zmieniają się w olbrzymie prześwitujące głazy na fioletowym niebie; ponad nurtem rzeki unosi się biały welon, który paruje w oczach. Nad dachami krąży już stado żołn pszczołojadów.

Kiedy dwoje ludzi podchodzi jeszcze kilkaset metrów bliżej, zauważam, że mężczyzna podpiera się nieociosanym drewnianym kijem. Kobieta utyka, chodzenie wyraźnie sprawia jej trudność. Oboje wyglądają na wyczerpanych. Czy kobieta zwichnęła kostkę na jednej z nieprzystępnych ścieżek na wyżynach, czy ból jest spowodowany ocierającym obuwiem i długimi, ciężkimi dziennymi marszami? Reguluję lornetkę i teraz dostrzegam również, że kobieta jest w zaawansowanej ciąży. Mężczyzna nosi obszerną koszulę roboczą, a na głowie prosty kapelusz. Czasem pomaga kobiecie pokonać jakąś przeszkodę, podtrzymując ją za łokieć. Za nimi wyłania się drugi mężczyzna z dużym workiem na plecach. Idzie ich śladem i prowadzi ze sobą muła.

Jak wcześnie wstali dziś rano? Czy ocknęli się z zimna pod drzewem? Czy obudzili się w gospodzie? We wspaniałej ciszy wiosennego poranka rozlega się jeszcze śpiew skowronków w nadrzecznych krzewach. Słychać go nawet tutaj; urywane melodyjne, szaleńcze trele. Kiedy słońce znajduje się całkiem nad wzgórzem, nad wykrzywionymi dębami bezgłośnie prześlizguje się sowa i znika aż do następnego wieczoru. Ponadczasowa cisza; dalekie wycie wilka; trzepot skrzydeł kukułki monotonnie nawołującej ponad opuszczonymi lasami koło Saint-Jean. O wczesnej porze okolica pachnie niebiańsko, emanuje nieziemską pięknością. W ten wiosenny poranek kielichy wszystkich irysów są otwarte, kwitnie dzika wiśnia, rozmaryn jest obsypany małymi jaskrawymi kwiatami, wraz z ciepłem rosy wzbija się aromat tymianku. Ciepło rosy, Chamutal – przychodzi mi na myśl żydowskie imię kobiety.

Wiem, kim oni są. Wiem, przed kim uciekają.

Chciałbym ich oboje przyjąć tu, w domu, ugościć czymś pokrzepiającym, czego może jeszcze nie znają, na przykład filiżanką kawy.

Gdzie mają zamieszkać, skoro ich dom od tysiąca lat nie istnieje, a średniowieczna część wsi zniknęła pod trawą i krzewami? W parę sekund pierwszy samochód może ich przyprawić o atak serca ze strachu, przez co młoda kobieta być może przedwcześnie zacznie rodzić.

Poruszając się z trudem, para wchodzi teraz do mojej wsi.

Budzę się ze snu na jawie. Zamykam okno, rozpalam w kominku na rześkie poranne godziny, nastawiam kawę. Od czasu do czasu czuję niedorzeczną chęć wyjrzenia przez okno. Słoneczne plamy przesuwają się po starych płytkach podłogowych; jest leniwy, spokojny dzień.

*

Ta wieś nazywała się kiedyś Góra Jowisza – Mons Jovis. Na długo przed początkiem rachuby czasu ułożono tu jedne na drugich pierwsze nieociosane kamienie, co stanowiło kontynuację osadnictwa neolitycznego. Obraz zatraca się w mroku czasów, ale pozostaje namacalny w najstarszych domach wyżej położonej wsi, które obróciły się w ruinę. W starej kaplicy na skraju wąwozu znaleziono kiedyś kamień z łacińską inskrypcją poświęconą Marsowi Nabelcusowi, bóstwu czczonemu w tej okolicy przez Rzymian.

