Nałkowska i jej mężczyźni - Iwona Kienzler - ebook

Nałkowska i jej mężczyźni ebook

Kienzler Iwona

3,3

Opis

Zofia Nałkowska to postać w naszej literaturze niezwykła, nie tylko dlatego, że jej twórczość objęła swym zasięgiem aż trzy epoki: modernizm, dwudziestolecie międzywojenne oraz czasy PRL-u. Jako pierwsza kobieta w Polsce miała odwagę domagać się równouprawnienia, nie tylko w kwestii prawa kobiet do pracy, głosowania i równości w świetle prawa, ale przede wszystkim - wyzwolenia kobiecego erotyzmu i seksualności.

Ta urodzona feministka zupełnie nic sobie nie robiła ze skandalu, jaki wywołała wypowiadając głośno to hasło na Zjeździe Kobiet w 1907 roku. Ona sama konsekwentnie realizowała swoje prawo do miłości, a przede wszystkim - prawo do przyjemności i rozkoszy seksualnej. Rozczarowana dwoma nieudanymi małżeństwami, rzuciła się w wir romansów, zmieniając mężczyzn jak rękawiczki i nie zmieniła się pod tym względem do końca życia.

Kim była naprawdę? Tylko wielką pisarką spragnioną męskiej adoracji? Ile jest prawdy w twierdzeniu Miłosza, który pisał o "komicznej samiczości" Nałkowskiej, "oglądającej się bez ustanku na spojrzenia mężczyzn i ich komplementy, ze swoją listą byłych mężów i kochanków"? Czy rzeczywiście, pod koniec życia była jedynie obiektem drwin? W swojej publikacji Iwona Kienzler pochyla się nad życiem osobistym pisarki, a przede wszystkim nad jej skomplikowanymi związkami z mężczyznami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 398

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,3 (3 oceny)
0
1
2
0
0

Popularność




Iwona Kien­zler

Nał­kow­ska

i jej męż­czyźni

Zwo­len­niczka wol­nej miło­ści i praw kobiet

Wstęp

Zofia Nał­kow­ska jest nie­wąt­pli­wie jedną z naj­cie­kaw­szych postaci w histo­rii lite­ra­tury pol­skiej i to nie tylko dla­tego, że jej twór­czość objęła swym zasię­giem aż trzy epoki: moder­nizm, dwu­dzie­sto­le­cie mię­dzy­wo­jenne oraz czasy PRL-u. Pisarka, jako pierw­sza kobieta w Pol­sce, miała odwagę doma­gać się rów­no­upraw­nie­nia, nie tylko w kwe­stii prawa kobiet do pracy, gło­so­wa­nia i rów­no­ści, ale przede wszyst­kim – wyzwo­le­nia kobie­cego ero­ty­zmu i sek­su­al­no­ści. Choć wygło­szony przez pisarkę refe­rat wywo­łał wielki skan­dal, ona sama zupeł­nie sobie nic z tego nie robiła. Tym wystą­pie­niem zapra­co­wała na miano uro­dzo­nej femi­nistki, a do dziś poku­tuje mit Nał­kow­skiej, jako kobiety kon­se­kwent­nie reali­zu­ją­cej prawo do miło­ści, a przede wszyst­kim – prawo do przy­jem­no­ści i roz­ko­szy sek­su­al­nej. Roz­cza­ro­wana dwoma nie­uda­nymi mał­żeń­stwami, do końca życia reali­zo­wała ten postu­lat, wikła­jąc się w mniej lub bar­dziej skom­pli­ko­wane związki z męż­czy­znami. W nie­któ­rych opra­co­wa­niach można spo­tkać nawet opi­nię, że była ero­to­manką, nie­sytą cie­le­snych roz­ko­szy mes­sa­liną, a droga do kariery mię­dzy­wo­jen­nych pisa­rzy wio­dła przez jej… łóżko. Tym­cza­sem, przy­glą­da­jąc się bli­żej losom Nał­kow­skiej, pisarka jawi się jako kobieta złak­niona miło­ści i cie­pła, pró­bu­jąca bez­sku­tecz­nie zre­ali­zo­wać fili­ster­skie marze­nie o domo­wym ogni­sku, wier­nym kocha­ją­cym męż­czyź­nie i… dziecku.

Niniej­sza publi­ka­cja nie zaj­muje się dorob­kiem lite­rac­kim pisarki, gdyż na temat twór­czo­ści Nał­kow­skiej napi­sano wiele, wyle­wa­jąc przy oka­zji morze atra­mentu. Głów­nym tema­tem książki jest życie pry­watne autorki Gra­nicy, a zwłasz­cza jej skom­pli­ko­wane rela­cje z męż­czy­znami, w tym te naj­dziw­niej­sze, z tymi, któ­rzy kochali ina­czej. Spró­bu­jemy odpo­wie­dzieć na pyta­nie, kim była naprawdę Zofia Nał­kow­ska? Tylko wielką pisarką spra­gnioną męskiej ado­ra­cji? Ile jest prawdy w twier­dze­niu Miło­sza, który pisał o „komicz­nej sami­czo­ści” Nał­kow­skiej, „oglą­da­ją­cej się bez ustanku na spoj­rze­nia męż­czyzn i ich kom­ple­menty, ze swoją listą byłych mężów i kochan­ków”? Czy rze­czy­wi­ście zupeł­nie się skom­pro­mi­to­wała marząc o związku z zade­kla­ro­wa­nym homo­sek­su­ali­stą Karo­lem Szy­ma­now­skim, a pod koniec życia była jedy­nie obiek­tem drwin, jako kobieta, która nie chciała „god­nie się sta­rzeć” i rezy­gno­wać z intym­nych przy­jem­no­ści?

Nał­kow­ska pozo­sta­wiła potom­nym zupeł­nie nie­zwy­kłe świa­dec­two doku­men­tu­jące jej życie – Dzien­niki, pisane od dwu­na­stego roku życia nie­mal do śmierci pisarki w 1954 roku. Jej codzienne zapi­ski są nie tylko kro­niką histo­ryczną cza­sów, w jakich przy­szło jej żyć i two­rzyć, ale przede wszyst­kim odważ­nym wyzna­niem prawdy o wła­snej oso­bo­wo­ści, jak rów­nież swo­istym zapi­sem pisar­skiej ewo­lu­cji. Wize­runku Nał­kow­skiej dopeł­niają też rela­cje innych ludzi, jej zna­jo­mych, przy­ja­ciół czy też anta­go­ni­stów, zawarte w listach, wspo­mnie­niach, a nawet w pamięt­ni­kach.

W tej publi­ka­cji przyj­rzymy się życiu pry­wat­nemu autorki Nie­cier­pli­wych, począw­szy od dzie­ciń­stwa w zupeł­nie nie­zwy­kłym domu rodzin­nym, stwo­rzo­nym przez rodzi­ców pisarki, w któ­rym dys­puty inte­lek­tu­alne były codzien­no­ścią, poprzez jej dwa mał­żeń­stwa, życie w War­sza­wie, gdzie bry­lo­wała, jak przy­stało na rasową lwicę salo­nową, następ­nie wojenną tułaczkę, a skoń­czyw­szy na życiu pod rzą­dami komu­ni­stów. Przy oka­zji prze­ko­namy się, czy rze­czy­wi­ście Zofia Nał­kow­ska była takim „piesz­czo­chem sys­temu”, jak suge­rują nie­któ­rzy jej bio­gra­fo­wie. Nie obej­dzie się też bez prze­glądu realiów epok, w któ­rych przy­szło żyć i two­rzyć tej wybit­nej pisarce. Co cie­kawe, gdyby Nał­kow­ska żyła współ­cze­śnie, zapewne byłaby jedną z naj­wier­niej­szych klien­tek wszel­kiego rodzaju kli­nik urody oraz salo­nów kosme­tycz­nych, gdzie sta­ra­łaby się zatrzy­mać prze­mi­ja­jącą urodę, a także boha­terką wszel­kiego rodzaju tablo­idów i por­tali plot­kar­skich.

Rodzinne gniazdo

„Moja inte­li­gen­cja nie była inte­li­gen­cją dziecka. Zasa­dzała się na prze­sad­nym roz­wi­nię­ciu”k1 – pisała pięt­na­sto­let­nia Zofia Nał­kow­ska w swoim Dzien­niku. Choć współ­cze­snemu czy­tel­ni­kowi takie twier­dze­nie może się wydać mocno prze­sa­dzone, nasto­let­nia Zosia musiała rze­czy­wi­ście prze­wyż­szać inte­lek­tu­al­nie swo­ich rówie­śni­ków, a zwłasz­cza rówie­śniczki, dora­stała bowiem w zupeł­nie nie­zwy­kłym domu, dwojga inte­lek­tu­ali­stów, który na zawsze ukształ­to­wał ją zarówno jako czło­wieka i jako pisarkę.

Współ­cze­śnie w bio­gra­mach poświę­co­nych Wacła­wowi Nał­kow­skiemu, które zamiesz­cza każda sza­nu­jąca się ency­klo­pe­dia, można prze­czy­tać, że był to nie tylko ojciec sław­nej pisarki, ale przede wszyst­kim geo­graf, peda­gog i publi­cy­sta, któ­rego biblio­gra­fia obej­muje, baga­tela, 416 pozy­cji. W nie­któ­rych bio­gra­mach przy sło­wie „publi­cy­sta” znaj­duje się epi­tet „rady­kalny”. Nał­kow­ski przy­szedł na świat 19 listo­pada 1851 roku we wsi Nowo­dwór w zruj­no­wa­nej rodzi­nie szla­chec­kiej. Owo zruj­no­wa­nie rodzina zawdzię­czała wła­ści­wie tylko jed­nej oso­bie – dziad­kowi pisarki ze strony ojca, Micha­łowi Nał­kow­skiemu, który żeniąc się z Celiną Rud­nicką w 1849 roku był wła­ści­cie­lem fol­warku Zawi­tała, odzie­dzi­czo­nym po matce lub jej dru­gim mężu. Nie­stety, pan Michasz, jak nazy­wano dziadka Nał­kow­skiej, nie był czło­wie­kiem stwo­rzo­nym do gospo­da­ro­wa­nia na roli, z jed­nej, acz­kol­wiek istot­nej przy­czyny – miał duszę arty­sty. Typowe gospo­dar­skie zaję­cia śmier­tel­nie go nużyły, nato­miast upodo­ba­nie znaj­do­wał w muzyce, rzeź­biar­stwie i maj­ster­ko­wa­niu. Wielką jego pasją była też mate­ma­tyka i te wszyst­kie zain­te­re­so­wa­nia zabie­rały mu tyle czasu, że nie star­czyło go już na gospo­da­ro­wa­nie w rodzin­nym majątku. Poza tym, z zami­ło­wa­nia był miesz­czu­chem, nie cier­piał ani wsi, ani chło­pów. Na efekty takiego podej­ścia do życia nie trzeba było długo cze­kać i pan Nał­kow­ski stra­cił rodzinny mają­tek. To doświad­cze­nie niczego go nie nauczyło, na­dal widział swą przy­szłość jako zarządca majątku. Kolejne dzier­żawy koń­czyły się oczy­wi­ście kata­strofą i dzia­dek pisarki tra­cił je po kolei: Nowo­dwór koło Gar­wo­lina, Nie­mia­no­wice i Wierz­cho­wi­ska. W Nowo­dwo­rze w 1851 roku przy­szedł na świat jego jedyny syn – Wacław. Chło­piec był bar­dzo wraż­li­wym dziec­kiem i głę­boko prze­ży­wał wszyst­kie prze­pro­wadzki, z żalem opusz­cza­jąc każdy dom, do któ­rego zdą­żył się już przy­wią­zać, tęsk­niąc za pozo­sta­wia­nymi tam przy­ja­ciółmi.

Jede­na­ście lat póź­niej Michał Nał­kow­ski nabył, dzięki nie­spo­dzie­wa­nemu spad­kowi, nie­wielki mają­tek Wrot­ków pod Lubli­nem, stał się on dla jego syna domem rodzin­nym, do któ­rego tęsk­nił jako doro­sły czło­wiek. Bar­dzo skromna była ta „rodowa sie­dziba”, w skład któ­rej wcho­dził „Dom miesz­kalny z drzewa na pod­mu­ro­wa­niu […] dach gon­tem kryty […], pięć pokoi, sień i dwie piw­nice”k2. Sąsia­do­wał z nim jesz­cze skrom­niej­szy domek dla cze­la­dzi, skła­da­jący się z dwóch izb, bez pod­łóg i okien. To wła­śnie tęsk­nota była bez­po­śred­nią przy­czyną zakupu ziemi w Gór­kach, gdzie posta­wił nie­wielki domek – namiastkę dworku, w któ­rym rodzina spę­dzała mie­siące let­nie. Z pamięt­ni­ków, jakie we wcze­snej mło­do­ści pisał Wacław, do któ­rych po latach dotarła jego córka, wyła­nia się obraz, deli­kat­nie mówiąc, bar­dzo zanie­dba­nego gospo­dar­stwa. Nał­kow­ski pisał: „[…] rodzice moi, żyjąc w nie­do­statku, w nędzy pra­wie (bo ów kawa­łek gruntu nie mógł dać utrzy­ma­nia) zmu­szeni byli ciężko pra­co­wać, a ja już w 9-tym roku życia bra­łem udział w pracy i zmar­twie­niach rodzi­ców. Musia­łem wyko­ny­wać roz­ma­ite posługi gospo­dar­skie, przy braku odpo­wied­niej liczby słu­żą­cych, nauka zaś leżała odło­giem”k3.

To wła­śnie we Wrot­ko­wie odbył się chrzest Wacława. Chło­piec dosko­nale pamię­tał owo wyda­rze­nie, bowiem ochrzczono go, kiedy skoń­czył czter­na­ście lat. Wbrew pozo­rom, tak późny chrzest nie był w owych cza­sach jakimś ewe­ne­men­tem, podobne oby­czaje w kwe­stii chrzcze­nia dzieci pano­wały cho­ciażby w rodzi­nie Marii Konop­nic­kiej. Jej naj­star­sza córka, Zofia, przy­jęła chrzest jesz­cze póź­niej – w wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat, na krótko przed ślu­bem.

Swo­ich rodzi­ców Wacław wspo­mi­nał z mie­sza­nymi uczu­ciami: matkę, Celinę, bar­dzo kochał, pisząc o niej jako o czu­łej i deli­kat­nej, wręcz aniel­skiej isto­cie, nato­miast ojca bał się bar­dzo. I nie ma się czemu dzi­wić, bowiem Michał do ludzi spo­koj­nych by­naj­mniej nie nale­żał, o czym dość bole­śnie prze­ko­nali się jego naj­bliżsi. „Do tego wszyst­kiego dodać należy, że Ojciec mój z natury gwał­tow­nego cha­rak­teru – pisał Nał­kow­ski – a nie­do­stat­kiem i nie­po­wo­dze­niami roz­draż­niony, bar­dzo źle obcho­dził się ze mną i czę­sto nie­spra­wie­dli­wie […] odbie­ra­łem liczne sztur­chańce, policzki i kopa­nia nogami”k4. Znacz­nie gor­sze od fizycz­nego bólu były poni­ża­nie, roz­pacz oraz bole­sna świa­do­mość, że tak nie­spra­wie­dli­wie trak­tuje go ojciec, osoba, któ­rej był „winien miłość i usza­no­wa­nie”. Na domiar złego, Michał Nał­kow­ski bory­kał się z astmą, cho­robą, z którą ówcze­sna medy­cyna wła­ści­wie sobie nie radziła. Wacław po latach wspo­mi­nał: „Nie­raz całe noce dłu­gie i okropne […] prze­pę­dza­li­śmy przy jego łóżku […] znu­żony czu­wa­niem, znu­żony pracą do egza­mi­nów, kła­dłem się w ubra­niu nad ranem, a zale­d­wie oczy zmru­ży­łem, budził mię prze­ra­ża­jący krzyk ojca, który się dusił. Takich nocy było nie­raz po kil­ka­na­ście z rzędu”k5. Na szczę­ście, matka Celina zapew­niała swemu synowi dosta­teczną por­cję cie­pła i uczu­cia. Po latach Nał­kow­ski wspo­mi­nał: „Była to istota deli­katna, czuła i aniel­ska, którą w dzie­cin­nych pra­wie latach wydano za mąż, mimo jej woli, poszła za wolą rodzi­ców, speł­niała świę­cie obo­wiązki żony, lecz życie jej było zła­mane; nie było w nim tego uroku, który jest potrzebą serca ludzi innych niż zwy­kli. Myśl o życiu bez­barw­nym, o zmar­no­wa­niu kwiatu mło­do­ści, pokryła jej czoło chmurą zadumy i tęsk­noty, którą cza­sami wyle­wała na papier”k6.

Tak o swo­jej matce opo­wia­dał Nał­kow­ski cór­kom, nato­miast prawdy o swoim dziadku Nał­kow­ska dowie­działa się po wielu latach, kiedy wer­to­wała rodzinne archiwa, chcąc napi­sać książkę o swoim ojcu, ponie­waż Wacław nie opo­wia­dał cór­kom o nie­do­lach swego dzie­ciń­stwa. Zamiast o kło­po­tach zdro­wot­nych ich dziadka, opo­wia­dał o strasz­li­wej burzy, którą prze­żył w jed­nym z dzier­ża­wio­nych przez Michała majątku, Wierz­cho­wi­skach, i o swo­ich sko­kach z wyso­kiego płotu na grzbiet jed­nego z koni wra­ca­ją­cych wie­czo­rem z pastwi­ska.

Czę­sto wspo­mi­nał też pewien nie­chlubny epi­zod z dzie­ciń­stwa, kiedy kop­nię­ciem wylał wodę z kanek nie­sio­nych przez dwoje dzieci z domu dla cze­la­dzi. Wspo­mnie­nie to trak­to­wał jako akt nie­po­ję­tej krzywdy, jaką wyrzą­dził tym dwojgu małym bie­da­kom miesz­ka­ją­cym w domu bez okien i pod­łogi. Co cie­kawe, ten pozor­nie mało zna­czący epi­zod był dla niego wyrzu­tem sumie­nia do końca życia. Jego star­sza córka wyko­rzy­stała póź­niej ten motyw w Nar­cy­zie, powie­ści napi­sa­nej w 1911 roku, ale nadała mu wręcz freu­dow­ską inter­pre­ta­cję: jeden z jej boha­te­rów, kobie­ciarz Mau­rycy, wyle­wa­jąc wodę chciał dać upust swoim uczu­ciom miło­snym.

Jak łatwo się domy­ślić, nie­fra­so­bliwy dzia­dek autorki Gra­nicy stra­cił także Wrotki, a wów­czas posta­no­wił prze­nieść się do Lublina, gdzie roz­po­czął pracę na jakimś sta­no­wi­sku urzęd­ni­czym w Towa­rzy­stwie Kre­dy­to­wym Ziem­skim. Musiała być to wyjąt­kowo marna posada, skoro jego syn rato­wał rodzinny budżet udzie­la­jąc kore­pe­ty­cji. Co wię­cej, z zacho­wa­nych doku­men­tów wynika, iż Wacław, jako kore­pe­ty­tor, zara­biał wię­cej niż ojciec. Michał Nał­kow­ski prze­ka­zał synowi dość oso­bliwe dzie­dzic­two, zaszcze­pia­jąc mu nie­chęć do war­stwy zie­miań­stwa, a więc do swo­ich bogat­szych krew­nych. Naj­praw­do­po­dob­niej wła­śnie w ten spo­sób ten nie­wy­da­rzony gospo­darz i nie­speł­niony arty­sta rekom­pen­so­wał sobie wszyst­kie nie­po­wo­dze­nia życiowe, które pchnęły jego rodzinę w nędzę.

Zanim jed­nak Wacław roz­po­czął udzie­la­nie kore­pe­ty­cji, musiał dostać się do liceum w Lubli­nie, a przed­tem uzu­peł­nić luki w łaci­nie i rosyj­skim, któ­rych dotąd się nie uczył. Dzięki pomocy mło­dego kore­pe­ty­tora dostał się do lubliń­skiej szkoły. Na szczę­ście Wacław był zdol­nym uczniem, a braki nad­ro­bił tak sku­tecz­nie, że po ukoń­cze­niu pierw­szej klasy otrzy­mał dyplom „za pil­ność w naukach i wzo­rowe spra­wo­wa­nie się”k7. Ponie­waż, kiedy chło­piec roz­po­czął naukę w szkole, jego rodzina na­dal gospo­da­ro­wała we Wrot­ko­wie, w cza­sie pobytu w Lubli­nie miesz­kał na stan­cji u pro­fe­sora języka fran­cu­skiego Józefa Vil­laume’a, gdzie zaprzy­jaź­nił się z synem i imien­ni­kiem gospo­da­rza, póź­niej­szym leka­rzem. Ta przy­jaźń trwała do końca życia Wacława i zna­la­zła kon­ty­nu­ację w kolej­nym poko­le­niu, jego córka, Zofia, przy­jaź­niła się bowiem z córką Vil­laume’a, która nosiła to samo imię, co ona.

Nał­kow­ski prze­cho­dził z klasy do klasy bez pro­ble­mów, otrzy­mu­jąc celu­jące oceny ze wszyst­kich przed­mio­tów i utrzy­mu­jąc sta­tus pry­musa. Pomimo wiel­kich zdol­no­ści, musiało go to wiele kosz­to­wać, tym bar­dziej że na jego barki spadł cię­żar utrzy­ma­nia rodziny. Jego ojciec, nie dość, że mar­nie zara­biał, wciąż bory­kał się z coraz cięż­szymi ata­kami astmy. Wacław nie miał innego wyj­ścia i musiał pra­co­wać jako kore­pe­ty­tor i to już w wieku czter­na­stu lat, a ponie­waż po ojcu odzie­dzi­czył zami­ło­wa­nie i nie­małe zdol­no­ści do mate­ma­tyki – kró­lo­wej nauk, jego usługi cie­szyły się dużym popy­tem. Co cie­kawe, lubel­skie liceum było pla­cówką o pro­filu filo­lo­gicz­nym, a sam Wacław pasjo­no­wał się geo­gra­fią i mate­ma­tyką, wie­dzę z tych przed­mio­tów musiał uzu­peł­niać na wła­sną rękę, co nie prze­szka­dzało mu zbie­rać samych ocen celu­ją­cych z przed­mio­tów huma­ni­stycz­nych. Po latach wspo­mi­nał: „Mając zami­ło­wa­nie do mate­ma­tyki i geo­gra­fii, a będąc w gim­na­zjum filo­lo­gicz­nym, gdzie te nauki nisko stały, musia­łem swych wia­do­mo­ści dopeł­niać: zamiast czas wolny poświę­cać zaba­wom, nie­raz całe dnie świą­teczne prze­pę­dza­łem przed tablicą, roz­wią­zu­jąc zagad­nie­nie za zagad­nie­niem. […] Jeogra­fię lubi­łem, bo ona nie była dla mnie przed­mio­tem pamię­cio­wym. Wszystko, com się z niej uczył, widzia­łem w umy­śle. Mia­łem szcze­gólne upodo­ba­nie nie­raz po kilka godzin przy­glą­dać się map­pie”k8. Wkrótce stał się dumą całej szkoły i pod­czas wizy­ta­cji był przed­sta­wiany wizy­ta­to­rom jako „pierw­szy mate­ma­tyk i geo­graf” w liceum. Nie­stety, ambi­cja i praca nad siły wkrótce odbiły się na zdro­wiu chłopca, któ­remu poważ­nie pogor­szył się wzrok. Doszło nawet do tego, że musiał uczyć się do zajęć, słu­cha­jąc uczą­cych się kole­gów. Do pogar­sza­ją­cego się wzroku dołą­czyły też inne pro­blemy zdro­wotne: cho­roby płuc, które odbiły się nega­tyw­nie na fre­kwen­cji Wacława. Nie­obec­no­ści w szkole i pro­blemy ze wzro­kiem nie prze­szko­dziły mu napi­sać w ostat­niej kla­sie pracę pt.: Wpływ poło­że­nia geo­gra­ficz­nego na cha­rak­ter naro­dów, a stąd na dzia­łal­ność ich i roz­wój oświaty czyli w ogóle na histo­rię. Tezy sfor­mu­ło­wane w opra­co­wa­niu oparł na naukach Karola Rit­tera1, który jako pierw­szy posta­wił tezę o związku pomię­dzy histo­rią kra­jów a ich warun­kami geo­gra­ficz­nymi.