W średniowieczu prymitywne domy były rozproszone między trudno dostępnymi skałami i wyrośniętymi dębami, osłonięte wysoką skalną ścianą, naturalnym, niemal stumetrowym murem. Czasem można się jeszcze natknąć na stare piwnice pośród suchej trawy, poszycia i zarośniętych tymiankiem głazów. Ciemne jamy pachną pleśnią i ziemią, nawet w upalne dni. Tu, w tym zdziczałym miejscu pełnym jeżyn i uschniętej wyki, gdzie w ciągu dnia często siedzę, marząc, znajdowała się kiedyś izba, w której rodzono i umierano.

Około dziesiątego wieku wybuchały waśnie o głębokie studnie znajdujące się pod niektórymi piwnicami. Podczas upałów – osławionych canicule – woda była słonawa i wywoływała zatrucia wśród mieszkańców. Obwiniano o to i torturowano włóczęgów, choćby w celu pielęgnowania idei składania ofiar. Tam, na wzgórzach, w kotłowaninie rafales, mistrala i tramontany, stały chybotliwe budowle, bezokiennymi plecami zwrócone do wiatru, dzięki czemu przetrwały wieki. Nie różniły się w istotny sposób od prymitywnych kamiennych konstrukcji, bories, wznoszonych przez pasterzy na suchej równinie albo w lasach dębowych. Już wtedy robiono w kamieniu mały otwór obserwacyjny, który zimą zatykano skórą wilka czy lisa, czasem mocno napiętym pęcherzem świni.

Średniowieczne domy budowano na wąskich parcelach o grząskim podłożu. Metrowej grubości ściany, ciężkie i układane w pośpiechu, opierały się o siebie. Z biegiem stuleci stawały się coraz wyższe, ale znajomość budownictwa już nie ewoluowała. Dlatego od końca osiemnastego wieku wiele domów po prostu się zawaliło. Ruiny przekształcały się w malownicze sterty kamieni porośnięte dzikim winem, które w październiku barwi się krwistą czerwienią. Zachowane budynki od dawna wspierają się na wąskich, ciężkich fasadach jak staruszkowie na lasce. Dzięki reperacjom przetrwały wieki. Zwietrzałe spoiwo z gliny i piasku zastąpiono cementem. Stare dębowe dźwigary i zaimprowizowane przypory wzmocniono betonem, domy trzymają się razem za sprawą metalowych prętów wsuniętych przez mury, a następnie przyśrubowanych, wykończonych ozdobną stalą kowalną w postaci zamykających pierścieni – niektóre przypominają szczypce skorpiona.

*

To zrozumiałe, że tych dwoje zakochanych przyszło tutaj. Wieś niejednokrotnie dawała schronienie przejezdnym i uciekinierom. Żydom w jedenastym wieku, hugenotom w siedemnastym. Kiedy o jakimś miejscu mówiono, że jest tolerancyjne, wieść o nim rozchodziła się wśród tułaczy. Około osiemnastego wieku, gdy wieś została wymieniona w annałach pod nazwą Monilis, gmina liczyła niemal tysiąc mieszkańców. Wąskie ulice były wówczas zatłoczone, pozbawione światła i na wysokości siedmiuset metrów ponure podczas zim, lecz chłodne w czasie długich upalnych miesięcy latem. W rowach tworzyła się breja stanowiąca pożywkę dla szczurów. Nimi z kolei karmią się pchły, a pchłami dżuma. W czternastym wieku opisano pierwsze przypadki zarazy w regionie. Cztery wieki później, podczas wielkiej epidemii, która dotarła przez Marsylię, wzniesiono dżumowe mury – pilnie strzeżone grube ściany z łupków, przy których zabijano uchodźców próbujących minąć strażników. Ludzkie hieny przemierzały okolicę, żeby ograbiać leżące tu i tam zwłoki z ostatnich rzeczy. Nacierały się mieszaniną tymianku, rozmarynu, lawendy i szałwii, a resztę zrobił zabobon, bo najwyraźniej środek ten chronił złodziei przed zarażeniem. Słyszałem kiedyś, jak pewna staruszka nazwała tę klasyczną już mieszankę ziół les quatre bandits*. Mur dżumowy znajduje się zaledwie parę kilometrów dalej, zarośnięty trawą i zielem.