Dla wszyst­kich nauczy­cieli było oczy­wi­ste, że tak zdolny uczeń będzie kon­ty­nu­ował naukę na uni­wer­sy­te­cie. Za namową jed­nego z nich, który twier­dził, że Wacław powi­nien „kie­ro­wać się na pro­fe­sora”, a jego powo­ła­niem jest praca wykła­dowcy, wybrał Uni­wer­sy­tet Jagiel­loń­ski, sprze­ci­wia­jąc się jed­no­cze­śnie woli ojca, który chciał, by syn stu­dio­wał w War­sza­wie. Będący pod zabo­rem austriac­kim Kra­ków był prze­cież za gra­nicą i wyjazd na stu­dia zwią­zany byłby z nie­ma­łymi kosz­tami.

Ostat­nie waka­cje, po dosko­nale zda­nej matu­rze, Wacław miał spę­dzić w Zgór­sku pod Kiel­cami, w domu jed­nej z jego cio­tek, Otkie­wi­czo­wej. Poje­chali tam wszy­scy troje, ale rodzice nie zostali na let­ni­sku, bowiem po krót­kim poby­cie wyje­chali do Szczaw­nicy, gdzie Michał Nał­kow­ski miał odbyć kura­cję, by pozbyć się astmy, tak sku­tecz­nie kom­pli­ku­ją­cej mu życie. Potem ujrzał rodzi­ców prze­lot­nie, sto­jąc na dworcu w Kra­ko­wie, w oknie wagonu, w któ­rym wra­cali do Lublina. Poma­chał im na poże­gna­nie, zupeł­nie nie zda­jąc sobie sprawy, że widzi ich po raz ostatni w życiu. Jego matka, Celina, zmarła nagle na serce 21 wrze­śnia 1871 roku, a ojciec opu­ścił ten padół zale­d­wie dwa mie­siące póź­niej – 19 listo­pada, prze­żyw­szy pięć­dzie­siąt jeden lat. Wacław, wciąż bory­ka­jący się z nędzą stu­dent, nie miał pie­nię­dzy, by udać się na pogrzeb rodzi­ców.

Kło­poty pie­niężne i zdro­wotne nękały Nał­kow­skiego wła­ści­wie przez cały okres nauki na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim, gdzie od 1871 do 1876 roku stu­dio­wał mate­ma­tykę, przy­rodę i geo­gra­fię. Stu­diu­jąc w Kra­ko­wie, miał oka­zję bole­śnie doświad­czyć sto­sun­ków spo­łecz­nych, jakie pano­wały w ówcze­snej Gali­cji, biedy i głodu. Cza­sami jego jedy­nym poży­wie­niem była goto­wana pokrzywa, zebrana przy dro­dze. Po latach wspo­mi­nał: „[…] w obcym mie­ście bez zna­jo­mych, bez sto­sun­ków byłem w poło­że­niu fatal­nym. Rzu­cam zasłonę na ostrą nad­zwy­czaj zimę prze­bytą na pierw­szym roku uni­wer­sy­tetu; mrozy były wtedy tak silne, […] że u mnie w pokoju nafta w lam­pie zama­rzała tak, iż z trud­no­ścią przy­cho­dziło mi ją zapa­lać po pracy. Lecz po co mówić o szcze­gó­łach; czyż my, ludzie, pracy i walki nie znamy, nie poj­mu­jemy ich? Naresz­cie na wio­snę po takiej zimie udało mi się dostać lek­cje za stół i stan­cję, lecz mia­łem sześć godzin dzien­nie lek­cji (prócz zaję­tych w uni­wer­sy­te­cie), upa­da­łem ze zmę­cze­nia, nie byłem w sta­nie pra­co­wać nad sobą, a tak cały pierw­szy rok uni­wer­sy­tetu prze­padł mar­nie”k9. Ponie­waż na Uni­wer­sy­te­cie Jagiel­loń­skim nie ist­niała wów­czas kate­dra geo­gra­fii, Nał­kow­ski uczęsz­czał na wykłady z mate­ma­tyki, fizyki, astro­no­mii i mete­oro­lo­gii, a kar­to­gra­fii uczył się u Fran­ciszka Kar­liń­skiego, cho­dził też na wykłady z histo­rii lite­ra­tury.

Bole­sne prze­ży­cia, zwią­zane z nędzą i cięż­kimi warun­kami byto­wa­nia, ugrun­to­wały w nim, zaszcze­pioną jesz­cze przez ojca, nie­chęć wobec war­stwy zamoż­nych ludzi, pogar­dli­wie nazy­wa­nych przez niego posia­da­czami. Nie darzył też sym­pa­tią obozu stań­czy­ków ani kleru, z cza­sem obda­rzył głę­boką pogardą wszyst­kich ludzi inte­resu oraz fili­strów – ludzi ogra­ni­czo­nych, o cia­snych poglą­dach i bez aspi­ra­cji. W jego stu­denc­kich notat­kach można zna­leźć frag­ment dosko­nale ilu­stru­jący te poglądy: „[…] ludzie z duszą nie­pod­le­głą, z ser­cem i głową, ludzie «podej­rzani», «nie­bez­pieczni», na próżno wytę­żają swe siły w walce o byt: stań­czy­kow­sko-jezu­icka poli­cja śle­dzi ich, usuwa od zajęć, a pro­te­guje spodlo­nych, gięt­kich w karku; bystre oko chle­bo­dawcy-stań­czyka lub księ­dza, odkryje wnet sztyw­ność w karku zależ­nego odeń pra­cow­nika i miej­sce jego zastąpi umie­jący się spodlić i poni­żyć słu­gus. I cóż dziw­nego, że naj­lep­sze, naj­szla­chet­niej­sze jed­nostki albo umie­rają w kwie­cie wieku z głodu (czy to bez­po­śred­nio, czy przez wywią­za­nie się suchot), albo, gdy orga­nizm jest dziw­nie silny, żyją, ale tracą wszelką siłę ner­wową, wpa­dają w apa­tię, stają się cho­dzą­cymi tru­pami, inwa­li­dami życia, koń­czą czę­sto obłę­dem lub samo­bój­stwem. Tylko ci, co pojęli wcze­śnie bez­na­dziej­ność drogi szla­chet­nej i prze­szli w sze­regi lokai, ci zasto­so­waw­szy się do tego sta­no­wi­ska, z cza­sem osią­gają zaszczyty i świetny byt mate­rialny; stań­czy­kow­sko-jezu­icka poli­cja dosko­nale zor­ga­ni­zo­wana postę­puje tutaj bar­dzo sys­te­ma­tycz­nie, meto­dycz­nie: wybraw­szy ofiarę, nasyła nań kusi­cieli, któ­rzy potra­fią z sza­tań­ską psy­cho­lo­gią roz­to­czyć przed nią cza­rowną przy­szłość, świetną karierę, lub też obrazy nędzy, a to odpo­wied­nio do tego, czy wybrana ofiara zechce być powol­nym narzę­dziem, czy też ośmieli się być krnąbrną. Tym spo­so­bem kusi­ciele potra­fią wypruć jed­no­stce ludz­kiej wszel­kie porywy, wszel­kie uczu­cia ogól­no­ludz­kie, uczy­nić ją żoł­da­kiem reak­cji, a przy­naj­mniej bez­dusz­nym spe­cja­li­stą, szew­cem nauko­wym? Tak fabry­kuje się każdy «dok­tór-pro­fe­sor». W ostat­nim razie, wybra­ko­wa­nie odbywa się drogą mniej gwał­towną, nie przez wyci­na­nie, lecz tylko nagi­na­nie i szcze­pie­nie «mło­dych pło­nek». Machina spo­łeczna, wyni­ka­jąca jako rezul­tat takiej hodowli, musi się skła­dać z trzech ele­men­tów: panów (i księży), jako kie­row­ni­ków, lokai, jako wyko­naw­ców i nędza­rzy, jako odpad­ków”k10.

Wkrótce Nał­kow­ski mógł sobie popra­wić nędzne warunki egzy­sten­cji, zaczął bowiem pisać pierw­sze samo­dzielne prace oraz arty­kuły dru­ko­wane na łamach miej­sco­wych dzien­ni­ków i cza­so­pism. Wiel­kie nadzieje na pokaźny zastrzyk finan­sowy roz­bu­dziło w nim otrzy­mane w 1876 roku zamó­wie­nie na opra­co­wa­nie pod­ręcz­nika geo­gra­fii fizycz­nej, zło­żone przez księ­gar­nię Adolfa Dyga­siń­skiego, pt. Kurs geo­gra­fii dla wyż­szych szkół gim­na­zjal­nych. Nic dziw­nego, że młody stu­dent zanie­dbał na rzecz pracy nad pod­ręcz­ni­kiem swoje stu­dia uni­wer­sy­tec­kie. Pra­co­wał nad nim pół­tora roku, ale przy­go­to­wy­wana publi­ka­cja ni­gdy nie uka­zała się dru­kiem, bowiem księ­garz zban­kru­to­wał. Na domiar złego powódź, która nawie­dziła wów­czas Kra­ków, pod­to­piła dom, w któ­rym miesz­kał Nał­kow­ski, nisz­cząc lwią część ręko­pi­sów. Nał­kow­ski zdą­żył opu­bli­ko­wać w Szki­cach spo­łecz­nych i lite­rac­kich frag­ment wstępu pt. Kilka słów o wadach w wykła­dzie geo­gra­fii u nas, któ­rym de facto zapo­cząt­ko­wał walkę o zre­for­mo­wa­nie spo­sobu naucza­nia tego przed­miotu.

Nał­kow­ski w trak­cie stu­diów miał nie­wielu przy­ja­ciół, przy­jaź­nił się jedy­nie z Win­cen­tym Try­czyń­skim, póź­niej­szym leka­rzem na pro­win­cji, Hugo­nem Wró­blew­skim, poetą prze­śla­do­wa­nym przez austriacką poli­cję, i z Kon­stan­tym Woj­cie­chow­skim. Lata spę­dzone na uni­wer­sy­te­cie przy­nio­sły mu też miłość. W cza­sie stu­diów Wacław poznał swoją przy­szłą żonę – młodą nauczy­cielkę Annę, wywo­dzącą się z cze­sko-sło­wac­kiej rodziny Šafranków. Jej rodzi­cami byli Jan i Anto­nina Šafrankowie. Jan pra­co­wał jako urzęd­nik kole­jowy i zapewne z racji peł­nio­nej funk­cji musiał prze­no­sić się raz po raz w różne zakątki Austro–Węgier, w końcu los rzu­cił go do Pol­ski. Matka Nał­kow­skiej, Anna, uro­dziła się we Lwo­wie, ale wraz ze swoją star­szą sio­strą więk­szą część swego dzie­ciń­stwa spę­dziła w Brnie. Nie wia­domo, kiedy Šafrankowie osie­dli w Kra­ko­wie, nie udało się usta­lić daty śmierci dziadka pisarki, Jana, a jego zgon owiany był w rodzi­nie mgiełką tajem­nicy. Wia­domo jedy­nie, że zgi­nął tra­gicz­nie około 1892 roku, w wodach Wisły. Być może było to samo­bój­stwo, być może tra­giczny wypa­dek, który zda­rzył się Janowi, kiedy, kom­plet­nie pijany, wra­cał ze schadzki z inną kobietą.

Šafrankowie docze­kali się trzech córek, które wyro­sły na wyjąt­kowo uro­dziwe panny: Janiny, Anny oraz Teresy. Owdo­wia­łej Anto­ni­nie udało się dobrze wydać je za mąż: Janina wyszła za poetę i dzien­ni­ka­rza Hugona Wró­blew­skiego, Anna za Wacława Nał­kow­skiego, a naj­młod­sza, Teresa, za Alek­san­dra Majew­skiego, urzęd­nika. Kiedy rodzice Zofii Nał­kow­skiej poznali się, jej matka wciąż była stu­dentką semi­na­rium nauczy­ciel­skiego. Droga do zdo­by­cia pięk­nej Anny nie była by­naj­mniej usłana różami, a panna Šafrankówna dwu­krot­nie zry­wała zarę­czyny, co wię­cej, na okres dwóch lat opu­ściła Kra­ków, jak rów­nież samego Wacława, by zatrud­nić się jako nauczy­cielka w jed­nej z wsi we wschod­niej Gali­cji. Nał­kow­ski był jed­nak czło­wie­kiem wytrwa­łym i w końcu udało mu się zdo­być rękę Anny. Nawia­sem mówiąc, która dziew­czyna opar­łaby się czło­wie­kowi piszą­cemu do niej takie listy: „Ty mi nie dajesz spo­koju: gdzie wzro­kiem powiodę, Ty sto­isz przede mną, o czym pomy­ślę, Ty myśli mi plą­czesz i w nocy sen mi odga­niasz […] o nie­do­bra cza­row­niczko Ty moja! […] Kie­dyż zacznę pełne czaru życie, życie u nóg Two­ich, o moja święta! O jakże teraz chciał­bym być dla Cie­bie pięk­nym i sław­nym, potęż­nym i boga­tym, by życie Twoje usłać kwia­tami […]?”. Nie­stety, do dnia dzi­siej­szego zacho­wało się zale­d­wie kil­ka­na­ście listów pisa­nych przez Nał­kow­skiego do narze­czo­nej. Więk­szość z nich Anna wło­żyła do trumny męża, który zmarł w 1911 roku.

Para sta­nęła na ślub­nym kobiercu 22 wrze­śnia 1881 roku w War­sza­wie, a ślub miał miej­sce w kościele św. Alek­san­dra. Mło­dzi zamiesz­kali w War­sza­wie i utrzy­my­wali się z lek­cji Wacława w pry­wat­nych szko­łach śred­nich. Zapewne nie­małe zna­cze­nie na decy­zję o prze­nie­sie­niu się do War­szawy miał fakt, iż w tym mie­ście miesz­kali krewni Anny i Wacława: brat matki Nał­kow­skiego, Rud­nicki, naj­star­sza sio­stra Anny, Janina, która jak wspo­mniano poślu­biła war­szaw­skiego dzien­ni­ka­rza, nawia­sem mówiąc kolegę uni­wer­sy­tec­kiego Wacława. Nał­kow­scy począt­kowo miesz­kali w War­sza­wie przy ulicy Hożej 10, skąd prze­pro­wa­dzili się do miesz­ka­nia na Kru­czej 10, potem w domu przy końcu ulicy Wspól­nej, nie­opo­dal Ogrodu Pomo­lo­gicz­nego, gdzie na par­te­rze zaj­mo­wali skromne dwa pokoje, następ­nie kolejno prze­no­sili się na ulice: Leopol­dyny, Nowo­grodzką 32, gdzie zaj­mo­wali lokal na trze­cim pię­trze w podwó­rzu, póź­niej na Pod­wale 4, skąd prze­pro­wa­dzili się na Koszy­kową 20, zaj­mu­jąc tam począt­kowo jeden, póź­niej dwa pokoje, następ­nie zajęli trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie na czwar­tym pię­trze w podwó­rzu na Hożej 60.

Anna musiała być bar­dzo zako­chana w mężu, pomimo że Wacław nie potra­fił jej zapew­nić godzi­wej, miesz­czań­skiej egzy­sten­cji. „Zaczęło się trudne życie mał­żeń­skie, w ubó­stwie, wyrze­cze­niach, cią­głej walce z prze­ciw­no­ściami, w pracy bez wytchnie­nia. Koroną tego mozołu bez nagrody były nie­złomne zasady ide­owe i moralne Nał­kow­skiego, które mło­dziutka mał­żonka uznała za swoje, jakby były czę­ścią przy­sięgi mał­żeń­skiej. W cie­niu roman­tycz­nej syl­wetki Nał­kow­skiego – Ryce­rza, Bojow­nika – Anna kształ­to­wała samo­dziel­nie swoją egzy­sten­cję według nowo­cze­snego modelu Kobiety Part­nerki, towa­rzyszki we wspól­nej spa­wie”k11.

Pierw­sze lata mał­żeń­stwa nie były łatwe, nie tylko ze względu na trud­no­ści finan­sowe z jakimi musieli się bory­kać. Los nie oszczę­dził im bowiem naj­więk­szego nie­szczę­ścia, jakie może spo­tkać rodzi­ców – straty dziecka. Owym dziec­kiem zmar­łym wkrótce po uro­dze­niu, była Celina, która uro­dziła się w ich pierw­szym roku mał­żeń­stwa, na ulicy Hożej. Ich druga córka, która cho­wała się na szczę­ście zdrowo, Zofia Nał­kow­ska, przy­szła na świat 10 listo­pada 1884 roku w War­sza­wie, na ulicy Kru­czej. Co cie­kawe, wymie­niona data została usta­lona jako bez­sporna data uro­dzin pisarki sto­sun­kowo nie­dawno, w latach sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głego stu­le­cia. W opra­co­wa­niach wcze­śniej­szych figu­ro­wały inne daty, naj­czę­ściej póź­niej­sza o rok. Sama Nał­kow­ska zapy­tana kie­dyś wprost, która z dat poda­wa­nych przez różne ency­klo­pe­die, lek­sy­kony i pod­ręcz­niki, jest praw­dziwa, odpo­wie­działa kokie­te­ryj­nie: „Moi dro­dzy, wszyst­kie są fał­szywe”k12. Cztery lata póź­niej, w 1888 roku, uro­dziła się młod­sza sio­stra Nał­kow­skiej, Hanna, póź­niejsza rzeź­biarka. Rok po uro­dzi­nach Zofii pań­stwo Nał­kow­scy wyje­chali do Lip­ska, dzięki sty­pen­dium, które Wacła­wowi na dal­szą edu­ka­cję przy­znała Kasa im. Mia­now­skiego2. Tam Nał­kow­ski cho­dził na wykłady, uzu­peł­nia­jąc swoją wie­dzę z dzie­dziny geo­gra­fii, a jego żona, pomimo że była obar­czona opieką nad maleńką Zosią, stu­dio­wała razem z nim. Razem z nim cho­dziła na wykłady zna­nego Alfreda Kir­choffa, w ten spo­sób zdo­by­wa­jąc wie­dzę z dzie­dziny geo­gra­fii, dzięki czemu w przy­szło­ści mogła poma­gać mężowi w pracy, a nawet popu­la­ry­zo­wać jego osią­gnię­cia. Sama także okre­sowo uczyła geo­gra­fii, cho­ciażby na pen­sji Pan­kie­wi­czówny, od 1890 roku pisała nawet arty­kuły i pod­ręcz­niki, a po śmierci męża przy­go­to­wała do druku jego spu­ści­znę. Jej biblio­gra­fia nie jest co prawda tak impo­nu­jąca, jak w przy­padku Wacława, ale i tak nie­mała, obej­muje bowiem 50 publi­ka­cji.

Nał­kow­ski, w cza­sie pobytu w Lip­sku, brał także udział w semi­na­riach innej sławy w śro­do­wi­sku geo­gra­fów – Fer­dy­nanda Rich­tho­fena, stu­dio­wał geo­lo­gię u Her­mana Cred­nera i etno­lo­gię u Emila Schmidta, ale nie tylko uko­chana geo­gra­fia znaj­do­wała się w jego orbi­cie zain­te­re­so­wań, gdyż był także słu­cha­czem wykła­dów filo­zo­fii Wundta. Jego głów­nym zada­niem było zbie­ra­nie mate­ria­łów do Geo­gra­fii fizycz­nej, publi­ka­cji, którą miał wydać po powro­cie do kraju w Kasie im. Mia­now­skiego.

Jak słusz­nie zauważa pro­fe­sor Hanna Kirch­ner, pisząc o rodzi­cach autorki Gra­nicy, w swo­jej obszer­nej pracy poświę­co­nej Nał­kow­skiej: „Całym mająt­kiem obojga było piękno – fizyczne i duchowe”k13. Wszy­scy, któ­rzy zetknęli się z jej matką mówili o niej, że jest piękna, nawet kiedy lata mło­do­ści miała już dawno za sobą, bowiem nie­mal do końca życia urze­kała czar­nymi oczyma o prze­ni­kli­wym wej­rze­niu oraz nie­ska­zi­tel­nym pro­fi­lem, przy­po­mi­na­ją­cym wize­runki antycz­nych pięk­no­ści wid­nie­jące na grec­kich wazach. Ojciec pisarki też nale­żał do przy­stoj­nych męż­czyzn: „Pan Nał­kow­ski był wysoki, smu­kły, szczu­pły, piękny, z ciemną chmurą wło­sów nad bla­do­ścią twa­rzy pocią­głej, o dłu­gim nosie z poły­ski­wa­niem szkieł nie­od­stęp­nych bino­kli, z bły­skiem ślicz­nego uśmie­chu nad czar­no­ścią brody, która nie była okrą­gła jak u mego ojca, tylko raczej roz­sze­rza­jąca twarz u dołu i krótka. […] Pan Nał­kow­ski śmiał się gło­śno i zaraź­li­wie: ha, ha, ha. Wła­śnie tak jak się pisze: ha, ha, ha”k14.

Panny Nał­kow­skie dora­stały w wyjąt­kowo skrom­nym domu. Pisząc „skromny” mam na myśli warunki mate­rialne, bowiem pod wzglę­dem tzw. zasob­no­ści ducho­wej dom ów z pew­no­ścią pora­żał swoim bogac­twem. Po latach pisarka wspo­mi­nała: „Moje dzie­ciń­stwo nie było czymś typo­wym dla dziew­cząt mego kraju, ubie­gło bowiem w dość odręb­nych warun­kach. […] Od początku mego życia ota­czały mnie książki, doro­śli naokoło mnie mówili o nauce, zna­jomi, któ­rzy przy­cho­dzili to byli uczeni, albo pisa­rze. Myśla­łam, że pewno tak samo jest wszę­dzie, że świat myśli i idei to jedyna rze­czy­wi­stość. I póź­niej byłam zdzi­wiona widząc, że jest ina­czej”k15. Rze­czy­wi­ście atmos­fera, w któ­rej obie dziew­czyny dora­stały, była zupeł­nie nie­zwy­kła: ich rodzinny dom przy­po­mi­nał inte­lek­tu­alny tygiel, w któ­rym spo­ty­kali się i namięt­nie dys­ku­to­wali wielcy inte­lek­tu­ali­ści: ludzie nauki, pisa­rze oraz publi­cy­ści. W dodatku pano­wał tu kult nauki i pracy, połą­czony z pogardą dla wszel­kich dóbr mate­rial­nych. Jak zauwa­żyła Helena Bogu­szew­ska, z domu Radliń­ska, która w dzie­ciń­stwie czę­sto odwie­dzała dom Nał­kow­skich: „Jakaś ponura poli­tyka ubó­stwa, filo­zo­fia oby­wa­nia się niczym, pogarda dla miesz­czań­stwa, dla koł­tu­ne­rii, dla tego, co się wtedy nazy­wało fili­ster­stwem, dla ludzi inte­resu, dla fabry­kan­tów, kup­ców […]. Brak pie­nię­dzy był tu legi­ty­ma­cją porząd­no­ści, zarad­ność życiowa – raczej dys­kwa­li­fi­ka­cją, a w każ­dym razie świa­dec­twem obco­ści, nale­że­nia do innego świata. Uczony powi­nien być nie­za­radny, poeta powi­nien cho­dzić bez butów, dobre książki nie powinny mieć wydaw­ców ani odbior­ców. Nikt tego, oczy­wi­ście, tak nie for­mu­ło­wał, ale taka była atmos­fera, taka była mil­cząca umowa”k16.

Sta­łymi gośćmi tego swo­istego salonu inte­li­genc­kiego byli oczy­wi­ście uczeni-geo­gra­fo­wie, z Wacła­wem Jezier­skim, Anto­nim Suj­kow­skim, Ludo­mi­rem Sawic­kim i Anto­nim Bole­sła­wem Dobro­wol­skim na czele, ale nie tylko. Nał­kow­skich czę­sto odwie­dzali: Ignacy Radliń­ski, wybitny reli­gio­znawca i histo­ryk Kościoła z córką Heleną (póź­niej Bogu­szew­ską), Adolf Dyga­siń­ski, ceniony ówcze­śnie publi­cy­sta Zyg­munt Heryng, Janusz Kor­czak (który Wacława Nał­kow­skiego uwa­żał za swego patrona ide­owego i men­tora), Wacław Rogo­wicz, Ste­fan Żerom­ski i Sta­ni­sław Brzo­zow­ski, który, jako myśli­ciel i filo­zof stał się, jak pisała sama Nał­kow­ska „dra­ma­tyczną i gorącą sprawą jej mło­do­ści”k17. Bodaj naj­więk­szy wpływ na mło­dziutką Zofię wywarli Jan Wła­dy­sław Dawid i jego żona Jadwiga Szcza­wiń­ska–Dawi­dowa oraz Cezary Jel­lenta, któ­rego dziew­czyna obda­rzyła nawet pierw­szą, „pen­sjo­nar­ską” miło­ścią. Wszy­scy oni zali­czali się do śro­do­wi­ska, które nazy­wano wów­czas „inte­li­gen­cją rady­kalną”, okre­śla­jąc tym ter­mi­nem wszel­kiego rodzaju demo­kra­tów, socja­li­stów, anty­kle­ry­ka­łów, wol­no­my­śli­cieli i ate­istów. Ponie­waż wymie­nione nazwi­ska mogą nic nie mówić współ­cze­snemu czy­tel­ni­kowi, bowiem, co tu dużo mówić, pokrył je już kurz czasu, pozwolę więc sobie nieco przy­bli­żyć syl­wetki tych wybit­nych osób.