Ta surowa okolica miała poczucie własnej godności i przez wieki przeciwstawiała się centralizmowi Paryża. Ludność ulegała coraz większemu wymieszaniu. Hiszpanie, Marokańczycy i Włosi, zabłąkani marynarze, którzy przyjeżdżali z Marsylii i płodzili dzieci z miejscowymi pięknościami z suchych, niezamieszkanych wzgórz. Nędzarze z załzawionymi oczami siedzieli na wiosennym wietrze pośród dzikich irysów, maków i ubogo zasianego orkiszu. Ich dzieci miały sklepione szorstkie stopy, przenikliwe spojrzenie i pokaleczoną skórę. Czasem przechodziła tędy plądrująca banda, tu i tam grzmotnęła jakiegoś pasterza głową o ścianę, zgwałciła parę kobiet, a gdy tylko wieś obleciał strach, zabierała, co chciała. Potem znikała za grzbietem pagórków, pozostawiając wolną rękę wiatrowi, słońcu, ciszy, trwodze i modlitwom.

W ten sposób wieś, niczym włóczęga z dawnych czasów, wchodzi w wiek dwudziesty. Prawie nic się nie zmieniło; wczesnym jesiennym porankiem pasterze nadal ciągną główną ulicą ze swoimi stadami, których ciepłe ciała parują, odgłos delikatnych kopyt i cicho dźwięczących dzwonków w różnych tonacjach nie odbiega w istotny sposób od tego z czasów, gdy Wergiliusz pisał swoje sielanki; na asfalcie zostaje ślad z bobków i kłaczków wełny, podczas gdy zwierzęta się tłoczą, a jagnięta wykonują zwariowane podskoki. Listonosz, paląc papierosa, spokojnie czeka w małym samochodzie dostawczym, aż stado opuści wieś. W starym romańskim kościele nadal w niedzielę odprawia się mszę. Wierni trochę fałszują w trakcie śpiewania, w nabożnych pieśniach jest to po prostu nieodzowne.

Zimą wieś zostaje czasem na wiele dni zasypana śniegiem. Mieszkańcy żyją wtedy z zapasów w piwnicach i zamrażarkach. W czasie długiego upalnego lata przyroda jest surowa i oszałamiająca, susza nadweręża grunty, zbiera się lawendę, a nad wyżyną unosi się zapach dymu, podczas gdy z roślin tłoczony jest drogocenny olej. Pory przejściowe są najpiękniejsze; wtedy kraina może odetchnąć, w winorośli zaś brzęczą pszczoły samotnice. Rozważano kiedyś pociągnięcie linii kolejowej w poprzek wyglądającego na prehistoryczny wąwozu, w powykręcanym korycie rzeki, żeby ułatwić dotarcie do wsi z niżej położonej równiny; szybko z tego zrezygnowano, ponieważ niewykonalne okazało się pokonanie drogi choćby nawet konno. Dopiero od lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku wyżyna stała się łatwo dostępna – drogą szybkiego ruchu przez wysoki na tysiąc metrów grzbiet Les Abeilles.

Dni nie znają godzin. Można wpatrywać się w słoneczną plamę przesuwającą się po surowej podłodze, rodzaj białego światła, które zdaje się drżeć, a późnym popołudniem wspina się na ścianę, zanim zniknie. Nic się nie dzieje, oto całe wydarzenie, od którego nie można oderwać wzroku. Czas biegnie własnym rytmem.

* Czterech bandytów (fr.) – wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki.