Mał­żeń­stwo Dawi­dów zali­czało się do naj­daw­niej­szych i jed­no­cze­śnie naj­waż­niej­szych zna­jo­mo­ści rodziny Nał­kow­skich. Jan Wła­dy­sław Dawid był wybit­nym peda­go­giem, psy­cho­lo­giem i publi­cy­stą, a jed­no­cze­śnie – dzia­ła­czem spo­łecz­nym. Jego pio­nier­ska rola w psy­cho­lo­gii roz­wo­jo­wej i peda­go­gice eks­pe­ry­men­tal­nej w Pol­sce jest nie do prze­ce­nie­nia. Spod pióra Dawida wyszło jedno naj­wy­bit­niej­szych pol­skich dzieł psy­cho­lo­gicz­nych Inte­li­gen­cja, wola i zdol­ność do pracy, napi­sane w 1911 roku. W okre­sie 1890–1898 był redak­to­rem pierw­szego cza­so­pi­sma peda­go­gicz­nego w zabo­rze rosyj­skim – „Prze­glądu Peda­go­gicz­nego”. W 1893 roku zawarł zwią­zek mał­żeń­ski z Jadwigą Szcza­wiń­ską, w któ­rej zna­lazł nie tylko towa­rzyszkę życia, ale także współ­pra­cow­nicę. Ta nie­sza­blo­nowa kobieta, wywo­dząca się z zie­miań­skiej rodziny, miała postę­powe, wręcz wywro­towe poglądy, a nawet sym­pa­ty­zo­wała z socja­li­stami. Ponie­waż ni­gdy nie kryła się ze swymi zapa­try­wa­niami, miała poważne kło­poty z utrzy­ma­niem pracy: została zwol­niona ze swo­ich pierw­szych dwóch posad w II Gim­na­zjum Rzą­do­wym i na pen­sji Jadwigi Sikor­skiej, dla­tego zde­cy­do­wała się pry­wat­nie nauczać języka pol­skiego. W 1885 roku zor­ga­ni­zo­wała pierw­szą na tere­nach Pol­ski tajną uczel­nię dla kobiet – Uni­wer­sy­tet Lata­jący, ale w orbi­cie jej zain­te­re­so­wa­nia zna­lazła się także mło­dzież wiej­ska, dla któ­rej zakła­dała szkoły i pisała bro­szury o cha­rak­te­rze edu­ka­cyj­nym. Zało­żona przez nią i jej męża Czy­tel­nia Dzieł Nauko­wych została z cza­sem prze­kształ­cona w Biblio­tekę Publiczną m.st. War­szawy.

Jan Wła­dy­sław Dawid w 1900 roku objął redak­cję „Głosu”, pisma wyda­wa­nego od 1886 roku. Za jego sprawą gazeta, któ­rej nad­rzęd­nym celem była praca nad etyczną kul­turą spo­łe­czeń­stwa, nabrała rady­kal­nego cha­rak­teru. Na łamach „Głosu”, obok Dawida, swoje arty­kuły publi­ko­wali: Brzo­zow­ski, Barań­ski, Kor­czak oraz oczy­wi­ście Wacław Nał­kow­ski. Nie­stety, owa rady­ka­li­za­cja nie uszła uwa­dze władz zabor­czych, które w listo­pa­dzie 1905 roku zamknęły pismo. Kiedy na krótko cof­nięto decy­zję, pismo uka­zy­wało się jesz­cze nie­re­gu­lar­nie, co parę dni, a jego ostatni numer nosił datę 31 grud­nia 1905 roku. Rok póź­niej Dawi­do­wie wydali nowe pismo „Prze­gląd Spo­łeczny”, sta­no­wiące kon­ty­nu­ację zamknię­tej gazety. I tym razem nie obyło się bez repre­sji i Dawid za „prze­stęp­stwo pra­sowe” został ska­zany na rok twier­dzy, przed czym sta­rał się uchro­nić wyjeż­dża­jąc do Kra­kowa i Wied­nia. „Prze­gląd Spo­łeczny” został zamknięty w 1907 roku, a jego kon­ty­nu­ację sta­no­wiło kolejne pismo „Spo­łe­czeń­stwo”, które uka­zy­wało się do 1910 roku. W tym samym roku Dawida spo­tkała wielka, oso­bi­sta tra­ge­dia – samo­bój­stwo jego uko­cha­nej żony i współ­pra­cow­niczki. Jan bar­dzo to prze­żył i wła­ści­wie nie pogo­dził się z tą bole­sną stratą do końca swych dni, znaj­du­jąc pocie­sze­nie w misty­cy­zmie i stu­diach filo­zo­fii reli­gii. Zmarł 9 lutego 1914 roku.

Kiedy mło­dziutka Zofia bywała u Dawi­dów, a oni w jej domu, nic jed­nak nie zapo­wia­dało tej tra­ge­dii. To wła­śnie z inspi­ra­cji Jana przy­szła pisarka zaczęła pisać swoje Dzien­niki, wpra­wia­jąc się w tej trud­nej sztuce. Innym waż­nym czło­wie­kiem w życiu mło­dej Zofii był Cezary Jel­lenta, któ­rego, jak wiemy, obda­rzyła nawet uczu­ciem. Naprawdę nazy­wał się Napo­leon Hir­szband, a z wykształ­ce­nia był praw­ni­kiem, choć przez pewien czas stu­dio­wał nawet filo­zo­fię na uni­wer­sy­te­cie w Mona­chium. Roz­po­czął pracę jako adwo­kat, by stop­niowo odejść od zawodu praw­nika, porzu­ca­jąc go na rzecz dzia­łal­no­ści publi­cy­styczno–dzien­ni­kar­skiej. Swoje pierw­sze arty­kuły publi­ko­wał jesz­cze jako stu­dent, w latach 1883–1884, na łamach „Prawdy” Alek­san­dra Świę­to­chow­skiego i „Prze­glądu Tygo­dnio­wego” Adama Wiślic­kiego. W 1891 roku uka­zała się książka Stu­dia i szkice filo­zo­ficzne, zawie­ra­jąca jego mło­dzień­cze prace. Jako dzien­ni­karz Jel­lenta zaj­mo­wał się kry­tyką lite­racką i arty­styczną, ale two­rzył także poezję, nowele i powie­ści. Przez histo­ry­ków lite­ra­tury jest uwa­żany za orę­dow­nika moder­ni­zmu, ale on sam sfor­mu­ło­wał wła­sny pro­gram arty­styczny, oparty na syn­te­zie sztuk. Był zago­rza­łym obrońcą nowej sztuki, czego dowiódł cho­ciażby w książce For­poczty, napi­sa­nej wspól­nie z Wacła­wem Nał­kow­skim i Mary­nią Komor­nicką, ale o tej publi­ka­cji napi­szemy w innym miej­scu.

Choć dzi­siaj nazwi­sko Jel­lenta mówi coś jedy­nie polo­ni­stom i histo­ry­kom lite­ra­tury, publi­cy­sta ten był bar­dzo popu­larny na prze­ło­mie XIX i XX stu­le­cia. Wów­czas nale­żał on, m.in. razem z Dawi­dami i Nał­kow­skim, do krę­gów rady­kal­nej inte­li­gen­cji war­szaw­skiej, wykła­dał este­tykę na Uni­wer­sy­te­cie Lata­ją­cym, a na jego wykłady, orga­ni­zo­wane na pro­win­cji oraz w Kra­ko­wie, przy­cho­dziły tłumy. W 1906 roku, ucie­ka­jąc przed aresz­to­wa­niem, wyje­chał z rodziną do Nie­miec, by w 1914 roku wró­cić do War­szawy. Jel­lenta pro­wa­dził aktywną dzia­łal­ność publi­cy­styczną także w okre­sie mię­dzy­woj­nia, choć nie cie­szył się już tak wielką popu­lar­no­ścią jak wcze­śniej. Pisy­wał do prasy war­szaw­skiej i lwow­skiej, jeź­dził z odczy­tami po kraju, a nawet za gra­nicę i wygła­szał felie­tony radiowe. Zmarł 1 wrze­śnia 1935 roku w Otwocku.

Zarówno Jel­lenta, jak i Dawi­do­wie byli czę­stymi gośćmi Nał­kow­skich w ich war­szaw­skim miesz­ka­niu (a w zasa­dzie nale­ża­łoby powie­dzieć: miesz­ka­niach), jak i w ich domu w Gór­kach, zbu­do­wa­nym, jak już wcze­śniej wspo­mniano, na fali wspo­mnień Wacława o rodzin­nym domu we Wrot­kach. Do zakupu nie­wiel­kiej działki w gra­ni­czą­cej z Woło­mi­nem Kobyłce, o powierzchni trzech mórg, namó­wił Nał­kow­skiego jego przy­ja­ciel Kon­stanty Woy­cie­chow­ski. Rodzina Nał­kow­skich osia­dła tu jesie­nią 1895 roku. Do War­szawy wyjeż­dżali wyłącz­nie, kiedy była taka potrzeba, podró­żu­jąc koleją peters­bur­ską. Pociąg dojeż­dżał do dworca w Woło­mi­nie, skąd trzeba było iść „nie­całe dwa kilo­me­try piasz­czy­stą leśną drogą «do domu nad łąkami», póki nie zbu­do­wano małego przy­stanku daleko bli­żej, tuż za Kobyłką”k18. Na owej piasz­czy­stej działce, pofał­do­wa­nej w trzy górki poro­śnięte sosnami, za sprawą miej­sco­wego cie­śli sta­nął drew­niany, pię­trowy domek, który stał się wła­ści­wie rodzin­nym domem Nał­kow­skich. Jak po latach wspo­mi­nała autorka Nie­cier­pli­wych: „Zie­mia w Gór­kach była nie tylko nie­uro­dzajna, ale bar­dzo sucha. Woda desz­czowa łatwo spły­wała z pochy­ło­ści po igli­wiu, nie prze­ni­ka­jąc gruntu. Dla­tego ojciec – kie­ro­wany raczej wie­dzą geo­gra­ficzną niż rol­ni­czą – posta­no­wił na zbo­czu połu­dnio­wym, gdzie rosło mniej sosen, zro­bić na spo­sób wło­ski tarasy.

To była nasza dzie­cinna robota – sypa­nie tych tara­sów. Robiło się je w ciągu lata i sadziło na nich fasolę i pomi­dory, a także drzewa owo­cowe, zwłasz­cza brzo­skwi­nie, hodo­wane z pestek, odporne na mróz”k19. Dom Nał­kow­skich w Gór­kach cie­pło wspo­mi­nała także Helena Bogu­szew­ska w swo­jej książce Cze­kamy na życie: „Pra­wie od samych stopni ganku, na któ­rego słu­pach wspiera się bal­kon pokoju na górze, pra­wie od samego drew­nia­nego domu piasz­czy­sty grunt pochyło opada ku zie­lo­nej mokrej łące odcię­tej gra­nicz­nym rowem. Nad tym rowem w wil­goci rosną drzewa wyso­kie. Ale ich czuby nie zasła­niają widoku zie­lo­nej łąki Zosi Nał­kow­skiej, kiedy stoi na bal­konie swego poko­iku na górze”k20. Górki zaj­mo­wały szcze­gólne miej­sce w sercu autorki Gra­nicy, która trak­to­wała je jak dom rodzinny. Już jako doj­rzała pisarka opi­sała je w książce Na tor­fo­wi­skach, wyda­nej w 1922 roku, a potem w jej roz­sze­rzo­nej wer­sji – Domu nad łąkami, którą opu­bli­ko­wała w 1925 roku.

Cen­tralne miej­sce naj­więk­szego pokoju domu zaj­mo­wał for­te­pian, zapi­sany Wacła­wowi w testa­men­cie przez jedną z cio­tek. Anna akom­pa­nio­wała sobie na nim, kiedy śpie­wała zasły­szane w rodzin­nym domu cze­skie pio­senki, Zosia godzi­nami wygry­wała mono­tonne gamy, a Nał­kow­ski wyko­rzy­sty­wał go do jesz­cze innego celu: na wieku instru­mentu razem z cór­kami roz­kła­dał nie­zli­czone kar­teczki z nazwami do opra­co­wy­wa­nego przez sie­bie Wiel­kiego Atlasu Geo­gra­ficz­nego. Oczy­wi­ście nikt wów­czas nie sły­szał o popu­lar­nych dzi­siaj kar­tecz­kach z war­stwą kleju, które można przy­kle­jać w dowol­nym miej­scu i potem z łatwo­ścią je odry­wać, dla­tego na for­te­pia­nie leżały zwy­kłe, nie­za­bez­pie­czone kle­jem kartki. Jak pisze Zofia Nał­kow­ska: „W jed­nym z poko­jów «Domu nad łąkami» stał for­te­pian długi i żół­tawy, pamiętny jedną sonatą Mozarta i tym zwłasz­cza, że na jego zamknię­tym wieku ukła­da­li­śmy jed­nego lata ści­śle według alfa­betu bez­lik małych pasecz­ków papieru z nazwami miast, gór i rzek, lądów i oce­anów do takiego «Wiel­kiego Atlasu Geo­gra­ficz­nego». Póź­niej z tych papier­ków prze­pi­sy­wało się kolejno nazwy już w goto­wej kolej­no­ści abe­ca­dła. To tam jed­nego razu gwał­towny wicher otwo­rzył nagle okna, zamknięte przed burzą, i zwiał wszystko z for­te­pianu, tak że unie­sio­nych kar­te­czek trzeba było szu­kać po całym lesie. Na szczę­ście nie zmo­kły, bo na burzę tylko «się zano­siło», a deszcz wcale nie padał”k21.

Nał­kow­ski chęt­nie korzy­stał z pomocy swo­jej rodziny, w tym także córek, które pisały pod ojcow­skie dyk­tando, zesta­wiały indeksy oraz pro­jekty ilu­stra­cji do dzieł geo­gra­ficz­nych Wacława. Nał­kow­ska, podob­nie jak jej młod­sza sio­stra, począt­kowo, do około trzy­na­stego roku życia, uczyła się w domu3. Nie była w tej kwe­stii wyjąt­kiem, taki model domo­wej edu­ka­cji pre­fe­ro­wany był przez wiele rodzin inte­li­genc­kich i zie­miań­skich. Wystar­czy cho­ciażby przy­to­czyć przy­kład Sta­ni­sława Igna­cego Wit­kie­wi­cza, któ­rego ojciec bro­nił się rękoma i nogami przed wysła­niem syna do szkoły, uwa­ża­jąc, iż taka szkolna, „poukła­dana” edu­ka­cja narobi wię­cej szkody niż pożytku, wypa­cza­jąc roz­wój inte­lek­tu­alny i psy­chiczny tego nie­prze­cięt­nego dziecka. Być może rodzice, a zwłasz­cza ojciec, Zofii rów­nież tak uwa­żali, choć wydaje się, że w pod­ję­ciu decy­zji o domo­wej edu­ka­cji córek nad­rzędne zna­cze­nie miały kwe­stie finan­sowe. Pomimo braku edu­ka­cji dziew­cząt w szko­łach, córki pań­stwa Nał­kow­skich otrzy­mały wyjąt­kowo sta­ranne wykształ­ce­nie: matka uczyła je geo­gra­fii i nie­miec­kiego, nato­miast ojciec – logiki, aryt­me­tyki i geo­me­trii.

Nic więc dziw­nego, że kiedy już jako czter­na­sto­let­nia pan­nica pod­jęła naukę od dru­giego pół­ro­cza V klasy na pen­sji u Anieli Hoene-Prze­smyc­kiej, żony Miriama4, nie miała żad­nych kło­po­tów z przy­swa­ja­niem wie­dzy. Co wię­cej, oka­zało się, że inte­li­gen­cją i bystro­ścią góro­wała nad swymi rówie­śni­cami, a lek­tury, któ­rymi odda­wała się Nał­kow­ska, rażąco odbie­gają od kanonu ksią­żek ówcze­snej pen­sjo­narki. Próżno szu­kać tu ckli­wych, szma­tła­wych roman­si­deł, Zofia, dzięki ojcu i jego zna­jo­mym, sto­sun­kowo wcze­śnie zapo­znała się z dzie­łami Ibsena, Gar­borga, Zoli czy Haupt­mana, a wymie­niona po latach w ankie­cie ogło­szo­nej w 1926 roku przez „Wia­do­mo­ści Lite­rac­kie” lista lek­tur czy­tana przez nią w dzie­ciń­stwie dosłow­nie zdu­miewa. Nał­kow­ska wymie­niła w niej bowiem: „lite­ra­turę Bran­desa, histo­rię filo­zo­fii Falc­ken­berga, a także Taine’a, Renana, Gar­borga, Ham­suna, Vil­lers de l’Isle-Adama, Maeter­lincka i Ver­la­ine’a”k22. Kwe­stie i pro­blemy, które zaj­mo­wały jej dziew­częcy umysł także były obce więk­szo­ści jej kole­ża­nek. Bar­dzo bul­wer­so­wała ją cho­ciażby sprawa Alfreda Drey­fusa, fran­cu­skiego kapi­tana sztabu gene­ral­nego, fał­szy­wie oskar­żo­nego o szpie­go­stwo na rzecz Nie­miec. Posta­wiony przed sądem próżno dowo­dził swej nie­win­no­ści i 9 wrze­śnia 1899 roku został ska­zany na dzie­sięć lat wię­zie­nia, co zbul­wer­so­wało opi­nię publiczną nie­mal w całej Euro­pie. Nawia­sem mówiąc, sprawa Drey­fusa, jak nazwała ją prasa, do dziś uwa­żana jest za jedną z naj­gło­śniej­szych poli­tycz­nych afer. I nic dziw­nego, bowiem nie tylko odbiła się echem w całej Euro­pie, ale dopro­wa­dziła też do wybu­chu ogrom­nego skan­dalu i podziału spo­łe­czeń­stwa ówcze­snej Fran­cji. Wów­czas też przez kraj prze­to­czyła się fala anty­se­mi­ty­zmu (Drey­fus pocho­dził z zamoż­nej rodziny żydow­skiej). W obronę nie­słusz­nie, jak się oka­zało, oskar­żo­nego ofi­cera zaan­ga­żo­wał się nawet słynny pisarz Emil Zola.

Także pol­scy inte­lek­tu­ali­ści, z Wacła­wem Nał­kow­skim na czele, zaan­ga­żo­wali się w tę bul­wer­su­jącą sprawę. Co wię­cej, dla ówcze­snej inte­li­gen­cji pol­skiej, zwłasz­cza tej postę­po­wej, Alfred Drey­fus stał się sym­bo­lem krzywdy, nie­spra­wie­dli­wo­ści i poli­tycz­nego cyni­zmu. Podob­nie uwa­żał Nał­kow­ski, który odtąd czę­sto powo­ły­wał się na przy­kład fran­cu­skiego ofi­cera w swo­ich arty­ku­łach skie­ro­wa­nych prze­ciwko śro­do­wi­skom kon­ser­wa­tywno-kle­ry­kal­nym. Pięt­na­sto­let­nia Zofia także żywo inte­re­so­wała się tą sprawą, a w jej Dzien­niku, pod datą 10 wrze­śnia 1899 roku znaj­du­jemy wpis: „Więc jed­nak go ska­zali [tj. Drey­fusa – dop. I.K.]! Co za pod­łość! Pię­ciu gło­sami prze­ciw dwóm przy uwzględ­nie­niu oko­licz­no­ści łago­dzą­cych – na dzie­sięć lat. Dzie­sięć lat! Zmar­no­wane życie – jedyne, jakie ma czło­wiek! Ale nie cho­dzi o moje współ­czu­cie, o jego los, roz­pacz żony i rodziny, o jego spo­nie­wie­raną god­ność ludzką. Sil­niej niż żal czuję obu­rze­nie. Nie mogę wytrzy­mać, nie mogę znieść mej bez­sil­no­ści. Taka prze­moc, taki gwałt, taki cynizm – wobec całej Europy! Była­bym zdolna rzu­cić bombę w Sali w Renes, strze­lać do Jouau­sta [pre­zesa sądu wojen­nego – dop. I.K.], do sędziów. Obu­rza mię to strasz­nie, zupeł­nie jak wła­sna krzywda”k23. Nic dziw­nego, Zofia po roz­po­czę­ciu nauki na pen­sji pani Hoene począt­kowo czuła się obco w gro­nie swo­ich rówie­śnic. W pamięt­niku zano­to­wała: „[…] pod­czas wiel­kiej pauzy sta­łam zawsze gdzieś na boku sama, z nikim nie roz­ma­wia­jąc. Czu­łam się nie­skoń­cze­nie wyż­sza od nich i daleka. Patrzy­łam z pogardą, jak zbie­rały się w gro­madki i pro­wa­dziły krzy­kliwe roz­mowy o lek­cjach, tań­cach i stu­den­tach”k24.

Szkoła, do któ­rej rodzice wysłali Zosię była nie­wąt­pli­wie jedną z naj­lep­szych, a wła­ści­wie naj­lep­szą szkołą dla dziew­cząt w zabo­rze rosyj­skim, głów­nie za sprawą kie­ru­ją­cej pen­sją Anieli Hoene, kobiety wykształ­co­nej, która na wła­snej skó­rze prze­ko­nała się jak ważne dla kobiety jest wykształ­ce­nie. Oczy­wi­ście pen­sja pani Hoene-Prze­smyc­kiej, podob­nie jak wszyst­kie pla­cówki oświa­towe na tere­nie zaboru rosyj­skiego, pod­le­gała wła­dzom car­skim, co pocią­gało za sobą wymóg naucza­nia języka rosyj­skiego i geo­gra­fii Rosji, ale pota­jem­nie uczono też histo­rii Pol­ski oraz języka ojczy­stego. Pani Aniela zadbała rów­nież o odpo­wied­nią kadrę peda­go­giczną, pozy­sku­jąc dla swo­jej szkoły dosko­na­łego nauczy­ciela śpiewu, Wła­dy­sława Rzepko. Nie­wąt­pli­wie naj­więk­szymi oso­bo­wo­ściami wśród kadry peda­go­gicz­nej był ojciec Zofii, Wacław Nał­kow­ski, oraz Józefa Sawicka, nowe­listka i tłu­maczka, publi­ku­jąca swoje utwory pod pseu­do­ni­mem Ostoja.

Nał­kow­ski miał nie­wąt­pli­wie talent peda­go­giczny, umiał prze­ka­zy­wać wie­dzę i był bar­dzo lubiany przez uczen­nice. Jedna z nich po latach tak wspo­mi­nała lek­cje z tym wybit­nym czło­wie­kiem: „Wcho­dził do klasy, rzu­ca­jąc na nas szyb­kie jak strzała spoj­rze­nie. Życz­liwy, pełen szcze­ro­ści, nieco dra­pieżny uśmiech odsła­niał mu białe zęby. W tym spoj­rze­niu i w tym uśmie­chu była świe­żość i nowość jakie­goś pięk­nego, nie­zna­nego życia.

Gdy po wej­ściu do klasy zamy­kał za sobą drzwi, robiło się jaśniej i jakby czy­ściej, zapa­no­wy­wała atmos­fera ładu i ożyw­czego powie­trza. W jego szyb­kich ruchach, w nagłych obro­tach było coś z wichru, a w gło­sie meta­licz­nym szla­chet­ność pierw­szej próby. Jego swo­boda, uprzej­mość i grzecz­ność zbli­żały, trzy­ma­jąc rów­no­cze­śnie w przy­zwo­itej odle­gło­ści sza­cunku. Przy nim klasa pro­sto­wała się bez­wied­nie, sia­dała porząd­niej, nabie­rała fizjo­no­mii uważ­nej i wykoń­czo­nej. O jakim­kol­wiek zatargu z tym pro­fe­so­rem nie mogło być mowy. Notat­nik wycho­waw­czyni leżał na jego lek­cjach bez­czyn­nie. To, co dawał Nał­kow­ski, było rzadką w szkole śred­niej nie­spo­dzianką. Dawał czy­stą, szczerą i prawą ema­na­cję swo­jej oso­bo­wo­ści. Stał przed nami jako czło­wiek śmiały, bez­względ­nie wierny sobie. Pro­mie­nio­wał samą inten­syw­no­ścią umy­słu i ducha, wytwa­rza­jąc atmos­ferę zain­te­re­so­wań naj­wyż­szego porządku. Tajem­nica jego oddzia­ły­wa­nia pole­gała na tym, że nie prze­sta­wał być wśród nas sobą. Świą­teczny dzień myśli był jego dniem powsze­dnim”k25.