2

Właściwie to wiejski rabin Joszua Obadiasz, stojąc wczesnym rankiem przed synagogą, widzi uchodźców, którzy schodzą ze wzgórza tamtej wiosny roku 1091. Posłaniec na koniu prawdopodobnie już kilka dni wcześniej uprzedził go o ich przybyciu. Rabin martwi się o tych młodych ludzi – nie tylko dlatego, że z powodu mieszanego małżeństwa potrzebują schronienia, lecz także dlatego, iż wie, że kobieta w najbliższych dniach urodzi, podczas gdy jemu doprowadzenie do porządku mieszkania dla nich może zająć jeszcze wiele tygodni. Będzie udzielał im dachu nad głową tak długo, jak będzie to konieczne. Może się tylko domyślać, dlaczego nie przybyli tu konno. Niewykluczone, że zostali napadnięci przez rozbójników albo koniokradów. Może przebrali się za prostych ludzi, żeby w ten sposób nie zwracać na siebie uwagi prześladowców. Czeka z niecierpliwością, aż znajdą się w obrębie murów, i wysyła żonę, żeby odebrała ich przy południowej bramie, do dziś znanej jako Portail Meunier. Kuśtykając, dochodzą do jego domu – blisko miejsca, w którym ja, tysiąc lat później, niczego nie podejrzewając, często latem spędzałem czas na czytaniu i byłem szczęśliwszy niż gdziekolwiek indziej na tym padole łez.

Chamutal ma głębokie otarcie na prawej stopie; tak mocno skręciła kostkę, że zerwała więzadła. Stopa spuchła i poczerwieniała, krew nagromadziła się, tworząc czarne plamy pod skórą, i kostce grozi stan zapalny. Żona rabina zwilża ją mieszanką oleju lawendowego, pokrzywy i letniej wody. Mąż Chamutal, Dawid Todros z Narbony, informuje Joszuę Obadiasza o ostatnich wydarzeniach.

Rabin w zamyśleniu kiwa głową i skubie brodę; jego żona robi okłady na delikatną, zranioną stopę młodej kobiety.

– Jak brzmi twoje prawdziwe imię? – pyta rabin.

Dziewczyna się waha; czy on pyta o jej dawne chrześcijańskie imię?

Uprzedza ją Dawid.

– Sara – mówi. – Moja żona ma na imię Sara. Chamutal to pieszczotliwe imię, które dostała ode mnie.

Kładzie rękę na jej dłoni.

Wszyscy siedzą w milczeniu.

*

Czasy są burzliwe. Religijny pokój, ustanowiony kiedyś przez Karola Wielkiego, powoli się wykruszył przez polityczną niestabilność. Feudalni wojownicy wszędzie sięgnęli po władzę i autonomicznie rządzą swoimi terenami; centralistyczny porządek traci na znaczeniu, dochodzi do nadużyć, prawo stosowane jest dowolnie. Przez kilka wieków żydzi i chrześcijanie żyli ze sobą we względnym spokoju, teraz jednak coraz częściej są zgłaszane brutalne napady na ludność żydowską. W ostatnich miesiącach wielu Żydów z Hiszpanii uciekło na południe Prowansji – zwłaszcza do Narbony, miasteczka nad morzem, które zalewają bezdomni w poszukiwaniu szczęścia albo bezpiecznego schronienia. Ojciec Dawida, wielki rabin Narbony, którego wszyscy nazywają Roi aux Juifs, ponieważ jego ród ma się wywodzić bezpośrednio od króla Dawida, starzeje się. Z trudem radzi już sobie z pracą, jest wyczerpany i cierpi na bezsenność; poza tym martwi się losem swojego najstarszego syna i swojej synowej.

Dwoje uciekinierów wyprawił w to odległe miejsce w Vaucluse w nadziei, że pozostaną poza zasięgiem chrześcijańskich rycerzy, których z Rouen wysłał normandzki ojciec dziewczyny, żeby ją sprowadzili z powrotem. Ucieczka w stronę Hiszpanii stanowiła zbyt duże ryzyko; na drodze do Santiago de Compostela roiło się od chrześcijańskich pielgrzymów. Teren wokół Tuluzy i Albi był z kolei zbyt niespokojny z uwagi na walki z manichejczykami i narodziny ruchów heretyckich. Z byle powodu dochodziło do utarczek i odbywały się egzekucje. Do dużych miast też nie mogli uciec: wszędzie werbowano na wyprawy na Bliski Wschód, pojawiały się zgraje odmieńców, którzy stanowili zagrożenie na drogach i wszczynali awantury z napotkanymi podróżnymi.