Ponoć nie­do­brze jest, kiedy nauczy­ciel uczy w tej samej szkole, do któ­rej uczęsz­cza jego dziecko, a jesz­cze gorzej – gdy je uczy. Tak się zło­żyło, że Nał­kow­ski wykła­dał w kla­sie, w któ­rej uczyła się jego córka, ale zarówno dla niego, jak i dla Zofii nie sta­no­wiło to żad­nego pro­blemu. Wręcz prze­ciw­nie, fakt, że Nał­kow­ska była córką lubia­nego, choć wyma­ga­ją­cego nauczy­ciela spra­wił, że była bar­dziej lubiana. W Dzien­niku Nał­kow­ska z satys­fak­cją zano­to­wała: „Moją popu­lar­ność w kla­sie zwięk­sza to, że jestem córką mego ojca i że piszę wier­sze. Wszyst­kim kole­żan­kom muszę wpi­sy­wać się do bru­lio­nów wła­snymi utwo­rami”k26. Trzeba przy­znać, że Wacław nie wyróż­niał córki, trak­to­wał ją i oce­niał jak inne uczen­nice. Inna rzecz, że Zosia ni­gdy nie miała naj­mniej­szych pro­ble­mów z nauką i nale­żała do naj­lep­szych uczen­nic. Przyj­rzyjmy się teraz kwe­stii owych wier­szy, o któ­rych Zofia wspo­mi­nała w zacy­to­wa­nym frag­men­cie z Dzien­ni­ków. Tak się bowiem składa, że jedna z naj­wy­bit­niej­szych pisa­rek w histo­rii pol­skiej lite­ra­tury twór­czość lite­racką zaczęła od pisa­nia poezji. Wier­sze pisała już od 1896 roku, zapi­su­jąc je w dwóch zeszy­tach, które miały imi­to­wać tomiki poezji, dla­tego młoda poetka zaopa­trzyła je w karty tytu­łowe i daty „wyda­nia”. Do cza­sów współ­cze­snych zacho­wały się dwa takie bru­liony, zapi­sane mło­dzień­czymi wier­szami przy­szłej autorki Księ­cia. Na stro­nach tytu­ło­wych obu z nich znaj­duje się taki sam napis: Zofia Nał­kow­ska Pier­wo­ciny, Nastroje i Obrazki, poza tym wid­nieje numer „tomu” (I oraz II), data „wyda­nia” oraz adno­ta­cja: Górki. Nakła­dem autorki. Każdy z zeszy­tów ma ponu­me­ro­wane strony: pierw­szy 214 + III, nato­miast drugi – 122 + 3. Pierw­szy bru­lion zawiera 52 wier­sze, drugi 49, a każdy z zamiesz­czo­nych tam utwo­rów opa­trzony został datą. Tomik pierw­szy otwiera wiersz Czemu?, dato­wany na dzień 7 lutego 1899 roku, nato­miast przy ostat­nim wier­szu wid­nieje data 3 sierp­nia 1899 roku. Wacław Nał­kow­ski nosił się nawet z zamia­rem wyda­nia wszyst­kich wier­szy córki, ale pomysł ten osta­tecz­nie nie docze­kał się reali­za­cji.

Swój pierw­szy wiersz Pamię­tam wydru­ko­wała w 1898 roku na łamach „Prze­glądu Tygo­dnio­wego”. Ponie­waż w zbio­rach Biblio­teki Nauko­wej prze­cho­wy­wany jest rocz­nik „Prze­glądu Tygo­dnio­wego”, z notat­kami redak­tora obli­cza­ją­cego hono­ra­ria, wiemy, ile pie­nię­dzy otrzy­mała Zofia za swój poetycki debiut. Jej utwór wyce­niono na pięć kopie­jek za wers. Nie­stety, ten lite­racki debiut wpły­nął chyba na pogor­sze­nie sto­sun­ków z jedną z nauczy­cie­lek, która także parała się pisar­stwem – Józefą Sawicką. Jak przy­znała sama Nał­kow­ska: „To, że wydru­ko­wałam jedyny w życiu wiersz w Prze­glą­dzie Tygo­dnio­wym na pewno zaszko­dziło mi w oczach Ostoi, która jest lite­ratką, pisze nowele. Nina powie­działa mi pod wiel­kim sekre­tem, co Ostoja o mnie mówiła: «Ona jest pre­ten­sjo­nalna, egzal­to­wana, zaro­zu­miała, ma prze­wró­cone w gło­wie i paniom w gło­wie prze­wraca»”k27. Nauczy­cielka ni­gdy nie polu­biła tej uczen­nicy, która, ina­czej niż pozo­stałe panienki, miała czel­ność dys­ku­to­wać z nauczy­cie­lami, jak równy z rów­nym. Dla niej nie było to nic dziw­nego, wszak tak została wycho­wana. Ostoi nie podo­bały się też dość ory­gi­nalne, jak na owe czasy, poglądy na metody naucza­nia pre­zen­to­wane przez ojca nie­po­kor­nej pen­sjo­narki ani pre­zen­to­wane przez Zofię zain­te­re­so­wa­nie deka­den­ty­zmem5, który dla nauczy­cielki i pisarki, wciąż tkwią­cej w epoce pozy­ty­wi­zmu, był jedy­nie cho­robą umy­słową. Choć pew­nego dnia wdała się w dys­ku­sję z jed­nym z nauczy­cieli, w któ­rej bro­niła deka­den­ty­zmu, nie była zauro­czona tą ide­olo­gią. W Dzien­niku zano­to­wała: „[…] coraz mniej pociąga mnie deka­den­tyzm jako kie­ru­nek. Prze­glą­dam moje wier­sze i widzę, że są po pro­stu roman­tyczne. Jedy­nym uro­kiem deka­den­tyzmu jest to, że wszy­scy go zwal­czają, że jest wyśmiany przez tłum”k28. Poza tym podo­bał jej się fer­ment i zain­te­re­so­wa­nie kole­ża­nek, jakie wzbu­dziła swo­imi poglą­dami wyra­żo­nymi w dys­ku­sji. Z satys­fak­cją zauwa­żyła „Teraz wszyst­kie uczen­nice przy­bie­gają do mnie i pytają mię, czy to prawda, że jestem deka­dencką. I nawet nie umieją tego dobrze wymó­wić”k29.

Choć mło­dziutka Zofia nie­wąt­pli­wie prze­wyż­szała swoje kole­żanki pod wzglę­dem oczy­ta­nia oraz inte­li­gen­cji i obce jej były kom­pleksy wieku dora­sta­nia, to jed­nak była nasto­latką, łak­nącą przy­jaźni i popu­lar­no­ści wśród rówie­śni­ków. Dla­tego wszyst­kie oznaki sym­pa­tii oka­zy­wane przez kole­żanki z pen­sji mile łech­tały jej próż­ność: „Teraz jestem taka jak one. Impo­nuję im pozorną inte­li­gen­cją i licz­nymi wia­do­mo­ściami, roz­ba­wiam klasę epi­te­tami, nada­wa­nymi nauczy­cie­lom, opo­wia­dam głup­stwa. Na pau­zach ota­czają mię dziew­częta, by mi mówić, że jestem ładna i mądra, pozwa­lam im się cało­wać. Czę­sto i ja teraz mówię z nimi o stu­den­tach”k30.

W życiu nasto­let­niej Zofii poja­wiły się także pierw­sze fascy­na­cje uczu­ciowe. Jej pierw­szą miło­ścią był, jak już wcze­śniej wspo­mniano, Jel­lenta, który zapewne nawet nie zda­wał sobie sprawy, jakim uczu­ciem obda­rza go córka jego przy­ja­ciół. Potem Nał­kow­ską, co prawda na krótko, zafa­scy­no­wał inny męż­czy­zna – obie­cu­jący malarz Leon Kauf­man. Zofia poznała go wła­śnie u Jel­lenty i mło­dzie­niec zro­bił na niej nie­zwy­kłe wra­że­nie. „Przy­szło mi na myśl, że przy jego czar­nych, lśnią­cych wło­sach ślicz­nie wyglą­dałby mój złoty war­kocz – i prze­szło mię uczu­cie roz­koszne”k31. Wkrótce jed­nak owo „roz­koszne uczu­cie” zaczęła odczu­wać do zupeł­nie innego czło­wieka, nie­zna­jo­mego przy­stoj­niaka ujrza­nego po raz pierw­szy na pogrze­bie Bole­sława Hirsz­felda w listo­pa­dzie 1899 roku. Nie poznała go oso­bi­ście, nie wie­działa nawet jak ma na imię, w myślach i Dzien­niku nazy­wała go więc „Naj­pięk­niej­szy”. Ów tajem­ni­czy mło­dzie­niec był dla mło­dziut­kiej Zofii ide­ałem męskiego piękna: „Jest piękny jak posąg boga” – pisała zauro­czona przy­pad­ko­wym spo­tka­niem na ulicy. Fascy­no­wał ją też inny piękny męż­czy­zna – pod­puł­kow­nik żan­dar­me­rii car­skiej w War­sza­wie – Gri­go­rij M. Mura­dow, poznany przy­pad­kiem u Dawi­dów, choć sama sobie tłu­ma­czyła, że nie może obda­rzyć go uczu­ciem, wszak należy do klanu „wro­gów”, narodu nęka­ją­cego jej kraj i roda­ków. W Dzien­niku zapi­sała: „To, że wyświad­czył jakieś przy­sługi Dawi­dom i pani Mel­cer, nie daje mu żad­nego miej­sca w moim życiu”. Ale, choć pró­bo­wała wybić go sobie z głowy, ten męż­czy­zna, o biał­kach oczu błysz­czą­cych jak żywe sre­bro, wciąż zaprzą­tał jej myśli: „Mogę go sobie wyobra­zić w dale­kim ste­pie, pędzą­cego na czar­nym koniu z długą grzywą. W marze­niu tym ja nie jestem mu potrzebna, mnie tam nie ma. Przed nim na koniu, prze­rzu­cona przez grzbiet, zwisa kobieta. Jest zwią­zana, jest naga. Jest porwana, skądś zabrana prze­mocą, na wła­sność. Jej włosy nie sple­cione roz­wiewa wiatr, okrywa płasz­czem jego kolana i buty. Jest piękna, jasna, łagodna, nie­bie­skie oczy zwraca ku niemu z wyra­zem odda­nia, sło­dy­czy miło­ści. Z tego marze­nia wypi­jam nie­wy­sło­wioną roz­kosz życia”k32. Choć jest to z pozoru nic nie zna­czący wpis mło­dej dziew­czyny, w któ­rej budzi się sek­su­al­ność, suge­ruje, jacy męż­czyźni będą w przy­szło­ści ją pocią­gać. Już wtedy ota­czał ją wia­nu­szek ado­ra­to­rów, a ona sama dość szybko pojęła, że w rela­cjach dam­sko-męskich będzie domi­no­wała inte­lek­tu­al­nie. Dla­tego poszu­ki­wała męż­czyzn w typie macho, znie­wa­la­ją­cych i domi­nu­ją­cych. Wła­śnie z takimi wcho­dziła w związki. Nie­stety, rze­czy­wi­stość dowio­dła, że życie z takim domi­nu­ją­cym sam­cem alfa nie ma nic wspól­nego z marze­niami i nie jest usłane różami, a na domiar złego jest nisz­czące emo­cjo­nal­nie. O wiele przy­jem­niej jest marzyć o bru­tal­nym samcu pory­wa­ją­cym bez­bronną kobietę na koniu, niż wieść z nim codzienne życie. Ale o tym Nał­kow­ska miała się dopiero prze­ko­nać. Na razie więc śniła na jawie o „Naj­pięk­niej­szym” lub gru­ziń­skim macho i cie­szyła się ze spu­sto­szeń, jakie czy­niła w ser­cach wpa­trzo­nych w nią ado­ra­to­rów. A miała ich nie­mało, bowiem od wcze­snej mło­do­ści pocią­gała i fascy­no­wała męż­czyzn. „Wiem, że się podo­bam, wiem, że mię chwalą – zapi­sała w Dzien­niku. – W każ­dym kole mam jakąś oddaną mi osobę, która powta­rza mi, co o mnie mówią. Nie jest trudno się podo­bać, trzeba tylko nie być szczerą. Na zewnątrz przed­sta­wiam, jak powie­dział T. połą­cze­nie zim­nej roz­wagi z namięt­no­ścią. To dobrze, bo w rze­czy­wi­sto­ści jestem sen­ty­men­talna i nawet egzal­to­wana. Ani mądra, ani nie­zwy­kła, tylko smutna. Pocie­sza mię, gdy się podo­bam – dla­tego kokie­tuję ludzi. Ni­gdy nie jestem szczera i to jest tajem­nicą mego powo­dze­nia”k33. Wydaje się, że cza­sem nawet roz­myśl­nie drę­czyła swo­ich ado­ra­to­rów, zwłasz­cza, jeżeli któ­ryś z nich wzbu­dzał w niej pociąg fizyczny. O jed­nym z nich pisała: „Dzia­łał też na mnie jako męż­czy­zna, ale to wła­śnie budziło we mnie wstręt. […] Był moim nie­wol­ni­kiem, cho­ciaż nie wie­dział o tym. Musiał to mówić, co ja chcia­łam. Każde jego słowo ja sama wywo­ły­wa­łam sztucz­nie. Nawet o moich oczach, o moim uśmie­chu”k34. Jako szes­na­sto­latka wspo­mina o rywa­li­za­cji, jaką sto­czyła z pewną bru­netką o zain­te­re­so­wa­nie jed­nego z nauczy­cieli. Zofii wyda­wało się, że pan Witu­szyń­ski jest zauro­czony dziew­czyną, która według niej była znacz­nie od niej brzyd­sza: „Ona jest bru­netką, ma lśniące oczy czarne, jest czymś nowym, bo od waka­cji tylko jego uczen­nicą – i on ją kocha. Prze­ciw temu – jak wal­czyć? Sta­rać się być ład­niej­szą? Ależ i tak bez­sprzecz­nie jestem od niej pięk­niej­sza i świet­niej­sza – prze­chod­nie wyróż­niają mię w tłu­mie uczen­nic i oglą­dają się za mną”k35 – zano­to­wała w Dzien­niku. W końcu jed­nak odnio­sła zwy­cię­stwo: „Tego dnia po połu­dniu mia­ły­śmy histo­rię Rosji. Ja byłam tak świet­nie, tak nie­skoń­cze­nie wesoła i roze­śmiana. Zada­wa­łam mu pyta­nia i robi­łam uwagi – w bez­u­stan­nym uśmie­chu poka­zy­wa­łam moje białe zęby, byłam zaru­mie­niona, wargi mia­łam gorące i pąsowe. W. patrzał na mnie pra­wie nie­ustan­nie. Robiło mi roz­kosz poka­zy­wać mu, ile jestem pięk­niej­szą i mądrzej­szą od tam­tej”k36.

Wiel­bi­cieli znaj­do­wała wszę­dzie: na rzad­kich spo­tka­niach w gro­nie mło­dzieży, czy też na wykła­dach w ramach Uni­wer­sy­tetu Lata­ją­cego. Były to kursy samo­kształ­ce­nia, głów­nie dla dziew­cząt, któ­rych dzia­łal­ność zapo­cząt­ko­wała w 1885 roku Jadwiga Szcza­wiń­ska-Dawi­dowa. Zaję­cia odby­wały się zawsze w innych loka­lach (stąd nazwa – Uni­wer­sy­tet Lata­jący), a wykła­dali w nim, pozy­skani przez Dawi­dową, z reguły wybitni uczeni, prze­waż­nie o dość rady­kal­nych poglą­dach. Choć zaję­cia były płatne, zda­rzało się, że połowa uczest­ni­czek kur­sów korzy­stała z nich za darmo. Pomimo że była to szkoła tajna i dzia­łała w nie­zwy­kle trud­nych warun­kach, głów­nie dzięki wysił­kom Dawi­do­wej, funk­cjo­no­wała przez dwa­dzie­ścia lat. Naj­więk­szą popu­lar­ność uczel­nia prze­żyła w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XIX stu­le­cia, kiedy liczba słu­cha­czek docho­dziła do 500 osób, a w jed­nym roku nawet prze­kro­czyła 1000. Słu­chacz­kami Uni­wer­sy­tetu Lata­ją­cego były naj­wy­bit­niej­sze kobiety epoki: Maria Skło­dow­ska-Curie, Nata­lia Szy­cówna, Wanda Szcza­wiń­ska, Nata­lia Gąsio­row­ska, Ste­fa­nia Sem­po­łow­ska, Jadwiga i Helena Sikor­skie. Absol­wentką uczelni była także Alek­san­dra Szczer­biń­ska, druga żona Józefa Pił­sud­skiego.

Karol Rit­ter (1779–1859) – nie­miecki uczony, geo­graf, pro­fe­sor uni­wer­sy­tetu ber­liń­skiego. Był zwo­len­ni­kiem antro­po­cen­try­zmu (poglądu, według któ­rego czło­wiek jest ośrod­kiem i celem świata, a wszystko w przy­ro­dzie dzieje się ze względu na niego) w bada­niach geo­graficznych i współ­twórcą geo­grafii regio­nal­nej – działu geo­grafii zaj­mu­ją­cego się opi­sem cech śro­do­wi­ska geo­graficznego poszcze­gól­nych obsza­rów. [wróć]

Kasa im. Mia­now­skiego – insty­tu­cja powstała w War­sza­wie w 1881 roku z ini­cja­tywy T. Chła­pow­skiego i H. Sien­kie­wi­cza, w odpo­wie­dzi na inten­sywną rusy­fi­ka­cję na tere­nie zaboru rosyj­skiego. Została powo­łana w celu finan­so­wa­nia badań nauko­wych i dzia­łal­no­ści wydaw­ni­czych. W nazwie upa­mięt­niała Józefa Mia­now­skiego (1804–1879), leka­rza, rek­tora war­szaw­skiej Szkoły Głów­nej. Dzięki jej dzia­łal­no­ści moż­liwe było wyda­wa­nie pod­ręcz­ni­ków i ency­klo­pe­dii w języku pol­skim. [wróć]

Tak twier­dzi autorka naj­now­szej książki o Nał­kow­skiej, wybitna znaw­czyni jej twór­czo­ści Hanna Kirch­ner. Z kolei z kalen­da­rium zawar­tego w publi­ka­cji Bog­dana Rogatki wynika, że pisarka uczyła się na pen­sji Hoene od 1891 roku, a więc od dzie­wią­tego roku życia. [wróć]

Miriam, wł. Zenon Prze­smycki, inny pseu­do­nim Jan Żagiel (1861–1944) – pol­ski kry­tyk lite­racki i arty­styczny, poeta, tłu­macz. Ode­grał dużą rolę w for­mo­wa­niu się ten­den­cji moder­ni­stycz­nych w lite­ra­tu­rze pol­skiej. Upra­wiał kult sztuki, wie­rząc w jej uszla­chet­nia­jący wpływ na życie ludzi, prze­ciw­sta­wia­jąc się kul­tu­rze maso­wej sko­mer­cja­li­zo­wa­nego spo­łe­czeń­stwa w epoce indu­stria­li­za­cji. W okre­sie 1901–1907 wyda­wał i reda­go­wał naj­bar­dziej pre­sti­żowe cza­so­pi­smo lite­racko-arty­styczne Mło­dej Pol­ski – „Chi­merę”. [wróć]

Deka­den­tyzm (z języka fran­cu­skiego – décadence – schy­łek, upa­dek). Zja­wi­sko poja­wia­jące się w sztuce i lite­ra­tu­rze XIX wieku, szcze­gól­nie pod koniec stu­le­cia. Cechą cha­rak­te­ry­styczną dla deka­den­ty­zmu była świa­do­mość wyob­co­wa­nia ze spo­łe­czeń­stwa miesz­czań­skiego i ostra opo­zy­cja wobec jego moral­no­ści i kul­tury, wyra­ża­jące się w zróż­ni­co­wa­nych i nie­jed­no­znacz­nych for­mach. Do naj­waż­niej­szych z nich nale­żały kult arty­sty, jako jed­nostki sto­ją­cej ponad tłu­mem „fili­strów”, i sztuki czy­stej, uwol­nio­nej od zadań słu­żeb­nych, połą­czone z poczu­ciem bez­ce­lo­wo­ści buntu i dzia­ła­nia. Uwy­dat­nia­nie obja­wów znu­że­nia, znie­chę­ce­nia, bez­siły i prze­sytu łączyło się z prze­wrotną fascy­na­cją tymi sta­nami, jak rów­nież demon­stro­wa­niem postaw hedo­ni­stycz­nych i anar­chicz­nych, co zna­la­zło ujście w oby­cza­jo­wo­ści śro­do­wisk moderny arty­stycznej. W Pol­sce deka­den­tyzm ode­grał zrazu rolę twór­czego fer­mentu w fazie prze­łomu moder­ni­stycz­nego, ale osta­tecz­nie został odrzu­cony przez czo­ło­wych twór­ców okresu. Powró­cił czę­ściowo jako XX-wieczny kata­stro­fizm. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Z. Nał­kow­ska, Dzien­niki 1899–1905, War­szawa 1975, s. 17. [wróć]

Za: H. Kirch­ner, Nał­kow­ska albo życie pisane, War­szawa 2011, s. 769. [wróć]

Za: tamże, s. 770. [wróć]

Za: tamże. [wróć]

Za: tamże, s. 771. [wróć]

Za: Wacław Nał­kow­ski, na: Woło­min, wspo­mnie­nia o mie­ście i ludziach [online], dostępne w inter­ne­cie: http://www.wolo­min.tylko.to/ludzie/zycio­rysy/212-Wac­law-Nalkow­ski.html. [wróć]

Za: H. Kirch­ner, Nał­kow­ska albo życie pisane, op.cit., s. 772. [wróć]

Za: Wacław Nał­kow­ski, na: Woło­min, wspo­mnie­nia o mie­ście i ludziach [online], op.cit.[wróć]

Za: tamże. [wróć]

Za: tamże. [wróć]

H. Kirch­ner, Nał­kow­ska albo życie pisane, op.cit., s. 12. [wróć]

Za: E. Pień­kow­ska, Zofia Nał­kow­ska, War­szawa 1975, s. 7. [wróć]

H. Kirch­ner, Nał­kow­ska albo życie pisane, op.cit., s. 11. [wróć]

H. Bogu­szew­ska, Cze­kamy na życie, War­szawa 1951, s. 133–135. [wróć]

Z. Nał­kow­ska, Widze­nie dale­kie i bli­skie, War­szawa 1957, s. 12. [wróć]

Za: Wacław Nał­kow­ski, na: Woło­min, wspo­mnie­nia o mie­ście i ludziach [online], op.cit.[wróć]

Za: E. Pień­kow­ska, Zofia Nał­kow­ska, op.cit., s. 10. [wróć]

Z. Nał­kow­ska, Widze­nie dale­kie i bli­skie, op.cit., s. 346. [wróć]

Z. Nał­kow­ska, Mój ojciec, War­szawa 1955, s. 41. [wróć]

H. Bogu­szew­ska, Cze­kamy na życie, op.cit., s. 186. [wróć]

Z. Nał­kow­ska, Mój ojciec, op.cit., s. 48–49. [wróć]

Za: H. Kirch­ner, Nał­kow­ska albo życie pisane, op.cit., s. 31. [wróć]

Z. Nał­kow­ska, Dzien­niki 1899–1905, op.cit., s. 21. [wróć]

Tamże, s. 48. [wróć]

Wacław Nał­kow­ski, na: Woło­min, wspo­mnie­nia o mie­ście i ludziach [online], op.cit.[wróć]

Z. Nał­kow­ska, Dzien­niki 1899–1905, op.cit., s. 49. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 65. [wróć]

Tamże. [wróć]

Tamże, s. 48. [wróć]

Tamże, s. 22. [wróć]

Tamże, s. 51–52. [wróć]

Tamże, s. 25. [wróć]

Tamże, s. 25–26. [wróć]

Tamże, s. 157. [wróć]

Tamże, s. 159. [wróć]