Rabin Todros wysłał więc świeżo zaślubioną parę w kierunku, o którym rozwścieczony ojciec Chamutal nigdy by nie pomyślał: za Arles, wzdłuż Rodanu, za niewielką garnizonową miejscowość Awinion – gdzie wtedy jeszcze nawet nie istniał słynny most – dalej w stronę Carpentras, stamtąd na wzgórza w dużej mierze niezamieszkanych Prealp, jeszcze dalej w kierunku Sisteron, na południowo-wschodnią stronę Mons Ventosus, gdzie, jak wiedział, mieszkała mała społeczność żydowska: w odludnej górskiej wiosce Moniou – zniekształcenie słów Mons Jovis. Jego kolega Obadiasz na pewno zaoferuje młodym małżonkom schronienie i dach nad głową. Pochodzący z hiszpańskiego Burgos Joszua Obadiasz był jego przyjacielem z młodości, z czasów, gdy obaj studiowali Torę w żydowskiej uczelni w Narbonie. Od 1032 roku opuszczona górzysta okolica Moniou stanowiła część Świętego Cesarstwa Rzymskiego, dla szukających żony galijskich rycerzy znajdowała się więc za granicą. Poza tym górska okolica słynęła z tego, że żydzi i chrześcijanie zwykle odnosili się do siebie pokojowo. Obadiasz aprobująco skinął młodemu Todrosowi i powiedział, że jego ojciec podjął rozważną decyzję.

*

W południe błądzę po średniowiecznych ruinach wsi. Obecny burmistrz polecił niedawno nazwać pozostałości średniowiecznej dzielnicy „Le Jardin de Saint-André”, od ruin kaplicy, które znajdują się wysoko nad wsią na samej krawędzi wąwozu. Gdzieniegdzie nad dziką trawą sterczy połowa romańskiego łuku. Wspinam się stromą ścieżką. Podejmowano próby odrestaurowania starych murów – romantyczne przymiarki do rekonstrukcji, zwykle w wykonaniu grupki ochotników, młodych ludzi, którzy przyjeżdżają tu spędzić lato i całymi dniami taszczą kamienie i kilofy, zanim wrócą do swojego wakacyjnego obozu. Wznoszą niewielkie budowle łudząco przypominające te prastare, obrabiają motyką wyrównane na chybił trafił tereny, pod którymi znajdują się jeszcze ruiny i na których wyrastają młode wiązy i dęby. Nikt nie przejmuje się historyczną wrażliwością tego miejsca. Obecnie wygląda ono jak zielona oaza, tarasowa zabudowa pełna dzikich kwiatów, ogrody z murkami jeden nad drugim, wzniesionymi ze średniowiecznych gruzów. Wydaje się, że od wieków nic się tu nie zmieniło. Ten spokojny ogród stanowił jednak swego czasu najbardziej zaludnioną część wsi, z wąskimi uliczkami i wysokimi mrocznymi domami gęsto obok siebie. Tętniąc życiem, panowały tu hałas, smród i codzienna różnorodność średniowiecznej symbiozy, intensywnie i mocno ze sobą połączone. Tu ludzie żyli i umierali, spali, pracowali i złorzeczyli, uprawiali miłość i wydawali na świat dzieci w najbardziej prymitywnych warunkach. Teraz kolorowy zaskroniec szybko wije się pod łamliwymi gałęziami, uciekając spod moich stóp. Parę kóz, które przedarły się za zdezelowane ogrodzenie, chodzi po skale nade mną – kozy skaczą i przeżuwają, jak w ekstazie patrzą żółtymi diabelskimi oczami i znikają w stronę nieba za grzbietem wzgórza. Nad wysoką skałą wolno krąży myszołów. Cisza wydaje się złowroga. Jakbym głęboko pod ziemią słyszał pomruki czasu.

*

Synagoga i dom Dawida Todrosa znajdowały się prawdopodobnie blisko siebie – najwyżej dwieście metrów od miejsca, gdzie stoi stary dom, w którym piszę te słowa. Na pewno nie dalej, bo wtedy leżałyby już poza obrębem murów. Parcele domów po południowej stronie były uderzająco małe. Świadczy to o tym, że po tej stronie znajdowała się żydowska dzielnica; Żydom stale przyznawano małe działki budowlane, ograniczając w ten sposób ich wpływy i bogactwo. Dzięki temu, że parcele zbiegające się w szpic w miejscu, w którym sam mieszkam, są rozpoznawalne na napoleońskich kopiach średniowiecznych map, wiem, że już wtedy stały tu takie budynki. Dwoje uciekinierów bez wątpienia często chodziło tą uliczką. Ich obecność jest jeszcze wyczuwalna we wspaniałej ciszy dokoła. Schodzę z powrotem do dzisiejszej wsi – jakby dało się ot tak przejść z dawno zapomnianej epoki do czasów współczesnych.

Siadam przy stole do pracy i ponownie wertuję artykuł naukowy, który przed wieloma laty dostałem od sędziwego znajomego z południowych Niemiec, od kilkudziesięciu lat zamieszkującego stary idylliczny dom w pobliżu.

– Przeczytasz, jak będziesz miał trochę czasu – powiedział.

Zrobiłem kopię i włożyłem ją do szuflady starego biurka mojego dziadka, obok zeszytów, które mi kiedyś podarował. Tytuł artykułu, jak później zauważyłem, brzmi po prostu Monieux. Został opublikowany w 1969 roku, a jego autorem jest Norman Golb, sławny znawca dawnych hebrajskich dziejów.

3

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji

Kontakt:

[email protected]

Przeszły-ciągły to seria, w ramach której publikujemy współcześnie napisane powieści historyczne.

W serii ukazały się:

Aki Ollikainen

Biały głód

przekład Justyna Polanowska

Bibiana Candia

Cukier. Epopeja

przekład Katarzyna Okrasko

Stefan Hertmans

Wojna i terpentyna

przekład Alicja Oczko

Stefan Hertmans

Wejście

przekład Alicja Oczko

Martín Caparrós

Echeverría

przekład Katarzyna Okrasko

Maria Hesselager

Mam na imię Folkví

przekład Agata Lubowicka

Arturo Pérez-Reverte

W cieniu orła

przekład Filip Łobodziński

Steve Sem-Sandberg

Ocean

przekład Przemysław Pożar

Santiago Roncagliolo

Rok, w którym narodził się diabeł

przekład Tomasz Pindel

Mia Couto

Władca piachu. Trylogia mozambicka Księga pierwsza. Kobiety z popiołu

przekład Michał Lipszyc

Paweł Rzewuski

Krzywda

Arturo Pérez-Reverte

Przylądek Trafalgar

przekład Joanna Karasek

Mathias Enard

Opowiedz im o bitwach, o królach i słoniach

przekład Filip Łobodziński

Mia Couto

Władca piachu. Trylogia mozambicka Księga druga. Włócznia i szpada

przekład Michał Lipszyc

Jedna z najgłośniejszych współczesnych powieści o I wojnie światowej.

W latach 80. umierający dziadek podarował Stefanowi Hertmansowi swoje dzienniki. Pisarz odważył się zajrzeć do zapisków Urbaina dopiero po latach. Życie jego dziadka naznaczyły biedne dzieciństwo u schyłku XIX wieku w Gandawie, trauma okopów I wojny światowej i wielka, niespełniona miłość. Ślady tej ostatniej Stefan śledzi w obrazach autorstwa Urbaina, kopisty wielkich mistrzów, jak Tycjan, Rembrandt czy Velázquez.

Wojna i terpentyna to intymny fresk, życie i tragedia flamandzkiego żołnierza rzucone na wielkie płótno ubiegłego stulecia.

Wojna i terpentyna została przetłumaczona na 26 języków, w samej Holandii miała ponad 20 wydań, zdobyła Nagrodę Kultury Flamandzkiej w kategorii Literatura w 2014 roku, a także była nominowana do Międzynarodowego Bookera.

Latem 1979 roku Stefan Hertmans pod wpływem impulsu kupił dom w Gandawie, który – mimo opłakanego stanu, w jakim się znajdował – go urzekł. Dwie dekady później odkrył, że poprzedni właściciel, Willem Verhulst, był członkiem SS. Życie Verhulsta pochłonęło pisarza, zaczął rozmawiać z jego najbliższymi, przeglądał archiwa, dotarł do intymnych dokumentów. W swych wspomnieniach ponownie przechadzał się po wszystkich pokojach, w których tak długo mieszkał. Warstwa po warstwie odkrywał nie tylko tajemnice politycznej historii domu, ale także rozgrywającego się za zamkniętymi drzwiami dramatu małżeńskiego. Esesman Verhulst dzielił bowiem życie z głęboko religijną żoną o pacyfistycznych poglądach.

Wejście to wciągająca podróż przez burzliwe stulecie, w trakcie której Hertmans po raz kolejny demonstruje swe mistrzostwo w splataniu fikcji literackiej z faktem, osobista historia staje się zaś dla niego punktem wyjścia do snucia epickiej opowieści.

Galisja, rok 1853. Najbardziej deszczowa zima w historii zniszczyła plony, mieszkańców dziesiątkuje epidemia cholery. Grupka młodych ludzi opuszcza rodzinne strony i udaje się na Kubę, aby walczyć o godne życie na plantacjach trzciny cukrowej. Ale wyprawa na zalaną słońcem wyspę kończy się zupełnie inaczej, niż się spodziewali. Cukier to oparta na faktach historia 1700 młodzieńców, którzy przybyli do Hawany w poszukiwaniu lepszego życia dla siebie i bliskich. Tam trafili jednak na Urbana Feijóo Sotomayora, Galisyjczyka, który postanowił zastąpić nimi – coraz droższych w dobie triumfu abolicjonizmu – niewolników z Afryki.

Szorstka, sugestywna proza Bibiany Candii przypomina o jednym z największych skandali w XIX-wiecznej Hiszpanii i oddaje głos tym, którym na zawsze go odebrano.

Wicekrólestwo Peru, rok 1623. Pewnej burzliwej nocy w klasztorze klarysek w Limie nowicjuszka rodzi przerażającą bestię o dwóch głowach, rozwidlonym języku i ośmiu kończynach. Narodziny owego potwora zbiegają się z pojawieniem się w stolicy kobiety o imieniu Róża, w której mieszkańcy widzą błogosławioną, a Święte Oficjum czarownicę. W mieście pogrążonym w przestępczości i korupcji młody konstabl trybunału Świętej Inkwizycji Alonso Morales staje się świadkiem niezwykłych wydarzeń, pełnych złowieszczych znaków, i brutalnej walki o władzę, a w pogoni za Złym odkrywa miłość i własną, skomplikowaną historię rodzinną. Wszystko okazuje się tu ostatecznie zupełnie inne, niż z początku mogłoby się wydawać.

W Roku, w którym narodził się diabeł Roncagliolo ożywia XVII-wieczną Limę, miasto intryg, przesądów, bałwochwalstwa, kolonizatorów i skolonizowanych, jak zawsze wciągając czytelnika od pierwszej strony i podlewając wartką akcję solidną dawką humoru.

Tytuł oryginału: De bekeerlinge

Redaktor inicjujący: Michał Michalski

Redaktor prowadzący: Krzysztof Cieślik

Koordynacja produkcji: Szczepan Kulpa

Opieka promocyjna: Paula Czubaj, Agata Krajewska

Projekt serii: Mimi Wasilewska

Obraz wykorzystany na okładce: Lewiatan, North French Hebrew Miscellany, 518b, 1277-1286, British Library

Zdjęcia zawarte w książce pochodzą z archiwum autora

Korekta: Michał Trusewicz, Aleksandra Tarnowska

© 2020 Stefan Hertmans

Originally published by De Bezige Bij, Amsterdam

© Copyright for the Polish edition by ArtRage, 2026

© Copyright for the Polish translation Alicja Oczko, 2026

Wydawnictwo serdecznie dziękuje Annie Brzezińskiej za nieocenioną pomoc w kwerendzie źródeł do okładki.

Seria Przeszły/Ciągły

Wydanie II, Warszawa 2026

Wydawnictwo ArtRage

wydawnictwo.artrage.pl

Wydanie pierwsze, Warszawa 2025

ISBN 978-83-8432-011-2

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek